1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zaprogramuj się na pozytywne myślenie

Zaprogramuj się na pozytywne myślenie

Czy pozytywne myślenie to coś, czego można się nauczyć? Otóż tak! Kluczem do tego są nasze myślowe nawyki. (fot. iStock)
Czy pozytywne myślenie to coś, czego można się nauczyć? Otóż tak! Kluczem do tego są nasze myślowe nawyki. (fot. iStock)
Jak mawia psycholog pozytywna, prof. Sonja Lubomirsky, szczęście to jeden z najlepszych prezentów, jakie możesz sprawić sobie i bliskim. Musisz jednak uwierzyć w to, że na nie zasługujesz, i podjąć świadome starania. Kluczowa będzie nauka pozytywności. Chcesz podjąć się tego wyzwania i przestawić na pozytywne myślenie?

Od kilku lat mam własny poranny rytuał. Tuż po przebudzeniu, zanim otworzę oczy, obserwuję swój oddech i bicie serca. Głowa jest jeszcze w sennym świecie, oddech spokojny: równomierny wdech i wydech, serce bije miarowo. W takiej chwili czuję (nie tylko myślę), że świat jest bezpieczny, a życie może być radosną przygodą. Powtarzam w myślach, że wszystko, co mnie dziś spotka, będzie dla mnie dobre. I świadomie staram się ten optymistyczny nastrój zachować przez cały dzień.

Pozytywne myślenie: test szklanki

My, Polacy, uwielbiamy narzekać, snuć pesymistyczne wizje, odczytywać intencje innych ludzi, martwić się na zapas. Ci, którzy spróbowali praktyki pozytywnego myślenia, często czują się rozczarowani. Bo głowa zadaniowo koncentruje się na przekonaniu, że świat jest przyjazny i bezpieczny, a przekorne ciało czuje lęk, złość i rozczarowanie. Zdaniem Bruce’a Liptona, lekarza cytologa, autora książki „Biologia przekonań”, samo pozytywne myślenie zdaje się psu na budę, a ci z nas, którzy zawiedli się na programowaniu głowy na pozytywy, czują się jeszcze bardziej osłabieni, przestraszeni i rozczarowani, ponieważ myślą, że ich sytuacja jest beznadziejna, a oni sami do końca życia będą widzieć szklankę do połowy pustą. Bo tak naprawdę chodzi nie o pozytywne myślenie, tylko o pozytywne nastawienie. Jeśli więc chcesz zaprogramować się na pozytywne nastawienie, musisz zrozumieć współzależność pomiędzy świadomością i podświadomością.

Umysł świadomy jest kreatywny, to on generuje pozytywne i negatywne myśli, ale jego wydolność jest ograniczona. Nie jesteś w stanie świadomie zauważyć wszystkich bodźców, które docierają do ciebie ze świata i z wnętrza twojego organizmu. Za to umysł podświadomy odbiera wszystko. Ale jest nawykowcem: reaguje na zasadzie bodziec–reakcja i w oparciu o stare doświadczenia, a także informacje, które dostajemy od ludzi dla nas ważnych, tworzy scenariusze (najczęściej pesymistyczne) i odgrywa je w nieskończoność.

Wyobraź sobie, że przydarza ci się jakaś sytuacja, która wywołuje strach, np. ktoś stojący blisko ciebie w autobusie próbuje wyjąć ci portfel z torebki. Co prawda udaje ci się w porę zauważyć zamiary złodzieja, ale strach przed kradzieżą w autobusie twój umysł podświadomy zapisuje jako zagrażające doświadczenie. Jeśli na dodatek ktoś z twoich bliskich został w ten sposób okradziony, w głowie zapisuje ci się scenariusz groźby kradzieży. W miarę upływu czasu lęk przed złodziejami generalizuje się na wiele innych sytuacji. Nawet jeśli „z głowy” zaprogramujesz się na pozytywne myślenie, a wychodząc z domu, będziesz powtarzać: „Jestem bezpieczna” – prawdopodobnie większość sytuacji (np. kiedy znajdziesz się w tłumie) będzie budzić twoją nadmierną ostrożność. Trudno wtedy o dobry nastrój.

Tego typu własne doświadczenia, a także doświadczenia znanych ci ludzi plus tysiące mało optymistycznych informacji ze świata tworzą twoje przekonania, choćby takie, że życie wymaga bezustannej ostrożności, że każdy cię może oszukać, że bycie optymistą to czysta naiwność. Nic dziwnego, że zwykle widzisz szklankę do połowy pustą (pesymizm) a ci, którzy cię przekonują, że dla nich szklanka jest do połowy napełniona wodą (optymizm), wydają ci się naiwniakami.

Jednym ze sposobów, by zmienić nastawienie do świata, jest po prostu zmiana przekonań. Lipton twierdzi, że to właśnie przekonania, a nie geny kontrolują biologię; programują nasze zdrowie, nastawienie do świata i życie.

Zmień swoje nawyki i wejdź w pozytywne myślenie

Nawyk to podświadoma reakcja na określony bodziec, czyli coś, co robisz, nie zdając sobie z tego sprawy, jak prowadzenie samochodu, mycie zębów czy kulenie się w sobie w reakcji na głośny hałas. Nawyk to reakcja z ciała, a nie z głowy. Psycholodzy behawioralni twierdzą, że wprowadzenie w życie nawyku i utrwalenie go trwa około 30 dni. Doskonale! Wychodzi równy miesiąc. Co oznacza, że w ciągu roku możesz zmienić aż 12 nawyków pesymistycznego reagowania na świat na pozytywne. Poza tym jest szansa, że gdyby udało ci się wprowadzić wiele pozytywnych nawyków, te negatywne wyeliminują się drogą naturalnej selekcji. Dlatego zachęcam cię, byś w tym roku opracowała swój pozytywny kalendarz na 2021 rok.

Zacznij od określenia, w których sferach życia jesteś największą pesymistką (praca, życie osobiste, relacje). Potem skup się na wprowadzaniu pozytywnych zmian.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Humor w życiu. Jak uruchomić pozytywne emocje?

Nie tylko ludzie mają poczucie humoru. Zwierzęta też potrafią się śmiać, chociaż nie zawsze umiemy to odczytać. (fot. iStock)
Nie tylko ludzie mają poczucie humoru. Zwierzęta też potrafią się śmiać, chociaż nie zawsze umiemy to odczytać. (fot. iStock)
Humor, czyli właściwie poczucie humoru - okazuje się, że bardzo je sobie cenimy! Poczucie humoru wymieniane jest bardzo wysoko w rankingach cech, których poszukujemy u partnera. Dlaczego? Kojarzymy humor z inteligencją, dystansem, wyczuciem proporcji. Zapewne słusznie. Johan Wolfgang Goethe twierdził, że „Charakter człowieka najlepiej określa się przez to, co uznaje on za śmieszne."

Humor nie ma jednoznacznej definicji, bo bez względu na to, jak bardzo w życiu codziennym wydaje się zwyczajny i pospolity, jako pojęcie teoretyczne jest o wiele bardziej skomplikowany i nieokreślony. I choć nie powstrzymało to badaczy różnych dyscyplin, takich jak psychologia, socjologia, lingwistyka, przed badaniem istoty humoru - to problem polegał na tym, że niektórzy badacze zwątpili, czy sformułowanie uniwersalnej definicji humoru jest w ogóle możliwe.

Warto przy tym wspomnieć, że śmiech może być skutecznym narzędziem wzmacniania siebie - wtedy mamy do czynienia z humorem afiliacyjnym, któremu towarzyszy mniejsze nasilenie objawów stresu, niższy poziom lęku i depresji. Jednak istnieje także odmiana humoru agresywnego, nastawionego na autodeprecjację, a wówczas towarzyszy mu wyższy poziom stresu, lęku i depresji oraz niższa samoocena.

Według Leszka Kołakowskiego: „Czym innym jest zdolność do śmiechu, czym innym poczucie humoru. Zdolność do śmiechu jest powszechną i wyróżniającą cechą człowieka [...]. Poczucie humoru natomiast jest rzadkie, zakłada bowiem umiejętność osiągnięcia przez człowieka dystansu względem samego siebie, dystansu ironicznego."

Wygląda więc na to, że autentyczne poczucie humoru to prawdziwy diament wśród zwykłych szkiełek.

Poczucie humoru - co zrobić kiedy go brakuje?

Iwona –  37 letnia szefowa działu w dużej firmie, przyszła do mnie z takiego właśnie powodu. „Mój mąż czasem narzeka, że brak mi poczucia humoru, że nie potrafię się głośno i spontanicznie śmiać. Fakt, są sytuacje, które on uważa za zabawne, a ja nie widzę w nich nic śmiesznego. Jednak zaczęłam zauważać, że faktycznie jestem przez to postrzegana jako mniej sympatyczna. Ostatnio nawet w czasie spotkania ze znajomymi złowiłam strzępek zdania ‚nie mówiłam tego przy Iwonie, bo ona wszystko bierze na serio…' – poczułam się wtedy jak ktoś gorszy, mniej inteligentny. Czy poczucia humoru można się jakoś nauczyć?”

Na świecie prowadzone są kursy rozwijania poczucia humoru, terapie śmiechem.

Oto kilka sposobów, jakie są wykorzystywane w takich zajęciach:

  • przynajmniej raz dziennie znajdź powód do śmiechu i wykorzystaj te okazję, by się zdrowo pośmiać
  • oglądaj częściej zabawne filmy i nagrania - zapisz, co najbardziej Cię śmieszy, np. zabawne zachowania zwierząt, ludzka głupotka, pomyłki i przejęzyczenia, wpadki i gafy itp.;
  • kolekcjonuj to, co Cię śmieszy: filmiki, zdjęcia, obrazki, nagrania dźwiękowe;
  • rozmawiaj z osobami, które mają zaraźliwe poczucie humoru;
  • uruchom wyobraźnię - wymyślaj nowe pomysły na pobudzanie się do śmiechu.

Joanna Godecka: life coach, coach oddechu, terapeutka TSR

  1. Psychologia

Zaprogramowany na szczęście. Twój mózg może chłonąć dobro

Dzięki neuroplastyczności ludzkiego mózgu możemy wpływać na nasze samopoczucie. (Fot. iStock)
Dzięki neuroplastyczności ludzkiego mózgu możemy wpływać na nasze samopoczucie. (Fot. iStock)
Ludzki mózg wyposażony jest w niezwykle cenną cechę – neuroplastyczność. Dzięki niej nie tylko uczymy się i rozwijamy, ale też utrwalamy zachowania, wzorce myślenia i nastroje. Dlaczego to jest dobra wiadomość? Bo to znaczy, że możemy wpływać na swoje samopoczucie.

Neuroplastyczność mózgu oznacza w praktyce, że ten organ ma ogromne możliwości przyswajania nowych zachowań, uczenia się. Że kształtuje się i przeobraża pod wpływem naszych doświadczeń. „Wszystko, co w powtarzalny sposób czujemy, czego doznajemy i pragniemy, o czym myślimy, powoli, lecz skutecznie, rzeźbi naszą strukturę neuronalną” – pisze amerykański psycholog Rick Hanson w książce „Szczęśliwy mózg”. Nowe synapsy powstają w ciągu paru minut, mniej aktywne połączenia znikają – mózg zdaje się przypominać plastelinę. Reaguje na to, co staje się naszym udziałem, a dokładniej – to, na czym się koncentrujemy.

Rick Hanson nie miał szczególnie trudnego dzieciństwa, nie przeżył wielkich traum. Ale czuł się outsiderem, nieśmiałym, ignorowanym przez rówieśników chudzielcem. Z okularami na nosie i dziurą w sercu niczym „pusty basen pływacki”. Na studiach coś się zmieniło. Jakiś wspólny wypad z kolegami, uśmiech dziewczyny – zaczął się tym karmić. Zauważył, że kiedy pozwala takim prostym zdarzeniom stać się pozytywnym doświadczeniem i zatrzymuje je w sobie (przynajmniej przez kilka oddechów), odczuwa dobro, które staje się jego częścią. „Tak więc za każdym razem chłonąłem dobro przez kilkanaście sekund – wspomina. – Trwało to krótko, było łatwe i przyjemne. I dzięki temu zacząłem czuć się lepiej”. Każde „chłonięcie” było jak wlanie wiadra wody do basenu, dziura powoli się zapełniała. Po latach, już jako psycholog, zrozumiał, że to, co intuicyjnie robił na co dzień, było programowaniem się na szczęście! Dotarł do badań dotyczących delektowania się do- znaniami i opracował praktykę, która w czterech krokach pomoże ci wchłonąć dobro i uczynić twój mózg szczęśliwszym. Ważne, nie ma to nic wspólne- go z pozytywnym myśleniem. To dużo więcej, choć praktyka zajmuje raptem kilka minut dziennie (Amerykanin zaleca parę kilkunastosekundowych „sesji”).

Zbierz i zainstaluj

Chłonięcie dobra polega na aktywowaniu pozytywnego doświadczenia i uwewnętrznieniu go – w ten sposób budujemy odpowiadające mu obwody neuronalne, możemy zabrać je ze sobą wszędzie. Dlaczego to takie ważne? Jak już wiesz, nasz mózg wyspecjalizował się w wyłapywaniu z otoczenia tego, co nie działa, przeszkadza, drażni, niepokoi. Rick Hanson tłumaczy, że nasi przodkowie mogli popełnić dwa rodzaje błędów: myśleć, że w krzakach czai się tygrys (podczas gdy go nie było), albo uznać, że nie ma żadnego tygrysa (podczas gdy się tam ukrywał). Nietrudno zgadnąć, który błąd kosztował ich więcej. Nic dziwnego, że mózg rozwinął się w określonym kierunku – jego nastawienie jest skrajnie negatywne. Daniel Kahneman (laureat Nagrody Nobla w ekonomii) wykazał, że zrobimy więcej dla uniknięcia straty niż dla osiągnięcia współmiernego zysku. Przyjmuje się, że w bliskim związku dopiero pięć pozytywnych interakcji ma szansę zrównoważyć jedną negatywną. Że dobrze zaczynamy się czuć dopiero wtedy, gdy liczba miłych chwil co najmniej trzykrotnie przekroczy liczbę tych przykrych. Cóż, tak już jest. Rick Hanson ujmuje to bardzo obrazowo: nasz mózg działa niczym rzep na negatywne doświadczenia i teflon na pozytywne. Jego „gleba” bardziej sprzyja rozwojowi chwastów niż kwiatów. Zwykle koncentrujemy się na usuwaniu tych pierwszych – tropimy szkodliwe przekonania, nawyki, próbujemy się ich pozbyć. To za mało. Jeśli chcesz, by twój umysł przypominał piękny ogród, zasiej w nim rośliny, które sam wybierzesz! To pomoże ci przejść z trybu reaktywnego (walki, ucieczki, zastygania w bezruchu) do trybu responsywnego, w którym angażujesz się w życie i odpowiadasz na jego wyzwania z innego miejsca. Miejsca bezpieczeństwa.

Jak to działa? Najpierw zbierasz pozytywne doświadczenia. Potem je wzbogacasz. Absorbujesz. Na koniec (opcjonalnie) łączysz z negatywnymi – po to, by zostały one przekształcone, zneutralizowane. W skrócie cała sztuka sprowadza się do „odpalenia” przyjemnego do- znania (pierwszy krok), by następnie zainstalować je w mózgu (szczegółowy opis w ramce). Rick Hanson nie ma złudzeń: bez takiego instalowania, czyli bez chłonięcia dobra, przepływa ono zwykle przez nasz mózg jak woda przez sito. Po prostu z perspektywy ochrony życia, która jest dla mózgu priorytetem, zdarzenia miłe nie mają większego znaczenia. Było, minęło – bez wpływu na strukturę neuronalną. Jeśli chcesz stworzyć nowe połączenie w mózgu, wyposażyć go w cenny zasób (odprężenie, poczucie satysfakcji, bycia docenionym czy kochanym), musisz zatrzymać się na wybranych doświadczeniach nieco dłużej. Wzmocnić je – choćby biorąc parę świadomych oddechów, uśmiechając się, mówiąc: „Tak, cudownie!”. Może przymykając oczy, kładąc rękę na sercu... Ty będziesz wiedzieć. Wystarczy, że pozostaniesz otwarty na to uczucie i przez jakieś dziesięć sekund będziesz je pielęgnować w świadomości.

Stań po swojej stronie

Psycholog podkreśla, że chłonięcie dobra nie polega na uganianiu się za przyjemnościami ani na uciekaniu przed bólem. „Kiedy dostarczasz mózgowi dobrych doświadczeń – gdy budujesz poczucie bycia spokojnym, zadowolonym i kochanym – twój dobrostan w coraz większym stopniu staje się bezwarunkowy, mniej zależny od bodźców zewnętrznych, takich jak to, czy partner jest dla ciebie miły albo czy dzień w pracy był udany. Wraz z przekształca- niem się pozytywnego stanu umysłu w pozytywne cechy neuronalne stopniowo osiągniesz szczęście, które w naturalny sposób wypływa z twojego wnętrza”.

Aby aktywować przyjemne doznania, trzeba je dostrzec. Albo wykreować. Mogą być obecne choćby w tej chwili: kontakt ciała z fotelem, aromat kawy lub śpiew ptaków. Jeśli nie, zwróć się ku minionym przeżyciom: temu, co ułożyło się pomyślnie w tym tygodniu, może uczuciu rozluźnienia po pracowitym dniu. Doceń stałe okoliczności (na przykład to, że masz schronienie, pożywienie), jakąś cechę osobistą czy talent, obecność innych ludzi w twoim życiu. Pomyśl o swoich śmiałych planach albo po prostu rozmarz się! Oczywiście, zawsze możesz też wygenerować jakieś satysfakcjonujące doświadczenie; zrobić coś, co cię uszczęśliwia. A potem skupić się na wrażeniach cielesnych, uczuciu w sercu, wspierającej myśli.

Czwarty krok – czyli łączenie treści pozytywnych z negatywnymi, by uzdrowić te ostatnie – sam Hanson uznaje za opcjonalny. Na pewno lepiej nie sięgać po ten trik do samodzielnej pracy z traumą – jest ryzyko, że bolesne doświadczenie weźmie górę. W tym kroku chodzi o to, by utrzymywać w umyśle dwie rzeczy jednocześnie, przy czym treściom negatywnym rezerwujemy miejsce w tle świadomości (tak, by były niewyraźne, niewielkie i łagodne). Na pierwszym planie królują pozytywne odczucia – mają być wyraźne, duże i intensywne. „Jeśli materiał negatywny staje się zbyt silny, odrzuć go jak gorącego ziemniaka – czytamy w książce Hansona. – Stań po swojej stronie. Optujesz za tym, co pozytywne”.

Trudne? Może trochę. Bo tak naprawdę każdy to zna. Idziesz przygnębiony, pogrążony w myślach o jakimś problemie. I nagle czujesz powiew wiatru na skórze, zapach jaśminu. Twój wzrok pada na coś, co cię przyciąga, raduje, bawi – na uroczego psiaka albo tańczący przed tobą liść. Pojawia się inna jakość, problem schodzi na dalszy plan. Być może umysł protestuje: „No co ty! Nie możesz się tak cieszyć, masz przecież ten problem, którym się właśnie zajmowaliśmy. Dopóki go nie rozwiążesz, nie wolno ci czuć radości, przyjemności, satysfakcji!”. Tyle że jest już za późno, stało się. Oczywiście, możesz się jeszcze wycofać, zamknąć się na obecne doświadczenie. Ale możesz też zrobić coś odwrotnego – wzmocnić je. Nie martw się, problem nie ucieknie... Chociaż, kto wie? Na pewno po wchłonięciu odrobiny dobra spojrzysz na niego innym okiem.

Cztery kroki chłonięcia dobra

Krok 1. Zbieraj pozytywne doświadczenia. Zauważaj te doświadczenia, które są już obecne na pierwszym planie lub w tle twojej świadomości (takie jak przyjemne doznania, zdecydowanie, poczucie bliskości z drugą osobą), albo kreuj je dla siebie. Na przykład możesz pomyśleć o czymś, za co jesteś wdzięczny, przywołać w myślach przyjaciela albo pomyśleć z uznaniem o zadaniu, które wykonałeś. Dołóż starań, by takie myśli przekształciły się w nagradzające emocjonalnie doświadczenia, w przeciwnym razie pozostaną one jedynie pozytywnym myśleniem.

Krok 2. Wzbogacaj pozytywne doświadczenia. Zostań z wybranym pozytywnym doświadczeniem na pięć do dziesięciu sekund (albo nawet dłużej). Otwórz się na uczucia i staraj się odczuwać je w swoim ciele; pozwól, żeby wypełniły twój umysł. Ciesz się nimi. Łagodnie pozwalaj na intensyfikację doświadczenia. Znajdź w nim coś świeżego, coś nowego. Zastanów się, jakie może mieć dla ciebie osobiste znaczenie, w jaki sposób może być dla ciebie pomocne lub wzmacniające, do jakiej zmiany w twoim życiu może doprowadzić. Spraw, żeby neurony naprawdę razem odpaliły, tak by potem się ze sobą połączyły.

Krok 3. Absorbuj pozytywne doświadczenia. Poczuj, jak doświadczenie wsiąka w ciebie, tak samo jak ty wsiąkasz w nie, i chciej, by tak się działo. Pozwól mu naprawdę osadzić się w twoim umyśle. Wizualizuj na przykład, że doświadczenie opada na ciebie niczym złoty pył, lub poczuj, że cię odpręża jak kojący balsam. Albo schowaj je jak klejnot w szkatułce swojego serca. Uświadamiaj sobie, że to doświadczenie staje się częścią ciebie, wewnętrznym zasobem, który możesz zabrać ze sobą wszędzie tam, dokąd zmierzasz.

Krok 4. Połącz to, co pozytywne, z tym, co negatywne (opcjonalnie). Mając wyraźne i stabilne poczucie pozytywnego doświadczenia na pierwszym planie świadomości, nie zapominaj o tym, co negatywne w jej tle. Jeśli na przykład czujesz się lubiany i włączony do jakiegoś grona, możesz poczuć to doświadczenie, nawiązując kontakt z uczuciem samotności z przeszłości. Jeśli twoją uwagą zawładnie negatywna treść, zostaw ją i skoncentruj się tylko na tej pozytywnej. Kiedy znów poczujesz, że jesteś skoncentrowany na tym, co pozytywne, możesz (o ile chcesz) pozwolić, by to, co negatywne, ponownie pojawiło się w twojej świadomości. Za każdym razem, gdy zechcesz, pozwól odejść wszystkim negatywnym treściom i skoncentruj się tylko na pozytywnych. Następnie, aby kontynuować usuwanie negatywnych treści, w ciągu kolejnej godziny uświadamiaj sobie jedynie te neutralne lub pozytywne, jednocześnie przywołując na myśl neutralne rzeczy (na przykład ludzi, sytuacje, idee), które zostały skojarzone z negatywnymi treściami.

Źródło: Rick Hanson, „Szczęśliwy mózg. Wykorzystaj odkrycia neuropsychologii, by zmienić swoje życie”, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne.

Rick Hanson, „Szczęśliwy mózg. Wykorzystaj odkrycia neuropsychologii, by zmienić swoje życie”, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne (materiały prasowe) Rick Hanson, „Szczęśliwy mózg. Wykorzystaj odkrycia neuropsychologii, by zmienić swoje życie”, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne (materiały prasowe)

  1. Psychologia

Życie z cieniem. Jak w pełni zaakceptować siebie?

Koncepcja cienia wywodzi się od Junga, który pisał, że nie chodzi o pozbywanie się nielubianych cech, ale o znajdowanie ich jasnych stron i włączanie do naszego życia. (Fot. iStock)
Koncepcja cienia wywodzi się od Junga, który pisał, że nie chodzi o pozbywanie się nielubianych cech, ale o znajdowanie ich jasnych stron i włączanie do naszego życia. (Fot. iStock)
- Cień nosi wiele twarzy: strachu, chciwości, złości, mściwości, manipulacji, lenistwa, wrogości, brzydoty, braku akceptacji, słabości, krytyki, potępiania. Wszystko to, czego w sobie nienawidzimy, czego się wypieramy, zaczyna żyć własnym życiem, podkopując wiarę w naszą siłę i talenty – mówi Pernille Melsted, trenerka zajmująca się pracą z cieniem.

Cień to…
Wszystko, czym nie chcemy być; czym uważamy, że nie jesteśmy. Nieuświadomiony cień niszczy nasze związki, zabija ducha i uniemożliwia realizację marzeń.

Urodziłaś się w Danii, w kraju ludzi najszczęśliwszych na świecie. Duńczycy mają cień?
Każdy człowiek ma cień. I każdy naród. My mamy opiekuńcze państwo, które zaspokaja życiowe potrzeby. Państwo na przykład płaci każdemu, kto tylko zechce podjąć studia. Wstyd narzekać. W Danii nie jest w porządku się wyróżniać: wszyscy mają być równi. Wyrażanie wyjątkowości, unikalnego piękna, darów, talentów nie jest mile widziane. To właśnie cień Duńczyków. Mieszkałam jakiś czas w USA. Tam odwrotnie – wszyscy chcą być najlepsi, błyszczeć, lśnić. Ich cień to bycie skromnym. Jeśli chcemy być ludźmi autentycznymi, spełnionymi, nie możemy pominąć cienia.

W Polsce lubimy myśleć o sobie jako o narodzie wybranym, bohaterskim. Przydałaby się narodowa dyskusja na temat naszego cienia, ponieważ nieuświadomiony cień staje się groźny.
Staje się źródłem projekcji: „Ja taka nie jestem, to ty jesteś zła!”. Cień nosi wiele twarzy: strachu, chciwości, złości, mściwości, manipulacji, lenistwa, kontroli, wrogości, brzydoty, braku akceptacji, słabości, krytyki, potępiania. Wszystko to, czego w sobie nienawidzimy, czego się wypieramy, zaczyna żyć własnym życiem, podkopując wiarę w naszą siłę i talenty. Odrzucając cień, odrzucamy skarb. Skarby są ukryte w miejscu, którego nie braliśmy dotąd pod uwagę – w ciemności.

Jak powstaje cień?
Przychodzimy na ten świat jako pełne istoty; mamy dostęp do każdej części siebie. Małe dziecko jest – z chwili na chwilę – radosne, smutne, zniecierpliwione. Szybko jednak musi dostosować się do norm i oczekiwań swojej rodziny, kraju, kultury. Pragnie miłości i akceptacji ważnych dla siebie osób – rodziców, nauczycieli i innych autorytetów – dlatego zakłada maskę „poprawnego” zachowania. To, co nie jest mile widziane, zostaje zepchnięte do cienia. Koncepcja cienia wywodzi się od Junga, który pisał, że nie chodzi o pozbywanie się nielubianych cech, ale o znajdowanie ich jasnych stron i włączanie do naszego życia. Pisał, że pierwsza połowa życia schodzi nam na tym, żeby zepchnąć różne swoje części do cienia, a druga – na wyciąganiu ich z cienia, bo bez nich czujemy się niepełni.

Zwykle między 35. a 40. rokiem życia zaczynamy czuć się gorzej; pojawia się poczucie pustki, rozczarowania, lekkiej depresji. Mówią o tym zarówno kobiety, jak i mężczyźni.
I mamy ochotę na te wszystkie radykalne zmiany – rzucić pracę, rozwieść się, znaleźć młodego kochanka… Właśnie puka cień! Różne części nas wołają: „Zobacz mnie, zapomniałaś o mnie, i o mnie też!”. Zamiast patrzeć na to, co się dzieje, jak na kryzys, lepiej otworzyć się i przyjąć dary tych ukrytych części nas.

Jak rozpoznać cień?
Przede wszystkim obserwować, jak reagujemy na innych ludzi. Na przykład idziemy na imprezę, na której poznajemy atrakcyjną kobietę. Ty uważasz, że ona jest wspaniała, urocza, we mnie budzi niechęć. Dlaczego? Która z nas ma rację? Jeśli mocno na kogoś reagujemy, warto przyjrzeć się sobie. Czy wiem o istnieniu takiej osoby, czy ona głęboko mnie porusza? Jaki mój cień kryje się w tym poruszeniu? Dlaczego nie pozwalam sobie taką właśnie być? Co w tym złego, zagrażającego? Co dobrego mogłoby wyniknąć dla mnie, gdybym zaakceptowała tę część siebie? Każda z naszych części przynosi jakiś dar. Jaki dar przychodzi z osobą, do której czuję niechęć? To mogą być różne dary – odwagi, akceptacji, zrozumienia, współczucia, asertywności. Przyjmując dary, integrujemy kolejne części siebie.

Może się okazać, że osób, które wywołują w nas silne emocje, jest wokół wcale niemało.
Zacznijmy przynajmniej od trzech – takich, które irytują nas najmocniej. Zapytajmy także siebie, jakiej oceny swojego zachowania obawiamy się najbardziej. Co najgorszego ludzie mogliby powiedzieć, gdyby naprawdę mnie znali? Dużo cienia jest w tajemnicach, we wstydzie. To nie znaczy, że teraz po rozpoznaniu cienia cały czas mamy być przygnębione czy zagniewane. Jeśli jednak nikt nie może o mnie powiedzieć, że bywam zła, niemiła czy wściekła, to znaczy, że jestem w więzieniu swojego umysłu. Żeby być pełną ludzką istotą, potrzebujemy dostępu do swojego światła i do swojego cienia.

Nierzadko zdarza się, że czujemy niemoc, po prostu nie możemy ruszyć z miejsca; coś nas wstrzymuje, wątpliwości, opór… Niepokojące i nieprzyjemne.
Cień sabotuje plany i marzenia. Samotna kobieta, która pragnie kogoś poznać, wie, że dobrze byłoby wyjść z domu, chodzić na randki, poszukać partnera przez Internet. Nie może zebrać się do działania, ponieważ w cieniu jest ktoś, kto mówi, że gdy będzie robić te wszystkie rzeczy, ludzie uznają ją za desperatkę. Dopóki nie zawrze pokoju z „desperatką” w sobie, nic się nie zmieni. Kobiety przepracowane, wiecznie zmęczone potrzebują przyznać, że mają w sobie także kobietę „leniwą” i chętnie przyjmą jej jasną stronę – przyzwolenie na odprężenie, zdrowy odpoczynek. Niektóre z nas chętnie przeszłyby na zdrowy styl życia, ale w cieniu jest postać, która mówi, że to nudne i ortodoksyjne. Kobiety, które uważają się tylko za kochające i opiekuńcze, nie mają siły i odwagi, aby stworzyć coś własnego, doświadczyć własnej sprawczości. Możemy mieć jedno i drugie. Dopiero wtedy możemy wybierać. Są sytuacje, które wymagają naszej mocy wyrażanej w działaniu, i takie, w których wybieramy słodycz oraz matczyną opiekuńczość. Ten wybór to wolność.

Pernille Melsted trenerka zajmująca się pracą z cieniem i edukacją emocjonalną. Autorka książek na ten temat. 

  1. Psychologia

Potęga emocji: jak poradzić sobie z ich nadmiarem?

Na ogół zaczyna się od mówienia podniesionym głosem. Potem już to nie skutkuje, więc pojawia się krzyk... (Fot. iStock)
Na ogół zaczyna się od mówienia podniesionym głosem. Potem już to nie skutkuje, więc pojawia się krzyk... (Fot. iStock)
Są często silniejsze niż rozum. Nawet wysoki poziom inteligencji może okazać się bezużyteczny, gdy dochodzą do głosu. Dają o sobie znać nie tylko w sytuacjach ekstremalnych, ale także w tych codziennych. Co bardziej zdrowe – ujawniać emocje czy je tłumić?

Marta, lat 18, wraca ze szkoły i już od drzwi słyszy krzyk matki: „Dlaczego tak późno, co ty sobie wyobrażasz, nie odbierasz telefonu, a ja odchodzę od zmysłów”. Marta nie pozostaje jej dłużna: „Przecież wiesz, że mam korki z matmy, a telefon wyłączam, kiedy chcę, to moja sprawa”. Matka: „Od dzisiaj masz szlaban na wyjścia”. Marta: „Jestem dorosła, mogę robić, co chcę”. Lecą wyzwiska, trzaskają drzwi, kończy się rozmowa. I tak codziennie. Tego dnia matka chce jednak zakomunikować córce coś ważnego. Krzyczy więc jeszcze głośniej: „Uspokój się, posłuchaj mnie”. Nic z tego. Marta, przyzwyczajona do stałego scenariusza rozmów, nie daje się przekrzyczeć. Więc matka, niewiele myśląc, chwyta za coś, co akurat ma pod ręką, czyli cukiernicę, i ciska nią przed siebie. Dźwięk tłuczonego szkła, konsternacja. „Zwariowałaś?” – pyta oniemiała córka. „Wysłuchaj mnie wreszcie” – mówi równie przerażona matka.

Emocje zawsze czemuś służą

Na ogół zaczyna się od mówienia podniesionym głosem. Potem już to nie skutkuje, więc pojawia się krzyk. Ale po jakimś czasie i on nie robi na nikim wrażenia. Krzyczymy zatem jeszcze bardziej. W rodzinach komunikujących się w ten sposób, żeby zyskać czyjąś uwagę, trzeba złościć się coraz bardziej i bardziej. Aż w końcu sięga się po cukiernicę, nóż, broń. Bo niekontrolowane emocje mogą eskalować do nieprzewidywalnych rozmiarów. Ale z drugiej strony – gdy są zanadto kontrolowane, też może skończyć się podobnie.

Psycholog Aleksandra Fila-Jankowska z sopockiego wydziału Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej: – Kontrola emocji jest kluczowa, jeśli chodzi o nasze funkcjonowanie w rodzinie, społeczeństwie. Ale ważne jest też to, żeby nie była za sztywna. Bo jeżeli mocno się kontrolujemy, jeżeli nie pozwalamy emocjom wybrzmieć, one i tak dojdą kiedyś do głosu, na ogół ze zwiększoną siłą. Dlatego nie proponuję kontrolowania emocji za wszelką cenę, tylko przyjrzenie się temu, co je wywołuje. I jak powtarzalne są te sytuacje. Pobieżne oszacowanie przyczyny może być jednak mylące. Na przykład żona ledwie napomyka przy śniadaniu, że zepsuł się kran w łazience, a mąż odpowiada tonem człowieka atakowanego: „Co ty mi wyjeżdżasz od samego rana z jakimś kranem, wiecznie tylko masz pretensje, że czegoś nie zrobiłem”. Czy żona ma sądzić, że jej niewinna informacja o zepsutym kranie spowodowała tak mocną, w dodatku nieadekwatną do sytuacji reakcję? Nic podobnego. Prawdziwa przyczyna leży głębiej, a słowa żony jedynie ją przywołały. Czasem wystarczy jedno zdanie, jeden gest, żeby uruchomić pamięć podobnych doświadczeń (w psychologii zwaną pamięcią emocjonalną zbliżonych treściowo epizodów). Ów mąż zareagował złością na słowa żony, bo jako dziecko był obwiniany przez ojca alkoholika za całe zło tego świata. Odniósł się nie do tego, co powiedziała żona, tylko do zapisów pamięciowych podobnych, choć bardziej raniących sytuacji, kiedy ojciec karał go za coś, czego nie zrobił. Emocje same w sobie nie stanowią problemu dla ludzi. Tak naprawdę każda emocja jest zdrowa, bo powstaje jako reakcja na określoną sytuację i czemuś ważnemu służy. Emocje nie dzielą się na dobre i złe. Określenie „pozytywne i negatywne” odnosi się do kierunku zachowania, który one wywołują: dążenia bądź unikania.

Mianem „pozytywne” określa się emocje, które pojawiają się w momencie, gdy człowiek zbliża się do czegoś, co ocenia jako ważne. Należą do nich: radość, szczęście, miłość oraz wszystkie pochodne tych uczuć. Natomiast emocja negatywna rodzi się w momencie, kiedy stykamy się z czymś zagrażającym, niebezpiecznym, nieprzyjemnym. Cały nasz system psychofizyczny wchodzi wtedy w stan gotowości do obrony. No i co robimy? Uciekamy, wycofujemy się, co jest najzupełniej zdrowe. Bezpiecznie jest się oddalić, gdy na przykład atakuje nas dzikie zwierzę czy rozjuszony człowiek. Jedyna „negatywna” emocja, która prowokuje do dążenia, a nie unikania, to złość, tu reakcja polega bowiem na obronie naszych granic czy wartości przed kimś (czymś), kto (co) w naszej ocenie zagraża tym wartościom. W złości z reguły nie uciekamy, tylko dążymy do konfrontacji.

Jak wyjaśnia Fila-Jankowska, nietypową emocją zaliczaną do negatywnych jest też smutek. Stanom smutku towarzyszy najczęściej wycofanie z danej sytuacji, choć nie pojawia się tu intensywna reakcja unikania. Smutek służy najczęściej temu, żeby człowiek się z czymś pożegnał, coś przestrukturyzował, coś uporządkował. Emocje negatywne doświadczane są jako nieprzyjemne, ale ich funkcją jest zmiana niekomfortowego dla nas stanu na komfortowy, czyli przyjemny.

– Wszystkie emocje są potrzebne, funkcjonalne, mają istotny cel – mówi psycholożka. – Nasz problem z emocjami polega jedynie na tym, że nie umiemy prawidłowo ich wyrazić, bezpiecznie ich doświadczyć, w pełni wykorzystać ich potencjału. To znaczy, że albo wyrażamy je nadmiernie, albo je tłumimy.

Emocje przygotowują do akcji

W powszechnym mniemaniu nadmierna emocjonalność to nic dobrego. Natomiast panowanie nad tym, co czujemy, traktowane jest jak cnota, świadczy bowiem o opanowaniu, racjonalności, zdrowym rozsądku, a nawet mądrości. W tym duchu wielu rodziców wychowuje swoje dzieci, podobnie do ujawniania emocji uczniów podchodzi szkoła. Tymczasem trzymane na uwięzi, wypierane, skrywane nie znikają, ale wprost przeciwnie – tylko czekają na to, żeby eksplodować.

– Niemal każdej emocji (z wyjątkiem smutku) towarzyszy silne pobudzenie fizjologiczne, wynikające z zaangażowania centralnego i obwodowego układu nerwowego – wyjaśnia Aleksandra Fila-Jankowska. – Pojawia się ono, bo zadaniem emocji jest przygotowanie nas do akcji, którą owo pobudzenie ma wspierać. Jeżeli więc pobudzenia nie zużytkujemy, to mamy kłopot, bo organizm posiada napęd do akcji, a my ją blokujemy. Ludzie nauczeni, że emocji się nie okazuje, przeżywają spore cierpienie z powodu chociażby tego zahamowanego pobudzenia. Mogą zapanować nad tym, co czują po raz trzeci bądź dziesiąty, ale nie może to się udawać w nieskończoność, ponieważ panowanie nad emocjami wymaga nieustającej kontroli, a ta kontrola musi być odpowiednio silna i opiera się z reguły na jakiejś innej emocji, na przykład strachu. To, że nie mówimy wykorzystującemu nas szefowi, co o nim myślimy, może być powodowane lękiem przed utratą pracy, co nie znaczy, że nie rośnie wtedy w nas złość na przełożonego. Rośnie, czasem tym bardziej, im bardziej ją tłumimy. Ta złość pewnie kiedyś się ujawni, na przykład na imprezie alkoholowej, gdy stracimy kontrolę nad sobą albo kiedy zdenerwujemy się z innego powodu niż relacja z szefem.

Gdy ktoś nas rani, mówmy mu o tym wprost: „Boli mnie to, w jaki sposób się do mnie zwracasz”. Zawsze lepiej ujawniać swoje emocje w takiej formie, niż czekać, aż nabiorą siły i przybiorą groźną, wypaczoną formę. A nabierają siły właśnie dlatego, że wielokrotnie tłumiliśmy towarzyszące im pobudzenie, co utrwaliło się w pamięci na przykład pod postacią schematu „jestem źle traktowany”.

– Tak „przerośnięta” emocja nie jest już funkcjonalna, to znaczy niczemu zdrowemu już nie służy – twierdzi psycholożka. – A to dlatego, że nie została odpowiednio wcześnie wyrażona, doświadczona bez zakłóceń.

Niemal codziennie słyszymy o skutkach takich wypaczonych emocji: strzelanina na uniwersytecie w Teksasie, na norweskiej wyspie Utøya, na stacji benzynowej w Warszawie, w domu pod Łodzią. Sprawcy to na ogół mężczyźni, o których sąsiedzi mówią: spokojny, cichy, małomówny, uprzejmy. Kompletnie niepasujący do wizerunku zabójcy czy domowego agresora. Bo agresja często bywa „przeniesiona”. To znaczy – agresor odreagowuje złość „nabytą” w pracy na rodzinie albo odwrotnie – w pracy wyładowuje tę tłumioną w domu. Co charakterystyczne – zawsze odbija sobie na kimś słabszym. Ale to nie jest tak, że zawsze robi to świadomie. Najczęściej zupełnie nie zdaje sobie sprawy z przyczyny swojej złości, ale jak się okazuje – do czasu.

– Osoba uczona, że emocji się nie pokazuje, zużywa na to całą masę własnych zasobów, nie bez kozery mówi się, że kontrola emocji jest zasobochłonna – zauważa psycholożka. – Kiedy jednak kontrola słabnie, a taki moment wcześniej czy później nastąpi, chociażby z powodu osłabienia organizmu, choroby czy z nadmiaru pracy albo stresu, człowiek nie wytrzymuje i wybucha. Ból, który był przyczyną złości, wymknął się spod kontroli i eksplodował. A wszystko dlatego, że nie został zdiagnozowany i uleczony.

Nasze reakcje są silnie zależne od naszych poprzednich doświadczeń. Dlatego warto budować nowe doświadczenia, by odebrać moc poprzednim (fot.123rf) Nasze reakcje są silnie zależne od naszych poprzednich doświadczeń. Dlatego warto budować nowe doświadczenia, by odebrać moc poprzednim (fot.123rf)

Emocje sygnalizują też, że mamy problem

Gdzie leży granica wyrażania emocji? Według Aleksandry Fili-Jankowskiej barierą nieprzekraczalną jest naruszenie fizyczności. Człowiek, który nie jest w stanie powstrzymać się przed podniesieniem ręki na drugiego człowieka, powinien zgłosić się na terapię. Ale bardzo ważna jest także postawa „ofiary”. Bo często osoba poniżana, bita nie sprzeciwia się agresji, co zostaje odczytane przez agresora jako zachęta do jeszcze większej brutalności (jego zachowanie utrwala nagroda w postaci osiągniętego celu). Dlatego druga strona też powinna okazywać swoje emocje, demonstrować, że krzywdzi ją zachowanie oprawcy, szukać pomocy u innych. Często jednak ofiary to osoby nauczone, że emocje należy powstrzymywać, że nie wypada okazywać tego, co się czuje. W ten sposób też napędzają błędne koło przemocy.

– Uważam, że warto komunikować drugiej stronie nawet najmniejszy dyskomfort we wzajemnych relacjach – mówi psycholożka. – Tymczasem ludzie wstydzą się często do niego przyznać albo – co gorsza – boją, że ujawnienie uczuć spowoduje eskalację agresji. Jeżeli ktoś się tego boi, to znaczy, że dzieje się coś niepokojącego nie tylko w tej relacji, ale ogólnie w jego funkcjonowaniu, prawdopodobnie ta osoba ma za sobą doświadczenia traumy, nadużyć i również wymaga pomocy terapeutycznej. Bo owszem, sytuacja może być trudna, ale ucieczka w bierność jej nie rozwiąże. Nasze reakcje są silnie zależne od naszych poprzednich doświadczeń. Dlatego warto budować nowe doświadczenia, by odebrać moc poprzednim.

Psychologowie podkreślają, że nadmiarowe emocje zawsze powinny być sygnałem do uświadomienia sobie, że mamy jakiś problem. Dlaczego na przykład ciągle się złoszczę? Ron Potter Efron w książce „Życie ze złością” podpowiada możliwe tropy: bo może chcesz pokazać władzę, że ty tu rządzisz, ty jesteś od kontrolowania innych. Albo chcesz zrzucić z siebie odpowiedzialność za jakąś sytuację. A może unikasz w ten sposób okazywania uczuć, może nie umiesz w ogóle inaczej się komunikować? Lista przyczyn jest o wiele dłuższa.

Czy agresorzy nie mogą, czy nie chcą panować nad emocjami? Aleksandra Fila-Jankowska: – Wielu młodych ludzi, w tym tak zwani kibole, wyraźnie nie chce. Nauczyli się bowiem, że agresja buduje ich w oczach kolegów, no a przede wszystkim jest skuteczna, ponieważ wielokrotnie przekonali się, że dzięki niej osiągnęli to, czego chcieli. Agresywnie zachowujące się grupy stanowią problem na całym świecie. Czy te osoby rzeczywiście nie potrafią opanować „porwania emocjonalnego”? Ależ potrafią (o ile nie mówimy o przypadkach klinicznych)! Często skutecznym sposobem jest lęk przed dostatecznie dotkliwą karą. Nie znaczy to, że namawiam do kar! Przypomina mi się jednak opis amoku w jednej z książek profesora Reykowskiego: akceptowany kulturowo amok, który ogarniał czasem mieszkańców jednej z wysp na Pacyfiku, wydawał się nie do powstrzymania, a dotknięci jego wpływem ludzie potrafili spalić nawet własne domostwo. Przypadki amoku ustały jednak, gdy władze wyspy wprowadziły surowe kary pieniężne za uleganie mu. Hamulcem okazał się strach. Często bowiem, żeby zatrzymać rozpędzone emocje, potrzebna jest emocja jeszcze silniejsza. Ale to nie jest żaden sposób na radzenie sobie w trudnych sytuacjach. Tak jak nie rozwiązują problemu inne emocje, hamujące te niepożądane, czyli wstyd i poczucie winy. Najlepiej dotrzeć do przyczyn powtarzających się „porwań emocjonalnych”. Tu jednak nie obędzie się bez woli osoby im ulegającej.

Emocje pomagają poznać siebie i pogodzić się ze sobą

Psychologowie podkreślają, że emocje są w dużej mierze procesem automatycznym, złożoną reakcją, która zachodzi także na poziomie fizjologicznym. Żeby sobie z nimi radzić, trzeba umieć je czytać, a ściślej – umieć czytać to, co one mówią o naszym doświadczeniu. Ale to nie takie proste. Wymaga bowiem samoświadomości, która polega na obserwowaniu siebie, odkryciu, co doprowadza nas do określonych stanów, szukaniu ich przyczyn. Może powodem są nasze przekonania o świecie? (Na przykład, że świat jest ogólnie zagrażający, bądź pewne sytuacje wciąż sprzysięgają się przeciw nam?) A może przyczyną są jakieś przykre wspomnienia z dzieciństwa i to one warunkują nasze obecne zachowania?

Od wieków pokutowało przekonanie, że emocja jako taka jest bardziej prymitywna, zwierzęca, mniej godna uwagi, a nawet szkodliwa, bo wiedzie człowieka na manowce, powinna zatem podlegać rozumowi. Amerykański psycholog Daniel Goleman, od lat zajmujący się inteligencją emocjonalną, udowadnia jednak coś kompletnie innego – że emocje bywają naszym większym sprzymierzeńcem niż rozum, a ludzie wykorzystujący je w konstruktywny sposób osiągają większe sukcesy i lepiej radzą sobie w relacjach z innymi. Twierdzi on, że nasza emocjonalność to potężna, ale niedoceniana siła. Jeżeli dobrze ją wykorzystamy – przyniesie nam wiele korzyści.

– Nie bójmy się zatem okazywania emocji – apeluje psycholog Aleksandra Fila-Jankowska. – Okazywane emocje stanowią dla innych ważny sygnał tego, co naprawdę czujemy. Gdy pozbawiamy ich tej wiedzy, mogą reagować nieadekwatnie. Już chyba lepiej pozwolić sobie na upust emocji, podnieść głos, nawet pokłócić się, niż udawać, że nic się nie dzieje. Oczywiście, wchodząc w tak silną konfrontację emocjonalną, warto wziąć odpowiedzialność za przywrócenie harmonii. Po kłótni można powiedzieć: „Wczoraj ostro wymieniliśmy zdania i bardzo dobrze, bo dzięki temu dowiedzieliśmy się czegoś o sobie, ale dzisiaj wyciągam do ciebie rękę na zgodę”. Okazuje się, że, o dziwo, po takiej eskalacji emocji dużo łatwiej jest przywrócić prawidłową relację, niż kiedy coś tłumimy, odgrywamy, udajemy. Udając, dajemy podwójne komunikaty: ludzie uśmiechają się do siebie, ale całym ciałem sygnalizują: „Nie znoszę cię”. To sprawia duży dyskomfort także odbiorcy. Osób wysyłających takie niespójne sygnały nie lubi się, trudno z nimi wytrzymać. Dlatego jestem za tym, żeby pokazywać emocje, oczywiście, w sposób nieraniący drugiej osoby. Najlepiej byłoby najpierw uleczyć swoje rany, choć to trudny program maksimum. Może jednak warto pokusić się o jego realizację? Ile bowiem uleczymy zranień z przeszłości, tyle więcej zdrowia emocjonalnego zafundujemy sobie na przyszłość.

  1. Psychologia

Filmy świąteczne - jak działają na emocje?

Filmy świąteczne kojarzą nam się głównie z „Kevin sam w domu”, „Kevin sam w Nowym Jorku”. Tymczasem Amerykanie wracają częściej do dawnych produkcji z lat 40. Jednym z takich świątecznych filmów jest „Cud na 34. ulicy” (Miracle on 34th Street) z 1947 r. (fot. BEW)
Filmy świąteczne kojarzą nam się głównie z „Kevin sam w domu”, „Kevin sam w Nowym Jorku”. Tymczasem Amerykanie wracają częściej do dawnych produkcji z lat 40. Jednym z takich świątecznych filmów jest „Cud na 34. ulicy” (Miracle on 34th Street) z 1947 r. (fot. BEW)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kino familijne, filmy świąteczne, kultowe komedie skłaniają do powrotu do bezpiecznej bazy i pozwalają pielęgnować pozytywne emocje. Na czym polega ich działanie na naszą psychikę, opowiada Martyna Harland, psycholog SWPS.

Dlaczego lubimy oglądać filmy o świętach? Co nam one dają – poprawiają nastrój, przenoszą w bezpieczny świat, zdejmują z nas maskę poważniaków? Takie filmy świąteczne oglądamy często na zasadzie kreskówek. Przenosimy się w inną, nieco bajkową rzeczywistość. Możemy przez chwilę żyć inaczej i patrzeć na świat z różnych perspektyw. Wyskakiwanie z własnej skóry jest przyjemne. Kto by nie chciał raz na jakiś czas przenieść się w wymiar, w którym wszystko jest możliwe i dobre? Prezenty, spotkania z bliskimi, pyszne jedzenie.

Filmy familijne, filmy świąteczne przypominają też o tym, żeby zatrzymać się na chwilę i skupić na bliskich, na rodzinie. Człowiek jest istotą społeczną. Tymczasem prognozy straszą – według GUS w 2035 roku liczba rodzin co najmniej czteroosobowych zmniejszy się o 25 proc., przybędzie za to ludzi samotnych. Czy zatem rodzina, jaką znamy z seriali familijnych, to już przeżytek? Co może ją zastąpić? Świąteczne kino familijne odwołuje się do tej tęsknoty za tradycyjną rodziną.

Profesor Janusz Czapiński powiedział kiedyś, że Polacy wykazują się jednym z największych w Europie wskaźników familizmu. Jednak nie wszystkim rodzinne święta kojarzą się z przyjemnością. Poza tym stres związany ze świętami bierze się z wielu czynników. Boże Narodzenie jest pod koniec roku. Ten moment skłania do zrobienia podsumowania. Często bilans okazuje się ujemny, więc samo to wprowadza nas w negatywny nastrój.

Filmy o Świętym Mikołaju traktujemy zazwyczaj trochę pobłażliwie – nie kojarzą się z kinem wysokich lotów. Z drugiej strony, co roku do nich powracamy. Na czym polega ich fenomen? Oglądając je, wracamy do bezpiecznej bazy i dzieciństwa, które często kojarzy nam się pozytywnie. Działa to trochę na zasadzie rytuału, a to wytwarza w człowieku poczucie komfortu. Ich brak oznaczałby zburzenie tego poczucia przewidywalności świata. Rytuały jednoczą wspólnotę, a to szczególnie istotne w czasach, gdy żyjemy w większości jako odrębne jednostki.

Z punktu widzenia psychologa nie liczy się wartość estetyczna filmu. Chodzi przede wszystkim o poruszanie naszych emocji.

„Listy do M” zapisały się już na dobre na polskiej liście filmów świątecznych (fot. materiały prasowe Kino Świat) „Listy do M” zapisały się już na dobre na polskiej liście filmów świątecznych (fot. materiały prasowe Kino Świat)

W ramówce telewizyjnej pojawiają się obowiązkowe tytuły – święta bez Kevina dla niektórych z nas nie byłyby już prawdziwymi świętami. Na czym polega moc tego filmu? Ten fenomen przyciąga co roku przed ekrany telewizyjne ponad 3,2 mln widzów! W Polsce po raz pierwszy film „Kevin sam w domu” wyemitowano 25 grudnia 1992 roku. Gdy zniknął ze świątecznej ramówki, widzowie zarzucili stacji telewizyjnej, że „zabija święta”. Obok ubierania choinki i śpiewania kolęd film o Kevinie stał się częścią świątecznej tradycji. Tego rodzaju kino oglądamy najczęściej razem z rodziną. I to jest klucz.

Są też prawdziwe perełki świąteczne – jak bijące co roku w Stanach rekordy oglądalności „To wspaniałe życie” z 1946 roku w reżyserii Franka Capry. Ten film to swoista pochwała życia i radości z małych rzeczy. Z jakimi pozytywnymi emocjami pozwala nam się spotkać? Najważniejsza jest nadzieja. Święta i filmy świąteczne dają nam nadzieję na lepsze jutro. To pozytywne wyczekiwanie, że ma zdarzyć się coś miłego. Nadzieja należy do emocji złożonych, które łączą w sobie afekt pozytywny i negatywny, i oba pojawiają się w konkretnej sytuacji – gdy nasze położenie nie jest takie, jak byśmy chcieli. Jednak dominuje w niej oczekiwanie na korzystne zmiany czy lepsze jutro. Nadzieja to taka pożyczka, którą udziela nam szczęście. Pozwala przezwyciężyć strach i napędza do działania. Pomaga zachować równowagę w sytuacjach bardzo trudnych.

Takie kino pomaga nam pielęgnować emocje pozytywne. A one często sprzyjają realizacji zadań na wyższym poziomie, czym przyczyniają się do osiągania sukcesów. Z kolei sukcesy wyzwalają kolejne pozytywne emocje.

Psycholog pozytywna Barbara Fredrickson, zajmująca się badaniami nad szczęściem, wyliczyła idealną proporcję emocji pozytywnych do negatywnych w naszym życiu. Powinna ona wynosić 3:1. Mniejsza o to, w jakim stopniu trzymać się tej złotej zasady. Istotne jest, że stosunek ten nie wynosi 3:0. Warto zatem pielęgnować emocje pozytywne, nie unikając tego, co negatywne.

„To wspaniałe życie”( It's a Wonderful Life) to komediodramat z 1946 r (reż. Frank Capra). Bazą dla filmu była krótka historia „The Greatest Gift”, którą napisał Philip Van Doren Stern. (fot. BEW) „To wspaniałe życie”( It's a Wonderful Life) to komediodramat z 1946 r (reż. Frank Capra). Bazą dla filmu była krótka historia „The Greatest Gift”, którą napisał Philip Van Doren Stern. (fot. BEW)

Na czym dokładnie polega działanie tego typu filmów na naszą psychikę? Czy możemy na przykład wykorzystać terapeutyczną moc filmów do poprawy nastroju, gdy mamy doła? W kinie i literaturze to zjawisko nazywa się „mental transportation”, czyli przeniesienie do rzeczywistości filmowej, identyfikacja z bohaterem i jego światem przedstawionym w filmie.

Czy filmy lekkie, łatwe i przyjemne mogą rozwijać naszą inteligencję emocjonalną? Takie filmy mogą nam chwilowo poprawić nastrój. To emocje proste, którymi niejako zarażamy się z ekranu, w nie do końca świadomy sposób, na zasadzie rezonansu emocjonalnego. Zatem komedia wywołuje śmiech. Większość popularnych filmów to właśnie feel good movies, czyli filmy, które podnoszą poziom serotoniny. Oglądamy i czujemy się lepiej.

Problem w tym, że to efekt krótkotrwały. Dlatego jeżeli chodzi o długofalową pracę nad inteligencją emocjonalną, lepsze jest kino psychologiczne, wywołujące emocje złożone, jak wstyd czy poczucie winy. Zatem te, które są mieszanką emocji pozytywnych i negatywnych.

A jaką listę pozytywnych „doładowywaczy” na święta poleciłby psycholog? Każdy ma swoją żelazną listę, do której wraca. Mnie święta kojarzą się z Luisem de Funesèm. Śmiech jest terapią, którą każdy może sobie przepisać sam. W psychologii nazwano to gelontologią. Śmiech dotlenia, relaksuje, usuwa stres i redukuje ból. Polecam.

ŚWIĄTECZNA TOP LISTA:

  1. „Cud na 34. ulicy” (Miracle on 34th Street), występują: Maureen O’Hara, John Payne, reż. George Seaton, USA 1947
  2. „Kevin sam w domu”, występują: Macaulay Culkin, Joe Pesci, reż. Chris Columbus, USA 1990
  3. „Kevin sam w Nowym Jorku”, występują: Macaulay Culkin, Joe Pesci, reż. Chris Columbus, USA 1992
  4. „Holiday”, występują: Cameron Diaz, Jude Law, reż. Nancy Meyers,USA 2006
  5. „Listy do M. 2”, występują: Tomasz Karolak, Agnieszka Dygant, Polska 2015
  6. „To wspaniałe życie" ("It's a Wonderful Life"), występują: James Stewart, Donna Reed, reż. Frak Capra, USA 1946
  7. Kochajmy się od święta”, występują: Alan Arkin, Diane Keaton, reż. Jessie Nelson, USA 2015
Filmy z lat 40. można obejrzeć m.in. na takich platformach jak CDA, vodplay.pl.

Martyna Harland: psycholog, absolwentka Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich na Uniwersytecie SWPS, a także Warszawskiej Akademii Filmowej. Prowadzi badania nad filmoterapią - wpływem filmów na rozwój, samoświadomości oraz lepsze rozumienie emocji.