1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. NIEśmiertelni z urodzenia

NIEśmiertelni z urodzenia

fot.123rf
fot.123rf
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Transhumanizm to idea, w myśl której ewolucja człowieka i rozwój technologii będą się coraz silniej splatać, aż w końcu powstanie nowy człowiek ulepszony o technologie. Przyszłość stawia trudne pytania. O wyzwaniach ery transhumanizmu będziemy rozmawiać w nowym cyklu z psychoterapeutą Wojciechem Eichelbergerem.

– Marzenie człowieka o nieśmiertelności może niedługo spełnić się dzięki dygitalizacji umysłu. Umysł i świadomość mają zostać sprowadzone do informacji i przepisane na nośnik niebiologiczny. To jedna z wizji transhumanistów. Życie po życiu mamy wieść jako cyfrowe impulsy w sieci. Ale co z naszą duchowością? Czy warto się na taką nieśmiertelność godzić?

– Mamy kłopot z nieśmiertelnością, bo nieśmiertelność, jakiej chcemy, ma formę zindywidualizowaną. To nasze ja chce przetrwać jako określona osoba, która ma imię i nazwisko, własną biografię, jakieś przekonania, mniejszy lub większy chaos myśli, jakieś niezrealizowane i zrealizowane dążenia, spełnione i niespełnione potrzeby oraz określony krąg krewnych i znajomych. Nasze ego w paroksyzmie samozachwytu cały ten galimatias uznaje za coś tak niesłychanie cennego, że koniecznie chce to – czyli samego siebie – po wsze czasy uwiecznić. Śmieszne, straszne i żenujące.

– Nie dla wszystkich. Czy nie po to właśnie stawiamy na cywilizację techniczną, aby uniezależnić się od nietrwałego ciała i uciec śmierci, choćby w formie zdygitalizowanej?

– Próbujemy zamrażać nasze martwe ciała w ciekłym azocie, organizować różne części zapasowe czy dygitalizować. Ale wszystko to ignoruje przekaz, jaki od niepamiętnych czasów mają dla nas religie. Chrześcijaństwo mówi na przykład, że nieśmiertelność możliwa jest tylko w Bogu/Chrystusie. Hinduizm pozornie obiecuje nieśmiertelność indywidualną. Idea reinkarnacji jako wiecznej wędrówki dusz to nieśmiertelność dla tych, którzy nie doczytali do końca. Bo tylko te dusze wędrują, błąkają się po różnych ciałach, które jeszcze nie osiągnęły doskonałości, nie zrozumiały, kim są. Więc wracają do ziemskiego czyśćca i uczą się dalej, by głębiej poznać istotę rzeczy, istotę samej siebie. Ale jak im się to uda, w stanie nirwany połączą się z absolutnym bytem i potrzeba wcielania się w nich zaniknie. Czyli tu też mamy nieśmiertelność w Bogu. W buddyzmie mówi się, że energia naszego życia, karma, w momencie śmierci może być przekazywana dalej, jeśli nie została przez praktykę duchową wyzerowana. Czyli może się zdarzyć, że nasze niespełnione potrzeby, iluzje, nierozwiązane sprawy, połamane serca, cały ten bagaż egotycznych emocji, myśli i potrzeb zostanie przekazany dalej. Ale też nie w formie określonej, podpisanej duszy, lecz w formie energii. Ten proces jest też procesem doskonalenia się. Ustaje, kiedy ta coraz czystsza w miarę kolejnych odrodzeń energia osiąga stan nirwany, czyli wolny od wszelkich przywiązań, potrzeb i zamiarów stan zjednoczenia z Prawdziwą Naturą. Z tego punktu widzenia obiecywana nam nieśmiertelność w formie ego czy nawet duszy naznaczonej indywidualnością to nonsens. Taką pozorną nieśmiertelność słusznie nazywa się paktowaniem z diabłem. Chrześcijański czyściec i piekło to – podobnie jak w hinduizmie i buddyzmie – jedynie etapy wędrówki zabłąkanych dusz ku prawdziwej nieśmiertelności, czyli całkowitemu pojednaniu z tym, co nieporadnie nazywamy m.in. Bogiem.

– Ale tak rozumiana nieśmiertelność zakłada rezygnację z ja.

– Aby się pojednać z Drogą, Prawdą i Życiem, nie możemy już dłużej wydawać się sobie kimś, kto idzie po tej Drodze, szuka Prawdy i staje się Życiem. Pojednanie to pojednanie, a nie posiadanie. A my, ludzie, na ogół chcemy zjeść ciastko i mieć ciastko. Ale można powiedzieć, że każda fala wie, że w istocie jest morzem i że zawsze była i będzie morzem. A więc nawet jak znika, to jest. I to jest ta nieśmiertelność, którą obiecują nam religie. Nieśmiertelność morza, z którego rodzą się i w którym znikają wszystkie fale.

– Transhumaniści proponują unowocześniony wariant tej idei: nieśmiertelność zapisu cyfrowego w stosunku do nieśmiertelności sieci.

– Niestety, nic z tego, bo w koncepcji dygitalizacji treści umysłu pojawia się egoistyczne pragnienie, żeby utrwalić siebie, ponieważ całkowicie utożsamiamy się z tym, co przeżywamy jako ja i co zmagazynowaliśmy w jego pamięci. Dlatego ulegamy złudzeniu, że poza ja nie ma nic. To złudzenie przekracza się w różnego rodzaju praktykach duchowych, podczas których ludzie doświadczają stanów poza ego. I wówczas dopiero opuszcza nas obłędne pragnienie nieśmiertelności ja.

– To duchowa recepta na lęk przed śmiercią.

– Wiadomo, że ciało i każda forma, jaka się pojawia na tym świecie, wcześniej czy później zanika i powraca do stanu elementarnego. Stąd nader trafna obserwacja: „z prochu powstałeś, w proch się obrócisz”. Z naszym ciałem musi się też to wydarzyć. To nieuchronne. Dlatego zawsze zastanawiałem się nad chrześcijańską obietnicą zmartwychwstania ciała. Z punktu widzenia biologii i cytowanych wyżej mistycznych przekazów religijnych to oczywiste, że ciała wciąż się odradzają. Ale obiecywanie komuś, że to konkretnie żyjące, opatrzone imieniem i nazwiskiem ciało ma kiedyś w nagrodę za dobre sprawowanie powstać z grobu, jest niezrozumiałe i przerażające.

– A może technika, choćby poprzez dygitalizację umysłu, da nam to, czego religie i praktyka duchowa dać nie mogą, właśnie nieśmiertelność każdego konkretnego człowieka. Dlatego w nią inwestujemy, bo naszym celem – jako ludzkości – jest znaleźć wiecznotrwałe opakowanie na nasze ja.

– Zastanówmy się nad dygitalizacją umysłu. Jeśli uczciwie mu się przyjrzymy, to stwierdzimy, że tego, co w naszym umyśle najcenniejsze, nie możemy przypisać sobie. Gdy np. zrobimy coś nadzwyczajnego dzięki talentowi i natchnieniu, wtedy intuicyjnie wiemy, że to nie sobie możemy przypisać zasługę. Carl Gustav Jung nazwał to źródło podświadomością zbiorową. Teraz pod wpływem odkryć fizyki kwantowej mówi się o świadomości jako o hologramie. Taki Prawdziwy Umysł w hinduizmie i buddyzmie porównuje się do zbioru miliarda luster, z których każde odbija się w każdym. W takim zbiorze zasada hologramu przejawia się w tym, że jeśli jednemu z luster coś się przydarzy, np. narysujemy na nim jakiś znak, to we wszystkich pozostałych prawie natychmiast (z prędkością światła) on się odbije. Jeśli zmienia się pojedynczy element tej struktury, to jednocześnie zmienia się całość, a jak zmienia się całość, to zmienia się każdy fragment. Czyli każde lustro wie wszystko o innych lustrach.

– Sieć połączonych luster jest jak komputery połączone siecią Internetu.

– Internet jest już teraz nieco przerażającym zapisem zdygitalizowanego, zbiorowego ego ludzkości. Jest tam wszystko, co się we współczesnym ludzkim umyśle lęgnie – i to, co najpiękniejsze i najwznioślejsze, i to, co najbardziej odrażające i podłe. Więc po co jeszcze dygitalizować każdego osobno, skoro już istnieje taka baza danych? Jeśli Facebook będzie się dalej rozrastać z taką szybkością i otworzy się całkowicie, to każdy, kto jest w Facebooku, będzie miał na swojej liście wszystkich pozostałych ludzi, a każdy z nich będzie na liście wszystkich innych. Wtedy cokolwiek zostanie wpuszczone do Facebooka, od razu trafi do wszystkich ludzi na świecie.

– To już wydaje się całkiem podobne do idei umysłu jako miliona luster.

– Tylko powierzchownie, bo model miliardów widzących się luster odnosi się do Prawdziwego Umysłu, czyli umysłu nienaznaczonego oddzielonym ego. Natomiast na Facebooku jest odwrotnie, tam każde ego chce zaistnieć i konkurować z innymi. W cyberprzestrzeni niesie się jeden wielki krzyk: ja, ja, ja, patrzcie na mnie, słuchajcie mnie! W mgnieniu oka możemy stać się nieśmiertelni, jeśli tylko zdamy sobie sprawę z tego, że prawdziwa istota naszego umysłu zawiera wszystkie tożsamości, jakie kiedykolwiek istniały na tej planecie, że w każdej chwili wszystko odbija się we wszystkim. Czy w takiej sytuacji lansowanie siebie, szkodzenie innym, rywalizacja i nienawiść mają jakikolwiek sens? W takim rozumieniu Prawdziwego Umysłu, gdy zaszkodzimy sobie, to szkodzimy innym, jeśli szkodzimy innym, to szkodzimy sobie, a dygitalizacja staje się niepotrzebna. Choć rozumiem, że ci spośród nas, którzy nie przeczuwają nawet, kim naprawdę są, czym jest ich świadomość, będą nadal dążyć do tego, żeby zdygitalizować swój egotyczny umysł. I to się już w pewnym sensie dzieje, jeśli założyć, że to, co jest zapisane w cyberprzestrzeni, nigdy nie ginie.

– Dopóki działają serwery i jest prąd. Ale czy można będzie kiedykolwiek człowieka przepisać, zdygitalizować, czy składamy się tylko z informacji? A gdzie dusza?

– Wyobraź sobie, że przepiszesz się w Internet, że masz nawet miliard znajomych, i umierasz. Co wtedy? Jaką znajdujesz w tym pociechę, że jesteś przepisana w Internecie?

– Niewielką, bo to nie ja.

– I o to chodzi. To, co w Internecie, to nie ty, tam może być zapisana jedynie treść, produkcja twojego egocentrycznego umysłu. Człowieka nie da się przepisać, bo jest jednocześnie częścią i całością. Nie tylko treścią umysłu, wyobrażeniami, potrzebami, przekonaniami, emocjami itd. Istota człowieka leży głębiej czy też ponad. Jest nią to, co generuje treść jego umysłu. Każda forma, jaką rzutujemy z projektora, aby mogła zaistnieć, wymaga czystego ekranu. Wiemy też, że światło jest tą czystą formą, która rodzi i niesie każdą informację, każdy obraz. Wszystkie nasze umysły, twój, mój, wszystkich ludzi i wszystkich czytelników, którzy w tej chwili czytają ten tekst, są jak projektory zasilane z jednego źródła, tym samym światłem. Oczywiście, w zależności od tego, co mamy nagrywane na klisze w naszym umyśle, taki świat nam się wyświetla. Ale nie można mylić tego, co nam się wyświetla, ze światłem. Kiedy odkryjemy, że w istocie jesteśmy tym światłem, potrzeba nieśmiertelności znika. Bo wtedy wiemy, że jesteśmy nieśmiertelni z urodzenia i byliśmy nieśmiertelni, zanim się urodziliśmy. Po prostu nie sposób umrzeć.

– Ale nas jako nas jednak nie będzie.

– Umiera tylko nasza iluzja samych siebie i to jest fenomen, który opisuje tajemnicze zdanie: „jeśli umrzesz, zanim umrzesz, nie umrzesz, gdy umrzesz”. Co to znaczy „umrzeć, zanim umrzesz”? Paradoks. Żeby go zrozumieć, trzeba spytać siebie, co ma umrzeć, zanim umrzemy, abyśmy nie umarli? No właśnie owa iluzja ja jako czegoś niezależnego, niepowtarzalnego. Jeszcze inna metafora: życie jest rwącą rzeką, a nasze indywidualne istnienia to krople deszczu, które wpadają do rzeki. Na chwilę powstaje ślad, złudzenie ego jest tym śladem. Jeśli chcemy koniecznie ten ślad zdygitalizować, zachować na wieczność, to zajmujemy się czymś nieważnym, bo to rzeka jest prawdziwym życiem. Dygitalizacja umysłu to strata czasu, źle ulokowana nadzieja, źle ulokowana wiara. Film „Matrix” stanowi w tej sprawie współczesne memento. Tam prawdziwi ludzie walczą z komputerami, które karmią iluzją mózgi ludzi pozbawionych ciał. Mistyczna perspektywa każe nam szukać prawdziwego życia, a nie jego zdygitalizowanej imitacji.

Wojciech Eichelberger

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Horoskop wedyjski a solarny. Różnice wyjaśnia filozof Rafał Gendarz

Ilustracja: Getty Images
Ilustracja: Getty Images
Według horoskopu wedyjskiego o jednej trzeciej tego, co nas spotyka w życiu, decyduje wolna wola. Nasza decyzja ma więc spore znaczenie. A im więcej wiemy o sobie, tym bardziej nasza wolna wola rośnie w siłę − mówi Rafał Gendarz, filozof zajmujący się astrologią wedyjską.

Rafał Gendarz, filozof zajmujący się astrologią indyjską. Od 2004 r. regularnie prowadzi konsultacje i wykłady astrologiczne. Należy do tradycyjnej szkoły Śri Acyutananda, wywodzącej się z Puri w Indiach. (Fot. archiwum prywatne) Rafał Gendarz, filozof zajmujący się astrologią indyjską. Od 2004 r. regularnie prowadzi konsultacje i wykłady astrologiczne. Należy do tradycyjnej szkoły Śri Acyutananda, wywodzącej się z Puri w Indiach. (Fot. archiwum prywatne)

Czym charakteryzuje się horoskop wedyjski, co różni go od horoskopu Zachodu?
W filozofii indyjskiej karma, czyli to, co kieruje życiem człowieka, zapisane jest poza naszym Układem Słonecznym, w gwiazdach. Hindusi mówią także o triadzie, która prowadzi człowieka. Jej pierwszym elementem jest ascendent, który odpowiada za ciało i inteligencję. Kolejny to Słońce odpowiedzialne za duszę, kierunek w życiu, powołanie, to, co wychodzi poza naszą rodzinę, społeczność, na przykład jeśli ktoś zostaje politykiem, oznacza to, że ma zobowiązania wobec świata. Nie każdy dociera do miejsca, w którym Słońce decyduje o jego życiu. Życie wielu osób wypełnia się poprzez zaspokajanie potrzeb własnych i potrzeb rodziny, najbliższych. I w końcu trzeci element, Księżyc − odpowiada za nasz umysł. Żaden z elementów nie jest nadrzędny wobec pozostałych, liczy się całość.

A jaką funkcję pełni horoskop w codziennym życiu Hindusów?
Bardzo dużą. Kiedy w rodzinie pojawia się dziecko, dostaje ono na start indywidualny horoskop. Prawie każda rodzina ma swojego astrologa, rodzice udają się do niego na konsultacje dotyczące dziecka. Z astrologiem często konsultowane są również małżeństwa. W Indiach wciąż popularne są małżeństwa aranżowane – a w aranżacjach duże znaczenie ma to, co powie astrolog. On sprawdza dopasowanie osobowości dwojga ludzi, ale także bada ich długość życia – chodzi o to, by była podobna. Jeśli poczytamy stare indyjskie pisma, odkryjemy także, że przy narodzeniu każdej ważnej osoby pojawia się postać astrologa. Dowiadujemy się między innymi, że astrolog Garga Muni przewidział pojawienie się boga Kryszny.

Można powiedzieć, że astrologia zapowiadała pojawianie się królów, a potem ważnych polityków?
Zdecydowanie tak, była istotna nie tylko przy ich narodzinach, ale towarzyszyła i wciąż towarzyszy tym współczesnym – w rządzeniu, w podejmowaniu kluczowych dla kraju decyzji. Jej rola jest gigantyczna. Choć jednocześnie w dużych miastach da się zauważyć proces odchodzenia od astrologii. Młodzi, postępowi ludzie zaczynają odrzucać horoskop jako ograniczenie, konserwatywny ciężar. To ciekawe, bo w świecie Zachodu ten proces jest odwrotny – dla młodych astrologia zaczyna mieć coraz większe znaczenie, bo jest drogą do samopoznania.

Czy horoskop wedyjski jest czymś, co mówi o naszym potencjale, czymś, co jedynie wyznacza nam ewentualny kierunek, czy raczej determinuje nasze życie, naznacza nas?
Niezwykle cenne w astrologii indyjskiej jest, że ona bardzo ściśle łączy się z indyjską filozofią, ajurwedą, czyli indyjską medycyną. To wszystko tworzy obraz holistycznego patrzenia na człowieka. Ponadto, nie wdając się w szczegóły, według horoskopu wedyjskiego o jednej trzeciej tego, co nas spotyka w życiu, decyduje nasza wolna wola. Nasza decyzja ma więc spore znaczenie.

Astrologia indyjska bazuje na obrazach, które pojawiają się w umyśle. I mamy wybór – możemy spróbować je zrozumieć i za nimi podążać lub nie. Odwołuje się ona także do tego, co mówił Jung – jeśli poznamy naszą nieuświadomioną część, mamy szansę przerwać jej władanie nad nami. Jeśli jej nie poznamy, nie zrozumiemy − ona będzie nami kierować jak automat. W astrologii indyjskiej jest dokładnie tak samo: im więcej wiemy o własnym potencjale − ale i słabości − naszej drogi, tym bardziej świadomie i skutecznie możemy stosować środki zapobiegawcze. Czyli z jednej strony astrologia wedyjska ukazuje nam naszą konstrukcję psychiczną, ale z drugiej strony – i to trzeba powiedzieć – tym różni się od astrologii humanistycznej, że nie zrezygnowała z prognozowania wydarzeń. Astrologia zachodnia zredukowała swoją funkcję jedynie do opisu naszego potencjału, opisu naszej konstrukcji, indyjska – nie. Astrolog indyjski wie, że nie da się zupełnie uciec od determinizmu, on jest częścią astrologii. Ale tylko częścią!

Czyli na człowieka nie jest wydany z góry żaden wyrok.
Nie, nie ma tu fatalizmu. Powiedziane jest jasno, że im więcej wiemy o sobie, tym bardziej nasza wolna wola rośnie w siłę. Zresztą ja bym się tak bardzo rozmaitych „wyroków” nie bał. Człowiek jest z tym w pewnym sensie od zawsze oswojony, przecież już sama nasza fizyczność, nasze geny i to, co jest w nich zapisane, czyli biologia, na starcie nas uwarunkowuje, w pewnym sensie wydaje na nas wyrok. Mamy zapisane w kodzie jakieś choroby, ale możemy im zapobiegać.

Astrologia wedyjska jest czymś, co można porównać do markerów rakowych, badania, które określa jak duże jest prawdopodobieństwo, że zachorujemy na przykład na raka piersi?
Dokładnie tak. Astrologia wedyjska w dużej mierze stawia na profilaktykę. Pozwala zobaczyć, co może się wydarzyć, jeśli pójdziemy określoną ścieżką, i od nas zależy, czy wdrożymy jakieś działanie profilaktyczne. Opiera się na zasadzie, że lepiej wiedzieć, co ewentualnie złego może się wydarzyć, bo wtedy można odpowiednio się do tego przygotować. Horoskop wedyjski pokazuje wiele ścieżek, jest trochę jak mapa (zresztą tak określają go pisma wedyjskie, Jataka Parijata), którą oglądamy z góry i patrzymy, co może czekać nas na finiszu różnych dróg. Co stanie się, jeśli dziś pójdziemy w lewo, a co, jeśli zdecydujemy się skręcić w prawo. Bo trzeba dodać, że ten horoskop jest dynamiczny, zmienia się. Każdy człowiek ma różne momenty w życiu – czasem jest silniejszy, czasem słabszy. I ten moment w życiu też ma swoje znaczenie przy podejmowaniu decyzji, czy iść w prawo czy w lewo.

Trochę jak podróż przez labirynt...
Tak, ale to nie jest labirynt, w którym tylko jedna ścieżka pozwoli dotrzeć do dobrego celu. Tu jest wiele możliwości, wiele szans.

A co horoskop wedyjski mówi nam o roku 2020, co jeszcze nas czeka?
Mogę zdradzić, co mówi przedstawiciel mojej szkoły w tej sprawie. Przewidział na przykład, że na początku roku stanie się coś, co sprawi, że wiele osób umrze... Ma to związek z tranzytem kombinacji dwóch planet – Marsa i Saturna, bo według starożytnych pism, jeśli się na siebie nakładają, tworzy to tzw. Yama yogę, kombinację śmierci. Ale przewidywania dotyczące jesieni są optymistyczne, wynika z nich, że sytuacja na świecie się poprawi. Być może znaczy to, że przewidywana druga fala koronawirusa okaże się zdecydowanie słabsza.

Znajdź swoją nakszatrę

Astrologia zachodnia opiera się na zodiaku solarnym, w horoskopie hinduskim występuje zodiak syderyczny (gwiezdny) bazujący na 27 znakach księżycowych, zwanych nakszatrami. Nakszatry zmieniają się w różnych porach doby, dlatego w dniach przełomu ważna jest dokładna godzina narodzin.

Aświni 13–27 kwietnia Bharani 27 kwietnia – 11 maja Krittika 11–25 maja Rohini 25 maja – 8 czerwca Mrigasira 8–21 czerwca Ardra 21 czerwca – 5 lipca Punarvasu 5–19 lipca Puśja 19 lipca – 2 sierpnia Aszlesza 2–16 sierpnia Magha 16–30 sierpnia Purva Phalguni  30 sierpnia – 13 września Uttara Phalguni 13–26 września Hasta 26 września – 10 października Cajtra 10–23 października Swati 23 października – 6 listopada Wajsiakha 6–19 listopada Anuradha 19 listopada – 2 grudnia Dżejsztha 2–15 grudnia Mula 15–28 grudnia Purva Aszadha 28 grudnia – 11 stycznia Uttara Aszadha 11–24 stycznia Srawana 24 stycznia – 6 lutego Dhaniszta 6–19 lutego Śatabhiszak 19 lutego – 4 marca Purva Bhadra 4–17 marca Uttara Bhadra 17–31 marca Revati 31 marca – 13 kwietnia

  1. Psychologia

Objawy depresji u mężczyzn – dlaczego trudno im prosić o pomoc?

W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny (fot. iStock)
W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny (fot. iStock)
W dobie współczesnych przemian gospodarczych, kulturowych i społecznych Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) alarmuje, że na zaburzenia związane z depresją cierpi ok. 350 mln ludzi na świecie. Depresja staje się powoli jedną z cywilizacyjnych chorób, która dotyka zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Mężczyznom jednak trudniej przyznać się, że sobie z czymś nie radzą i zaakceptować własne słabości. Jak wygląda depresja mężczyzn z perspektywy metody Gestalt? - wyjaśnia psychoterapeuta Krzysztof Pawłuszko.

Niestety, pomimo wielu doniesień świadomość społeczna dotycząca depresji i możliwości jej leczenia jest wciąż niewielka. Moje doświadczenie pracy jako terapeuty pokazuje, że zwykle ludzie szukają informacji lub pomocy dopiero w momencie, kiedy oni sami lub ich bliscy zaczynają cierpieć z powodu depresji. Często jest to już głęboki stan powodujący trudności w codziennym funkcjonowaniu i pełnieniu ról społecznych. Wówczas chcą jak najszybciej pozbyć się problemu i wrócić do normalnego trybu życia.

W pracy terapeutycznej z klientami doświadczającymi depresji wielokrotnie miałem wrażenie, że traktują siebie jak samochód, a mnie jak mechanika, oczekując szybkiej naprawy lub recepty na to, jak sami mogą siebie naprawić. Jest to przykład pokazujący, jak bardzo ludzie nie chcą mieć styczności z tym problemem. Dotyczy to w dużej mierze mężczyzn, którym bardzo trudno przyznać się do własnych trudności i sięgnąć po pomoc. A wynika to wyraźnie z kontekstu kulturowo – społecznego.

Od dziecka chłopcom narzucane są zasady i normy (w podejściu Gestalt zwane introjektami), mające na celu przygotowanie do życia w dorosłości. Główny nacisk jest w nich położony na rozwój sfery racjonalnej. Chłopiec ma być przecież w przyszłości głową rodziny. Sfera emocjonalna i cielesna jest przez rodziców skutecznie blokowana, pomijana lub zawstydzana. Chłopcom nie wypada płakać, złościć się czy smucić (choć powoli to się zmienia). Tym bardziej przeżywać różne popędy cielesne (np. seksualność, agresję), ponieważ wykraczają wtedy poza granice ustalonych norm i są niegrzeczni.

Dziecko, żeby przyswoić i wyrobić się w realizacji tego rodzaju przekazu kulturowo – społecznego, jest zmuszone usztywnić swoją naturalną ekspresję oraz odciąć się od sfer, które nie są mile widziane. W konsekwencji rozwija mechaniczny sposób obchodzenia się ze sobą, który później kontrolowany jest przez racjonalność. Kojarzę to z zainstalowanym oprogramowaniem komputerowym, które dba, by komputer sprawnie i bez zarzutu spełniał swoje funkcje. Analogicznie jest z głową mężczyzny skoncentrowanego w tym kontekście na realizacji szeregu ról, norm, obowiązków, zadań i celów - jak maszyna.

W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny. Jest to bardzo częste doświadczenie mężczyzn zgłaszających się na terapię. Siła przekazu kulturowo – społecznego jest wówczas tak duża, że pogłębia proces utraty równowagi. Zwykle mężczyźni nie są tego procesu świadomi.

Doświadczają trudnych do wyjaśnienia objawów. Na poziomie racjonalnym: problemów z pamięcią i koncentracją. Na poziomie cielesnym: zmęczenia, bólu głowy, ciągłego stanu napięcia i stresu. Na poziomie emocjonalnym: obniżonego nastroju, drażliwości, stanu złości i zdenerwowania, braku odczuwania przyjemności i zainteresowania. Na poziomie codziennych zachowań: trudności z zasypianiem, aktywnością seksualną, codzienną aktywnością i pełnieniem ról społecznych. Na poziomie społecznym: chęcią wycofania się z kontaktów i ukrycia. Czasem wymienionym objawom towarzyszą choroby somatyczne wynikające z wieloletniego tłumienia emocji. Są to m.in. choroby układu sercowo - naczyniowego, układu odpornościowego, pokarmowego, dolegliwości bólowe w różnych obszarach ciała.

Bardzo często mężczyźni łączą te objawy z trudnościami lub niepowodzeniami w pracy, zbyt długo trwającym przeciążeniem zawodowym, brakiem możliwości wzięcia urlopu, nie rozwiązanym konfliktem w relacji partnerskiej czy prowadzeniem niezdrowego trybu życia. Poszukują wówczas różnych sposobów poradzenia sobie z sytuacją lub jej odreagowania. W tym celu sięgają po alkohol, leki przeciwbólowe i nasenne, narkotyki, hazard, internet, gry komputerowe, sporty ekstremalne czy siłownię. W rezultacie pogłębiają swój stan i dochodzą po pewnym czasie do tzw. ściany. Nie wiedzą, co i w jaki sposób mogłoby im pomóc. Niektórzy mężczyźni, pomimo wstydu i oporu, przyznają się sami przed sobą, że potrzebują pomocy. Zazwyczaj wtedy decydują się również sięgnąć po pomoc innych ludzi, w tym pomoc terapeutyczną.

W terapii Gestalt depresja nie jest traktowana jako objaw, którego trzeba się za wszelką cenę pozbyć np. za pomocą leków czy technik terapeutycznych. Depresja jest postrzegana jak czubek góry lodowej widoczny nad powierzchnią wody. Pod powierzchnią znajduje się jej większa część (sedno problemu), powodująca stan depresji. Część, o której myślę, składa się z różnych czynników. Jeśli pomijamy te czynniki i skupiamy się na redukcji objawów choroby, w konsekwencji doprowadzamy do jej nawrotu w przyszłości.

Koncepcja Gestalt proponuje inną drogę, ktora polega na spotkaniu z tym, co pod powierzchnią i uświadomieniu sobie czynników powodujących depresję. Jest to proces wymagający czasu i zaufania, że przyniesie oczekiwane rezultaty. Wsparcie farmakologiczne jest wówczas zwykle działaniem wspierającym ten proces - ze względu na jego intensywność i głębokość. W trakcie terapii szokujący dla klientów jest paradoks, że doświadczenie depresji ich ratuje. Nigdy wcześniej nie pozwoliliby sobie na zatrzymanie się i zweryfikowanie, czy ich dotychczasowy sposób funkcjonowania jest zdrowy. Depresja jest tym wydarzeniem, które odsłania fakt odcięcia się od siebie i twórczego przystosowania, żeby sprostać wymaganiom kulturowo - społecznym. Ukazuje szereg sztywnych schematów postępowania, reagowania i myślenia oraz rozwinięte mechanizmy obronne różnego rodzaju.

Klient odkrywa w terapii, że depresja jest jego nieświadomą odpowiedzią manifestującą, że dłużej w dotychczasowy sposób nie może i nie chce funkcjonować, ponieważ jest to dla niego destrukcyjne. Zaczyna również odkrywać swoje prawdziwe Ja, rozwijać świadomość własnej emocjonalności i procesów cielesnych, stopniowo odzyskiwać równowagę oraz bardziej świadomie decydować, w jaki sposób chce funkcjonować. Przy tym uczy się w codziennych sprawach sięgać po wsparcie innych ludzi, nie postrzegając tych sytuacji jako wyraz słabości czy osobistej porażki.

Terapia Gestalt jest więc zupełnie innym spojrzeniem na problem depresji. Nie tylko tej doświadczanej przez mężczyzn, ale także kobiety. Stwarza możliwość świadomego przejścia procesu depresji oraz trwałego rozwiązania tego problemu.

Krzysztof Pawłuszko, certyfikowany psychoterapeuta i trener w Instytucie Terapii Gestalt, European Association for Gestalt Therapy, European Association for Psychotherapy oraz Polskim Towarzystwie Psychoterapii Gestalt. Jest również psychoterapeutą szkoleniowym terapeutów będących w procesie szkolenia w nurcie Gestalt.

  1. Psychologia

„Domyśl się, czego mi trzeba!” – żądania i pretensje zatruwają związek

Formułowanie konkretnych próśb i komunikowanie życzeń nie jest w żadnym obszarze życia tak ważne, jak w zaspokajaniu potrzeby miłości i intymności. (fot. iStock)
Formułowanie konkretnych próśb i komunikowanie życzeń nie jest w żadnym obszarze życia tak ważne, jak w zaspokajaniu potrzeby miłości i intymności. (fot. iStock)
Nasze wyobrażenie o miłości jest żądaniem i pretensją: „Domyśl się, czego mi trzeba!”, „Zgadnij, zanim ja sam się tego dowiem!”. Ciągle szukamy kogoś, kto spełni nasze życzenia. To najbardziej destruktywna strategia w związkach miłosnych – twierdził Marshall Rosenberg, twórca Porozumienia bez Przemocy.

„Dlaczego nigdy mi tego nie mówiłaś?!” „Cały czas ci to powtarzam!” Tomek Bagiński, trener, coach stosujący Porozumienie bez Przemocy w mediacjach dla par, te dwa zdania nazywa absolutną klasyką. – On mówi i ona mówi. Dwa monologi, które nie mogą stać się dialogiem, bo oni nie słyszą siebie nawzajem, chcą się z czymś przebić, ale nie wiedzą jak, więc ja tłumaczę to wszystko na język uczuć i potrzeb – opowiada Tomek. – I wspieram, to znaczy pytam: „Co usłyszałaś?”; „Co powiedziała twoja partnerka?”. Pomału zaczynają siebie słuchać, uczą się tego. Na przykład kobieta mówi: „chcę, żeby on zmienił pracę!”. Ale pod tym kryją się potrzeby kontaktu i wspólnoty; aby mężczyzna spędzał więcej czasu w domu, żeby byli bliżej siebie.

Ola i Tomek Bagińscy metodę Porozumienia bez Przemocy poznali trzy lata temu. Ola stworzyła właśnie Fundację Świadomego Rozwoju, która propaguje działania oparte na tej metodzie. Są razem od 13 lat, mają dwoje dzieci – 6-letniego Kacpra i 4,5-letnią Martę. Nowa droga odmieniła ich życie rodzinne.

Potrzebuję czułości. A ty?

W swoich książkach i na wykładach Marshall Rosenberg zwracał uwagę na dziwną rzecz: prawie każdy z nas jest przekonany, że jeśli ktoś nas kocha, to na pewno wie, czego potrzebujemy. Nasze wyobrażenie o miłości jest żądaniem i pretensją: „domyśl się, czego mi trzeba!”. „Zgadnij, zanim ja sam się tego dowiem!” To najbardziej destruktywna strategia w związkach miłosnych.

Miłość i intymność są podstawowymi potrzebami. Formułowanie konkretnych próśb i komunikowanie życzeń nie jest w żadnym obszarze życia tak ważne, jak w zaspokajaniu potrzeby miłości i intymności.

W książce „Rozwiązywanie konfliktów poprzez porozumienie bez przemocy” Rosenberg dzielił się własnymi doświadczeniami: „Jako mężczyzna byłem tak samo mało świadomy własnych potrzeb jak moja partnerka, ponieważ nie miałem w ogóle pojęcia, jakie mam potrzeby. Jeśli nie były one spełnione, to czekałem, aż moja partnerka zatroszczy się o mnie. A jeśli tego nie robiła, to miała poczucie, że robi coś źle. Ja się wycofywałem, a ona pytała: »Marshall, o co chodzi?«. Odpowiadałem: »O nic«. Nie wytrzymywała tego długo i otrzymywałem to, co chciałem. To bardzo proste, ale ma wysoką cenę. Pomału, ale konsekwentnie człowiek staje się uczuciowym analfabetą, emocjonalnym idiotą. Nie uczy się mówić: »Mam właśnie wielką potrzebę kontaktu i czułości. A ty?«. Oczekiwałem od kobiety, aby znała moje potrzeby lepiej niż ja sam! To ona powinna dbać o zaspokojenie moich potrzeb. Kiedy tego nie robiła, byłem wściekły. Zawsze miałem wokół siebie kochane kobiety, które wiedziały, czego potrzebuję, i dawały mi to. I im lepsze w tym były, tym bardziej niezdolny, ograniczony i bezrozumny byłem ja”.

Usiądźmy z przyjaciółmi

Ola i Tomek naukę porozumiewania się bez przemocy porównują do gry na pianinie: najpierw ćwiczysz gamę, ręce są mało elastyczne. Ale z czasem z tych gam zaczyna układać się kawałek muzyki, potem dłuższy, aż w końcu płynie melodia.

– Najpierw uczyliśmy się być ze sobą w kontakcie, utrzymać stan otwarcia i przepływu, współobecności – mówi Ola. – To wcale nie jest łatwe, gdy pojawia się różnica zdań, a przede wszystkim silne emocje, złość, pretensje. Sztuka polega na tym, aby z jednej strony być przy sobie, czyli być świadomym, o co mi chodzi, co czuję i czego potrzebuję, a jednocześnie być w kontakcie z bliską osobą: „Czego on potrzebuje?”. Dotrzeć do tego, że moje i twoje jest tak samo ważne.

– „No tak, ale jeśli zgłoszę jej swoją potrzebę, to co o mnie pomyśli. Przecież mężczyzna ma sobie radzić bez gadania. Otwierając się, wystawiam się na strzał”. Tak często myślą mężczyźni – mówi Tomek.
– „Chcę się z nim czymś podzielić. Ale on nie słucha, od razu radzi, zrób tak i tak. A ja nie potrzebuję rady. Chcę powiedzieć, co jest dla mnie ważne w tej chwili”. Tak na ogół reagują kobiety – mówi Ola. – Nie mogę cię usłyszeć, bo sama chcę być usłyszana. Jeśli cię wysłucham, to będzie znaczyć, że się z tobą zgadzam. A wtedy uznasz, że masz rację, i nie wysłuchasz mnie! Te obawy są źródłem nieporozumień, napięć, urazów i pretensji. Czujemy się bezradni, więc się zamykamy, i w końcu chcemy się rozwodzić.

Twierdzą, że w związkach potrzebujemy raz na jakiś czas usiąść i porozmawiać, co się z nami dzieje, a jeśli się nie słyszymy, to poprosić o pomoc przyjaciół, bo dobrze, jak ktoś popatrzy z zewnątrz. Oni na szczęście mają przyjaciół zaznajomionych z Porozumieniem bez Przemocy, więc korzystają z mediacji.

Opowiadają o takiej sytuacji: jakiś czas temu byli razem na kilkudniowym warsztacie dla kobiet i mężczyzn. Wieczorem ktoś z uczestników obchodził imieniny, było wino, świętowanie, luźna atmosfera. Dystans między ludźmi zdecydowanie się zmniejszył. – Zobaczyłam, jak kobiety dotykają pleców Tomka – opowiada Ola. – Opanowały mnie silne emocje, bunt, sprzeciw i ból. Ale on nie reagował, pozwalał się dotykać. Wróciliśmy do domu, próbowaliśmy rozmawiać. Trzy godziny trudnej, ciężkiej rozmowy! Bez efektów. Monologowaliśmy, nie mogliśmy się usłyszeć. W końcu doszłam do wniosku, że nie możemy być razem, bo skoro ja nie chcę go zmieniać, a nie mogę zaakceptować jego zachowania, to znaczy, że nie mogę być w tym związku. Poszliśmy na mediacje.

– Wreszcie mogliśmy usłyszeć siebie nawzajem – opowiada Tomek. – Mówiłem Oli, że jest dla mnie ważna i poszukamy rozwiązań, które dadzą jej poczucie bezpieczeństwa. Znaleźliśmy takie rozwiązanie: następnym razem, gdy coś podobnego się wydarzy, a ona poczuje się zagrożona, miała powiedzieć nazwę naszej ulubionej kawiarni, wtedy ja zareaguję. Nic takiego od czasu tej mediacji się nie zdarzyło, jednak ja stałem się bardziej uważny.

Artykuł archiwalny. Aleksandra Bagińska, psycholożka, z pomocą Tomasza, nadal prowadzi Fundację Świadomego Rozwoju. Tomasz Bagiński propaguje metodę Kręgów Naprawczych. W Fundacji prowadzi zajęcia oparte na PbP – w szczególności dotyczące konfliktów czy sytuacji mediacyjnych.

  1. Psychologia

Introwertyzm – jak sobie z nim radzić w codziennych sytuacjach?

Jak sobie radzić z introwertyzmem? - Poniżej kilka praktycznych porad. (fot. iStock)
Jak sobie radzić z introwertyzmem? - Poniżej kilka praktycznych porad. (fot. iStock)
Introwertyzm nie jest gorszy ani lepszy od ekstrawertyzmu. Jednak właściwa introwertykom rezerwa przysparza trudności w pracy wymagającej kontaktu z nowymi osobami i publicznych wystąpień. Jak sobie z tym poradzić, podpowiada coach Małgorzata Kniaź.

Akceptacja różnorodności

Jestem kosmetyczką, pracuję w dużym salonie. Nasz zespół to same kobiety, które mają między sobą specyficzne relacje. Opowiadają ze szczegółami, czasem intymnymi, o swoim życiu – partnerach, dzieciach, o tym, jak spędzają święta, urlopy i o co pokłóciły się z matką. Ja tak nie potrafię, a nawet razi mnie takie wywnętrzanie się. Wydaje mi się to nie na miejscu i jakieś powierzchowne. Czuję, że nie pasuję do grupy, że dystansuję się i nie jestem lubiana. Obawiam się, że w jakimś innym salonie mogę spotkać się z podobną sytuacją, a wiem, że trudno mi się będzie zmienić. - Ilona, 37 lat

Małgorzata Kniaź: Już w szkole powinniśmy uczyć się o różnicach osobowościowych i temperamentalnych – to zaoszczędziłoby nam sporo frustracji w dorosłym życiu. Niestety, świadomość odmienności jest niska. Doradziłabym ci, żebyś otwarcie powiedziała o tym, jaka jesteś i jak reagujesz na atmosferę w pracy. Możesz ująć to w taki sposób: „Jeśli macie ochotę, mówcie o swoich doświadczeniach i przeżyciach, ale zrozumcie, że ja mam ograniczoną potrzebę takiego uzewnętrzniania się. Od czasu do czasu coś o sobie powiem, ale nie będę opowiadać o swoim życiu tak dużo jak wy”. Często bywa tak, że kiedy coś ważnego sobie wyjaśnimy, budzi się w nas akceptacja dla odmienności. A introwertyk wśród ekstrawertyków oznacza więcej przestrzeni dla tych drugich. Poza tym ekstrawertyk zwykle nie jest zainteresowany tak bardzo drugą osobą i zadawaniem pogłębiających pytań. Twoja postawa wcale nie musi przeszkadzać koleżankom. Pytanie, czy ty jesteś w stanie je zaakceptować. Jeśli wyjaśnienie wprost nie zadziała i jeśli rozmowy koleżanek cię drażnią, radziłabym poszukać innej pracy, bo rachunek prawdopodobieństwa mówi, że w innym salonie wcale nie musi być tak samo. Może warto spróbować?

Introwertyzm a spełnianie marzeń

Na studiach marzyłam, że zostanę pisarką. Ostatecznie trafiłam do szkoły jako nauczycielka języka polskiego i ku własnemu zaskoczeniu polubiłam tę pracę. Uczniowie też mnie lubią, choć bardzo się bałam, że jako introwertyczka nie będę umiała złapać z nimi dobrego kontaktu. Od kilku lat wracają do mnie stare marzenia, odnalazłam w szufladzie rzeczy, które pisałam przed laty. Na bazie tego stworzyłam moją pierwszą powieść. Opinie bliskich, spośród których są również ludzie z branży wydawniczej, są dobre, a czasem wręcz entuzjastyczne. Natomiast ogarnia mnie paraliżujący strach przed pokazaniem tego, co napisałam, obcym ludziom. Jak go przezwyciężyć? Lubię swoją pracę, ale chciałabym też spełnić marzenia. - Aldona, 42 lata

M.K.: Wygląda na to, że boisz się pokazać światu swoje wnętrze, odsłonić się. Każdy ma do tego prawo. Jeśli naprawdę chcesz zawalczyć o swoje marzenia, a jednocześnie zachować swoją prywatność, dobrym rozwiązaniem może być wydanie publikacji pod pseudonimem. Nie będziesz pierwsza, wielu pisarzy tak postępuje, nawet ci doświadczeni.

Domyślam się też, że jako introwertyczka możesz odczuwać lęk przed „zderzeniem się z machiną” wydawniczą, pokazaniem twórczości obcemu redaktorowi, negocjowaniem umowy czy warunków twojego udziału w promocji książki, gdy ta już się ukaże. Zatem pomyśl może o znalezieniu agenta? Nie musi od razu to być profesjonalista, wystarczy poprosić kogoś znajomego o pomoc. „Ujawniłaś się” już przed najbliższymi, więc może wybierzesz kogoś z ich grona? Nie tylko w przypadku introwertyków sprawdza się zasada, że nie wszystko trzeba robić samemu!

Trudne zebrania w pracy

Pracuję jako analityk danych i jestem chwalony za swoją pracę przez przełożonych. Problemem dla mnie jest udział w zebraniach zespołu, podczas których przedstawiamy swoje raporty. Wydaje mi się, że wszyscy są bardzo pewni siebie i w ogóle się nie stresują. Wygląda nawet na to, że rywalizacja sprawia im przyjemność. Dla mnie te prezentacje to horror. Mimo że to moi koledzy z pracy, jestem wśród nich outsiderem, co sprawia, że jeszcze gorzej się czuję. - Łukasz, 27 lat

M.K.: To okropne, jeśli zebranie w pracy zamienia się w serię popisów. Jak możesz zadbać o swój komfort w tej sytuacji? Na przykład poprosić szefa o wcześniejsze indywidualne spotkanie, podczas którego pokażesz swój raport, albo o agendę zebrania, w której będzie napisana kolejność prezentacji oraz określony jej czas. Jako introwertyk prawdopodobnie nie lubisz improwizować, więc „wywołany” do odpowiedzi nie czujesz się komfortowo, ale znajomość agendy i porządku prezentacji podczas zebrania doda ci pewności siebie.

Jeśli brakuje ci wsparcia szefa i życzliwości zespołu podczas wypowiadania się na zebraniach, dobrze byłoby, żebyś zmierzył się ze swoim lękiem. Spróbuj, czy pomoże ci wyobrażanie sobie, że podczas prezentacji jesteś sam albo że publiczność znajduje się za grubą szybą. Chodzi o to, żebyś skoncentrował się wyłącznie na merytorycznej stronie wypowiedzi. Najlepiej zacząć od ćwiczeń w życzliwym środowisku, z bliskimi albo z przyjaciółmi pełniącymi rolę widowni. Jeśli poczujesz tremę, nie panikuj ¬ skup się na ciele. Gdzie czujesz napięcie? Czy to uścisk w klatce piersiowej, ścisk żołądka, a może drżą ci ręce? Tak ciało reaguje na niebezpieczeństwo. Skup się na oddychaniu: weź pięć powolnych głębokich oddechów. W ten sposób przekonasz mózg, że nie ma powodów do obaw. Jeśli podobna reakcja przydarzy ci się w pracy, będziesz umiał ją rozpoznać i odpowiednio zareagować.

Introwertyzm i wystąpienia publiczne

Właśnie dostałam ciekawą propozycję zawodową, która bardzo mnie stresuje. Od zawsze byłam introwertyczką i między innymi dlatego zostałam bibliotekarką. Do tej pory faktycznie mogłam pracować w spokoju, ale nasza biblioteka dostała dofinansowanie na promocję czytelnictwa i kierownik zaproponował mi organizowanie spotkań z ciekawymi ludźmi, w większości pisarzami. Z jego perspektywy to dla mnie nagroda – dla mnie oznacza też dodatkowe pieniądze, których potrzebuję. Problem polega na tym, że bardzo boję się wystąpień publicznych. Czy jest jakaś metoda na przezwyciężenie tego lęku? - Maja, 32 lata

M.K.: Zacznijmy od tego, że twój problem wcale nie musi wynikać z introwertyzmu, czyli z typu twojej osobowości. Warto mieć świadomość, że zarówno introwertycy, jak i ekstrawertycy przeżywają niepokój związany z wystąpieniami publicznymi. Jego źródłem mogą być dawne traumy, kompleksy, brak pewności siebie, brak przygotowania i wiele innych. Wynika on najczęściej z wysokiego poziomu lęku. Można jednak przyjąć, że introwertycy gorzej radzą sobie z publicznymi wystąpieniami niż ekstrawertycy.

Domyślam się, że dotychczas w pracy obcowałaś raczej z książkami niż z ludźmi. W opinii szefa złożył ci prawdopodobnie ciekawą propozycję, ale czy tobie ta zmiana odpowiada? Bo może wcale nie. Warto spróbować, żeby się o tym przekonać. Myślę, że jako introwertyczce będzie ci łatwiej poprowadzić spotkanie, jeśli wcześniej poznasz gościa. Gdy nawiążesz z nim bliższą relację i oswoisz siebie w kontakcie z nim, podczas spotkania będziesz się mniej obawiała jego zachowania czy reakcji. Introwertycy wolą być przygotowani, dlatego warto wcześniej dokładnie ustalić szczegóły dotyczące spotkania. Im lepsze przygotowanie, tym większa pewność siebie – to dotyczy każdego wystąpienia publicznego. Spisz dokładnie, co chcesz powiedzieć i przećwicz występ przed lustrem czy rodziną. Ważne, żeby scenariusz rozmowy był zgodny z twoimi przekonaniami. Jeśli będziesz wierzyć w to, co mówisz, będziesz też bardziej odporna na reakcje publiczności, kiedy ktoś na przykład zakaszle albo wyjdzie, bo mu zadzwoni telefon. Nie odbierzesz tego osobiście.

Zastanów się, czego konkretnie się boisz – oceny, krytyki, tego, że nie nawiążesz kontaktu z ludźmi? Lepiej, żebyś wcześniej zmierzyła się z tym wewnętrznie. Wreszcie pomyśl nad poproszeniem o pomoc bardziej doświadczonej osoby, kogoś w rodzaju mentora. Nie każdy nadaje się do tego, żeby go od razu wrzucać na głęboką wodę.

Małgorzata Kniaź: ekspert w dziedzinie przywództwa i zarządzania, certyfikowana trenerka biznesu, mentorka i coach

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Sięgnij w głąb pokoleń – o tym, jak ważna jest relacja z przodkami

Jak odzyskać prawidłowe relacje z rodziną? Każdy z nas powinien uporządkować sobie pierwsze i drugie pokolenie wstecz, czyli zająć odpowiednie pozycje wobec rodziców i dziadków. Najpierw należy przyjrzeć się relacji z rodzicami, popatrzeć, czy ich przyjmujemy, czy odrzucamy, bo jeśli nie ma zdrowych relacji z nimi, to nie ma co szukać w głębi pokoleń. (Fot. iStock)
Jak odzyskać prawidłowe relacje z rodziną? Każdy z nas powinien uporządkować sobie pierwsze i drugie pokolenie wstecz, czyli zająć odpowiednie pozycje wobec rodziców i dziadków. Najpierw należy przyjrzeć się relacji z rodzicami, popatrzeć, czy ich przyjmujemy, czy odrzucamy, bo jeśli nie ma zdrowych relacji z nimi, to nie ma co szukać w głębi pokoleń. (Fot. iStock)
Z Alicją Bednarską, specjalizującą się w ustawieniach rodzinnych według metody Hellingera, o tym, jak ważna jest relacja z przodkami – rozmawia Katarzyna Droga.

Artykuł archiwalny

Jak głęboko warto sięgnąć w dzieje pokoleń w ustawieniach rodzinnych?
Moim zdaniem, pierwsze i drugie pokolenie wstecz człowiek powinien sobie uporządkować, zająć odpowiednie pozycje wobec rodziców i dziadków. Ja sprowadzam sens ustawień do odzyskania prawidłowych relacji z rodziną i wiem z doświadczenia, że najczęściej nasze problemy w związkach czy z dziećmi wynikają z nieprzyjęcia własnych rodziców. A jeśli nie ma zdrowych relacji z rodzicami, to nie ma co szukać w głębi pokoleń – przyczyna tkwi dużo bliżej. Dlatego najpierw należy przyjrzeć się relacji z najbliższymi – mamą, tatą. Popatrzeć, czy ich przyjmujemy, czy odrzucamy – na przykład poprzez odwrócenie ról, nadopiekuńczość i poświęcenie.

Poświęcenie się matce może być aktem jej odrzucenia?
Tak, bo nie akceptujemy jej taką, jaka jest. Kobiety często mówią: „jest słaba, bezradna, muszę się nią opiekować, bo sobie nie poradzi”. W taki sposób nie przyjmują od matki życia. To widać na ustawieniach: córka stoi twarzą do matki i patrzy na nią z pozycji osoby silniejszej. To też pozycja partnera – czyli córka nie na swoim miejscu. Cały czas jest zwrócona do przeszłości, do całego szeregu przodków, a do swojego życia odwróciła się plecami. I dopiero jak pokłoni się matce, powie: „dziękuję ci za dar życia, przyjmuję cię taką, jaka jesteś, ale to ty jesteś duża, ja jestem mała, jestem tylko dzieckiem”, i odwróci się, by mieć jej wsparcie za swoimi plecami – wtedy wejdzie w swoje życie. A mama sobie poradzi. Jeśli ktoś nie wierzy – to ustawiam go w pozycji zależnej od własnego dziecka. Co byłoby, gdyby ono mówiło: „jesteś słaba, nie dasz rady beze mnie”. To pomaga.

Jeśli niesie się za matkę jej ciężar – bo ona choruje, ojciec był dla niej niedobry, pił, bił – to bierze się na swoje barki jej los. To dotyczy zresztą obojga rodziców – trzeba być ich dziećmi – nie partnerami czy opiekunami.

Tak naprawdę wszystkim rodzicom można coś zarzucić…
Nie warto. Wspominanie krzywd doznanych od rodziców to utknięcie w przeszłości. Stoi się twarzą do nich, a tyłem do swojego życia. Jeżeli ustawimy, nawet mentalnie, swoich przodków za sobą, to dadzą nam siłę, widok na własną przestrzeń. A jeśli cały czas wspominamy, że mama mnie nie przytulała, to nie idziemy do przodu.

Niektórzy piszą listę zarzutów do rodziców, a potem ją niszczą, ale ja nie zalecam tego ćwiczenia. Ono zmusza, by wspominać to, co złe – nawet jeśli potem mamy to podrzeć i wyrzucić. Nie tędy droga. Ja wierzę w list wdzięczności do ojca lub matki. „Nie mam za co być wdzięczna” – słyszę często. „Mój ojciec pił, musiałam nocą uciekać z mamą z domu”. „Masz do zawdzięczenia życie” – mówię wtedy – „I nawet jeśli tylko to, jest to dar największy”.

Niełatwo czasem wybaczyć.
Trzeba oddzielić człowieka od jego postępków. Nie musimy godzić się na przemoc ojca, ale uznać, że jest tylko człowiekiem, coś się złożyło na jego czyny. Nie chodzi o to, by akceptować, ale krytyka nie pomoże, tylko pomnoży zło. Według Hellingera, dzieci, też dorosłe, nie powinny wtrącać się w sprawy rodziców, bo wchodzą w cudze życie i tracą obraz swojej rodziny. Widać to w ustawieniach – człowiek zwrócony twarzą do rodziców, własną rodzinę ma za plecami.

Co jeśli dziecko nie spełnia ambicji rodziców lub im nie dorównuje?
Czyli mama lub tata są silni, a my do nich nie dorastamy? Wtedy jest dużo trudniej. Jedyne co można wtedy zrobić, to pokłonić się im. Powiedzieć np.: „Mamo – za wysoko ustawiłam poprzeczkę. Nie mogę jej dosięgnąć. To nie jest moje wyzwanie, lecz twoje. A to, co twoje, z całą miłością zostawiam przy tobie”. Ale nie należy sądzić, że problem zaraz zniknie. Bo jeśli ktoś ma niską samoocenę, to rzadko przyczyną jest tylko relacja z rodzicami, trzeba poszukać głębiej. Doradzam wtedy pracę nad sobą i włączenie innych terapii.

Bywa też, że w rodzinie faworyzuje się chłopca, a siostra, nawet starsza, żyje w jego cieniu. Te dziewczyny najczęściej nie mają same dzieci, nie mogą dać sobie rady, dopóki nie pogodzą się z tym, co było. Nie dopuszczają myśli, że są zazdrosne, bo to źle o nich świadczy. A muszą wybaczyć matce, by wziąć od niej życie.

Dlaczego dzieci zdradzonych często też są zdradzane?
Dzieci zdradzonej matki czy ojca – często, choć nie zawsze, przyciągają zdradę do siebie. Bo kobiety odrzucają lub uwielbiają ojca, który zdradza matkę – i przez tęsknotę za nim, za jego doskonałością, będą szukać podobnego mężczyzny. I znajdą. To jest w nich. Jeżeli z kolei mężczyzna ma takie relacje z mamą, że wchodzi w rolę jej partnera, na przykład wspiera ją, gdy jest zdradzana, nie stworzy zdrowego związku z kobietą. On ma już partnerkę – w mamie. Może być świetnym kochankiem, nawet bawidamkiem, ale nie mężem.

Czy mężczyzna wybiera partnerkę podobną do matki?
Raczej podobną do cech, za którymi tęskni – nie tylko mężczyzna, kobieta również. Ale może być też tak: mężczyzna ma silnego ojca, zdominowaną przez niego matkę i bierze za żonę kobietę mocną, zdecydowaną. Kieruje nim tęsknota za cechami ojca, szuka ich w żonie. To samo dotyczy „córeczki tatusia” – jeśli u boku ojca zajęła rolę partnerki – będzie jej trudno stworzyć zdrową relację będzie szukać w mężu ojca.

Ukochany dziadek okazał się przybrany. Czy to ma znaczenie?
Jest to zagadnienie osoby wykluczonej z rodziny. Kiedy okazuje się, że dziadek nie jest biologicznym ojcem naszego rodzica – ten prawdziwy, nieznany staje się osobą wykluczoną, zastąpioną przez kogoś innego.

Jeśli w jakimś pokoleniu znajduje się osoba wykluczona – także przez śmierć czy ułomność – to potem, w następnym, ktoś będzie powtarzał ten los. Bo to są dusze, które należą do rodziny, system chce je przywrócić, następuje zjawisko identyfikacji. Jeśli wykluczony jest dziadek, to wnuczka może powtarzać los pozostawionej babci, i trudno jej będzie znaleźć w życiu partnera.

Mam własną teorię: że osoby, które muszą gdzieś wyjechać, zostawiają rodzinę, wyruszają w świat – to są osoby, które powielają los osoby wykluczonej. Same eliminują się z rodziny, uciekają.

Jak tajemnice i zbrodnie wpływają na los rodzin?
Bywa, że tajemnica jest tak skrywana, że ujawnia się dopiero w ustawieniach. Ale nawet jeśli o niej nie wiemy, to wpływa na nasze życie. Może być źródłem chorób, zachwianych relacji. Trzeba wtedy popatrzeć wysoko, ponad głowami i dziejami rodziny, na los, który jest większy od nas. Postarać się pogodzić z tym, co się stało. Wtedy dopiero można wrócić do swojego życia. Szczególnie jednak bywa trudno, gdy tym zdarzeniem jest na przykład zbrodnia.

W przypadku morderstwa psychoterapeuta Otto Brink ustawiał ofiarę i kata naprzeciwko siebie, bo ofiara i kat należą do siebie, są jednym. Kłaniają się sobie nisko i długo. To spojrzenie pojednania. Jeśli osoba, która nosi w sobie obraz morderstwa, powie: „zgadzam się na to, przyjmuję, że tak było”, uwolni się od tego obrazu i może dostanie coś nowego od życia.

Skoro matka jest tak ważna, to jak na dziecko działa jej utrata?
Kiedy umiera matka i zostawia swoje dziecko, to ono będzie tęsknić zawsze. I czego by w życiu nie osiągnęło, odczuwa ból, że mama tego nie widzi.

Na warsztatach ustawiam takie dziecko twarzą w twarz z mamą. To trwa. Ale kiedy ono powie: „mamo, tak bardzo mi ciebie brakuje”, kiedy przytuli się i wypłacze, to wyzna: „zawsze będziesz miała miejsce w moim sercu, pozwalam ci odejść do światła, ale pobłogosław mnie i wspieraj w dalszym życiu”. Bo pozwolenie na odejście nie oznacza, że mamy już ze mną nie będzie.

Bardzo pomaga wspominany list wdzięczności, lista wszystkiego dobrego, co dostało się od matki – to sprawia, że w pamięci ożywają dobre zdarzenia. Gdy je wypiszemy, zrównoważą te niedobre albo sprawią, że tamte zbledną.

Lepiej będzie nam w życiu, jeśli uświadomimy sobie, że to my sami bierzemy od rodziców dobro, radość, miłość lub smutek czy żal. Bo jeśli tak na to spojrzymy, wciąż możemy coś z tym zrobić, nie jesteśmy bezradni. To jedna z najważniejszych nauk.

Systemowe Ustawienia Rodzinne Berta Hellingera wywodzą się z założenia, że każda rodzina jest systemem, w którym panuje określony porządek i od którego nie można się odciąć. Zaburzenie powoduje zakłócenia i wpływa negatywnie na życie członków rodziny. Symboliczne przywrócenie rodzinnego porządku pozwala wprowadzić ład i uzdrowić relacje we własnym życiu i rodzinach.

Alicja Bednarska, trener rozwoju potencjału osobistego, praktyk NLP, integracji i transformacji oddechem. Uczennica m.in. Berta Hellingera, Otto Brinka, Daana van Kampenhouta. Praktykuje ustawienia hellingerowskie. Prowadzi ośrodek rozwoju Berckana.