1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Razem mimo wszystko - czy kryzys może uzdrowić związek?

Razem mimo wszystko - czy kryzys może uzdrowić związek?

Ilustracja: Aleksandra Morawiak
Ilustracja: Aleksandra Morawiak
Po mocnym kryzysie związek już nigdy nie będzie taki sam jak przedtem, przypomina stłuczone i sklejone na nowo naczynie – mówi psychoterapeutka Izabela Falkowska-Tyliszczak.

Kryzys może uzdrowić związek?
Zdarza się, że jakiś rodzaj nielojalności partnera, w tym zdrada, może być sposobem walki o związek, ale to nie jest sposób mądry, a nawet można powiedzieć, że to sposób głupi.

Ale do nielojalności dochodzi często z jakiegoś powodu. Kryzys to ujawnia i motywuje do naprawy relacji.
Trudno mi się zgodzić, że kryzys jest dobrym sposobem na przebudowanie związku. Nie chodzi tu o kryzysy, przez jakie przechodzi większość par, związane z etapami życia: narodzinami dzieci, ich odejściem z domu, chorobami czy z problemami materialnymi. Takie naturalne wyzwania na ogół nas hartują i rozwijają. Jeżeli jednak kryzys jest wywołany przez jednego z partnerów, jeżeli stoi za nim intencja bycia nielojalnym, to trudno, żeby taki kryzys uzdrowił związek. Oczywiście, że na ogół wynika on z trudności w relacji, ale z trudnościami można sobie próbować radzić: rozmawiać o tym, co się dzieje, o emocjach i uczuciach, albo sięgnąć po profesjonalną pomoc.

Część par po takim trzęsieniu ziemi zostaje razem. Jakie warunki muszą być spełnione, żeby ta próba się powiodła?
Pierwszy i podstawowy – żeby oboje partnerzy zadecydowali, że tego chcą. Bo największy problem jest, kiedy tylko jedna strona stara się walczyć o związek. Drugi warunek – żeby strona, która dopuściła się nielojalności, była gotowa przyjąć uczucia pokrzywdzonego partnera, jego złość, gniew, smutek czy rozpacz.

Mówi się, że wina za kryzys zawsze leży po obu stronach.
Tak, ale wprowadziłabym tu poprawkę: oboje partnerzy odpowiadają za jakość związku, ale nie za decyzję tego z nich, który dopuszcza się nielojalności. To on ponosi za nią odpowiedzialność. Oczywiście, czasem ludzie krzywdzą się nawzajem i wtedy oboje są odpowiedzialni. I warto, żeby oboje próbowali sobie to wynagrodzić.

Osoba krzywdząca powinna odpokutować?
Właśnie nie, nie odpokutować, bo pokuta tak naprawdę nie przynosi zmiany. Chodzi nie o to, żeby się samobiczować, tylko żeby pomyśleć, co takiego mogę zrobić dla partnera, co pomoże mu odzyskać nadszarpnięte z mojego powodu poczucie własnej wartości, co pomoże mu poradzić sobie z wściekłością, gniewem, frustracją, bo te jego uczucia są efektem mojego czynu. Tak więc potrzebna jest nie pokuta, tylko zadośćuczynienie.

Strona pokrzywdzona może to utrudniać, może się odgrywać. 
To prawda. Dlatego próba naprawy związku uwarunkowana jest także tym, żeby strona pokrzywdzona nie skazywała partnera na wieczne pokutowanie. Bo to też trudne dla związku, kiedy ktoś, kto zawinił, musi nosić piętno „złego” do końca życia. Odpowiedzialność strony pokrzywdzonej powinna polegać na tym, żeby za to, co się stało, nie torturować partnera czy partnerki w nieskończoność. W ogóle nie torturować, czyli nie szperać w kieszeniach, telefonie, nie przesłuchiwać, nie oskarżać przy byle okazji, że znów robi coś złego.

Ciężko doświadczonemu partnerowi trudno wyzbyć się nieufności, podejrzliwości, to uczucia silniejsze od niego.
Oczywiście. Dlatego po stronie tego, kto dopuścił się nielojalności, jest zapewnienie pokrzywdzonemu poczucia bezpieczeństwa. A on z kolei powinien postarać się panować nad pokusą kontrolowania w nieskończoność tego, kto skrzywdził. Brak poczucia bezpieczeństwa jednej strony, a u drugiej kontrolujące zachowania mogą prowadzić do sadomasochistycznej gry. A to nie daje nadziei, że związek się odbuduje. Dla jego dobra ważne jest zamknięcie przeszłości.

Dlaczego to takie ważne?
Ponieważ ciągłe przywoływanie nielojalności kieruje naszą energię na to, co było, zamiast na to, co jest. Osoba zraniona musi zdawać sobie sprawę z tego, że po mocnym kryzysie związek nigdy nie będzie taki sam jak przedtem, przypomina stłuczone i sklejone na nowo naczynie. Można go kontynuować z sukcesem, ale trzeba pamiętać o tym, że to będzie już inny rodzaj relacji, że zaufanie do partnera nigdy nie będzie tak pełne jak wcześniej. Skrzywdzona osoba, jeśli decyduje się na odbudowę związku, musi sobie z tym poradzić, a nie posuwać się do różnego rodzaju aktów nieufności.

Zanim podejmie się decyzję o byciu razem mimo wszystko, potrzeba refleksji, także nad sobą.
Tak, trzeba się mocno zastanowić też nad tym, jaki mam w udział w tym, co się stało. Trzeba uświadomić sobie, że czeka mnie ciężka praca nad sobą i związkiem.

Zawsze warto walczyć?
Nie zawsze. Jeżeli partner mnie lekceważy, pije i bije, to nie warto. Granica pomiędzy kochaniem kogoś a masochizmem jest cienka, trzeba uważać, żeby jej nie przekraczać. Na pewno warto walczyć, kiedy oboje chcemy być razem. Wtedy istnieje duża szansa na uratowanie związku.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak się rozstać? Skąd mieć pewność, że związek naprawdę warto zakończyć?

Czasem trwanie w związku, zamiast dodawać nam skrzydeł, powoduje spadek energii, gorsze samopoczucie, a nawet lęk. Po czym poznać, że to już koniec? (fot. iStock)
Czasem trwanie w związku, zamiast dodawać nam skrzydeł, powoduje spadek energii, gorsze samopoczucie, a nawet lęk. Po czym poznać, że to już koniec? (fot. iStock)
Jak się rozstać po długim związku? Jak zakończyć związek kiedy się kocha? – Decyzja o tym, by rozstać się z partnerem nigdy nie przychodzi łatwo. A gdy już ją podejmiemy, to i tak często mamy wątpliwości. Dlaczego tak jest? Po czym poznać, że przestałyśmy kochać, albo jak dostrzec, że on przestał kochać nas? Kiedy należy skończyć związek i jak można przygotować się do rozstania – mówi Paulina Kapiec-Kałużyńska, psycholożka, psychoterapeutka.

Uważasz, że kobieta, która rozstaje się z partnerem, potrzebuje wsparcia innych kobiet?
Myślę, że to pomaga. Prowadząc grupę wsparcia dla kobiet po rozstaniu, zobaczyłam, jakim trudem może być koniec związku. Można się z tym borykać latami, unikać budowania nowej relacji. Kiedy na warsztatach spotykają się kobiety, które mają podobne doświadczenie i przeżywają w związku z tym podobne emocje, czują ulgę, widząc, że nie są same.

Jak się rozstać po długim związku? Co takiego robicie podczas warsztatów, że pomagają one uporać się ze stratą?
Nie u każdej z tych kobiet możemy mówić o uporaniu się. Jedne, owszem, wychodzą zupełnie inne, gotowe do nowego życia. Ale są też takie, którym warsztaty tylko coś otwierają, dają początek długiej drodze, jaką muszą pokonać, żeby móc powiedzieć: „Poradziłam sobie”. A co takiego robimy na warsztatach? Wspólnie nazywamy i przerabiamy wszystkie emocje związane z rozstaniem. To już bardzo dużo, bo kiedy zadaję pytanie: „Jakie masz konkretne uczucia, kiedy myślisz o tym związku?”, to one po raz pierwszy głośno mówią o żalu, złości, smutku, strachu. Kiedy proszę, żeby zapytały siebie, z czym konkretnie nie potrafią się pogodzić, to stopniowo docierają do sedna i mówią, że na przykład chodzi najbardziej o poczucie odrzucenia, przegraną rywalizację z inną kobietą. Uczestniczki warsztatów sporo rozmawiają też między sobą o tym, jak się czują, co także pozwala pokonać wstyd. Czasem proszę, żeby wyobraziły sobie lustro, w którym widzą byłego partnera. Ich zadaniem jest roztrzaskanie tego lustra w wyobraźni na kawałki. Potem rozmawiamy o tym, czy to się udało. Nie zawsze to wychodzi, tak samo jak nie zawsze udaje się przejść symboliczną linię, która ma oznaczać gotowość na zmianę, na rozpoczęcie nowego życia. Intensywnie pracuję też z nimi nad zaakceptowaniem tu i teraz. Chodzi o to, by uświadomiły sobie, że tu i teraz one już nie są w tamtym związku, że to już przeszłość. To ważne, bo często one karmią się iluzjami: wszystko się uda naprawić, znów będziemy razem. Żyją takimi złudzeniami, nawet wiedząc o tym, że ich były partner już jest w innym związku.

Cierpi najbardziej osoba porzucana – taki jest stereotyp. Ale czy bólu nie przeżywa też ktoś, kto porzuca? Jak zakończyć związek kiedy się kocha?
Z mojego doświadczenia wynika, że ktoś, kto podjął decyzję o rozstaniu i jest tego pewny, raczej nie szuka pomocy. Oczywiście, są ludzie, którzy odchodzą, bo nie mają wyjścia. Ale wtedy trudno mówić o decyzji, to jest bardziej przymus. Bo co mi pozostaje, jeśli druga strona już nie odpowiada na to, czego ja potrzebuję, odsuwa się? Kto tutaj kogo porzuca, nawet jeśli to ja wypowiadam słowo „koniec”? Choć z drugiej strony – nawet taką sytuację możemy przeżyć z dumą – co ułatwia pogodzenie się ze stratą.

Jak się rozstać zatem? Wiele kobiet zostaje w związku, mimo że chce rozstania.
Tym, co sprawia, że kobieta nie odchodzi, często jest lęk. On ma, oczywiście, różne podłoże. Czasem zastanawiamy się, co będzie potem, i to budzi strach, bo wydaje się nam, że będzie gorzej. Sama zmiana życia też generuje strach – nie jesteśmy na to gotowe. Jest mnóstwo mechanizmów, które zatrzymują kogoś w relacji. Trzeba je powoli poznać, rozbroić jak bombę, dopiero wtedy można mówić o gotowości do rozstania. To, co powiedziałam o łatwości wychodzenia ze związku, dotyczy tych kobiet, które z zasady traktują go jako wartość dodaną. Relacja ma dawać szczęście, a nie generować piętrzących się problemów czy cierpień. To są kobiety, które potrafią postawić granicę.

Dużo jest takich kobiet?
Z pewnością nie, a to pewnie dlatego, że jest niewiele rodzin, które uczą takiego komfortowego funkcjonowania w relacji z mężczyzną. Jesteśmy raczej od dziecka przygotowywane do tego, że może być ciężko, a naszym zadaniem jest to znosić, naprawiać, łagodzić. Pewnie inaczej jest w rodzinach, w których kobiety potrafiły odchodzić, wiedziały jak się rozstać. Sama pochodzę z domu, gdzie jest duża tradycja rozwodów, te rozwody pojawiały się jeszcze w takich czasach, gdy nie rozwodził się prawie nikt. W związku z tym dla mnie rozstanie nie jest niczym strasznym, jest wyborem. Takie podejście ma swoje plusy, ale ma też minusy, bo łatwo wpaść w pułapkę pakowania walizek, rezygnowania z prób naprawienia związku w momencie, w którym inne kobiety jeszcze by walczyły.

Dla mnie związek ma być dobry, jeśli mnie niszczy, to ja go nie chcę.

Co to znaczy wiedzieć, że związek mnie niszczy?
A skąd w ogóle wiemy, że czujemy się źle? Jakie ciało daje nam sygnały? Najczęściej to ściśnięty żołądek, drżące ręce, przyspieszony puls, ogólny dyskomfort. Jeżeli kobieta wraca do domu i jest zestresowana, boi się, nie może jeść albo przeciwnie, kompulsywnie się objada, pojawiają się problemy ze snem, jeśli nie może się rozwijać, cieszyć, jest smutna – jest to znak, że ta relacja jest niszcząca. Mąż czy partner nie powinien być źródłem lęku czy frustracji. Jeśli, oczywiście, uznajemy, że właściwa jest definicja związku jako relacji napędzającej do życia, dodającej energii. Że razem możemy zrobić więcej niż samotnie, lepiej zarabiać, może więcej podróżować, mieć dzieci, pasje, seks. Gdy tego nie ma, warto się zastanowić, dlaczego tak się dzieje. Może to nie chodzi o partnera – albo nie tylko o niego? Może to ja przestałam kochać?

Ale czasem kobieta, szczególnie gdy ma z partnerem dzieci, zastanawia się: „Rzucę go, ale co będzie z domem, rodziną?”. Bo co to znaczy kochać? Włączają się jej mechanizmy, które racjonalizują to instynktowne: „Przestałam kochać”.
Słysząc to pytanie, automatycznie wyobraziłam sobie kobietę, która nie rozmawia z partnerem. Dla mnie zdrowa jest taka relacja, w której możemy być sobą, nie musimy udawać, tylko możemy szczerze mówić o tym, co czujemy. I jeśli kobieta zaczyna mieć wątpliwości, to siada ze swoim mężem i mówi: „Nie wiem, co się z nami dzieje, nie wiem, co czuję, zróbmy coś z tym”. Wtedy mogą podjąć ileś działań, których celem jest przyjrzenie się temu. Mogą rozmawiać, iść na terapię, wyjechać razem czy nawet zdecydować się na chwilę rozłąki. Ale to zawsze jest współpraca. Ona mówi, on reaguje. A jeżeli ona w samotności zastanawia się, co ma z tym zrobić, czy go kocha, czy nie kocha, to chyba nie najlepiej świadczy o ich porozumieniu. Potrzeba uchronienia związku przed rozpadem musi być po obu stronach.

A może taka kobieta nie mówi partnerowi o swoich wątpliwościach, bo boi się, że on powie: „O co ci chodzi, jesteś dziwna”. Albo sam zacznie pakować walizki?
I jak to świadczy o tym związku i jego wartości? Inna rzecz, że kobiety często nie chcą dostrzec tego, co mężczyźni im przekazują, nawet niewerbalnie. On się już wycofuje, a ona myśli, że jak będzie miła, to wszystko da się uratować. Godzi się na wszystko, byle tylko on z nią był. Często utrzymujemy więc pozory, że wszystko jest OK. Robimy to i dla siebie, i dla otoczenia. Łatwiej przepłakać noc, a rano z dumnie podniesionym czołem ruszyć do pracy i podtrzymywać iluzję dobrze funkcjonującej rodziny. U większości ludzi jest ta ogromna tęsknota za domem z ogródkiem, dwójką dzieci i kolacjami dla przyjaciół. Bo tak – w obiegowej opinii – wygląda i żyje człowiek, który ma udane życie.

Jednak są kobiety, które chcą silnych emocji, dla nich relacja z mężczyzną to ciągłe przejażdżki z nieba do piekła. Jak się rozstać w takiej sytuacji? Skąd one mają wiedzieć, że powinny podjąć decyzję o rozstaniu, skoro wciąż żyją w skrajnych emocjach?
Wróćmy na chwilę do tej pierwszej relacji w naszym życiu, czyli relacji z rodzicami. Jeśli tam było zbliżanie i oddalanie, odrzucenie, napięcie, huśtawka – to trudno, żeby ktoś wychowany w takiej atmosferze umiał potem żyć w spokojnym związku. Taka osoba rzeczywiście często mówi: „Nudzi mnie stabilizacja”. Za tym kryje się lęk przed bliskością. Niestabilny partner jest gwarancją, że nigdy nie będziemy z nim naprawdę. A co za tym idzie, nie zostaniemy odrzuceni. Paradoks polega na tym, że kobiety żyjące z niestabilnym mężczyzną są przecież wciąż odrzucane, ale z drugiej strony – mają złudzenie, że nie muszą bać się, że on je odkryje, pozna, zaakceptuje, a potem odtrąci. One też nie będą musiały pokochać go naprawdę – z jego wadami, słabościami. Taka więź jest dla nich odstraszająca. Takie kobiety zakochują się nie tylko w niestabilnych mężczyznach, ale też w takich, z którymi nie mogą się związać: księżach, uczniach, żonatych. I ich związek może ciągnąć się latami. Jak z tego wyjść? Obedrzeć relację z iluzji nieba. Ale to jest trudne. Bo takie kobiety potem – gdy tęsknią albo gdy on się odzywa – racjonalizują: „Było źle, ale przynajmniej od czasu do czasu miałam ten moment haju, więc i tak mam więcej niż kobiety żyjące w nudnych związkach”. Trzeba dokładnie zobaczyć ten mechanizm, skoncentrować się na sobie, zaobserwować, co nami kieruje, być może skorzystać z pomocy psychoterapeuty. Ważne, żeby zastanowić się, na jakim związku nam zależy, jak chcemy żyć. I na ile partner, z którym jesteśmy, jest w stanie pomóc nam zrealizować ten cel.

Dlaczego tak wielu z nas bardzo boi się rozstań?
Bo generują dużo trudnych emocji. Wymagają nauczenia się nowych zachowań, uruchomienia siły, energii. Dużo trudniej się rozstać ludziom, którzy nie zostawili sobie w związku pewnej sfery niezależności. I nie chodzi tylko o pieniądze. To często dzieje się wtedy, gdy kobieta oczekuje, że mężczyzna będzie nie tylko partnerem, ale że się nią całkowicie zaopiekuje, wszystko za nią załatwi. To jest, oczywiście, wygodne. Ale to pułapka, bo przestajemy zaspokajać swoje potrzeby albo je tak bardzo tłumimy, że nie potrafimy ich rozpoznać. A kończy się to depresją, nerwicami.

Jak pokonać strach przed decyzją o rozstaniu?
Trzeba przyjrzeć się temu lękowi. Zadać sobie pytanie: „Czego konkretnie się boję?”. Załóżmy, że odpowiedź brzmi: „samotności”. Kiedy będę się czuła samotna? Wieczorami. To co mogę zrobić, żeby te wieczory sobie umilić? Warto też zrozumieć, dlaczego tak bardzo boimy się samotności. Czy to nasz lęk, czy na przykład przekazała go nam mama, babcia czy inna ważna osoba? Trzeba oddzielić to, co jest moje, od tego, co ktoś mi wpoił. Należy także zaakceptować trudne emocje. Decydując się na rozstanie, decyduję się na swego rodzaju kryzys, ale kryzysy są najbardziej rozwojowymi momentami w życiu, może więc warto podejść do tego z optymizmem.

Na co musimy być przygotowane?
Unikałabym wymieniania konkretnych rzeczy, bo wymyślimy sobie różnego rodzaju scenariusze, emocjonalnie będziemy już je przeżywać, czyli kryzys rozstania będziemy przeżywać dużo dłużej, niż on trwa, a potem może się okazać, że czujemy w ogóle inaczej, niż przewidywałyśmy. Możemy nie radzić sobie ze strachem, czy jeszcze kiedyś się zakochamy i założymy rodzinę, z obawą przed nową rzeczywistością, w której wszystko będziemy musiały robić same. Warto się zastanowić, czy lęk w ogóle nie jest dominującą emocją w naszym życiu. Możemy wchodzić w relacje, bo się boimy. Boimy się być same, a za tym „same” kryje się świadomość, że musimy być teraz odpowiedzialne za swoje życie, że nie ma „my”. Możemy też sobie nie radzić ze społecznym przymusem wychodzenia do ludzi. „Zbierz się, nie można tak siedzieć w czterech ścianach”. A w sumie dlaczego nie? Trzeba słuchać swojego organizmu. Owszem, jesteśmy istotami stadnymi, każda relacja, spotkanie może być budujące, ale samotność jest nam potrzebna do pracy nad sobą, do rozwoju, to nie jest gorszy sposób na życie. Nie mówię o izolacji czy ucieczce. Ważne, żeby po rozstaniu rozmawiać, dzielić się tym, nie stawiać się w roli ofiary: „Jestem gorsza, bo mi się nie powiodło”. Wiele kobiet ma takie myśli i ja bym się przyjrzała, co się za tym kryje. Lęk przed opinią, utratą określonego wizerunku, bo przecież mając partnera, jestem atrakcyjniejsza, bo koleżanki przychodzą z mężami, ja też chcę.

Niektóre kobiety uciekają w romanse albo szybko znajdują nowego partnera.
Ważne, żeby wykorzystać ten moment po rozstaniu dla siebie, żeby – co się często zdarza – kolejny związek nie był lekarstwem. Na przykład znajdujemy partnera kompletnie innego od poprzedniego i kompulsywnie zaspokajamy potrzeby, których nie zaspokoił tamten. Ale ile tak będziemy się karmić? Myślę, że w nowy związek powinnyśmy wchodzić, będąc już świadome tego, czego chcemy w relacji, co same możemy dać, a na to często potrzeba czasu. I dobrze, gdy go mamy, bo dzięki temu potem będziemy szczęśliwsze. I mądrzejsze. I nawet jeśli zauroczymy się kimś, będziemy bardziej racjonalnie na to patrzeć. A słowo „rozstanie” nie będzie już budzić tak strasznego niepokoju.

Paulina Kapiec-Kałużyńska: psycholożka, psychoterapeutka trenerka grupowa. Pracuje w nurcie terapii Gestalt. Założyła Atelier Terapeutyczne. Prowadzi terapię indywidualną i grupową. Prowadziła też warsztaty rozwojowe dla osób przeżywających kryzys rozstania w Warszawskim Centrum Psychologicznym.

Wywiad archiwalny

  1. Seks

Brak seksu w związku! Co zrobić, gdy w związku jest coraz więcej żalu i coraz mniej seksu?

Bycie rozumianym jest jedną z podstawowych potrzeb człowieka. Wtedy jest miejsce na miłość, namiętność i seks. (Fot. iStock)
Bycie rozumianym jest jedną z podstawowych potrzeb człowieka. Wtedy jest miejsce na miłość, namiętność i seks. (Fot. iStock)
Brak seksu w małżeństwie to częsty problem. Co zrobić, gdy w związku jest coraz więcej żalu i coraz mniej seksu, a partner nie chce słyszeć o wizycie u specjalisty? Przypadek 30-letniej Basi komentuje sex coach Marta Niedźwiecka.

Nieporadność komunikacyjna potrafi zabić największe uczucie. Trudno wtedy o otwarcie się na potrzeby partnera i własne. Gdy jesteśmy zauroczeni drugą osobą, wydaje nam się, że wszelkie słowa są zbędne, bo możemy wszystko wyczytać z jej spojrzenia, gestu. A skoro nas kocha, to znaczy, że domyśli się też, czego nam do szczęścia potrzeba. Ale gdy po 2–3 latach stan najsilniejszego zakochania mija, mogą pojawić się nieporozumienia (które często przekładają się na brak seksu w małżeństwie). Na światło dzienne wychodzą trudności z komunikacją oraz wyniesione z domu skrypty. Na przykład taki, że porządna kobieta nie rozmawia o seksie. To skąd jej partner ma wiedzieć, że coś jest nie tak?

Brak seksu w małżeństwie - częsty powód

Basia, 30-letnia trenerka fitnessu, przychodzi do sex coach i mówi: Mój mąż mnie nie rozumie. Ja cały dzień zajmuję się dziećmi i domem, czuję się opiekunką i sprzątaczką. On nigdzie mnie nie zaprasza, nie mówi nic miłego, nie docenia, a potem chce seksu. W dodatku nie widzi w tym problemu i nie chciał przyjść ze mną na konsultację.
Coach: Pani mąż nie włącza się w sprawy domowe?
Basia: Nigdy. Czy pani uważa, że to jest OK?
Coach: A co pani myśli na temat zaangażowania męża?
Basia: Myślę, że on ma gdzieś nasz związek i to, że ja się staram.
Coach: A jak chciałaby być pani traktowana? Co będzie dla pani komunikatem, że razem tworzycie ten związek?
Basia: Chciałabym, żeby on widział, że czasami sobie nie radzę. Że mam wszystkiego dosyć i nie mam ochoty na seks.
Coach: A mówiła mu pani, że sobie nie radzi?
Basia: Nie, bo pomyślałby, że jestem złą matką… Dobre matki przecież radzą sobie ze wszystkim.
Coach: A jak wygląda różnica między matką dobrą a dość dobrą?
Basia: Może ta dość dobra nie przejmuje się tak wszystkim jak ja.

Problem Basi i jej męża jest dosyć powszechny. Ona czuje się przeciążona obowiązkami domowymi, a jej frustracja i odczucie niedocenienia przekładają się na sferę emocji i seksu oraz żal do męża. Z kolei on nie rozumie przyczyn jej zniechęcenia, być może dostrzega, że jest przemęczona, ale nie łączy tego z brakiem ochoty na seks.

Złotą zasadą myślenia o związku jest zrozumienie, że cokolwiek się w nim dzieje, należy to do strefy odpowiedzialności obydwojga partnerów. Jeśli całą winę zrzucamy na drugą stronę, tym samym oddajemy swoje „udziały” w związku. Postawa Basi jest zrozumiała, ale nieskuteczna. Nie dając sobie przestrzeni do przeżycia złości i żalu do męża, z czasem będzie wybuchała przy każdej drobnej okazji. Warto pamiętać, że często coś, co nas denerwuje w drugim człowieku, jest naszym własnym nieprzepracowanym problemem.

Role i podziały a brak seksu w związku

Nadal w wielu związkach podział obowiązków wygląda tak, że to kobieta zajmuje się domem i dziećmi, a mężczyzna pracuje. I często trudno jest jej się przyznać, że nie radzi sobie ze wszystkim, że potrzebuje pomocy. Wciela się w rolę cierpiętnicy, która w milczeniu dźwiga swój krzyż, bo taki wzorzec jest jej znany. Z kolei mężczyzna, który nie jest zaangażowany w życie rodziny inaczej niż przez zapewnianie jej bytu, tak naprawdę jest w takim związku połowicznie. Relacja dwojga ludzi powinna polegać na tym, że oboje wkładają w nią po 50 proc. w każdym obszarze – od uniesień w sypialni po czyszczenie toalety. To dotyczy także seksu. Jeżeli potraktujemy go jako element bliskości, troszczyć się o niego powinniśmy obydwoje, tak jak obydwoje jesteśmy odpowiedzialni za brak seksu w małżeństwie. Ale nie może być on obowiązkiem małżeńskim, bo może wtedy zbrzydnąć na dobre.

Dobrze jest też zobaczyć, na ile seks pomaga w budowaniu komunikacji, a na ile ją utrudnia. Wiele par uprawia seks, w którym nie ma bliskości. Kobiety robią to z poczucia obowiązku, a mężczyźni dlatego, że wolą taki seks niż żaden. A w związku chodzi tak naprawdę o wypracowanie zdolności spotkania się jako dwie pragnące tego samego osoby. Wszyscy chcemy być docenieni i kochani. Wszyscy pragniemy szału namiętności i orgazmów. Nasze niezaspokojone potrzeby mogą zostać spełnione. Pod warunkiem że uda nam się je wyrazić, dostrzec obszary, w których mamy trudności, i uniknąć patrzenia na wszystko w kategorii winy i kary, która jest największą trucizną, mogącą prowadzić również do braku seksualności w związku.

Brak seksu w związku - różne scenariusze

Wracając do Basi, w jej przypadku są możliwe trzy kierunki rozwoju sytuacji. Pracując metodą coachingową, może dokonać tzw. wglądów – czyli spojrzeć na relację z wielu stron. Zastanowić się, z czym nie radzi sobie ona sama i z czym ma problem jej partner. Dzięki takiej pracy, polegającej na samodzielnym szukaniu odpowiedzi, łatwiej będzie uświadomić sobie powtarzające się mechanizmy, zrozumieć je i przeżyć emocje z nimi związane. Będzie wtedy w stanie zdobyć się na zrozumienie dla partnera. A gdy on poczuje się rozumiany, może zmienić swoje nastawienie do coachingu czy terapii na bardziej pozytywne.

Inne możliwe rozwiązanie – przy najbliższej kłótni czy rozmowie o domowych obowiązkach Basia zareaguje inaczej niż do tej pory. Ku jej zaskoczeniu mąż stwierdzi, że od lat marzył, żeby zyskała takie nastawienie. I sam znajdzie w sobie motywację do pracy nad związkiem, a co za tym idzie, również do rozwiązania problemu jakim jest brak seksu w związku.

Trzecia możliwość – w Basi zajdzie powolna, ale trwała zmiana na lepsze, zacznie się kontaktować ze swoim ciałem i swoimi emocjami. Czasem uda jej się przez to zainspirować partnera, czasem nie. Współpraca między nimi będzie miała zasadnicze znaczenie dla przyszłości tej relacji.

Brak seksu w małżeństwie – od czego zacząć?

Na podstawowym poziomie pracy nad sobą Basia mogłaby poczytać o Porozumieniu bez Przemocy, na średnio zaawansowanym – stosować na co dzień zasady zdrowej komunikacji, obserwować i notować zmiany, jakie w niej zachodzą. Na zaawansowanym etapie pracy nie będzie jej potrzebna kartka i długopis – wystarczy obserwacja tego, co się dzieje, rozmowa i realizowanie planu naprawczego razem z partnerem.

Bo bycie rozumianym jest jedną z podstawowych potrzeb człowieka. Wtedy jest miejsce na miłość, namiętność i wspaniały seks.

  1. Psychologia

Wyrzuty sumienia po zdradzie - jak sobie poradzić, kiedy zdrada wychodzi na jaw?

Mężczyźni zdradzają, bo uważają, że nie zasługują na stały, lojalny, oparty na zaufaniu i szacunku związek. (Fot. Getty Images)
Mężczyźni zdradzają, bo uważają, że nie zasługują na stały, lojalny, oparty na zaufaniu i szacunku związek. (Fot. Getty Images)
To był tylko seks! A co jeśli dołączyły do niego też uczucia? Kto decyduje o tym, co w związku jest jednym krokiem za daleko, a co tylko błędem? Czy mężczyźni zdradzają z innych powodów niż kobiety? I wreszcie: czy skok w bok może paradoksalnie uratować związek? O to wszystko pytamy psychoterapeutę Wojciecha Eichelbergera. 

Kobiety i mężczyźni różnią się w postrzeganiu tego, czym jest zdrada? Płeć ma tu znaczenie czy może po prostu jedni ludzie potrafią oddzielić seks od uczuć, a inni – nie?
To zależy od tego, czy zrobiliśmy wystarczająco dużo, aby stać się ludźmi zintegrowanymi, świadomymi siebie i wrażliwymi. Bo ludzie dojrzali i mądrzy nie chcą i nie potrafią oddzielać seksu od serca.

Inną sprawą jest, że statystycznej kobiecie oddzielenie seksu od serca przychodzi znacznie trudniej niż statystycznemu mężczyźnie, bo to kobieta, a nie mężczyzna zaprasza drugiego człowieka do intymnej przestrzeni swego ciała, do swojego wnętrza. Z drugiej strony – choć jest to powód dany przez naturę i uwarunkowany anatomicznie na poziomie genitalnym – to nie zadziała w wypadku kobiet, które doświadczenie biograficzne skłoniło do tego, aby swoje ciało traktowały jak przedmiot, który do nich nie należy. Mężczyźni mają z tym jeszcze trudniej, bo ich genitalna anatomia pozwala im doświadczać bliskości z kobietą jako chwilowego pobytu w przestrzeni innego ciała. Trudno im poczuć się gospodarzem, a łatwo – gościem, który wpadł na chwilę z krótkimi odwiedzinami. Przeżycia wpuszczania kogoś do własnego ciała i bycia wpuszczonym, a szczególnie bycia zaproszonym, zasadniczo różnią się od siebie. To z reguły wpływa na poziom wymagań i tryb doboru partnerów seksualnych przez kobiety i przez mężczyzn. Dlatego mężczyzna, który ma seks niepodłączony do serca, może – jak to się zresztą nieprzypadkowo określa – „przelecieć” niemal każdą zgłaszającą do tego gotowość kobietę i niemal od razu o tym zapomnieć. Z tego samego powodu, czyli niepodłączonej do zamrożonego serca seksualności, mężczyźni bywają zdolni do gwałtu. Kobiety są z powyższych przyczyn z reguły ostrożniejsze i bardziej wymagające w doborze swoich partnerów seksualnych. Drugim ważnym powodem jest oczywiście mniej lub bardziej uzasadniona obawa przed zajściem w ciążę z kimś, kto nie nadaje się na ojca.

Jak właściwie zdefiniować zdradę? Czy romans to tylko fizyczność – seks, a zdrada to zaangażowanie emocjonalne?
Tak jest w wolnych związkach, które z założenia opierają się na całkowitym zaufaniu i wzajemnym szacunku, czyli działają na zasadzie: „Ja nie wnikam w twoje życie, w tym także w twoje związki z innymi, a ty nie wnikasz w moje. Oboje jesteśmy wolnymi ludźmi, więc dopóki oboje wybieramy bycie razem, bo to, co nas łączy, jest dla nas obojga najważniejsze – dopóty będziemy razem”. Zdrada w związku otwartym polega więc na tym, że serce jednego z partnerów angażuje się bardziej w inną relację niż w związek główny. Jednak w tych związkach, które nie umówiły się na otwartość, zdrada fizyczna to także zdrada.

Większość par będących w stałych związkach nie ustala ze sobą tego, jak rozumieją zdradę. Nie dziwię się zresztą, bo skoro nie jesteśmy związkiem otwartym, nie zakładamy z góry, że będziemy romansować z innymi...
Dlatego nie sposób jest dzisiaj ustanowić obiektywnej definicji zdrady obowiązującej wszystkich. To, czy coś jest zdradą, czy jeszcze nie, staje się w coraz większym stopniu przedmiotem bardzo subiektywnej, indywidualnej oceny uzależnionej od poczucia wartości, stopnia dojrzałości emocjonalnej, poziomu autonomii i wewnętrznej spójności obojga partnerów. Zmienia się też społeczna obyczajowość, która nie stygmatyzuje i nie dramatyzuje zdrady w stopniu, jaki miał miejsce jeszcze 30 lat temu. Dzieje się to zapewne w dużej mierze na skutek coraz bardziej niezawodnej antykoncepcji, co sprawia, że mężczyźni w związkach mniej obawiają się ewentualności wychowywania nieswojego dziecka, a kobiety − uwikłania ich partnera w równoległe ojcostwo.

Oczywiście trudności ze zdefiniowaniem zdrady w związkach zamkniętych nie dotyczą sytuacji regularnych czy permanentnie równoległych relacji z innymi partnerami. To sytuacje patologiczne, które świadczą o tym, że związek nie funkcjonuje, a partnerzy powinni się rozstać i być może poddać terapii. Podobnie trzeba myśleć o związkach opartych na patologicznej zazdrości, braku zaufania i nieustającej kontroli, gdy nawet zwykłe spojrzenie na inną osobę jest traktowane jako wykroczenie przeciwko umowie o wierności, nie mówiąc już o tańcu czy o flircie.

Ale są też związki, w których partnerzy nie informują się o tzw. skokach w bok. Czy to jest dobre wyjście, nie mówić partnerowi o zdradzie? Wielu terapeutów tak twierdzi. Bo jeśli powiemy, przerzucamy odpowiedzialność za dalszy los związku na osobę zdradzoną. Pan powiedział kiedyś, że nie każdy romans jest zdradą i zawrzało, że to męski i wygodny punkt widzenia.
Zatem wróćmy do tego, bo oburzenie było w moim odczuciu wynikiem nieporozumienia. Zastanówmy się wspólnie, czy biegnięcie do partnera czy partnerki z informacją o naszych wyrzutach sumienia z powodu jakiejś epizodycznej zdrady i po to, by błagać o rozgrzeszenie, jest w istocie zachowaniem etycznym. Czy obciążona takim wyznaniem partnerka nie powinna wtedy powiedzieć: „Spadaj, to twoja sprawa i twoje sumienie. Jeśli czujesz, że to, co zrobiłeś, zrywa nasz związek, to odejdź i nie obciążaj mnie tym. Jeśli sumienie cię boli, to zachowuj się tak, żeby cię nie bolało. Nie jestem od tego, żeby ci przynosić ulgę i nie chcę cierpieć z powodu twoich błędów”? Naturalnie taka strategia i postawa są uzasadnione tylko w przypadku pojedynczych, odosobnionych, niepowtarzalnych epizodów, nieprzekształcających się w trwałe relacje z osobami trzecimi. Każda inna sytuacja świadczyć będzie o kryzysie w związku i powinna być ujawniona, aby dochować wierności zasadzie lojalności i szacunku wobec stałego partnera – i wtedy można albo się rozstać, albo podjąć trud naprawiania związku na przykład przez terapię pary. Natomiast doprowadzenie do sytuacji, gdy partner czy partnerka dowiadują się o trwałej, równoległej relacji nie od nas, a od innych czy przypadkiem – jest często uznawane przez nich jako zdrada większa od tej ukrywanej i staje się najistotniejszą przyczyną nieodwołalnego rozstania. I nic dziwnego. Osoba zdradzona ma prawo czuć się wtedy zdradzona podwójnie.

Warto pamiętać, że doświadczenie zdrady często przerasta i niweczy nasze wcześniejsze partnerskie umowy i deklaracje oraz sprawia, że zachowujemy się bardzo niekonsekwentnie i niespójnie, reagując albo z pozycji skrzywdzonego dziecka, albo z pozycji surowego mentora. Bardzo trudno nam zachować dorosłą, zrównoważoną i odpowiedzialną postawę. W moim gabinecie widzę, jak wielu ludzi niepotrzebnie się dzisiaj rozstaje. Nie dlatego, że naprawdę czują się zdradzeni i dają sobie rzeczywisty przywilej moralnej racji, lecz dlatego, że pozbawieni wewnętrznego kompasu myślą, że powinni się czuć zdradzeni. Dostosowują się do społecznej normy, do stereotypu zdrady, zamiast iść za własnym instynktem, intuicją i prawdziwymi uczuciami – krótko mówiąc, pozostać wiernymi sobie.

Kiedyś funkcjonowała też tzw. złota rada, że lepiej nie mówić o tym, że wie się o zdradzie, bo wtedy partner czy partnerka zawstydzi się i na pewno odejdzie...
Tak mówiły podręczniki z XIX wieku, kiedy sytuacja kobiet wyglądała inaczej. W dużym stopniu zależały one wtedy ekonomicznie od mężczyzny, od tego, czy ich związek małżeński przetrwa. Ale faktycznie czasem jeszcze dzisiaj dzieje się tak w wielu związkach. Dużo zależy też od tego, czy rodzice danej kobiety rozwinęli w niej gen i kompetencję niezależności i ugruntowane poczucie własnej wartości.

A z jakiego powodu najczęściej zdradzają dzisiaj mężczyźni?
Niektórzy mężczyźni – podobnie jak wiele kobiet – zdradzają, bo uważają, że nie zasługują na stały, lojalny, oparty na zaufaniu i szacunku związek. Są przekonani, że ich partnerka na pewno za chwilę odkryje, że się pomyliła i odejdzie. Myślą: „Skoro i tak wszystko skończy się źle, to zdradzę pierwszy i na zakładkę zapewnię sobie kolejne, chwilowe oparcie”. Zdrada jest też sposobem zapobiegania zaangażowaniu serca w związek. A naprawdę wielu współczesnych mężczyzn ma poranione serca, które boją się bliskości. To samo można powiedzieć o kobietach, których poranione serca nie wierzą w męską miłość, a to sprawia, że zamiast angażować się w związek, otwierać się na miłość i swoją przebogatą seksualność – wybierają zabójczą dla związku nawykową strategię powściągliwości, zazdrości i kontroli.

Można potraktować zdradę jako próbę ratowania związku?
Zdrada często, niemalże z reguły, bywa rozpaczliwą próbą ratowania związku, i często go ratuje! Bardzo trafnie opisała to Kasia Miller w głośnej książce „Kup kochance męża kwiaty”. Bo paradoksalnie „ten trzeci” czy „ta trzecia” często ratuje zagrożony związek. Wprawdzie po drodze nieszczęsnemu kochankowi czy kochance, w imię nowej solidarności i nowego mitu założycielskiego, pogodzeni małżonkowie zgodnie ścinają głowę, ale związek zostaje uratowany. Do zdrady dochodzi zwykle dlatego, że w naszych związkach coś, jakaś frustracja czy żal, od dawna są zamiecione pod dywan; dlatego że seks stał się nudnym rytuałem; dlatego że komuś brakuje uznania, szacunku, troski albo ciepła; dlatego że stare resentymenty nie zostały ujawnione; dlatego że ktoś w związku się kompletnie zaniedbał... Wtedy jedno z partnerów w końcu ulegnie urokowi osoby, która dostarcza choć trochę tego, czego od dawna w stałym związku brakowało. No i większość tych zdradzonych szybko decyduje, że nie ma już co zbierać. Ale to nieprawda. Teraz właśnie jest co zbierać, bo widać, co było pod dywanem. A to ogromna szansa na przebudowę obojga partnerów, a tym samym na wystrzelenie związku na wyższą orbitę, gdzie ciążenie tego, co przywleczone z przeszłości własnej i naszych systemów rodzinnych, już nie ściąga nas w kierunku kolejnej katastrofy. Ale w tej sprawie do tanga trzeba dwojga, a w dodatku obie strony muszą być gotowe do wzięcia odpowiedzialności za to, co wydostało się spod dywanu.

No dobrze, a nie można zacząć od nowa bez zdrady?
Jeśli, nie zaglądając pod dywan, bezrefleksyjnie zaangażujemy się w kolejny związek, to prędzej czy później znów znajdziemy się w tym samym miejscu.

Czy motyle w brzuchu, które w wieloletnim związku czasem odlatują, a które łatwo „przywołać” nowym związkiem – są faktycznie do wyhodowania w tym stałym? Jak to zrobić?
Odkopanie pożądania, zmysłowości i wzajemnej atrakcyjności jest na ogół łatwiejsze niż często żmudna praca z biograficznymi uwarunkowaniami. Przede wszystkim trzeba zadbać o zdrowie i kondycję, pozbyć się napięć w ciele, zwolnić tempo życia, by zacząć budzić się z odrętwienia i gorączkowego pędu do przodu, zacząć praktykować kontemplację, slow life i slow sex. Wtedy odkryjemy nowy, niedyktowany wyłącznie przez popęd poziom relacji z partnerką czy partnerem, naprawdę otworzy się nam serce, a nawet tzw. wyższa świadomość. Seks stanie się wtedy ekspresją całej osoby i nabierze innego, zaskakującego wymiaru.

A jak pan definiuje miłość? Czy to dążenie do wolności, czy raczej spełniania potrzeb drugiej osoby?
To bardzo wysoka poprzeczka, do której staramy się doskoczyć przez całe życie, przeczuwając, że po to właśnie urodziliśmy się na tym świecie. Pojawia się wtedy, gdy już niczego od siebie nawzajem nie potrzebujemy. Z wyjątkiem bycia kimś, kto jest wybranym adresatem miłości drugiej osoby i jednocześnie nadawcą. Miłość to bycie najlepszą wersją siebie, ale też dostrzeganie najlepszej wersji siebie w tym drugim.

Jak to zrobić w praktyce? Jak nie dać się małostkowości życia i codziennej logistyce?
Pracuję teraz nad warsztatem na temat miłości, gdzie punktem wyjścia jest opowieść o czterdziestoletnim człowieku, który przyszedł do mędrca po radę, bo nie mógł znaleźć dla siebie odpowiedniej partnerki. Mędrzec powiedział mu wtedy: „Weź kartkę papieru i napisz dziesięć najważniejszych cech kobiety, której szukasz”. Mężczyzna zapisał: „czułość, zdolność do kochania, wrażliwość, troskliwość, optymizm, niezależność, poczucie humoru, mądrość, lojalność”. Mędrzec przeczytał listę i powiedział: „A teraz zdradzę ci sekret. Jeśli chcesz znaleźć taką osobę, to napisałeś właśnie swój program rozwojowy, swoją mapę drogową prowadzącą do celu. I teraz musisz te wszystkie cechy odnaleźć i rozwinąć w sobie, inaczej jej nie spotkasz. A jeśli nawet ją spotkasz, to za chwilę cię opuści, zmęczona tym, że nieustannie z niej czerpiesz”.

Wojciech Eichelberger, psycholog, coach, doradca biznesu, założyciel Instytutu Psychoimmunologii w Warszawie, autor wielu książek z dziedziny psychologii i rozwoju osobistego, najnowsza to „Wariat na wolności. Autobiografia” (wyd. Znak).

  1. Psychologia

Szczerość i tajemnice w związku

Szczerość w związku to bycie w zgodzie ze sobą. Wyrażam to, co czuję, myślę, zachowuję się w zgodzie z moimi uczuciami i myślami. (Fot. iStock)
Szczerość w związku to bycie w zgodzie ze sobą. Wyrażam to, co czuję, myślę, zachowuję się w zgodzie z moimi uczuciami i myślami. (Fot. iStock)
Szczerość nie oznacza mówienia o wszystkim, ale długo skrywana tajemnica jest bardzo ryzykowna dla związku - mówi Marta Wołowska-Ciaś, terapeutka Gestalt. 

Wszyscy potrzebujemy pewnej niezależności, ale co zrobić w sytuacji, gdy jedna ze stron ma większą potrzebę własnej przestrzeni od drugiej? Znam wiele takich par, w których jedno jest bardziej zaangażowane np. na zewnątrz związku w pracę zawodową lub pasję. Myślę, że dopóki druga strona akceptuje taki stan, to jest to dobre dla dwojga. Jeśli jednak nie, to ciekawi mnie, jakie uczucia budzą się w partnerach. Co przeżywa osoba, która „zostaje”, a co ta, która „ucieka” na zewnątrz związku? W procesie terapii często odkrywamy, że za zachowaniem partnera i naszą reakcją kryje się jakaś historia. Czasem nawykowo reagujemy na pewne sytuacje. To działa w obie strony: także u partnera za większą potrzebą przestrzeni mogą stać różne uczucia i zdarzenia z przeszłości. Warto wiedzieć, że kiedy oboje zaczynają uważać swój związek jako niepowtarzalny i niemożliwy do zastąpienia, kiedy w przypadku rozdzielenia, usiłują znowu być razem, mogą pojawić się uczucia szczęścia i miłości, ale także i strachu, obawy. Większości z nas towarzyszy lęk przed bliskością i lęk przed porzuceniem, ale mogą być one bardziej lub mniej świadome.

Związek to wspólnota. Gdy każdy z partnerów będzie żył tylko własnym życiem, związek nie przetrwa. Jak to pogodzić? Odpowiedzią jest równowaga. Wyobraźmy sobie ciało człowieka: wspólne cele i plany dają dobrą podbudowę dla związku - to nasze stopy. System wartości, jakim kierujemy się w życiu, to kręgosłup. Jeśli związek stoi obiema stopami na ziemi, ma oś, która trzyma go w pionie, to jest szansa, że przetrwa, ale potrzebna jest jeszcze głowa i ręce. Ręce to sposób, w jaki sięgamy do świata: w jaki bierzemy, ale i w jaki dajemy. Każdy z nas sięga w inny sposób, każdy potrzebuje inaczej i czego innego. Determinuje to nasza historia pierwszych relacji. Uczmy się siebie nawzajem i od siebie nawzajem, ile i czego każdy z nas potrzebuje. Ten sposób sięgania (ręce) w tym kontekście rozumiem jako „życie własnym życiem”. Ważny są wspólne zasady, cele, morale, ale sposób ich realizacji może być różny dla każdego. No i zostaje jeszcze głowa. Stare przysłowie mówi: „Co dwie głowy to nie jedna”. Będą się więc te głowy pewnie kłócić, spierać, deliberować i albo dojdą do porozumienia, albo nie. Wtedy warto wrócić do stóp i kręgosłupa. Jeśli nadal są w tym samym miejscu, możemy im zaufać.

Czasem jednak jedna ze stron poświęca większość swojego czasu na zewnątrz związku (np. uzależnienie, przyjaźnie), a druga odbiera to jako porzucenie i zdradę. Jeśli uczucia są silne, a rozmowy nie pomagają, warto zwrócić się po pomoc do terapeuty par lub mediatora.

Czy szczerość oznacza, że mamy rozmawiać z partnerem o wszystkim? Szczerość rozumiem jako bycie w zgodzie ze sobą. Wyrażam to, co czuję, myślę, zachowuję się w zgodzie z moimi uczuciami i myślami. To taki rodzaj integracji osoby, przy której odczuwamy spokój, z którą kontakt nas karmi. Taka postawa zachęca do wymiany, bycia autentycznym i otwartym. Szczerość pozwala na zaufanie, bliskość, a to daje poczucie bezpieczeństwa. Tylko w takich warunkach możemy zacząć budować satysfakcjonujący związek. Pamiętajmy jednak, że każda otwartość może być ryzykowna. Otwierając swoje serce, wystawiamy się na zranienie, odrzucenie, wykorzystanie.

Szczerość to według mnie nie to samo co „rozmawianie o wszystkim”. Cóż oznacza „mówić wszystko”? Czasem warto się zastanowić: po co? czy teraz? czy tej właśnie osobie? czy o tym? Każdy ma prawo do swojego świata, do którego nikogo nie dopuszcza. Może to być pasja, świat duchowy, czas i przestrzeń tylko dla mnie. Takie własne terytorium jest dobre nie tylko ze względu na siebie, ale i - a może - zwłaszcza na związek.

Tymczasem wcale nierzadko jeden z partnerów chce zawłaszczyć tego drugiego... „Ja robię swoje, a ty swoje… Ty to ty, a ja to ja”. W Gestalciemówimy o konfluencji jako o mechanizmie unikania kontaktu z samym sobą. W procesie dorastania separujemy się, wyodrębniamy, tworzymy własne JA, własne granice i potrzeby. Kiedy z jakiegoś powodu tak się nie dzieje, osoba konfluentna w dorosłym życiu ma nadal potrzebę zlania. Rozpoznamy to po zdaniach „My z mężem lubimy lody”, „Zawsze robimy to razem”, a także po zachowaniach dążących w grupie to jedności, spójności, gdzie ideą jest zbiorowość a nie jednostka.

Drogowskazem w nawiązywaniu relacji może być przykazanie miłości. Zarówno do siebie, jak i do bliźniego, bo jeżeli człowiek potrafi kochać w sposób produktywny, kocha także siebie samego; jeżeli potrafi kochać tylko innych… nie potrafi kochać wcale.

Przemilczenie jakiejś drobnostki to coś innego niż ukrywanie ważnego problemu. Czy głęboko skrywana tajemnica pozwoli zbudować szczęśliwy związek? Ważny problem, głęboko skrywana tajemnica zawsze są przeszkodą w budowaniu czy nawet trwaniu relacji. Zawsze ciekawi mnie, co jest powodem zatajenia. Jak do tego doszło? Co poszło nie tak na wcześniejszym etapie związku. Jak to się stało, że problemy w tym związku się ukrywa?

Tajemnica jest jak mur, pokój w mieszkaniu, do którego nie wchodzimy razem. Jedna strona nie wie, co kryje się za tymi drzwiami. Już sama obecność takiej granicy rodzi usztywnienie, napięcie. Wyobraźmy sobie, że zbliżamy się do takich zamkniętych drzwi i jedna osoba przez nie przechodzi, a druga zostaje - obie są samotne! Jeśli taki stan będzie utrzymywał się dość długo, ryzyko rozpadu jest nieuchronne. I nie mam na myśli rozstania, tylko rozpad więzi, poczucia bezpieczeństwa, zaufania. W takich sytuacjach pary często trafiają do specjalisty. Warto, żeby trafiało ich jak najwięcej, ponieważ terapia par może pomóc przejść kryzys, bo ja wierzę, że kryzys wcale nie musi prowadzić do rozstania. Wprost przeciwnie - wierzę, że każdy kryzys jest szansą na stworzenie nowej jakości.

  1. Psychologia

Związek w przebudowie

Urlop daje szansę na odnowienie relacji, bo pomaga nam uświadomić sobie, że czasem bywa fajnie, a czasem mniej fajnie. A my powinniśmy zadać sobie pytanie: Co w tym „fajnie” nas łączy, co nas zbliża, a co w tym „niefajnie” można zmienić albo zaakceptować. (Fot. iStock)
Urlop daje szansę na odnowienie relacji, bo pomaga nam uświadomić sobie, że czasem bywa fajnie, a czasem mniej fajnie. A my powinniśmy zadać sobie pytanie: Co w tym „fajnie” nas łączy, co nas zbliża, a co w tym „niefajnie” można zmienić albo zaakceptować. (Fot. iStock)
Bliskie relacje nas wzmacniają, ale pod warunkiem że o nie dbamy. A dbamy wtedy, kiedy sami się rozwijamy. Dlatego renowację związku powinniśmy zawsze zaczynać od pracy nad sobą – mówi psychoterapeutka Maria Rotkiel.

Wakacje to dobry czas na odbudowanie związku?
Owszem, to fajna okazja do tego, żeby się do siebie zbliżyć, bo wreszcie mamy dla siebie czas. A dla większości par główny problem to właśnie brak czasu. Przytłoczeni na co dzień obowiązkami zawodowymi, zajmowaniem się domem, dziećmi, pielęgnowanie relacji z partnerem odkładamy na potem. To często jedna z ostatnich pozycji na liście naszych priorytetów, co jest bardzo dużym błędem, bo o relację trzeba dbać.

Co to znaczy: dbanie o relację?
To przebywanie z drugą osobą, uważność, czyli nie tylko mówienie do niej, ale i słuchanie tego, co ma mi do powiedzenia, to okazywanie jej czułości, zainteresowania, to wspólne przyjemności, wspólna przestrzeń, która, niestety, z czasem robi się coraz mniejsza. Urlop jest po to, żebyśmy mogli w końcu ze sobą być, ale jest też często dużym zagrożeniem dla związku.

Może okazać się bolesnym czasem prawdy?
To bardzo dobre określenie. Przez cały rok funkcjonujemy jak dobrze działająca firma, potrafimy nawet nieźle rozkładać między siebie codzienne zajęcia, ale nie mamy czasu na bliskość, na intymność, nie mówiąc już o seksie, na który brakuje nam siły. I kiedy już ten czas się pojawia, to raptem okazuje się, że bycie razem jest trudne. Jeżeli bowiem spoiwem relacji jest tylko wzajemna wymiana zobowiązań, które możemy nawet kochać (czyli nasze dzieci) albo które są trudne (jak kredyty) i jeśli tak funkcjonujemy parę lat, to może się okazać, że na urlopie trudno się do siebie zbliżyć. Po kilku dniach rozmów o dzieciach, pracy, obowiązkach tematy się wyczerpują. Jeżeli – co gorsza – partner nas irytuje, denerwuje, bo raptem chce robić coś, na co nie mamy ochoty, jest marudny, to urlop może być nie lada wyzwaniem, bo uświadamia ludziom prawdę o ich relacji.

Co z tą prawdą zrobić? 
Zacząć trzeba od przemyślenia, dlaczego tak naprawdę jestem z drugą osobą. Czy dlatego, że lubię jej towarzystwo, bliskość, fizyczność, że mamy tematy do rozmów? Czy może tylko z obowiązku? Wiele par przychodzi do mnie z refleksją, że zorientowali się na urlopie, jak niewiele ich łączy, jak nie mają o czym rozmawiać. I to wszystko sobie wykrzyczeli, padły bolesne słowa, których już nie da się cofnąć, więc ciężko wrócić do codzienności, bo ta w dotychczasowym kształcie nie ma już racji bytu. A poza tym – ci ludzie nie wykorzystali urlopu na odpoczynek, więc teraz nie mają energii i motywacji, żeby dobrze współdziałać. Trudne, bolesne refleksje są jednak znakomitą okazją do zastanowienia się co dalej. Oczywiście, zawsze można podjąć decyzję o rozstaniu, czasami taka decyzja jest konieczna, bo nawet jeśli mamy dziecko, to powinniśmy wspierać się w jego wychowaniu, ale nie musimy być razem na siłę. Czas tej urlopowej próby jest zatem okazją do podjęcia odważnej decyzji – albo o rozstaniu, albo o pracy nad związkiem.

Co może odnowić związek?
Zmiana. Przy czym zmiana może polegać na powrocie do pewnych praktyk, które nas wcześniej cieszyły, albo na wprowadzeniu czegoś nowego. Na przykład: Postanawiamy, że babcia, ciocia albo niania zajmą się co drugi weekend naszym dzieckiem, a my ten czas spędzimy we dwoje. Albo: Wyrzucamy telewizor z sypialni. Dzwonimy do przyjaciół, z którymi dawno się nie widzieliśmy, i zapraszamy ich na kolację. Umawiamy się na tenisa ze znajomą parą.

Najtrudniej zmienić uprzedzenia.
Często jesteśmy nastawieni na walkę z partnerem, na pilnowanie podziału obowiązków, jaki ustaliliśmy. A czasem lepiej jest skoncentrować się na tym, co nam się kiedyś w nim podobało. Wtedy inaczej spojrzymy na naszą codzienność, na partnera, na relację. Zmiana może polegać na przypomnieniu sobie tego, co nas wtedy łączyło. Może też oznaczać konieczność pójścia na terapię. Terapeuta to taki przewodnik w procesie szukania rozwiązań najbardziej pomocnych dla danej pary, w zrozumieniu tego, co się stało, w wyciągnięciu wniosków. Pomaga, żeby ten proces następował szybciej, jest życzliwym, obiektywnym opiekunem ludzi w kryzysie, co nie znaczy, że w każdym kryzysie mamy biec od razu do terapeuty. Zawsze natomiast warto coś w naszym związku ułożyć inaczej. Jestem wielką orędowniczką zmiany, bo ona nakręca proces naszego rozwoju.

Pod warunkiem że nie będziemy chcieli na siłę zmienić partnera.
Mam na myśli zmianę dostosowaną do tego, kim jesteśmy, taką, która sprawi, że nasza codzienność stanie się dla nas obojga przyjemniejsza i że się do siebie zbliżymy. Partnerowi, zapalonemu tenisiście, mogę zaproponować: „Pójdę z tobą w sobotę na korty, może fajnie byłoby, gdyby twój kolega zaprosił swoją partnerkę, słyszałam, że to fajna babka, pogram z nią albo porozmawiam. A z kolei w niedzielę ty poszedłbyś ze mną do kina”. Zmiana na zasadzie walki z pasjami czy poglądami partnera nie ma żadnego sensu.

Lepiej chyba zacząć zmianę od siebie, licząc na efekt domina.
Oczywiście, że tak! Wszystko, co dzieje się ze mną i we mnie, ma wpływ ma mojego partnera. Proces pracy nad odnowieniem relacji jest też procesem pracy nad sobą, bo zawsze ważne jest pytanie, co sama mogę zrobić dla związku, dla mojego partnera, dla siebie, jak mogę pracować nad tym, żebyśmy się do siebie zbliżyli. Może powinnam zrezygnować z ciągłego upominania? Owszem, mój partner jest bałaganiarzem, ale w ciągu pięciu lat wspólnego życia nie sprawdziły się żadne metody – ani zwracanie mu uwagi, ani wkładanie nieświeżych skarpetek pod poduszkę – więc może warto machnąć na jego bałaganiarstwo ręką, może to jest ta konieczna zmiana? Ale czasem polega ona na tym, że wreszcie mówię otwarcie: „Kochanie, rozumiem, że uwielbiasz swoją pracę, ale chciałabym, żebyśmy znaleźli dla siebie dwa wieczory w tygodniu, kiedy wracasz wcześniej”. Bywa, że największą trudność sprawia odróżnienie tego, na co machnąć ręką, co zaakceptować, od tego, o co asertywnie się upominać.

Nałogi rujnujące nasze życie są na tej drugiej liście.
Zdecydowanie tak. Wszystko, co agresywne i autoagresywne, także pracoholizm, powinno zmobilizować nas do powiedzenia: „Stop! Nie godzę się na to i co ty na to? Czy jesteś gotowy, żeby się z tym zmierzyć, czy rozumiesz, że mam prawo tego nie tolerować?”. Komunikujemy swoje zdanie partnerowi, dajemy mu szansę na zmianę, wspieramy go w pracy nad sobą, no chyba że tego trudu nie podejmuje.

Co wtedy? Zwykle się poddajemy, gdy pojawia się najmniejsza trudność. Dlaczego?
Bo bardzo źle znosimy kryzysy, dyskomfort. Żyjemy w czasach kultu fajności. A w życiu bywa różnie. Urlop daje szansę na odnowienie relacji, bo pomaga nam uświadomić sobie, że czasem bywa fajnie, a czasem mniej fajnie. A my powinniśmy zadać sobie pytanie: Co w tym „fajnie” nas łączy, co nas zbliża, a co w tym „niefajnie” można zmienić albo zaakceptować. Największy problem mamy z zaakceptowaniem „niefajnego”. Między innymi dlatego, że chcemy, żeby nasze życie było idealne, że żyjemy pod przymusem perfekcyjności, czym wyrządzamy sobie okropną krzywdę. Z wiekiem potrafimy zrozumieć, że nikt nie jest idealny, ale jak się ma tych 20 lat, to ciężko zaakceptować wady partnera i codzienność pełną wyrzeczeń.

Odnowy wymaga każdy związek?
Tak, ale takiej codziennej, nieustannej. Odnawianie relacji to pamiętanie o tym, żebyśmy zjedli razem kolację, wyłączyli telewizor i ze sobą porozmawiali, przytulili się, wzięli wspólną kąpiel. Ale odnawiać związek to także odnawiać siebie. Czyli – uczyć się, rozwijać swoje pasje, poznawać ludzi. Możemy potem przy kolacji podzielić się ze swoim partnerem tym, czego się nauczyliśmy. Wtedy on też posunie się w tej dziedzinie o krok do przodu, a i nasza relacja na tym zyska. Bo tak naprawdę buduje nas związek, który nie stoi w miejscu, tylko się rozwija. A rozwija się wtedy, kiedy my się rozwijamy. Dlatego musimy zawsze zacząć od pracy nad sobą. Ale związek też trzeba codziennie podlewać niczym kwiaty. Czasem wystarczy naprawdę niewiele: powiedzenie „kocham cię”, przytulenie się. Jak odnawiamy mieszkanie, to go nie wyburzamy, nie wywracamy wszystkiego do góry nogami, tylko malujemy ściany. Tak samo jest z bliską relacją – trzeba ją nieustannie odmalowywać. Niczego nie mamy bowiem danego raz na zawsze.

Maria Rotkiel - psychoterapeutka, trenerka, doradczyni rodzinna, zawodowa, autorka książek, między innymi „Nas dwoje, czyli miłosna układanka” i "Nas troje, czyli rodzinne nastroje" (wydawnictwo Czarna Owca).