1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wyobraźnia - jak ją ćwiczyć i pielęgnować radzi Wojciech Eichelberger

Wyobraźnia - jak ją ćwiczyć i pielęgnować radzi Wojciech Eichelberger

Wyobrażeniowa funkcja mózgu nie  rozwija się, kiedy dzieci wciąż patrzą na memy, podcasty, filmy, teledyski, emotikony i inne obrazki. (Fot. iStock)
Wyobrażeniowa funkcja mózgu nie rozwija się, kiedy dzieci wciąż patrzą na memy, podcasty, filmy, teledyski, emotikony i inne obrazki. (Fot. iStock)
Czy wyobraźnie nie jest już przeżytkiem w świecie pełnym smartfonów i komputerów? Czy jest nam jeszcze w ogóle do czegoś potrzebna? A może właśnie dlatego, że nie używamy jej już tak często jak kiedyś, trudno nam budować trwałe relacje z ludźmi zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Czy wyobraźnie nie jest już przeżytkiem w świecie  pełnym smartfonów i komputerów? Czy jest nam jeszcze w ogóle do czegoś potrzebna? A może właśnie dlatego, że nie używamy jej już tak często jak kiedyś, trudno nam budować trwałe relacje z ludźmi zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Skąd się bierze wyobraźnia?
W psychologii rozwojowej mówi się, że wyobraźnia pojawia się samoistnie w wyniku rozwoju sieci neuronalnej mózgu około trzeciego roku życia. Zauważono bowiem, że pomaga dzieciom przeżywać pierwsze dłuższe rozstanie z rodzicami, związane na przykład z pójściem do przedszkola. Jeśli dziecko posiadło już wówczas zdolność do wyobrażenia sobie zapisanego w pamięci wizerunku matki lub ojca, to nawet gdy na wiele godzin straci ich z oczu, zniesie to spokojnie. Natomiast brak zdolności do wyobrażania sobie twarzy opiekunów sprawia, że dziecko zaczyna rozpaczać, czuje się bowiem porzucone na zawsze i nieodwołalnie.

Czy także dorosłym wyobraźnia pomaga poradzić sobie z rozstaniem?
Pamięć i wyobraźnia obrazowa włączają się także u dorosłych, gdy muszą się oni rozstać z kimś, kogo kochają. Wówczas to właśnie wyobraźnia pomaga utrzymać emocjonalny kontakt z opuszczoną osobą, daje nadzieję na ponowne spotkanie. Co więcej, pozwala zachować więź emocjonalną z tym, kogo nie ma obok nas. Tych, którzy z jakichś powodów nie mają takiej emocjonalno-obrazowej wyobraźni, dotyka często syndrom zwany: „Co z oczu, to z serca”. A więc gdy kogoś nie widzę, to o nim zapominam, nawet gdy ten ktoś był mi bliski. Wyobraźnia wspiera emocjonalne więzi.

To nie pamięć ją wspiera?
Pamięć dotyczy informacji „technicznych”: gdzie kto mieszka, jak się nazywa, co lubi, jaki ma numer telefonu czy buta. A także wszystkich wydarzeń minionych. Podobno w naszych mózgach zapisane jest wszystko, co się wydarzyło, i w każdej chwili taki obraz może zostać wyświetlony na „ekranie” wyobraźni. I tę funkcję naszego mózgu nazywamy wyobraźnią odtwórczą. Taki spontaniczny flashback może zostać wywołany jakimś bodźcem, na przykład zapachem, który wiązał się z przeszłym wydarzeniem, i teraz uruchomił w naszej wyobraźni jego zapis.

O wyobraźni twórczej mówimy z kolei, gdy sięgamy po sny i wyobrażenia dotyczące przyszłości. One są już kreacją, tworzeniem nowych obrazów, a nie tylko odtwarzaniem informacji czy sytuacji zarejestrowanych przez mózg w przeszłości.

Jak to się dzieje, że na przykład podczas masażu czy medytacji możemy „zobaczyć” zaskakujące obrazy?
Kiedy jesteśmy głęboko zrelaksowani, nasz mózg wchodzi w stan alfa, w którym uruchamia się wyobraźnia obrazowa, bo nie przeszkadza jej wtedy świadoma część mózgu. Czasem wyobraźnia staje się wręcz zastępczym światem, to taki second life. Mózg generuje wówczas precyzyjne obrazy wirtualnego świata, które zastępują świat realny. Niby tu jestem, siedzę na fotelu i patrzę na ciebie, ale ten obraz jest zmodyfikowany, bo nakłada się na niego klisza i w moich oczach jesteś szpiegiem!

W jaki sposób na naszą wyobraźnię wpływa fakt, że współczesny człowiek wciąż nurkuje w Internecie?
Z badań przeprowadzonych na pokoleniu osób urodzonych w erze cyfrowej i obrazkowej wynika, że zdolność do wyobrażania sobie na tym „wewnętrznym ekranie” rozmaitych sytuacji, form, a nawet twarzy bliskich osób – zanika. Wyobrażeniowa funkcja mózgu nie ma bowiem powodu rozwijać się, kiedy dzieciaki wciąż patrzą na memy, podcasty, filmy, teledyski, emotikony i inne obrazki. One wszystkie zwalniają ich mózgi z potrzeby generowania twórczych wyobrażeń. Nawet tego, co się ogląda, nie ma potrzeby zapamiętywać, czyli zapisywać w plikach wyobraźni odtwórczej, bo przecież w każdej chwili można zrobić sobie zdjęcie tego czegoś czy kogoś i odtworzyć, gdy pojawi się taka potrzeba. Stąd zapewne także bierze się niechęć młodych do czytania książek – radość z czytania w dużej mierze płynie z kreowania wyobrażeń. Podczas czytania powieści mózg wykonuje pracę reżysera, scenografa, kostiumologa, wizażysty, oświetleniowca i kamerzysty. Tworzy w wyobraźni wielowymiarowy, dynamiczny spektakl. Niestety, młode pokolenia swój „wewnętrzny ekran” wyobraźni w coraz większym stopniu zastępują zewnętrznym ekranem smartfona.

Już nawet kilkulatek nie musi zapamiętywać twarzy i głosu mamy, bo w każdej chwili może je sobie odtworzyć w telefonie…
Jeszcze sto lat temu zdjęcia były rzadkością, a portrety dostępne tylko dla bogatych, więc prawie wszyscy musieliśmy tworzyć obrazy i filmiki w naszych plikach mózgowych, aby móc je w razie potrzeby przywołać. Dzisiaj wszystko, co dla nas ważne, zapamiętuje za nas maszyna.

A czy smartfon będzie też za nas kochać? Czy wystarczy, żebyśmy nie doznali syndromu: „Co z oczu, to z serca”?
Jeśli nie mamy uwewnętrznionego obrazu ukochanej osoby, to z pewnością łatwiej o niej zapomnimy. Wystarczy kilka dni, aby nasze uczucia do niej zanikły. Bo jeśli nie potrafię wyobrazić sobie jej twarzy, oczu, postaci, to tak, jakbym jej nigdy nie poznał. Nasze życie wydarza się przecież w naszych umysłach. Dowodem na to jest doświadczenie ludzi, którzy z różnych powodów – np. urazu czy choroby neurologicznej – tracą pamięć i przestają rozpoznawać bliskich. Utrata pamięci wynika z uszkodzenia neuronalnych baz danych i utraty obrazów kochanych ludzi. Wtedy nie można ich rozpoznać, bo nie dysponujemy ich wewnętrznym wzorcem, nie mamy więc do czego tego, kogo widzimy, porównać. A kiedy nie rozpoznajemy twarzy, nie uaktywniają się uczucia związane z tą osobą.

Ale kiedy mamy wyobraźnię, zdolni jesteśmy nawet „pokonać” czas i spotkać się w niej z tymi, którzy odeszli…
Dobrze jest mieć i chronić w wyobraźni obrazy bliskich zmarłych, pamiętać, jacy byli. Ale jednocześnie nie zapominać, że oni już odeszli i związki z nimi nie zastąpią nam związków z żywymi.

Czyli wyobraźnia sprzyja miłości. A czy sukcesowi życiowemu także?
Również, bo pomaga w ćwiczeniu rozmaitych umiejętności i zachowań. Na przykład sportowcy wykorzystują wyobraźnię w ramach tzw. treningu mentalnego. Siedzą w fotelu i wyobrażają sobie w zwolnionym tempie wszystkie skomplikowane fazy, dajmy na to, skoku o tyczce. Im dokładniej potrafią to zrobić, czyli odtwarzać w wyobraźni idealny algorytm motoryczny skoku, tym większe mają szanse na sukces w realnym świecie. Dokładne zobrazowanie ruchu jest odbierane przez część mózgu odpowiedzialną za motorykę i przekierowane do poszczególnych mięśni, które ćwiczą właściwą reakcję na neuronalne impulsy.

A czy możemy tak ćwiczyć np. rozmowę kwalifikacyjną?
Możemy ćwiczyć każdą sytuację, która ma szansę się wydarzyć. Ćwiczymy wtedy pożądaną, optymalną reakcję na nią. Wyobraźnia pełni funkcję sali prób w teatrze.

W trakcie wyobrażania sobie może pojawić się lęk… Chciałabym sobie wyobrazić, że będzie fajnie, ale nagle okazuje się, że widzę tragedię…
To, o czym teraz mówię, to wyobraźnia kontrolowana, która podlega naszej woli: postanawiam, że będę wyobrażać sobie i zarazem ćwiczyć optymalny przebieg jakiegoś wydarzenia. A to, o czym ty mówisz, wiąże się z wyobraźnią spontaniczną, ta kontrolowana jest przez nawykowe emocje, przekonania, osądy i wspomnienia. To wyobraźnia, która potrafi wprowadzić cały nasz organizm w niepotrzebny „autostres”.

Czyli efekt wyobraźni na usługach pesymizmu?
To interesująca definicja „autostresu”, czyli wyobrażania sobie trudnych sytuacji w przyszłości. To kosztowna zabawa, bo ciało uznaje wyobrażenia za rzeczywistość i wytraca ogromne ilości energii na radzenie sobie z tymi nieistniejącymi zagrożeniami. Dlatego mówi się, że można zamartwić się na śmierć.

Możemy zatem zaszkodzić sobie lub pomóc dzięki wyobraźni.
Tak, utwierdza nas w tym wykorzystanie wyobraźni w leczeniu ciężkich chorób, zwłaszcza onkologicznych. Najpierw stosuje się ćwiczenia, które służą zdyscyplinowaniu wyobraźni, a następnie chory może wyobrażać sobie uzdrawiające procesy walki z chorobą. Obecnie pracę z wyobraźnią zastępuje się grami. Na przykład chore na raka dzieci zamiast wyobrażać sobie, jak białe ciałka – w postaci dzielnych komandosów – atakują komórki rakowe, grają w taką grę komputerową. Obawiam się jednak, że ta forma pobudzania organizmu jest mniej skuteczna. Uzdrawiające obrazy nie są wtedy wytworem mózgu, czyli części organizmu, który walczy z chorobą, lecz pochodzą z zewnątrz.

Czy wyobraźnia „wyrzucona” na zewnątrz sprawia, że szybciej uzależniamy się od gier?
Nie tylko. Są ludzie, którzy urodzili się ze smartfonem w ręku – staje się on częścią ich mózgu, niezbędną do życia częścią organizmu. Gdy uzależnionym od smartfona zabierze się tę maszynę, czują się tak, jakby zabrano im kawał mózgu. Tracą część pamięci, tracą obrazy, bliskich i przyjaciół, a nawet orientację w przestrzeni i w czasie. Trudno się więc dziwić, że wpadają w panikę i walczą o utracony sprzęt jak o życie. Smartfon to znacznie więcej niż uzależnienie – to mózgowy „wszczep”, stał się dla wielu serwerem przechowującym ich poczucie tożsamości.

A wracając do siły wyobraźni: czy jeśli będę wyobrażać sobie domek z sadem, to będę go mieć?
To zależy, z jaką intencją go sobie wyobrażasz. Lepiej, gdy z taką: „Będę go miała”. Albo że już go masz! Bo są obserwacje potwierdzające większą skuteczność wyobrażania sobie, że mamy już to coś, o czym marzyliśmy. Podobnie konsekwentne wyobrażanie sobie, że jesteśmy zdrowi i silni, wspomaga proces zdrowienia. Nauka zajmuje się efektem sugestii już od dawna, ale słabo jej to idzie, bo to zjawisko wymykające się obowiązującemu ciągle materialistycznemu paradygmatowi. Nauka ma więc nadal kłopoty z hipnozą, efektem placebo i nocebo. Zatem dla zrozumienia potęgi wyobraźni musi nam więc na razie wystarczyć pewna starochińska przypowieść. Otóż dwóch starych przyjaciół spotkało się na pogaduszki przy herbacie w domu jednego z nich. Ten, który był gościem, zauważył, że w jego filiżance pływa jakiś robak. Ale ponieważ uprzejmość i wdzięczność były wówczas wartościami praktykowanymi, aby nie urazić gospodarza, nic nie mówiąc, wypił do dna herbatę. Wkrótce potem ciężko się rozchorował. Gdy jego przyjaciel dowiedział się o tym, zaprosił go ponownie, by zdążyli się pożegnać. Tak się też stało. Ale kiedy zasiedli przy tym samym stoliku, aby wspólnie napić się herbaty, gość znów zobaczył na dnie filiżanki robaka.

Zgaduję, że tym razem herbaty nie wypił.
Tak, gdyż był już bardzo chory i w swoim przekonaniu patrzył śmierci w oczy. Odważył się powiedzieć o tym sędziwemu gospodarzowi. Gospodarz z ciekawością i niedowierzaniem zajrzał do jego filiżanki, po czym wybuchnął śmiechem. I wskazał na fresk na suficie przedstawiający węża. Kiedy gość zrozumiał, co się stało, też wybuchnął śmiechem, dopił herbatę i pożegnał się czule z przyjacielem. Następnego dnia po okolicy rozeszła się wieść, że cudem wyzdrowiał. Morał z tego taki, że nasza wyobraźnia ma taką moc, że może nas zabić, ale może nas też uzdrowić i przydawać się w wielu innych sytuacjach. Warto się więc o nią troszczyć, ćwiczyć ją i rozwijać.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Mężczyźni i emocje – wyprawa do czyśćca

Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. (Ilustracja iStock)
Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. (Ilustracja iStock)
Nawet kilkuletni chłopcy, gdy stłuką kolano, nie są przytulani! Nikt im nie współczuje, a więc gdy dorosną, nie są zdolni do empatii. Mogą się jej nauczyć, ale muszą odpłakać dziecięce zranienia. Inaczej będą odcinać się od wszystkich uczuć poza złością i depresją – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Mężczyźni i emocje? Od razu myślimy: chłopaki nie płaczą! Bardziej poruszające jest dla mnie co innego: chłopaki nie współczują! Powiedzmy wprost: kiedy kobieta płacze, to mężczyzna często się wścieka. Bo świat męskich emocji nadal jest ubogi i często sprowadza się do złości lub doła. Czy tak musi być?
Zacznijmy od tego, dlaczego mężczyźni mają kłopot z doświadczaniem i wyrażaniem współczucia, a najczęściej wyrażaną przez nich emocją jest złość. Ta ich choroba duszy zwykle ma swój początek we wczesnym i bolesnym doświadczeniu przemocy lub całkowitego ignorowania przez psychopatycznego, często pijącego ojca. Matka jest na ogół bezradną, upokorzoną i współuzależnioną niewolnicą męża, która nie dość, że nigdy nie staje w obronie syna, to jeszcze „kabluje” na niego albo oczekuje obrony i wsparcia. W rezultacie ani dla ojca, ani dla matki syn nie jest dzieckiem i nie dostaje tego, czego wszystkie dzieci potrzebują, czyli: miłości, czułości, uznania i troski. Czuje się więc kimś, kto jest tylko obiektem rozładowywania rodzicielskich frustracji i okrucieństwa.

Przejmująco smutne i samotne dzieciństwo.
Z takiego domu chłopiec wychodzi z ogromną raną w sercu. I z przekonaniem, że jest kimś, kto nie zasługuje ani na współczucie, ani na szacunek, ani na żadne inne ludzkie odruchy. Niestety, właśnie w takich warunkach formowana jest w psychice chłopca psychopatyczna obrona (charakter), która jest dramatyczną próbą poradzenia sobie z bólem, którego doświadczył. Sposobem na ukrycie piekącego wstydu upodlonej, pozbawionej godności ofiary będzie więc stanie się samemu dręczycielem i złoczyńcą. Patrząc głębiej – chłopiec wyrośnie na mężczyznę, który będzie wypierał ze swojej świadomości tę upokorzoną i zawstydzoną część i umieszczał ją w innych, słabszych od siebie istotach. A potem będzie niszczył je – na próżno dążąc w ten sposób do unicestwienia własnego wstydu i bólu. Podsumowując, pod brakiem współczucia i agresją mężczyzny prawie zawsze skrywa się głęboka rozpacz.

Współczuję rany w sercu. Ale przeraża mnie sposób gojenia! Żona i dzieci stają się ofiarami, bo on zamienia się w ojca?
Zapewne tak, bo jego ojciec miał w sercu podobną ranę. Trzeba też zrozumieć, jak został sformatowany przez matkę stosunek syna do kobiet. A więc chłopiec, a potem mężczyzna odczuwa do matki żal za to, że go nie broniła. Czuje też do niej pogardę, bo stała się niewolnicą ojca. Te trudne uczucia jednak głęboko ukrywa nawet przed samym sobą, a w zamian ślepo idealizuje matkę. Robi tak nie dlatego, że chce ją oszczędzić. Aby psychicznie przetrwać terror, dziecko musi uznać choćby jednego z rodziców za kogoś, z kim ma pozytywną więź. Ta mieszanka trudnych emocji ukształtuje raz na zawsze w jego umyśle obraz kobiet i sposób budowania z nimi relacji. Im bardziej w głębi serca będzie spragniony kobiecego zachwytu, czułości, troski i lojalności, tym bardziej będzie kobiety uznawał za słabe, niedojrzałe i żałosne istoty: „lalki, cipy, świnki, dziwki”. Będą w nim budzić litość, pogardę i podświadomą chęć zemsty. Im bardziej będą dla niego zachwycające, godne szacunku i upragnione – tym bardziej będzie je dewaluował. Zaakceptuje tylko kobietę dzidzię. Zaopiekuje się nią, będzie rozpieszczać, ale też zdradzać, wykorzystywać, a nierzadko nawet bić.

To teraz rozumiem, czemu tak nieskuteczne są apele kobiet o to, by ich partnerzy mówili o swoich uczuciach. Choć w takiej sytuacji to może nawet dobrze, że nie mówią?
Jeśli kobieta zaproponuje swojemu psychopatycznemu partnerowi, żeby zajrzał w głąb siebie i zaczął okazywać prawdziwe uczucia i potrzeby, to usłyszy: „Mam tylko dwie potrzeby i dwa uczucia. Nienawidzę wszystkich frajerów i chętnie wpierdoliłbym każdemu, a poza tym przeleciałbym każdą fajną dupę, jaką spotykam na mieście”. Tacy mężczyźni bronią się przed jakąkolwiek refleksją na swój temat. Po pierwsze, nie biorą pod uwagę, że zostali specyficznie zdeformowani przez okoliczności swego dorastania. A po drugie, trafnie przeczuwają, że pod pancerzem, który ich chroni, kryje się skrajnie zrozpaczone, skrzywdzone dziecko. Wolą zginąć niż się z nim spotkać i odczuć jego ból.

Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. Czy dlatego, że mężczyzna woli zaatakować niż ukoić ból serca?
Patriarchalna kultura mu na to zezwalała. Dlatego takich mężczyzn trudno zainteresować pytaniem: Czy jest się czym chwalić i czy to aby na pewno twoje prawdziwe uczucie? Warto pamiętać, że są trzy poziomy uczuć i emocji. Pierwszy poziom to emocje wyuczone i nawykowe, często neurotyczne, na przykład reagowanie agresją lub lękiem na każdy kontakt z ludźmi. Drugi poziom to uczucia głębokie, często wyparte i przykryte przez te pierwsze, na przykład rozpacz, tkliwość, pragnienie miłości, słabość. Trzeci poziom to uczucia związane z istotą naszego człowieczeństwa, takie jak: empatia, szacunek, czułość, miłość, szczodrość, radość.

Ktoś, kto ciągle chce tylko komuś przyłożyć, z pewnością nie ma kontaktu ze swoimi prawdziwymi i głębokimi uczuciami.
Właśnie. Jeśli więc taki mężczyzna zdecyduje się na psychoterapię, to dopiero wtedy będzie mógł dotrzeć do swoich prawdziwych, wypartych uczuć i potrzeb. Będzie mógł opłakać to, czego jako dziecko nie dostał. A dzięki temu zrozumie i wyłączy niepotrzebny mu już psychopatyczny mechanizm obronny, który pomógł mu mniej cierpieć, gdy był dzieckiem, a którym teraz krzywdzi innych i siebie.

(Ilustracja Paweł Jońca) (Ilustracja Paweł Jońca)

Widziałam poruszający filmik „Emocje i mężczyzna”, którego bohater, youtuber Grzegorz Szpilka, opowiada, jak z zimnego macho stał się mężczyzną, który potrafi współczuć. Ale ceną było wiele dni płaczu, otwierania się na kolejne zranienia z dzieciństwa.
Właśnie tak ten proces przebiega. Wiem to nie tylko jako psychoterapeuta, lecz także jako mężczyzna, który podczas własnej terapii sam otworzył się w końcu na ból wczesnych zranień. Łez jest wiele, bo pamiętajmy, że w męskich chorych duszach mieszka głęboko schowany chłopiec, który utracił całe swoje dzieciństwo. Przedwcześnie musiał stać się dzielnym wojownikiem, nieczułym na ból własny i innych.

Zraniony ranił innych.
Dlatego proces psychoterapeutycznego leczenia rany w duszy mężczyzny porównuje się często do czyśćca. Dopiero gdy opłacze swoje zranienia, zyska zdolność do współczucia. Bo żeby współczuć, musimy odnaleźć w sobie te emocje, których doświadcza drugi człowiek. A wtedy, widząc płaczącą partnerkę, nie tylko nazwie to, co widzi, smutkiem czy rozpaczą, ale też poczuje to w sobie, a nawet wesprze ją w ekspresji emocji. W rezultacie tej podróży w głąb swojego zranienia doświadczy uczuć i potrzeb z trzeciego poziomu, czyli tych fundamentalnych i jednoczących, definiujących jego prawdziwą tożsamość, jak radość, miłość czy właśnie empatia.

To optymistyczna wiadomość, ale zdaje się, że psychopaci rzadko idą na psychoterapię.
To prawda, bo obrona psychopatyczna polega na przekonaniu, że tylko ja jestem okay, a wszyscy inni, to „leszcze, cwele i frajerzy”. To szalone i skrajnie niebezpieczne przekonanie pozwala przykryć wstyd i upokorzenie dzieciństwa tak skutecznie, że człowiekowi z psychopatycznym charakterem bardzo trudno z niego zrezygnować.

Łatwo zacząć współczuć takiemu psychopacie. Zwłaszcza że, jak pisze Jerzy Mellibruda, kiedy kobieta widzi złoszczącego się faceta, myśli, że miał zły dzień czy dzieciństwo. Bo dla kobiety złość to przejawy emocji. Ale dla mężczyzn to często tylko narzędzie sprawowania władzy, narzucenia swojej woli. Czyli my, głupie, przez tysiące lat współczujemy tyranom?
To prawda, że mężczyźni używają agresji jako narzędzia sprawowania władzy i kontroli nad kobietami i słabszymi mężczyznami. Dlatego mimo tej wiedzy, że agresja odcina tyrana od jego głęboko skrywanego cierpienia, lepiej powściągnąć ostentacyjne współczucie i odważnie przeciwstawiać się tyranii. Tym bardziej że w zlodowaciałym sercu tyrana uległość budzi pogardę i nienawiść. Tragiczne jest też to, że partnerki tyranów, ulegając im, zapominają nie tylko o sobie, lecz także o ochronie dzieci. Tak więc mechanizm produkowania następnych pokoleń chorych dusz może trwać.

A więc kobieta powinna oczekiwać od mężczyzny, żeby on sam znalazł sposób na to, żeby sobie poradzić ze swoją agresją?
To prawda. Dodam jeszcze, że męskiej agresji nie należy zamiatać pod dywan, lecz warto ćwiczyć chłopców i mężczyzn w dedykowaniu jej działaniom pozytywnym, konstruktywnym i kreatywnym. Pamiętam, jak wiele wysiłku musiałem włożyć w to, by opanować moją młodzieńczą agresję. Zarówno tę wrodzoną, jak i tę zassaną z powojennej atmosfery: z domów dziecka, z obcowania z poranionymi wojną agresywnymi kolegami, nauczycielami wyżywającymi się fizycznie na uczniach i z innymi dorosłymi – w tym z matką. Sprawdziłem na sobie słuszność starej zasady, że aby opanować agresję, trzeba uprawiać dużo sportu i ćwiczyć sztuki walki. Jako młody chłopak często musiałem stawać do walki. Ale od czasu, gdy już jako dorosły w ramach treningu walki kilkakrotnie doświadczyłem całkowicie bezwstydnej i nieustraszonej eksplozji agresji wraz z tym, że nie musi się ona wiązać z nienawiścią, lecz z uznaniem i szacunkiem dla przeciwnika – poczułem, że to ja dysponuję moją agresją, a nie ona mną.

Dziś uważamy, że agresję można wyciszyć wychowaniem. Nie dawać chłopcom zabawek militarnych i nie pozwalać się bić, a będą łagodni.
Chłopiec, który ma kochających rodziców, nie ma tak wielkiego problemu z agresją, jak syn psychopatycznego ojca i wycofanej matki. Ale jednak jego organizm też wytwarza testosteron. Odczuwa więc potrzebę obrony, rywalizacji i walki. Zatem to wielka szkoda, że dziś nie uczy się chłopców, jak radzić sobie z własną agresją, a w zamian piętnuje się ją. W ten sposób doprowadza się do wyparcia jej ze świadomości. A przecież to, co wyparte, nie poddaje się kontroli, z ukrycia działa na różne pokrętne sposoby. Stąd zapewne aż tak wielu młodych mężczyzn, a także tych przekraczających cezurę połowy życia, albo nie potrafi panować nad swoją agresją, albo próbuje sobie z nią radzić za pomocą różnych uzależniających substancji chemicznych.

A więc mamy do czynienia z agresją mężczyzn, która ma wiele źródeł i postaci. A co z innymi emocjami?
Na szczęście nie wszyscy mężczyźni idą przez życie zakuci w szczelny psychopatyczny pancerz, choć większość mężczyzn ma mniej lub bardziej rozległy psychopatyczny rys. Ci zdolni są do przeżywania wielu innych uczuć. Ale trzeba się liczyć z tym, że jednak większość mężczyzn w sytuacjach dla nich trudnych zareaguje nawykową agresją lub zamrożeniem, wycofaniem. Kto wie, czy to mimo wszystko nie lepsze niż usiąść i płakać? Jeśli jednak mężczyzna zdecydował się na tę odważną podróż w głąb siebie i odpłakał dziecięce zranienia, to stał się naprawdę silny. Nadal potrafi być wytrzymałym i odważnym obrońcą czy brać na siebie duże ciężary. Nie upokarza już jednak tych, którzy są słabi, aby poradzić sobie z własną rozpaczą.

  1. Psychologia

Od czego zależy szczęście w związku? - wyjaśnia Wojciech Eichelberger

W miłości i w życiu często kierujemy się egoizmem i swoimi potrzebami, a to nie jest dobry fundament związku. (Fot. Getty Images)
W miłości i w życiu często kierujemy się egoizmem i swoimi potrzebami, a to nie jest dobry fundament związku. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jak stworzyć udany związek? Poradników jest bez liku, rozstań jeszcze więcej. Bo tak jak nie można zaplanować, w kim się zakochamy, nie można wpływać na to, jaki jest nasz związek. Zakochujemy się z tajemniczych powodów (o narodzinach miłości decyduje nieświadomość), a gdy zaczynamy być razem, rodzi się trzecia, niezależna i nieznana nam istota, Związek. Jeśli chcemy być razem musimy go poznać i zrozumieć. Warto, bo tak, paląc w ogniu miłości egotyczne mrzonki, dotrzemy do duchowej jedności – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Zanim przeczytałam „Mity o miłości”, niemieckiego psychoterapeuty par Michaela Maryego, chciałam spytać, jak z dwóch „ja” zrobić „my”? Z tej książki wynika, że to głupie pytanie. Autor przekonuje, że związek rodzi się, gdy zaczynamy być razem jako trzecia, niezależna od naszych chęci istota. Świadomie możemy tylko poznać go, zrozumieć i jeśli chcemy być razem – przyjąć jego reguły.
Związek jako byt sam w sobie, który może być jedynie odkrywany i poznawany, a nie kreowany, to koncepcja trudna do przyjęcia dla współczesnych ludzi. Pielęgnujemy przecież  poczucie wpływu, sprawczości i osiągania celów. Ale to prawda: związek jest żywym procesem – spontanicznym, podlegającym wielu wpływom. Ogromną częścią naszego życia kieruje przecież to, co w naszym umyśle nieuświadomione. Zygmunt Freud twierdził, że nie uświadamiamy sobie ponad 90 procent naszych przekonań, motywów, uczuć i doświadczeń. Niewiele więc o sobie wiemy. Niewiele wiemy też o tym, dlaczego zakochujemy się w tej właśnie, a nie w innej osobie. Nie możemy nawet wyobrazić sobie, co dało początek złożonej kombinacji zdarzeń, które doprowadziły do zakochania tych dwojga. Nasz indywidualny los jest w ogromnej mierze wyznaczany grą sił i wydarzeń dziejących się w odwiecznej, transgeneracyjnej przestrzeni. Niezliczona ilość przeszłych kul wprawiła w ruch tę, którą przeżywamy jako nasze życie. Napędzani jesteśmy energią systemu i w dodatku nie jest pewne, że energia pozostałych kul wyczerpała się w akcie wprawienia w ruch naszego życia. Może system nadal jest w ruchu i wpływa na nas w sposób niewidoczny? Z przeczucia tej możliwości bierze się wiara w oddziaływanie przodków lub tzw. przeszłych wcieleń. Jeśli dodać do tego historię obecnego życia, to niewiele miejsca pozostaje na wolną wolę i świadome wybory także dotyczące partnera.

A więc powód każdego zakochania jest tajemnicą? Czy to tylko poezja, bo tak na prawdę kieruje nami biologia?
Biologii chodzi tylko o to, aby podtrzymać życie, a zakochują się w sobie także ludzie niezdolni lub nieskłonni do prokreacji. Miłosne spotkanie ma ponadbiologiczny, nieodgadniony cel i powód. Szczególna jakość dochodzi do głosu, gdy spotykają się „sobie przeznaczeni”. Wydaje się jednak, że w dzisiejszym świecie takie niebudzące wątpliwości zakochania zdarzają się rzadziej. Buddyści nazywają je miłością karmiczną, czyli spotkaniem zgodnym z dynamiką systemów, z których wywodzą się zainteresowani. Może ta pewność: „to ten”, „to ta” jest coraz rzadsza, bo grzeszymy pychą i nie chcemy zaufać i poddać się wyborom losu, Nieba, Amora, karmy? Zapominamy, że jesteśmy nieświadomi i się łudzimy, że samodzielnie wybierzemy lepiej. Tymczasem kierujemy się narcystycznym wizerunkiem siebie, a nie prawdziwymi potrzebami, co też wpływa na jakość i trwałość związków.

Ale bywa jednak i tak jak ze mną, a ja byłam pewna: „to ten!”, kiedy pierwszy raz zobaczyłam mojego przyszłego mąż. Bo nim go poznałam – przyśnił mi się w nocy.
To niezwykłe. Być może ludzie, w których się zakochujemy, to ci, którzy nam się wcześniej śnili? Przecież większości snów nie pamiętamy. Może to po nich powstaje wrażenie, że ich znamy? Może tak rozpoznajemy osoby, którym jesteśmy winni miłość, bo zostały przez nas skrzywdzone w poprzednich wcieleniach? Oświeceni buddyści twierdzą, że każda osoba, którą spotykamy, w przestrzeni odwiecznych interakcji mogła być naszym dzieckiem, rodzicem, partnerem. Jeśli to prawda, jesteśmy powiązani z przeznaczonymi nam, zanim się poznamy. A to, co się wydarza między nami, jest jakimś dopełniającym elementem procesu rozwoju naszej świadomości. Jego celem jest doprowadzić nas do odkrycia, jakim kosmicznym nieporozumieniem jest utożsamianie się z „ja”, otworzyć na mistyczny wymiar miłości. W buddyzmie nazywa się to pojednaniem, współodczuwaniem z całym światem. W chrześcijaństwie: komunią lub pojednaniem z Bogiem.

Taka wielka transgresja zaczyna się od zakochania?
Zakochanie jest powszechnym i dostępnym doświadczeniem pomocnym w dokonaniu transgresji, w dodatku przyjemnym. Pomaga dźwignąć naszą świadomość z poziomu „ja” do poziomu „my dwoje”, a potem jeszcze wyżej – „my wszyscy”. Zakochani czujemy, że „ja” to „ty”, widzimy tylko to, co dla nas wspólne. Fantazjujemy, że dostarczymy sobie intelektualnego pokarmu i inspiracji, że będziemy kochać wszystko to, co kocha ta druga osoba. Mit identyczności to niebezpieczna iluzja. Jeśli nie pozwolimy drugiej osobie na bycie inną niż my, czeka nas ogrom napięć, frustracji i goryczy, który doprowadzi do rozstania. Urealnienie partnera i związku, czyli ujrzenie i docenienie tego, co nas różni i co jest wspólne, to warunek bycia razem. Ucząc się tego, przyswajamy najważniejszą wiedzę: że to różnorodność jest sposobem przejawiania się jedności. Prawdziwą próbą dojrzałości jest zdolność do kochania różnych od nas. Przejdziemy ją, gdy potrzeby drugiej osoby staną w kontrze do naszych, a my mimo to będziemy wspierać ją, jego w ich zaspakajaniu. Najważniejsze i wspólne powinno być dążenie – i to wszelkimi sposobami – do odkrycia sensu i tajemnicy spotkania dwóch osób, które się w sobie zakochały i razem troszczą o to, co najważniejsze: by związek dawał obojgu poczucie spokoju, radości i wolności.

Co może być tym poszukiwanym sensem związku?
To, co potrzebujemy dzięki niemu zrozumieć, nauczyć się. Kiedy związek dojrzewa, przestajemy wyłącznie patrzeć sobie w oczy, a zaczynamy patrzeć w jedna stronę – w stronę „my”. Dostrzegamy centrum, symboliczne ognisko w jaskini, które chcemy wspólnie podtrzymywać, by nam i naszym bliskim było ciepło, bezpieczne i jasno. Wtedy dobrowolnie i pogodnie rezygnujemy z części potrzeb, już nie na rzecz drugiej osoby, lecz wspólnego ogniska. Wrzucając do niego nasze egocentryczne i neurotyczne potrzeby i złudzenia, doświadczamy uczucia uwolnienia, jakbyśmy pozbywali się nadmiaru rzeczy i śmieci. Na przykład możemy spalić – jak to się patetycznie określa – „na ołtarzu związku” nasze indywidualne potrzeby prestiżowe, bo ognisko wymaga od nas poświęcenia, np. partner choruje i nie jest to czas na kupowanie nowego samochodu – potrzeba pieniędzy na leki i opiekę. Dopóki ognisko jest dla obojga najważniejsze i oboje mniej więcej po równo do niego dorzucamy, będzie pięknie płonąć i stanie się wartością samą w sobie. W ten sposób rozwój naszego związku staje się tożsamy z naszym własnym. „My” uwalnia nas z klaustrofobicznej twierdzy „ja” i otwiera na świat.

Zdaniem Michaela Maryego związki mają cztery różne podwaliny: chęć zaspokajania potrzeb (erotyzmu, bezpieczeństwa), uzupełnianie charakterów, urzeczywistnienie projektów (łatwiejsze, gdy jesteśmy we dwoje). I czwarta: mity dotyczące związku (np. daje szczęście). Podwalina ma ogromne znaczenie, bo jeśli od związku, który ma dawać bezpieczeństwo, chcemy pomocy w realizacji ambicji, rozbijemy go.
Jak już mówiłem, to mit, że partner zaspokoi wszystkie nasze potrzeby. Wcale to jednak nie znaczy, że nasz związek jest niepełny. Jednak nawet gdy poznamy swój związek, co nam daje, a co nie, nie łudźmy się, że wszystko będziemy mieli pod kontrolą – życie i tak nas wytrąci ze światopoglądowych kolein, ucząc radzić sobie ze zmianą i przemijaniem. Samemu można stworzyć azyl izolujący od dolegliwości przemijania: szukać młodszego towarzystwa, zmieniać gadżety i samochody. W związku patrzysz na partnera jak w lustro. Jeśli więc ktoś upiera się, by w pełni kontrolować swoje życie i pielęgnować iluzję wiecznej młodości – związek jest dla niego przerażającą perspektywą. Za to tym odważnie patrzącym w lustro pomaga pozbyć się fałszywych przekonań o sobie i innych. Stąd trafna obserwacja, że ludzie spędzający życie samotnie usztywniają się w swoich ulubionych, nieadekwatnych przekonaniach. Dobry związek może nas lepiej niż samotne życie przygotować do przejścia przez igielne ucho i odnalezienia prawdziwej natury. Uwalniając od zbędnego bagażu i ozdobników, czyli bogactwa, które mamy okazję spalić w „ogniu my”. A zgodnie z biblijnym ostrzeżeniem: „Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogacz wejdzie do raju”. Nie pokładajmy jednak całej nadziei w związku, bywa, że te zamierają w jakiejś teatralnej pozie i nawet nie zauważają, że „ognisko my” wygasło. Zapobiec temu można uważnością, otwartą komunikacją, gotowością na zmiany, partnerstwem i demokracją. Kochaj i rób, co chcesz... i pozwól innym robić to, co chcą. Jeśli obie strony tak czują, rozwojowa misja związku się dopełniła.

W książce „Zdobędziesz miłość, jakiej pragniesz” Harville’a Hendrixa przeczytałam, że wybieramy osobę, która przypomina nam rodziców. W związku z nią mamy jeszcze raz przeżyć to, co było najtrudniejsze w dzieciństwie, by tym razem pokonać te traumy. To musi boleć i dlatego udaje się to jedynie 5 proc. par.
Ognisko rozpalone z osobą z takiego klucza będzie tak gorące i gwałtowne, że wytrwanie przy nim może się okazać zbyt trudne. Krótko mówiąc – może nieźle dać popalić, bo wrzucimy do niego sprawy, najtrudniejsze, najbardziej bolesne. Jak się uda wytrwać, czeka nas nagroda: uwolnienie od wielkiego, generującego lęk ograniczenia. Dlatego gdy stajemy przed dylematem czy wybrać drogę łatwiejszą czy trudniejszą, wybierajmy trudniejszą. Pamiętam pacjentkę, która w dzieciństwie była zdominowana przez agresywnych starszych braci i ojca. Pozbawiona kobiecego wsparcia ze strony zalęknionej matki. W efekcie – w dorosłym życiu – asekuracyjnie wybierała słabych mężczyzn, lecz związków z nimi nie mogła utrzymać. Bo też jej głęboką potrzebą jest skonfrontować się – jako dorosła kobieta – z agresywnym mężczyzną i nie dać się zapędzić w kozi róg. Dzięki temu przekroczyłaby to, co uniemożliwia jej stworzenie szczęśliwego związku.

Właśnie: szczęśliwego... Michael Mary opisuje małżeństwo, które chciało, żeby było miło. Jednak kiedy tylko usiedli obok siebie, wybuchała kłótnia. Zdaniem autora dlatego, że ich Związek chciał czegoś innego niż oni, chciał, by się usamodzielniali, gdy oni dążyli do większej bliskości.
Związki służą m.in. temu, byśmy dojrzewali. Jeśli sprzeniewierzamy się tej ich funkcji i naginamy do naszych niedojrzałych, neurotycznych potrzeb, to związek zaprotestuje i doprowadzi do konfliktu. Konflikt jest wehikułem rozwoju. Jeśli jednak korekcyjne konflikty zamiatamy pod dywan, bo nie pasują do scenariusza „ma być miło”, to z czasem dojdzie do wybuchu, który rozwali związek. Nie można bać się konfliktów. Prawie nigdy nie są powodem, by się rozstawać, lecz sygnałem, że jedna lub obie strony powinny wrzucić coś do „ognia my”. Jeśli partnerów nie będzie na to stać, związek jest w niebezpieczeństwie. Konflikt doprowadzi do rozpadu i nie można wykluczyć, że w ten sposób nieświadome uwarunkowania partnerów decydują o przerwaniu związku, który stał się nierozwojowy, a nawet destrukcyjny. Wtedy sklejanie go na siłę generuje cierpienie. Z pewnością nie wszystkie rozwody wynikają z lenistwa lub tchórzostwa. Spotkałem wiele skleconych przypadkowo lub na zasadzie asekuracji, zbyt trudnych związków, których nie dało się uratować. Generowały tyle negatywnych emocji, że zamieniały ludzi w pozbawione zdolności do refleksji i opamiętania demony. Takie związki trzeba mieć odwagę przerwać i szukać innych, które wspierać będą naszą dojrzałość i duchowość.

Ale po co się rozstawać, skoro to, co w nas destrukcyjne, co przeszkadza w tym związku, i tak zatruje następny
Rozstajemy się wtedy, kiedy nasz związek nie może pomieścić i konstruktywnie zasymilować energii kryzysu, konfliktu. Gdy już nikt nie jest w stanie dorzucić niczego więcej do „ognia my”, z niczego więcej zrezygnować. Gdy następuje duchowa regresja partnerów i obie strony się skrajnie egocentryzują. Wtedy dalsze trwanie w takim związku zamieni go w niekończącą się destrukcję. Szkoda życia. Większe szanse na przekroczenie naszych ograniczeń będziemy mieli gdzie indziej – w psychoterapii czy w innym, mądrzej i świadomie zawiązanym związku. Ale najgorsze, co nam się może przydarzyć, to wyjść ze związku z przekonaniem, że wina za jego rozpad leży wyłącznie po drugiej stronie. Wtedy nieuchronnie i nieświadomie wleczemy nasze ograniczenia w kolejny związek.

  1. Psychologia

Czy ucieczka od konsumpcji jest w ogóle możliwa? Zastanawia się Wojciech Eichelberger

Najszczęśliwsi są ci, którzy mają minimalne potrzeby materialne, dzięki czemu mogą wydawać na inne, ważniejsze potrzeby, na pasje i zainteresowania, na poznawanie siebie i świata – na godne życie. (Ilustracja: Getty Images)
Najszczęśliwsi są ci, którzy mają minimalne potrzeby materialne, dzięki czemu mogą wydawać na inne, ważniejsze potrzeby, na pasje i zainteresowania, na poznawanie siebie i świata – na godne życie. (Ilustracja: Getty Images)
Czy jesteśmy gotowi na rewolucję antymaterialistyczną? Obciążeni kredytami, uwiązani w pracy, której nie lubimy, ale która daje nam stały zarobek, ledwo wiążemy koniec z końcem. Czy to świat stanął na głowie, czy może to my sami mylimy potrzeby z zachłannością? Psycholog Wojciech Eichelberger wyjaśnia, czy ucieczka od wszechobecnej konsumpcji jest możliwa.

Z czym się kojarzy Panu określenie „życie na kredycie”?
Z życiem ponad stan, z nadmiernie rozbudzonymi apetytami konsumpcyjnymi. Dzięki temu – niestety – kręci się system ekonomiczny, w którym żyjemy. Nie powiem tu nic nowego. Od dawien dawna wiadomo, że ogromna maszyneria marketingu i reklamy jest właśnie po to, by wmówić ludziom, że coś, co nie jest im potrzebne, jest bardzo potrzebne – nie do tego, by godnie i spokojnie żyć, lecz do tego, by nie wyglądać gorzej niż znajomi czy sąsiedzi. Ten ekonomiczny mechanizm działa dzięki chciwości, a chciwość to przecież jeden z najgorszych ludzkich „demonów”, blokujących możliwości pojawienia się w naszym życiu moralnych i duchowych aspiracji. Bo chciwość syci się przede wszystkim tym, co materialne – a gdy się rozkręci, to nic jej nie zdoła zatrzymać, ani rozum, ani sumienie, ani moralność, ani kara boska, ani zwykła przyzwoitość. W dodatku chciwość ściśle współpracuje z dwoma innymi potężnymi „demonami”: głupotą i nienawiścią. Aktualnie widać to wyraźnie w naszych polskich igrzyskach chciwości władzy, w których wszystkie trzy demony mają niebezpiecznie wiele do powiedzenia.

Dla mnie wieczne życie na kredycie to także ciągłe niezaspokojenie. Chcemy więcej, niż możemy sobie na to pozwolić, a kredyt daje nam ułudę tego, że jednak możemy.
To życie w nieustannej pogoni za uciekającym horyzontem konsumpcyjnego szczęścia. Bo nie dość, że musimy spłacać kredyt na mieszkanie czy samochód, to na dodatek co chwila pojawia się lepszy model telefonu, nowa moda odzieżowa, fajna oferta wakacyjna, którą wybierają wszyscy znajomi – no i oczywiście rosną ceny czynszu, usług, energii, benzyny, ubezpieczeń i żywności. Ale i tak ulegniemy. Marketing wraz z reklamą wmówią nam, że jeśli nie kupimy czegoś tam, to wypadniemy z towarzyskiego obiegu oraz z wyścigu do nieistniejącego konsumpcyjnego raju, w którym już wszystko będziemy mieli i zdołamy wreszcie odpocząć.

Brzmi jak koszmar senny…
Bo jak w koszmarze przebieramy nogami w miejscu. Wiele wskazuje na to, że polska inteligencka klasa średnia, która do niedawna stabilizowała rynek i demokrację, zanika, zanim się do końca ukształtowała. Jednym z powodów jest to, że ci świetnie wykształceni i przygotowani do swojej pracy, zdolni i kreatywni ludzie nie są w stanie zgromadzić buforowego kapitału zapewniającego im poczucie bezpieczeństwa na tyle, by mogli dobrze wykonywać swoją pracę, rozwijać się zawodowo. Większość z nich jest zmuszona uganiać się za pieniędzmi, pracując ponad siły w kilku miejscach, by spłacać stare kredyty i móc zaciągać nowe.

To frustrujące. Jak się temu bliżej przyjrzeć, to obecnie naszym dzieciom nie przekazujemy majątku, tylko długi.
Gorzej, bo wartość kredytu z reguły przewyższa wartość nabytych za niego dóbr prognozowaną na moment, gdy kredyt zostanie spłacony. Czyli na kredytach biedniejemy i nieuchronnie wpadamy w spiralę permanentnego zadłużenia. Bogaci się tylko bank. Świat stanął na głowie. Na pociechę możemy pomyśleć o tych, którzy mają gorzej. Na przykład w Ameryce dobrze przygotowani fachowcy po studiach, po doktoratach, muszą spłacać ogromne kredyty zaciągnięte na samą naukę. Kończąc studia, są już przykutymi do banku półniewolnikami z bardzo ograniczonymi możliwościami kreatywnych wyborów życiowych. Nie mogą pójść do klasztoru, gdy poczują taką potrzebę, albo wybrać życia na łonie natury, czy udać się w długą podróż. Muszą iść do takiej pracy, która im pozwoli spłacać kredyt, żyć na w miarę przyzwoitym poziomie i móc myśleć o założeniu rodziny.

Kredyt dramatycznie redukuje możliwość dokonywania przez nas wolnych wyborów życiowych, bardzo mocno uzależnia nas od systemu. Jak tu się zbuntować, gdy człowiek chodzi na smyczy kilkusettysięcznego długu? To tak jakby mieć wyrok w zawieszeniu. Trzeba być bardzo grzecznym i przewidywalnym.

To tak jakby chcieć się uniezależnić od rodziców, którzy płacą nam nadal za studia.
Ale rodzice przynajmniej nie ściągają z nas odsetek, chyba że te emocjonalne (śmiech). „Tyle na ciebie wydałam, że chyba mi się należy miłość, szacunek i opieka na starość”. Z odsetkami bankowymi znacznie trudniej sobie poradzić. Jak się ich nie spłaca, to ląduje się bez niczego, czyli w bezdomności albo w więzieniu. Jak tak dalej pójdzie, to coraz więcej z nas zazdrościć będzie ludziom żyjącym pod mostem – ludziom wolnym od długów, kredytów i podatków, mającym w nosie system. Będzie takich przybywać, bo im bardziej wymagający, kontrolujący i uzależniający system, tym więcej ludzi poszukiwać będzie antysystemowych rozwiązań na swoje życie. Dlatego z perspektywy interesu państwa nie jest dobrze dokręcać śrubę kredytową i intensyfikować wszelkie formy kontroli, bo coraz więcej ludzi będzie się przeciwko temu buntować.

Z jednej strony czujemy się zniewoleni, z drugiej prawie wszyscy spłacamy dziś jakiś kredyt, jesteśmy więc we wspólnocie kredytowej niewoli.
Średnio pocieszająca jest ta wspólnota niedoli. Raczej deprymująca. System jest chory, niedomaga i nikt nie próbuje go naprawić. A jeszcze 50 lat temu w Stanach jedna pracująca osoba mogła utrzymać rodzinę, kupić dom, samochód i opłacić dzieciom studia. Można było godnie żyć z własnej pracy.

Może problem polega na tym, co dziś znaczy „godnie”?
Niestety, znaczenie tego słowa na ogół ustalamy na drodze porównywania się z innymi. To napędza nasze konsumpcyjne apetyty i narcyzm. Jeśli zrezygnujemy z pewnego poziomu życia, to wypadamy z „towarzystwa”, bo już nie stać nas na wakacje nad ciepłym morzem i to cappuccino w Starbucksie, nie mówiąc już o sushi.

Czyli „godnie” zaczyna dziś oznaczać „na określonym poziomie”.
Definicja godnego życia jest dziś zrelatywizowana. Marketing i reklama, a także politycy definiują to pojęcie w zależności od swoich potrzeb. Zapomnieliśmy, że godnie można się poczuć wtedy, kiedy nie ma się długów, żyje się na przyzwoitym poziomie z tego, co się zarabia. Zgodnie z taką definicją, ktoś, kto ma dach nad głową i zarobek zaspokajający jego podstawowe potrzeby, może czuć się godniej niż uwiązany do kredytu i nielubianej pracy mieszkaniec apartamentowca. Godnie żyjących ludzi procentowo szybko ubywa na świecie. Ponoć w skali świata żyje tylko 5 proc. ludzi posiadających pewny dach nad głową, lodówkę, a w niej coś do jedzenia, jakieś drobne oszczędności i kartę płatniczą oraz podstawowe prawa ludzkie i obywatelskie. Ale i tak nie wiemy, ile z tych 5 proc. żyje na kredyt i ilu z nich należy do niegodnie i nadmiernie wzbogaconych. Na pewno jest tam ten słynny 1 proc., do którego należy 80 proc. bogactwa świata. Ale bogactwo często rozmija się z poczuciem godności. Możemy być bardzo bogaci, ale to nie znaczy, że żyjemy godnie – jeśli nasze bogactwo powstało i utrzymuje się wskutek pozbawiania innych ludzi szansy na godne życie. Deficyt godności i idąca z tym w parze nadprodukcja upokorzenia to bomba zegarowa, która może rozsadzić świat i zniszczyć naszą cywilizację. Niewiele czasu zostało, by zacząć ją rozbrajać. Światowe organizacje i fora polityczne dobrze o tym wiedzą, ale jakoś nikt nic nie robi. Zapewne dlatego, że trzeba by zdetronizować wszechpanującą chciwość.

Ale są też takie ruchy społeczne jak minimalizm czy shearing, które pokazują, że warto ograniczać swoje potrzeby i dzielić się z innymi.
Zgadza się, ale na razie zjawiska te dotyczą wyłącznie elit albo wyjątkowych jednostek znajdujących w sobie odwagę i wyobraźnię, by uciec z kultury upokorzenia i na przykład ruszyć w świat. Niedawno w Lublinie słuchałem opowieści pary młodych ludzi od lat żyjących w podróży. Jadą gdzieś daleko, zdając się na to, co przyniesie los, dorabiają po drodze i jadą dalej. Zwiedzili za grosze pół świata i bardzo to sobie chwalą. Okazuje się, że żyją nie tylko godniej, ale też na wyższym poziomie niż z kredytem i na umowach zleconych lub śmieciowych w Polsce. Są też oczywiście inne niż podróż strategie życiowe pomagające zachować poczucie kontroli nad swoim życiem, autonomię i wolność. Squoting, shearing, barterowa wymiana usług i produktów, czas jako pieniądz i inne antysystemowe oraz kontrkulturowe pomysły. Bardzo im kibicuję. Jeśliby się spopularyzowały i osiągnęły efekt skali, to globalny porządek ekonomiczny musiałby się całkowicie zmienić. Jak się temu bliżej przyjrzeć, to świat najbardziej potrzebuje takiej antykonsumpcyjnej rewolucji – w przeciwnym razie planeta nie da rady. Nie może to być oczywiście rewolucja niszczycielska i krwawa, bo taka – jak wszystkie rewolucje – nakręciłaby tylko dodatkowo to, co zamierzała zmienić. Musi to być więc rewolucja pełzająca, ale pełzająca szybko. Bo czasu mało. Dlatego w dostępnej mi skali praktykuję i promuję minimalizm, pod hasłem „Posiadać jak najmniej i tylko to, co niezbędne”. Nie jest to łatwe. Przyczyniłem się wprawdzie do stworzenia warsztatu on-line na temat minimalizmu, ale ciągle sam mam kłopot z powstrzymaniem się od kupowania w nadmiarze i pozbywaniem się tego, co zbędne.

Podobno dla najmłodszych pokoleń nie mają znaczenia marki czy nowe gadżety, ale przeżycia.
To fantastyczna wiadomość. Gdyby to się utrzymało i rozprzestrzeniło, wyszło poza wielkomiejskie elity – to byłoby zbawienne. Na razie połowa Polaków żyje w małych miejscowościach i na wsiach, gdzie takie postawy uważane są za fanaberie rozkapryszonych dzieci bogatych rodziców. Kibicuję młodym ludziom we wszystkim, co może ich czynić wolnymi. Kibicuję też ruchom wspólnotowym i samopomocowym takim jak choćby cohabitat, gdzie ludzie wspólnie budują domy dla członków swojej wspólnoty, uprawiają ekologiczne ogrody i sady, wymieniają się usługami, a co najważniejsze, tworząc społeczność ludzi ufających sobie oraz szanujących się i pomocnych. Członkowie takiej społeczności z pewnością nie myślą o zaciąganiu kredytów, bo poczucie wsparcia, bezpieczeństwa i wartości czerpią przede wszystkim ze społecznych więzi.

Kiedyś tak właśnie żyliśmy.
System komunistyczny, którego nie należy oczywiście promować w całości, miał taką zaletę, że generował pewien niedostatek, co wymagało od ludzi, żeby się dogadywali, kooperowali, pożyczali sobie różne dobra – żeby się wspierali. Chodziło się do sąsiadów, by pożyczyć szklankę cukru czy mąki, i to była normalna praktyka. Gdyby dziś ktoś taki pojawił się pod naszymi drzwiami, to pewnie puknęlibyśmy się w głowę.

Dawniej mieliśmy wspólnotę, która sobie pomagała, dziś mamy wspólnotę, w której każdy ma swój kredyt.
Niestety, to wspólnota tylko z szyldu. Nie działają tu prawie żadne mechanizmy wspólnotowe. Jest więcej rywalizacji i niechęci niż wzajemnego wspierania się. Przypomina to wspólnotę więzienną; każdy ma swój wyrok i każdy – przeciw innym – kombinuje, jak go sobie skrócić, a jak trzeba zaszkodzić innym współwięźniom, by mieć samemu choć trochę łatwiej.

Jedynym wyjściem jest niezaciąganie kredytów? Czy zaciąganie takich, jakie jesteśmy w stanie szybko spłacić?
Na ogół zaciągamy kredyt wtedy, gdy mamy pewność, a przynajmniej wiarę, że będziemy w stanie go spłacić. Cóż z tego, skoro potem musimy pracować ponad siły, zaniedbując wszystkie pozostałe obszary życia i nie mogąc spać po nocach. To dlatego dzisiaj coraz więcej młodych ludzi unika zaciągania kredytów i chodzi w ciuchach z second-handu. Nie dają się wkręcić w szpanowanie marką, mają jedną wiertarkę na kilkudziesięciu kolegów i nawet w zimie jeżdżą na rowerach. Wygląda na to, że pobierają lekcję, obserwując losy „frankowiczów”. Trudno im się dziwić, bo głęboką potrzebą każdego człowieka, a szczególnie bardziej wrażliwego i myślącego, jest wolność i niezależność. Dzisiaj, niestety, zanika chyba ostatnia ostoja ludzi w pełni niezależnych i wolnych, czyli tradycyjnych rolników potrafiących wyprodukować własną żywność. Zamieniają się oni masowo w wyspecjalizowanych, uzależnionych od kaprysów rynku producentów rolnych.

Chodzi o to, żeby dobrać poziom, na jakim żyjemy, do naszych zarobków?
Tak, ograniczać swoje potrzeby i nie dać się wkręcić w kupowanie sobie ciągle czegoś nowego i lepszego. Dawno temu jedyny raz w życiu wziąłem kredyt na samochód. Pomyślałem siebie: „Nieźle zarabiam, kupię sobie wreszcie nowy samochód”. Okazało się, że po trzech latach samochód prawie się rozleciał i był wart grosze, a ja spłacałem kredyt jeszcze dwa lata. Obiecałem sobie wtedy: nigdy więcej kredytu.

Na samochód możemy odłożyć albo kupić tańszy, używany. Ale mieszkanie bez kredytu już się nie obejdzie. Jak żyć, budząc się codziennie z tą świadomością?
Jeśli chcemy być wolni i decydować o sobie, kupujmy tylko to, na co nas stać. Unikajmy inwestycji, których nie będziemy w stanie unieść czy utrzymać. Nie kierujmy się potrzebą  robienia wrażenia na innych. Nie ulegajmy konsumpcyjnej presji reklamy ani naszej społecznej grupy odniesienia. Szukajmy stylu życia, który zapewnia najwięcej wolności, i wzorujmy się na wolnych ludziach. Pamiętajmy, że najszczęśliwsi są ci, którzy mają minimalne potrzeby materialne, dzięki czemu mogą wydawać na inne, ważniejsze potrzeby, na pasje i zainteresowania, na poznawanie siebie i świata – na godne życie.

  1. Psychologia

Co przejąć, co odrzucić - cykl "Rodzice na nowe czasy", rozmowy z Wojciechem Eichelbergerem

CWarto się zastanowić, jak przywrócić instytucję podwórek– w pełni demokratyczną, łączącą dzieci z różnych rodzin, o różnym statusie społecznym, a nawet z różnych krajów,
które tworzyły zróżnicowaną społeczność. (Fot. Getty Images)
CWarto się zastanowić, jak przywrócić instytucję podwórek– w pełni demokratyczną, łączącą dzieci z różnych rodzin, o różnym statusie społecznym, a nawet z różnych krajów, które tworzyły zróżnicowaną społeczność. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpoczynamy kolejny cykl wywiadów z Wojciechem Eichelbergerem, znanym psychoterapeutą, autorem kultowych książek o wychowaniu, na których uczyło się kilka pokoleń rodziców. Tym samym wracamy do początków jego terapeutycznej i edukacyjnej pracy. W pierwszym odcinku rozmawiamy o tym, jak zmieniło się w Polsce przygotowanie do bycia rodzicem i co z tych zmian wynika. 

Rozpoczynamy kolejny cykl wywiadów z Wojciechem Eichelbergerem, znanym psychoterapeutą, autorem kultowych książek o wychowaniu, na których uczyło się kilka pokoleń rodziców. Tym samym wracamy do początków jego terapeutycznej i edukacyjnej pracy. W pierwszym odcinku rozmawiamy o tym, jak zmieniło się w Polsce przygotowanie do bycia rodzicem i co z tych zmian wynika. 

Kiedyś nikt nie słyszał o przygotowywaniu się do rodzicielstwa. Dzieci pojawiały się nie wiadomo skąd, na spontanie, były naturalną częścią życia rodziców i tak je też traktowano – jako jedną ze składowych życia, a nie jego centrum.
To prawda. Wychowywanie dzieci odbywało się wtedy bezrefleksyjnie. Sam przechodziłem przez taki proces wychowawczy jako dziecko. Nie było wsparcia psychologicznego dla rodziców i dzieci, nie mówiąc o psychoterapii. Powstał co prawda Komitet Ochrony Praw Dziecka, w którym działała prof. Maria Łopatkowa, i spierano się tam o koncepcje wychowawcze w domach dziecka, więc jakaś refleksja i dyskusja pedagogiczna istniały, ale brakowało psychologicznej. Na początku lat 60. na polskich uniwersytetach nie było nawet wydziałów psychologii, ta była częścią pedagogiki, niemal całkowicie zideologizowanej, bo miała służyć wychowaniu „nowego socjalistycznego człowieka” według recepty ukraińskiego pedagoga Antona Makarenki. W USA i w Europie Zachodniej już wtedy wyglądało to zupełnie inaczej. Tam pedagogika została szybko podporządkowana burzliwie rozwijającej się psychologii i jej odkryciom, co sprawiło, że po raz pierwszy w historii zaczęto na tak wielką skalę myśleć o wychowaniu personalistycznie i indywidualistycznie.

Czyli?
Jak o procesie sprzyjającym rozwojowi potencjału dziecka jako osoby ludzkiej, a nie kształtowaniu monotypowych osobników idealnie dostosowanych do ideologicznych, systemowych i społecznych okoliczności miejsca urodzenia. Tymczasem w PRL i w krajach tzw. obozu socjalistycznego rodzice żyli w szczelnej izolacji od myślenia w kategoriach potrzeb rozwojowych dziecka i byli pogrążeni w błogiej ignorancji.

Jakie to miało konsekwencje?
Takie, że z punktu widzenia rodziców wychowanie dzieci w tamtych czasach było łatwiejsze.

Łatwiejsze?
Bo bezproblemowe i bezrefleksyjne. Także dzięki temu, że socjalistyczne państwo w dużej mierze uwalniało rodziców od ich wychowawczej odpowiedzialności, oferując dostępne dla wszystkich potrzebujących żłobki i przedszkola, powszechną, darmową – indoktrynującą, ale solidną – edukację dzieci i młodzieży aż do matury, powszechny, ale trudny dostęp do darmowych uczelni wyższych. W dodatku rodzice mieli dla dzieci więcej czasu, bo z reguły pracowali do czwartej po południu, więc także życie rodzinne, sąsiedzkie, społecznościowe było żywe i bogate.

To był jednak opresyjny system. Rodzicom ułatwiano życie, ale za cenę zdrowia psychicznego dzieci.
Po prawdzie to nie jestem pewien, czy tamten system szkodził psychicznemu zdrowiu dzieci bardziej niż konkurencja i konsumpcjonizm, w którym obecnie żyjemy. Myślę nawet, że mógł szkodzić mniej. Wówczas z pewnością wskaźniki depresji wśród dzieci nie osiągały dramatycznego poziomu 20–25 proc., a otyłości – 30 proc., tak jak to ma miejsce dziś. Demokratycznie dystrybuowana bieda sprzyjała niepowstawaniu wielkich różnic majątkowych, a także społecznej integracji i pomocniczości. Podobnie działał gratisowy dostęp do sportu, do kółek zainteresowań i organizowanych wakacji. No i były powszechne, w pełni demokratyczne podwórka, na których dzieci organizowały się w nieformalne grupy i zdobywały niezbędne umiejętności społeczne.

Tamci rodzice nie musieli więc specjalnie przygotowywać się do rodzicielstwa. Mieli poczucie, że jakoś to będzie, że system dużo za nich załatwi.
To, plus duża ilość wolnego czasu, poczucie podstawowego bezpieczeństwa ekonomicznego – czyli świadomość, że państwo nie pozwoli nikomu umrzeć z głodu – i generalnie mniej stresujący tryb życia z pewnością przyczyniły się do dynamicznego przyrostu naturalnego w latach 50. i później. Rodzice koncentrowali się tylko na tym, żeby spłodzić i urodzić dziecko, a resztą w dużej mierze zajmował się rozbudowany i wydajny system edukacyjno-wychowawczy.

No i można było liczyć na pomoc dziadków.
To też było ważne. I dla rodziców, bo mieli wsparcie, i dla dzieci, które uczyły się szacunku dla starszych, oswajały ze starością i śmiercią, z naturalnym cyklem życia. Tak więc z punktu widzenia wygody posiadania dzieci, kosztów z tym związanych oraz poziomu i odpowiedzialności, i stresu, słusznie miniony system miał swoje niewątpliwe zalety.

Ale i mnóstwo wad. Rodzice o innym podejściu do wychowania, inaczej myślący byli napiętnowani.
To prawda, choć działania wychowawcze niezgodne z ideologią państwa łatwo było zakonspirować. Pamiętam, jak matka szeptem uczyła mnie zakazanej pieśni „Czerwone maki na Monte Cassino”.

Kwitły przemoc, alkoholizm, brak szacunku dla podmiotowości dzieci.
Ten system był z pewnością w większym stopniu korzystny dla rodziców niż dla dzieci. Psychoterapia ani prawa dziecka nie istniały. Pokolenie powojennych rodziców mogło więc bezrefleksyjnie i bezkarnie odreagowywać na dzieciach swoje wojenne traumy.

Bicie dzieci było powszechne, uznawane za normę.
To prawda. Sam dostawałem czasami upokarzające lanie od matki, a w szkołach dozwolone były kary cielesne. Ale tak naprawdę nie wiemy, co wtedy się działo w polskich rodzinach i jak to się odbijało na dzieciach, bo nie robiono wówczas takich badań ani nie prowadzono odpowiednich statystyk.

Ilustracja Katarzyna Bogucka Ilustracja Katarzyna Bogucka

Dzisiaj wychowanie zmieniło się o 180 stopni, już na etapie przygotowań do bycia rodzicem. Dla młodych ludzi dzieci są kolejnym projektem życia, po zdobyciu wykształcenia, kupnie domu, samochodu. Widzę w takim podejściu do rodzicielstwa wielką odpowiedzialność młodych, choć często jest ono wykpiwane. A ty jak je oceniasz?
Wzięcie odpowiedzialności za swoje i dzieci życie to niewątpliwie wyraz dojrzałości. Współcześni ludzie żyjący w kapitalizmie, czy tego chcą, czy nie, są kowalami własnego losu.

Czy jednak nie za bardzo kalkulują?
Rynkowa kalkulacja w odniesieniu do rodziny ma, oczywiście, także negatywne strony. Większość specjalistów twierdzi, że to główny powód ujemnego przyrostu naturalnego. Obecnie mnóstwo kobiet pracuje zawodowo i doświadcza komfortu niezależności finansowej, ale nie decydują się rodzić, gdy budżet macierzyńskiego projektu się nie spina, a państwo nie pomaga. Poza tym decyzja o rodzicielstwie wymaga obecnie nie tylko finansowego namysłu. Rodzice mają do wyboru wielką różnorodność metod wychowawczych, systemów edukacyjnych i kontekstów światopoglądowych. Decyzja o wysłaniu dziecka do tej, a nie innej szkoły może nieść dzisiaj ogromne, długofalowe konsekwencje dla całego jego życia. Poza tym szkoły o lepszej reputacji i szkoły alternatywne, czyli wolne od systemowej indoktrynacji, są z reguły drogie, a więc niedostępne dla wszystkich. Bogaci mają więc większe szanse lepiej wykształcić swoje dzieci.

Często to pozorna przewaga, bo ci bogaci czasem fundują dzieciom piekło.
Tak, ale nie zawsze przesadzają z edukacyjną presją na dzieci, natomiast potencjalnie mają tę przewagę, że mogą wybierać z szerszej oferty. W sprawie edukacji są mi bliskie lewicowe poglądy, czyli troska o wyrównywanie szans środowiskowych m.in. poprzez wspomaganie rodziców przez państwo czy samorządy – chociażby w postaci darmowych, dostępnych żłobków i przedszkoli.

Małe dzieci oderwane od mamy i taty? Powinny być z rodzicami do trzeciego roku życia. Tak przynajmniej sądzą zwolennicy wychowania w bliskości.
Pytanie tylko, jak to pogodzić z emancypacją kobiet, z ich potrzebą budowania karier zawodowych. Bo nie ma już powrotu do tego, co postuluje prawicowa doktryna rodzinno-wychowawcza, że mąż zarabia na rodzinę, mama zostaje z dziećmi w domu, a państwo się nie wtrąca.

Z moich obserwacji wynika, że nie tylko w konserwatywnych rodzinach matki chcą być z dzieckiem w pierwszych latach życia, wychowanie w bliskości to dość powszechne zjawisko. Dobre?
Absolutnie tak. Zgadzam się, że małe dziecko powinno być blisko matki i ojca, a zwłaszcza matki, mieć z nimi fizyczny kontakt. Pod warunkiem że okresowo ojciec może bez ryzyka utraty pracy i dochodów zastąpić mamę. Trzeba więc wspierać pomysły zmierzające do tego, żeby ojcowie dzielili z matkami trudy wychowania dziecka od pierwszego okresu życia.

Planując dziecko, młodzi chcą być z nim i jednocześnie nie rezygnować z kariery. Myślisz, że to możliwe?
Ten scenariusz już realizuje się na naszych oczach, został wypraktykowany w dobie pandemii pod pojęciami home office i zdalna szkoła. Mogą one skutecznie pomóc rodzicom w dzieleniu się obowiązkami.

Młodzi chcą mieć dziecko, ale jednocześnie niczego nie chcą stracić: wolności, możliwości robienia kariery. Nie chcą za dużo?
Nie chcą. Powinny istnieć systemowe rozwiązania, które będą wspierać takie potrzeby. Kobiety, które stoją wobec wyboru, czy zadbać o swoją karierę, czy o dziecko, powinny mieć możliwość naprzemiennej z ojcem opieki nad dzieckiem przez pierwsze trzy lata jego życia, czyli do przedszkola, a matki samotnie wychowujące dzieci – jeszcze więcej systemowego wsparcia.

O jakich rozwiązaniach myślisz?
Np. żeby można było zabierać dzieci do pracy. Takie możliwości mają rodzice we Francji, Anglii, tam są przedszkola w tym samym budynku, w którym matki pracują, rodzice nie muszą wieźć dzieci do przedszkola na drugi koniec miasta, a poza tym mogą zobaczyć je w czasie pracy. Myślę o wszystkich rozwiązaniach, które sprzyjają temu, żeby dziecko miało poczucie wsparcia, zakorzenienia w środowisku pierwotnym, czyli w rodzinie pojmowanej niekoniecznie jako małżeństwo. Decydując się na nieposyłanie dziecka do przedszkola, trzeba pamiętać, żeby miało ono inne okazje do budowania umiejętności społecznych. To duży problem w edukacji domowej, ale także zdalnej.

Przygotowując się do roli rodziców, nie można zapominać, jak ważny jest kontakt dziecka ze światem.
Dlatego warto by się zastanowić, jak przywrócić instytucję podwórek. To dobre zadanie dla jakiegoś think tanku. Podwórko było instytucją w pełni demokratyczną, łączącą dzieci z różnych rodzin, o różnym statusie społecznym, a nawet z różnych krajów, które tworzyły zróżnicowaną społeczność.

Czy to nie paradoks, że w nowych czasach powinniśmy więcej czerpać z czasów słusznie minionych?
Tak, to paradoks. Ale model państwa wspierającego rodziców jest nadal obecny w lewicowym czy socjaldemokratycznym myśleniu o społeczeństwie. Niestety, przyszyto mu łatkę lewackiego, rozrzutnego i antyrynkowego, a także antyfeministycznego, bo uważa się, że wypycha kobiety z rynku pracy.

Czy przygotowanie do bycia rodzicem nie powinno polegać także na tym, żeby zadać sobie pytanie: Co z dawnego modelu przyjąć, a co odrzucić? Chcemy oboje pracować czy tylko jedno, a drugie zajmie się wychowaniem? Ważne, żeby każda rodzina miała prawo do własnych wyborów.
Oczywiście, to bardzo ważne, żeby w sferze kultury, wychowania, polityki społecznej wszystkie opcje były równoprawne. Aby w zależności od sytuacji konkretnej rodziny czy momentu, w którym ta rodzina się znajduje, ludzie mogli swobodnie wybierać najlepszą dla siebie wersję bez presji środowiskowej czy ideologicznej. I żeby feminizm walczył nie tylko o prawo kobiet do samorealizacji zawodowej, lecz o prawo wyboru takiej drogi, która jest w danej sytuacji dla danej kobiety najlepsza, i żeby żaden wybór nie był uznawany za niewłaściwy.

Może rodzice planujący potomstwo powinni odłożyć decyzje dotyczące kształtu rodzicielstwa do przyjścia dziecka na świat? Bo często dopiero wtedy okazuje się, jakimi chcą być rodzicami.
Warto o to zaapelować. Przygotowanie strategiczne i taktyczne na przyjście dziecka jest bardzo ważne, ale powinniśmy też przygotować się psychologicznie. Czyli przerobić traumy własnego dzieciństwa, żeby zrozumieć, w jaki sposób zostaliśmy skonfigurowani jako przyszli rodzice, na co musimy uważać, jakie mieliśmy wzorce rodzicielskie, jakie są nasze przekonania wyniesione z systemu rodzinnego. Naprawdę warto jest zdać sobie sprawę z tego wszystkiego w kontekście planowanego rodzicielstwa.

I właśnie o tym porozmawiamy w następnym odcinku.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

Stąd do wolności

(Fot. Getty Images)
(Fot. Getty Images)
Czym jest w istocie wolność, której tak potrzebujemy? Dlaczego za najcięższą karę uważamy jej pozbawienie? Rozmawiamy z Katarzyną Miller i Wojciechem Eichelbergerem.

Skąd się bierze w człowieku potrzeba wolności? K.M
.: To jedna z najważniejszych ludzkich potrzeb. Bierze się z tego, że człowiek chce się czuć wyraźnie oddzielony, a nie zlany ze wszystkimi, i chce o sobie decydować. Ale potrzeba wolności nie jest jednorodna. Człowiek może chcieć być wolny od czegoś, ale też chcieć wolności ku czemuś. To podstawowa różnica, która wiąże się z dojrzewaniem, rozwojem świadomości. Bo dziecku i młodemu człowiekowi wolność kojarzy się zwykle z tym, że wolno mu robić, co tylko zechce. Dorosły, czyli rodzic, decyduje, a więc może puścić na podwórko albo nie czy np. zabronić pójścia na imprezę. Dzieci chcą więc być dorosłe, bo im się wydaje, że dorosłym wszystko wolno. I bardzo się dziwią, gdy zaczynają dorastać i dociera do nich, że to nieprawda.

W.E.
: Wolność to robienie tego, co nakazuje nam i na co pozwala nasza wolna wola. Ale z wolnością jest jak z miłością – ma bardzo wiele twarzy. Wolność to wewnętrzny nakaz zmierzania do ideału, do którego możemy się tylko przybliżać – a on nam ciągle ucieka jak oddalający się horyzont. Mędrcy i mistrzowie twierdzą, że osiągnięcie wolności możliwe jest jedynie na planie duchowym i mistycznym. Bycie całkowicie wolnym od wszelkich uwarunkowań i ograniczeń związanych z naszą egzystencją w istocie oznacza rozpoznanie siebie jako istoty duchowej. Zanim to ostatecznie zrozumiemy, nasza potrzeba wolności przejawiać się będzie na tysiące sposobów, szukając wciąż nowych obszarów i możliwości wyrażania. Ileż tego jest? Mamy potrzebę wolności decydowania o sobie, poruszania się, działania...

Wolności słowa, ekspresji... K.M
.: Wolności myśli, tworzenia, wyboru...

W.E
.: Mamy również potrzebę wolności jako społeczności i narody. Mamy potrzebę wolności od lęku, cierpienia, chorób, śmierci, wolności od ciała i jego ograniczeń, od starzenia się i przemijania. A nawet potrzebę wolności od Boga i Szatana. W tym wszystkim zdaje się wyrażać jakaś pamięć i tęsknota duszy. Tęsknota za powrotem do przeczuwanego, pierwotnego, naturalnego stanu wolności całkowitej.

K.M
.: To wyrywanie się nie bierze się ze świadomości celu. No bo do czego miałaby niby służyć ta totalna wolność, co z nią robić? Tymczasem człowiek nienawidzi być spętany nawet na poziomie ciała: kiedy ktoś cię złapie i trzyma w uścisku, zaczniesz się wyrywać. Zwierzęta też to mają. Cała historia ludzkości jest wydobywaniem się ogromnych mas ludzkich z niewoli. Naród spod niewoli innego narodu, rasa rasy. Z drugiej strony mamy też umiejętność dostosowania się do braku wolności. To pozwala przetrwać i do owej wolności dążyć.

W.E
.: To druga strona medalu. Oprócz dążenia do wolności mamy też lęk przed wolnością. Wtedy, trwając w iluzji, że ku niej dążymy, w istocie uciekamy przed nią.

Ciekawe jest też to, że sami chcemy wolności, ale innych potrafimy tej wolności pozbawić. K.M
.: Tylko człowiek, który sam w głębi duszy nie czuje się wolny ani wartościowy, będzie niewolił innych. Z lęku. To dobrze widać w parach. Jeśli któreś z partnerów ogranicza wolność drugiego, oznacza to, że nie czuje się pewnie, boi się, że ten drugi wykorzysta w jakiś sposób ową wolność, zdradzi albo sobie pójdzie, albo zdominuje z kolei jego.

W.E
.: Dlatego jeszcze jednym nieosiągalnym ideałem jest tzw. wolny związek. Zbitka pojęciowa, która stanowi sprzeczność samą w sobie. Każdy związek zakłada bowiem decyzję o dobrowolnej utracie części wolności. Paradoksalnie – świadoma i dobrowolna decyzja o wyrzeczeniu się jakiegoś obszaru wolności jest wyrazem wewnętrznej wolności.

K.M
.: Ludzie chcą być blisko siebie, być szczęśliwi. Ale zapominają, że by być szczęśliwi, nie mogą się czuć do czegoś zmuszani. On się złości, bo ona chodzi gdzieś z koleżankami czy na zajęcia, ona się niepokoi i złości, kiedy on wychodzi z kumplami... W jakiejkolwiek bylibyśmy większej całości niż „ja”, dostajemy poczucie bezpieczeństwa, jakieś korzyści, ale tracimy część wolności. To nieuniknione. To cena tego, że jesteśmy częścią owej większej całości.

Państwa na przykład. Państwo pozbawia obywateli olbrzymiej części wolności. Decyduje za nich w wielu sprawach, wymaga za pomocą praw podporządkowania się mu. W zamian daje mnóstwo rzeczy. Przynależność, bezpieczeństwo, to, że kogoś obchodzimy, że jesteśmy potrzebni, okupujemy cząstką wolności osobistej.

W.E
.: Chcemy wolności seksualnej, obyczajowej, politycznej, wolności demonstracji, wolności światopoglądowej, poruszania się, wolnego czasu. To wszystko w mniejszym lub większym stopniu potrafimy sobie w końcu wywalczyć. Znacznie trudniej przychodzi nam uzyskać wolność wewnętrzną, np. wolność od negatywnych myśli, ocen i emocji, od agresji, lęku, chciwości, podejrzliwości – ale tym bardziej takiej wolności pragniemy. Stąd rosnące powodzenie  psychoterapii i wielu innych metod wewnętrznego rozwoju. Wszystkie one obiecują ludziom choć odrobinę więcej wolności.

Pracując nad sobą, stopniowo uwalniamy się od własnych ograniczeń, uwikłań. W.E
.: Pewien mądry filozof zauważył, że wolnością jest zdolność do akceptacji konieczności, czyli tego, czego nie jesteśmy w stanie zmienić. Ta świadomość pojawia się, gdy zaczynamy wewnętrznie dojrzewać i dzięki temu odkrywać wolność ku.

K.M
.: Dlatego wolność od i wolność ku to zupełnie inne kategorie. Już samo zadanie sobie pytania: Po co mi ta wolność i ku czemu ma mnie prowadzić?, jest olbrzymim krokiem w stronę dojrzałości.

W.E.: Bo niedojrzałe, obsesyjne dążenie do wolności od z czasem staje się nowym zniewoleniem. Życie, które jest ucieczką przed odpowiedzialnością, jest jednocześnie ucieczką przed wolnością i staje się iluzją wolności – koszmarem. Abyśmy mogli iść do przodu, musimy się z tego otrząsnąć i zastanowić, co jest dla nas naprawdę ważne i ku czemu chcemy zmierzać.

 
To jest prawdziwy akt wolności. K.M
.: I dojrzałości. Pojawia się świadomość, że nie można mieć wszystkiego.

W.E
.: Możemy być tylko i aż tym, kim jesteśmy. Z godnością, najlepiej jak się da, rozgrywać karty, które los nam przeznaczył.

Jest jeszcze samobójstwo... K.M
.: I wiele osób mówi, że to właśnie utrzymuje ich przy życiu – świadomość, że mogą życie skończyć. A więc decydują się tego nie robić. To też może być punkt wyjścia do wolności i akceptacji życia.

W.E
.: Z takiego samego życia jeden człowiek może czerpać poczucie zniewolenia, a drugi poczucie wolności. Moją ulubioną definicją wolności jest:

Wolność to możliwość wyboru.
Dopóki mamy wybór, jesteśmy wolni. Większość z nas nie zdaje sobie jednak sprawy, że wybór mamy zawsze. Proponuję ćwiczenie: podziel kartkę papieru na trzy kolumny. W pierwszą wpisz rzeczy, które w życiu robić musisz, w drugą rzeczy, które robić chcesz. A teraz sprawdź, które z tych rzeczy da się przenieść do kolumny trzeciej, zatytułowanej „Wybierasz, decydujesz się”. Jeśli zrobić to naprawdę uczciwie, okaże się, że niemal wszystko da się tam przenieść. Bo niewiele jest spraw, które pozostają poza naszym wyborem. Dzisiaj możemy zmienić kraj, obywatelstwo, wyznanie, wygląd, a nawet płeć...

Uczucie zniewolenia prawie zawsze jest iluzją, którą sami kreujemy po to, by nie brać odpowiedzialności za siebie i swoje życie. Łatwiej nam się czuć zniewoloną lub buntującą się ofiarą niż kimś wolnym. Jak powiedział pewien mistrz życia: „Biegamy dokoła ogłoszeniowego słupa i krzyczymy: "Wypuście mnie stąd!”.

Nie jesteśmy wolni, bo nie wybieramy tego, że jesteśmy wolni? W.E
.: Wolimy czuć się dziećmi i przenosić na okoliczności naszego dorosłego życia uczucia przeżywane niegdyś w relacjach z rodzicami, ze szkołą i innymi instytucjami dziecięcego zniewolenia. Przenosimy to nawet na relację z Bogiem. W ten sposób nie dorastamy. Jakiś czas temu wraz z François Nailem i Pierre’em Forthomme’em napisałem książkę pt. „Quest”. Opisujemy w niej drogę, którą każdy musi przejść w każdym poszukiwaniu – również w poszukiwaniu siebie – jeśli ma być ono szczere i owocne. Wędrówka składa się z ośmiu etapów, a jej końcem jest oczywiście… wolność. A cieniem, przeciwieństwem wolności jest obsesja.

K.M
.: Warto pamiętać, że nawet gdy nie podejmujesz decyzji, pozornie nie wybierasz, to też jest jakiś wybór. I wielu ludzi dopiero kiedy wreszcie zda sobie z tego sprawę, rusza z miejsca.

W.E
.: Ale ta świadomość trudno się przebija, bo wiąże się z przyjęciem odpowiedzialności. Ktoś np. mówi: „Jestem zniewolony, bo mam żonę, dzieci, muszę na nie pracować. Nienawidzę tej pracy i tej żony, i tych dzieci. Ale nie mam wyboru”. To automanipulacja. Wybór jest. Można wyjść po papierosy i nie wrócić, zmienić tożsamość, uciec... Ten ktoś nie korzysta z tej możliwości, bo tak wybiera. Bo coś mu w środku nie pozwala tak zrobić: sumienie, przyzwoitość, przywiązanie... A czyje to jest? Jego. Więc nie powinien udawać przed sobą, że musi, lecz uznać, że w istocie tak wybiera. Z chwilą gdy to zrozumie, przestanie się czuć zniewolony. Zaakceptuje swoją własną, wewnętrzną konieczność.

K.M
.: Ludzie się tego uczą. To jest tak jak z jazdą samochodem. Każdy jedzie swoim pasem ruchu i dzięki temu wszyscy sprawnie się poruszają. Aż tu nagle jeden musi pod prąd albo jakoś obok, bo tak chce... To, co przy okazji zrobi sobie i innym, nie ma nic wspólnego z wolnością. Jest tylko niszczeniem.

Stąd jest to słynne zdanie, że moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innego człowieka. K.M.
: Ale może być też tak, że człowiek w terapii uzmysławia sobie, że uwewnętrznił coś, co nie jest jego. Może się wtedy z tym rozstać.

Jeden kierunek jest taki, jak powiedział Wojtek: Uznaję, że wybrałem, respektuję swój wybór, w ramach niego działam. I te dzieci, żonę, i pracę, i ten tryb życia. Inny może powiedzieć: Rety, dotarło do mnie, że to wszystko nie moje, tylko mojego tatusia albo babci. Mogę więc powiedzieć: nie chcę. Oddaję babci, co babcine, tacie, co jego, i od tej chwili idę swoją drogą. Zaczynam się pytać siebie: gdzie moje? I to jest właśnie droga do wolności. Uwalniasz się ku sobie prawdziwej. Zaczynasz widzieć, co jest twoje, a co ci wciśnięto z dobrodziejstwem inwentarza. Zaczynasz świadomie kreować swoje życie.