1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zdrowy egoizm w związku - dbamy o siebie i o siebie nawzajem

Zdrowy egoizm w związku - dbamy o siebie i o siebie nawzajem

Aż 90 procent satysfakcji w związku każdy musi dostarczyć sobie sam. Tylko 10 procent zapewnia nam partner. (Fot. iStock)
Aż 90 procent satysfakcji w związku każdy musi dostarczyć sobie sam. Tylko 10 procent zapewnia nam partner. (Fot. iStock)
Z pustego i Salomon nie naleje. Jeżeli nie dbam o siebie, nie sprawiam sobie przyjemności, nie mam dobrego mniemania o sobie, to strasznie trudno będzie mi coś dać partnerowi – mówi psychoterapeuta Andrzej Wiśniewski.

Artykuł archiwalny 

Małe przyjemności przegrywają w małżeństwie z obowiązkiem. Może rzeczywiście nie są tak istotne?
Moja żona nauczyła mnie, że małe wzajemne podarunki budują przyjaźń. I ja głęboko wierzę, że tak jest: gdy ludzie o siebie dbają i sobie sprawiają drobne prezenty, to lepiej im się żyje. A te drobne prezenty to niekoniecznie muszą być rzeczy. Mogą to być różnego rodzaju gesty i komunikaty. Mam wrażenie, że to, czego ludziom przychodzącym do mnie na terapię brakuje, to pozytywne informacje zwrotne. Przestają mówić na przykład: „Cieszę się, że coś zrobiłeś, kupiłeś, że o czymś pamiętałeś”.

Mówimy to na początku, potem raczej wytykamy błędy.
Gdy rośnie poziom naszej frustracji, zamykamy się we własnej krzywdzie, w tym, że partner nas nie lubi, nie ceni, nie kocha. A im bardziej się zamykamy, tym bardziej zapominamy o takich niby-drobiazgach, jak mówienie i robienie czegoś miłego. A według mnie to strasznie ważne. Dla osób, które przychodzą do mnie, dużym odkryciem jest to, że można do siebie ciepło się odnosić. Na początku wydaje im się to dziwnie nienaturalne, dopiero po jakimś czasie zaczynają dostrzegać, że fajnie jest zaprosić gdzieś partnera, pamiętać o jego urodzinach, powiedzieć mu coś miłego. To niezwykle ważne komunikaty, które sygnalizują, że ta druga osoba jest w kręgu naszej uwagi, że jest dla nas ważna.

John Gray, specjalista od związków, autor książek o Marsjanach i Wenusjankach, twierdzi, że 90 procent satysfakcji w związku każdy musi dostarczyć sobie sam. Tylko 10 procent zapewnia nam partner.
W tym twierdzeniu jest dużo prawdy. Podobnie jak prawdziwe jest powiedzenie Seneki: Ludzie są nieszczęśliwi na tyle, na ile się za nieszczęśliwych uważają. W wielu przypadkach my tę nieszczęśliwość tworzymy sami. Myślimy poza tym, że jak on mnie kocha, to odgadnie, co mi potrzebne. Oczywiście, zdarza się, że kochający, atrakcyjni dla siebie ludzie podejmują dużo takich aktywności, które polegają na zgadywaniu, uprzedzaniu życzeń partnera, ale potem takie zachowania zanikają. Myślę, że dużą umiejętnością jest otwarte mówienie partnerowi: „Posiedź ze mną, przytul mnie, porozmawiaj”.

Kobiety mają problem z tym, żeby zadbać o swoje potrzeby.
Nie wdając się w szczegóły, kobiety przez całe wieki wychowywane były na masochistycznym wzorcu poświęcania się. Wartością było robienie przyjemności innym, nie sobie. Ale to bardzo się dzisiaj zmienia. Kobiety są dyrektorkami banków, pełnią ważne funkcje w życiu społecznym i coraz częściej uważają, że im się należy coś od swoich partnerów i od siebie. I słusznie, że potrafią o siebie dbać, że przedkładają swój dobrostan nad dobrostan dzieci czy partnera. To duża umiejętność, ja ją nazywam zdrowym egoizmem. Bo – jak w tym powiedzeniu, że z pustego i Salomon nie naleje – jeżeli nie dbam o siebie, nie sprawiam sobie samej przyjemności, nie mam dobrego mniemania o sobie, to strasznie trudno będzie mi coś dać komuś innemu.

Ten egoizm działa i w drugą stronę: skoro ja dbam o siebie, daję też takie samo prawo drugiej osobie.
Oczywiście. Bardzo często w trakcie terapii małżeńskiej takim niezwykle leczącym czynnikiem jest doświadczenie przyjemności z tego, że partner przeżywa jakąś radość. Bo przeważnie w skonfliktowanych parach istnieje rodzaj zawiści: jemu dobrze, a ja cierpię. Jeśli ludzie potrafią to pokonać i cieszą się, że ich partner jest zadowolony, to duże osiągniecie.

Przyjemnie jest coś robić razem, a my nie mamy na to czasu.
To nie jest prawda. Bo nie trzeba robić jakichś strasznie wielkich rzeczy. Czasami wystarczy sobie posiedzieć razem, poczytać gazetę albo porozmawiać o czymś ciekawym. Uważam, że to taka wymówka, że nie mamy czasu na kontakty z dziećmi, z partnerem. Oczywiście, dużo pracujemy, czas jest ograniczony, ale tak naprawdę nie liczy się ilość, tylko jakość. Można siedzieć godzinami w jednym pomieszczeniu, nudzić się śmiertelnie i marzyć tylko o tym, żeby się rozstać. A można chwilkę, blisko siebie, pomilczeć.

Co robić, żeby to bycie razem było przyjemne?
Wystarczy otworzyć pierwszą z brzegu gazetę, gdzie kawa na ławę wyłożone jest, co może być przyjemnością, począwszy od jedzenia, poprzez kino, teatr. Są adresy, telefony. Problem polega na tym, czy ta przyjemność, którą nam oferują, płynie też z naszego wewnętrznego zapotrzebowania. Bo może jest kwestią mody: wszyscy jeżdżą do spa, to ja też. Chodzi o zajrzenie w głąb siebie – czego chcę, potrzebuję, co sprawia mi radość. Czasami przyjemnością może być spacer po lesie, pobieganie, poczytanie, mała rzecz.

Sprawiać przyjemność partnerowi, nawet gdy nam to nie pasuje?
Gdy ludzie są zakochani, to sprawianie radości ukochanej osobie jest bardzo przyjemne. Nawet gdy nie mamy na coś ochoty, to robimy coś dla niej i to jest bardzo miłe. Przyjemność niekoniecznie musi polegać na tym, że się coś dostaje, tylko że się daje. Wielu mądrych ludzi uważa, że dawanie jest przyjemniejsze od brania. Przyjemnością może być także konfrontowanie się ze swoim partnerem, obrona własnego, innego zdania, jeśli oczywiście nie zaburza to mojego poczucia wartości. Bo przyjemne jest wszystko to, co w parze emocjonalnie żywe, co wynika z zaangażowania, z chęci budowania bliskości. Uważam, że w ogóle życie jest przyjemne, zwłaszcza w swojej zmienności i trudach.

Andrzej Wiśniewski, psychoterapeuta z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie, kierownik Studium Terapii Rodzin, superwizor treningu psychologicznego i psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychologicznego i Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Doktor filozofii.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Relaks przed snem - jak się wyciszyć i co robić wieczorem?

Przygotowaliśmy garść przyjemności, które pozwolą wam się w pełni zrelaksować przed snem. (Ilustracja: iStock)
Przygotowaliśmy garść przyjemności, które pozwolą wam się w pełni zrelaksować przed snem. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Co robić przed snem? Jak skutecznie wyciszyć się i zrelaksować? Oto kilka sprawdzonych przez naszą redakcję sposobów: gwiazdy świecące przy twoim łóżku, obłędnie pachnące kosmetyki, odrobina magii i medytacja. Postaw na to, co daje ci radość! 

Co robić przed snem? Jak skutecznie wyciszyć się i zrelaksować? Oto kilka sprawdzonych przez naszą redakcję sposobów: gwiazdy świecące przy twoim łóżku, obłędnie pachnące kosmetyki, odrobina magii i medytacja. Postaw na to, co daje ci radość! 

Magia wokół nas

Trylogia "Odcienie magii" to  seria fantasy, która zachwyci nastolatków i dorosłych. Akcja dzieje się w czterech alternatywnych rzeczywistościach: czterech Londynach. W Białym Londynie ludność stoczyła krwawą walkę o magię. W Czerwonym szanuje się umiejętności magiczne i ludzkie życie. W Szarym Londynie - najbliższym naszej rzeczywistości - magii nie ma wcale, a o Czarnym ludzie boją się nawet mówić. A gdyby tak teraz pomyśleć o swoim mieście w czterech kolorach...?

Trylogia 'Odcienie magii': 'Mroczniejszy odcień magii', 'Zgromadzenie cieni' i 'Wyczarowanie światła', Victoria Schwab, wyd. Zysk i S-ka  Trylogia "Odcienie magii": "Mroczniejszy odcień magii", "Zgromadzenie cieni" i "Wyczarowanie światła", Victoria Schwab, wyd. Zysk i S-ka 

Na dobry sen

Motyw rozgwieżdżonego nieba to symbol spokojnej nocy. Nie bez powodu znalazł się na serii produktów marki Tchibo, które mają sprzyjać dobremu odpoczynkowi (uważny obserwator może dostrzec w tym wzorze także konstelacje odpowiadające znakom zodiaku). Nam najbardziej do gustu przypadł dyfuzor, który po wlaniu wody i dodaniu kilku kropli olejku eterycznego, rozpyla zapach w postaci mgły, a do tego mieni się w kilku kolorach. Dzięki niemu poczujesz się zrelaksowana jak nigdy wcześniej.

Dyfuzor zapachowy (139,99 zł) i pościel ze wzmocnionej bawełny 155/220 cm (39,99 zł) - do kupienia na www.tchibo.pl.  Dyfuzor zapachowy (139,99 zł) i pościel ze wzmocnionej bawełny 155/220 cm (39,99 zł) - do kupienia na www.tchibo.pl. 

BIO krem

Inspiracją do stworzenia nowej linii biokosmetyków marki Armona były regiony świata stawiające na czyste środowisko i rozwój zielonych technologii. Stąd w składzie ekstrakty z kory czerwonego klonu, mchu islandzkiego, alg błękitnych i grzybów shiitake. Do tego ciekawie pachną i są przyjazne dla ludzi oraz dla środowiska - ich skład jest w 100 proc. wegański.

Kanadyjski biolifting, biokrem wygładzająco-odżywczy na noc, czarny świerk (50 ml/15,62zł). Kanadyjski biolifting, biokrem wygładzająco-odżywczy na noc, czarny świerk (50 ml/15,62zł).

Medytacja na ekranie

Jeśli postanowiłeś sobie, że w 2021 roku nauczysz się medytować, mamy dla ciebie świetny animowany przewodnik. Narratorem jest Andy Puddicombe - były buddyjski mnich i współtwórca aplikacji do medytacji Headspace. Każdy z ośmiu 20-minutowych odcinków przedstawia jedną technikę mindfulness i kończy się wspólną medytacją prowadzoną przez Andy'ego. Relaksacji i skupieniu sprzyjają dodatkowo barwne rysunki.

Animowany przewodnik o medytacji 'Headspace: medytacja' dostępny jest na platformie Netflix.  Animowany przewodnik o medytacji "Headspace: medytacja" dostępny jest na platformie Netflix. 

SPA w domu

Aromat kokosa, migdała, kawy lub gorzkiej czekolady, pozostające długo na skórze, ale też unoszące się w domu - to tylko jeden z efektów stosowania kosmetyków z serii Baltic Home SPA Wellness marki Ziaja. Emolienty w połączeniu z olejem migdałowym i płynnym masłem shea tworzą idealną pielęgnacyjną kompozycję, a wegański skład i wyjątkowo przyjemna konsystencja wprawiają w doskonały nastrój.

Ziaja Baltic Home SPA Wellness: żel pod prysznic (500 ml/12,30 zł), dwufazowy płyn myjący do kąpieli (500 ml/15,30 zł), odżywczo-nawilżający krem do ciała (300 ml/19,90 zł). Ziaja Baltic Home SPA Wellness: żel pod prysznic (500 ml/12,30 zł), dwufazowy płyn myjący do kąpieli (500 ml/15,30 zł), odżywczo-nawilżający krem do ciała (300 ml/19,90 zł).

  1. Psychologia

Asertywność najlepiej trenować w dzieciństwie

Asertywności możemy nauczyć się jako dorośli, czasem jednak wymaga to ogromnej wewnętrznej przebudowy. (fot. iStock)
Asertywności możemy nauczyć się jako dorośli, czasem jednak wymaga to ogromnej wewnętrznej przebudowy. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Dobrze się żyje, gdy jesteśmy otwarci w relacjach z ludźmi. Kiedy umiemy opowiadać o swoich emocjach i zgodnie z nimi reagować. Gdy złościmy się wtedy, kiedy jest ku temu powód. Ulegamy, jeśli mamy na to ochotę. Tak żyją ludzie asertywni. Czym jest asertywność? - wyjaśnia psychoterapeuta Jarosław Józefowicz.

Czym jest asertywność? To pewność siebie, wynikająca ze znajomości swoich poglądów i jasności stanowiska na dany temat. To też siła, którą dysponuję, żeby te przekonania wyartykułować. Co ważniejsze - asertywność to również autentyczność, płynąca ze znajomości swoich uczuć oraz adekwatne do nich reagowanie. Czy mamy dobry dostęp do swoich emocji, możemy sprawdzić w sytuacjach choć trochę stresowych, które dzieją się szybko w relacji z drugą osobą czy w grupie. Wówczas działamy automatycznie i od razu widać, czy bazą naszych zachowań jest to, co naprawdę czujemy, czy też może nasze reakcje płyną z miejsca maski, przyzwyczajenia, przyjętych zewnętrznych norm. To jedna część pojęcia „asertywność”. Drugim aspektem tego zagadnienia jest sposób, w jaki stajemy za swoimi poglądami i uczuciami. Bronienie racji w sposób asertywny oznacza zachowania, które nie ranią. Takie, które otoczenie jest w stanie przyjąć i zrozumieć.

Są ludzie, którzy są asertywni i nie muszą się tego uczyć. Co za taką postawą może stać? Wychowanie. Zdrowa asertywność wynika z pozytywnych doświadczeń, przede wszystkim z dzieciństwa. Zależy to od tego, czy w tamtym okresie postawa ważnych dla nas osób była bardziej wspierająca i wzmacniająca niż osłabiająca i krytykująca. Czy nasze granice były szanowane, respektowane. Jeśli tak było, będą one dla nas czymś naturalnym. Nie będziemy musieli ich ani zaciekle bronić, raniąc innych, ani ulegle wpuszczać kogoś na swoje terytorium. Ktoś asertywny, gdy chce o coś zawalczyć, do czegoś startować, czuje że ma do tego prawo. To kwestia głębokiego przekonania niedostępnego intelektowi, a dotyczącego poczucia. Ludzie nieasertywni z kolei czują, że im się nic nie należy.

Z czego jeszcze może wynikać brak asertywności? Z braku dostępu do swoich uczuć, z niepewności czego chcę, co tak naprawdę myślę. Z niewiary w realność i zasadność własnych potrzeb. Często wiąże się to z trudną historią osobistą i wynikającym z niej krytykiem wewnętrznym. To postać w środku nas, która mówi, że to co myślimy jest głupie, a nasze potrzeby mało ważne i nie na miejscu. Ten głos nie bierze się znikąd. Już kiedyś od kogoś słyszeliśmy ten przekaz.

Dlaczego uważasz, że asertywność to postawa nabyta? Dlatego, że ludzie nie rodzą się asertywni lub nieasertywni, tylko te zachowania wykształcają. Szkielet osobościowy i psychiczny człowieka powstaje mniej więcej do piątego roku życia. Najlepszym jego budulcem jest miłość i wsparcie w połączeniu z pewnymi ramami, dającymi dziecku poczucie stabilności, bezpieczeństwa i chroniącymi przed nadmiernym egoizmem. Ta wewnętrzna konstrukcja, którą otrzymujemy w dzieciństwie, przez resztę życia pozostaje prawie niezmienna. Potem w dorosłym życiu, w milionie codziennych sytuacji czy w powtarzających się kłopotach w relacjach cały czas odgrywamy ten sam schemat, chociaż często nie uświadamiamy sobie tego. Pierwszy krok na drodze do zmiany to właśnie wpuszczenie świadomości.

Jarosław Józefowicz, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog. Prowadzi terapie indywidualne, par i małżeństw, pracuje z dziećmi, rodzinami, grupami, organizacjami. Prowadzi treningi psychologiczne, grupy i warsztaty, zajęcia rozwojowe.

  1. Psychologia

Skąd wziąć odwagę do bycia sobą?

Może słyszałaś takie stwierdzenie, że – jeśli nie umiesz powiedzieć „nie”, twoje „tak” jest niewiele warte. (Fot. iStock)
Może słyszałaś takie stwierdzenie, że – jeśli nie umiesz powiedzieć „nie”, twoje „tak” jest niewiele warte. (Fot. iStock)
Boimy się odmawiać, powiedzieć, co naprawdę czujemy. Nie chcemy urazić innych, zależy nam na akceptacji. Tymczasem okazuje się, że ludzie asertywni są bardziej lubiani niż ci, którzy nie potrafią zadbać o swoje potrzeby. Jak stać się taką właśnie osobą?

Chcemy czuć się spójni w naszym zachowaniu. Rozwijać komunikację. Ale też szacunek – do siebie i do innych. Taki zresztą tytuł – „Szanuj siebie i innych” – miały jednodniowe warsztaty prowadzone przez trenerkę i psychoterapeutkę Dorotę Szymonik, pracującą też z głosem. Bo – żeby coś dostać, osiągnąć – trzeba to powiedzieć głośno. Kto bierze w nich udział? Osoby, które czują się wykorzystywane w pracy. Takie, które nie potrafią przeciwstawić się roszczeniowemu klientowi. Rodzice, którzy chcą mądrze wychowywać dzieci – bez ciągłego odwoływania się do systemu kar i nagród. Ludzie, którym znudziło się ciągłe wchodzenie w rolę „zadowalacza”. Bo, szukając akceptacji innych, tracą kontakt z tym, co dla nich ważne, zdradzają siebie. Wreszcie ci, którzy, owszem, potrafią postawić na swoim, ale robią to w sposób autorytarny. Być może uciekają się do agresji słownej. Wciąż palą za sobą mosty...

Na czym polega asertywne zachowanie?

Na początku prowadząca proponuje stworzenie kontraktu – wewnętrznego kodeksu grupy. W podgrupach wypisujemy zasady, jakie chcemy, by były przestrzegane podczas kilkugodzinnej pracy. Potem konfrontacja dwóch „dekalogów”, dyskusja. Wbrew pozorom nie jest to część stricte organizacyjna. Wypływa to, co ważne dla poszczególnych uczestników. Pojawiają się różnice zdań. Jest okazja, by poćwiczyć umiejętność wyrażania swoich potrzeb. Możesz zastanowić się, dlaczego wolisz, żeby z przekąsek korzystać tylko na przerwie, podczas gdy dla innych nie ma to najmniejszego znaczenia. Co rozumiesz przez szczerość i otwartość, które postulujesz. Dlaczego obawiasz się, że ktoś może zdominować resztę grupy i trzeba będzie przerywać jego nudne wywody?

Umawiamy się na zaangażowanie. Na poufność. Na to, że będziemy empatyczni, uważni na innych. Że nie będziemy oceniać. Jeśli zechcemy odnieść się do czyjegoś przypadku czy problemu, użyjemy tak zwanego komunikatu „ja” – będziemy mówić w pierwszej osobie, co czujemy, jakim doświadczeniem gotowi jesteśmy się podzielić.

Pora ustalić, czym jest dla nas asertywność. Dorota Szymonik pyta, jakie słowa czy pojęcia się z nią kojarzą. Oprócz tak oczywistych, jak: stawianie granic, odmawianie, obrona siebie, relacje, poczucie wartości, komunikacja, samoświadomość – pojawiają się: odpowiedzialność, prawda, wierność sobie, odwaga, równowaga, dystans, przestrzeń, przyjmowanie krytyki, przyjmowanie komplementów, korzyści, ryzyko... Wreszcie powstaje definicja. Naszym zdaniem asertywność to „umiejętność dbania o siebie i swoje granice, rozpoznawania własnych potrzeb i uczuć i komunikowania ich w otwarty, przejrzysty sposób, z szacunkiem do siebie i innych”.

Lęk przed narażeniem się innym

Co powstrzymuje nas przed przyjęciem postawy asertywnej? Lęk przed konfliktem. Przed tym, że ktoś nie zrozumie naszej postawy, preferencji. Naszego komunikatu. Że się obrazi, poczuje zraniony, zareaguje gniewem. – Ja sama miałam kiedyś kłopot z tym, żeby zwrócić uwagę osobom palącym na przystanku – przyznaje Dorota Szymonik. – Bardzo tego nie lubię, a wygląda na to, że mimo obowiązującego prawa norma społeczna jest zupełnie inna. Kiedy więc tylko poczułam zapach dymu nikotynowego, biłam się z myślami: powiedzieć czy nie powiedzieć?

Doskonale znasz te wszystkie myśli, niepozwalające ci zadbać o siebie, wyrazić dyskomfort: czepiam się, tylko mnie to przeszkadza, nie ma sensu się wychylać, szkoda zachodu, świata nie zmienię, nie ma co tego rozdmuchiwać, lepiej siedzieć cicho, może nie mam racji, jeszcze się zbłaźnię... Sęk w tym, że za bardzo utożsamiamy się z naszymi myślami. Zapominamy, że to tylko interpretacje i spekulacje próbującego nas ochronić umysłu. Tworzymy sobie w głowie całe historie na temat błahego zdarzenia, zamiast sprawdzić, co jest pod spodem. Zająć stanowisko. – Fantazje mają to do siebie, że trzymają nas w zamkniętym świecie, blokują naszą aktywność – mówi terapeutka. – Trzeba je weryfikować. Podstawową zasadą asertywności jest działanie.

Od czego zacząć? Rozpoznaj różne sabotujące, asekuracyjne myśli i zmień je. Podczas warsztatów oglądamy niektóre z nich pod lupą i zastępujemy bardziej asertywnymi. Dokonujemy przeprogramowania. Weźmy chociażby takie proroctwa: „Jeśli to zrobię, odmówię, powiem, co naprawdę czuję, nie będzie zadowolony” albo „Zawiedzie się na mnie”, „Uzna mnie za niewdzięczną”. Jak możemy na nie odpowiedzieć? „To nie jego zadowolenie jest tu najważniejsze”, „Nie jestem odpowiedzialna za czyjeś samopoczucie”, „Nie jestem po to, by zadowalać innych”, „Zobaczymy”, „Jest szansa, że zrozumie”, „Jakoś to zniesie”, „A może właśnie zacznie mnie szanować?”.

Teraz przyjmujemy, że zdarzyło ci się pomyśleć: „Wydrze się, zwolni mnie”. Możesz na to odpowiedzieć: „Poradzę sobie”, „Zawalczę o swoją godność”, „To nie jest takie łatwe, zwolnić pracownika”, „Nie chcę pracować dla kogoś, kto zwalnia innych, by zademonstrować swoją siłę”, „Coś się zmieni”... Czasem za długo zaciskamy zęby, stwierdzamy „dam radę”, „to nie takie ważne”, „powiem następnym razem”. A potem narasta w nas wściekłość. Dorota Szymonik opowiada o kobiecie, która podczas zakupów nie zareagowała, widząc, jak sprzedawczyni wkłada jej do torby nadgniłe jabłko. – Przez całą drogę do domu czuła jego ciężar. A na koniec powiedziała sobie ze złością: „Teraz jeszcze będę musiała je zjeść”.

Przed otwartą komunikacją często powstrzymuje nas lęk, że nie zapanujemy nad emocjami, okażemy słabość. A gdybyś powiedziała sobie: „Zgadzam się ujawnić, co czuję”, „Nie chcę udawać”, „Pozwalam sobie na bycie sobą”, „Okazywanie emocji wcale nie jest negatywne”? Zdaniem trenerki istnieje coś takiego jak „przemoc na bycie pozytywnym”. To próba zbudowania iluzji, że pewne emocje nie istnieją. Kończy się, oczywiście, wypieraniem ich, spychaniem w strefę cienia.

– Miałam kiedyś na warsztatach grupę ezoteryków. Mieli opór przed uwalnianiem złości, uznali, że ich to nie dotyczy. Że nie będą wchodzić w negatywną energię. Kiedy wreszcie pozwolili sobie na to, by wypuścić ją z siebie, zrobiło się tak gorąco, że w zamieszaniu dostałam pięścią.

Teraz ja krzyczę!

Po przerwie ważny moment. Sięgamy do sytuacji z naszego życia, w których nie zachowaliśmy się asertywnie. Może ktoś nie dotrzymał danej ci obietnicy, narzucił swoje reguły gry, a ty nie potrafiłaś zaprotestować? Może zależało ci na czymś albo na kimś, ale nie okazałaś tego w żaden sposób, bo uznałaś, że nie wypada? A może pozwoliłaś, by ktoś zbeształ cię jak pensjonarkę, zamiast przerwać potok inwektyw krótkim „stop, basta!”? Zastanawiamy się, co następnym razem można by zrobić inaczej, żeby osiągnąć lepszy rezultat. I odgrywamy te sceny.

Oto kobieta rozmawia z szefem. Uważa, że dostaje za dużo obowiązków, musi zostawać po godzinach. Szef próbuje ją zignorować, zbagatelizować problem. Przyjmuje postawę zajętego, roztargnionego. Mimo to podwładna nie ustępuje. Przyglądamy się jej wysiłkom, słuchamy. Potem podpowiadamy, co zmienić. Sugestii jest sporo: przygotowanie krótkiej, rzeczowej argumentacji, żeby optymalnie wykorzystać czas, większa stanowczość, głos z przepony, wyeliminowanie słów osłabiających przekaz („troszeczkę”, „jak gdyby”), trzymanie się tematu i faktów, podkreślanie własnych kompetencji i wkładu (ale nie kosztem innych). Kolejna odsłona – za drugim razem jest dużo lepiej. Za trzecim naprawdę dobrze. Szef patrzy kobiecie w oczy, kiwa głową... Przy okazji Dorota Szymonik uczy nas prostej techniki, jak poczuć się pewniej przed ważną rozmową: wystarczy stanąć gdzieś (choćby w toalecie) i przyjąć taką postawę ciała, by zająć jak najwięcej miejsca... Sprawdź! Poczujesz się większa, silniejsza.

Następna scena, dyskusja przez telefon – dlatego biorące w niej udział osoby siadają do siebie tyłem. Kobieta oskarża mężczyznę o zaniedbania przy wspólnym projekcie, nie daje mu dojść do głosu. Krzyczy. On tłumaczy się niepewnie i – choć przekonany jest, że chodzi o nieporozumienie – używa takich słów, jak „współwinny”, „błąd”. Po wskazówkach, jakie otrzymuje, dużo uważniej dobiera słowa. Stosuje też dwa zasugerowane przez trenerkę chwyty. Mówi: „A może teraz ja zacznę krzyczeć?” i zwraca się do kobiety po imieniu. To działa na nią otrzeźwiająco. Po wyjściu z roli przyznaje: „Dopóki nie powiedziałeś mi, że krzyczę, nie zdawałam sobie sprawy, że się tak zagalopowałam”.

Cenne doświadczenie. Pozwala spojrzeć na sytuacje życiowe z różnych perspektyw, zmienić podejście, może nawet przeformułować relację. – Czasem nie zauważamy, jak bardzo utknęliśmy w jakiejś roli, boimy się zmienić pewne status quo – mówi Dorota Szymonik. – Na przykład kobieta nie wychodzi z koleżankami do pubu, bo zakłada, że mąż źle na to zareaguje, a kiedy porusza tę kwestię, okazuje się, że on nie zgłasza najmniejszego sprzeciwu. Ja sama mam podobne doświadczenie. Przez lata opiekowałam się chorym ojcem, wreszcie stwierdziłam, że trwa to za długo. Zakomunikowałam rodzinie, że się wycofuję. Nie miałam rozwiązania zastępczego, żadnego pomysłu na to, co dalej. Wiedziałam tylko, że pora zacząć żyć własnym życiem. Okazało się, że wystarczyło powiedzieć „dość” i natychmiast znalazła się osoba, która mnie zastąpiła.

Oczywiście, może też zdarzyć się inaczej. Ryzyko, że sprawy przyjmą niespodziewany obrót, jest zawsze. – Na tym polega życie – tłumaczy terapeutka – Czasem tracimy ważne relacje i, nie oszukujmy się, strata boli. Ale nie możemy wciąż chronić siebie i innych – w ten sposób odbieramy i sobie, i im szansę rozwoju. Nie unikniemy straty, frustracji, rozczarowania. Dla dziecka odkrycie, że nie może dostać wszystkiego, jest bardzo rozwijającym, głęboko uświadamiającym doświadczeniem. Dlaczego mielibyśmy chronić przed nim dorosłych? Osoby roszczeniowe często nie przeszły tej ważnej fazy w rozwoju – dlatego tak źle reagują na odmowę. Jeśli więc ktoś się obrazi – trudno. Mój nauczyciel zwykł mawiać w takich sytuacjach: „Pałac Kultury się nie zawali”.

Dorota Szymonik, psychoterapeutka; absolwentka studiów filozoficznych, muzykologicznych i pedagogicznych oraz Szkoły Psychoterapii w Instytucie Integralnej Psychoterapii Gestalt. Prowadzi psychoterapię indywidualną i grupową, a także warsztaty rozwoju osobistego i konsultacje w obszarze pracy z ciałem i głosem.

  1. Psychologia

Empatyczna komunikacja - czy to potrafisz?

Empatia opiera się na poczuciu jedności z innymi, wrażliwości na potrzeby wszystkich uczestników relacji, podejściu: „Pragnę tego, pod warunkiem że ty też tego chcesz. A jak nie – sprawdźmy, jak to można zrobić inaczej”. (Fot. iStock)
Empatia opiera się na poczuciu jedności z innymi, wrażliwości na potrzeby wszystkich uczestników relacji, podejściu: „Pragnę tego, pod warunkiem że ty też tego chcesz. A jak nie – sprawdźmy, jak to można zrobić inaczej”. (Fot. iStock)
Empatia powoduje, że zamiast brać słowa i zachowania innych ludzi osobiście, cały czas utrzymujemy świadomość, że to, co inni mówią, jest opowieścią o nich samych, nie o nas.

Matka: – Inne córki potrafią docenić to, co dostają, i być wdzięczne. Córka: – Przykro ci, bo dla ciebie jest ważne, żeby być docenianą? Chciałabyś, żebym zrobiła coś, co dla ciebie będzie dowodem na to, że doceniam to, co robisz? – Tak, chcę, żebyś podziękowała, skoro ugotowałam wam obiad, a nie czepiała się, że zupa jest tłusta. Dzieci taką lubią. – Jak coś robisz, to chcesz, żeby inni cieszyli się z tego? – No a po co robi się coś dla innych? – Ja też lubię, jak jest dobra atmosfera, i też jest ważne dla mnie, żebyśmy się nawzajem szanowali. Doceniam chęć pomocy, jednocześnie ważne jest dla mnie dbanie o zdrowie rodziny. Skoro unikamy tłuszczu, to wyrażanie wdzięczności za „chudą” zupę przyszłoby mi z łatwością, a dziękowanie za coś, co rozbija mój plan żywieniowy, nie jest tym, co mam ochotę robić. Czy mogłybyśmy się umówić, że jak będziesz w przyszłości chciała nas wesprzeć w robieniu obiadu, to powiesz mi o tym i uzgodnimy menu razem? – W przyszłości to będziesz sobie sama zdrowo gotować! – Ciężko ci się pogodzić z moim pomysłem na odżywianie? – Pewnie, że tak. – Może potrzeba na to czasu? – Może…

No i jaki sens ma prowadzenie takich rozmów, skoro inni i tak nadal się z nami nie zgadzają? – mógłby ktoś spytać. Taki długi dialog, a efektu żadnego. Skoro tak ma wyglądać empatyczna komunikacja, to może ją sobie z góry darować? Otóż jeżeli główną intencją w komunikowaniu się z innymi jest pomysł, że każda rozmowa ma przynieść efekt polegający na spełnieniu naszych oczekiwań, to rzeczywiście komunikowanie się w sposób empatyczny nie okaże się pomocne. Bardziej wskazane byłoby wówczas nauczenie się technik manipulacji. Tylko że te okażą się nieskuteczne, jeśli trafimy w rozmowie na kogoś, kto zachowuje się w sposób empatyczny. Bo prawdziwa empatia nie ulega manipulacji. Dlatego, że sama jej nie stosuje.

Mistrzostwo komunikacji

Empatyczne podejście to rolls-royce komunikacji werbalnej. Empatia opiera się na poczuciu jedności z innymi, wrażliwości na potrzeby wszystkich uczestników relacji, podejściu: „Pragnę tego, pod warunkiem że ty też tego chcesz. A jak nie – sprawdźmy, jak to można zrobić inaczej”. Tak jak asertywność polega na skupieniu się na rzeczowości kontaktów, podejmowaniu „niezawisłych” decyzji, unikaniu emocji destabilizujących rozmówców, tak empatia nie boi się emocji i buduje relacje z innymi w oparciu o informacje o ważnych niezaspokojonych lub zaspokojonych potrzebach, jakie z emocji płyną, i skupiając uwagę właśnie na ludzkich potrzebach.

Marshall Rosenberg, twórca metody non violent communication, podkreśla, że uczucia służą ochronie siebie – te ze znakiem minus są dla nas informacją, że jakaś ważna ludzka potrzeba nie jest w danej sytuacji zaspokojona i warto byłoby się pokusić o znalezienie rozwiązania lepiej tę potrzebę zaspokajającego. Z kolei tak zwane „pozytywne uczucia” są informacją, że jakieś nasze ważne potrzeby są aktualnie zaspokojone. To, co możemy w tej sytuacji zrobić, to właśnie wyrazić wdzięczność – drugiemu człowiekowi, opatrzności, absolutowi – jakkolwiek go pojmujemy – temu wszystkiemu, co sprawia, że nasze życie staje się piękniejsze.

Diabelski młyn

Uciekając się do bezpośredniej przemocy słownej i manipulacji, startujemy z miejsca niewiary w drugiego człowieka. Jesteśmy w stanie, który utrudnia nam zrozumienie, że ludzkie relacje mogą opierać się na wzajemnej trosce, szacunku i zaufaniu. Jeśli dotychczasowe doświadczenia utrwaliły w nas pogląd, że ludzie są brutalni albo wmanewrowują nas w robienie rzeczy, na których to im, a nie nam zależy – potrzeba trochę wysiłku i ćwiczenia się w innym postrzeganiu rzeczywistości, żeby odkryć, że ci, którzy nas ranią, sami dość słabo funkcjonują i dlatego używają kiepskich metod do kontaktowania się z innymi. Mają potrzeby, ale nie umieją prosić innych o pomoc w ich zaspokojeniu. Proszenie wiąże się bowiem z możliwością otrzymania odpowiedzi odmownej i koniecznością szukania alternatywnego rozwiązania. A oni czują się tak kiepsko, że chcą rozwiązania natychmiast. Na ich własnych zasadach, bo je znają i nie mają zamiaru w danym momencie szukać nowych. Czują się źle, ale zupełnie nie mają świadomości dlaczego. Więc podejmują działania, wypowiadają słowa, które mają ten stan zmienić. Jednak skuteczność tych zabiegów jest zazwyczaj dość ograniczona. Przypomina leczenie objawów, a nie przyczyn choroby. Działa doraźnie, jednak problem pozostaje.

Kiedy rozumiemy, że ktoś się zachowuje niefortunnie, bo w danym momencie nie ma dostępu do innego zachowania, uczymy się widzieć za tym zachowaniem jego niezaspokojoną potrzebę, dlatego kiedy pada zdanie: „Inne córki potrafią docenić to, co dostają, i być wdzięczne” – słyszymy informację o niezaspokojonej potrzebie bycia docenianym. W samej potrzebie i jej wyrażaniu nie ma nic złego. Ważne jest jednak podejście: „pragnę tego, jeśli tobie to również pasuje, a jak nie, to poszukam innej osoby albo innego sposobu”.

Autentyczność w relacjach

Skoro więc ja chcę wyrażać wdzięczność w takich wypadkach, kiedy rzeczywiście ją czuję (potrzeba autentyczności), mogę zaproponować, jakie działania prawdopodobnie spowodują, że będę czuła się wdzięczna. Jednak druga strona nie musi przyjąć mojej strategii. I to też jest OK. Nie ma powodu naciskać. Wszyscy mają możliwość wybrać, co zaspokaja ich potrzeby, a co nie. Jeśli stosujemy w życiu komunikację empatyczną, potrafimy tak długo rozmawiać bez obwiniania, osądzania, wypierania się odpowiedzialności i żądań, przyglądając się nawzajem swoim potrzebom, aż znajdziemy rozwiązanie dobre dla wszystkich. Nie wymaga to nadprzyrodzonych zdolności, jest raczej kwestią treningu i wynikiem pracy nad zmianą nawyków komunikacyjnych, jeśli wcześniej stosowaliśmy bardziej opresyjne formy porozumiewania się.

Kiedy przeanalizujemy dialog o zupie i wdzięczności (gdzie jedna z osób – córka, stosuje empatyczne podejście, a druga – matka, wręcz przeciwnie), zauważymy pewną dynamikę rozmowy. Wystarczy, że jedna z osób okazuje empatię na przemian rozmówcy i sobie, by stopniowo opadały emocje i pojawiło się miejsce na „może” – pewien rodzaj otwarcia na ewentualną zmianę.

Częstą wątpliwością osób uczestniczących w treningach empatycznej komunikacji jest kwestia czasu potrzebnego na rozmowę podążającą za potrzebami obu stron, bez presji czasu i tego, że ktokolwiek cokolwiek „musi”. Kwestię ekonomii czasowej i efektywności rozmowy można rozważyć, zastanawiając się, co się bardziej opłaca: jednorazowa półgodzinna nawet rozmowa na temat danej kwestii (choćby wynoszenia śmieci), w czasie której przeanalizujemy, „jak to jest dla mnie” i „jak to jest dla ciebie”, i bez obwiniania się i wyżywania na sobie znajdziemy rozwiązanie skuteczne na jakiś czas, czy też codzienne dwuminutowe „pyskówki” przez okrągły rok, a bywa, że dłużej.

Kogo przyciągasz, kogo odpychasz

Stosując empatyczny model komunikowania się, tworzymy przestrzeń na porozumienie z wieloma osobami. W takiej bezpiecznej atmosferze nawet osoby nieufne i mające niskie mniemanie o sobie są bardziej skłonne otworzyć serce i porozumiewać się z tego poziomu. Cholerycy o złotych sercach też dobrze się czują w „empatycznym towarzystwie”, w którym ich wybuchowe usposobienie nie paraliżuje otoczenia, a działania, często przynoszące pożytek wielu osobom, są doceniane. Najmniej atrakcyjna jest oferta empatycznej komunikacji dla manipulatorów działających przez wpływanie na innych, uaktywnianie w ludziach poczucia winy, wstydu i strachu i skłaniających rozmówców do zrobienia tego, czego oni sami oczekują. Osoby stosujące empatię w relacjach – świadome swoich potrzeb i widzące potrzeby rozmówców nawet pod najdziwniejszymi formami ich zachowań i wypowiedzi – manipulacji nie ulegają. Tak więc manipulator ma dwa wyjścia: albo „przełączyć się” na bardziej przejrzysty rodzaj komunikacji, albo szukać sobie pola do popisu gdzie indziej. Empatia po prostu rozbraja komunikaty przemocowe i manipulacyjne, bez rozlewu krwi.

  1. Styl Życia

Szczęście po brytyjsku – siła małych przyjemności

Dla Brytyjczyków regularne wizyty w pubie są niezwykle istotnym czynnikiem scalającym lokalną społeczność i umacniającym poczucie przynależności, które przekłada się na zadowolenie z życia. Zdjęcie sprzed spowodowanego pandemią lockdownu. (Fot. iStock)
Dla Brytyjczyków regularne wizyty w pubie są niezwykle istotnym czynnikiem scalającym lokalną społeczność i umacniającym poczucie przynależności, które przekłada się na zadowolenie z życia. Zdjęcie sprzed spowodowanego pandemią lockdownu. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Dla Anglików szczęście tkwi w szczegółach: spacerze z psem, keksie z marmoladą, pogawędce o deszczu i jajkach na miękko. Koniecznie ze złocistą grzanką. 

Cecil John Rhodes, XIX-wieczny brytyjski polityk i przedsiębiorca, zwykł mawiać, że urodzić się Anglikiem to jak wygrać główną nagrodę na loterii życia. I większość Brytyjczyków się z nim zgadza. Rhodes był wprawdzie gorliwym rzecznikiem imperializmu, jednak radość, jaką czerpią oni z codzienności, niewiele ma wspólnego z królewską pompą i mocarstwowym przepychem. Angielski klucz do szczęścia ma niewielkie rozmiary, ale sporą skuteczność.

Bill Bryson – urodzony w Stanach Zjednoczonych, a zakochany w Wielkiej Brytanii autor książki „Zapiski z małej wyspy”, twierdzi, że jej mieszkańców bardzo łatwo jest uszczęśliwić. „Coś niezwykłego – oni wręcz wolą małe przyjemności od dużych! (...) Są też jedynym narodem na świecie, który uważa dżem i porzeczki za atrakcyjne składniki deseru. Jeśli naprawdę wystawić ich na pokuszenie – częstując ich tortem albo pralinkami z bombonierki – to zaczną się wahać i martwić, że to niezasłużony luksus, jakby powyżej pewnego poziomu każda przyjemność była czymś nieprzyzwoitym. – Och, nie powinienem – mówią”.

Podstawą angielskiego podejścia do życia jest umiarkowanie i powściągliwość, z której wynika także upodobanie do drobnych codziennych radości.

Chłodno, nieprawdaż?

Jedną z nich są z całą pewnością monologi, dialogi i wszelkie rozważania o pogodzie – na całym świecie uważane za banalne. Tylko angielska gazeta może opublikować prognozę brzmiącą: „Przewidywania: sucho i ciepło, ale chłodniej i popada” (cytat z „Western Daily Mail")! Zwykło się uważać, że gdyby nie zjawiska atmosferyczne, dwóch Anglików nie miałoby szans nawiązać ze sobą jakiejkolwiek relacji. Brytyjczycy, w odróżnieniu od Amerykanów, nie przepadają za mało znaczącymi pogawędkami zwanymi small talk; wyjątek czynią właśnie dla rozmów o pogodzie. Bliscy przyjaciele prowadzą oczywiście ważne dyskusje na głębokie tematy; z nieznajomymi spotkanymi w windzie lub pociągu omawia się tylko zachmurzenie czy deszcz, bez wstępowania na grząski grunt bardziej osobistych kwestii.

Wioska Broadway w górach Cotswold w Anglii zimą. (Fot. iStock) Wioska Broadway w górach Cotswold w Anglii zimą. (Fot. iStock)

Jak wynika z badań dr Gillian Sandstrom z Uniwersytetu Essex, jest to całkiem zdrowe i rozsądne rozwiązanie. Psychologowie już dawno orzekli, że najbardziej satysfakcjonują i uszczęśliwiają nas intymne rozmowy na ważne tematy, zaś zdawkowe pogawędki noszące pozorne znamiona wzajemnego zainteresowania mogą wywoływać poczucie pustki i rozczarowania. Zachwyt lub ubolewanie nad warunkami atmosferycznymi skutecznie wypełniają krępującą ciszę, pomagają przełamać lody i pozwalają poczuć się zauważonym, a jednocześnie nie naruszają niczyich granic, co byłoby dla Brytyjczyków nie do zniesienia. Mogą też, choć oczywiście nie muszą, stanowić niezbędny wstęp do poważniejszej konwersacji. Takiej, która przyniesie prawdziwe zadowolenie, a odbędzie się... przy herbacie.

Typowy brytyjski podwieczorek. (Fot. iStock) Typowy brytyjski podwieczorek. (Fot. iStock)

A cup of tea, a pint of beer

Drugim po pogodzie popularnym stereotypem związanym z życiem na Wyspach jest tamtejsze umiłowanie dla gorącego naparu. I tym razem tkwi w nim nie tylko sporo prawdy, ale także sekret angielskiego dobrego samopoczucia. Filiżanka złotego płynu, podawanego najczęściej z mlekiem i cukrem, skutecznie gasi pragnienie, rozgrzewa, wzmacnia i poprawia koncentrację. Oprócz pozytywnego wpływu na ciało wykazuje także, a może przede wszystkim, doskonałe działanie na psychikę: stanowi okazję, by zwolnić, zebrać myśli, porozmawiać w skupieniu z kimś bliskim. Podobnie dzieje się w wypadku obfitego angielskiego śniadania oraz wieczornego spotkania przy piwie.

Jak wykazali naukowcy z Wydziału Psychologii Eksperymentalnej na Uniwersytecie w Oksfordzie pod kierunkiem prof. Robina Dunbara, regularne wizyty w pubie są niezwykle istotnym czynnikiem scalającym lokalną społeczność i umacniającym poczucie przynależności, które przekłada się na zadowolenie z życia.

Tradycyjny angielski pub, zdjęcie sprzed spowodowanego pandemią lockdownu. (Fot. iStock) Tradycyjny angielski pub, zdjęcie sprzed spowodowanego pandemią lockdownu. (Fot. iStock)

Zwierzaki w zamku

Brytyjczycy uwielbiają zwierzęta i są do nich bardzo silnie przywiązani. Szacuje się, że w kraju liczącym około 66 milionów mieszkańców żyje około 8 milionów psów i drugie tyle kotów, a także milion domowych królików, milion kanarków i papug, pół miliona chomików i świnek morskich. Wszystkie te stworzenia traktowane są jak pełnoprawni członkowie rodziny i obdarzane miłością i atencją. Poza bezwarunkowym uczuciem zwierzaki odwdzięczają się Anglikom pozytywnym wpływem na ich samopoczucie – wiadomo, że posiadanie pupila łagodzi efekty stresu, pomaga w walce z depresją, zmniejsza poczucie samotności i mobilizuje do większej aktywności fizycznej. Dla wielu Brytyjczyków dom jest tam, gdzie ich zwierzęta – to przy nich pozwalają sobie na pokazywanie zwykle głęboko skrywanych uczuć, niczego nie udają i są po prostu sobą, zgodnie ze słynną w całym świecie angielską dewizą my home is my castle – mój dom jest moim zamkiem, moją twierdzą; miejscem, w którym czuję się prawdziwie bezpiecznie. Mały czy duży, wystawny czy skromny – to już zdecydowanie mniej istotne, tym bardziej że popisywanie się nie leży zupełnie w angielskiej naturze – nie tylko jeśli chodzi o rozmiary nieruchomości. Brytyjczycy czują się nieswojo, jeśli ktoś zmusi ich do chwalenia się swoim statusem i osiągnięciami albo sam popisuje się swoimi. Nie oznacza to, że brakuje im zmysłu rywalizacji, jednak za swoją narodową filozofię przyjęli stoicyzm: niewzruszony spokój, którego nic nie powinno warunkować. A już na pewno nie rzeczy materialne.

Stary pies rasy pointer, jednej ze słynnych brytyjskich ras. (Fot. iStock) Stary pies rasy pointer, jednej ze słynnych brytyjskich ras. (Fot. iStock)

Mogło być gorzej

Wielu obcokrajowców to niczym niezmącone opanowanie zwykło określać mianem angielskiej flegmy; w rzeczywistości jest to raczej godna podziwu zdolność do przyjmowania zmiennych kolei losu z pogodą ducha, tym bardziej że niezbywalną cechą charakteru większości Anglików jest także poczucie humoru. To ono sprawia, że życie, które nie rozpieszcza nikogo, można odczuwać jako znośne, a nawet całkiem przyjemne. Łączy się z nim niestrudzony, uparty brytyjski optymizm, odczuwany wyraźnie w codziennej mowie dzięki chętnie stosowanym zdaniom, jak: „Mogło być gorzej” albo „Niby nic, a cieszy”. „Ta osobliwa postawa Brytyjczyków kiedyś była dla mnie zagadką” – pisze Bill Bryson. – „Stopniowo jednak sam przestawiłem się na ich sposób myślenia i od tej pory jestem szczęśliwy jak nigdy. Siedziałem kiedyś w przemoczonym ubraniu w zimnej kawiarni na brzydkiej nadmorskiej promenadzie i kiedy podano mi herbatę plus bułeczkę z rodzynkami, powiedziałem: Och, jak cudownie. Wtedy już wiedziałem, że jestem na dobrej drodze”.

Anglicy kochają ironię; mają też na tyle silne poczucie własnej wartości, by śmiać się z siebie samych. Psychologowie od dawna zaś dowodzą, że osoby opierające swój humor na autoironii są szczęśliwsze, mają większą pewność siebie i ogólnie lepsze samopoczucie. Drugim ważnym składnikiem angielskiego humoru jest sarkazm.

– W ogóle bym powiedziała, że tutejsze szczęście opiera się na prostym schemacie: pub, sarcasm i fish&chips – śmieje się Kasia Redding, warszawianka od lat mieszkająca z mężem Anglikiem w hrabstwie Herefordshire na wschodzie kraju. Sarkazm można wprawdzie uważać za uszczypliwość, jednak naukowcy twierdzą, że i on może przyczyniać się do poprawy nastroju. „Sarkazm to najniższa forma dowcipu, za to najwyższa forma inteligencji” – przekonywał Oscar Wilde, a według amerykańskich badaczy jego zastosowanie w komunikacji wzmaga kreatywność zarówno mówiących, jak i słuchających, co może przekładać się na wzrost poczucia własnej wartości (Li Huang, Francesca Gino, Adam D. Galinsky, The highest form of intelligence: Sarcasm increases creativity for both expressers and recipients).

Szczęście Brytyjczyków opiera się na prostym schemacie: pub, sarcasm i fish&chips. (Fot. iStock) Szczęście Brytyjczyków opiera się na prostym schemacie: pub, sarcasm i fish&chips. (Fot. iStock)

Wesołość w reakcji na przeciwności – nawet ta podszyta ironią i sarkazmem – to chyba najważniejsza brytyjska strategia w poszukiwaniu szeroko pojętego dobrostanu. Jak podkreśla w książce „Atlas szczęścia” brytyjska dziennikarka mieszkająca w Danii – Helen Russell, determinacja Anglików, by pozostać radosnym (jolly), opiera się na jak najlepszym wykorzystaniu sytuacji, w której postawił ich los.

Szczęście po brytyjsku

Brytyjczycy, w tym Anglicy, należą do najszczęśliwszych ludzi na świecie; co więcej, badania wskazują, że z roku na rok są coraz bardziej zadowoleni z życia. Według World Happiness Report przeprowadzanego na zlecenie ONZ, w 2019 roku znaleźli się na wysokim 15. miejscu listy obejmującej 156 państw, o cztery oczka wyżej niż w roku poprzednim. I choć termin „brytyjskość” uważa się za wysoce kontrowersyjny ze względu na fakt, że na Wyspach do czynienia mamy z kilkoma grupami narodowościowymi (Anglikami, Szkotami, Walijczykami i Irlandczykami), to, przy pewnym uproszczeniu, nietrudno jest dopatrzeć się cech wspólnych w ich podejściu do życia.