1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Trening odwagi w czterech krokach

Trening odwagi w czterech krokach

Droga do odwagi wiedzie m.in. przez zmaganie się z własną wrażliwością. (Fot. iStock)
Droga do odwagi wiedzie m.in. przez zmaganie się z własną wrażliwością. (Fot. iStock)
W dzisiejszych czasach potrzeba śmiałych liderów. Oto trening odwagi w czterech krokach przygotowany przez Brené Brown z Uniwersytetu Houston, która od 20 lat zajmuje się badaniem emocji. 

1. Zmierz się z wrażliwością

„Droga do odwagi wiedzie przez zmaganie się z wrażliwością. Przytul tę niewygodę” – pisze Bené Brown w książce „Odwaga w przywództwie”.
Znaczenie, które autorka przypisuje wrażliwości, nie dziwi, bo poświęciła jej wiele lat badań i bestseller „Z wielką odwagą”. W proch rozbiła w nim popularne przekonania i mity, jak te, że wrażliwość oznacza słabość czy że zwycięzcy nie pozwalają sobie na nią. Nic bardziej mylnego – tylko dopuszczenie swojej wrażliwości pozwala być wewnętrznie spójnym i w konsekwencji budować zdrowe więzi. A bez tego nie sposób być autentycznym liderem. „Zdecydowanie warto wziąć sobie do serca myśl, że odwaga przywódcza zawsze kończy się tam, gdzie wyczerpuje się nam potencjał wrażliwości” – wyjaśnia badaczka.

Jednak bycie wrażliwym oznacza też wystawianie się na niepewność oraz podejmowanie ryzyka, więc wciąż jesteśmy skazani na zmaganie się z chęcią założenia zbroi, która wprawdzie jest w stanie uchronić przed zranieniem, poniżeniem i wykorzystaniem (choć na najgorsze i tak nie jesteśmy w stanie się przygotować), ale zarazem oddzieli nas od innych i uniemożliwi doświadczanie radości.

Brown definiuje zmaganie się z wrażliwością jako rozmowę, w której bez lęku bierzemy odpowiedzialność za swój wkład w sytuację i nastawiamy się na uważne słuchanie. Co pomoże liderowi w zmaganiach z wrażliwością? Badaczka wymienia m.in. empatię, ciekawość, życzliwość, odczuwanie wdzięczności i nagradzanie, zaangażowanie, mówienie wprost, rozpoznawanie i akceptowanie zbiorowych lęków oraz podejmowanie ryzyka. „Opanowanie umiejętności zmagania się z wrażliwością to zatem ciężka praca” – uprzedza autorka „Odwagi w przywództwie”. Jednak bez niej nie sposób zrobić kolejnego kroku na drodze ku odwadze, czyli żyć zgodnie z wartościami.

2. Bądź w zgodzie ze swoimi wartościami

„Odważni liderzy, którzy żyją w zgodzie z własnymi wartościami, nigdy nie milczą o trudnych sprawach” – twierdzi Brené Brown.
Co wynika z tego stwierdzenia? Ano, że przede wszystkim trzeba znać swoje priorytety, co wcale nie jest łatwe. W tym miejscu z pomocą przychodzi zawarta w „Odwadze w przywództwie” lista ponad 100 wartości (i miejsce na dopisanie kilku swoich). Autorka proponuje, by zacząć od zaznaczenia 15, z którymi się utożsamiamy, a potem skreślać je po kolei, aż zostaną… dwie. Powołuje się w tym na wyniki badań, które mówią, że największą gotowość do zmagania się z wrażliwością i do odważnego działania wykazują właśnie ci, którzy kierują się tak niewieloma wartościami. Jeśli robi się ich więcej, stają się raczej źródłem myślenia życzeniowego, a nie życiową busolą. A przecież chodzi o działanie! Jednak przejście od deklaracji do praktyki jest niełatwe. Badaczka radzi, by wcześniej zrobić plan (osobno dla każdej wartości), wykorzystując do niego następujący zestaw pytań: Jakie trzy zachowania mogłyby tę wartość wspierać? Jakie trzy ryzykowne działania mogłyby doprowadzić do sprzeniewierzenia się tej wartości? W jakich okolicznościach zdarzy mi się w pełni urzeczywistnić tę wartość? A o to dobrze jest zabiegać, bo choć trzymanie się zasad nie zawsze ułatwia podejmowanie decyzji, to daje siłę i pewność, dzięki którym możemy sami kierować własnym życiem.

3. Zdefiniuj zaufanie

To kolejny etap treningu odwagi według Brené Brown. By je opisać, badaczka posługuje się definicją Charlesa Feltmana, coacha i facylitatora z ponad 30-letnim doświadczeniem, dla którego zaufanie oznacza „świadome narażenie czegoś dla nas wartościowego na ryzyko wynikające z działań innej osoby”.

O zaufaniu trudno rozmawiać (bo jak powiedzieć komuś, że nie powierzyłoby się mu jakieś ważnej dla nas rzeczy czy sprawy?) i jeszcze trudniej je zdefiniować. Skoro jednak jest podstawą efektywnego działania zespołu, to warto określić, jakie zachowania będą się na nie składać. Brown proponuje katalog ukryty pod nazwą BRAVING (od pierwszych liter cech, które go tworzą). I tak: B oznacza poszanowanie granic (ang. boundaries), R – rzetelność (ang. reliability), A odpowiada za gotowość do przyznania się do błędu i poniesienia jego konsekwencji (ang. accountability), V wyraża dyskrecję (ang. vault – skarbiec, sejf), I wskazuje na wewnętrzną spójność, która stawia działanie zgodne z wartościami ponad wygodę (ang. integrity), N pozwala powstrzymać się od oceniania (ang. nonjudgement), G to doszukiwanie się najlepszych intencji w postępowaniu i słowach innych (ang. generosity – hojność).

4. Ćwicz sztukę wstawania

Ostatni krok na drodze do bycia odważnym to umiejętność podnoszenia się po porażce. I tak jak wcześniejsze – tak i tę kompetencję można wytrenować. Brown przyrównuje to do nauki padania na ziemię przez przyszłych spadochroniarzy.
„Nie można oczekiwać od ludzi, że będą wykazywać się odwagą i zaryzykują porażkę, jeśli wcześniej nie mieli okazji przygotować się na twarde lądowanie” - apeluje.
Ci, którzy mają za sobą takie doświadczenie, już wiedzą, że w razie niepowodzenia dadzą radę ponownie stanąć na nogi. „Opanowanie sztuki wstawania ma nam pomóc wrócić do równowagi po niepowodzeniu, błędzie czy zranieniu w taki sposób, abyśmy stali się dzięki nim mądrzejsi i mogli żyć z otwartym sercem”. Tacy liderzy są mniej zalęknieni oraz bardziej wyrozumiali dla członków zespołu. Rozumieją, że działanie niesie ryzyko, a błędy są nieuniknione. I tego muszą uczyć swoich współpracowników, zwłaszcza tych młodych, bo – jak zauważa autorka – rośnie wśród nich podatność na traumę, a maleje odporność psychiczna. Odwaga jest zaraźliwa i nie ma lepszej metody na rozwijanie kultury odważnego przywództwa, niż dawanie dobrego przykładu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dorota Kotas: "Z zespołem Aspergera da się żyć. Wystarczy się tego nauczyć"

Dorota Kotas, rocznik 1994, polska pisarka, za swój literacki debiut „Pustostany” z 2020 roku wyróżniona Nagrodą Literacką „Gdynia” i Nagrodą Conrada. (Fot. Marek M. Berezowski)
Dorota Kotas, rocznik 1994, polska pisarka, za swój literacki debiut „Pustostany” z 2020 roku wyróżniona Nagrodą Literacką „Gdynia” i Nagrodą Conrada. (Fot. Marek M. Berezowski)
Chce pokazać, że dziewczyny w spektrum autyzmu istnieją i mają głos. Otworzyć nas na inny sposób widzenia świata i funkcjonowania. Jej książka „Cukry” to świadectwo tym ważniejsze, że z pierwszej ręki. Dorota Kotas opisuje w niej siebie i przekonuje, że z zespołem Aspergera da się żyć. Wystarczy się tego nauczyć.

Podobno dla dorosłych osób, u których rozpoznano spektrum autyzmu, diagnoza – spóźniona, ale wreszcie trafna – jest pewnego rodzaju wyzwoleniem. Czy tak było i z tobą?
Diagnoza była potwierdzeniem tego, że mój mózg działa trochę inaczej. Inaczej przetwarzam dane, potrzebuję jasnych zasad i komunikowania się wprost. Mam dużą nadwrażliwość. Czasami się przebodźcowuję, jest dla mnie zbyt głośno, zbyt intensywnie, zbyt blisko – potrzebuję się wtedy odsunąć. Diagnoza potwierdziła, że to jest okej. Nie jest to nienormalne, po prostu tak mam. Dobrze było usłyszeć, że jest na to nazwa – ASD – która tłumaczy moje zachowania i to, skąd się biorą. Ale zaraz potem przyszło zmierzenie się z tym, jak tę diagnozę odbierały inne osoby z mojego otoczenia. Bardzo często mówiły: „Nie, niemożliwe, to na pewno nie autyzm! Przecież jesteś dorosła, skończyłaś studia i piszesz”. Uznały, że przecież można się ze mną jakoś dogadać, więc to nie może być spektrum autyzmu.

Zespół Aspergera stwierdzono u ciebie, gdy miałaś 26 lat. To bardzo późno.
Długo szukałam właściwych terapeutów. Nie wszyscy potrafili ze mną pracować. To było trudne – trafić na kogoś, z kim mogłabym pracować, czując, że ma to sens i w czymś mi to pomaga. Zaliczyłam mnóstwo specjalistów, sprawdzając, jaki rodzaj terapii jest dla mnie najlepszy, i testując to, czy jakiś konkretny nurt u mnie zadziała, czy w ogóle nie chwyci i okaże się stratą czasu. Bliska była mi diagnoza depresji czy stanów lękowych, ale nie miałam jasnego pomysłu na to, skąd one mogą się brać i jak mogłabym sobie pomóc. Na jednej z konsultacji jako możliwy kierunek pojawiły się zaburzenia osobowości, to podobno częsty trop przed diagnozą spektrum, kiedy trzeba dopasować jakieś rozpoznanie, a nie bardzo wiadomo, jakie wybrać. Ale kiedy zaczęłam czytać o spektrum autyzmu, od razu obraz złożył się w całość i zauważyłam, że właściwie wszystko się zgadza.

Co takiego ci się zgadzało?
Piszę o tym sporo w „Cukrach”. Zespół Aspergera to duża sprawa. Trudno jest skompresować zgrabną odpowiedź na temat tego, jak właściwie wygląda i po czym można go poznać. Na pierwszy rzut oka niewiele widać. Wyglądam normalnie. Tylko trochę inaczej wszystko przeżywam. Mam empatię i wyobraźnię, ale nie umiem do końca obchodzić się z ludźmi tak, jak należy. Dużo dzieje się u mnie w środku, za to niewiele wypływa z tego przeżywania na zewnątrz.
Dziewczynki trudno trafnie zdiagnozować, bo potrafią świetnie ukrywać swoje objawy, naśladować zachowania neurotypowych rówieśników i dostosowywać się do oczekiwań otoczenia.Tak są wychowywane. Starają się spełniać oczekiwania.

Czy z tobą było podobnie?
Myślę, że tak. Moi rodzice mieli ze mną liczne problemy. Nie do końca umieli obchodzić się z dzieckiem takim jak ja. Nasza komunikacja była pełna frustracji, czułam, że nie spełniam ich oczekiwań i nie jestem do końca taką córką, jakiej oni by chcieli. Mieszkaliśmy w małym mieście, więc nikt nie brał pod uwagę możliwości diagnostyki. Nie był to temat, o którym by się mówiło. W szkole, w mojej klasie, chłopcy przyciągali strasznie dużo uwagi dorosłych – nauczyciele bardzo zwracali uwagę na ich zachowanie; byli prawdziwym wyzwaniem, bo często się bili i byli głośni. Dziewczynki miały być po prostu tłem: być ciche i dobrze się uczyć. Nikt im się nie przyglądał i nie zastanawiał nad tym, co się kryje pod skorupką grzecznej dziewczynki, która nie sprawia zbyt wielu problemów i ma dobre oceny.

Chcesz pokazać, że nie tylko chłopcy cierpią na autyzm?
Dlaczego cierpią? To jest cecha, z którą się rodzisz – jedna z bardzo wielu cech stałych. Ta cecha nie jest dobra ani zła; w ogóle nie oceniam jej w tych kategoriach. Nie uważam, że chłopcy są częściej w spektrum. To, że częściej się ich diagnozuje, wiąże się z masą stereotypów i z błędnym założeniem, że ten temat nie dotyczy dziewczyn. Test ICD-10, który zawiera punktową skalę wskazującą prawdopodobieństwo bycia w spektrum autyzmu, jest ułożony pod chłopców. To na ich próbie były prowadzone pierwsze badania. W męskocentrycznym świecie – w którym tak naprawdę dopiero od niedawna dziewczyny mogą studiować albo podejmować decyzję o tym, z kim się zwiążą – kobiety bardzo długo nikogo nie obchodziły. Ta tendencja dopiero od niedawna zaczyna się zmieniać. Testy są skonstruowane dosyć stereotypowo. Kładą nacisk na zupełnie nietrafione rzeczy i są ułożone z myślą o dzieciach. Kiedy byłam diagnozowana, nowe kwestionariusze dla osób dorosłych były dopiero w budowie, choć istniały wersje po angielsku, które jeszcze nie zostały przetłumaczone i wdrożone do procesu diagnostycznego w Polsce. Byłam badana także takim testem, który był tłumaczony na bieżąco – dla uzupełniania standardowych narzędzi, ale miało to raczej pomocniczy charakter.

Według badań przeprowadzanych w szkołach dzieci w spektrum doświadczają nękania i fizycznej przemocy o wiele częściej niż ich neurotypowi koledzy.
Ja nie doświadczyłam tego osobiście. Ale widziałam, jak moi rówieśnicy traktują inne dzieci, które choć trochę odbiegają od normy: są zbyt ciche, niezdarne w grach zespołowych albo nie mają markowych ubrań. W mojej szkole było bardzo dużo przemocy. Niestety, nauczyciele też często byli przemocowi. To był ich sposób, żeby budować w dzieciach „szacunek”. Ja byłam mocno odcięta. Zajmowałam się pisaniem. Nie było mi potrzebne bycie w grupie najpopularniejszych dziewczyn w klasie. Chciałam tylko pisać i robić to jak najlepiej.

Dorota Kotas: 'Zespół Aspergera to duża sprawa. Trudno jest skompresować zgrabną odpowiedź na temat tego, jak właściwie wygląda i po czym można go poznać. Na pierwszy rzut oka niewiele widać. Wyglądam normalnie. Tylko trochę inaczej wszystko przeżywam'. (Fot. Marek M. Berezowski)Dorota Kotas: "Zespół Aspergera to duża sprawa. Trudno jest skompresować zgrabną odpowiedź na temat tego, jak właściwie wygląda i po czym można go poznać. Na pierwszy rzut oka niewiele widać. Wyglądam normalnie. Tylko trochę inaczej wszystko przeżywam". (Fot. Marek M. Berezowski)

Skąd ta potrzeba, żeby opowiedzieć o autyzmie? Chodzi o budowanie nowej tożsamości? A może to instrukcja obsługi?
Bardziej to sposób reprezentacji często pomijanego tematu. Spektrum u dziewczyn to przypadek, którego prawie nie ma w literaturze. Jeśli pojawiają się jakieś książki, to opowiadają głównie o chłopcach i są napisane z ich perspektywy. Moja książka to próba pokazania, że dziewczyny w spektrum istnieją i że mają głos. Otworzenie perspektywy na inny sposób widzenia albo trochę inny sposób funkcjonowania i sygnał, że to jest w porządku i że da się w ten sposób żyć, wystarczy się tego nauczyć.

Deklarujesz, że nie rozumiesz ironii, że lubisz jednoznaczne komunikaty. Ale w swojej książce z powodzeniem ironię stosujesz.
To kwestia wyuczenia się. Traktuję język jak narzędzie. Nauczyłam się, jak go używać. Wiem, że wszystko można wypracować. Kiedy przeczyta się odpowiednio dużo książek i ma się z tym narzędziem do czynienia na co dzień, cały czas, to w końcu się je opanowuje. Czasami dzieje się to z pewnym trudem, ale w końcu jakoś przejmuje się język i się go przyswaja. Traktuję też język jak grę. To jedno z moich obsesyjnych zainteresowań. Bardzo lubię zapisywać słowa i lubię, kiedy słowa są ładnie ułożone, w taki sposób, że wszystkie znajdują się na właściwych miejscach.

„Cukry” są rozliczeniowe, piszesz dużo o swojej rodzinie i dzieciństwie, i to bez cackania się.
W pierwszym wywiadzie, którego udzieliłam po napisaniu pierwszej książki [„Pustostany” – przyp. aut.], powiedziałam, że chyba nigdy nie napiszę o dzieciństwie, bo już nic nie pamiętam. Te moje słowa ciągle do mnie wracały. Zaczęłam się nad tym zastanawiać i przypominać sobie, odbudowywać tę pamięć. Wydało mi się to ciekawe – spróbować przypomnieć sobie jak najwięcej z emocji, których kiedyś nie umiałam jeszcze nazwać ani nie wiedziałam, co z tymi emocjami zrobić.

Z jakiego powodu konfrontujesz się z rodziną?
Nigdy nie podobał mi się mit świętości rodziny, nie czułam tego. Tak naprawdę trafiają nam się przecież przypadkowe osoby, które są naszymi rodzicami, i bywają zupełnie innymi osobami niż my. Czasami mają zupełnie inne poglądy, zupełnie inny sposób życia, smakują im zupełnie inne rzeczy i zupełnie inne rzeczy im się podobają. Nie widzę racjonalnego powodu, żeby utrzymywać kontakt i żeby się lubić, jeśli różnic jest zbyt dużo i jeśli z ich powodu jesteśmy dla siebie skrytymi wrogami. Nie czuję tego konceptu, że mam mieć rodzinę i być z nią związana na całe życie. Moja rodzina to osoby zbyt różne ode mnie. Jest między nami przepaść, dlatego wybieram sobie inną rodzinę, która bardziej mi odpowiada i jest rodziną z wyboru. Taki dom, w którym najbliżej są przyjaciele, jest po prostu zdrowszy.

Wydajesz się szalenie niezależna.
Od dzieciństwa nie pozwalałam narzucić sobie tego, w co będę ubrana ani co będę jeść. W wieku dziesięciu lat zaczęłam sama gotować. Robiłam sobie kaszę wymieszaną z ryżem i przyprawą do kurczaka albo makaron z vegetą, bo zdecydowałam, że nie będę jadła kotletów, mięsa, tego, co rodzice mi dają. Wydaje mi się, że moi rodzice w którymś momencie po prostu ze mnie zrezygnowali i zauważyli, że nie mogą tego opanować. Że jestem zbyt uparta na to, żeby mnie zatrzymać. Oczywiście podejmowali jakieś próby, które zresztą opisuję, ale to było skazane na porażkę, bo moja potrzeba robienia tego, co chcę, jest zbyt duża, żeby ktoś mógł ją zatrzymać.

Masz poczucie, że przed diagnozą udawałaś kogoś innego, niż jesteś?
Tak, bo bardzo chciałam, żeby wszyscy mnie polubili. Dlatego bardzo starałam się być taka jak wszyscy, postępowałam wobec siebie dosyć brutalnie. Sprawdzałam, czy mogę być przebojowa i pewna siebie oraz czy stanę się taka, jeśli będę udawać, że taka jestem. Później bardzo chciałam, żeby wszyscy mnie podziwiali. Pragnęłam pochwał i uznania. Ale już ich nie chcę. Teraz moje marzenia są takie: chcę zasypiać wieczorami bez wielu godzin przewracania się w łóżku i myślenia o wszystkich złych rzeczach oraz budzić się wypoczęta i pełna energii. Chcę być dla siebie dobra i znaleźć w tym spokój.

Jesteś minimalistką?
Nie, dlaczego? Myślę, że to bardzo duże marzenie i trudne w realizacji.

Pokutuje silne przekonanie, że osoby w spektrum są pozbawione empatii. Nie do końca tak jest.
Można mówić o różnicach w sposobach reagowania. O trudności w wyrażaniu emocji w sposób, który jest społecznie akceptowalny i zgodny z tymi wszystkimi normami zachowania wyznawanymi przez ogół społeczeństwa. Kiedy ktoś mówi mi, że jest smutny, to nie mam odruchu, żeby powiedzieć mu: „ojeeej, ojej”, i po prostu pobyć z tą osobą. Zamiast tego chcę natychmiast znaleźć jakieś rozwiązanie i myślę, jak mogę pomóc, przerwać ten stan. Reaguję na emocje, raczej działając, niż rozmawiając o tym. Tak jest w moim wypadku, ale to pewnie też nie jest reguła. Nadal jestem dosyć słaba w emocje i duży problem sprawia mi to, że ludzie często coś innego mówią, a inaczej czują albo myślą, że są w tym tak duże rozbieżności. Albo że ktoś mówi jedno, ale ma na myśli coś innego. I nie sposób się w tym odnaleźć, a jednak oczekuje się ode mnie empatii i zrozumienia – to straszny paradoks!

A jak jest z własnymi uczuciami, dobrze je czytasz?
Nie jestem pewna. Bardzo dużo wyczytuję z ciała. Nie wiem, skąd neurotypowe osoby wiedzą, że czują się w określony sposób. U mnie wszystko przepływa przez ciało. Wiem, że jeżeli czuję sztywność rąk, to znaczy, że jestem zdenerwowana, a kiedy mam odruch poruszania się, to jest we mnie napięcie. Ale często te reakcje przychodzą z opóźnieniem i to bywa problematyczne. Ponieważ nie zawsze czuję od razu, że coś się wydarzyło, tylko odkłada się to we mnie i ta świadomość przychodzi po czasie. Bardzo dużo dała mi joga i to, że nauczyłam się kontaktu z ciałem. Umiem teraz je zeskanować i zauważyć różnicę w jego strukturze albo precyzyjnie zlokalizować miejsce, w którym odłożyło się napięcie. Czasami wiem też, co mam zrobić, żeby je z siebie wyrzucić. Wentylem dla napięcia są stimy, zachowania takie jak trzepotanie rąk czy miarowe stukanie nogą. Z drugiej strony to naraża na stygmatyzację.
W reklamach tak zwanych terapii leczących autyzm mówi się często o wyciszaniu niepożądanych zachowań, które są źle widziane. Ja bardzo chciałabym być spontaniczna i robić wszystko, na co mam ochotę – i iść za tym, co pojawia się w moim ciele, czego ono potrzebuje. Ale mam blokady związane z wychowaniem i z tym, że nie wolno. Staram się jednak pilnować tego coraz mniej. Nie wiem, dlaczego miałabym nie robić czegoś, co mi pomaga, czego potrzebuję. A jednak prawie każdy swój ruch wykonuję z przyzwyczajenia z ogromnym namysłem.

Mówi się, że osoby w spektrum są odrzucane społecznie, choć pragną kontaktów. Często wycofują się też z relacji, jeśli spotkał je zawód.
Wydaje mi się, że trzeba znaleźć właściwych ludzi, którzy do nas pasują, z którymi się rozumiemy. To jest dość skomplikowane w wypadku każdej osoby. Ale w czasach Internetu to jest do zrobienia. Można łatwiej znaleźć właściwe osoby i nie trzeba od razu patrzeć sobie w oczy.
Nie czuję się samotna, ale też nie potrzebuję bardzo wielu relacji. Dużo dają mi książki. Nie potrzebuję być w bezpośrednim kontakcie, codziennego spotykania się ani dzwonienia. Wystarcza mi sama świadomość, że mam bliskie osoby. Czasami wystarcza mi, że rozmawiamy raz na pół roku. Nie jestem w tym zakresie bardzo wymagająca.

Kluczem do przyjaźni jest podobieństwo?
Niekoniecznie, raczej dogranie się, przystawalność do siebie, zgodność energii. Relacje są trudne, ale da się je „zrobić”, w przypadku gotowości obu stron do tego, żeby rozmawiać.

Przyznajesz się do tego, że dużo rzeczy wyzwala w tobie strach. Jak udaje ci się z nim walczyć?
Nie jestem pewna, czy walczę ze strachem. To w moim życiu coś niezmiennie obecnego, jakaś stała jakość. Może po prostu uczę się go obsługiwać. Strach jest we mnie prawie cały czas. Robię tyle, ile mogę, żeby było dobrze. 

W kwietniu nakładem wydawnictwa Cyranka ukazała się  druga książka Doroty Kotas „Cukry”.(Fot. materiały prasowe)W kwietniu nakładem wydawnictwa Cyranka ukazała się druga książka Doroty Kotas „Cukry”.(Fot. materiały prasowe)

Dorota Kotas, rocznik 1994, polska pisarka, za swój literacki debiut „Pustostany” z 2020 roku wyróżniona Nagrodą Literacką „Gdynia” i Nagrodą Conrada. W kwietniu nakładem wydawnictwa Cyranka ukazała się jej druga książka „Cukry”.

  1. Psychologia

Wysoka wrażliwość – jak z nią żyć?

Osoby wysoko wrażliwe powinny nauczyć się sobą zaopiekować. (Fot. Getty Images)
Osoby wysoko wrażliwe powinny nauczyć się sobą zaopiekować. (Fot. Getty Images)
Tego nie można się „oduczyć” i dzięki pracy nad sobą stać się osobą nisko wrażliwą. To tak, jakby ktoś chciał zmienić kolor oczu – mówi psychoterapeutka Katarzyna Kucewicz. To, co można zrobić, to się o tę swoją inność zatroszczyć.

Niektóre z nas wciąż słyszą o sobie: „przewrażliwiona”, „histeryczka”. Pani proponuje inne określenie: „kobiety, które czują za bardzo”. Taki tytuł nosi też pani nowa książka.
To, co skłoniło mnie do zajęcia się tym tematem, to historie moich pacjentek, ale także krążące opinie na temat tego, że koncepcja psychologiczna dotycząca wysokiej wrażliwości jest wydumanym problemem. Że powstała po to, żeby usprawiedliwić kobietę, która jest niedojrzała emocjonalnie, nie wie, czego chce, a do tego manipuluje innymi, by osiągnąć swoje cele. Wysoka wrażliwość wciąż mylona jest z przewrażliwieniem, z brakiem umiejętności dostosowania się do otaczającego świata, z niedawaniem sobie w życiu rady. Chcę powiedzieć stanowczo: to bzdura! Nieprawdziwa, niesprawiedliwa, bardzo krzywdząca.

I niestety popularna.
Żyjemy w czasie, kiedy przekazy dotyczące emocji i emocjonalności są sprzeczne. Choć wiele mówi się już o wadze umiejętności odczytywania i wyrażania swoich uczuć, to jednocześnie w cenie jest zachowanie twarzy pokerzysty. A kiedy ktoś właśnie swoje emocje wyraża, odpowiedzią otoczenia jest dystans, patrzenie z przymrużeniem oka, jak na kogoś nie do końca poważnego albo gorszej kategorii. Problemem jest nieznajomość podstaw psychologii. A ponieważ ich nam brakuje, mamy tendencję do tego, by rozmaite trudności emocjonalne wkładać do jednego worka z napisem „przewrażliwienie”. Oczywiście są osoby przewrażliwione, czyli takie, których reakcje są nieadekwatne do sytuacji. Jednak to raczej nie jest cecha osobowości. Przewrażliwienie to wynik sytuacji, okoliczności, w jakich ktoś się znalazł – tego, że aktualnie z jakimś tematem jest nam nie po drodze. Tak jak nie po drodze może być kobiecie, która właśnie się rozwodzi, z tematem wielkiej miłości czy walentynek. Może wtedy reagować przesadnie, ale to sytuacyjne i przejściowe. Natomiast wysoka wrażliwość to po prostu cecha charakteru, specyficzny sposób funkcjonowania ośrodkowego układu nerwowego. Nie można się jej „oduczyć” i dzięki pracy nad sobą stać się osobą nisko wrażliwą. To tak, jakby ktoś chciał zmienić kolor oczu. Można założyć soczewki, jednak to będzie tylko udawanie.

Z wysoką wrażliwością się rodzimy?
Tak, bez względu na to, czy wychowaliśmy się w fajnej, ciepłej rodzinie, czy w toksycznej. Nasz mózg po prostu inaczej przetwarza bodźce, które do nas docierają. Mówiąc najbardziej obrazowo, chodzi o to, że intensywniej chłoniemy świat, każdym zmysłem. Dźwięki, zapachy, światło – to wszystko dociera do nas ze zwielokrotnioną mocą. A do tego występuje bardzo duża wrażliwość na ludzi. Takie osoby mają ogromne pokłady empatii, są doskonałymi obserwatorami, po najdrobniejszej zmianie mimiki są w stanie wyczuć czyjeś nastawienie, zmianę nastroju, intencje. To brzmi wręcz fantastycznie, ale taka czułość na szczegóły i umiejętność odbierania świata całym sobą może być bardzo obciążająca, męcząca. Ktoś taki potrzebuje dużo więcej regeneracji i chwil spędzonych w samotności, na odcięciu się od świata. I już to, jak opowiadają moje pacjentki, jest często niezrozumiane przez całą resztę, czyli ludzi nisko wrażliwych.

Według badań proporcje są takie: 20 proc. populacji to osoby wysoko wrażliwe, 80 proc. – nisko wrażliwe. Można poczuć się jak kosmita…
I zapewniam panią, że tak właśnie te osoby się czują. Kiedy koleżanki i koledzy z pracy po ciężkim dniu wybierają się razem na piwo, żeby odreagować i rozluźnić się, osoba wysoko wrażliwa marzy tylko o tym, by wrócić do domu, zaszyć się w ciszy i ciemności. Czuje, że to jest ponad jej siły. A ponieważ dla reszty nie jest to „normalne”, więc zwykle taka kobieta kręci i wymyśla powód, dla którego nie może się spotkać ze znajomymi. Prędzej czy później dostaje łatkę dziwaka czy odludka.

Czy wykształcenie tej cechy to efekt pędzącego współczes­nego świata, czy może tacy ludzie byli zawsze, tylko po prostu nie mówiło się o tym, nie badano tego zagadnienia?
W moim poczuciu i wedle mojej wiedzy ta cecha istniała zawsze. W swojej książce piszę, że pewnie kiedyś kobiety wysoko wrażliwe to były te, które palono na stosach, nazywano czarownicami. Oczywiście to tylko moje gdybanie, ale wydaje mi się, że właśnie ta kobieca intuicja w wydaniu zintensyfikowanym, swoisty nadmiar empatii, zdarzała się zawsze, tylko dopiero dziś zostało to nazwane i opisane. I bardzo dobrze, bo tylko w ten sposób wysoko wrażliwi mogą zdjąć z siebie łatkę dziwaków, nieogarniętych życiowo.
Po napisaniu książki dostaję mnóstwo wiadomości. To tylko potwierdza, że „kobiety, które czują za dużo”, rzeczywiście istnieją i rzeczywiście cierpią. Piszą, że dopiero teraz mogą znaleźć wytłumaczenie dla czegoś, co było źródłem ich kompleksów. Bardzo mnie to cieszy, bo wiedza o tym, jakie jesteśmy i co z czego wynika, daje nam szansę, by się sobą odpowiednio zaopiekować, lepiej zaprojektować swoje życie – to znaczy brać pod uwagę swoją wysoką wrażliwość, kiedy zmieniamy pracę, wybieramy się na wakacje czy kiedy wchodzimy w nowy związek. Ta wiedza to także źródło naszej siły.

Bo kobieta, której zapach perfum koleżanki z pracy przeszkadza na tyle, że nie jest w stanie pracować, nie jest ani histeryczką, ani wariatką.
Nie jest! Podobnie jak ta, która nie potrafi skupić się w szumie biura i której napisanie mejla zajmuje trzy razy więcej czasu, niż kiedy robi to w domowym zaciszu. Czy taka, która zgodnie ze swoimi poglądami chciałaby uczestniczyć w marszach Strajku Kobiet, ale tego nie robi, bo nie potrafi dłużej wytrzymać w tłumie. Z takich właśnie rozterek zwierzają mi się kobiety. Czują, że to, jakie są, w pewnym sensie wyklucza je z normalnego życia. Wyrzucają sobie, że robią z igły widły, więc znoszą ten zapach perfum koleżanki w milczeniu i z bólem głowy! Za wszelką cenę starają się dostosować.

Krytyka innych boli…
Czasem, żeby niedowiarkom zobrazować odczucia osoby wysoko wrażliwej, mówię, że taki człowiek czuje się non stop tak, jakby stał na ruchliwym skrzyżowaniu w Tokio. Proszę sobie wyobrazić, że jest pani średnio 12 godzin na dobę w miejscu, w którym wciąż trąbią, jest tłum, szum, ktoś panią co chwilę potrąca, o coś pyta, ktoś inny krzyczy do telefonu. Głowa nam pęka, a o ucieczce nie ma mowy. Przyjemnie? No właśnie… A tak czuje się przez większość czasu osoba wysoko wrażliwa.
O tym, jak mocno odbiera świat, świadczy z pozoru drobny, ale przewijający się w opowieściach moich pacjentek drobiazg – drapiące metki! Ten dotyk to dla nich tak nieprzyjemne uczucie, że pierwszą rzeczą, którą robią po przyjściu do domu z nowym ciuchem, jest jej wycięcie.

Próba dostosowania się do standardów osób nisko wrażliwych ma swoją cenę, prawda?
Zdecydowanie tak! Koszty są czasem naprawdę duże, dlatego nie wolno tego robić!

Czy można wpędzić się w ten sposób w stany depresyjne?
Badania nad osobami wysoko wrażliwymi prowadzone przez doktor Elaine Aron, twórczynię pojęcia wysokiej wrażliwości, wykazały co prawda, że nie ma żadnych różnic między osobami wysoko i nisko wrażliwymi w zakresie zapadania na depresję i zaburzenia lękowe, ale też kiedy osoba wysoko wrażliwa już choruje na depresję, to bardzo często u jej podłoża leży ten sam powód: ostracyzm i odrzucenie społeczne. To dowodzi tego, jak bardzo cierpią ludzie wysoko wrażliwi.

Wspomniała pani, że swoją wysoką wrażliwość należy mieć na uwadze także wtedy, kiedy wchodzimy w nowy związek. Co to dokładnie oznacza? Na co warto zwrócić uwagę?
Mogłoby się wydawać, że z wysoko wrażliwymi osobami najlepiej dogadują się inni wysoko wrażliwi. Otóż to nie takie proste. Mam w terapii takie pary – wcale nie są to związki idealne, bo to relacje kompletnie „odbodźcowane”, a to też nie jest zdrowe. Pojawia się wtedy taki poziom nudy i rutyny, który może być szkodliwy dla związku. A skoro pyta pani, na co zwrócić uwagę, odpowiem tak: jeśli wysoko wrażliwa kobieta znajduje nisko wrażliwego partnera lub nisko wrażliwą partnerkę, polecam, by z jednej strony dała jemu czy jej żyć – czyli miała na uwadze, że taka osoba potrzebuje większej porcji bodźców – ale z drugiej strony uświadomiła partnerowi, jakie są jej potrzeby: czytelnie, otwarcie, szczerze. I uprzedziła, że fakt, iż potrzebuje być często sama, nie wynika z tego, że nie jest im już po drodze czy że się od siebie oddalają. Ona po prostu wycofuje się, by złapać oddech, a nie wycofuje się z relacji.

Usłyszała pani od którejś pacjentki lub czytelniczki, że przez swoją wysoką wrażliwość zmuszona jest obchodzić się ze sobą trochę jak z jajkiem?
Nie chodzi o to, by obchodzić się ze sobą jak z jajkiem. Wysoka wrażliwość to nie choroba! Chodzi o to, by zapewnić sobie warunki adekwatne do swoich potrzeb, by te potrzeby szanować, brać je pod uwagę w codziennym życiu. Elaine Aron używa pewnej metafory – tłumaczy, by zaopiekować się sobą tak, jak opiekujemy się noworodkiem. Kiedy płacze, nie dyskutujemy, czy ma powód, po prostu otaczamy małe dziecko czułością – przytulamy, karmimy. Wyrazem czułości wobec siebie będzie choćby to, jakie miejsce wybierzemy na wakacje. Ktoś, kto stale przebywa na skrzyżowaniu w Tokio, nie powinien odpoczywać w Nowym Jorku, ale raczej na wsi pod miastem. Raczej joga, a nie crossfit. Po prostu.

Wyrazem czułości będzie chyba także spojrzenie na swoją wrażliwość jako wartość, bo z tej cechy świat może korzystać!
Zdecydowanie może! Osoby wysoko wrażliwe to świetni pracownicy. Pilni, sumienni, skuteczni. Genialnie sprawdzają się podczas negocjacji – wyczuwanie niuansów, subtelnych sygnałów jest tu przecież bezcenne. Zresztą w wielu krajach w dużych firmach prowadzone są specjalne szkolenia dla dyrektorów i osób zarządzających na temat tego, jak wykorzystać ogromny potencjał osób wysoko wrażliwych. Bo jeżeli zapewni się im odpowiednie warunki, będą rozkwitać, z korzyścią dla wszystkich dookoła. To samo dotyczy ich życia prywatnego. Osoba wysoko wrażliwa to genialny przyjaciel – potrafi słuchać, ma ogromne pokłady empatii, dogłębnie wszystko analizuje, więc potrafi też doradzić. A czy nie tego potrzebujemy właśnie od bliskiej osoby?!

Katarzyna Kucewicz, psycholog, psychoterapeutka. Współprowadzi w Warszawie Ośrodek Psychoterapii i Coachingu „Inner Garden”. Jej książka „Kobiety, które czują za bardzo” ukazała się nakładem wydawnictwa Rebis. (Fot. materiały prasowe)Katarzyna Kucewicz, psycholog, psychoterapeutka. Współprowadzi w Warszawie Ośrodek Psychoterapii i Coachingu „Inner Garden”. Jej książka „Kobiety, które czują za bardzo” ukazała się nakładem wydawnictwa Rebis. (Fot. materiały prasowe)

  1. Psychologia

Nie bój się popełniać błędów, bo to one uczą cię najwięcej

A co by się stało, gdybyś zaryzykował, gdybyś zawalczył o swoje życie, pomimo swojego wewnętrznego, negatywnego głosu i niesprzyjających ci opinii innych ludzi? (Fot. iStock)
A co by się stało, gdybyś zaryzykował, gdybyś zawalczył o swoje życie, pomimo swojego wewnętrznego, negatywnego głosu i niesprzyjających ci opinii innych ludzi? (Fot. iStock)
Z natury jestem perfekcjonistą, wszystko musi być dopięte na ostatni guzik, a ja sam muszę czuć, że w danej sytuacji wszystko kontroluję i nie popełnię najmniejszego błędu. Jednak życie wielokrotnie już pokazało, że toczy się swoim, a nie naszym rytmem. Pamiętaj, że nigdy nie będziesz gotów w 100 proc., aby być najlepszym mężem, najlepszą żoną, szefową, dzieckiem, pracownikiem czy trenerem. Ale zacznij z tym co masz, bądź po prostu „good enough” – poczuj, że jesteś wystarczająco dobry, z wiedzą i umiejętnościami, które dzisiaj posiadasz.

Leo Messi, uznawany za jednego z najlepszych piłkarzy na tym globie, powiedział kiedyś: 17 lat zajęło mi, aby odnieść sukces z dnia na dzień. Nadal uważasz, że aby stanąć na swoim życiowym podium wystarczy ci tylko talent? Kluczem jest cierpliwość, podsycana wytrwałością i niezłomną determinacją, której fundamentem są twoje marzenia, napędzane pasją. Natomiast my zbyt często odpuszczamy, rezygnując ze swoich marzeń, bo ktoś nam powiedział, że się nie da. Z obawy przed porażką nie podejmujemy działań, tkwiąc od lat w tym samym miejscu, w tym samym środowisku, z tymi samymi ludźmi i z tymi samymi przekonaniami w głowie, że życiu nie ma innych alternatyw. A co by się stało, gdybyś zaryzykował, gdybyś zawalczył o swoje życie, pomimo swojego wewnętrznego, negatywnego głosu i niesprzyjających ci opinii innych ludzi? Wiem, że nie będzie to łatwe. Jestem wręcz pewien, że twój mózg znajdzie tysiące wymówek, aby nie robić tego, mimo, że w sercu czujesz, że sprawiłoby ci to mega frajdę. Gorąco zachęcam cię, a nawet poczuj, że popycham cię, abyś zrobił ten pierwszy krok. Jeżeli przyjdzie moment, że się zawahasz, że poczujesz lęk przed porażką, to spróbuj użyć 3 poniższych narzędzi wprost z treningu mentalnego, które pozwolą ci poradzić sobie z porażką.

1. Jeżeli jesteś przed ważnym dla ciebie wydarzeniem - może jest to rozmowa o pracę, może podejście do dziewczyny i zaproszenie jej na randkę, a może za chwilę masz wejść na scenę i opowiedzieć swoją historię? Zadaj sobie wtedy pytanie, co najgorszego mogłoby się stać, jakby ci się nie udało? Jaki wtedy najczarniejszy scenariusz mógłby się wydarzyć? Spisz je wszystkie.

2. Następnie wypisz listę osób, które pomimo porażki nadal będą Cię wspierać?

Czy pomimo ewentualnej porażki, coś strasznego się stało? Czy wśród twoich znajomych, bądź bliskich ktoś przestał cię kochać? Nie wydaje mi się. Zapewne nic się nie zmieni. Dlatego może warto „spuścić trochę powietrza” i dać sobie więcej luzu.

3. A jeśli poniosłeś według ciebie porażkę, to spójrz na nią z dalszej perspektywy. Jeśli twoje życie to gruba księga, to ile w niej miejsca zajmuje wydarzenie, które traktujesz jako porażkę? Jedno zdanie? Jeden akapit? Dlatego jakie znaczenie ma ta porażka w skali całego Twojego życia? Mogę się z tobą założyć, że po tygodniu, a nawet i wcześniej zapomnisz o niej. W związku z tym, po co się martwić czymś, co za chwilę nie będzie miało dla ciebie żadnego znaczenia?

Dlatego daj sobie prawo do porażki, prawo do tego, że na swojej życiowej drodze napotkasz problemy, popełnisz mnóstwo błędów. Im większe i bardziej ambitne cele sobie stawiasz, tym więcej rozczarowań i trudności doświadczasz. To niepowodzenia i chwilowe trudności, których przecież starasz się uniknąć, przynoszą ci paradoksalnie najwięcej życiowych lekcji. Przeszkody, mimo ze ich nie chcesz, z pewnością nadejdą. Ale to one pozwolą ci stać się osobą, która sięga w życiu po więcej, która pomimo przeciwności realizuje swoje marzenia. I w końcu przyjdzie taki moment, że powiesz: te liczne porażki, które były moimi życiowymi doświadczeniami, ukształtowały mnie i sprawiły, że dzisiaj jestem dumny z tego co osiągnąłem. Z perspektywy czasu spojrzysz na porażki, jak na lekcje, które musiały się wydarzyć, które były cenne dla ciebie, za które dzisiaj jesteś wdzięczny.

Zacznij z tym co masz, ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami, bądź sobą w 100 proc. w tym co robisz, podążając za swoją pasją i marzeniami, wykorzystując powyższe narzędzia treningu mentalnego. I jak mówi Les Brown, jeden z najbardziej znanych mówców motywacyjnych na świecie: Nie musisz być wielki, aby zacząć, ale musisz zacząć, aby być wielkim.

Karol Ciborowski trener mentalny oraz trener fitness z kilkunastoletnim doświadczeniem. Motywujący i inspirujący, ale przede wszystkim podążający za swoją pasją i realizujący swoją misję, jaką jest odkrywanie potencjału drugiego człowieka. Wierzy, że marzenia i jasno określone cele są w stanie odmienić życie. W swojej pracy koncentruje się przede wszystkim na rozwoju dzieci i młodzieży, ponieważ jest przekonany, że siła treningu mentalnego może zmienić ich całe przyszłe życie.

  1. Psychologia

Władza ma różne oblicza. Jak na nas działa? Dlaczego tak łatwo jej ulegamy?

Wiele badań pokazuje, że władza daje napęd i  energię do działania, podnosi poziom optymizmu, poprawia samopoczucie, samoocenę i  kreatywność. To między innymi dlatego rządzącym udaje się zacząć i  skończyć dużo więcej projektów niż tym pozbawionym władzy. (fot. iStock)
Wiele badań pokazuje, że władza daje napęd i  energię do działania, podnosi poziom optymizmu, poprawia samopoczucie, samoocenę i  kreatywność. To między innymi dlatego rządzącym udaje się zacząć i  skończyć dużo więcej projektów niż tym pozbawionym władzy. (fot. iStock)
Przedmiot pożądania jednostek i całych zbiorowości. Potężna siła, której trudno się oprzeć. Nęci, kusi, mami. Dlaczego wydaje się nam tak atrakcyjna i pociągająca, a gdy już jej ulegamy – zmienia nas nie do poznania?

Przedmiot pożądania jednostek i  całych zbiorowości. Potężna siła, której trudno się oprzeć. Ponoć najlepszy afrodyzjak. W  dodatku wszechobecna: działa w  społeczeństwie, pracy, szkole, bliskich relacjach. Nęci, kusi, mami. Dlaczego wydaje się nam tak atrakcyjna i  pociągająca, a  gdy już jej ulegamy – zmienia nas nie do poznania? Co tak naprawdę nam daje? A  może także coś odbiera, tylko tego nie widzimy?

Świetlica szkoły podstawowej w  jednej z  warszawskich szkół. Dorota Wiśniewska-Juszczak, doktor psychologii na Uniwersytecie SWPS, jest świadkiem następującej sceny: Pewna mama przychodzi po swoją sześcioletnią córkę. Właśnie zaczęła się przerwa, więc korytarz jest pełen rodziców i  dzieci, a  wśród nich owa dziewczynka uśmiechnięta na widok mamy. Opiekunka ze świetlicy krzyczy z  daleka: „A  córka pochwaliła się już tym, co zrobiła?”. Mamę rozpiera duma, ogarnia podwójna radość, bo mało tego, że widzi rozradowaną córkę, to jeszcze słyszy w  słowach pani zapowiedź pochwały. A  pani z  uśmiechem, przy wszystkich, na cały głos, donosi na dziewczynkę – że była niegrzeczna, że usiłowała ugryźć koleżankę. Na koniec dorzuca: „No, chyba niedługo kupimy jej kaganiec!”.

– Stanęłam jak wryta – opowiada Dorota Wiśniewska-Juszczak. – Byłam tak zszokowana zachowaniem pani nauczycielki, że kompletnie odebrało mi mowę. I  dopiero później dotarło do mnie, że oto doświadczyłam czysto władczego zachowania. Od lat naukowo zajmuję się władzą, badam różne jej przejawy, a  teraz jestem świadkiem jej działania w  najmniej oczekiwanym miejscu. Pani mająca nad ową dziewczynką przewagę, także fizyczną, całym swoim zachowaniem pokazała: „Ty się w  ogóle nie liczysz, ja mogę na oczach całego świata, nawet przy twojej mamie, zbesztać cię i  pokazać, że jesteś nikim”. Potem dowiedziałam się, że owa mama zainterweniowała u  dyrekcji szkoły, co na szczęście przyniosło rezultaty. Ale na początku pani nie mogła zrozumieć, o  co chodzi. Tłumaczyła, że to był żart. Tego, że dziewczynka płakała, że została upokorzona przy mamie i  kolegach, pani „trzymająca władzę” w  ogóle nie brała pod uwagę. To doświadczenie pokazało mi, badaczce tego tematu, jak wszechobecna może być władza. Bo niezależnie od tego, czy ktoś dzierży ją w  relacji z  uczniem, czy z  partnerem, czy z  podwładnym, tak samo może uzurpować sobie prawo do przekraczania norm. Pani przedszkolanka przekroczyła je, oceniając swoją uczennicę publicznie, używając określenia „założymy kaganiec”. Inni „władcy” dają sobie inne prawa, a  wszystko tylko dlatego, że uważają: „Nam z  racji sprawowanej władzy wolno więcej niż innym”. Czasami robią to bezrefleksyjnie, bez złych intencji, tak było chyba w  przypadku pani przedszkolanki, co jednak nie zmienia faktu, że konsekwencje takich zachowań mogą być bardzo negatywne.

Patrzę na ciebie z góry

Zespół badaczy z  Uniwersytetu SWPS z  dr Aleksandrą Cisłak badał metafory związane z  pojęciem władzy. Okazuje się, że wszystkie potoczne określenia na ten temat trafnie oddają, czym ona jest. Bo jak „się patrzy na kogoś z  góry”, to nawet fizycznie odczuwa się przewagę nad osobą stojącą niżej. To dlatego zarządy, dyrekcje sytuują swoje gabinety na wyższych piętrach korporacji – nikt w  firmie nie powinien mieć wątpliwości, do kogo należy ostatnie zdanie.

Władza kojarzy się przede wszystkim z  polityką, życiem społecznym i  zawodowym. Psychologowie Annette Y. Lee Chai i  John A. Bargh w  książce „Władza. Pokusy i  zagrożenia” definiują ją jako – z  jednej strony – zdolność do wywierania wpływu na innych ludzi, a  z  drugiej – do opierania się ich oddziaływaniu.

Dorota Wiśniewska-Juszczak: – Według mnie to, czym jest władza, najlepiej oddaje definicja mówiąca, że to asymetria wpływu, czyli taka relacja, w  której jedna strona ma wpływ na drugą, podczas gdy ta druga strona nie ma wpływu na tę pierwszą. A  dodatkowo jedna ze stron ma dostęp do zasobów, a  druga ich nie ma. Te zasoby mogą być różne: polityczne, zawodowe, prywatne, na przykład dostęp do stanowisk, pieniędzy, a  w  sferze prywatnej – do dzieci, przyjaciół, seksu. Partnerzy rozgrywają tymi zasobami w  trakcie rozwodu – mąż chce odciąć żonę od pieniędzy, żona męża od dzieci. Partner o  mniejszych zasobach ma, oczywiście, mniejsze szanse w  tej próbie sił.

Psycholożka podkreśla, że władza nie istnieje sama dla siebie. Jak wynika z  badań, jakie przeprowadziła na Uniwersytecie SWPS razem z  Janiną Szwykowską-Ziemniak, władza zawsze występuje w  jakiejś relacji. Pokazuje to między innymi eksperyment polegający na tym, że zaproponowano ludziom, żeby wybrali sobie niski lub wysoki fotel. Z  wcześniejszych badań wynikało, że wysoki fotel, podobnie jak duży gabinet albo gabinet położony wyżej, aktywizują poczucie władczości. I  co się okazało? Że ludzie siedzący na wysokim fotelu przejawiali władczość tylko wtedy, gdy ktoś siedział na niskim fotelu, gdy natomiast ten fotel był pusty, poczucie władczości się nie ujawniało.

Czy to oznacza, że owo poczucie może zrodzić się w  każdym z  nas bez względu na cechy osobowości, a  jedynie w  sprzyjających warunkach zewnętrznych?

– Wszystko wskazuje na to, że tak – odpowiada psycholożka. – Badamy nie tylko ludzi, którzy mają władzę, ale także tych, którym stworzy się warunki do jej aktywizowania, i obserwujemy, co się z  tymi ludźmi dzieje. Okazuje się, że zdecydowana większość z  nich ulega czarowi władzy.

O  tym, że to sprzyjające warunki czynią z  nas władców, świadczy fakt, że ten sam człowiek może w  jednej sytuacji być władczy, a  w  drugiej podporządkowany.

Jestem mocarzem

Dorota Wiśniewska-Juszczak podkreśla, że powód ulegania pokusie władzy jest prosty – bo daje natychmiastowe korzyści. Tuż po jej przejęciu człowiek dostaje ze świata zewnętrznego dużo sygnałów, że jest supergościem. Wielu ludzi go komplementuje, chce się z  nim przyjaźnić, zaprasza, obdarowuje, dużo wokół niego się dzieje.

Wiele badań pokazuje, że władza daje napęd i  energię do działania, podnosi poziom optymizmu, poprawia samopoczucie, samoocenę i  kreatywność. To między innymi dlatego rządzącym udaje się zacząć i  skończyć dużo więcej projektów niż tym pozbawionym władzy. Aktywizowanie podwładności uruchamia bowiem w  mózgu procesy hamowania, co powoduje, że ludzie podejmują działania z  opóźnieniem. Natomiast u  rządzących włącza się apetytywny (popędowy) system dążenia związany z  ośrodkiem nagród. W  osiąganiu celów bardzo pomaga im także to, że potrafią stawiać granice. W  jednym z  eksperymentów przeprowadzonych przez amerykańskiego psychologa Adama Galinsky’ego i  jego współpracowników wywołano u  badanych – za pomocą wspomnień o  sprawowaniu bądź podleganiu władzy – poczucie władczości i  podwładności. A  potem włączono wentylatory. Ustawiono je tak blisko, żeby wiały prosto w  oczy, czyli przeszkadzały. Okazało się, że 70 procent osób z  grupy władczej jakoś na to zareagowało: przestawiło wentylatory albo poprosiło o  ich wyłączenie, natomiast z  grupy podporządkowanej zrobiło to tylko 30 procent.

– Sprawowanie władzy daje same korzyści – mówi Dorota Wiśniewska-Juszczak. – Największą jest to, że ludzie mogą wywierać wpływ na innych, zmieniać rzeczywistość w  takim kierunku, jaki jest dla nich korzystny. Szkoda, że nie myślą o  tym, co zauważyła dopiero na zakończenie swojego premierowania Ewa Kopacz – że każda władza przemija. Rzadko kto myśli o  długoterminowych konsekwencjach, bo dopóki mamy wokół siebie admiratorów, rozsmakowujemy się w  sprawowanej funkcji i  nie widzimy żadnych zagrożeń. Często mówię menedżerom, że to pierwszy krok do ich klęski. Bo jak otaczają ich tylko pochlebcy, którzy przyklaskują każdej ich decyzji, to kreowany przez nich obraz sytuacji może być nieprawdziwy. A  to jest niebezpieczne. Szef nie ma bowiem wszystkich danych do oceny sytuacji, przeszacowuje więc swoje możliwości, kierując się podsycanym poczuciem mocy oraz fałszywym przekonaniem, że musi się udać. Nie docenia natomiast ryzyka. Efektem są niefortunne posunięcia, co może skończyć się utratą stanowiska.

Rządzę, więc mogę wszystko

I  to jest ta dobra strona wybieralnej władzy – że szef, który się nie sprawdził, może ją stracić. Inaczej niż w  bliskich związkach, gdzie rządzenie pozbawione weryfikującej oceny innych, karmione silnymi emocjami, a  często także zakamuflowane, rozkwita najbardziej. Tu władcy mają największe pole do popisu.

Profesor Eugenia Mandal w książce „Miłość, władza i  manipulacja w  bliskich związkach” pisze, że w  intymnych relacjach możemy właściwie bez ograniczeń kontrolować, wymagać, wymuszać, manipulować. A  wszystko za pomocą kar (także przemocy), nagród, pieniędzy, autorytetu, seksu. Profesor przytacza badania, z  których wynika, że osoba mniej zaangażowana ma w  związku większą władzę, silniejszy wpływ na partnera. Może zatem dyktować warunki bardziej kochającemu, co psychologowie nazwali zasadą mniejszego zainteresowania. Tę zasadę dobrze ilustruje powiedzenie: kochasz – służysz, jesteś kochany – rządzisz.

Henry Kissinger mawiał, że władza to najlepszy afrodyzjak, który przyciąga kobiety. Czy przyciąga także mężczyzn do kobiet mających władzę?

Dorota Wiśniewska-Juszczak: – Niekoniecznie. Z  moich obserwacji wynika, że jeżeli w  relacji między kobietą a  mężczyzną na dobre zagości władza, sprawowana w  dodatku niepodzielnie przez jedną stronę, to jest to dla związku zagrażające. Dobry bliski związek opiera się bowiem na zaufaniu, lojalności, ciepłych uczuciach, wartościach, a  tego wszystkiego brakuje w  relacji opartej na podporządkowaniu, lęku, rozgrywkach. Strona podporządkowana staje się biernym obserwatorem, dominująca natomiast wini ją za bierność, nieudolność, powolne podejmowanie decyzji, zły nastrój, brak optymizmu i  nawet nie zauważa, że to ona kręci tym kołem.

Dlaczego jedni potrafią rządzić, a  inni nie? Wpływają na to nie tylko sprzyjające okoliczności, ale także cechy charakteru i  osobowość. Psychologia mówi o  dużej korelacji z  władzą takich cech, jak: ekstrawertyczność, inteligencja oraz stereotypowo postrzegana męskość, czyli potrzeba dominacji, rywalizacji, narzucania swojej woli. To, oczywiście, nie oznacza, że każdy nosiciel takich cech będzie pchał się do władzy, ale ma zdecydowanie większe szanse niż ludzie ugodowi, koncyliacyjni, łagodni.

Szefowie akcentują inny aspekt władzy: odpowiedzialność. Dorota Wiśniewska-Juszczak: – Z  badań wynika, niestety, co innego: że ludzie zazwyczaj sięgają po władzę ze względu na możliwości, jakie im daje, a  nie na odpowiedzialność. Kiedy menedżer myśli o  awansie, to widzi przede wszystkim profity: wysokość zarobków, samochód do dyspozycji itp., rzadziej kieruje się potrzebą rozwoju firmy i  podwładnych. Oczywiście, istnieją liderzy, którzy sięgają po władzę dla realizowania wartości, misji, ale to mniejszość. Trwają badania dotyczące związku cech osobowości z  preferowaniem władzy rozumianej jako odpowiedzialność lub jako możliwości. Na razie nie ma na ten temat jednoznacznych doniesień.

Świat z  perspektywy kota

Mówi się, że władza deprawuje. Ile w tym prawdy?

– Dużo – odpowiada psycholożka. – Kiedy w  eksperymentach wzbudzano nawet na chwilę poczucie władzy poprzez na przykład przydzielanie losów na loterii czy dawanie pewnej kwoty pieniędzy do podziału w  grupie, to zawsze u  tych ludzi pojawiało się subiektywne poczucie, że oto można postrzegać innych jako podporządkowanych. Tacy ludzie zaczynają wtedy, jak określił to prof. Bogdan Wojciszke, patrzeć na świat z  perspektywy kota, a nie myszy. A  jak już człowiek staje się tym mentalnym kotem, to uważa, że wolno mu więcej. Ci z  eksperymentu nie sprzątali po sobie, zjadali ostatnie ciasteczko, narzucali swoje normy. Tymczasem od rządzącego wymaga się więcej.

Badania pokazują, że gdy aktywizuje się poczucie władzy, to pojawia się podwójna moralność, podwójne standardy. Posłowie deklarują walkę z  oszustami, a  sami oszukują, lecąc do Madrytu tanimi liniami, podczas gdy rozliczają wyjazd jako podróż samochodem.

Ludzie władzy patrzą na innych stereotypowo, szczególnie wtedy, gdy mają liczną grupę podwładnych, których grupują w  kategorie. Ułatwia im to rządzenie, ale też powoduje, że oceniają innych przez pryzmat kategorii, a  nie indywidualności. A  ponieważ to oni ustalają owe kategorie, rozdają karty, to uważają, że są lepsi, ważniejsi.

Chcesz kogoś poznać, daj mu władzę – mówi porzekadło. Psychologia w  pewnym sensie je potwierdza, zwracając uwagę na metamorficzny efekt władzy, który polega na radykalnej zmianie zachowania człowieka po tym, jak tę władzę uzyskał. Ludzie stają się wtedy pewni siebie, trzymają innych na dystans, koncentrują się na sobie, gdy coś idzie nie po ich myśli, wpadają w furię, pozwalają sobie na otwarte ujawnianie emocji. Ten stan trafnie oddaje inne określenie: woda sodowa uderzyła mu do głowy.

Jak się przed tym bronić?

– Jedyny sposób to trenowanie empatii. Razem z  koleżanką Olą Cisłak, z  którą badam władzę, doszłyśmy do wniosku, że to, czego powinno uczyć się liderów, to patrzenia z  perspektywy drugiej strony. Nauczyciela – patrzenia z  perspektywy ucznia, dyrektora – z  perspektywy pracownika, rodziców – dziecka, jednego partnera – z  perspektywy drugiego. Bo władza tylko na chwilę pozbawiona tej perspektywy koncentruje się na sobie. Warto podporządkowanie zamienić na relację partnerską, niekonfrontacyjną, choć wiem, że brzmi to trochę utopijnie. Owszem, czasami trzeba tę władzę zaakcentować. Na przykład w  sytuacji kryzysowej, żeby bez dyskusji pokierować zespołem, albo w  relacji rodzice – dziecko, kiedy trzeba dziecku zapewnić bezpieczeństwo. Ale w  większości sytuacji najlepsze rezultaty przynosi nienarzucanie zdania, tylko zapraszanie do dyskusji i  uwzględnianie opinii drugiej strony.

Mówi się, że bycie szefem oznacza bycie samotnym.

– Nie kupuję tego stwierdzenia. Jeżeli władczy szef, ojciec, mąż czuje się samotny, to na własne życzenie. Widocznie zamknął się w  wieży z  kości słoniowej, przestał zauważać potrzeby podwładnych i  patrzeć z  ich perspektywy, a  więc sam zapracował na swoją samotność.

Władza może dobrze wypełnić swoje zadania pod pewnymi warunkami. Po pierwsze, nie może być pozostawiona sama sobie, bez kontroli. Po drugie, musi się otworzyć na informacje zwrotne od „strony rządzonej”. To wszystko także dla jej dobra. Bo jeśli tych warunków nie uwzględni, straci kontakt z  rzeczywistością, realną ocenę sytuacji, przyjaciół. To są straty długoterminowe, o  których rządzący nie myślą.

Dorota Wiśniewska-Juszczak: – Moja studentka zastanawia się w  swojej pracy magisterskiej, kim jest prawdziwy przywódca. Spośród wielu definicji wybrała następującą: lider to ktoś, kto w  chwili zagrożenia mówi: „Chodźcie za mną”, natomiast władca woła: „Naprzód”. Ja bym dodała: Dziel się władzą, bo tak długo, jak się nią dzielisz, tak długo wszyscy mają z  niej korzyści.

  1. Psychologia

Prawdziwa przyjaźń pozwala na ujawnienie swojej wrażliwości

Wrażliwość - wspólny mianownik w przyjaźni i test dla relacji (fot. iStock)
Wrażliwość - wspólny mianownik w przyjaźni i test dla relacji (fot. iStock)
Niezależnie od tego, czy jesteś introwertykiem, ekstrawertykiem czy ambiwertykiem, jednym z najważniejszych elementów przyjaźni jest pozwolenie sobie na okazanie wrażliwości. W ciągu ostatnich kilku lat pojęcie wrażliwości zostało szerzej zrozumiane i uznane za istotną część składową rozwijania bliskości emocjonalnej – zaznacza Hope Kelaher, psychoterapeutka, autorka książki „Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu”.

Terapeuci od lat omawiają tę kwestię w swoich gabinetach, ale pojęcie wrażliwości upowszechniło się dzięki badaczce prac socjalnych Brené Brown. Wyjaśnia ona, że wrażliwość oznacza niepewność, ryzyko i odsłonięcie emocji. Twierdzi również, że wrażliwość „to rdzeń wszystkich emocji i uczuć”. Ma całkowitą rację. Jeśli chcesz zbudować więź z innymi i naprawdę ich poznać, musisz wpuścić ich do swego wewnętrznego kręgu. Mam tu na myśli nie tylko ścisłe grono przyjaciół, ale rdzeń twojego wewnętrznego ja, twoje serce i duszę. Brzmi to jak frazes, ale jednocześnie przeraża większość z nas. Zostaliśmy uwarunkowani tak, by chronić serce i duszę przed odrzuceniem, i nie jesteśmy otwarci na wrażliwość.

Aby pomóc lepiej zrozumieć pojęcie wrażliwości i jej potrzebę w każdej relacji, chętnie posługuję się metaforą rycerza ubranego w stalową zbroję. Jego głowę osłania stalowy hełm, wyposażony jedynie w wąską szparę na oczy i nos, a jego nogi i ręce są chronione przez stalowe rękawice i buty, tarczę i miecz. Zbroja ma chronić go przed wszelkimi ciosami z zewnątrz. Przebicie jej może zakończyć się śmiercią rycerza. My często zakładamy metaforyczną zbroję w chwilach, kiedy mamy okazać słabość lub wrażliwość. Na przykład w pewnej częstej wymianie zdań odpowiedź na pytanie „Jak się masz?” brzmi zwykle „Dobrze” lub „W porządku”. W gruncie rzeczy prawda może być bardziej złożona i emocjonalna. Przyswoiliśmy sobie jednak, że okazywanie wrażliwości lub naszego prawdziwego ja wiąże się z ryzykiem, a co więcej, zniechęca innych.

Okazywanie wrażliwości to delikatna kwestia. Prowadząc terapię relacyjną, przekonałam się, że ujawnianie od razu naszego prawdziwego, wrażliwego, czującego ja jest wbrew ludzkiej naturze. Nic dziwnego – wiąże się z ryzykiem odrzucenia, wstydu i porzucenia, jeśli to, czym usiłujemy się podzielić, nie zostanie dobrze przyjęte przez osoby, na których nam zależy. Aby się chronić, zaczynamy grać w grę myślową: „Okażę przy tobie wrażliwość, tylko jeżeli ty najpierw okażesz ją przy mnie”. Okazanie wrażliwości jako pierwszy wymaga odwagi. Moim zdaniem dlatego właśnie wiele potencjalnych relacji, zarówno romantycznych, jak i platonicznych, rozpada się już na starcie.

Sama niedawno znalazłam się w sytuacji, kiedy ktoś zdobył się na odwagę, by zrobić pierwszy krok. Poznałam tę osobę przelotnie prawie pięć lat temu i, jak przystało na millenialsa, zaprosiłam ją do znajomych na Facebooku. Po pięciu latach klikania „Lubię to” pod jej zdjęciami ta osoba, która wiele podróżuje po kraju, skontaktowała się ze mną i odważnie przyznała, że chciałaby mnie lepiej poznać i przekonać się, jak wyglądałaby nasza przyjaźń. Byłam zaskoczona – nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło. Jak mogłabym odrzucić taki gest? Musiałam przyjąć kogoś, kto jako pierwszy okazał wrażliwość!

Przekonałeś się, jak wielką wagę ma wrażliwość w rozwijaniu więzi międzyludzkich. Czy jesteś gotów rzucić samemu sobie wyzwanie, by częściej ją okazywać? (…) Być może potrzeba ci więcej czasu na autorefleksję.

Gorąco polecam wszystkie wykłady TED Talks, wygłoszone przez Brené Brown i jej książkę o wrażliwości i kondycji ludzkiej Z wielką odwagą. Jak odwaga bycia wrażliwym zmienia to, jak żyjemy i kochamy, jakimi jesteśmy rodzicami i jak przewodzimy.

Wskazówka: kluczowe elementy wrażliwości

Prowadząc terapię relacyjną, odkryłam, że najbardziej udane są relacje, zarówno platoniczne, jak i romantyczne, w których pielęgnuje się intymność emocjonalną. Podstawowe osobiste przekonania niezbędne do okazywania wrażliwości to:

  • Poczucie własnej wartości: Jeśli wierzysz, że jesteś godny miłości i więzi z innymi, pozwolisz sobie na okazywanie wrażliwości.
  • Serce: Jeśli naprawdę czegoś pragniesz, sięgnij po to. Pozwól swemu sercu dawać i otrzymywać miłość.
  • Odwaga: Bez odwagi nie skorzystasz z możliwości, jakie otwierają przed tobą miłość i więzi.
  • Dążenie do rozwoju: Przestań patrzeć na wszystko z jednej perspektywy. Zastanów się, co mogłoby się stać, gdybyś wykazał większą otwartość.
  • Gotowość do odczuwania dyskomfortu: To ona umożliwia rozwój. Okazywanie wrażliwości może wiązać się z niewiedzą lub niezdolnością do zmiany bądź naprawienia czegoś, sprzecznymi z naturą większości ludzi. Jednak jeśli wytrwasz, może czekać cię przyjemne zaskoczenie!

Fragment pochodzi z książki Hope Kelaher „Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia”. Książka przeznaczona jest przede wszystkim dla osób, które pragną budować szczere i bliskie relacje z ludźmi. Wyposażona w wiele ćwiczeń pomoże poznać i pożegnać rozmaite blokady, stojące na drodze do życia pełnego prawdziwych przyjaciół.