1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Do dwóch razy sztuka - jak zaufać po rozwodzie?

Do dwóch razy sztuka - jak zaufać po rozwodzie?

Rozstanie następuje z jakiegoś powodu i ten powód nie tkwi zwykle w jednej osobie, tylko w czymś co się wywiązuje pomiędzy obojgiem. (fot. iStock)
Rozstanie następuje z jakiegoś powodu i ten powód nie tkwi zwykle w jednej osobie, tylko w czymś co się wywiązuje pomiędzy obojgiem. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Klęska poprzedniego związku każe rozbitkom dwa razy pomyśleć, zanim wejdą w następny. – Strach przed porażką może oznaczać, że wciąż tkwisz emocjonalnie w przeszłości – twierdzi psycholog Paweł Droździak.

Jeśli pierwsze małżeństwo skończyło się porażką, drugie musi być sukcesem… A nowy partner powinien „wyrównać straty” po byłym. Czy to słuszne myślenie? Czy kolejny związek może być rzeczywiście plastrem na ranę po poprzednim?

To tak, jakby budować nowy związek, stale odnosząc się do dawnego. Czyli właściwie pozostawać w pewnego rodzaju trójkącie. Nietypowym, bo jednego z jego wierzchołków nie widać na pierwszy rzut oka, ale jednak trójkącie – ten wierzchołek, czyli ekspartner, tam nadal jest.

Czy dlatego niektóre osoby po złych doświadczeniach nie chcą zdecydować się na ponowne małżeństwo? Wciąż nie rozstały się emocjonalnie z byłym partnerem?

Tak, bo tamte emocje są dla nich wciąż żywe. Zanim wkroczy się w kolejny związek, dobrze zadać sobie kilka ważnych pytań: „Czy zorganizowałam/zorganizowałem sobie życie na nowo? Czy mogę stworzyć szczęśliwy związek? Czy udało mi się osiągnąć jakąś stabilizację mimo poniesionych strat?”. Bo przecież takich strat jest mnóstwo, i nie chodzi tu tylko o sferę emocji. Jeśli ktoś przeżył rozwód, to doświadczył całkowitej reorganizacji życia. Nierzadko wiązało się to ze zmianą mieszkania, grafiku dnia czy pogorszeniem sytuacji finansowej…

…czy utratą więzi…

Owszem, i to nie tylko tych z partnerem, ale też z innymi osobami, ważnymi dotąd w życiu. To może wpływać na nową relację. Po rozwodach bardzo często następuje nie tylko podział majątku,ale i znajomych.

Pojawia się problem lojalności: czy zostać po stronie skrzywdzonego czy krzywdzącego, bo z dwojgiem chyba się nie da…

Najczęściej znajomi i przyjaciele czują się postawieni w sytuacji pewnego przymusu. Tak jakby oczekiwało się od nich, by się określili i zdecydowali, przy kim chcą pozostać. Kogo wspierać. Trudno tu być lojalnym wobec pary, związku jako całości, bo ten właśnie się rozpada. Kiedy ludzie rozstają się w konflikcie, chcą móc wyżalić się przyjaciołom, źle mówić o tej drugiej osobie i uzyskać zrozumienie. Część przyjaciół można utracić, ale część przejdzie ten test pozytywnie. Dla nas. Nie dla drugiej strony.

Niestety to dopiero pierwszy etap. Bo zaraz po nim może się pojawić kolejny. No bo jak wprowadzić nowego partnera w krąg znajomych i rodziny? Czy nie napotka to oporów, czy zostanie przez wszystkich zaakceptowany, czy nie będzie to wyglądało jak chwilowe zastępstwo… To wszystko ma wpływ na nowy związek, nie mniejszy niż relacje pomiędzy partnerami.

Nie uciekniemy od przeszłości, ona zawsze będzie już częścią naszego życia. My tylko chcemy ze skrawków poprzednich i obecnych związków uszyć sobie nową kołdrę, by się nią przykryć.

Dlatego tak ważne jest, by po rozstaniu przeżyć pewien okres w samotności. Przejść przez czas bólu, niekiedy poprzedzony zaskoczeniem, przez smutek, zagubienie, złość – i poczuć własną stabilność. Na wielu poziomach – emocjonalnym, bytowym, towarzyskim, rodzinnym. Aby wejść w nowy, udany związek, trzeba odnaleźć znów swoje niezależnie istniejące „ja”. Trzeba też przeżyć swoistą żałobę po poprzednim związku. Bo kiedy coś się skończyło, to nie tylko po to, by zaczęło się coś kolejnego. Oczywiście ten aspekt otwarcia na coś nowego też jest istotny i będzie czas, by go dostrzec, ale ważne, by niczego nie przyspieszać.

Ale czy porozwodowa trauma nie sprawia, że jesteśmy bardziej ostrożni w kolejnych związkach, nieufni, nie do końca otwarci? 

To wszystko zależy od tego, czy rozumiemy, dlaczego poprzedni związek się skończył. Rozstanie następuje z jakiegoś powodu i ten powód nie tkwi zwykle w jednej osobie, tylko w czymś, co się wywiązuje pomiędzy obojgiem. W systemie, który tworzą partnerzy. Większość ludzi ma naturalną i w sumie zdrową tendencję do chronienia swojej struktury przed zmianą. I gdy z kimś się rozstają, widzą przyczynę rozpadu raczej w drugiej osobie. Jeżeli dostrzegają jakieś wady i przewinienia w sobie, to raczej w rodzaju: „dobrałam sobie niewłaściwego partnera”, „byłem ślepy, naiwny”. Albo zauważają błędy taktyczne: „źle rozegrałem zakończenie, nie trzeba było się godzić na ustępstwa, tylko być bardziej asertywnym” itd. Stąd projektowana zmiana po rozstaniu najczęściej sprowadza się do ustanowienia innych zasad selekcji albo do postanowienia o utwardzeniu przyszłej polityki: „panom lubiącym zakrapiane spotkania dziękuję”, „żadnych więcej Barbie”, „oddzielne konta bankowe to podstawa” i tego typu składanych sobie przysiąg o unikaniu kłopotów.

To może być nawet rozsądne, ale w rzeczywistości nie jest żadną zmianą. Bo nic nie mówi o samym związku i o tym, jacy w nim byliśmy.

Ważne jest, by po rozstaniu przeżyć pewien okres w samotności. Przejść przez czas bólu, niekiedy poprzedzony zaskoczeniem, przez smutek, zagubienie, złość - i poczuć własną stabilność. (fot. iStock) Ważne jest, by po rozstaniu przeżyć pewien okres w samotności. Przejść przez czas bólu, niekiedy poprzedzony zaskoczeniem, przez smutek, zagubienie, złość - i poczuć własną stabilność. (fot. iStock)

Gdy już zdecydujemy się otworzyć na nowy związek, szukamy partnera, który będzie przeciwieństwem byłego, czy kogoś do niego podobnego?

Jeśli szukamy partnera będącego zaprzeczeniem poprzedniego, to tak naprawdę zaprzeczamy wówczas jakiejś swojej potrzebie – nie bez powodu weszliśmy kiedyś w poprzedni układ. Pytanie, czy to potrzeby się zmieniły, czyli czy rzeczywiście poprzedni typ mężczyzn/kobiet już nas nie pociąga, za to podoba nam się teraz zupełnie inny, czy tylko po prostu unikamy kogoś podobnego do naszego byłego partnera? I na ile jest to wszystko świadome?

Istnieje takie przekonanie, że jedna osoba może dać nam miłość, czułość, zrozumienie, wsparcie, zaspokoić potrzeby seksualne i finansowe – jeśli tylko się „dogadamy” lub dobierzemy z tym „właściwym człowiekiem”. A jak mamy problem, to wystarczy „szczerze o tym porozmawiać”. A co, jeśli on nadal nie będzie pamiętał o rocznicach, mimo rozmów, a ona jednak nie zgodzi się kochać w innej pozycji, albo co gorsza zgodzi się, ale będzie mieć przy tym minę jak na torturach? „Wtedy poszukaj innej osoby, z którą jednak będziesz mieć wszystko, czego ci trzeba” – tak przeczytałem na forum internetowym. Bo gdzieś w przestrzeni z pewnością żyje kobieta, która nie będzie pamiętała o własnych urodzinach i nigdy nie zawróci ci tym głowy. Gdzieś czeka na ciebie mężczyzna, który będzie celebrował każdy wtorek, bo w tym dniu się poznaliście. I niczego nie będzie od ciebie chciał. Niczego oczekiwał… Wierzymy w to, że ktoś taki czeka na nas, a więc w drogę! Tylko że ta droga nie ma końca. Smutna prawda jest taka, że żaden związek nie zaspokoi wszystkich potrzeb. Relacje między ludźmi z natury są niekompletne, niedoskonałe, niedopełnione. W niektórych miejscach układają się idealnie, a w innych coś wiecznie zgrzyta.

Czyli pierwsze związki tworzymy na kanwie emocji i wyobrażeń, a kolejne – rozsądku i doświadczenia?

Może być tak, ale może być też odwrotnie: że to pierwszy związek był „z rozsądku”, a drugi „z miłości”. A może pierwszy był „z poczucia winy” albo „z chęci ucieczki z rodzinnego domu”… Na pierwszym etapie związku widzimy partnera przez różowe okulary. Jesteśmy zakochani, zafascynowani nim, a raczej tą jego stroną, którą on na tym etapie pokazuje. No i jesteśmy zachwyceni też sami sobą, bo przecież my na tym etapie również pokazujemy się od jak najlepszej strony. Prędzej czy później całe nasze „ja” i całe „ja” partnera będzie się musiało ujawnić. I rzeczywiście możemy odnieść wtedy wrażenie, jakbyśmy żyli z kimś zupełnie innym niż osoba, z którą chcieliśmy się związać. Możemy mieć kłopot z tym, żeby ów kompletny obraz drugiej osoby przyjąć. Zamiast chęci pracy nad związkiem może się pojawić rezygnacja i obcość. Trochę tak, jakbyśmy wierzyli, że ktoś naprawdę może być przez całe życie taki, jaki nam się wydawał w pierwszych tygodniach znajomości. A jeśli tak się nie dzieje, związek zaczyna wydawać się pusty.

Partner może to potraktować jako bolesną lekcję: odsłaniasz się, to potem cierpisz.

Nie ma rady. Kiedy wchodzimy w bliski związek, musimy się otworzyć. Powstaje wtedy nasza nowa tożsamość – zakochani – dorośli przecież ludzie – często przemawiają do siebie z wielką czułością, trochę jak dzieci. Dzielą się seksualnymi fantazjami, czasem je wspólnie snują. Mają swoje tajemnice, pojawia się tylko im znany język, wykształcają się wspólne przyzwyczajenia i rytuały. Pary lubią mieć „nasze miejsce”, „naszą piosenkę”, „naszą potrawę”. Są pewne obrazy i sceny, które kojarzą nam się tylko tylko z tą osobą i wyzwalają potężne emocje. Zakochani snują wspólne plany, które czasem sięgają do śmierci albo i dalej… I nagle partner odchodzi, zdradza, zostawia… Co teraz? Przecież te wszystkie rzeczy nadal istnieją i nadal wyzwalają emocje, ale zupełnie inne.

Zamiast radości przynoszą cierpienie.

„Nasza piosenka”, która była czymś bliskim, teraz staje się czymś wrogim. „Nasz park” staje się miejscem, do którego nie chcemy chodzić. Pojawia się wewnętrzny konflikt. Wiele osób stosuje wtedy taką obronę, że stara się te obiekty we własnej głowie zachować jak najmniej zmienione. Myślą: „Wprawdzie nie jestem już z tą osobą, ale ta piosenka to nadal ma być »nasza piosenka«. Wprawdzie on odszedł, ale ta przysięga, że się razem zestarzejemy, dalej tak samo porusza”.

Pewien znajomy wiele lat temu powiedział mi, że jego dziewczyna, odchodząc, ukradła mu motocykl. Nie zrozumiałem w pierwszej chwili, bo przecież jego motocykl stał pod domem, ale szybko stało się jasne, o co mu chodziło. Oni jeździli tym motocyklem wszędzie. W pewnym sensie dzięki niemu się poznali i w ich relacji odgrywał ważną rolę. Trudno było mężczyźnie teraz spojrzeć na pojazd inaczej niż w powiązaniu z byłą dziewczyną, a skoro jej wspomnienie sprawiało ból, to motocykl został w jakimś sensie skradziony. Nie mógł się nim cieszyć, bo zbyt smutno mu się kojarzył.

No tak, niektórzy muszą na nowo odczarować Kraków czy Paryż, bo też był „ich”… Zostawiamy w starych związkach meble i pamiątki, bo niosą zbyt wiele bolesnych wspomnień, ale co zrobić z miejscami? Nie da się ich schować na pawlaczu.

Kiedy mamy w głowie i sercu wiele takich kluczowych obiektów pozostałych po związku, to cała energia życiowa może zostać w nich „zakleszczona”. Przez to kolejny związek też może być w pewnym zawieszeniu – nie dopuszczamy już drugiej osoby tak blisko, żeby nie zostać zranionym czy zranioną po raz kolejny.

Jeśli ktoś obserwuje u siebie podobny mechanizm, proponowałbym mu, by zaczął od zidentyfikowania tych „ukradzionych” obiektów w swojej głowie. Jeśli to jest na przykład park, by spróbował go odzyskać, związać z nim jakieś inne, nowe wspomnienia. Żeby stał się to park, w którym między innymi kiedyś lubiłaś spacerować ze swoim mężem, ale oprócz tego bywałaś w nim jeszcze z innym chłopakiem, chodziłaś tam na spacery z ciotką, a ostatnio otworzyli w nim fajną kawiarnię, w której piłaś piwo z koleżanką, itd. Jeśli był wspólny plan na przyszłość, to podobnie – warto stworzyć plan alternatywny, z którym uda się związać emocje. Na przykład czasem wyobrażaliście sobie taką wizję (naprawdę niektóre pary mają takie fantazje), że umrzecie razem jako starzy ludzie przy kominku w domku na Mazurach. Ale teraz domek przypadł jemu, nie tobie, i raczej w nim nie umrzesz. Ta świadomość może prowadzić do zagubienia. Dlatego musisz wyobrazić sobie na nowo własny koniec, ale inaczej. Nie w tym domku i nie z tym facetem.

Trzeba odzyskać siebie. 

Tak jak mój kolega odzyskał w końcu swój motocykl. Związał go z innymi ważnymi wydarzeniami i metaforycznie motocykl na powrót stał się jego własnością. Motocyklem, na którym woził swoją dziewczynę, ale który także zagrał w filmie. Pojechał nim do Holandii i uderzył w krowę, przyjechał na nim na ślub kolegi i wreszcie dzięki niemu poznał kilka innych kobiet, a w końcu jednej z nich podarował go naprawdę. Dzięki temu mógł stworzyć kolejny szczęśliwy związek. Gdyby nie odzyskał motocykla, najpewniej nie związałby się już z nikim na poważnie i do końca życia jeździłby wyłącznie autobusem, snując rozdzierające serce wizje.

Odpowiedź na pytanie: „Czy mam szansę być szczęśliwa/szczęśliwy w związku?” nie leży w samym związku ani w żadnej, nawet najbardziej atrakcyjnej czy empatycznej osobie. Leży w tym, co w ten związek wnosisz. Bo można odejść od niesatysfakcjonującego partnera, ale nie da się odejść od siebie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Rytuały na pogłębienie bliskości

W zabieganym rytmie codzienności warto się zatrzymać i dać odpocząć umysłowi - spróbujcie zrobić to razem. (Fot. iStock)
W zabieganym rytmie codzienności warto się zatrzymać i dać odpocząć umysłowi - spróbujcie zrobić to razem. (Fot. iStock)
Człowiek jest kompletny taki, jaki jest. A w związku z drugą osobą? Uczy się zachować równowagę i harmonię. Kilka poniższych ćwiczeń pozwoli wam być bliżej. 

Praktykujcie jogę kundalini

To tantryczna forma jogi, bowiem chodzi w niej o pobudzanie witalności poprzez ćwiczenia uruchamiające ośrodek siły życia u podstawy kręgosłupa (okolice bioder). Porównuje się tę siłę do uśpionego węża, który obudzony, rozwija się z kłębka pionowo, wzdłuż ciała, aż po czubek głowy i wyżej. Kundalini opisuje naturę boga rozumianego jako para – Bóstwo i Boginię – więc joga kundalini stworzona jest dla dwojga, opiera się na cykliczności przyrody, jest ruchem falowym. Jej praktykowanie pobudza energię erotyczną ćwiczących (w tradycji indyjskiej przewiduje się udzielenie zgody męża/żony na ćwiczenie jej przez współmałżonka). Znajdźcie dla siebie kurs jogi kundalini, by cieszyć się świadomą i rozbudzoną seksualnością i cieszcie się bliską relacją ze sobą.

Wprowadźcie wieczory uważności

W zabieganym rytmie codzienności warto się zatrzymać i dać odpocząć umysłowi. Przydatne są wszelkie formy relaksacji, wyciszenia, rozluźnienia mięśni i niezajmowania głowy problemami i przyziemnymi sprawami. W odcięciu się od trosk, ale także lepszym smakowaniu życia, pomogą treningi uważności. Jeśli nie macie dużej wprawy w medytacji lub wizualizacji, zacznijcie od wspólnych wieczorów uważności, podczas których możecie przeprowadzić następujące rytuały:

Wspólna kąpiel – w jej trakcie skupcie się na odczuciach – temperaturze wody, zapachu mydła lub płynu do kąpieli, dotyku (własnego lub partnera), kroplach wody spływających po ciele...

Talerz przekąsek – zaproponuj partnerowi, by zamknął oczy lub przewiąż mu je przyjemnym w dotyku materiałem, i częstuj go małymi kawałkami różnorodnych produktów (mogą to być np. rodzynki, migdały, kawałek jabłka, cząstka mandarynki itd.). Nie chodzi o to, by się najeść, ale by rozsmakować się w niespiesznym i uważnym obserwowaniu, co czujesz, rozgryzając np. rodzynkę, jakie smaki (gorzki, słodki, cierpki itd.), jakie to przywołuje wspomnienia albo fantazje). Po kilkunastu minutach zmiana – partner cię karmi, ty smakujesz.

Masaż stóp lub dłoni (a jeśli macie ochotę – całego ciała) – skupiaj się na swoich odczuciach, gdy partner cię masuje, nie rozmawiajcie w tym czasie o niczym (chyba że o odczuciach z ciała). Przeznaczcie na to minimum pół godziny dla każdego z was, rozmasujcie delikatnie każdy palec, każdą kosteczkę stopy czy dłoni.

W tych (lub innych, które sobie wymyślicie) treningach uważności chodzi o podążanie za odczuciami, bycie w tym, co się akurat dzieje (tu i teraz) – umysł się wycisza, uspokaja, doznania się intensyfikują, a wszystko to razem sprzyja budowaniu i umacnianiu bliskości.

Dawajcie sobie feedback

W byciu w relacji ważne jest porozumienie – a aby się rozumieć, trzeba znać nawzajem swoje potrzeby i ograniczenia. Znać i respektować. Jak je poznać? Poprzez rozmowę. Ale nie „poważną”, bo może kojarzyć się z problemami do rozwiązania, krytyką, roszczeniami, lecz przyjmującą, otwartą, pełną miłości i współodczuwania.

Zarezerwujcie sobie wystarczająco dużo czasu, nie spieszcie się. Ustalcie, że najpierw mówi jedna osoba, a druga jej słucha, nie przerywając. Następnie według podobnego wzoru mówi druga osoba, a partner jej słucha. Dopiero po tej wymianie, jeśli uznacie, że coś jest niedopowiedziane albo do wyjaśnienia, rozmawiajcie dalej o tym, co wymaga dopowiedzenia. Ale najpierw porozmawiajcie zgodnie z poniższą propozycją.

Usiądźcie blisko, naprzeciw siebie, niech dotykają się wasze kolana, trzymajcie się za ręce. Patrzcie sobie w oczy. Otwórzcie się na przyjmowanie tego, co partner chce wam powiedzieć.

Mówi jedna osoba, z dobrym nastawieniem, druga słucha, nie przerywając, następnie zmiana:

  1. boję się rozmawiać z tobą, ponieważ…
  2. prezent, jaki otrzymałam/em, poznając ciebie, to…
  3. coś, czego ci dotąd nie powiedziałam/em, a chciałam/em powiedzieć…
  4. gdyby nie ty… 
Renata Mazurowska trener umiejętności osobistych i społecznych, prowadzi coaching i warsztaty rozwojowe. 

  1. Psychologia

Jak kochać szczęśliwie?

Do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. (fot. iStock)
Do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Czy o miłości powiedziano już wszystko? Czy warto pisać kolejne poradniki psychologiczne i artykuły poruszające temat zakochania, budowania związku i dbania o relację? Czy rozmowy o tym nigdy nam się nie znudzą? Moim zdaniem odpowiedź brzmi : nie. Ani nie znudzą, ani nie wyczerpią wszystkich refleksji i nie rozwieją wszystkich wątpliwości. Bo miłość to najtrudniejsze z uczuć. Najpiękniejsze, najważniejsze, czyniące nasze życie wyjątkowym i barwnym, ale również najtrudniejsze.

Aby umieć kochać szczęśliwie, trzeba odrobić wiele niełatwych życiowych lekcji. Bo dojrzewanie do miłości to proces, który wymaga nie tylko naszej motywacji i wiary w możliwość bycia szczęśliwym, ale także wielu psychologicznych kompetencji, które musimy nadrabiać w życiu dorosłym, ponieważ w naszym dzieciństw nie mieliśmy okazji nauczyć się tego, co jest warunkiem koniecznym miłości szczęśliwej. A są nim przede wszystkim miłość do siebie i wiara we własną wartość, odwaga w podejmowaniu ryzyka oraz otwartość na drugiego człowieka i zdolność do empatii.

Jako psycholog i terapeuta par wiem jedno: każdy z nas ma w tych obszarach coś do przepracowania. I każdy przynajmniej kilka razy w życiu zadawał sobie pytania: jaki popełniam błąd? Dlaczego nie znajduję spokoju i szczęścia? Co sprawia, że cierpię, że ranią mnie bliskie osoby? Czy znajdę miłość? Czy będę umiała o nią zadbać? Uważam, że każdy z nas potrzebuje czasem wsparcia i podpowiedzi, co robić, gdy zagubi się w meandrach miłości, zatraci w zakochaniu czy doświadczy bolesnej straty. Bo każdy czasem traci wiarę w miłość szczęśliwą.

Skąd te wątpliwości, rozterki, lęki i błędy, które popełniamy? Ano stąd, że nikt z nas nie miał idealnego dzieciństwa i każdy wchodzi w dorosłość z jakimś bagażem nieprzepracowanych, trudnych doświadczeń i emocji. Dlatego uważam, że każdy z nas czasem potrzebuję wsparcia, podpowiedzi, jak radzić sobie z uczuciowymi dylematami, a te odnajdzie w artykułach i poradnikach, w których o psychologi uczuć i mechanizmach budowania relacji piszą osoby, mogące swoją wiedzą i doświadczeniem służyć czytelnikom. I uważam, że każdy, kto po takie wsparcie sięgnie, odnajdzie coś dla siebie. Bo każdy z nas ma swój obszar do przepracowania, który sprawia, że trudno mu kochać szczęśliwe.

Część z nas to „niedokochane dzieci" spragnione akceptacji i bezwarunkowej miłości. Takie osoby są w stanie zgodzić się na wiele, zbyt wiele, aby ktoś, często ktokolwiek, je pokochał. Wikłają się w toksyczne, przemocowe relacje, wierząc, że krzywdy których doznają, to „ich wina". Dlatego ich lekcją jest uczenie się bycia asertywnymi i umiejącym szanować i kochać siebie. Cześć z nas to zranieni wrażliwcy, którzy zamykają się w bezpiecznej skorupce, nie ryzykując bycia porzuconymi. Boją się rozczarowania. Boją się miłości. Pytają: co zrobić, aby nigdy nie zostać zranionym? I znajdują odwiedź: można nigdy nie kochać. To prawda. Wtedy nikt nas nie zrani. Gdy się nie przywiążemy, gdy nie zaryzykujemy, nie zostaniemy zranieni. Ale czy warto zapłacić taką cenę? Czy warto zrezygnować z uczucia tylko dlatego, że się boimy? Dla takich osób wyzwaniem jest uczenie się odwagi pomimo lęku, który czują. Bo każdy się boi. Ci, którzy ranią, udają obojętność, gdy ktoś cierpi; ci, którzy uciekają przed odpowiedzialnością, i ci, którzy nie potrafią kochać dojrzale też się boją. Ich lękiem jest przywiązanie i zależności. Bo miłość to odpowiedzialność. A ona jest dla wielu osób trudna.

Miłość to również sztuka dbania o drugiego człowieka. Dlatego wymaga postawy empatycznej i uważnej na potrzeby innych. Miłość szczęśliwa to także szacunek do siebie samego i poczucia własnej wartości. To pogodzenie własnych potrzeb z dbaniem o szczęście tych, których kochamy. Nie każdy potrafi tę równowagę zachować. Dla wielu z nas bycie otwartym na drugiego człowieka w sposób, który pozwala chronić również własne granice i własną intymną przestrzeń, to nie lada wyzwanie. Uważam, że do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. Dlatego każdy kolejny artykuł, na temat tego jak przygotować się do zbudowania relacji, jak uczyć się kochać dojrzale i odpowiedzialnie, jak być w miłości szczęśliwym, jest tak cenny. I dlatego uważam, że warto o miłości rozmawiać, warto dzielić się swoimi doświadczeniami i szukać cały czas odpowiedzi na ważne i aktualne pytania. Bo warunkiem koniecznym miłości szczęśliwej jest umiejętność dbania również o siebie.

Maria Rotkiel: psycholożka, terapeuta, autorka poradników psychologicznych.

  1. Psychologia

Czy istnieje przepis na małżeństwo doskonałe?

Idealne małżeństwo to takie, w którym ludzie nie uzależniają swojego życiowego spełnienia od tego, czy są szczęśliwi w związku. (Fot. iStock)
Idealne małżeństwo to takie, w którym ludzie nie uzależniają swojego życiowego spełnienia od tego, czy są szczęśliwi w związku. (Fot. iStock)
Dwa roboty pod jednym dachem. Albo romantycznie oddani sobie kochankowie. Czy to pary idealne? Nie. Ale psychoterapeuta Tomasz Srebnicki zapewnia, że szczęśliwy związek małżeński jest możliwy.

Każde z nich robi karierę, świetnie się razem bawią, dużo podróżują. Pragną siebie zawsze tak samo gorąco. On pamięta o jej urodzinach, ona gotuje jego ulubione potrawy. Nigdy się nie kłócą... Czy tak właśnie wygląda idealny związek?
To raczej związek dwóch robotów, które nie wchodzą ze sobą w żadne interakcje, po to, by temu modelowi sprostać. Małżeństwo doskonałe to takie, którego – wychowani w kulcie romantyzmu – nie uznalibyśmy wcale za małżeństwo, a raczej za partnerską umowę. Jest wspólnotą założoną na podstawie świadomej decyzji – bycia razem. Ale bez oczekiwań typu: „on nam na pewno zbuduje duży dom, bo mężczyzna powinien...” albo: „ona będzie gotować mi zupę i nosić erotyczną bieliznę na co dzień, bo kobieta powinna…”. To właśnie oczekiwania doprowadzają do frustracji i rozwodu.

No ale każdy ma jakieś oczekiwania, na przykład chce być kochany.
Posiadanie oczekiwań wobec partnera tak naprawdę jest próbą sprawowania nad nim kontroli, przejawem egoizmu. Mąż myśli: „jeśli mnie kocha, będzie mi robiła kolacje, kiedy zmęczony będę wracał z pracy”, żona myśli: „jeśli mnie kocha, będzie co sobota sprzątał ze mną dom”. Tymczasem ona wieczorem woli poczytać niż gotować, a on w sobotę chce poleżeć przed telewizorem. I oboje uważają, że mają do tego prawo. I kto w takiej sytuacji zrobi kolację i posprząta? Nikt, bo tych dwoje egoistów naskoczy na siebie i będzie się licytować: „ale ja tyle pracowałem”, „a ja tyle się namęczyłam!”. I do niczego nie dojdą.

Czy w związku idealnym nie ma konfliktów?
Konflikty, niezależnie od tego, czy przebiegają dynamicznie (kłótnie i trzaskanie drzwiami), czy biernie (ciche dni), powinny doprowadzić do rozwiązania problemu. Ale nie tak, że jedno mówi: „powinniśmy się pogodzić”. Po prostu nadchodzi taki moment, że oboje zaczynają do tego dążyć, np. mówiąc: „chcę o tym porozmawiać”, „chciałem cię przeprosić” albo po prostu przytulają się, o ile sytuacja nie wymaga działań. A jeśli wymaga, to oboje (dobrowolnie i świadomie) się na te działania zgadzają. Ona może chcieć mu przygotować kolację, a on może chcieć sprzątać z nią dom. A jeśli nie, decydują, co z tym zrobić.

A może sposobem jest wymiana: ona zrobi kolację, a w zamian za to on posprząta?
W małżeństwie doskonałym nie powinno być handlu wymiennego emocjami (np. „Skoro ty się spóźniłeś, to teraz ja wrócę w nocy! Martw się!”) czy potrzebami (np. „Jak ty mi kupisz samochód, to ja ci urodzę dziecko”). Bo tylko wtedy, kiedy nie ma „ekonomii”, pozwalamy sobie i partnerowi, by wszelkie relacje między nami były skutkiem wolnych wyborów. A to podstawa szczęścia we dwoje.

Błędem jest też mierzenie drugiej osoby własną miarką („tylko lenie leżą w sobotę przed telewizorem”). Bo to pociąga za sobą sugestię, że powinna dostosować się do naszych wyobrażeń (nie leżeć przed telewizorem, tylko sprzątać). I sprawia, że pojawia się napięcie (żona myśli: „czy mimo to on się jednak położy przed telewizorem?”, a mąż: „nie mogę spokojnie poleżeć, bo ona się wścieknie”).

Rozumiem, że zamiast na wyobrażenia czy oceny lepiej postawić na porozumienie i wyrozumiałość?
Najlepiej zacząć od tego, żeby decyzja o wejściu w związek była naprawdę świadoma. Dlatego taka mądra jest przysięga składana podczas ślubu kościelnego. Mówi właśnie o braku założeń, a podkreśla to, co jest naprawdę istotne: „i że cię nie opuszczę aż do śmierci”, „będę z tobą w zdrowiu i chorobie…. Za to formuła wypowiadana w urzędzie stanu cywilnego zaczyna się od tego, co właśnie prowadzi do nieszczęścia: „świadomy praw i obowiązków…”. Innymi słowy: mogę żądać i oczekiwać! Tymczasem małżeństwo idealne trzeba chcieć budować, a nie musieć budować czy żądać budowania go od drugiej strony. Tylko jeśli nie będzie oczekiwań i żądań, nie pojawi się poczucie winy, złości, lęku…

A to wystarczy, żeby ludzie byli szczęśliwi?
Nie wystarczy, ale jest niezbędne. Idealne małżeństwo to takie, w którym ludzie nie uzależniają swojego życiowego spełnienia od tego, czy są szczęśliwi w związku. To nie tak, że tu wszystko mają dostać i wszystko dać. Bo jeśli żona uzależnia swój nastrój od tego, czy mężowi smakuje obiad – przeżywa masę napięć.

Ale czy to możliwe? Być szczęśliwą – niezależnie od tego, co się dzieje z mężem? To nieludzkie…
Współmałżonek ma oczywiście wpływ na to, jak się czujesz. Ale determinowanie swojej samorealizacji i szczęścia wyłącznie udanym małżeństwem pozbawia cię szansy na czerpanie radości z innych obszarów: pracy, pasji, życia wewnętrznego.

Hmm, a więc każdy sobie?
Nie, nie każdy sobie, ale większość problemów w parze wynika z tego, że małżonkom brakuje życia poza małżeństwem, brakuje innych kontekstów.

Jeśli małżeństwo jest całym moim życiem i widzę, że nagle moja żona jest smutna, to skąd mam czerpać energię, żeby ją pocieszyć? Przecież nie z niej. A jeśli twój mąż przychodzi z pracy wściekły? To skąd masz brać siły, by wytrzymać jego atak wściekłości? Jeśli kobieta przypisuje nadmierną wagę sobie jako żonie, a mniejszą sobie jako prawniczce, lekarce, przyjaciółce, hobbistce malowania na szkle… – to mniej czerpie satysfakcji ze swojej pracy, przyjaźni czy hobby. Nie można całej energii brać jedynie z partnera. Czyniąc tak, będziesz przejmować nie tylko jego pozytywne nastroje, ale też te złe: smutek, wściekłość… I będziecie czuć się razem nieszczęśliwi.

To wszystko, co robimy poza związkiem, służy związkowi?
Tak, bo jedynym celem małżeństwa jest rozwój dwóch indywidualności, tyle że w parze. Dlatego mówię, że małżeństwo idealne nie jest małżeństwem w romantycznym rozumieniu. Każde z małżonków rozwija się bez ograniczeń ze strony partnera. Nie ma tak, że partner pozwala ci jechać na wycieczkę do Paryża czy na szkolenie do Konstancina. Po prostu jedziesz tam, bo chcesz, albo nie jedziesz, bo wolisz zostać z nim. Decydujecie się być razem, ale rozwijacie się indywidualnie.

Czy to nie przypomina związku dwóch singli?
Nie, bo jeśli każde z małżonków ma dużo swoich kontekstów, może z któregoś z nich zrezygnować, by być razem. Ona nie ma już czasu na fitness, chór i na wizyty w klubie. Zależy jej najbardziej na chórze, więc resztę sobie odpuszcza, bo w wolnym czasie woli z mężem meblować dom i dbać o ogród. On za to przestaje grać w tenisa, bo też woli z nią zajmować się domem. Poza tym w małżeństwie doskonałym wiele kontekstów okazuje się wspólnych – i one zacieśniają więź. Ona na przykład lubi piec ciasta. On kocha podróże. Jak to pogodzić? Na przykład niech wędrują po świecie w poszukiwaniu miejsc sławnych z wyjątkowych wypieków.

Ale dziś wspólna część to zazwyczaj tylko kredyt!
Nie chodzi o to, że każde z nich ma żyć własnym życiem i ma ich łączyć tylko jakaś jedna wspólna rzecz, lecz o to, żeby każde dobrowolnie podejmowało codziennie decyzję o wspólnym życiu i z tego czerpało satysfakcję. Nic na siłę.

Mam takich pacjentów: jak on się uprze „jedziemy na łódki”, to cała rodzina jedzie. Czy chcą, czy nie. No i spędzają razem czas, ale napięcie, jakie temu towarzyszy, jest porażające. Dlatego oboje małżonkowie muszą znaleźć własne konteksty, dać sobie przyzwolenie na rozwój w obszarach, które nie są wspólne. Jeśli on chce jeździć na łódki, niech jedzie, ale ona wtedy może iść do muzeum. Jeśli sobie na to pozwolą – z czasem będą się czuli na tyle autonomiczni, żeby z tej autonomii móc świadomie i z radością zrezygnować. Na tym polega bycie w związku. Małżeństwo jest rezygnacją z niezależności, nie drogą do niej. A tak myśli wiele młodych osób, stających przed ołtarzem czy urzędnikiem stanu cywilnego: „Wyrwę się spod kurateli rodziców, wreszcie będę mogła robić to, co lubię: fotografować, nurkować. Przecież on mi tego nie zabroni!”. To przekonanie prowadzi do 60-procentowego wskaźnika rozwodów, bo jest oparte na chęci realizacji tylko własnych celów.

Co jeszcze charakteryzuje związek idealny?
Uważność, a nie służalczość. Jeżeli w sklepie stoję przed półką z ciastkami i hołduję modelowi służalczości, to kupię te ciastka, które lubi żona, by spełnić jej oczekiwania, bo: „będzie zła, jak jej ich nie kupię” albo: „czuję, że powinienem”. Towarzyszy mi napięcie. Jeśli hołduję modelowi uważności – kupię ciastka, które lubi żona, bo: „ona je lubi, a ja chcę jej sprawić przyjemność”. I nie muszę odczuwać wówczas wzruszenia, niebywałej radości, ale na pewno nie odczuwam napięcia. Co więcej, przychodząc do domu, nie oczekuję wdzięczności za to, że jej te ciastka kupiłem. Tymczasem w modelu służalczości tej wdzięczności chcę.

A to źle – oczekiwać wdzięczności?
Weźmy taki przykład, kobieta przez 15 lat pierze, gotuje sprząta i nagle, po tych 15 latach, mówi: „to ja piorę, prasuję, gotuję i nic z tego nie mam…?”. A przecież to był jej wybór. Dlaczego więc uważa, że ma prawo w zamian czegoś żądać?

To jak pokazać, że się czegoś potrzebuje?
Jeśli kobieta chce coś dostać, to o tym mówi, np.: „lubię dostawać kwiaty” i jeśli mężczyzna jest uważny na jej potrzeby, będzie jej te kwiaty kupował. Ale jeśli ona o kwiatach nie mówi, tylko jeszcze więcej sprząta, to partner jej tych kwiatów nigdy nie kupi, no bo jak ma się domyślić! A ona będzie na niego coraz bardziej zła... Okaże mu to, a że on nie wie, o co chodzi, szansa, że kupi jej cokolwiek z własnej woli, jest coraz mniejsza, bo też zaczyna być na nią zły. W końcu ona na nim te kwiaty wymusi, ale on będzie odczuwał napięcie, zarówno podczas ich kupowania, jak i w momencie wręczania. I tak żadnemu z nich nie dadzą one szczęścia. Odwrotnie. Ten bukiet ich od siebie oddali, bo jego podłożem emocjonalnym będzie napięcie: lęk, złość, a nie świadomy wybór. „Dzięki temu, co robię, nam obojgu ma być lepiej” – to motywacja małżonka idealnego.

  1. Psychologia

Uważność w związku - o dostrzeganiu partnera i budowaniu relacji

Kiedy doświadczamy uważności, czujemy że jesteśmy rozumiani i akceptowani takimi, jakimi jesteśmy w swojej różnorodności. Przede wszystkim jesteśmy przez partnera widziani. (Fot. iStock)
Kiedy doświadczamy uważności, czujemy że jesteśmy rozumiani i akceptowani takimi, jakimi jesteśmy w swojej różnorodności. Przede wszystkim jesteśmy przez partnera widziani. (Fot. iStock)
Kiedy doświadczamy uważności, czujemy że jesteśmy rozumiani i akceptowani takimi, jakimi jesteśmy w swojej różnorodności. Przede wszystkim jesteśmy przez partnera widziani. Uważność jest dla człowieka czymś naturalnym. Tak powinno być. To cecha oznaczająca dostrzeganie rzeczywistości. Niestety, często ją tracimy.

Z psychoterapeutą Jarosławem Józefowiczem rozmawia Aleksandra Nowakowska.

W sanskrycie słowo „uważność” oznacza uwagę i trwanie. Jak praktykować uważność w związku?
Uważność jest nastawieniem wewnętrznym, rodzajem skupienia, stanem ducha. Jeśli jest intencja budowania relacji tak, żeby stawała się coraz bliższa, mocniejsza, głębsza, wtedy uważność będzie oznaczała rodzaj uwagi uwzględniającej wiele. Potrzeby, chęci, trudności, przeżycia tej drugiej osoby.

To usłyszenie i wysłuchanie uczuć, słów i doświadczeń.
Takie wczucie się w czyjeś położenie, „wejście w buty” kogoś bliskiego.

Uważność to czujność, ale rozumiana nie jako stanie z boku, a także nie analizowanie i lustrowanie. Raczej dostrzeganie bez oceniania i obwiniania.
To świadoma obecność bez interpretowania.

Uważność może być mylona z nadopiekuńczością, która tak naprawdę jest odrzucaniem, zabieraniem komuś mocy i przestrzeni.
W tym przypadku w ogóle nie ma uważności, a jest deficyt wewnętrzny. U osoby nadopiekuńczej może on oznaczać lęk przed odrzuceniem. Ktoś taki ma zazwyczaj skłonność do bycia ofiarnym, pomocnym, nadmiernie troszczącym się. Może mieć przekonanie, że przecież cały czas myśli o partnerze, tak dużo daje, że o sobie zapomina, i że to właśnie jest uważność. Tymczasem jest to postawa kompensująca, kryjąca obawę „muszę się starać, żeby mnie nie zostawił, żeby mnie chciał.” Taka osoba wyobraża sobie, że jak podejmie nadopiekuńcze starania, uzyska pożądany efekt. Nie ma refleksji, że lepiej byłoby coś w sobie zmienić. Tak naprawdę jest skupiona jedynie na sobie i na swoim lęku przed odrzuceniem.

Ten lęk objawia się też nadmierną otwartością, zachowaniami dążącymi do zatracenia zdrowego dystansu, ale także z bezradnością wobec dominacji, lękliwością, tolerowaniem krzywdy. Takie osoby często łączą się z partnerami, którzy mają lęk przed pochłonięciem.
Kiedy mamy ten drugi lęk, często reagujemy w sposób nadmiernie obronny. Stawiamy sztywne granice, by nikt się do nas zanadto nie zbliżył, bo boimy się wyimaginowanego zagarnięcia. Ktoś taki może unikać dłuższego przebywania razem, racjonalizować, zamieniać uczucia na logikę, zmuszać, okazywać złość, zachowywać się wrogo, by zachować dystans, mieć trudności z dawaniem, nie tolerować niedoskonałości, czuć się przytłoczony uwagą drugiej strony, sprawiać wrażenie kogoś oziębłego. Takie zachowania stoją na przeszkodzie do bliskości.

Uważność to zaciekawienie drugą osobą. Chcemy poczuć kim ten człowiek jest naprawdę. Jeśli jesteśmy uważni na niego tu i teraz, dostrzegamy co się w nim dzieje. Odkrywamy nie listę cech, tylko potencjał. Nie przyjmujemy stałych poglądów na jego temat a podążamy za jego rozwojem.
Warto nie mieć stałych założeń na temat drugiego człowieka, bo każdego dnia może się odsłonić jakaś jego nowa twarz. Mówimy teraz o miejscu, gdzie występuje zdolność do widzenia człowieka takim, jakim on jest w swojej zmienności, w tym mnóstwie przejawów.

Będąc w związku, mamy do czynienia również z trudnymi emocjami partnera. Gdy ktoś jest uważny, umie się z nimi skonfrontować.
Wtedy widzimy, że partner jest zdolny do przeżywania na przykład złości czy zazdrości. Uważność pozwala mi tego nie oceniać, nie działać z wcześniej przyjętym jego obrazem, tylko reagować zgodnie z tym, co czuję naprawdę. Jeśli złość jest skierowana do jego szefa, mogę tego wysłuchać, towarzyszyć temu. Kiedy partner w naszej wizji jest kimś jednostronnie łagodnym i opanowanym, w momencie gdy się złości, zaczynamy czuć się niepewnie i odnosimy tą emocję do naszej relacji, chociaż w istocie ona jej wcale nie dotyczy.

Uważność polega na tym, żeby na przykład pod agresją zauważyć niepewność, pod powściągliwością - niepokój?
Potrzeba bardzo dużo uważności, by pod złością skierowaną w moją stronę dostrzec zranienie, lęk czy niepewność. Z drugiej strony pułapką może być sytuacja, kiedy jest nakładane nadmierne uwielbienie. Dzięki uważności czujemy, że ten zachwyt płynie z wewnętrznego deficytu partnera. W tym momencie ta osoba nie do końca widzi mnie, tylko na przykład mój sukces przynależny do roli, którą wypełniam w życiu zawodowym. Dzieje się tak dlatego, bo sama potrzebuje na przykład być bardziej ambitna w tej sferze życia.

W związkach często odgrywamy role. Mężczyzna może podziwiać partnerkę, mówiąc jej „jaką jesteś wspaniałą matką dla naszych dzieci”, nie widząc w niej kobiety. Bo jest w roli syna stęsknionego za mamusią i nie widzi jej rzeczywiście.
Inny przykład - mężczyzna wiąże się z szefową, która zarządza firmą i która zawsze ma odpowiedź, zawsze wie jak działać. Tymczasem na gruncie prywatnym okazuje się, że bywa słaba, bezbronna i od czasu do czasu chciałaby się oddać w opiekę. Dla niego może to być totalnym zaskoczeniem, może mieć trudności, żeby to przyjąć, może ujawnić się rozczarowanie. Jeśli ona przyciągnęła go swoją siłą, on może mieć deficyt w tym punkcie. Oznacza to, że nie umie być twardym, jeśli kobieta jest miękka, bo swoją siłę projektuje na nią.

Gdy nie jesteśmy uważni, pojawiają się: ignorowanie, odmowa słuchania, bycie nieosiągalnym i strach przed prawdą.
Jak nie jesteśmy uważni, skupiamy się wyłącznie na sobie. A później są przejawy, o których mówisz.

Trudno nam być uważnym na kogoś, kiedy nie mamy uważności na siebie, bo sami jesteśmy spętani przez przeszłość, tkwimy w rolach. Łatwiej o uważność, gdy nie boimy się uczuć, które przychodzą, jesteśmy zrównoważeni, wewnętrznie spójni. Uważność to dojrzałość, bycie przebudzonym, świadomym.
Uważność to wyzwanie, ale nie tylko Budda mógł jej doświadczyć. Jest ona do osiągnięcia dla każdego. Jednak gdy postawimy sobie ją za cel i będziemy wykonywać różnego rodzaju zabiegi, nasz plan intelektualny zaprowadzi nas na manowce. Chodzi raczej o to, żeby się zająć wewnętrznymi lękami, ocenami, niepewnościami. Wtedy uważność jako zdolność naturalnie przynależna do natury człowieka, zyska przestrzeń żeby znowu się pojawić. Ona zawsze w nas jest, tylko często dostęp do niej jest odcięty lub utrudniony.

Z uważnością wiąże się prostota, szczere zachowania. Jeśli jest uważność, strefa poczucia bezpieczeństwa rozszerza się jako naturalny efekt.
Tak, pojawia się zaufanie, otwartość, wzajemność. Nie wchodzimy w role, nie nakładamy perspektyw, jesteśmy autentyczni. Dochodzimy do bazowych poziomów bezpieczeństwa, nie trzeba już udawać, jest ciepło.

Uważności towarzyszy zwykle uznanie i wdzięczność.
Dla mnie wiąże się to z zachwytem. Odczuwa się takie głębokie zadowolenie, poczucie spełnienia, połączenie tych uczuć. Mogę cieszyć się, że jestem w tej relacji, z taką właśnie osobą i że coś fajnego się między nami wydarza, obojętnie czy trwa chwilę czy 20 lat. Uznanie i wdzięczność połączone są z otwieraniem się na pewien poziom bycia. Na nim nie ma już poczucia braku ani raniącego krytycyzmu. To jest rozgoszczenie się w czymś dobrym.

  1. Styl Życia

Samotność z wyboru. Dlaczego ludzie decydują się na samotne życie?

Samotne życie to wybór czy konieczność? Jakie profity czerpiemy z życia solo? (fot. iStock)
Samotne życie to wybór czy konieczność? Jakie profity czerpiemy z życia solo? (fot. iStock)
Bycie razem, nie tylko od święta, wychodzi nam coraz gorzej. Coraz lepiej natomiast - życie w samotności, choć usilnie próbujemy budować związki. Koniec końców wielu z nas wybiera niezależność, wolność, możliwość samorealizacji. A człowiek ponoć jest istotą stadną. Dziwne, prawda?

Badania nie pozostawiają złudzeń – tradycyjna rodzina nie ma się już tak dobrze, jak miała, przynajmniej w deklaracjach Polaków. Dotychczas, od wielu zresztą lat, to ona plasowała się na pierwszym miejscu w hierarchii wartości. Od mniej więcej 2010 roku (o czym mówią badania CBOS) rodzina ustąpiła miejsca sferze zawodowej. I to głównie za sprawą młodych ludzi, między 18. a 34. rokiem życia. Okazuje się, że 66 procent z nich nad rodzinę przedkłada ambicje zawodowe, a tylko 20 procent wskazuje sferę bliskich relacji jako wartość najistotniejszą. Badania pokazują także, że blisko jedna czwarta Polaków żyje dzisiaj w pojedynkę. Samotne życie to nie jest tylko okresowa moda, ale zjawisko opisane przez socjologów i psychologów.

Życie samotnika: nie wiem, jak chcę, ale wiem, jak nie chcę

Psycholożka Anna Nowakowska zauważa, że przyczyny tego zjawiska są pochodną przemian kulturowych i obyczajowych.

– W Polsce, zwłaszcza w wielkich miastach, nie istnieje już presja społeczna wymuszająca określony styl życia, tym bardziej zawieranie małżeństw. Młodzi ludzie nie do końca wiedzą, jak chcą żyć, ale za to wiedzą, jak nie chcą, czyli tak jak ich rodzice, którzy latami trwali w nieudanych związkach. Życie w pojedynkę wybierają jednak nie na zawsze, tylko na krótką metę, do czasu, kiedy się dorobią, kupią mieszkanie, samochód. Ale ta lista wciąż jest aktualizowana, więc samotne życie się przedłuża.

Psychologowie podkreślają, że samotność dorosłych ma często źródło w ich dzieciństwie. A ściślej w tym, czy rodzice okazywali im uczucia. Jeśli nie okazywali, jeśli wychowywali w emocjonalnym chłodzie, to wielce prawdopodobne, że oni też tego nie potrafią i w dorosłości nie będą umieli zbudować bliskich relacji. Wybiorą życie samotnika.

Anna Nowakowska: – Ale często zamiast coś z tym zrobić, na przykład pójść do terapeuty, ludzie deprecjonują wartość bliskich relacji, odrzucają je, twierdząc, że związek to zamach na ich niezależność, wolność, rozwój, samorealizację. A bliskość nie wyklucza wolności i niezależności każdego z partnerów. Wszystko zależy od ustalenia granic. Bo jeśli te granice są sztywne, związkowi grozi rutyna. Jeśli z kolei granice są zbyt słabe i każdy dryfuje w swoim kierunku, jedność pary jest zagrożona. Czasem, paradoksalnie, pomaga sformalizowanie związku. Daje partnerom poczucie, że nawet jeśli się oddalą, to trudniej niż w związku nieformalnym, ot, tak sobie, spakować walizki i odejść.

Życie w samotności to także konsekwencja różnych lęków. Między innymi przed tym, że w bliskim związku o wiele więcej stracę, niż zyskam. Będę zajęty domem, a w tym czasie coś ważnego może mnie ominąć! Ten lęk ma już nawet swoją nazwę, FOMO (fear of missing out), i jest widzialny gołym okiem. Ludzie nie podnoszą głów znad tabletów i smartfonów, bo tyle ciekawego tam się dzieje. A w realu? Nuda.

Kolejny lęk – że kiedy z kimś zamieszkam, a więc kiedy się otworzę, obnażę, to wyjdą na jaw wszystkie moje skrywane, często urojone, wady. Samotność to także efekt rozwodów, prawdziwej plagi ostatnich lat. W Polsce rozpada się już ponad jedna trzecia małżeństw z krótkim stażem. Po takich doświadczeniach ludzie nie chcą sparzyć się po raz drugi, wolą życie samotnika.

Samotny wilk w opałach - jakie konsekwencje może mieć życie w samotności?

Zanim powiesz: „Wybieram samotność”, zastanów się, czy to ci się opłaca. Po pierwsze, grozi ci depresja. Amerykański psycholog, profesor Richard Booth, już w 2002 roku alarmował, że długotrwałe życie w samotności może prowadzić do depresji, i postulował zaklasyfikowanie jej do zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.

Po drugie, jesteś bardziej niż niesamotnicy narażona na stres. Badaczka wpływu samotności na nasze zdrowie, dr Lisa Jaremka z Uniwersytetu w Ohio, dowiodła, że życie w samotności przez długi czas działa jak silny stresor. Z jej badań wynika, że organizm samotnej osoby wytwarza o ponad dziesięć procent więcej hormonów stresu niż takiej, która przebywa w otoczeniu innych ludzi.

Po trzecie, wybierając życie samotnika, fundujesz sobie choroby, ponieważ stres osłabia nasz system odpornościowy. Organizm samotnika produkuje także więcej cytokiny – wydzielanego przez białe krwinki białka, które przyspiesza procesy nowotworowe. Osoby, które prowadzą samotne życie częściej chorują na alzheimera. Inne badania, przeprowadzone przez dr Uri Gouldborta z Tel Awiwu, pokazują, że życie w samotności szczególnie niebezpiecznie wpływa na mężczyzn. Ryzyko śmierci wskutek udaru mózgu jest o 64 procent większe u samotnych mężczyzn niż u pozostających w związkach.

Jak radzimy sobie z życiem w samotności? Badania nad samotnymi studentami, jakie przeprowadził psycholog Warren Jones, pokazały, że zupełnie nieskutecznie. Młodzi ludzie, którzy prowadzą samotne życie – zamiast zapraszać znajomych, wychodzić do miejsc, gdzie spotykają się rówieśnicy – oglądają telewizję, uciekają w jedzenie lub używki. Kiedy już znajdą się w towarzystwie, zachowują się tak, że zrażają do siebie ludzi: milczą albo za dużo mówią o sobie, nie interesują się interlokutorem. Dodatkowo pogarszają swoją sytuację tym, że mają nierealistycznie wysokie wymagania zarówno wobec siebie, jak i wobec innych.

Anna Nowakowska: – Ludzie, którzy twierdzą, że wybrali życie w samotnika, przychodzą do mnie po ratunek, bo cierpią. Przed światem udają, że życie w pojedynkę jest super, że mogą robić, co chcą, ale w gabinecie przyznają, że to ściema. Zachęcam ich do zainwestowania w relacje, póki jeszcze nie jest za późno. Bo wraz z upływem czasu coraz trudniej przestawić się na inny styl życia, ciężko zmienić codzienne nawyki samotnika, znaleźć przestrzeń – i tę dosłowną, i mentalną – dla innej osoby, podzielić się z nią swoim życiem. Mówi się, że ludzie samotni dziwaczeją, i jest w tym dużo prawdy. Z moich obserwacji wynika, że łatwiej otworzyć się na związek samotnym z konieczności, wdowom, porzuconym, rozwiedzionym. Ich motywacja do zmiany swojej sytuacji, potrzeba skontaktowania się z drugim człowiekiem jest dużo większa niż tych, którzy deklarują samotność z wyboru. Ale zanim wejdzie się w nowe, dobrze zamknąć stare, przeżyć żałobę, rozstanie. Pobyć tylko ze sobą, ze swoimi myślami, w ciszy. Takie praktykowanie bycia samemu ze sobą działa jak lekarstwo. Bo samotność nie jest tylko zła, czasem okazuje się zbawienna. Chociaż na dłuższą metę nie da się jej obronić.