1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

„Nadzieja nie równa się wierze w cuda”. Rozmawiamy z psycholożką Joanną Heidtman

Nadzieja, właściwie rozumiana, nie jest bezrefleksyjnym liczeniem na cud – przekonuje psycholożka Joanna Heidtman. (Fot. iStock)
„Nadzieja jest umysłowym założeniem, które pomimo niepewności, bólu, rozmaitych strat pomaga przetrwać” – mówi psycholożka Joanna Heidtman.

Artykuł archiwalny

Znam osoby, które nigdy wcześniej nie korzystały z horoskopów, wydawało im się to śmieszne, naiwne i infantylne. Dziś szukają w nich ukojenia… Czy to znaczy, że tak bardzo potrzebujemy nadziei?
Zdecydowanie tak, to jeden z najsilniejszych stabilizatorów, jaki człowiek posiada wśród narzędzi służących przetrwaniu w trudnych warunkach. Bardzo potrzebujemy dziś nadziei, ale to nie może być „ślepa” wiara.

To znaczy?
Przypomina mi się historia admirała marynarki wojennej USA, Jamesa Stockdale'a. Lekcja z niej płynąca stała się wręcz teorią psychologiczną nazywaną „Paradoksem Stockdale’a”. Podczas wojny w Wietnamie James wraz z grupą swoich żołnierzy został schwytany do niewoli. Spędził w niej siedem lat! Do samego końca zachował w sobie przekonanie, że przetrwają, zwyciężą, ale jednocześnie nie odrzucał rzeczywistości, miał chłodny ogląd sytuacji. Liczył się z tym, że ten ekstremalnie trudny czas potrwa bardzo długo.

Szykował się na maraton...
Dokładnie, siły fizyczne i emocjonalne zaplanował rozłożyć nie na bieg na sto metrów, ale na maraton właśnie. Wbrew pozorom, najszybciej umarli… optymiści. Nie potrafili dać sobie rady z przerażającą rzeczywistością, liczyli na cud, na rychłe uwolnienie, a gdy ono nie przychodziło – załamywali się. Zakładali i powtarzali między sobą: „Na święta wrócimy do domu, wypuszczą nas, odbiją”. James mówił wtedy: „Nie będziemy wolni na Boże Narodzenie”. A swój sposób na przetrwanie zawarł później w teorii, która – jak mówił – pozwoliła mu przeżyć: „Nie wolno mylić wiary, że uda się na końcu zwyciężyć, której nigdy nie można utracić, z umiejętnością stawiania czoła nawet najbardziej brutalnym faktom otaczającej cię rzeczywistości, jakiekolwiek by one były”. Wirus, który opanował nasz świat [mowa o koronawirusie – artykuł powstał w czasie pandemii, przyp. red.], jest wielkim wyzwaniem. Jest wyzwaniem dla rządzących, dla służby zdrowia, ale też dla każdego z nas indywidualnie. Ta sytuacja dla współczesnego człowieka, szczególnie dla człowieka Zachodu, przyzwyczajonego do życia zgodnie z teorią: „Sky is the limit”, „Mogę wszystko” jest ekstremalnie trudna. Musimy zgodzić się na to, na co nie lubimy, a często nie umiemy się zgadzać – na swoją bezsilność, na brak wpływu. Na to, że nasze możliwości jednak są ograniczone. I dlatego też mądra nadzieja jest dziś czymś bezcennym.

A optymizm należy zachować na lżejsze czasy...
Oczywiście, optymizm ma w psychologii różne wymiary, ale ten „potoczny”, o którym krążą rozmaite żarty, np.: „Optymista to niedoinformowany pesymista” rzeczywiście nie jest najlepszą strategią na dziś. Bo zawiera w sobie przynajmniej częściową utratę kontaktu z rzeczywistością, z realnym wymiarem trudności.

A wtedy?
A wtedy wkracza życie i solidnie miesza nam szyki. Tymczasem nadzieja, właściwie rozumiana, nie jest bezrefleksyjnym liczeniem na cud.

Czym jest zatem właściwie rozumiana nadzieja?
W psychologii nadzieja nazywana jest, bardzo trafnie według mnie, stabilizatorem doświadczenia mimo zmieniających się okoliczności. To znaczy, że nadzieja stabilizuje nas na tyle, że emocjonalnie, energetycznie i mentalnie jesteśmy w stanie jakoś działać, posuwać się do przodu, mimo okoliczności złych, trudnych i zmieniających się. Nadzieja jest też zdolnością naszego umysłu do poradzenia sobie z dużą dozą niepewności. A niepewność jest bardzo bliska poczuciu zagrożenia. Przewidywalność to nasza strefa komfortu, w niej poruszamy się bez trudu. Pandemia nas z tej strefy wypędziła, zatem jak iść i działać? Możemy to zrobić właśnie dzięki nadziei, która nas stabilizuje. Stabilizuje nasze emocje, myślenie, czyli zdolność planowania, i energię, czyli zdolność działania. Metaforycznie widzę nadzieję jako taką kładkę zainstalowaną ponad wzburzoną wodą, łączy ona dwa suche brzegi.

Czy my w tę kładkę wszyscy jesteśmy fabrycznie wyposażeni, czy zdolność do odczuwania nadziei jest wrodzona?
Sama zdolność do wchodzenia w stan nadziei jest wrodzona, ale kładkę trzeba wybudować, to znaczy, że korzystanie, posługiwanie się nadzieją już wrodzone nie jest. To sztuka nabyta, generalnie, poprzez dwa mechanizmy. Pierwszy dotyczy oczywiście relacji z opiekunami. Na ile dodawano nam otuchy, wspierano, inspirowano nas w dzieciństwie, czyli właśnie czy stabilizowano nasze doświadczenie lęku, niepokoju, złości, frustracji na tyle, że byliśmy zdolni do dalszego działania, próbowania itd. To taki trening nadziei!

Czyli w tym przypadku niewiele zależało od nas. A jaki jest ten drugi mechanizm, który przyczynia się do zdolności wchodzenia w stan nadziei?
Tu także, niestety, niewiele leży w naszych rękach… Psychoanalityk, Erik Erikson, stworzył teorię rozwoju tożsamości człowieka i podzielił ją na poszczególne etapy. Jeden z nich związany jest z nadzieją właśnie. Każdy etap to rozwiązanie wewnętrznego konfliktu, w tym przypadku chodzi o konflikt „ufność vs brak ufności”. Jeśli szeroko rozumiane okoliczności pozwolą nam przejść przez ten etap z rozwiązaniem na korzyść ufności wobec świata i ludzi, w dorosłym życiu wchodzenie w stan nadziei będzie przychodziło nam zdecydowanie łatwiej.

Ale, na szczęście dla wielu z nas, mamy w życiu jeszcze inne doświadczenia, nie tylko te wyniesione z domu. Czy one nie mogą w jakimś stopniu zmienić naszą optykę?
Chce pani usłyszeć ode mnie, że zdolność do odczuwania nadziei można w sobie jednak wypracować?

Tak.
Nadzieja to pewien konstrukt myślowy, jest takim umysłowym założeniem. Mówimy przecież o sytuacjach, okolicznościach, w których w danym momencie jesteśmy i – tu i teraz – w faktach nie znajdujemy poparcia, że rezultat na finiszu będzie pozytywny. Teraźniejszość tego nie pokazuje. I chodzi o zdolność założenia, że choć jest do kitu, może być dobrze, lepiej. Jestem pewna, że każdy z nas, nawet ten z trudnym startem, ma w swoim bagażu doświadczeń sytuacje, kiedy smutek mijał i pojawiała się radość, kiedy mijał ból i pojawiało się poczucie ulgi. Każdy, kto uczciwie ze sobą pogada, znajdzie w swojej przeszłości takie zwroty akcji. I doświadczenia takich zwrotów trzeba się dziś uczepić. Wydobywać je z pamięci i nie pozwalać im znowu się w niej ukryć. Ale nie zapominajmy o paradoksie admirała! Miejmy nadzieję, ale ona nie może być tożsama z bagatelizowaniem realnego zagrożenia, w którym się znaleźliśmy. Bo nadzieja nie równa się wierze w cuda. Więc to się na pewno skończy, minie, ale niekoniecznie jutro czy za tydzień. Bądźmy gotowi na maraton i wyboje, bądźmy gotowi na bezsilność i niepewność. A nadzieja zrobi swoje – pomoże nam przejść na drugi suchy brzeg.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze