1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Strategie dla samouków - sprawdzone metody uczenia się

Strategie dla samouków - sprawdzone metody uczenia się

Skuteczna nauka to proces, którego również trzeba się nauczyć (Ilustracja iStock)
Skuteczna nauka to proces, którego również trzeba się nauczyć (Ilustracja iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Żyjemy w czasach ciągłego dokształcania się. Na szczęście dziś po naukę nie musimy już wracać do szkoły. Edukowanie się nadal jednak wymaga systematyczności oraz silnej motywacji. Skąd je brać?

Żyjemy w czasach ciągłego dokształcania się. Na szczęście dziś po naukę nie musimy już wracać do szkoły. Edukowanie się nadal jednak wymaga systematyczności oraz silnej motywacji. Skąd je brać?

Wielu osobom, także tzw. dobrym uczniom, edukacja kojarzy się z wkuwaniem wiadomość z podręcznika i presją bycia ocenianym. Dlatego po zdobyciu dyplomu składają deklarację „nigdy więcej”. Niestety dziś, żeby nie wypaść z rynku, musimy stale czegoś się uczyć. Ale dzięki Internetowi możemy to wreszcie zrobić na własnych warunkach. Trzeba tylko wiedzieć, jak się do tego zabrać.

Dobre przygotowanie

W książce „Sztuka samodzielnej nauki” psycholog Peter Hollins przywołuje koncepcję edukatorki Susan Kruger – tzw. piramidę sukcesu w nauce.

U jej podstawy leży pewność siebie, czyli przekonanie, że jesteśmy w stanie nauczyć się czegoś nowego. To przekonanie w pełni uzasadnione, bo przecież wszystkiego tego, co już umiemy, też musieliśmy się nauczyć! Na drugim poziomie piramidy znajduje się zarządzanie sobą – co w praktyce oznacza zorganizowanie czasu i narzędzi, które pozwolą na skuteczną naukę. W przypadku samodzielnej nauki to szczególnie ważne, bo bez bata w postaci wiszącego nad głową egzaminu łatwo zrezygnować przy kolejnej przeszkodzie. Zatem zanim weźmiesz się do nauki, zaplanuj dokładnie takie rzeczy, jak źródło informacji (np. kurs online, seria tutoriali na YouTubie), częstotliwość i długość lekcji oraz metodę weryfikacji nowej wiedzy (np. nagrywanie krótkiego podsumowania każdej lekcji na smartfonie). To ostatnie jest bardzo ważne, bo nawet – a może zwłaszcza... – jeśli uczysz się tylko dla siebie, pozytywna informacja zwrotna pozwoli ci osiągnąć tzw. flow, czyli stan przyjemności połączonej z satysfakcją, który daje długoterminową motywację.

I dopiero po przejściu tych etapów rozpocznij naukę! „Kiedy już osiągniesz te dwa poziomy w piramidzie sukcesu w nauce, samodzielna nauka stanie się dla ciebie dużo łatwiejsza” – przekonuje Hollins. Co może jeszcze w niej pomóc?

Metoda Robinsona

„Podręczniki są grube i wypełnione informacjami, a do tego zawierają dużo szczegółowych danych i komentarzy. Dlatego niestety normalnym widokiem jest uczeń ślęczący nad książkami do późna w nocy (...) i niepotrafiący przypomnieć sobie następnego dnia, co przeczytał”

Opisany w poradniku obraz jest tak powszechny, że należy do głównych sabotażystów samodzielnej nauki. Jednak wcale nie jesteśmy skazani na ten zniechęcający model dydaktyki, dużo skuteczniejsza jest metoda opracowana przez Francisa P. Robinsona, tzw. SQ3R, na którą składa się pięć elementów:

  • Swstępne zapoznanie się (ang. survey), które można porównać do spojrzenia na mapę przed rozpoczęciem podróży – nie zapamiętasz całej trasy, ale mniej więcej wiesz, czego się spodziewać,
  • Qpytania (ang. questions), które służą określeniu celu, który stawiasz sobie przy danej czynności. Jeśli np. chcesz poznać historię kina europejskiego i czytasz o słynnych reżyserach, możesz przygotować mikroquiz z pytaniami o tytuły ich pierwszych filmów,
  • pod trzema R ukrywają się kolejno (ang. read, recite, review): czytanie – powoli, z wyjaśnieniem nieznanych terminów i szukaniem przykładów, powtarzanie – własnymi słowami (ustnie lub pisemnie) przeczytanych informacji oraz przegląd, czyli powracanie w kolejnych dniach do przeczytanego fragmentu, co pozwala nie tylko lepiej zapamiętać materiał, ale i zobaczyć go w szerszym kontekście.
Przy stosowaniu tej techniki ważne są dobre notatki, ponieważ nie sposób od razu poukładać w głowie i zapamiętać tylu nowych danych.

Notatki Cornella

Stworzona w latach 50. XX wieku metoda zawdzięcza nazwę Uniwersytetowi Cornella w stanie Nowy Jork, gdzie pracował jej twórca, profesor Walter Pauk. Jest zbudowana na schemacie: robienie notatek, redagowanie ich, analiza i refleksja. To jedno z najsłynniejszych narzędzi do uczenia się, a jednocześnie bardzo proste. Wystarczy coś do pisania i kartka podzielona na trzy części – dwie kolumny: prawa („notatki”) powinna być dwa razy szersza od lewej („słowa kluczowe”) oraz pole u ich podstawy.
  • W kolumnie „notatki” zapisuj wszystko, co usłyszałeś albo przeczytałeś: pisz w punktach, rób listy, szkicuj, nie bój się chaosu.
  • Na selekcję przychodzi czas przed wypełnieniem kolumny „słowa kluczowe”, dokąd trafiają najważniejsze informacje w skróconej formie (np. jedno zdanie zamiast pięciu zdań pierwotnych notatek).
  • W polu „podsumowanie” jeszcze bardziej skróć zapis, tak abyś przy przeglądaniu notatek mógł szybko zorientować się, któremu zagadnieniu są poświęcone.
Istotą tej metody jest jej personalizacja. „Najważniejsze jest to, że stworzyłeś coś, co ma dla ciebie osobiste znaczenie, bo sformułowałeś wszystkie zdania w taki sposób, żeby przemawiały do ciebie”. Jeśli sięgniesz po nie, od razu znajdziesz to, czego potrzebujesz, a tego nie zapewnią notatki robione przez kogoś innego.

Technika Feynmana

„Jeżeli nie potrafisz czegoś prosto wyjaśnić – to znaczy, że niewystarczająco to rozumiesz” – powiedział Albert Einstein. Inny wielki fizyk i popularyzator nauki Richard Feynman przekuł to zdanie w metodę uczenia się. Opiera się ona na serii pytań znanych każdemu rodzicowi. Kojarzycie ten moment, gdy usłyszana przez dziecko zwykła informacja, np. „pada deszcz”, wyzwala tzw. łańcuch pytań „dlaczego” (dlaczego pada? dlaczego deszcz? itp.). W logice małych dzieci nie ma miejsca na myśl, że nie wypada pytać o takie oczywistości – liczy się chęć poznania świata. I takiego właśnie podejścia warto się od nich uczyć.

„Pamiętaj, że twoim celem nie jest udzielenie odpowiedzi na pytania, lecz zidentyfikowanie pytań, na które nie potrafisz odpowiedzieć” – podkreśla Peter Hollins i opisuje cztery etapy procesu.

  • Pierwszy to wybór, o czym dokładnie chcesz opowiedzieć, choćby właśnie o deszczu.
  • W drugim etapie zaczynasz opisywać to zjawisko, rozpoczynając np. od tego, że deszcz bierze się z chmur, a te powstają w wyniku parowania. Jeśli w pewnym momencie nie zdołasz odpowiedzieć na pytanie, które zrodziło ci się w głowie w związku z opisywanym zagadnieniem – to znaczy, że nie do końca je rozumiesz.
  • To jest właśnie trzeci stopień techniki Feynmana, czyli identyfikacja ewentualnych braków.
  • Czwartym jest zastosowanie analogii, dzięki czemu przekonasz się, czy rozumiesz zagadnienie również na głębszym poziomie, np. zjawisko parowania możesz pokazać na przykładzie wysychających kałuż.
Samodzielna nauka wydaje się niełatwa, jednak tak naprawdę liczy się tylko pragnienie zdobywania wiedzy i wnikliwość. Warto je pielęgnować i wspierać odpowiednimi narzędziami, bo autodydaktyka nie jest ograniczona wiekiem, pochodzeniem czy płcią, więc może dawać ci satysfakcję przez całe życie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Brush lettering: sztuka pięknego pisania

Kaligrafia ćwiczy nie tylko rękę, kształci także umysł, budzi zamiłowanie do piękna, uczy czystości i porządku. (Fot. Unsplash)
Kaligrafia ćwiczy nie tylko rękę, kształci także umysł, budzi zamiłowanie do piękna, uczy czystości i porządku. (Fot. Unsplash)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Współcześnie, aby ułatwić proces pisania, zamiast pędzli oraz tuszu, używa się kolorowych mazaków ze specjalnymi końcówkami przeznaczonymi do tzw. liternictwa pędzelkowego. O powrocie do sztuki pięknego pisania rozmawiam z graficzką Justyną Spyrką i Zenją, projektantką zestawów do wprawek oraz autorką zeszytów do ćwiczeń.

Przedwojenna kaligrafia, czyli nauka starannego i estetycznego pisania, miała przede wszystkim kształtować charakter oraz ćwiczyć cierpliwość. Autorzy „Podręcznika do nauki kaligrafii dla użytku szkolnego i domowego”, opublikowanego w 1904 roku, tłumaczyli, że „nauka kaligrafii ćwiczyć będzie nie tylko rękę, ale kształcić także umysł, albowiem pobudzi uwagę, podnieci wolę ku dobremu, obudzi zamiłowanie do piękna, prawidłowości, taktu, zgodności, czystości i porządku. W ten sposób wpłynie kaligrafia korzystnie na wyobraźnię i zmysł estetyczny wychowanków”. W dobie nowoczesnych technologii kaligrafia wydaje się nieco zapomnianą sztuką odręcznego pisma, którym zajmuje się garstka pasjonatów. W trakcie ostatniego lockdownu okazało się jednak, że kaligrafia, a przede wszystkim jedna z jej form, cieszy się sporym zainteresowaniem, dostępnych jest coraz więcej produktów dedykowanych miłośnikom pięknego pisania, a instagramowe konta poświęcone brush letteringowi (styl pisma podobny do kaligrafii) przyciągają mnóstwo osób.

Brush lettering jest jak jazz

Żeby ułatwić zrozumienie tego, czym jest brush lettering, często używa się słowa „kaligrafia”, wtedy od razu wiadomo, że chodzi o pisanie. „Dla mnie najprostsza definicja brush letteringu to pisanie specjalnymi markerami (brush penami), pewien odłam kaligrafii, w którym można pisać albo rysować litery (hand lettering) – tłumaczy Zenja, która  prowadzi sklep z materiałami do kaligrafii frannys.pl, projektuje zestawy ćwiczeń do brush letteringu oraz notesy do bullet journal (rodzaj notatnika, który służy do kreatywnego organizowania i planowania – przyp. red.)

„Wydaje mi się, że w języku polskim brakuje odpowiedniego słowa na określenie brush letteringu, dlatego często można spotkać się z nazwą kaligrafia nowoczesna. Nie jest to może do końca precyzyjne, ponieważ w brush letteringu korzysta się wyłącznie z brush penów, a w kaligrafii nowoczesnej z różnych narzędzi służących do pisania. Brush lettering można porównać do jazzu, mamy tu różne wariacje, możemy improwizować ze stylami, ale żeby to robić dobrze, trzeba opanować podstawy i mieć odpowiednie narzędzia”.

Kaligrafia nowoczesna - narzędzia

Podstawową zasadą brush letteringu są dwa rodzaje linii. Cienka prowadzona jest w górę, gruba i mocniejsza w dół oraz lekko w bok. Opanowaniu prawidłowej techniki służą specjalne ćwiczenia tzw. wprawki, które można porównać do nauki pisania w pierwszej klasie szkoły podstawowej. To dzięki praktykowanym w dzieciństwie ćwiczeniom dłoń uczy się w jaki sposób stawiać pierwsze litery, w dorosłym życiu pozwalają opanować kształty konkretnego stylu, dzięki którym można łączyć je w litery, a następnie w słowa. Styl w brush letteringu może być dowolny: od bardzo prostego, przez elegancki, po ozdobny z wywijasami albo cieniowaniem. Przygodę z brush letteringiem warto zacząć od najprostszego stylu, a żeby szybko nie zrazić się w pisaniu i narzekać, że nie wychodzi tak dobrze jak innym, trzeba uzbroić się w cierpliwość.

„Kiedy w 2016 roku zaczynałam swoją przygodę z brush letteringiem, w polskich sklepach brakowało odpowiednich narzędzi, mało kto wiedział czym w ogóle jest brush pen.  Do moich pierwszych wprawek używałam markera z bardzo elastyczną końcówką, która wyginała się na wszystkie strony albo brush pena z dużą gąbką, która nie pozwalała uzyskać takiego kształtu litery, jaki chciałam. To było bardzo frustrujące” – tłumaczy Zenja.

Justyna Spyrka, która na Instagramie uczy o graficznej stronie biznesu, pytana przeze mnie o początki z brush letteringiem odpowiada, że w Polsce brakowało gotowych produktów. „Korzystałam głównie z przeróżnych kart pracy, które były do pobrania z amerykańskich blogów. Nie było to do końca dobre, ponieważ nie umiałam ocenić, które szablony mają odpowiedni dla mnie, osoby początkującej, poziom trudności. W efekcie nauka była dość frustrująca i długo zajęło mi osiągnięcie efektu, o który mi chodziło”

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Justyna Spyrka | grafika (@juspyrka)

Co w takim razie ma w brush letteringu największe znaczenie? Narzędzie, czyli marker ze specjalną końcówką, a może rodzaj papieru? „Technika brush letteringu polega na tym, że do góry prowadzisz cienką kreskę, a w dół grubszą. Są osoby, które są w stanie zrobić to dobrze za pomocą zwykłego ołówka czy długopisu, ale na początek polecam jednak specjalne brush peny z małą i twardszą końcówką. Jeśli chodzi o papier, to nie powinien być zbyt szorstki, ponieważ wtedy szybciej zużywa się i mechaci końcówka brush pena. Do wprawek można używać nawet zwykłego papieru do drukarki laserowej. Powinien być gładki, ale niezbyt śliski” – wyjaśnia Zenja.

Ćwiczenia

Każdy brush lettering zaczynamy od wprawek, dlatego często porównuje się je do rozgrzewki w sporcie. „Dzięki temu przyzwyczajamy rękę do tego, żeby wykonywała odpowiedni nacisk i nauczyła się nowego ruchu pod odpowiednim kątem. Zawsze warto zaczynać od wprawek, ponieważ w ten sposób ćwiczymy kształty, z których składamy potem litery” – tłumaczy Zenja.

Do wprawek przydadzą się proste szablony oraz zeszyty do ćwiczeń. Zenja zaprojektowała pierwszy zeszyt dla siebie, szybko okazało się, że nie brakuje na niego chętnych. Kiedy pokazała go na Instagramie, obserwatorzy zasugerowali, że powinna włączyć go do sprzedaży w swoim sklepie Frannys. U Justyny pomysł na zeszyt ćwiczeń pojawił się jakiś czas później, kiedy rozpoczęła współpracę z Panią Swojego Czasu, dla której pisała artykuły o kreatywnym planowaniu. „Czytelniczki pytały o brush lettering, były zainteresowane tym tematem i bardzo dobrze przyjęły karty pracy dla początkujących, które pojawiły się na blogu. Pomyślałam wtedy, że przygotowanie produktu, które przeprowadzi je przez naukę podstaw brush letteringu, będzie strzałem w dziesiątkę. I razem z PSC nie ukrywamy, że tak właśnie było.”

Czas i medytacja

Druga najważniejsza sprawa związana z brush letteringiem to czas. Z jednej strony potrzebny do tego, aby opanować nową technikę, z drugiej trzeba go sobie po prostu dać, żeby nauczyć się stawiania liter.

„Często dostaje wiadomości od osób, które kupiły nowe brush peny, zrobiły pierwszą kreską i piszą, że nie spodziewały się, że to takie trudne. Wtedy zawsze pytam, a ile miesięcy albo lat już ćwiczysz?” – śmieje się Zenja.

To ile czasu trzeba codziennie poświęcić na pisanie, żeby nauczyć się robić to ładnie? „Po miesiącu wprawek, powtarzanych kilka razy w tygodniu, będzie widać pierwsze postępy. Ważne żeby na samym początku nie zmęczyć ręki, dlatego nie warto ćwiczyć kilku godzin dziennie. Zawsze powtarzam na moich warsztatach, żeby luzować przegub, robić przerwy, dzięki temu dłoń szybko nie zdrętwieje. Ważna jest systematyczność, ale naprawdę nie trzeba tego robić codziennie.” – tłumaczy Zenja.

Wiele osób, które zainteresowało się brush letteringiem przyznaje, że nauka ładnego pisania pomogła im się wyciszyć, skoncentrować na tym, co tu i teraz. Czy właśnie to mogło zdecydować o ogromnym zainteresowaniu brush letteringiem w czasie lockdownu?

„Nie jesteś w stanie skupić się na ładnym pisaniu i jednocześnie myśleć o problemach. Kaligrafia pozwala się uspokoić i wyciszyć.” – wyjaśnia Zenja. „Brush lettering to świetne ćwiczenia, które wymaga od nas skupienia się na jednym, powolnym, małym, ale ważnym geście dłonią – to trochę jak medytacja, w czasie której skupiamy całą uwagę na oddechu. Tylko że tutaj widzimy efekt naszego skupienia w postaci wymalowanych na papierze liter.” – dodaje Justyna.

Kreatywne hobby

Według Justyny, dzięki brush letteringowi można się kreatywnie wyżyć. „Konieczność spędzania czasu w domu ponownie rozhulała modę na wszelkie rękodzieło: makramy, szydełkowanie, scrapbooking – i właśnie brush lettering. Prace ręczne nie od dziś uważa się za dobry sposób na obniżanie poziomu stresu, którego w czasie pandemii na pewno nam nie brakuje.”

Dla niektórych brush lettering to po prostu hobby, rodzaj odskoczni od codziennych obowiązków. Inni zaczynają się nim interesować, ponieważ przywołuje to miłe wspomnienia z dzieciństwa związane z szelestem papieru i kolorowymi mazakami. Justyna zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt związany z popularnością brush letteringu w trakcie pandemii. „Wiele osób musiało nagle zorganizować pracę w domu, nie tylko sobie, ale także innym członkom rodziny. To doprowadziło do poszukiwań nowych sposobów na organizację i odkrycia metody bullet journal, czyli kreatywnego planowania w zeszycie. Takie planery często są dekorowane techniką brush letteringu, dzięki czemu wyglądają przepięknie. Nic dziwnego, że wiele osób postanowiło nauczyć się pięknie i estetycznie pisać.”

Brush lettering dla każdego

Brush lettering to sztuka pięknego pisania. Czy można pięknie kaligrafować literki, gdy odręczne pismo pozostawia wiele do życzenia? „Sama jestem przykładem tego, że pismo odręczne a brush lettering to dwie odrębne dziedziny” – śmieje się Zenja. „Kiedy trzymam dłoń pod odpowiednim kątem, jestem skupiona na tym, co robię, okazuje się, że potrafię pięknie kaligrafować, ale zawdzięczam to również kilkuletniej praktyce.”

„Na początku warto zacząć od prostego stylu alfabetu i opanować go jak najlepiej. Dopiero wtedy polecam zabrać się za poznawanie kolejnych, bardziej wymyślnych kształtów czy wymyślać własny styl, który będzie wariacją na temat opanowanego wcześniej.” A czy trzeba być utalentowanym plastycznie, żeby opanować brush lettering? „Ja nigdy nie potrafiłam wyrazić siebie w malarstwie czy innych sztukach plastycznych. Zawsze uczyłam się przez żmudne powtarzanie.”- wyjaśnia Zenja.

Brush lettering – trzy złote zasady

Skoncentruj się na tym, co i jak robisz

Ćwicz systematycznie, ale pamiętaj, żeby nie pisać zbyt długo

Nie oczekuj, że efekty pojawią się od razu. Nastaw się na zabawę i proces.

  1. Styl Życia

Śnieg zamiast płótna

Zrobienie jednego rysunku zajmuje Simonowi Beckowi około 11 godzin i zmusza do nawet 40- kilometrowego marszu. (Fot. materiały prasowe)
Zrobienie jednego rysunku zajmuje Simonowi Beckowi około 11 godzin i zmusza do nawet 40- kilometrowego marszu. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 13 Zdjęć
Kiedy podczas szusowania wśród alpejskich szczytów ujrzysz na śniegu niezwykłe wzory, nie martw się, to nie śnieżna fatamorgana – tu przechadzał się Simon Beck – artysta śniegu.

Brytyjczyk Simon Beck słynie z ciekawego hobby. Tworzy obrazy, które – oglądane z wysokości - zapierają dech w piersiach. Nie maluje ich, lecz wydeptuje w śnieżnym puchu, używając stóp i rakiet śnieżnych zamiast pędzla. Jest pierwszym na świecie artystą tworzącym sztukę na tak niekonwencjonalnym „płótnie”. Simon Beck od ponad 10 lat wytycza własną drogę w świecie sztuki, chodząc po śnieżnych połaciach wielkości kilku boisk do piłki nożnej. Tworząc geometryczne wzory w świeżym puchu.

„Latem, gdy śniegu jest mniej, jestem bezrobotny” – śmieje się artysta. Kiedy stęskni się za spacerami, przenosi się wówczas na słoneczne plaże, i tam w piasku wydeptuje swe obrazy. (Fot. materiały prasowe) „Latem, gdy śniegu jest mniej, jestem bezrobotny” – śmieje się artysta. Kiedy stęskni się za spacerami, przenosi się wówczas na słoneczne plaże, i tam w piasku wydeptuje swe obrazy. (Fot. materiały prasowe)

Sztuka chwili

Prace Simona są bardzo ulotne – niszczą je kaprysy aury: silniejsze podmuchy wiatru, obfitsze opady, ciepłe promienie słońca. A ich rekonstrukcja jest bardzo kłopotliwa. Beck skrupulatnie fotografuje więc wszystkie swoje dzieła - z okolicznych szczytów, kolejek linowych, czasem dronem. A potem sprzedaje kopie fotografii w wysokiej rozdzielczości. W ten sposób zarabia na życie. „Czuję, że wygrałem na loterii, nawet nie kupując losu” - śmieje się. Nie przeczuwał, że jego pierwsze niewinne zabawy w śniegu dadzą początek snow art – nowemu nurtowi sztuki plenerowej. Simon pociągnął za sobą rzesze naśladowców, ale to wciąż on jest numerem jeden. Chce zaoferować amatorom śnieżnych dzieł, oprócz wrażeń estetycznych, poczucie jedności z naturą i górskim krajobrazem.

Simon Beck pociągnął za sobą rzesze naśladowców, ale to wciąż on jest numerem jeden w technice snow art. (Fot. materiały prasowe) Simon Beck pociągnął za sobą rzesze naśladowców, ale to wciąż on jest numerem jeden w technice snow art. (Fot. materiały prasowe)

Płatki śniegu i fraktale

Z każdym krokiem Simona powoli, jak za pociągnięciem pędzla, rozwijają się okręgi i trójkąty, tworząc rodzaj mandali. Urodę gotowego dzieła trzeba podziwiać z lotu ptaka, przed lub po południu. Wówczas ukośne promienie słońca podkreślają wydeptany rysunek, rzucając cień na nierówności i sprawiają, że obraz staje się trójwymiarowy. W ciągu ostatnich dziesięciu lat Simon Beck udekorował zbocza Alp kilkuset gigantycznymi rysunkami – każdej zimy pojawia się około 30 nowych wzorów.
Zrobienie jednego rysunku (o pow. 100 x 100 m2) zajmuje mu około 11 godzin i zmusza do nawet 40- kilometrowego marszu.
Prace Becka przeważnie są geometryczne, bo takie najłatwiej wydeptać w plenerze. Pasjonuje go geometria fraktalna, w której – mówiąc w dużym uproszczeniu - każdy wzór składa się z wielu bliźniaczych, powtarzających się struktur. Przykładem może być płatek śniegu - to ulubiony motyw Simona! Tak jak nie ma dwóch identycznych płatków, tak nie ma dwóch takich samych prac artysty.

Jego obrazami rządzi symetria, którą udaje mu się osiągnąć dzięki liczeniu kroków. Potrzebny jest kompas, umiejętność liczenia, dobra kondycja i lata praktyki, którą Simon zdobywał pracując jako kartograf oraz oddając się swej pasji – biegom na orientację.

Śnieżne dzieła sztuki najpiękniej wyglądają o wschodzi i o zachodzie słońca. (Fot. materiały prasowe) Śnieżne dzieła sztuki najpiękniej wyglądają o wschodzi i o zachodzie słońca. (Fot. materiały prasowe)

Od kartografa do artysty

Po ukończeniu studiów inżynierskich w Oksfordzie Simon Beck zajmował się zawodowo tworzeniem map, a w wolnych chwilach uprawiał narciarstwo zjazdowe i biegi na orientację. Ale w 2009 r. doznał kontuzji – i pojawiły się kłopoty ze stopami. Jednym z elementów rehabilitacji miały być spacery. Początkowo nie przepadał za nimi, ale z czasem stały się pasją.

Swój pierwszy rysunek Beck stworzył w 2004 roku we francuskiej Sabaudii, gdy po dniu szusowania na nartach wydeptał w śniegu ogromną gwiazdę. Kiedy następnego dnia ujrzał ją z krzesełka wyciągu narciarskiego, był pod wrażeniem. Ale dopiero, gdy przeszedł na emeryturę, zaczął traktować swą nową działalność poważnie. Tym bardziej, że zdał sobie sprawę, iż nikt inny wcześniej nie robił czegoś podobnego. Zdjęcia prac zamieszczane przez niego na instagramie zaczęły robić fururę w sieci i przyciągać uwagę mediów.

Simon jest Brytyjczykiem, ale zwykle „spaceruje” we Francji, gdzie mieszka zimą. Gdy tylko pogoda i warunki śnieżne na to pozwalają, samotnie (czasami z pomocnikami) wychodzi w góry, by stworzyć kolejny rysunek.

Do tworzenia śnieżnych obrazów Simon Beck zaprasza czasem pomocników, zazwyczaj jednak wydeptuje je sam. (Fot. materiały prasowe) Do tworzenia śnieżnych obrazów Simon Beck zaprasza czasem pomocników, zazwyczaj jednak wydeptuje je sam. (Fot. materiały prasowe)

Śnieg zamiast płótna

Doświadczenie w kreśleniu map bardzo pomaga mu w tworzeniu śnieżnych wzorów. „Kiedy masz pustą kartkę papieru, rysujesz na niej” – mówi Simon. „Tak więc rysowanie na pustej połaci śniegu wydawało mi się rzeczą naturalną”.

Zaczyna od wykreślenia projektu na kartce A4 – każdy milimetr odpowiada jednemu krokowi. Gdy wzór jest gotowy, Beck udaje się w upatrzone miejsce, żeby wydeptać go w plenerze. Zabiera ze sobą niezbędne narzędzia: linę i kotwę (do kreślenia okręgów), kompas (do wytyczania kierunków), rakiety śnieżne (zapobiegają zapadaniu się w śniegu) oraz kijki narciarskie - do pomiaru odstępów pomiędzy sąsiednimi liniami i podpierania się w trudniejszych miejscach. Artysta nie może się bowiem potknąć, upaść ani zboczyć z wytyczanej linii. Zejście z trasy nawet o 6 cali zakłóca całość.

Doświadczenie w kreśleniu map bardzo pomaga mu w tworzeniu śnieżnych wzorów. (Fot. materiały prasowe) Doświadczenie w kreśleniu map bardzo pomaga mu w tworzeniu śnieżnych wzorów. (Fot. materiały prasowe)

Beck najpierw wyznacza centralny punkt wzoru, by stojąc w nim wytyczać pozostałe linie, pracując zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Gdy chce znaleźć punkt w połowie prostej, liczy kroki wzdłuż niej i dzieli przez dwa. Każdą linią stara się przejść dwa razy – wówczas uzyskuje gładką krawędź. Po około godzinie pracy pojawia się spora sieć ścieżek, którymi z łatwością może przejść z punktu A do punktu B, gdzie na przykład zostawił drugie śniadanie.

Artysta każdą linią stara się przejść dwa razy – wówczas uzyskuje gładką krawędź. (Fot. materiały prasowe) Artysta każdą linią stara się przejść dwa razy – wówczas uzyskuje gładką krawędź. (Fot. materiały prasowe)

Chopin w plenerze

Brodząc w śniegu Simon słucha Chopina, Bacha, Vivaldiego. Dźwięki muzyki otwierają jego umysł, a jest nad czym myśleć. Wszystko trzeba dokładnie zaplanować: czas, odległości, ocenić siły. Jeśli się je przeceni, można nie mieć siły na powrót do domu, a nawet umrzeć z wyczerpania i wyziębienia. W górach, zwłaszcza po zmroku, nie jest zbyt bezpiecznie. Simon zawsze stara się wykonać projekt w jeden dzień – pracuje non stop, posila się w marszu, by nie tracić rytmu. „Najtrudniej przebrać się w strój narciarski po skończonej pracy. Mam zgrabiałe ręce, często jestem zziębnięty na kość. Zdarzało się, że wracałem do domu na piechotę, gdyż nie potrafiłem założyć butów narciarskich” - wspomina Simon.

Wzory często przypominają mandale. (Fot. materiały prasowe) Wzory często przypominają mandale. (Fot. materiały prasowe)

Gra o tron

Z każdym rokiem stara się tworzyć coraz bardziej unikalne obrazy - we Francji i w innych zakątkach świata: od dzikich gór po stadiony sportowe w zaśnieżonych miastach (ostatnio w Minneapolis). Coraz częściej wykonuje prace na zamówienie. Na przykład jeden z jego ostatnich projektów powstał w ramach kampanii promocyjnej 6 sezonu serialu „Gra o tron”. Aby stworzyć ogromny herb rodu Starków i jego maksymę „Winter is coming”, artysta przeszedł ponad 32 kilometry w zaśnieżonych Alpach. Simon angażuje się też w akcje społeczne, choćby tworząc obraz „Stay Safe”, poświęcony Światowemu Dniu AIDS. Wydał też album ze zdjęciami ponad 200 obrazów śnieżnych, a projekty zainspirowały nawet… projektantów mody do stworzenia serii ubrań sportowych!

Śnieżne obrazy najlepiej podziwiać z lotu ptaka, lub przemieszczając się pomiędzy szczytami kolejką górską. (Fot. materiały prasowe) Śnieżne obrazy najlepiej podziwiać z lotu ptaka, lub przemieszczając się pomiędzy szczytami kolejką górską. (Fot. materiały prasowe)

Krok do przodu

Simona nie zraża nietrwałość jego dzieł. Tworzy je dla zdrowia i zabawy. Zaczyna nową pracę, kiedy ma na to ochotę, a kończy, kiedy czuje się zmęczony. Swymi obrazami chce sprawiać ludziom radość i pokazywać piękno gór z nowej perspektywy. Nie zależy mu na aspekcie komercyjnym, unika także nadmiernego rozgłosu.

Po 10 godzinach pracy i 45 000 tysięcy krokach, kiedy dzieło jest już ukończone, Simon Beck odczuwa wielką satysfakcję. Ma świadomość, że właśnie jest o krok bliżej do bycia zapamiętanym za robienie tego, co kocha.

Obrazy Simona Becka zachwycają misternością wzorów. (Fot. materiały prasowe) Obrazy Simona Becka zachwycają misternością wzorów. (Fot. materiały prasowe)

Na podstawie My Modern Met.

  1. Styl Życia

Dookoła szczytu Mont Blanc - rozmowa z szybowniczką Anną Piotrowską

(Fot. Rafał Masłow)
(Fot. Rafał Masłow)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Wszystko zaczęło się od snu. Latała nad wierzchołkami jesiennych  drzew, w dole było kolorowo i spokojnie, a ona, z wysiłkiem machając rękoma, usiłowała utrzymać się w powietrzu. Miała wtedy cztery lata. Dziś Anna Piotrowska bierze udział w krajowych i w międzynarodowych zawodach w szybownictwie. 

Jeśli jest pogoda, idzie latać. Poprawka: jeśli jest pogoda, dziecko na zajęciach w szkole albo u taty, albo u dziadków, codzienność zabezpieczona, a prawnicze zobowiązania spełnione, dopiero wtedy idzie latać. Takich okazji nie jest aż tak wiele, dlatego każdą wolną chwilę, którą może spędzić w powietrzu, wykorzystuje na sto procent. Już samo przygotowanie do lotu to długa lista... przygotowań. Budzisz się wcześnie rano, trzeba naładować prądem akumulatory zasilające nawigację pokładową szybowca, naładować nawigację zapasową, spakować mapę, linijkę, marker, żeby zaznaczyć trasę do oblecenia danego dnia, sportowy bidon z wodą (bardzo ważne jest nawadnianie organizmu podczas lotu). Nieodzownym elementem jest czapeczka szybowcowa, przypominająca rybacką. Anna śmieje się, że jest mało twarzowa, ale w połączeniu z kremem do opalania z filtrem 50 chroni przed udarami słonecznymi, bo wyżej słońce opala bardziej. Do tego okulary kontrastujące, żeby było dobrze widać chmury. Warto spakować coś do jedzenia, ale akurat o tym Anna często zapomina. I kiedy to wszystko wyląduje już szczęśliwie w plecaku, a ona odwozi syna do dziadków i dociera na lotnisko na warszawskim Bemowie, zwykle jest godzina dziesiąta. Uśmiecha się serdecznie do kolegów, żeby pomogli jej „złożyć” szybowiec. (– To działa? – pytam. – Nie­zawodnie – odpowiada z szelmowskim wyrazem twarzy). „Złożyć”, bo szybowiec przechowuje się zwykle w specjalnym wózku, skrzydła i kadłub osobno. Trzeba je razem połączyć. Przed startem należy jeszcze zatankować wodę w skrzydła, bo odpowiednio obciążony szybowiec jest szybszy. Skrzydła są więc pełne wody, szybowiec stoi gotowy, a ona zaczyna mentalnie nastawiać się do lotu. – Biorę pod uwagę aktualnie panujące warunki atmosferyczne, przede wszystkim kierunek i siłę wiatru, a reszta wychodzi w praniu – mówi, a zaraz potem dodaje: – Trzeba przemyśleć każdy możliwy scenariusz, gdyby coś poszło nie tak podczas startu. To ratuje życie.

W dzieciństwie nie wierzyła, że kobieta może coś osiągnąć w awiacji. Dlatego nie jest dziś pilotem myśliwca. Wciąż jednak marzy o locie MiG-iem, to pozycja ze szczytu listy „rzeczy do zrobienia”. Jej ulubione filmy to „Top Gun” i „Wielki błękit”. Twierdzi, że ten ostatni jest tak naprawdę o lataniu. Dziś bierze udział w prestiżowych zawodach w szybownictwie o randze mistrzostw świata, a jej rodzice martwią się i boją o nią tak samo, jak wtedy, gdy miała 16 lat i pierwszy raz poszła na lotnisko. W rodzinnym domu często słyszy, że jej mama czuje się jak matka sapera. Za moment pewnie i Anna doświadczy tych emocji, bo jej synek już interesuje się lotnictwem wojskowym.

Anna Piotrowska bierze udział w prestiżowych zawodach w szybownictwie o randze mistrzostw świata, niedawno jako pierwsza Polka przeleciała dookoła szczytu Mont Blanc. (Fot. Rafał Masłow) Anna Piotrowska bierze udział w prestiżowych zawodach w szybownictwie o randze mistrzostw świata, niedawno jako pierwsza Polka przeleciała dookoła szczytu Mont Blanc. (Fot. Rafał Masłow)

Licencja na szybowanie

Kiedyś usłyszała od kolegi, że po udanym locie ma taki uśmiech, iż zaraża nim cały świat. I że dobrze, że wróciła do latania. Bo przerwa była, i to niemała. Na kurs poszła w liceum. Była jedyną dziewczyną w grupie i było jej z tym dobrze. W tamtych czasach, żeby zrobić licencję, należało wylatać około 50 godzin (dziś zmniejszono ten limit do 15). Czy w szkole szanowano jej pasję? Wspomina, że nauczyciele byli wyrozumiali, zwłaszcza pan od WOS-u: były wojskowy, którego fascynowało to, co robiła. Inni przymykali oko na nieobecności i udawali, że łykają wyssane z palca usprawiedliwienia. – No dobrze, pani od polskiego była nieugięta. Do końca pozostała niewzruszona, zresztą prowadzone przez nią lekcje były tak nudne, że gdybym mogła, wyfrunęłabym przez okno – śmieje się Anna i naprawdę nie wie, jakim cudem zdała maturę z historii i z polskiego. Tyle że wtedy i nauka, i matura nie miały dla niej takiego znaczenia. Priorytetem była licencja szybowcowa, którą zrobiła kilka miesięcy przed prawem jazdy. Piotrowska miała opinię dobrej pilotki, aż do momentu kiedy... – Zakochałam się. A mąż nie tolerował mojej pasji – wspomina. Zrezygnowała z latania na następne 13 lat. W tym czasie skończyła studia (aplikację radcowską i rzecznikowską), urodziła syna. Jak pamięta tamten czas bez latania? – Nie mogłam chodzić na lotnisko, po części dlatego, że nie było na to czasu, poza tym nie było przyzwolenia na to, żebym się realizowała w jakiejkolwiek dziedzinie. Ile kobiet to zna? Brakowało w naszym związku takiej zwykłej, ludzkiej chęci akceptacji dla tego, co robię. Długo to znosiłam, próbując się przystosować, aż nagle, pewnego dnia, spojrzałam w lustro, w swoje odbicie, i nie poznałam siebie. To była obca osoba. Osoba, której nie lubiłam. Mieszkałam obok lotniska, codziennie słyszałam świst startującego szybowca. Tęskniłam za tym. Za tym wszystkim, co przynosiło mi latanie. Tęskniłam za sobą. Powrót był desperacką próbą walki o siebie – twierdzi Anna.

Powrót do latania po 13 latach przerwy był desperacką próbą walki o siebie – twierdzi Anna. (Fot.Rafał Masłow) Powrót do latania po 13 latach przerwy był desperacką próbą walki o siebie – twierdzi Anna. (Fot.Rafał Masłow)

Lakier w ciężkim stanie

Czy da się nadrobić 13 lat? Na szczęście nie trzeba było powtarzać teorii ani zdawać jeszcze raz egzaminów państwowych. Poza trudnymi wyborami w życiu osobistym tak naprawdę musiała odbyć dziesięć lotów przypominających technikę pilotażu. Były chwile zwątpienia, myśli w rodzaju: „Czy ja się jeszcze do tego nadaję? Może jestem za stara?”. Anna podkreśla, że miała dobrych instruktorów, pomogli jej przejść chwile kryzysu. Tłumaczy, że przeciętny lot szybowcem, w zależności od umiejętności pilota i warunków atmosferycznych, może trwać od pięciu minut do paru godzin. Najdłuższy lot w jej życiu trwał 8 godzin i 38 minut. Z kolei na zawodach szybowcowych chodzi o to, żeby w jak najkrótszym czasie przelecieć wyznaczoną przez organizatora trasę, osiągnąć jak największą prędkość. Lubi takie dynamiczne, szybkie latanie. I to mimo że cierpi na chorobę lokomocyjną i na loty musi zabierać ze sobą awaryjne plastikowe woreczki. Sprawy fizjologii i tego, jak piloci radzą sobie z nią podczas lotów, to zresztą osobny temat. Są pilotki, które starają się niczego nie pić przed lotem i w trakcie, Anna ma specjalny cewnik dla kobiet. Takie rzeczy jej nie zniechęcają, wysokość nie przeraża, prędkość fascynuje. W górze czuje się bezpieczniej niż na ziemi. Znikają wszystkie problemy, nie ma czasu o nich myśleć. Wolno powozi tylko swoim autem, pieszczotliwie zwanym Froggi. Zresztą szybowiec też ma imię – Strupełek. Anna się uśmiecha: – To dlatego, że ma lakier w ciężkim stanie. Trzeba go będzie kiedyś pomalować, ale to droga impreza, są ważniejsze rzeczy. A poza tym musiałabym wymyślić nowe imię.

Kraina kontrastów

To nie zawody przynoszą jej największą frajdę. Według Anny prawdziwe latanie zaczyna się w Alpach Francuskich. Tam czuje, co oznacza prawdziwe szczęście i oddychanie pełną piersią, mimo że z aparatem tlenowym u boku (ze względu na niską zawartość tlenu w powietrzu na tej wysokości potrzebne jest dodatkowe wspomaganie). – Latanie tam jest fascynujące i pełne wyzwań. W Alpach nigdy nie jest tak samo. Jest pięknie i groźnie, wysoko i nisko jednocześnie. Kraina kontrastów – opowiada. Szybowiec zdany jest na łaskę i niełaskę momentami bezwzględnej natury. Nie ma silnika, jego silnikiem jest „mózg pilota, który musi umieć wykorzystać prądy wznoszącego się nagrzanego powietrza, wraz z którym uzyskuje się wysokość niezbędną do lotu ślizgowego”. W górach wszystko jest bardziej gwałtowne, ale właśnie takie latanie ją uszczęśliwia. Przez wiele lat jej marzeniem było dotarcie szybowcem z południa Francji na Mont Blanc. To w sumie 540 kilometrów w obie strony. W tym przypadku trudnością nie jest odległość, ale ukształtowanie terenu. Po drodze trzeba pokonać wysokie przełęcze (ponad 3 tysiące metrów n.p.m.) i rozległe doliny. Przy takiej rzeźbie terenu ważne jest, żeby w drodze powrotnej mieć zabezpieczoną wysokość lotu, czyli de facto móc przelecieć nad tymi wysokimi przełęczami. Pytanie: „A co by było, gdyby się nie udało?”, wywołuje u niej uśmiech: – Wtedy czeka cię lądowanie w dolinie Aosty we Włoszech i dwudniowa podróż na francuskie lotnisko. Oraz dość znaczne zubożenie portfela, bo koszt zwiezienia szybowca do bazy pokrywa pilot, który wylądował w terenie przygodnym. Czy kiedyś zaliczyła nieplanowane lądowanie? – Tylko w małżeństwie – rzuca z iskrą w oku i szybko dodaje: – Jestem raczej znana z tego, że walczę do końca, co najczęściej doprowadza mnie na docelowe lotnisko. I potem do domu. Do synka. Czy myśli o nim podczas lotów? Anna: – Jasne, że tak, latam i marzę, żeby Antonek, tak jak ja, odnalazł swoją pasję w życiu. 

 

  1. Styl Życia

Jak robić nic, czyli manifest użytecznej bezużyteczności

Amerykanka Jenny Odell w swojej nowej książce „Jak robić nic” dochodzi do wniosku, że robienie niczego jest trudne, bo wymaga zaangażowania, dyscypliny i dobrej woli. Przekonuje jednak, że warto się go nauczyć. (Fot. iStock)
Amerykanka Jenny Odell w swojej nowej książce „Jak robić nic” dochodzi do wniosku, że robienie niczego jest trudne, bo wymaga zaangażowania, dyscypliny i dobrej woli. Przekonuje jednak, że warto się go nauczyć. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Presja efektywności sprawia, że nawet odpoczynek musi przynosić jakieś korzyści. W czasie wolnym czytamy bestsellery albo zajmujemy się modnym hobby, żeby się potem pochwalić w towarzystwie. Albo uczymy się języka obcego, który wzmocni naszą pozycję na rynku pracy. Dlaczego nicnierobienie jest takie stresujące?

Obostrzenia związane ze wzrostem zachorowań na COVID-19 sprawiły, że wiele osób wróciło do pracy zdalnej; a część nie miała nawet okazji z niej wyjść i wrócić do biura. Jasne, komfort takiej pracy polega na tym, że możemy w każdej chwili zrobić obiad, pomóc dzieciom w lekcjach czy poćwiczyć jogę, ale wszechobecność technologii sprawia, że ponieważ jesteśmy cały czas dostępni, nigdy tak naprawdę nie przestajemy pracować. Praca związana z obecnością w biurze nadaje jakieś ogólne ramy naszym zawodowym zobowiązaniom, a „po godzinach” możemy trochę zwolnić – zdalna na to nie pozwala, bo przecież zawsze możemy odebrać telefon czy podejść do komputera. I nawet gdy sami próbujemy to ograniczyć, to trudno nam zamknąć laptop. Raz, że często zaraz będziemy oglądać na nim serial. Dwa, że pozornie choćby wychodząc z trybu „praca”, wchodzimy w inny tryb zadaniowy, który nazywa się „pożyteczne i atrakcyjne zadania do wykonania w czasie wolnym”.

Od wyzwania do wyzwania

Można zrzucić winę na media społecznościowe, gdzie wciąż chwalimy się naszym idealnym życiem, czy na powszechnie przyjmowaną wiarę, że tylko nieustanny rozwój i inwestowanie w siebie uczyni nas takimi, jakich będzie podziwiał i pragnął świat. Faktem jest jednak, że jeśli już pozwalamy sobie na odpoczynek, to koniecznie aktywny, jak sport, aerobik, może bieganie, bo wciąż modne, może zumba, nawet jeśli tylko online. Koniecznie języki, nie próżnujmy, przecież w końcu polecimy na Maderę czy do Japonii. Czytanie – tylko polecone, wysoko ocenione lektury, których zdjęciem przed i komentarzem po możemy zabłysnąć na Facebooku. Modne jest teraz ogrodnictwo balkonowe, więc pilnie pielimy grządki i pokazujemy znajomym zdjęcie pierwszych pomidorów. Warto też upiec chleb...

Tornado kreacji i imperatyw efektywności, w które codziennie wpadamy, sprawiają, że także czas wolny – gdy już nam się wydarzy – postrzegamy jako okazję do wykazania się. Tylko pytanie: przed kim? Czy jeśli chwilę porobimy nic, po prostu siedząc przed oknem i patrząc na chmury albo słuchając ptaków ćwierkających w drzewie obok naszego bloku, to stanie się coś złego?

Problem jest oczywiście szerszy, ponieważ wiąże się ze stresem, który odczuwamy na każdym kroku, nie tylko w pracy, ale także w domu, bo cały czas mamy poczucie, że się nie wyrabiamy: z wyprowadzaniem psa na spacer, z pomocą starszym, z pracami domowymi... Stres towarzyszy nam na każdym kroku, od przejścia przez ulicę po lęk związany z pandemią, zmianami klimatu, obawami o własną pracę czy zdrowie najbliższych. A gdy cały czas drąży nas niepokój, to trudno się odprężyć podczas czytania książki, gotowania czy zabawy z dzieckiem. Ten sam stres sprawia, że wpadamy w efektywne odpoczywanie, byle tylko robić coś pożytecznego, byle za sobą nadążyć.

Amerykanka Jenny Odell w swojej nowej książce „Jak robić nic” dochodzi do wniosku, że robienie niczego jest trudne, bo wymaga zaangażowania, dyscypliny i dobrej woli. Ale po kolei.

Można powiedzieć, że autorka należy do amerykańskiej klasy uprzywilejowanej. Urodziła się w samym sercu Doliny Krzemowej, od zawsze otaczały ją komputery, pracuje z nowymi technologiami, ale jest też artystką i wykłada na Uniwersytecie Stanforda, jednym z najbardziej prestiżowych w Stanach Zjednoczonych. I choć wydawałoby się, że jest ostatnią osobą, która będzie podważać sposób działania mediów społecznościowych i filozofii bycia zawsze online, uznała, że ma dość bycia niewolnikiem ekonomii uwagi. Jej tytułowe „robienie nic” nie ma nic wspólnego z wyjazdem na urlop, by odpocząć i po powrocie być jeszcze bardziej produktywnym, a jest tak naprawdę formą sprzeciwu wobec polityki firm, które oczekują od nas bycia nieustannym konsumentem, pracującym po to, by wydawać i użytkować. Bo kiedy to robimy, jesteśmy... no właśnie, użyteczni.  „Użyteczność? Ale na czyj użytek? Podobne pytanie przychodzi mi do głowy, kiedy dam sobie wystarczająco dużo czasu, żeby odejść o krok od kapitalistycznej logiki naszego obecnego rozumienia produktywności i sukcesu. Produktywność? Ale co mamy produkować? Sukces? W jakim sensie i dla kogo?” – pyta Odell.

Ekonomia uwagi

Amerykanka szybko odziera nas z iluzji, że podpowie, jak się zrelaksować. Ale w rzeczywistości daje nam dużo więcej. Pojęciem kluczowym jest tu wspomniana ekonomia uwagi. Jesteśmy otoczeni informacją, przebodźcowani nią, dostajemy jej za dużo – w pracy, w domu, w drodze do pracy i domu, korzystając z komputerów, tabletów, gazet, smartfonów, czytając niusy na ekranach tramwajów, autobusów czy w metrze. Podaż jest za duża, popyt ograniczony. Dlatego nasza uwaga stała się taka cenna, bo jest prawdopodobnie ostatnią redutą, jaka nam została w korporacyjnej walce o nasze możliwości konsumenta. W wywiadzie dla „Los Angeles Times” Jenny Odell wyjaśnia, że pomysł na robienie niczego wziął się z jej niezgody na następujący stan: zbyt wielu informacji przyjmowanych przez zbyt długi czas, połączonego z próbą zrobienia zbyt wielu rzeczy naraz „Nicnierobienie oznacza próbę przyzwolenia na odrobinę pustki w naszym życiu” – mówi. W książce przytacza z kolei dialog „O krótkości życia” Seneki, w którym filozof opisuje przerażenie, z jakim człowiek uświadamia sobie, że życie przeleciało mu przez palce i porównuje je do otrząśnięcia się po godzinie spędzonej na „tępym przeglądaniu Facebooka”. Autorka proponuje, by w czasach, gdy nasze przebodźcowanie stało się faktem, przestawić się z FOMO (fear of missing out – lęku przed byciem nie na bieżąco ) na NOMO (necessity of missing out), czyli konieczność, by coś nas ominęło. I radzi, by nie tyle wylogować się na dobre z Facebooka, Instagrama czy Twittera, a raczej przekierować uwagę i znaleźć na tyle ciekawe środowisko wokół siebie, by świat mediów społecznościowych stracił na atrakcyjności, a produktywność przestała być priorytetem. Nawołuje, by wykorzystać formę łagodnego sprzeciwu wobec systemu, czyli robienie rzeczy nieproduktywnych.

Nic nie robić, czyli...?

Sama Odell znalazła ukojenie w położonym niedaleko od jej mieszkania ogrodzie różanym. Spacerując tam codziennie, coraz dłużej przesiadywała wśród drzew i krzewów, czytała książki, potem zaczęła jeździć do innych parków na terenie stanu. Coraz bardziej odpowiadały jej brak zasięgu, samotność i wyciszenie. Zaczęła dostrzegać otaczającą ją przyrodę, szukać nazw ptaków, których trele ją zachwycały. Choć zabrzmi to naiwnie, dopiero przyroda sprawiła, że pojęła wagę innych spraw, niż tylko bycia użytecznym dla pracy, korporacji, dla systemu. Pisze więc o potrzebie bycia bezużytecznym dla systemu (bo przekierowała swoją uwagę gdzie indziej), ale jakże użytecznym dla innych – dla zwierząt, ludzi, przyrody. Odkrywa świat aktywizmu społecznego, postawę opiekuńczości wobec siebie i innych, bycia pomocnym dla innych.

„Mam nadzieję, że idea robienia niczego w przeciwieństwie do obsesyjnego pędu ku produktywności pomoże odnowić tożsamość jednostek, które będą następnie odbudowywać wspólnoty – ludzkie i pozaludzkie. A nade wszystko mam nadzieję, że pomoże ludziom odnaleźć takie sposoby nawiązywania kontaktów, które będą niosły ze sobą treść, wsparcie i okażą się całkowicie niedochodowe dla korporacji, których metryki i algorytmy nigdy nie miały racji bytu w rozmowach na temat naszych przemyśleń, uczuć i naszego przetrwania” – pisze w swoim manifeście. I dodaje, że przebywanie w samotności na łonie natury, obserwacja i zwykłe kontakty towarzyskie powinny być postrzegane nie tylko jako cel sam w sobie, ale jako niezbywalne prawo każdego, kto ma to szczęście, że żyje.

Co robić, gdy robi się nic? Jenny Odell z pewnością odpowiedziałaby: wykasuj media społecznościowe, nie pracuj w nadgodzinach i spędzaj czas na tym, co możesz mieć za darmo – długich spacerach, obserwowaniu ptaków, czytaniu książki w parku lub ogrodzie botanicznym, chodzeniu po lesie i angażowaniu się w działalność społeczną lub wolontariacką, która nie przynosi pieniędzy, za to ogromną satysfakcję, a dodatkowo nie przysparza zysku wielkim korporacjom.

Psycholodzy i najnowsze badania wskazują, że bezinteresowna pomoc i praca społeczna rzeczywiście dają nam dużo satysfakcji i poczucie sprawczości. Może więc do kategorii „odprężenie w czasie wolnym” warto też wrzucić kontakt z przyrodą, dbanie o środowisko naturalne, bezinteresowną troskę o rodzinę i przyjaciół, ale też dążenie do tego, by nasz świat stał się choć odrobinę lepszym miejscem – dla nas, dla potrzebujących ludzi i dla całej Ziemi. To może nam dodać energii i wzmocnić bardziej niż masaż kamieniami czy weekend w spa... byle znowu nie podciągnąć tych czynności pod imperatyw efektywności.

Polecamy: 'Jak robić nic? Manifest przeciw kultowi produktywności', Jenny Odell, wyd. Mova Polecamy: \"Jak robić nic? Manifest przeciw kultowi produktywności\", Jenny Odell, wyd. Mova

  1. Styl Życia

Kamienie, w których drzemie życie

"Na samym końcu maluję oczy. Uważam projekt za ukończony dopiero wtedy, gdy widzę, że oczy są żywe i patrzą prosto na mnie.” - mówi artystka. (źródło: Instagram Artist Akie Stone)
Zobacz galerię 32 Zdjęć
Czy kamień może ożyć? Niezwykłe prace japońskiej artystki Akie Nakaty przekonują, że tak. Pociągnięciami pędzla zamienia je w żywe zwierzęta – widać każdy włosek i piórko!

Czy kamień może ożyć? Niezwykłe prace japońskiej artystki Akie Nakaty przekonują, że tak. Pociągnięciami pędzla zamienia je w żywe zwierzęta – widać każdy włosek i piórko! Zobaczcie galerię jej prac.

Prawdziwy mistrz widzi piękno we wszystkim, nawet w przedmiotach, które każdego dnia mijamy obojętnie. Japonka, Akie Nakata, ma niezwykłe hobby: z małych kamieni wielkości dłoni tworzy mini dzieła sztuki, malując na nich… zwierzęta. Jej sówki, kocięta, szczeniaki, myszki, wydry, niedźwiadki, chomiki, żaby, wiewiórki, ośmiornice i inne stworki wyglądają jak żywe. Tym bardziej, że oglądane pod odpowiednim kątem dają ciekawy, trójwymiarowy efekt.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Stone Artist Akie (@akie_2525)

Spacery brzegiem morza

Od najmłodszych lat Akie uwielbiała wędrować wzdłuż wybrzeża, zbierając po drodze kamyki, muszle, korzenie i inne dary morza. Często wracała do domu z kieszeniami pełnymi morskich kamyków. Młoda Japonka mogła patrzeć na nie godzinami, badać każdą rysę, nierówność. Pewnego dnia, spacerując po plaży podniosła kamyk i… dopatrzyła się w nim królika. Czym prędzej pośpieszyła do domu, aby „pomóc zwierzęciu się wydostać”. Akie, podobnie jak wielu innych Japończyków uważa bowiem, że kamienie mają dusze, że drzemie w nich życie.

(Źródło: Instagram artystki Akie Stone Artist) (Źródło: Instagram artystki Akie Stone Artist)

Najważniejsze są oczy

Nakata mówi, że jej prace są próbą odkrycia, co kryje się we wnętrzu skalnych okruchów. Potem maluje to, co w nich dostrzega – przeważnie farbami akrylowymi i cienkim pędzelkiem. Czasami używa pigmentu lub czarnego tuszu do narysowania konturów. Inspirują ją naturalne kształty kamieni – nigdy ich nie przecina ani nie wygładza. Wypukłości zamienia na przykład w wygięte grzbiety kotów, a w regularnych, owalnych kamykach dostrzega żółwie, żaby, chrabąszcze. Wybór malunku zależy tylko od formy skalnego okrucha, a kolorystyka od nastroju artystki. ”Kończę pracę wówczas, gdy kamień ożywa – twierdzi Japonka. - Na samym końcu maluję oczy. Uważam projekt za ukończony dopiero wtedy, gdy widzę, że oczy są żywe i patrzą prosto na mnie.”

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Stone Artist Akie (@akie_2525)

Prace Japonki zdobyły sobie wielu miłośników na całym świecie – niektórzy mają już całe kolekcje kamiennych stworków. Akie Nakata najczęściej wystawia je na sprzedaż na swoim profilu na facebooku. Więcej jej prac można też obejrzeć na Instagramie: akie_2525 Stone Artist Akie