1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Po co nam obietnice? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Po co nam obietnice? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Sprawa zasad, honoru, poczucie odpowiedzialności, a może manipulacja? Czy wierzymy w obietnice, czy ich dotrzymujemy – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

W biblijnej Księdze Sędziów wódz Jefte obiecuje Bogu, że jeśli ten pomoże mu pokonać mameluków, złoży mu w ofierze pierwsze, co wyjdzie z jego domu. Wychodzi… jego córka. Rozumiem, że to przestroga, aby nie składać obietnic, bo nigdy nie wiemy, co się wydarzy. Tylko Bóg zna przyszłość. No i trudno się z tym nie zgodzić. W tradycji chrześcijańskiej Jezus podczas kazania na górze przestrzega, by nie przysięgać, a mówić wyłącznie: „tak” bądź „nie”. I podobnie jest w innych tradycjach duchowych. Zapewne dlatego, że ludzki los jest niepewny, nie mamy nad nim kontroli, zatem jak możemy cokolwiek obiecywać? Człowiek dojrzały wie, że nie może brać odpowiedzialności za to, na co nie ma wpływu. Dlatego unika obietnic. Nieskładanie ich jest, moim zdaniem, wyrazem pokory i dojrzałości.

A ja bym powiedziała odwrotnie: ten, kto waha się przed obietnicami, nie wie, czego chce, i nie można mu ufać! Myślisz tak, bo wszyscy lubimy słyszeć zapewnienia, przysięgi. Nawet gdy w głębi serca czy umysłu czujemy, że nie dają żadnej gwarancji. Lubimy je słyszeć, bo są jak narkotyk, dają nam złudne poczucie bezpieczeństwa, kontroli, cudowna iluzje, że nie tylko wiemy, co się wydarzy, ale także że mamy na to wpływ.

Ilustracja Paweł Jońca Ilustracja Paweł Jońca

No, ale powiedz, czy nie jest to rodzaj pychy albo poczucia omnipotencji? Ja odruchowo staram się wystrzegać obietnic, bo to spójne z moją nabytą przez lata pokorą egzystencjalną. No bo co ja mogę obiecywać innym ludziom, skoro nie wiem, co ze mną samym stanie się choćby za godzinę. Z czystym sumieniem mogę jedynie wyrazić wolę czy nadzieję, obiecać, że się postaram zrobić w danej sprawie wszystko, co w mojej mocy. I naprawdę nigdy nikomu niczego nie obiecujesz? Obiecywanie i dotrzymywanie słowa są bardzo ważne, gdy dotyczą dzieci. Bo gdy rodzice są słowni, to dzieci nabierają przekonania, że mogą na nich liczyć. Zaczynają wierzyć, że świat jest w wystarczającym stopniu przewidywalny. A wiara w to staje się bardzo ważna dla ich dalszego prawidłowego rozwoju. Tylko na fundamencie takiej wiary mogą się rozwijać, kształtować swój charakter, a więc także nabierać mądrości życiowej, która w końcu odsłoni przed nimi i tę prawdę, która doradza, by ostrożnie obchodzić się z obietnicami. A wiec, odpowiadając na twoje pytanie, obiecywałem dzieciom i czasami obiecuje dorosłym, lecz zawsze ze świadomością, że jest to jedynie oświadczenie woli i nadziei. Ale też z poczuciem, że brak obietnic –”a wiec brak wiary, że jednak to, co zostało powiedziane, wydarzy się częściej niż rzadziej –”powodowałby ogromny pesymizm, czarnowidztwo i zanik odpowiedzialności za swoje działania i słowa.

A wiec wszyscy potrzebujemy obietnic, choć składając je lub przyjmując, wiemy, że igramy z losem? Tak, bo ich brak zabijałby w nas chęć i wolę działania na rzecz przyszłości. No bo skoro nie wiem, co będzie, i nie mam na to wpływu, to po co trudzić się nauką, pracą, wychowywaniem dzieci itd.? Obiecujemy zatem, wiedząc w głębi duszy, że wyrażamy jedynie i aż – nasza wiarę w przyszłość. Przemilczamy to jednak w naszych codziennych rozmowach, twardo deklarując, że będzie tak, jak mówimy. W tle tej pewności jest magiczne przekonanie, że im twardziej wygłosimy obietnice, tym mocniejsze dajemy świadectwo naszej wiary. A wiara, jak wiadomo, czyni cuda...

I wpływa na rzeczywistość. Czyż nie? W pewnym sensie wpływa. Dajmy na to, że obiecałem przyjacielowi: „Odwiedzę cię w twoim domu w Szczecinie”. Pewnego dnia ruszam samochodem i już z trasy, pełen entuzjazmu, dzwonię do przyjaciela, żeby go poinformować, że będę u niego za trzy godziny. A w telefonie słyszę: „Jeśli dojedziesz”.

No i wpadasz w poślizg na jedynej plamie benzyny… No właśnie. Bo te skądinąd uzasadnione wątpliwości odbieramy jako kuszenie złego losu, jako złowroga wróżbę, przepowiednie: „Nie bądź taki pewny, ze dojedziesz!”. No i nie jestem! Kiedy słyszę, że mogę nie dojechać, myślę sobie: „Kurcze, no tak!”, i jadę dalej pełen obaw, jadę z mroczną perspektywą. Powinienem, oczywiście, powiedzieć: „Wierze, że będę za trzy godziny”, a nie używać języka pewności. Choć w psychologii sukcesu nie bez powodu podkreśla się, że trzeba myśleć pozytywnie. Do tego stopnia, by nie mówić: „Bedę za trzy godziny”, ale wręcz, jakby coś się już dokonało: „Jestem u ciebie za trzy godziny”. Mówić tak, jakbyśmy to „coś” już mieli. I teraz pojawia się pytanie: Czy gdy oświadczam sobie i światu, że będzie tak, jak mówię – to daje tym świadectwo wiary, czy świadectwo pychy?

Zastanawiam się, co bardziej pomaga mi dotrzymać słowa, pokonać zły los: obietnica czy jej brak. I myślę: „obietnica!”. Jeszcze nie tak dawno oczywistym zakończeniem wszelkich obietnic i deklaracji były słowa: „Jeśli Bóg dopuści/pozwoli”, czy Jak Bóg da”. Co było wyrazem świadomości, żeby nasze plany czy obietnice mogły się spełnić, potrzebna jest zgoda lub przynajmniej przychylność siły wyższej, losu czy karmy. Do dzisiaj pobożni chrześcijanie często używają tego zwrotu – i ani kiedyś nikomu to nie przeszkadzało, ani dzisiaj nikomu nie przeszkadza. Zatem w tym świetle oświadczenie: „Bedzie tak jak chcę/mówię”, wydaje się raczej świadectwem pychy, czyli nadmiernej, egoistycznej wiary w możliwość bycia kowalem własnego losu. A wiec obiecywać czy nie obiecywać – oto jest pytanie! Pytanie szczególnie ważne i trudne, jeśli odniesiemy je na przykład do fenomenu miłości.

Nie wydaje mi się, aby dobre było dla nas takie rozsądne i pełne mądrości unikanie na przykład przysięgi małżeńskiej... Zauważ, że na ogół nawet nie pamiętamy jej treści. Tak jakbyśmy składali ja w stanie niepełnej poczytalności. Jakby to było jakieś zaklęcie, a nie deklaracja woli i podstawa ważnej notarialnej umowy. To dobra ilustracja tego, o czym mówiliśmy wcześniej, że zarówno obietnice, jak i przysięgi, które są przecież szczególną formą obietnicy, służą zaklinaniu przyszłości i maja dawać złudzenie, że mamy nad nią kontrole.

Może miłości czy małżeństwa nie można zbudować bez odrobiny naiwności, magii czy pomocy Boga właśnie dlatego, że świat jest nieprzewidywalny? O ile pamiętam, w tej przysiedzę obiecujemy, że będziemy sobie dozgonnie wierni, że będziemy się dozgonnie kochać, szanować i troszczyć o siebie. To obietnica tak wielka, tak bardzo przekraczająca nasze możliwości i kompetencje, że trudno się dziwić temu, iż wypowiadamy ją na ogół w stanie „obronnego rozkojarzenia”, a w rytuałach religijnych z góry zabiegamy o pomoc siły wyższej. Gdy z pomocą w dotrzymaniu tej przysięgi ma przyjść Bóg, to jest jakoś lżej, bo w razie czego część winy za niedotrzymanie obietnicy możemy „oddać” sile wyższej. Gdybyśmy mieli przysięgać, zdając się tylko na nasze ludzkie możliwości, to przysięga powinna brzmieć znacznie skromniej, na przykład: „Uczynię wszystko, co w mojej mocy, by – o ile los pozwoli – jak najdłużej dochować ci wierności i miłości”. Przyznasz, że taką obietnicę można złożyć z czystym sumieniem i z lżejszym sercem. Mało tego, jest bardziej prawdopodobne, że takiej obietnicy dotrzymamy nawet do grobowej deski.

Kiedy kochamy, potrzebujemy przysięgi, obietnicy i wiary, że będziemy w stanie tych pięknych słów dotrzymać. Tak myślimy, bo w stanie zakochania czujemy się omnipotentni niczym czarodzieje czy magowie i wydaje nam się, że siłą miłości zapanujemy nad wiecznie zmieniającym się światem i nad naszym losem. Tak wiec hojnie składamy i bezkrytycznie przyjmujemy wszelkie przysięgi, zapewnienia i obietnice. Oczywiście, jeśli nasze intencje są szczere, a uczucia głębokie, przysięga może nas wspomagać w tym, aby tak się naprawdę stało. Działa wtedy podobnie jak mówienie: „Jestem u ciebie za trzy godziny”. Prawda jest jednak taka, że gramy z losem w ciemno. Kiedyś gazety nawet o tym pisały: młoda piękna para bierze ślub, a po tygodniu on ulega poważnemu wypadkowi i ląduje na resztę życia na wózku. Ona, oczywiście, heroicznie deklaruje, że dotrzyma obietnicy, ale wiem z doświadczeń wielu osób, że nie wiadomo, jak dalej się to potoczy. Bo często opiekowanie się kimś przekracza nasze możliwości. Czasem bycie obiektem tej opieki także. Podobnie bywa, gdy pojawia się w życiu niepełnosprawne dziecko.

Mimo dobrych chęci i miłości możemy nie podołać temu, co przynosi życie? Zmiana okoliczności to jedna z przyczyn, dla których możemy obietnicy nie dotrzymać. Zmiana naszych uczuć to kolejna. Ale też zmianie mogą ulec uczucia czy intencje drugiej strony. W historii każdej pary wydarzyć może się… wszystko. Każdy może z niezależnych od siebie powodów nie móc dotrzymać obietnicy. Oczywiście, gdy miłość wygasa, możemy ją markować albo trwać w związku z poczucia obowiązku czy z leku. Ale przecież nie obiecaliśmy markowania ani trwania, lecz miłość i wierność do grobowej deski. Nie na tym polega dotrzymanie przysięgi. Co więcej, żmudne podtrzymywanie iluzji miłości i szczęścia w wygasłym związku jest, podobnie jak niewierność, niszczycielskie dla poczucia szacunku i godności obu stron. „Nadmiarowe” obiecywanie jest tez wyrazem niedojrzałości przykrytej iluzja naszej wielkości.

Jak ustrzec się przed niedojrzałymi obietnicami? Zanim złożymy obietnice, a tym bardziej przysięgę, warto zbadać swoje prawdziwe intencje i głębokie uczucia. Zbadać, czy ten mężczyzna albo kobieta jest na pewno tą osobą, z którą chce spędzić całe życie – wszystkie poranki, dnie, wieczory i noce. Warto ustalić z samym sobą, czy nie ukrywamy przypadkiem pod dywanem jakiegoś żalu, urazy albo nieakceptacji dla jakichś jego/jej cech. Ponieważ uważamy, że przysięga ma moc zaklinania rzeczywistości, składamy ja półprzytomnie i naiwnie, licz ac na to, że przysięganie samo w sobie wystarczy, żebyśmy my lub nasza wybranka czy wybranek magicznie się zmienili. Na ogół boimy się sięgnąć głębiej w siebie, bo przeczuwamy, że możemy zobaczyć coś, czego widzieć ani wiedzieć nie chcemy. Na przykład że ślubujemy nie z miłości ani w imię miłości, lecz z wyrachowania: w imię stabilizacji, pozycji społecznej, bezpieczeństwa albo ze strachu przed samotnością itd. I w ramach tego wyrachowania przymykamy oko na to, że człowiek, któremu ślubujemy, to…

…nie ten człowiek! Czyli przysięga pomaga nam uciec przed trudną prawdą, ale przecież jej nie zmienia. Nie dość, że nie zmienia, to na dodatek popełniamy krzywoprzysięstwo, a to całą przysięgę unieważnia i czyni obietnice miłości, wierności, szacunku bezprzedmiotową. Konsekwencje takiego krzywoprzysięstwa dadzą o sobie znać w sposób dramatyczny i nieunikniony.

A wiec nim złożymy przysiege, trzeba koniecznie wejrzeć w siebie. Zdecydowanie tak. Takich słów, jak: „obiecuje”, „ślubuję” czy „przysięgam”, lepiej nie rzucać na wiatr. Poza tym nie należy się spieszyć, należy za to sprawdzić, czego naprawdę potrzebujemy w danej fazie naszego życia. Bo może potrzebujemy aktualnie raczej samotności albo rozstania, a może odosobnienia czy podróży dookoła świata.

Mamy dotrzymywać obietnic? Jak już powiedzieliśmy, obietnica, a tym bardziej przysięga zobowiązują nas do zrobienia wszystkiego, co w naszej mocy, aby ich dotrzymać. Tylko tyle i aż tyle możemy zrobić.

 

Wojciech Eichelberger,  psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Mężczyźni i emocje - wyprawa do czyśćca

Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. (Ilustracja iStock)
Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. (Ilustracja iStock)
Nawet kilkuletni chłopcy, gdy stłuką kolano, nie są przytulani! Nikt im nie współczuje, a więc gdy dorosną, nie są zdolni do empatii. Mogą się jej nauczyć, ale muszą odpłakać dziecięce zranienia. Inaczej będą odcinać się od wszystkich uczuć poza złością i depresją – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Mężczyźni i emocje? Od razu myślimy: chłopaki nie płaczą! Bardziej poruszające jest dla mnie co innego: chłopaki nie współczują! Powiedzmy wprost: kiedy kobieta płacze, to mężczyzna często się wścieka. Bo świat męskich emocji nadal jest ubogi i często sprowadza się do złości lub doła. Czy tak musi być? Zacznijmy od tego, dlaczego mężczyźni mają kłopot z doświadczaniem i wyrażaniem współczucia, a najczęściej wyrażaną przez nich emocją jest złość. Ta ich choroba duszy zwykle ma swój początek we wczesnym i bolesnym doświadczeniu przemocy lub całkowitego ignorowania przez psychopatycznego, często pijącego ojca. Matka jest na ogół bezradną, upokorzoną i współuzależnioną niewolnicą męża, która nie dość, że nigdy nie staje w obronie syna, to jeszcze „kabluje” na niego albo oczekuje obrony i wsparcia. W rezultacie ani dla ojca, ani dla matki syn nie jest dzieckiem i nie dostaje tego, czego wszystkie dzieci potrzebują, czyli: miłości, czułości, uznania i troski. Czuje się więc kimś, kto jest tylko obiektem rozładowywania rodzicielskich frustracji i okrucieństwa.

Przejmująco smutne i samotne dzieciństwo. Z takiego domu chłopiec wychodzi z ogromną raną w sercu. I z przekonaniem, że jest kimś, kto nie zasługuje ani na współczucie, ani na szacunek, ani na żadne inne ludzkie odruchy. Niestety, właśnie w takich warunkach formowana jest w psychice chłopca psychopatyczna obrona (charakter), która jest dramatyczną próbą poradzenia sobie z bólem, którego doświadczył. Sposobem na ukrycie piekącego wstydu upodlonej, pozbawionej godności ofiary będzie więc stanie się samemu dręczycielem i złoczyńcą. Patrząc głębiej – chłopiec wyrośnie na mężczyznę, który będzie wypierał ze swojej świadomości tę upokorzoną i zawstydzoną część i umieszczał ją w innych, słabszych od siebie istotach. A potem będzie niszczył je – na próżno dążąc w ten sposób do unicestwienia własnego wstydu i bólu. Podsumowując, pod brakiem współczucia i agresją mężczyzny prawie zawsze skrywa się głęboka rozpacz.

Współczuję rany w sercu. Ale przeraża mnie sposób gojenia! Żona i dzieci stają się ofiarami, bo on zamienia się w ojca? Zapewne tak, bo jego ojciec miał w sercu podobną ranę. Trzeba też zrozumieć, jak został sformatowany przez matkę stosunek syna do kobiet. A więc chłopiec, a potem mężczyzna odczuwa do matki żal za to, że go nie broniła. Czuje też do niej pogardę, bo stała się niewolnicą ojca. Te trudne uczucia jednak głęboko ukrywa nawet przed samym sobą, a w zamian ślepo idealizuje matkę. Robi tak nie dlatego, że chce ją oszczędzić. Aby psychicznie przetrwać terror, dziecko musi uznać choćby jednego z rodziców za kogoś, z kim ma pozytywną więź. Ta mieszanka trudnych emocji ukształtuje raz na zawsze w jego umyśle obraz kobiet i sposób budowania z nimi relacji. Im bardziej w głębi serca będzie spragniony kobiecego zachwytu, czułości, troski i lojalności, tym bardziej będzie kobiety uznawał za słabe, niedojrzałe i żałosne istoty: „lalki, cipy, świnki, dziwki”. Będą w nim budzić litość, pogardę i podświadomą chęć zemsty. Im bardziej będą dla niego zachwycające, godne szacunku i upragnione – tym bardziej będzie je dewaluował. Zaakceptuje tylko kobietę dzidzię. Zaopiekuje się nią, będzie rozpieszczać, ale też zdradzać, wykorzystywać, a nierzadko nawet bić.

To teraz rozumiem, czemu tak nieskuteczne są apele kobiet o to, by ich partnerzy mówili o swoich uczuciach. Choć w takiej sytuacji to może nawet dobrze, że nie mówią? Jeśli kobieta zaproponuje swojemu psychopatycznemu partnerowi, żeby zajrzał w głąb siebie i zaczął okazywać prawdziwe uczucia i potrzeby, to usłyszy: „Mam tylko dwie potrzeby i dwa uczucia. Nienawidzę wszystkich frajerów i chętnie wpierdoliłbym każdemu, a poza tym przeleciałbym każdą fajną dupę, jaką spotykam na mieście”. Tacy mężczyźni bronią się przed jakąkolwiek refleksją na swój temat. Po pierwsze, nie biorą pod uwagę, że zostali specyficznie zdeformowani przez okoliczności swego dorastania. A po drugie, trafnie przeczuwają, że pod pancerzem, który ich chroni, kryje się skrajnie zrozpaczone, skrzywdzone dziecko. Wolą zginąć niż się z nim spotkać i odczuć jego ból.

Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. Czy dlatego, że mężczyzna woli zaatakować niż ukoić ból serca? Patriarchalna kultura mu na to zezwalała. Dlatego takich mężczyzn trudno zainteresować pytaniem: Czy jest się czym chwalić i czy to aby na pewno twoje prawdziwe uczucie? Warto pamiętać, że są trzy poziomy uczuć i emocji. Pierwszy poziom to emocje wyuczone i nawykowe, często neurotyczne, na przykład reagowanie agresją lub lękiem na każdy kontakt z ludźmi. Drugi poziom to uczucia głębokie, często wyparte i przykryte przez te pierwsze, na przykład rozpacz, tkliwość, pragnienie miłości, słabość. Trzeci poziom to uczucia związane z istotą naszego człowieczeństwa, takie jak: empatia, szacunek, czułość, miłość, szczodrość, radość.

Ktoś, kto ciągle chce tylko komuś przyłożyć, z pewnością nie ma kontaktu ze swoimi prawdziwymi i głębokimi uczuciami. Właśnie. Jeśli więc taki mężczyzna zdecyduje się na psychoterapię, to dopiero wtedy będzie mógł dotrzeć do swoich prawdziwych, wypartych uczuć i potrzeb. Będzie mógł opłakać to, czego jako dziecko nie dostał. A dzięki temu zrozumie i wyłączy niepotrzebny mu już psychopatyczny mechanizm obronny, który pomógł mu mniej cierpieć, gdy był dzieckiem, a którym teraz krzywdzi innych i siebie.

(Ilustracja Paweł Jońca) (Ilustracja Paweł Jońca)

Widziałam poruszający filmik „Emocje i mężczyzna”, którego bohater, youtuber Grzegorz Szpilka, opowiada, jak z zimnego macho stał się mężczyzną, który potrafi współczuć. Ale ceną było wiele dni płaczu, otwierania się na kolejne zranienia z dzieciństwa. Właśnie tak ten proces przebiega. Wiem to nie tylko jako psychoterapeuta, lecz także jako mężczyzna, który podczas własnej terapii sam otworzył się w końcu na ból wczesnych zranień. Łez jest wiele, bo pamiętajmy, że w męskich chorych duszach mieszka głęboko schowany chłopiec, który utracił całe swoje dzieciństwo. Przedwcześnie musiał stać się dzielnym wojownikiem, nieczułym na ból własny i innych.

Zraniony ranił innych. Dlatego proces psychoterapeutycznego leczenia rany w duszy mężczyzny porównuje się często do czyśćca. Dopiero gdy opłacze swoje zranienia, zyska zdolność do współczucia. Bo żeby współczuć, musimy odnaleźć w sobie te emocje, których doświadcza drugi człowiek. A wtedy, widząc płaczącą partnerkę, nie tylko nazwie to, co widzi, smutkiem czy rozpaczą, ale też poczuje to w sobie, a nawet wesprze ją w ekspresji emocji. W rezultacie tej podróży w głąb swojego zranienia doświadczy uczuć i potrzeb z trzeciego poziomu, czyli tych fundamentalnych i jednoczących, definiujących jego prawdziwą tożsamość, jak radość, miłość czy właśnie empatia.

To optymistyczna wiadomość, ale zdaje się, że psychopaci rzadko idą na psychoterapię. To prawda, bo obrona psychopatyczna polega na przekonaniu, że tylko ja jestem okay, a wszyscy inni, to „leszcze, cwele i frajerzy”. To szalone i skrajnie niebezpieczne przekonanie pozwala przykryć wstyd i upokorzenie dzieciństwa tak skutecznie, że człowiekowi z psychopatycznym charakterem bardzo trudno z niego zrezygnować.

Łatwo zacząć współczuć takiemu psychopacie. Zwłaszcza że, jak pisze Jerzy Mellibruda, kiedy kobieta widzi złoszczącego się faceta, myśli, że miał zły dzień czy dzieciństwo. Bo dla kobiety złość to przejawy emocji. Ale dla mężczyzn to często tylko narzędzie sprawowania władzy, narzucenia swojej woli. Czyli my, głupie, przez tysiące lat współczujemy tyranom? To prawda, że mężczyźni używają agresji jako narzędzia sprawowania władzy i kontroli nad kobietami i słabszymi mężczyznami. Dlatego mimo tej wiedzy, że agresja odcina tyrana od jego głęboko skrywanego cierpienia, lepiej powściągnąć ostentacyjne współczucie i odważnie przeciwstawiać się tyranii. Tym bardziej że w zlodowaciałym sercu tyrana uległość budzi pogardę i nienawiść. Tragiczne jest też to, że partnerki tyranów, ulegając im, zapominają nie tylko o sobie, lecz także o ochronie dzieci. Tak więc mechanizm produkowania następnych pokoleń chorych dusz może trwać.

A więc kobieta powinna oczekiwać od mężczyzny, żeby on sam znalazł sposób na to, żeby sobie poradzić ze swoją agresją? To prawda. Dodam jeszcze, że męskiej agresji nie należy zamiatać pod dywan, lecz warto ćwiczyć chłopców i mężczyzn w dedykowaniu jej działaniom pozytywnym, konstruktywnym i kreatywnym. Pamiętam, jak wiele wysiłku musiałem włożyć w to, by opanować moją młodzieńczą agresję. Zarówno tę wrodzoną, jak i tę zassaną z powojennej atmosfery: z domów dziecka, z obcowania z poranionymi wojną agresywnymi kolegami, nauczycielami wyżywającymi się fizycznie na uczniach i z innymi dorosłymi – w tym z matką. Sprawdziłem na sobie słuszność starej zasady, że aby opanować agresję, trzeba uprawiać dużo sportu i ćwiczyć sztuki walki. Jako młody chłopak często musiałem stawać do walki. Ale od czasu, gdy już jako dorosły w ramach treningu walki kilkakrotnie doświadczyłem całkowicie bezwstydnej i nieustraszonej eksplozji agresji wraz z tym, że nie musi się ona wiązać z nienawiścią, lecz z uznaniem i szacunkiem dla przeciwnika – poczułem, że to ja dysponuję moją agresją, a nie ona mną.

Dziś uważamy, że agresję można wyciszyć wychowaniem. Nie dawać chłopcom zabawek militarnych i nie pozwalać się bić, a będą łagodni. Chłopiec, który ma kochających rodziców, nie ma tak wielkiego problemu z agresją, jak syn psychopatycznego ojca i wycofanej matki. Ale jednak jego organizm też wytwarza testosteron. Odczuwa więc potrzebę obrony, rywalizacji i walki. Zatem to wielka szkoda, że dziś nie uczy się chłopców, jak radzić sobie z własną agresją, a w zamian piętnuje się ją. W ten sposób doprowadza się do wyparcia jej ze świadomości. A przecież to, co wyparte, nie poddaje się kontroli, z ukrycia działa na różne pokrętne sposoby. Stąd zapewne aż tak wielu młodych mężczyzn, a także tych przekraczających cezurę połowy życia, albo nie potrafi panować nad swoją agresją, albo próbuje sobie z nią radzić za pomocą różnych uzależniających substancji chemicznych.

A więc mamy do czynienia z agresją mężczyzn, która ma wiele źródeł i postaci. A co z innymi emocjami? Na szczęście nie wszyscy mężczyźni idą przez życie zakuci w szczelny psychopatyczny pancerz, choć większość mężczyzn ma mniej lub bardziej rozległy psychopatyczny rys. Ci zdolni są do przeżywania wielu innych uczuć. Ale trzeba się liczyć z tym, że jednak większość mężczyzn w sytuacjach dla nich trudnych zareaguje nawykową agresją lub zamrożeniem, wycofaniem. Kto wie, czy to mimo wszystko nie lepsze niż usiąść i płakać? Jeśli jednak mężczyzna zdecydował się na tę odważną podróż w głąb siebie i odpłakał dziecięce zranienia, to stał się naprawdę silny. Nadal potrafi być wytrzymałym i odważnym obrońcą czy brać na siebie duże ciężary. Nie upokarza już jednak tych, którzy są słabi, aby poradzić sobie z własną rozpaczą. 

  1. Psychologia

Matematyka miłości - czy można obliczyć szansę na udany związek?

To, jakie jest prawdopodobieństwoznalezienia odpowiedniego partnera, można obliczyć matematycznie (fot. iStock)
To, jakie jest prawdopodobieństwoznalezienia odpowiedniego partnera, można obliczyć matematycznie (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wydaje się, że nie ma dwóch bardziej odmiennych dziedzin. Jedna jest królową nauk, druga – serc, a przecież każdy powie, że emocje nie mają nic wspólnego z logiką. Okazuje się jednak, że miłość może zadziwiająco wiele zawdzięczać matematyce.

Matematyka otacza nas niewidzialnym kokonem. Pewnie o tym nie wiesz, ale gdy patrzysz na Drogę Mleczną, liście paproci albo muszlę ślimaka czy własne odbicie w lustrze, widzisz proporcje liczbowe, wyrażone odkrytą już przez starożytnych Greków złotą liczbą – fi (1,618). A jeśli matematyczny porządek można odkryć zarówno w budowie płatków śniegu, jak i gigantycznych galaktyk, dlaczego nie miałby istnieć także w naszych uczuciach?

Ciekawość, pierwszy stopień do wiedzy

Matematyka to wspaniała dziedzina, ale nawet gdy ją kochasz, po sześciu godzinach wykładu możesz mieć serdecznie dosyć. Jak więc zainteresować studentów równaniami różniczkowymi? Kazać im policzyć, jakie szanse na przetrwanie miłosnych zmagań mieli Romeo i Julia! Na ten genialny pomysł wpadł w latach 80. XX wieku amerykański matematyk Steven Strogatz. Zachwyceni studenci zaprzęgli do opisu relacji między najsłynniejszymi kochankami świata układy dynamiczne (struktury matematyczne pozwalające przewidzieć stan układu w przyszłości, jeśli znamy jego stan w bieżącej chwili, oraz jego – chwilowe – tendencje zmian). Badali, jak na trwałość związku wpływają nastroje partnerów. – Romeo kocha Julię, ale Julia jest kapryśna. Im bardziej on okazuje miłość, tym bardziej ona usiłuje od niego uciec. Wtedy zniechęcony Romeo wycofuje się, a Julia zaczyna dostrzegać jego atrakcyjność. Romeo działa jak echo Julii: pozytywne emocje rosną, gdy Julia go kocha, a kiedy nienawidzi, narastają negatywne – wyjaśnia model tego układu dynamicznego dr Urszula Foryś z Instytutu Matematyki Stosowanej i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego. Miłosnomatematyczne zmagania tak spodobały się studentom, że zaczęli liczyć szanse przetrwania związków kolejnych ikonicznych par, od Pięknej i Bestii po Cyrana de Bergerac i jego umiłowaną kuzynkę. Do zabawy dołączyli wkrótce kolejni naukowcy (m.in. profesor teorii systemów Sergio Rinaldi, który pisał o równaniach miłosnej dynamiki u Petrarki, i fizyk Clint Sprott, zajmujący się matematycznymi modelami miłości i szczęścia). Bo choć nie da się wyczuć, kogo, gdzie i kiedy porazi strzałą ten mały drań Amor, skutki jego działań są już dużo łatwiejsze do przewidzenia. Zakochanie, miłość, ślub, rodzicielstwo – to jeden z kilku schematów, według których przebiega nasze miłosne życie. A matematycy kochają schematy. I potrafią zrobić z nimi prawdziwe cuda.

Mózg elektronowy

– Matematyka może zaproponować nowy sposób spojrzenia na niemal wszystko – przekonywała uczestników konferencji TED na Binghamton University w Nowym Jorku Hannah Fry. Płomiennie rudowłosa i uroczo zaróżowiona przypominała bardziej irlandzkiego elfa z ciętym poczuciem humoru niż poważną brytyjską matematyczkę: – Chyba wszyscy się zgodzimy, że matematycy są znani z trafnego doboru partnerów. Nie tylko dzięki naszym wspaniałym osobowościom, wyjątkowym umiejętnościom konwersacji oraz schludnym piórnikom. Zawdzięczamy to również ogromnej ilości obliczeń wykonanych w poszukiwaniu sposobu na znalezienie idealnego partnera. W brawurowym wykładzie (ponad 5 mln wyświetleń) Fry zaprezentowała matematyczne wskazówki mogące ułatwić XXI-wieczne poszukiwania drugiej połówki, statystycznie najczęściej odbywające się przez Internet. Bazowała m.in. na badaniach twórców kultowego portalu randkowego OkCupid (założonego przez… matematyków, którzy przez blisko dekadę szukali schematów, według jakich działali randkowicze w sieci). Fry przekonywała, że szansę na wymarzoną miłosną interakcję ma każdy, bo najbardziej popularni nie są wcale ci superatrakcyjni (co udowodniła stosownym działaniem). Wyjaśniła też, że z matematycznego punktu widzenia nie powinniśmy wiązać się z pierwszą osobą, która się nami zainteresuje, ale też lepiej nie zwlekać zbyt długo z wyborem partnera. Posługując się metodą optymalnego punktowania: jeśli zaczynamy randkować w wieku 15 lat i chcemy wziąć ślub około 35. roku życia, przez pierwszy okres (stanowiący 37 proc. czasu randkowania) powinniśmy odrzucić wszystkich kandydatów, a potem wybrać pierwszą osobę, która wydaje się lepsza od poprzedników. – Matematyka udowadnia, że takie postępowanie maksymalizuje szanse na znalezienie idealnego partnera – twierdzi Hannah Fry. I zaraz dodaje, że całe wyliczenie bierze w łeb, jeśli trafimy na Pana Idealnego podczas pierwszych 37 proc. czasu. Nie jest to więc stuprocentowo pewna, ale za to statystycznie dająca najlepsze rezultaty metoda. Najważniejsze jednak, że stosujemy się do niej nieświadomie, randkując ostro koło dwudziestki, a szukając życiowego partnera, gdy zbliżamy się do trzydziestki. To według Fry, która jest również autorką książki „Matematyka miłości”, potwierdza zasadność użycia równań i algorytmów w służbie uczuć. – To dowód, że nasze mózgi są zawczasu skonstruowane tak, by działać według matematycznych schematów.

https://www.ted.com/talks/hannah_fry_the_mathematics_of_love?utm_campaign=tedspread&utm_medium=referral&utm_source=tedcomshare

Komputerowy model miłości

Dr Urszula Foryś zajmuje się głównie zastosowaniami matematyki w biologii i medycynie. I podobnie jak Hannah Fry uważa, że matematyka to wszechstronne narzędzie, które może pomóc nam niemal w każdej dziedzinie życia. Od leczenia nowotworów po miłość. – Nauki przyrodnicze i społeczne są wciąż empiryczne. Jeśli czegoś nie zobaczymy w doświadczeniu, to nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy może się zdarzyć. Gdy pracujemy nad modelowaniem dynamiki terapii nowotworów, sprawdzamy m.in., jak łączyć terapie, kiedy i jak wprowadzać leczenie niestandardowe. Eksperymentalista nie jest w stanie sprawdzić wszystkich możliwych kombinacji, a co dopiero zbadać ich w praktyce, bo przecież musiałby eksperymentować na ludziach. My robimy to w komputerach – tłumaczy.  Kilka lat temu, zainspirowana m.in. pracami Stevena Strogatza, postanowiła również swoim studentom zadać miłosne równania. Wybór padł na stworzenie matematycznego modelu związku romantycznego, który pozwoli prognozować, czy dana relacja przetrwa, czy się rozpadnie – z uwzględnieniem tego, jak rzutują przeżycia jednego z partnerów na reakcje drugiego, czyli tzw. zjawisko opóźnienia. Okazało się, że może mieć ono spore znaczenie dla przyszłości kochanków. – Poprzez modelowanie matematyczne możemy opisać każdy proces, który nas interesuje. Na przykład relację między dwojgiem ludzi i jej możliwe wyniki – tłumaczy dr Foryś. – W modelu możemy jednemu partnerowi zmienić jakąś cechę – uznając, że popracuje z psychologiem nad jej zmianą – i zobaczyć, jaki będzie miało to wpływ na cały związek. Wyliczymy, czy warto pracować nad zmianą tej cechy, bo co, jeśli lepiej skupić się na innej? Możemy zbadać efekty wszystkich możliwych zmian i wybrać najlepszą strategię. Polskim matematykom przyszło do głowy stworzenie serwisu internetowego, w którym na podstawie badania zachowań partnerów można oszacować, jakie reakcje będą dla związku optymalne: – Moglibyśmy informować partnerów, które z nich powinno być bardziej refleksyjne, a które musi reagować szybciej. Serwis miałby służyć tym związkom, którym grozi rozpad. Niestety, pozostaje tylko bytem teoretycznym, bo nie udało się zdobyć grantu na dalsze prace. Na razie polscy zakochani nie będą więc mieli osobistego pożytku z prac matematyków. – Jeśli chcemy przekładać wyniki modelowania matematycznego na rzeczywistość konkretnej pary, zmienne używane w równaniach muszą być zmierzone. I tu matematyk potrzebuje psychologa, który pomoże mu zmierzyć i usystematyzować ludzkie reakcje – mówi dr Foryś.

Równania przeciw rozwodom

Jak dotąd jedynym psychologiem, który przeprowadził badania ilościowe i we współpracy z matematykiem przełożył równania na konkretne porady dla par, jest amerykański terapeuta John Gottman. Od ponad 30 lat prowadzi Instytut Badania Związków, instytucję, która zaprzęgła matematykę do walki z plagą rozwodów (w USA rozstaje się co drugie małżeństwo). Jak wspomina w książce „Principia Amoris. The New Science of Love”, opisującej matematyczne reguły życia uczuciowego, Gottman w młodości sam nie miał szczęścia w miłości. Zaczął więc badać małżeństwa w nadziei, że znajdzie w ich zachowaniach złoty wzór na to, jak żyć długo i szczęśliwie (chyba mu się udało, bo dr Julie Schwartz Gottman, którą poślubił ponad 30 lat temu, nazywa „swoim klejnotem, genialną i przepiękną żoną”. Trzecią, jeśli mamy być skrupulatni). Wraz z Robertem Levensonem, najlepszym przyjacielem i podobnym miłosnym nieudacznikiem, przebadał setki par, nie tylko przysłuchując się ich rozmowom, lecz także nagrywając je, monitorując badanym tętno, ciśnienie krwi, przewodnictwo skóry, mimikę. Odkryli, że najważniejszym wskaźnikiem rozwodu jest nastawienie partnerów w rozmowie: negatywne – zwiększało ryzyko rozstania aż o 90 proc. Ale w odkryciu, jak i dlaczego pary wpadają w spiralę negatywnej energii, pomógł im dopiero matematyk James Murray. Stworzył równania rozpisujące szanse na to, jakie nastawienie w następnej rozmowie będą mieli małżonkowie, biorąc pod uwagę takie zmienne, jak ich nastrój (gdy są sami i kiedy przebywają z partnerem) i to, jak wpływa na nich osoba współmałżonka.

Dziś pary stojące na krawędzi są w instytucie Gottmana badane jak kosmonauci przed startem. Ich emocje, kodowane za pomocą systemu liczb, są przepuszczane przez skomplikowany wzór matematyczny, w wyniku czego powstaje unikalny wzorzec interakcji pary, „DNA małżeństwa”. Wystawiana na jego podstawie prognoza trwałości związku sprawdza się z dokładnością do 94 procent! Gottman chwali się oszałamiającymi wynikami – aż 70 procent par, które wprowadziły w życie otrzymane w jego instytucie zalecenia, zawraca znad rozwodowej przepaści i żyje dalej długo i szczęśliwie. Okazuje się więc, że matematyka może naprawdę pomóc miłości. Jak mówiła Hannah Fry: – Równania i symbole mają głos, który wyraża ogromny urodzaj natury i oszałamiającą prostotę w schematach, które kręcą się, zaginają i ewoluują wokół nas. I opisują wszystko, od sposobu, w jaki działa świat, po nasze zachowanie. Już Galileusz uważał matematykę za alfabet, za pomocą którego Bóg opisał wszechświat. Być może, by miłość trwała, nie wystarczy kochać, ale trzeba też jasno i logicznie myśleć. I dostrzegać schematy i równania nie tylko w książkach, lecz także we wszystkim, co nas otacza. Zwłaszcza w naszych związkach.

  1. Psychologia

Od czego zależy szczęście w związku? - wyjaśnia Wojciech Eichelberger

W miłości i w życiu często kierujemy się egoizmem i swoimi potrzebami, a to nie jest dobry fundament związku. (Fot. Getty Images)
W miłości i w życiu często kierujemy się egoizmem i swoimi potrzebami, a to nie jest dobry fundament związku. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jak stworzyć udany związek? Poradników jest bez liku, rozstań jeszcze więcej. Bo tak jak nie można zaplanować, w kim się zakochamy, nie można wpływać na to, jaki jest nasz związek. Zakochujemy się z tajemniczych powodów (o narodzinach miłości decyduje nieświadomość), a gdy zaczynamy być razem, rodzi się trzecia, niezależna i nieznana nam istota, Związek. Jeśli chcemy być razem musimy go poznać i zrozumieć. Warto, bo tak, paląc w ogniu miłości egotyczne mrzonki, dotrzemy do duchowej jedności – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Zanim przeczytałam „Mity o miłości”, niemieckiego psychoterapeuty par Michaela Maryego, chciałam spytać, jak z dwóch „ja” zrobić „my”? Z tej książki wynika, że to głupie pytanie. Autor przekonuje, że związek rodzi się, gdy zaczynamy być razem jako trzecia, niezależna od naszych chęci istota. Świadomie możemy tylko poznać go, zrozumieć i jeśli chcemy być razem – przyjąć jego reguły. Związek jako byt sam w sobie, który może być jedynie odkrywany i poznawany, a nie kreowany, to koncepcja trudna do przyjęcia dla współczesnych ludzi. Pielęgnujemy przecież  poczucie wpływu, sprawczości i osiągania celów. Ale to prawda: związek jest żywym procesem – spontanicznym, podlegającym wielu wpływom. Ogromną częścią naszego życia kieruje przecież to, co w naszym umyśle nieuświadomione. Zygmunt Freud twierdził, że nie uświadamiamy sobie ponad 90 procent naszych przekonań, motywów, uczuć i doświadczeń. Niewiele więc o sobie wiemy. Niewiele wiemy też o tym, dlaczego zakochujemy się w tej właśnie, a nie w innej osobie. Nie możemy nawet wyobrazić sobie, co dało początek złożonej kombinacji zdarzeń, które doprowadziły do zakochania tych dwojga. Nasz indywidualny los jest w ogromnej mierze wyznaczany grą sił i wydarzeń dziejących się w odwiecznej, transgeneracyjnej przestrzeni. Niezliczona ilość przeszłych kul wprawiła w ruch tę, którą przeżywamy jako nasze życie. Napędzani jesteśmy energią systemu i w dodatku nie jest pewne, że energia pozostałych kul wyczerpała się w akcie wprawienia w ruch naszego życia. Może system nadal jest w ruchu i wpływa na nas w sposób niewidoczny? Z przeczucia tej możliwości bierze się wiara w oddziaływanie przodków lub tzw. przeszłych wcieleń. Jeśli dodać do tego historię obecnego życia, to niewiele miejsca pozostaje na wolną wolę i świadome wybory także dotyczące partnera.

A więc powód każdego zakochania jest tajemnicą? Czy to tylko poezja, bo tak na prawdę kieruje nami biologia? Biologii chodzi tylko o to, aby podtrzymać życie, a zakochują się w sobie także ludzie niezdolni lub nieskłonni do prokreacji. Miłosne spotkanie ma ponadbiologiczny, nieodgadniony cel i powód. Szczególna jakość dochodzi do głosu, gdy spotykają się „sobie przeznaczeni”. Wydaje się jednak, że w dzisiejszym świecie takie niebudzące wątpliwości zakochania zdarzają się rzadziej. Buddyści nazywają je miłością karmiczną, czyli spotkaniem zgodnym z dynamiką systemów, z których wywodzą się zainteresowani. Może ta pewność: „to ten”, „to ta” jest coraz rzadsza, bo grzeszymy pychą i nie chcemy zaufać i poddać się wyborom losu, Nieba, Amora, karmy? Zapominamy, że jesteśmy nieświadomi i się łudzimy, że samodzielnie wybierzemy lepiej. Tymczasem kierujemy się narcystycznym wizerunkiem siebie, a nie prawdziwymi potrzebami, co też wpływa na jakość i trwałość związków.

Ale bywa jednak i tak jak ze mną, a ja byłam pewna: „to ten!”, kiedy pierwszy raz zobaczyłam mojego przyszłego mąż. Bo nim go poznałam – przyśnił mi się w nocy. To niezwykłe. Być może ludzie, w których się zakochujemy, to ci, którzy nam się wcześniej śnili? Przecież większości snów nie pamiętamy. Może to po nich powstaje wrażenie, że ich znamy? Może tak rozpoznajemy osoby, którym jesteśmy winni miłość, bo zostały przez nas skrzywdzone w poprzednich wcieleniach? Oświeceni buddyści twierdzą, że każda osoba, którą spotykamy, w przestrzeni odwiecznych interakcji mogła być naszym dzieckiem, rodzicem, partnerem. Jeśli to prawda, jesteśmy powiązani z przeznaczonymi nam, zanim się poznamy. A to, co się wydarza między nami, jest jakimś dopełniającym elementem procesu rozwoju naszej świadomości. Jego celem jest doprowadzić nas do odkrycia, jakim kosmicznym nieporozumieniem jest utożsamianie się z „ja”, otworzyć na mistyczny wymiar miłości. W buddyzmie nazywa się to pojednaniem, współodczuwaniem z całym światem. W chrześcijaństwie: komunią lub pojednaniem z Bogiem.

Taka wielka transgresja zaczyna się od zakochania? Zakochanie jest powszechnym i dostępnym doświadczeniem pomocnym w dokonaniu transgresji, w dodatku przyjemnym. Pomaga dźwignąć naszą świadomość z poziomu „ja” do poziomu „my dwoje”, a potem jeszcze wyżej – „my wszyscy”. Zakochani czujemy, że „ja” to „ty”, widzimy tylko to, co dla nas wspólne. Fantazjujemy, że dostarczymy sobie intelektualnego pokarmu i inspiracji, że będziemy kochać wszystko to, co kocha ta druga osoba. Mit identyczności to niebezpieczna iluzja. Jeśli nie pozwolimy drugiej osobie na bycie inną niż my, czeka nas ogrom napięć, frustracji i goryczy, który doprowadzi do rozstania. Urealnienie partnera i związku, czyli ujrzenie i docenienie tego, co nas różni i co jest wspólne, to warunek bycia razem. Ucząc się tego, przyswajamy najważniejszą wiedzę: że to różnorodność jest sposobem przejawiania się jedności. Prawdziwą próbą dojrzałości jest zdolność do kochania różnych od nas. Przejdziemy ją, gdy potrzeby drugiej osoby staną w kontrze do naszych, a my mimo to będziemy wspierać ją, jego w ich zaspakajaniu. Najważniejsze i wspólne powinno być dążenie – i to wszelkimi sposobami – do odkrycia sensu i tajemnicy spotkania dwóch osób, które się w sobie zakochały i razem troszczą o to, co najważniejsze: by związek dawał obojgu poczucie spokoju, radości i wolności.

Co może być tym poszukiwanym sensem związku? To, co potrzebujemy dzięki niemu zrozumieć, nauczyć się. Kiedy związek dojrzewa, przestajemy wyłącznie patrzeć sobie w oczy, a zaczynamy patrzeć w jedna stronę – w stronę „my”. Dostrzegamy centrum, symboliczne ognisko w jaskini, które chcemy wspólnie podtrzymywać, by nam i naszym bliskim było ciepło, bezpieczne i jasno. Wtedy dobrowolnie i pogodnie rezygnujemy z części potrzeb, już nie na rzecz drugiej osoby, lecz wspólnego ogniska. Wrzucając do niego nasze egocentryczne i neurotyczne potrzeby i złudzenia, doświadczamy uczucia uwolnienia, jakbyśmy pozbywali się nadmiaru rzeczy i śmieci. Na przykład możemy spalić – jak to się patetycznie określa – „na ołtarzu związku” nasze indywidualne potrzeby prestiżowe, bo ognisko wymaga od nas poświęcenia, np. partner choruje i nie jest to czas na kupowanie nowego samochodu – potrzeba pieniędzy na leki i opiekę. Dopóki ognisko jest dla obojga najważniejsze i oboje mniej więcej po równo do niego dorzucamy, będzie pięknie płonąć i stanie się wartością samą w sobie. W ten sposób rozwój naszego związku staje się tożsamy z naszym własnym. „My” uwalnia nas z klaustrofobicznej twierdzy „ja” i otwiera na świat.

Zdaniem Michaela Maryego związki mają cztery różne podwaliny: chęć zaspokajania potrzeb (erotyzmu, bezpieczeństwa), uzupełnianie charakterów, urzeczywistnienie projektów (łatwiejsze, gdy jesteśmy we dwoje). I czwarta: mity dotyczące związku (np. daje szczęście). Podwalina ma ogromne znaczenie, bo jeśli od związku, który ma dawać bezpieczeństwo, chcemy pomocy w realizacji ambicji, rozbijemy go. Jak już mówiłem, to mit, że partner zaspokoi wszystkie nasze potrzeby. Wcale to jednak nie znaczy, że nasz związek jest niepełny. Jednak nawet gdy poznamy swój związek, co nam daje, a co nie, nie łudźmy się, że wszystko będziemy mieli pod kontrolą – życie i tak nas wytrąci ze światopoglądowych kolein, ucząc radzić sobie ze zmianą i przemijaniem. Samemu można stworzyć azyl izolujący od dolegliwości przemijania: szukać młodszego towarzystwa, zmieniać gadżety i samochody. W związku patrzysz na partnera jak w lustro. Jeśli więc ktoś upiera się, by w pełni kontrolować swoje życie i pielęgnować iluzję wiecznej młodości – związek jest dla niego przerażającą perspektywą. Za to tym odważnie patrzącym w lustro pomaga pozbyć się fałszywych przekonań o sobie i innych. Stąd trafna obserwacja, że ludzie spędzający życie samotnie usztywniają się w swoich ulubionych, nieadekwatnych przekonaniach. Dobry związek może nas lepiej niż samotne życie przygotować do przejścia przez igielne ucho i odnalezienia prawdziwej natury. Uwalniając od zbędnego bagażu i ozdobników, czyli bogactwa, które mamy okazję spalić w „ogniu my”. A zgodnie z biblijnym ostrzeżeniem: „Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogacz wejdzie do raju”. Nie pokładajmy jednak całej nadziei w związku, bywa, że te zamierają w jakiejś teatralnej pozie i nawet nie zauważają, że „ognisko my” wygasło. Zapobiec temu można uważnością, otwartą komunikacją, gotowością na zmiany, partnerstwem i demokracją. Kochaj i rób, co chcesz... i pozwól innym robić to, co chcą. Jeśli obie strony tak czują, rozwojowa misja związku się dopełniła.

W książce „Zdobędziesz miłość, jakiej pragniesz” Harville’a Hendrixa przeczytałam, że wybieramy osobę, która przypomina nam rodziców. W związku z nią mamy jeszcze raz przeżyć to, co było najtrudniejsze w dzieciństwie, by tym razem pokonać te traumy. To musi boleć i dlatego udaje się to jedynie 5 proc. par. Ognisko rozpalone z osobą z takiego klucza będzie tak gorące i gwałtowne, że wytrwanie przy nim może się okazać zbyt trudne. Krótko mówiąc – może nieźle dać popalić, bo wrzucimy do niego sprawy, najtrudniejsze, najbardziej bolesne. Jak się uda wytrwać, czeka nas nagroda: uwolnienie od wielkiego, generującego lęk ograniczenia. Dlatego gdy stajemy przed dylematem czy wybrać drogę łatwiejszą czy trudniejszą, wybierajmy trudniejszą. Pamiętam pacjentkę, która w dzieciństwie była zdominowana przez agresywnych starszych braci i ojca. Pozbawiona kobiecego wsparcia ze strony zalęknionej matki. W efekcie – w dorosłym życiu – asekuracyjnie wybierała słabych mężczyzn, lecz związków z nimi nie mogła utrzymać. Bo też jej głęboką potrzebą jest skonfrontować się – jako dorosła kobieta – z agresywnym mężczyzną i nie dać się zapędzić w kozi róg. Dzięki temu przekroczyłaby to, co uniemożliwia jej stworzenie szczęśliwego związku.

Właśnie: szczęśliwego... Michael Mary opisuje małżeństwo, które chciało, żeby było miło. Jednak kiedy tylko usiedli obok siebie, wybuchała kłótnia. Zdaniem autora dlatego, że ich Związek chciał czegoś innego niż oni, chciał, by się usamodzielniali, gdy oni dążyli do większej bliskości. Związki służą m.in. temu, byśmy dojrzewali. Jeśli sprzeniewierzamy się tej ich funkcji i naginamy do naszych niedojrzałych, neurotycznych potrzeb, to związek zaprotestuje i doprowadzi do konfliktu. Konflikt jest wehikułem rozwoju. Jeśli jednak korekcyjne konflikty zamiatamy pod dywan, bo nie pasują do scenariusza „ma być miło”, to z czasem dojdzie do wybuchu, który rozwali związek. Nie można bać się konfliktów. Prawie nigdy nie są powodem, by się rozstawać, lecz sygnałem, że jedna lub obie strony powinny wrzucić coś do „ognia my”. Jeśli partnerów nie będzie na to stać, związek jest w niebezpieczeństwie. Konflikt doprowadzi do rozpadu i nie można wykluczyć, że w ten sposób nieświadome uwarunkowania partnerów decydują o przerwaniu związku, który stał się nierozwojowy, a nawet destrukcyjny. Wtedy sklejanie go na siłę generuje cierpienie. Z pewnością nie wszystkie rozwody wynikają z lenistwa lub tchórzostwa. Spotkałem wiele skleconych przypadkowo lub na zasadzie asekuracji, zbyt trudnych związków, których nie dało się uratować. Generowały tyle negatywnych emocji, że zamieniały ludzi w pozbawione zdolności do refleksji i opamiętania demony. Takie związki trzeba mieć odwagę przerwać i szukać innych, które wspierać będą naszą dojrzałość i duchowość.

Ale po co się rozstawać, skoro to, co w nas destrukcyjne, co przeszkadza w tym związku, i tak zatruje następny Rozstajemy się wtedy, kiedy nasz związek nie może pomieścić i konstruktywnie zasymilować energii kryzysu, konfliktu. Gdy już nikt nie jest w stanie dorzucić niczego więcej do „ognia my”, z niczego więcej zrezygnować. Gdy następuje duchowa regresja partnerów i obie strony się skrajnie egocentryzują. Wtedy dalsze trwanie w takim związku zamieni go w niekończącą się destrukcję. Szkoda życia. Większe szanse na przekroczenie naszych ograniczeń będziemy mieli gdzie indziej – w psychoterapii czy w innym, mądrzej i świadomie zawiązanym związku. Ale najgorsze, co nam się może przydarzyć, to wyjść ze związku z przekonaniem, że wina za jego rozpad leży wyłącznie po drugiej stronie. Wtedy nieuchronnie i nieświadomie wleczemy nasze ograniczenia w kolejny związek.

  1. Psychologia

Czy ucieczka od konsumpcji jest w ogóle możliwa? Zastanawia się Wojciech Eichelberger

Najszczęśliwsi są ci, którzy mają minimalne potrzeby materialne, dzięki czemu mogą wydawać na inne, ważniejsze potrzeby, na pasje i zainteresowania, na poznawanie siebie i świata – na godne życie. (Ilustracja: Getty Images)
Najszczęśliwsi są ci, którzy mają minimalne potrzeby materialne, dzięki czemu mogą wydawać na inne, ważniejsze potrzeby, na pasje i zainteresowania, na poznawanie siebie i świata – na godne życie. (Ilustracja: Getty Images)
Czy jesteśmy gotowi na rewolucję antymaterialistyczną? Obciążeni kredytami, uwiązani w pracy, której nie lubimy, ale która daje nam stały zarobek, ledwo wiążemy koniec z końcem. Czy to świat stanął na głowie, czy może to my sami mylimy potrzeby z zachłannością? Psycholog Wojciech Eichelberger wyjaśnia, czy ucieczka od wszechobecnej konsumpcji jest możliwa.

Z czym się kojarzy Panu określenie „życie na kredycie”? Z życiem ponad stan, z nadmiernie rozbudzonymi apetytami konsumpcyjnymi. Dzięki temu – niestety – kręci się system ekonomiczny, w którym żyjemy. Nie powiem tu nic nowego. Od dawien dawna wiadomo, że ogromna maszyneria marketingu i reklamy jest właśnie po to, by wmówić ludziom, że coś, co nie jest im potrzebne, jest bardzo potrzebne – nie do tego, by godnie i spokojnie żyć, lecz do tego, by nie wyglądać gorzej niż znajomi czy sąsiedzi. Ten ekonomiczny mechanizm działa dzięki chciwości, a chciwość to przecież jeden z najgorszych ludzkich „demonów”, blokujących możliwości pojawienia się w naszym życiu moralnych i duchowych aspiracji. Bo chciwość syci się przede wszystkim tym, co materialne – a gdy się rozkręci, to nic jej nie zdoła zatrzymać, ani rozum, ani sumienie, ani moralność, ani kara boska, ani zwykła przyzwoitość. W dodatku chciwość ściśle współpracuje z dwoma innymi potężnymi „demonami”: głupotą i nienawiścią. Aktualnie widać to wyraźnie w naszych polskich igrzyskach chciwości władzy, w których wszystkie trzy demony mają niebezpiecznie wiele do powiedzenia.

Dla mnie wieczne życie na kredycie to także ciągłe niezaspokojenie. Chcemy więcej, niż możemy sobie na to pozwolić, a kredyt daje nam ułudę tego, że jednak możemy. To życie w nieustannej pogoni za uciekającym horyzontem konsumpcyjnego szczęścia. Bo nie dość, że musimy spłacać kredyt na mieszkanie czy samochód, to na dodatek co chwila pojawia się lepszy model telefonu, nowa moda odzieżowa, fajna oferta wakacyjna, którą wybierają wszyscy znajomi – no i oczywiście rosną ceny czynszu, usług, energii, benzyny, ubezpieczeń i żywności. Ale i tak ulegniemy. Marketing wraz z reklamą wmówią nam, że jeśli nie kupimy czegoś tam, to wypadniemy z towarzyskiego obiegu oraz z wyścigu do nieistniejącego konsumpcyjnego raju, w którym już wszystko będziemy mieli i zdołamy wreszcie odpocząć.

Brzmi jak koszmar senny… Bo jak w koszmarze przebieramy nogami w miejscu. Wiele wskazuje na to, że polska inteligencka klasa średnia, która do niedawna stabilizowała rynek i demokrację, zanika, zanim się do końca ukształtowała. Jednym z powodów jest to, że ci świetnie wykształceni i przygotowani do swojej pracy, zdolni i kreatywni ludzie nie są w stanie zgromadzić buforowego kapitału zapewniającego im poczucie bezpieczeństwa na tyle, by mogli dobrze wykonywać swoją pracę, rozwijać się zawodowo. Większość z nich jest zmuszona uganiać się za pieniędzmi, pracując ponad siły w kilku miejscach, by spłacać stare kredyty i móc zaciągać nowe.

To frustrujące. Jak się temu bliżej przyjrzeć, to obecnie naszym dzieciom nie przekazujemy majątku, tylko długi. Gorzej, bo wartość kredytu z reguły przewyższa wartość nabytych za niego dóbr prognozowaną na moment, gdy kredyt zostanie spłacony. Czyli na kredytach biedniejemy i nieuchronnie wpadamy w spiralę permanentnego zadłużenia. Bogaci się tylko bank. Świat stanął na głowie. Na pociechę możemy pomyśleć o tych, którzy mają gorzej. Na przykład w Ameryce dobrze przygotowani fachowcy po studiach, po doktoratach, muszą spłacać ogromne kredyty zaciągnięte na samą naukę. Kończąc studia, są już przykutymi do banku półniewolnikami z bardzo ograniczonymi możliwościami kreatywnych wyborów życiowych. Nie mogą pójść do klasztoru, gdy poczują taką potrzebę, albo wybrać życia na łonie natury, czy udać się w długą podróż. Muszą iść do takiej pracy, która im pozwoli spłacać kredyt, żyć na w miarę przyzwoitym poziomie i móc myśleć o założeniu rodziny.

Kredyt dramatycznie redukuje możliwość dokonywania przez nas wolnych wyborów życiowych, bardzo mocno uzależnia nas od systemu. Jak tu się zbuntować, gdy człowiek chodzi na smyczy kilkusettysięcznego długu? To tak jakby mieć wyrok w zawieszeniu. Trzeba być bardzo grzecznym i przewidywalnym.

To tak jakby chcieć się uniezależnić od rodziców, którzy płacą nam nadal za studia. Ale rodzice przynajmniej nie ściągają z nas odsetek, chyba że te emocjonalne (śmiech). „Tyle na ciebie wydałam, że chyba mi się należy miłość, szacunek i opieka na starość”. Z odsetkami bankowymi znacznie trudniej sobie poradzić. Jak się ich nie spłaca, to ląduje się bez niczego, czyli w bezdomności albo w więzieniu. Jak tak dalej pójdzie, to coraz więcej z nas zazdrościć będzie ludziom żyjącym pod mostem – ludziom wolnym od długów, kredytów i podatków, mającym w nosie system. Będzie takich przybywać, bo im bardziej wymagający, kontrolujący i uzależniający system, tym więcej ludzi poszukiwać będzie antysystemowych rozwiązań na swoje życie. Dlatego z perspektywy interesu państwa nie jest dobrze dokręcać śrubę kredytową i intensyfikować wszelkie formy kontroli, bo coraz więcej ludzi będzie się przeciwko temu buntować.

Z jednej strony czujemy się zniewoleni, z drugiej prawie wszyscy spłacamy dziś jakiś kredyt, jesteśmy więc we wspólnocie kredytowej niewoli. Średnio pocieszająca jest ta wspólnota niedoli. Raczej deprymująca. System jest chory, niedomaga i nikt nie próbuje go naprawić. A jeszcze 50 lat temu w Stanach jedna pracująca osoba mogła utrzymać rodzinę, kupić dom, samochód i opłacić dzieciom studia. Można było godnie żyć z własnej pracy.

Może problem polega na tym, co dziś znaczy „godnie”? Niestety, znaczenie tego słowa na ogół ustalamy na drodze porównywania się z innymi. To napędza nasze konsumpcyjne apetyty i narcyzm. Jeśli zrezygnujemy z pewnego poziomu życia, to wypadamy z „towarzystwa”, bo już nie stać nas na wakacje nad ciepłym morzem i to cappuccino w Starbucksie, nie mówiąc już o sushi.

Czyli „godnie” zaczyna dziś oznaczać „na określonym poziomie”. Definicja godnego życia jest dziś zrelatywizowana. Marketing i reklama, a także politycy definiują to pojęcie w zależności od swoich potrzeb. Zapomnieliśmy, że godnie można się poczuć wtedy, kiedy nie ma się długów, żyje się na przyzwoitym poziomie z tego, co się zarabia. Zgodnie z taką definicją, ktoś, kto ma dach nad głową i zarobek zaspokajający jego podstawowe potrzeby, może czuć się godniej niż uwiązany do kredytu i nielubianej pracy mieszkaniec apartamentowca. Godnie żyjących ludzi procentowo szybko ubywa na świecie. Ponoć w skali świata żyje tylko 5 proc. ludzi posiadających pewny dach nad głową, lodówkę, a w niej coś do jedzenia, jakieś drobne oszczędności i kartę płatniczą oraz podstawowe prawa ludzkie i obywatelskie. Ale i tak nie wiemy, ile z tych 5 proc. żyje na kredyt i ilu z nich należy do niegodnie i nadmiernie wzbogaconych. Na pewno jest tam ten słynny 1 proc., do którego należy 80 proc. bogactwa świata. Ale bogactwo często rozmija się z poczuciem godności. Możemy być bardzo bogaci, ale to nie znaczy, że żyjemy godnie – jeśli nasze bogactwo powstało i utrzymuje się wskutek pozbawiania innych ludzi szansy na godne życie. Deficyt godności i idąca z tym w parze nadprodukcja upokorzenia to bomba zegarowa, która może rozsadzić świat i zniszczyć naszą cywilizację. Niewiele czasu zostało, by zacząć ją rozbrajać. Światowe organizacje i fora polityczne dobrze o tym wiedzą, ale jakoś nikt nic nie robi. Zapewne dlatego, że trzeba by zdetronizować wszechpanującą chciwość.

Ale są też takie ruchy społeczne jak minimalizm czy shearing, które pokazują, że warto ograniczać swoje potrzeby i dzielić się z innymi. Zgadza się, ale na razie zjawiska te dotyczą wyłącznie elit albo wyjątkowych jednostek znajdujących w sobie odwagę i wyobraźnię, by uciec z kultury upokorzenia i na przykład ruszyć w świat. Niedawno w Lublinie słuchałem opowieści pary młodych ludzi od lat żyjących w podróży. Jadą gdzieś daleko, zdając się na to, co przyniesie los, dorabiają po drodze i jadą dalej. Zwiedzili za grosze pół świata i bardzo to sobie chwalą. Okazuje się, że żyją nie tylko godniej, ale też na wyższym poziomie niż z kredytem i na umowach zleconych lub śmieciowych w Polsce. Są też oczywiście inne niż podróż strategie życiowe pomagające zachować poczucie kontroli nad swoim życiem, autonomię i wolność. Squoting, shearing, barterowa wymiana usług i produktów, czas jako pieniądz i inne antysystemowe oraz kontrkulturowe pomysły. Bardzo im kibicuję. Jeśliby się spopularyzowały i osiągnęły efekt skali, to globalny porządek ekonomiczny musiałby się całkowicie zmienić. Jak się temu bliżej przyjrzeć, to świat najbardziej potrzebuje takiej antykonsumpcyjnej rewolucji – w przeciwnym razie planeta nie da rady. Nie może to być oczywiście rewolucja niszczycielska i krwawa, bo taka – jak wszystkie rewolucje – nakręciłaby tylko dodatkowo to, co zamierzała zmienić. Musi to być więc rewolucja pełzająca, ale pełzająca szybko. Bo czasu mało. Dlatego w dostępnej mi skali praktykuję i promuję minimalizm, pod hasłem „Posiadać jak najmniej i tylko to, co niezbędne”. Nie jest to łatwe. Przyczyniłem się wprawdzie do stworzenia warsztatu on-line na temat minimalizmu, ale ciągle sam mam kłopot z powstrzymaniem się od kupowania w nadmiarze i pozbywaniem się tego, co zbędne.

Podobno dla najmłodszych pokoleń nie mają znaczenia marki czy nowe gadżety, ale przeżycia. To fantastyczna wiadomość. Gdyby to się utrzymało i rozprzestrzeniło, wyszło poza wielkomiejskie elity – to byłoby zbawienne. Na razie połowa Polaków żyje w małych miejscowościach i na wsiach, gdzie takie postawy uważane są za fanaberie rozkapryszonych dzieci bogatych rodziców. Kibicuję młodym ludziom we wszystkim, co może ich czynić wolnymi. Kibicuję też ruchom wspólnotowym i samopomocowym takim jak choćby cohabitat, gdzie ludzie wspólnie budują domy dla członków swojej wspólnoty, uprawiają ekologiczne ogrody i sady, wymieniają się usługami, a co najważniejsze, tworząc społeczność ludzi ufających sobie oraz szanujących się i pomocnych. Członkowie takiej społeczności z pewnością nie myślą o zaciąganiu kredytów, bo poczucie wsparcia, bezpieczeństwa i wartości czerpią przede wszystkim ze społecznych więzi.

Kiedyś tak właśnie żyliśmy. System komunistyczny, którego nie należy oczywiście promować w całości, miał taką zaletę, że generował pewien niedostatek, co wymagało od ludzi, żeby się dogadywali, kooperowali, pożyczali sobie różne dobra – żeby się wspierali. Chodziło się do sąsiadów, by pożyczyć szklankę cukru czy mąki, i to była normalna praktyka. Gdyby dziś ktoś taki pojawił się pod naszymi drzwiami, to pewnie puknęlibyśmy się w głowę.

Dawniej mieliśmy wspólnotę, która sobie pomagała, dziś mamy wspólnotę, w której każdy ma swój kredyt. Niestety, to wspólnota tylko z szyldu. Nie działają tu prawie żadne mechanizmy wspólnotowe. Jest więcej rywalizacji i niechęci niż wzajemnego wspierania się. Przypomina to wspólnotę więzienną; każdy ma swój wyrok i każdy – przeciw innym – kombinuje, jak go sobie skrócić, a jak trzeba zaszkodzić innym współwięźniom, by mieć samemu choć trochę łatwiej.

Jedynym wyjściem jest niezaciąganie kredytów? Czy zaciąganie takich, jakie jesteśmy w stanie szybko spłacić? Na ogół zaciągamy kredyt wtedy, gdy mamy pewność, a przynajmniej wiarę, że będziemy w stanie go spłacić. Cóż z tego, skoro potem musimy pracować ponad siły, zaniedbując wszystkie pozostałe obszary życia i nie mogąc spać po nocach. To dlatego dzisiaj coraz więcej młodych ludzi unika zaciągania kredytów i chodzi w ciuchach z second-handu. Nie dają się wkręcić w szpanowanie marką, mają jedną wiertarkę na kilkudziesięciu kolegów i nawet w zimie jeżdżą na rowerach. Wygląda na to, że pobierają lekcję, obserwując losy „frankowiczów”. Trudno im się dziwić, bo głęboką potrzebą każdego człowieka, a szczególnie bardziej wrażliwego i myślącego, jest wolność i niezależność. Dzisiaj, niestety, zanika chyba ostatnia ostoja ludzi w pełni niezależnych i wolnych, czyli tradycyjnych rolników potrafiących wyprodukować własną żywność. Zamieniają się oni masowo w wyspecjalizowanych, uzależnionych od kaprysów rynku producentów rolnych.

Chodzi o to, żeby dobrać poziom, na jakim żyjemy, do naszych zarobków? Tak, ograniczać swoje potrzeby i nie dać się wkręcić w kupowanie sobie ciągle czegoś nowego i lepszego. Dawno temu jedyny raz w życiu wziąłem kredyt na samochód. Pomyślałem siebie: „Nieźle zarabiam, kupię sobie wreszcie nowy samochód”. Okazało się, że po trzech latach samochód prawie się rozleciał i był wart grosze, a ja spłacałem kredyt jeszcze dwa lata. Obiecałem sobie wtedy: nigdy więcej kredytu.

Na samochód możemy odłożyć albo kupić tańszy, używany. Ale mieszkanie bez kredytu już się nie obejdzie. Jak żyć, budząc się codziennie z tą świadomością? Jeśli chcemy być wolni i decydować o sobie, kupujmy tylko to, na co nas stać. Unikajmy inwestycji, których nie będziemy w stanie unieść czy utrzymać. Nie kierujmy się potrzebą  robienia wrażenia na innych. Nie ulegajmy konsumpcyjnej presji reklamy ani naszej społecznej grupy odniesienia. Szukajmy stylu życia, który zapewnia najwięcej wolności, i wzorujmy się na wolnych ludziach. Pamiętajmy, że najszczęśliwsi są ci, którzy mają minimalne potrzeby materialne, dzięki czemu mogą wydawać na inne, ważniejsze potrzeby, na pasje i zainteresowania, na poznawanie siebie i świata – na godne życie.

  1. Styl Życia

Ten dzień to prezent

Historie bohaterek są tak różne, że wiele kobiet się w nich odnajdzie. Ale jedno jest w nich wspólne – wszystkie są optymistkami. (Fot. Kamila Bannach)
Historie bohaterek są tak różne, że wiele kobiet się w nich odnajdzie. Ale jedno jest w nich wspólne – wszystkie są optymistkami. (Fot. Kamila Bannach)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Panien młodych jest 11. I ani jednego pana młodego. Bo tym dziewczynom do ślubu nie po drodze. Ale jednocześnie każda chciałaby założyć piękną suknię. Chciałaby, żeby ktoś ją pięknie uczesał, zrobił makijaż, żeby o nią zadbał. Każda chce poczuć się najpiękniejsza. Dziś tak właśnie będzie.

Panien młodych jest 11. I ani jednego pana młodego. Bo tym dziewczynom do ślubu nie po drodze. Ale jednocześnie każda chciałaby założyć piękną suknię. Chciałaby, żeby ktoś ją pięknie uczesał, zrobił makijaż, żeby o nią zadbał. Każda chce poczuć się najpiękniejsza. Dziś tak właśnie będzie.

Ania Żukowska w swojej Stodole Czereśniowy Sad od lat organizuje przyjęcia weselne. Marta Trojanowska projektuje suknie ślubne. Siedziały przy ognisku, wieczorem, po zakończeniu poprzedniego szalonego projektu. Pandemia postawiła znak STOP, ale Ania nie jest osobą, która potrafi wrzucić na luz. Musi działać. Wymyśliły więc, że może by zrobić pokaz sukien ślubnych Marty. Okej, ale sam pokaz to za mało, powiedzmy przy okazji coś jeszcze kobietom. I tak narodziło się #doslubuminiepodrodze.

Fot. Agnieszka Sopel Fot. Agnieszka Sopel

„Marta ze swoim Kubą nie ma ślubu, ja z Grześkiem też długo nie miałam, a wesela nie zrobiliśmy do tej pory – mówi Ania. – Jest wiele kobiet, które ślubu nie biorą. Niektóre nie mogą, inne nie chcą. Są i takie, które z powodu choroby mogą ślubu nie doczekać… Bywają powody prawne, a bywają i emocjonalne. Wynikające z przekonań czy trudnych doświadczeń. Może znajdziemy dziewczyny, które zechcą się swoimi historiami podzielić? Kiedy wrzuciłyśmy temat na Instagrama, zostałyśmy zasypane zgłoszeniami. Historie naszych bohaterek są tak różne, że, mamy nadzieję, wiele kobiet się w nich odnajdzie. Ale jedno jest w nich wspólne – wszystkie są optymistkami. Dużo się mówi o sile kobiet, my chciałyśmy nie gadać, ale coś zrobić. Dać naszym bohaterkom ich czas, zadbać o nie, dać im miejsce, żeby powiedziały coś, co może pomóc innym. Bo to wszystko są silne dziewczyny. I chcą się tą swoją siłą dzielić, wzmacniać nawzajem. Nie mają na co dzień łatwo, więc postanowiłyśmy zrobić coś specjalnie dla nich. Dlatego zaprosiłyśmy je wcześniej, były masaże, makijaże, dobieranie sukienek, leżenie w hamaczkach, na leżaczkach, opowieści, dzielenie się, śmiech, wsparcie. Kobiece. Niech się odnajdą w takiej wspólnocie”.

Fot. Hania Komasińska Fot. Hania Komasińska

Robię to dla siebie!

Bogusia kiedyś myślała, że celem jej życia jest znaleźć chłopaka. Że musi mieć narzeczonego, wziąć ślub, bo tylko wtedy będzie szczęśliwa. Że w pełni można żyć jedynie w parze. „Teraz wiem, że nic podobnego. Jestem sama. I jestem szczęśliwa. Dbam o siebie. Zaczęłam się zmieniać. Od paru lat trenuję pole dance, nabrałam świadomości ciała, umiem się poruszać, jestem też bardziej pewna siebie”. A jeśli kiedyś weźmie ślub, będzie to tylko jej własna decyzja, na pewno nie ulegnie presji innych, że wszyscy tak robią, że ważne jest mieć tę obrączkę i być żoną. „Chcę żyć w zgodzie ze sobą, nie myśleć, że każdego dnia musisz zrealizować jakiś plan. Szczęśliwie”.

Fot. Hania Komasińska Fot. Hania Komasińska

Kasia już kiedyś miała ślub. „A po ślubie mój mąż zabrał nasze pieniądze i uciekł z dziewczyną mojego brata. Nic, zupełnie nic wcześniej nie zauważyłam. A trwało to rok. Tyle czasu byłam ślepa. Wiele lat byliśmy razem, prowadziliśmy wspólnie firmę. Oddałam temu całą siebie...”. Kasia miała poczucie, że jej życie się skończyło. „Czarna dziura. Nie umiałam się pozbierać”. Uciekła w stany depresyjne, potem w imprezowanie. „Pięć lat trwało, zanim z tego wyszłam. Podniosłam się w końcu, poznałam chłopaka, muzyka, jesteśmy razem. Myślałam, że już nikomu nie zaufam, a już na pewno nie artyście, nie człowiekowi, który całe weekendy spędza poza domem. Ale nagle się okazało, że ufam. On dał mi dużo siły. Wspierał mnie. Mamy córeczkę, zaraz będzie druga. Ślub? Nie pojawił się ten temat. Mnie to nie jest potrzebne. Uzyskałam co prawda kościelne stwierdzenie nieważności małżeństwa, ale nie dlatego, że planuję kolejny ślub. Zrobiłam to dla siebie”. Mówi jednak, że fajnie będzie założyć suknię ślubną, poczuć się piękną, choć jest w zaawansowanej ciąży. „Z reguły to ja wszystko organizuję, to ja się wszystkim zajmuję. A dziś jest inaczej. I jak fajnie!”.

Fot. Agnieszka Sopel Fot. Agnieszka Sopel

Kamilla ma 32 lata i od siedmiu jest wdową. Mąż zginął, kiedy starszy syn miał sześć lat, młodszy – pięć miesięcy. Mówi, że czas co prawda nie leczy ran, ale jednak koi ból. „Nie poddałam się. Postanowiłam zbudować dom. To był mój cel. Stworzyć swoje miejsce na Ziemi, nie pomnik czy wyraz hołdu dla zmarłego męża. Nie było łatwo, ale to zrobiłam. Skończyłam też studia, teraz wybieram się na pielęgniarstwo. Lubię pracę z ludźmi, chcę pomagać. Jeśli kogoś w życiu spotkam, będzie dobrze. Ale nie szukam. Mam siłę, żeby być sama. Szczęśliwa. A nawet jeśli kogoś spotkam, nie będę chciała ślubu. Miałam jeden, niezwykły, cudowny. To mi wystarczy”.

Fot. Charlottesse Lowres Fot. Charlottesse Lowres

Dzisiejszy dzień jest dla niej ważny. „Chciałabym powiedzieć innym dziewczynom, że mają siłę. Wszystkie mamy, czasem nawet nie wiemy, jak wielką. Zdarzają się tragedie, trudne doświadczenia, ale da się iść do przodu. Chcę się ubrać w piękną suknię, chcę się śmiać i cieszyć. Synkowie mi kibicują, starszy czeka na zdjęcia, obiecałam, że będę mu wysyłać. Fajnie mieć taki czas dla siebie. Kiedy można z innymi kobietami pobyć, wygadać się. I pośmiać”.

Fot. Charlottesse Lowres Fot. Charlottesse Lowres

Wykorzystać swój czas

Karolina ma 24 lata. Dwa lata temu dowiedziała się, że choruje. Neuroendokrynny nowotwór trzustki z przerzutami. Chemia nie działa, teraz Karolina bierze udział w badaniu klinicznym. „Nie wiem, kiedy umrę, ale w sumie tego nikt nie wie. Nie chcę mówić ani myśleć o śmierci, ale o życiu. O tym, że trzeba je cenić. Nowotwór nauczył mnie radości. Wcześniej były nerwy, stres, porównywanie się z innymi. Kiedy zachorowałam, studiowałam fizjoterapię, ale nie byłam przekonana, czy to jest to, co chcę robić. Teraz mam przerwę. I dowiedziałam się, czego chcę. Chcę pomagać chorym onkologicznie. Skoro mam mało czasu, to muszę go wykorzystać. I nauczyć się być szczęśliwą, także sama ze sobą. Powiedziałam sobie: słuchaj, Karolina, musisz żyć normalnie, nie będę tracić czasu na smutek, płacz, stres. Dużo czytam, odpoczywam. Zwolniłam. Ale walczę”.

Fot. Kamila Bannach Fot. Kamila Bannach

Przyjaciele namawiali ją od dawna, żeby opowiedziała swoją historię. Mówili jej: „Jesteś taką fighterką, musisz się tym podzielić”. Dlatego kiedy zobaczyła zapowiedź projektu „ślubnego”, pomyślała: „Może to coś dla mnie?”. Chce przekazać, że warto walczyć o siebie, doceniać to, co się ma, wykorzystać każdy dzień. Celebrować go. „Nie od nas zależy, czy dostaniemy od losu raka, ale od nas zależy, co zrobimy z tym czasem, który jest nam dany. Czy będzie to coś wspaniałego, magicznego, czy zużyjemy go na nerwy i smutek. Myślę, że w mojej chorobie dorosłam”.

Fot. Kamila Bannach Fot. Kamila Bannach

Był pokaz sukien ślubnych, było przyjęcie, była siła kobiecego wsparcia. Zostały zdjęcia i grupa na Instagramie, ciągle gadają ze sobą, piszą: „Jakie my jesteśmy piękne, wszystkie, po prostu wcześniej tego nie widziałyśmy”. Bogusia: „Jestem tak szczęśliwa, że was poznałam. Spotkanie z wami otworzyło mi oczy na wiele spraw. Nie sądziłam, że historie takie jak wasze mogą się komukolwiek przydarzyć. Myślałam, że to raczej inspiracje na scenariusz filmowy, które w prawdziwym życiu się po prostu nie zdarzają. Teraz już wiem, że się myliłam i życie potrafi pisać najlepsze, najbardziej nieprawdopodobne scenariusze. Dziękuję wam bardzo”. „Gdybym miała te dziewczyny narysować – mówi Ania Żukowska – to na rysunku one wszystkie trzymałyby się mocno za ręce”.