1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Metoda Somatic Experiencing - co warto o niej wiedzieć?

Metoda Somatic Experiencing - co warto o niej wiedzieć?

Symbolem Somatic Experiencing stał się skaczący tygrys. (Fot. iStock)
Symbolem Somatic Experiencing stał się skaczący tygrys. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Somatic Experiencing dąży do odtworzenia naturalnych odruchów, które zostały zablokowane przez traumatyczne wydarzenie. Jak przekonuje Monika Jędrowska, która praktykuje tę metodę, odpuszczają wtedy natrętne myśli i wrogie przekonania. Wzrasta tolerancja i wdzięczność. 

Symbolem Somatic Experiencing stał się skaczący tygrys. Dlaczego? Wizerunek tygrysa odnosi się do pracy z jedną z pierwszych pacjentek twórcy tego nurtu, psychologa Petera Levine'a w latach 60. XX wieku. Kobieta cierpiała na szereg dolegliwości fizycznych, takich jak migreny, bóle mięśni czy intensywne napady paniki, które uniemożliwiały jej normalne funkcjonowanie. Podczas pierwszego spotkania Levine zaobserwował u niej bardzo silne pobudzenie i intensywną pracę serca. Zaproponował więc jakąś formę relaksacji. W efekcie pobudzenie zmalało, ale potem ponownie bardzo gwałtownie wzrosło. W jednym z wywiadów Levine śmiał się, że powiedział wtedy najgłupszą rzecz, jaką można rzucić w takim momencie: „musisz się uspokoić”. Serce pacjentki zaczęło bić wolniej, aż do momentu, w którym ona znieruchomiała, zbladła i doświadczyła intensywnego lęku, bliskiego odczuciu śmierci. Levine’owi pojawił się wtedy przed oczami obraz skradającego się tygrysa (tytuł jego pierwszej książki brzmi „Walking with the tiger”) i obraz ten wykorzystał w terapii. Poprosił kobietę, żeby wyobraziła sobie tygrysa, przed którym musi uciekać. Jej ciało zaczęło się trząść i drżeć, a nogi przygotowywać się do ucieczki. Po 40 minutach fal drżenia, zmian temperatury i wreszcie po głębokim oddechu z wnętrza organizmu – powiedziała, że najpierw myślała, że naprawdę umrze, ale kiedy wyobraziła sobie tygrysa i zaczęła uciekać, poczuła przypływ siły, jakiej nie czuła nigdy wcześniej. Wtedy również przypomniała sobie, że jako czterolatka przeszła operację, do której została uśpiona eterem, była unieruchomiona i przerażona. Przez lata pozostawała w tamtym stanie zamrożenia, co uniemożliwiało jej normalne funkcjonowanie. Podczas sesji mogła doświadczyć energii umożliwiającej ucieczkę na fizjologicznym poziomie, domknęła więc odruch zablokowany lata wcześniej. Dzisiaj znamy już założenia teorii poliwagalnej, stworzonej przez Stephena Porgesa, która mówi, że jeśli w obliczu zagrożenia nie możemy skorzystać z systemu zaangażowania społecznego (czyli na przykład wołania o pomoc) ani odruchu walki i ucieczki – nasz organizm przełącza się na najbardziej pierwotny odruch odcięcia lub zastygnięcia w bezruchu, który ma nam ratować życie. No i mamy tygrysa, który zapoczątkował podejście Somatic Experiencing.

Opowiedz więcej o tej metodzie... Somatic Experiencing została stworzona przez wspomnianego Petera Levine’a w ramach pracy z traumą szokową, wywołaną przez wypadki, wojny czy katastrofy naturalne. Obecnie rozumiemy traumę jako utratę kontaktu i relacji ze sobą, innymi ludźmi oraz światem, która nastąpiła w wyniku doświadczeń tak nagłych i intensywnych, że nie mogły zostać bezpiecznie i zdrowo zintegrowane. Konsekwencją jest utrata zdolności do samoregulacji, ograniczenie poczucia ożywienia oraz zaburzenia tożsamości. Ta dysregulacja układu nerwowego, a co za tym idzie – całego organizmu jest przyczyną zaburzeń psychicznych i emocjonalnych, chorób psychosomatycznych, autoimmunologicznych oraz emocjonalnego cierpienia. Tracimy dostęp do dobrego samopoczucia, odczuwania własnych granic i granic innych w relacjach. Nasze wrodzone zdolności do kontaktu i odczuwania energii życiowej zostają osłabione. Praca z traumą jest pracą nad przywracaniem tych zerwanych więzi. Nazwa „Somatic Experiencing” odnosi się do faktu, że u osób straumatyzowanych objawy somatyczne są bardzo częste. Mówią o utracie kontaktu z ciałem i jego doznaniami, o odcięciu od zmysłów i emocji. Przeżywają siebie tak jakby ich głowa była oddzielona od ciała, mają poczucie izolacji, życia w odrętwieniu i mgle umysłowej albo w nadmiernym pobudzeniu, reaktywności i chaosie. Dzieje się tak dlatego, że nierozwiązana trauma dosłownie utyka w ciele – w mięśniach, stawach, przeponach, powięzi. Przyczyniając się do rozwoju wielu chorób: migren, bólów mięśni i stawów, fibromialgii, kłopotów trawiennych, zespołu jelita drażliwego, astmy czy alergii. Skumulowana i zatrzymana w ciele energia przetrwania jest także źródłem PTSD, uzależnień, zaburzeń depresyjnych i lękowych. W każdym rodzaju traumy dochodzi jednak przede wszystkim do zerwania koordynacji czuciowo-ruchowej. Celem SE jest właśnie dokończenie odruchów, które zostały zablokowane i zamrożone poprzez unieruchomienie albo przytłaczające odczucie strachu.

A jak to wygląda w praktyce? W trakcie sesji do zablokowanej energii docieramy małymi, możliwymi do przetworzenia krokach. Levine nazywa ten sposób miareczkowaniem. Tym, co odróżnia podejście SE, jest właśnie koncentracja uwagi na ciele. Nie skupiamy się na tym, co ktoś mówi, ale jak to mówi. Pacjenci w bezpiecznej relacji z terapeutą uczą się obserwowania doznań płynących z wnętrza ciała (tzw. interocepcja), napięć w mięśniach, wzorców oddychania czy innych sygnałów z autonomicznego układu nerwowego. Rozwijają tzw. felt sense – świadomość doznań i ruchu w ciele, które jest źródłem witalności i energii. Felt sense tworzy niewerbalną świadomość tego, kim jesteśmy, co pozwala na doświadczanie poczucia bezpieczeństwa w kontakcie ze sobą i z innymi. Oprócz felt sense pacjenci rozwijają też odporność psychiczną (rezyliencję) oraz umiejętność mieszczenia (kontenerowania) pojawiającej się w ciele energii. Cały ten proces przywraca odczuwanie radości i przyjemności związanej z byciem w ruchu, w przepływie, w rytmiczności życia. Znika poczucie izolacji i cierpienie. Celem jest również przywracanie wewnętrznej stabilności.

Przerwanie błędnego koła traumy i przywrócenie przepływu energii biologicznej odbywa się w procesie zwanym przez Levine'a transformacją i renegocjacją. I właśnie elementem renegocjacji traumy jest wzrastająca rezyliencja pacjenta. Oznacza ona umiejętność elastycznego dostosowywania się do zmian, wzrastającą ciekawość siebie i innych, kreatywność i zdolności adaptacyjne. Rezyliencja kształtuje się u dzieci w kontakcie z uważnymi, dostrojonymi opiekunami i jest kombinacją zaspokajania potrzeb i stawiania wyzwań. Podobnie jest w kontakcie z praktykiem SE, czyli takim opiekunem, który akceptuje, wspiera, pomaga mierzyć się z wyzwaniami, zachęca do bycia naszym najlepszym „ja”. Terapeuta synchronizuje się też z pacjentami poprzez ton głosu, postawę ciała, ruch czy terapeutyczny dotyk.

Porozmawiajmy jeszcze o stosowanych w SE technikach. Słyszałem o tzw. pendulacji, czyli ruchu wahadłowym. Tego terminu używa Peter Levine na określenie naturalnego naprzemiennego ruchu pomiędzy przeciwstawnymi siłami w ciele: ściskającą i rozszerzającą. W SE podążamy za szczegółami zmysłowymi. Jeśli ktoś na przykład utknął w reakcji lęku po doświadczeniach przemocy, nadużycia, opuszczenia czy nagłego wypadku – to oprócz pracy z przekonaniami obserwujemy, kiedy blokują się jego stawy w kolanach, jak napina się jego przepona czy zaciska gardło... Zaczynamy śledzić te doznania i równocześnie pendulujemy, czyli przenosimy wahadłowo świadomości do miejsc, gdzie nie ma zacisku, skurczu, ale jest przepływ, mrowienie albo przynajmniej neutralność. W ten sposób zapraszamy mózg do rozpoznawania tych miejsc jako bezpiecznych. Zwiększa to naszą rezyliencję oraz odczuwanie ciała jako bezpiecznego kontenera dla naszych emocji, wspomnień i zgromadzonej energii. Ciało nieustannie nam coś komunikuje i podczas sesji uczymy się tego języka. To jest bardzo subtelny, choć intensywny proces. Korzystamy też z innych ćwiczeń, które angażują system mięśniowy – nie są to jednak ćwiczenia znane z siłowni. Pracujemy z oddechem, budzimy system haptyczny, czyli czuciowy, oraz przywracamy równowagę i płynności ruchu. Na dalszych etapach pracy terapeuta może proponować pracę z terapeutycznym dotykiem, który wspomaga ciało w odzyskiwaniu równowagi.

Levine twierdzi, ze traumatyczne wspomnienia są trwałe. Nazywa je "śladami przytłaczających doświadczeń z przeszłości, głęboko wrytymi w umysł, ciało i psychikę cierpiącej osoby". Dodaje, że te bolesne, zamrożone ślady nie są podatne na zmianę. Jak zatem można sobie z nimi poradzić? Nie możemy poradzić sobie z traumą, jeśli będziemy tylko o niej opowiadać. Nie oznacza to, że ludzie nie potrafią mówić o swoich tragediach. Tyle że zwykle przeżywa- ją wtedy na nowo lęk, wściekłość, bezsilność, chęć do walki i ucieczki albo zamrażają się w ruchu. Opowieści te nie mogą też oddać wewnętrznej jakości tamtych doświadczeń, bo trauma dezorganizuje procesy logicznego myślenia, w tym kompetencje językowe. Wprowadza chaos i rozłączenie. A gdy nie ma słów, doświadczenia zapisują się w obrazach, dźwiękach, zapachach i wrażeniach dotykowych oraz w strukturach i narządach ciała. Wszystkie te elementy mogą być niepowiązane ze sobą albo przeciwnie – zaciśnięte w całość. Aby lepiej to zrozumieć, możemy odnieść się do prac naukowych na temat różnic w pracy lewej i prawej półkuli. Obie półkule mówią różnymi językami. Prawa jest intuicyjna, emocjonalna, wzrokowa, przestrzenna i dotykowa, a lewa – analityczna, sekwencyjna, językowa. Lewa opowiada, a prawa przekazuje doświadczenie i porozumiewa się za pomocą mimiki, ruchu, dźwięku, ekspresji emocji, śpiewu i tańca. Lewa półkula przetwarza ślady przeszłości poprzez fakty i język zdarzeń. Prawa przechowuje pamięć doznań, dotyku, zapachów, dźwięków. Dlatego właśnie bez względu na rozmiar wglądu i zrozumienia – traumy nie da się rozwiązać drogą analizy. Samo uświadomienie nie zmieni tego odczucia. Tym, co pomaga uwalniać się od traumatycznych śladów, jest dostrzeżenie, poczucie i nazywanie swoich wewnętrznych odczuć. Jeśli się tego nie nauczymy, nie możemy włączyć się w nurt życia „tu i teraz” – wciąż pozostajemy w „tam i wtedy”.

W jaki więc sposób najskuteczniej uporać się z traumatycznym przeżyciem? To zależy od rodzaju traumy, naszej życiowej sytuacji i systemu wsparcia społecznego. Inaczej pracuje się z traumą rozwojową, a inaczej z szokową czy transgeneracyjną. Jest już kilka dostępnych metod, takich jak Somatic Experiencing, EMDR czy neurofeedback. Wiemy też, jak bardzo w procesie zdrowienia może pomóc joga, medytacja, wschodnie sztuki walki, tańce i śpiewy w kręgach, ale też teatr. Jesteśmy biologicznie powołani do interakcji z innymi, potrzebujemy być częścią grupy, plemienia, a nawiązywanie kontaktu z innymi pozwala nam odzyskiwać poczucie bezpieczeństwa. Podsumowując, przez ruch, dotyk, rozwijanie świadomości doznań płynących z wnętrza ciała, a także przez taniec, śpiew czy zabawę stawiamy pierwsze kroki dozmiany samopoczucia i oswajania tego, co się w nas dzieje. Trauma zamraża przepływ siły życia, która jest obecna w każdym organizmie. W obcowaniu z tą siłą jest coś duchowego. Dla mnie niezwykle piękne i wzruszające jest towarzyszenie ludziom w odzyskiwaniu kontaktu ze sobą i z własnym sercem. W ponownym połączeniu się z życiem.

Monika Jędrowska, psycholożka, certyfikowana psychoterapeutka Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, praktyk Somatic Experencing i Soma Embodiment. Prowadzi psychoterapię indywidualną, grupową oraz superwizję. Przyjmuje w Ośrodku Psychoterapii i Rozwoju Osobitego OPIRO. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Vedic Art - malowanie, które zmieni twoje życie

Vedic Art jest metodą rozwojową, ale może mieć również mocne efekty terapeutyczne. (Fot. iStock)
Vedic Art jest metodą rozwojową, ale może mieć również mocne efekty terapeutyczne. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Vedic Art oparty jest na malowaniu intuicyjnym. Przedstawiasz nie to, co widzisz, ale to, co czujesz. Nauczycielka Anna Pruszko wyjaśnia, jaki efekt terapeutyczny ma ta metoda.

Na czym polega Vedic Art? Czy jest to metoda bardziej rozwojowa, czy arteterapeutyczna? Vedic Art jest metodą rozwojową, ale może mieć również mocne efekty terapeutyczne. Na warsztatach odkrywamy, że cała nasza wewnętrzna mądrość, prawda i kreatywność są już w nas i wystarczy do nich dotrzeć. To są często bardzo wzruszające momenty dla ludzi.

Twórcą tej metody jest szwedzki malarz Curt Källman. Opiera się ona na 17 zasadach wedyjskich i malowaniu intuicyjnym. Pod koniec lat 70. Curt spotkał na swojej drodze indyjskiego mistrza duchowego Maharishi Mahesh Yogiego, który przekazał mu nauki zawarte w Wedach, świętych księgach hinduizmu. Maharishi Mahesh Yogi marzył o tym, aby otworzyć w Europie szkoły, w których ludzie mogliby zrozumieć, że wszystkie dane do rozwoju mają w sobie. Z kolei Curt chciał stworzyć metodę, która pozwalałaby uczyć się poprzez doświadczenie. Poświęcił na to 14 lat, każdą z Wed sprawdzał na sobie. Dzięki temu Vedic Art umożliwia przełamywanie wewnętrznych blokad i barier oraz dotarcie do ukrytego potencjału. To proces głębokiego wglądu w siebie. Wszystkie nauki przekładają się na zaradność i kreatywność w życiu.

Dlaczego zasady są przekazywane tylko podczas kursu, zamiast być powszechnie znane? Taka jest tradycja, ale i mądrość. Wedy w Vedic Art to klucze do podświadomości, działają tylko wtedy, kiedy są praktykowane od razu. Kursanci otrzymują Wedę i przystępują do jej ćwiczenia albo malowania i dopiero to połączenie działa. I to jak!

Co o efektach metody mówią uczestnicy warsztatów, którym Vedic pomógł? Efekty są bardzo różne w zależności od tego, z czym przychodzi dana osoba, jakie ma marzenia, pragnienia, cele, w jakim miejscu życia jest, na ile jest świadoma siebie, jakie ma doświadczenia z pracą nad własnym rozwojem, na co jest gotowa. Po warsztatach dzieją się różne rzeczy, ludzie w mądry sposób przeorganizowują swoje życie albo wręcz całkowicie je zmieniają. Opuszczają korporacje i rozpoczynają własną działalność, odkrywają swoje talenty, odważnie startują z nowymi pomysłami, piszą książki, przygotowują wystawy swoich obrazów, znajdują miłość, bo odważyli się na nią otworzyć, a kobiety zachodzą w upragnioną ciążę. Jedni wpadają na pomysły, jak sfinansować swoje marzenia, inni powracają do pasji, na które nie mieli czasu czy przestrzeni. Znam też przypadek uleczenia porannych lęków, na które kobieta cierpiała odkąd pamięta, a miała 50 lat. Inna kursantka wreszcie mogła popracować nad swoją traumą na terapii, bo pojawiła się w niej gotowość.

Rozumiem, że rezultaty są związane z głęboką, wewnętrzną pracą. Do kogo metoda jest w głównej mierze skierowana? Przychodzą do mnie osoby, które szukają swojej drogi. Ale i ci, którzy już ją znaleźli, ale nie mają odwagi nią pójść. Jedni potrzebują inspiracji do pracy, drudzy stracili wiarę w siebie, są na rozdrożu. Zgłaszają się też osoby, które są w kryzysie, doświadczają wypalenia zawodowego albo straciły sens życia. Na warsztaty trafiają naprawdę różne osoby: dyrektorzy finansowi, menedżerowie, właściciele firm, studenci, matki na urlopach macierzyńskich, które chcą wrócić do pracy, emeryci, a także artyści.

No właśnie, a jak podchodzą do tej metody artyści? Ci artyści, którzy pojawiają się na moich warsztatach, często są bardzo zablokowani, nie wierzą w siebie. To są na przykład ludzie po ASP, którzy nie wiedzą, jak wystartować ze swoim pomysłem. To oni na początku mają najciężej. Trudno jest im się skupić na tym, co czują, i zrozumieć, że malowanie intuicyjne jest tylko metodą dotarcia do swojego potencjału. Bardzo skupiają się na formie, na tym, aby obraz był namalowany zgodnie ze sztuką. Dobrze to znam, też przechodziłam to na I stopniu kursu. Z tyłu głowy miałam myśl, że jako architekt nie mogę namalować czegoś, co nie będzie estetyczne i poprawne. To bardzo ograniczające przekonanie. W połowie warsztatu najczęściej następuje przełom i ludzie zaczynają malować z głębi duszy, często dłońmi, jest w tym tyle emocji i pasji. W efekcie powstają niezwykłe, bardzo poruszające prace, a po pewnym czasie dostaję zaproszenia na pierwsze wystawy! Mają gotowość i odwagę zorganizować je sami albo pojawia się na ich drodze odpowiednia osoba, która im w tym pomaga. Zaczynają też sprzedawać swoje prace.

Nie możesz zdradzać zasad, zdradź chociaż jedno ćwiczenie, które można zrobić w domu. Zaopatrz się w średniej wielkości podobrazie, farby akrylowe, pędzle i wodę. Kiedy masz już wszystko, usiądź wygodnie, skoncentruj się na swoim oddechu. Poczuj każdy wdech i wydech. A teraz zadaj sobie pytanie: Jak się dzisiaj czuję? Następnie zacznij malować to, co ci w duszy, ciele, sercu gra.

Anna Pruszko, nauczycielka Vedic Art, coach, psychoterapeutka, www.vedicart.net.pl.

  1. Psychologia

Stanowisko psychoterapeutów, psychiatrów, psychologów wobec orzeczenia TK z dnia 22.10.2020 r.

Zobacz galerię 1 Zdjęć
Przestrzegamy przed konsekwencjami decyzji Trybunału Konstytucyjnego dla życia indywidualnego, rodzinnego, i społecznego.

"Wyrażamy stanowczy sprzeciw wobec orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego dotyczącego aborcji. Za niezgodny z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej uznano przepis dopuszczający przeprowadzanie zabiegu aborcji w sytuacji, kiedy „badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu”.

Jako psychoterapeuci, psychologowie i psychiatrzy przestrzegamy przed konsekwencjami decyzji Trybunału Konstytucyjnego dla życia indywidualnego, rodzinnego, i społecznego.

Kobieta, która dowiaduje się, że jej ciąża jest zagrożona, albo że płód jest uszkodzony doświadcza traumy, rozpaczy, depresji, często poczucia winy i lęku. W tej dramatycznej sytuacji przyszli rodzice potrzebują pomocy i wsparcia w procesie podejmowania decyzji co do kontynuacji lub przerwania ciąży, tak by mogli uwzględnić wiele aspektów ich życia psychicznego, okoliczności w jakich żyją, jak również aktualną wiedzę medyczną. Pozbawienie ich możliwości wyboru naraża na doświadczanie przemocy, co jeszcze bardziej zaburza zdrowie psychiczne.

Kobiety zmuszone do donoszenia ciąży patologicznej narażone są nie tylko na depresję, zespół stresu pourazowego, czy inne zaburzenia psychiczne, ale także na bezpośrednie zagrożenie życia i zdrowia. Oznacza to tym samym zagrożenie dla stabilności całej rodziny i wyraża okrutne lekceważenie zdrowia psychicznego kobiet i ich bliskich, a przez to także całego społeczeństwa. Nikogo nie powinno się przymuszać do heroizmu pod rygorem prawa karnego.

W szczególności w sytuacji pandemii, gdy wszyscy przeżywamy zagrożenie i niepewność, takie stanowisko Trybunału Konstytucyjnego jest niezgodne z oczekiwaniami dużej części społeczeństwa, nie dając prawa wyboru i możliwości podjęcia suwerennej decyzji. Orzeczenie to jest wyrazem braku kompetencji w chronieniu życia i zdrowia, niedopuszczalnym ograniczeniem praw człowieka, praw kobiet i ich partnerów do decydowania o swoim życiu, nieuzasadnionym ograniczeniem praw reprodukcyjnych, tak jak zostały one zdefiniowane przez Światową Organizację Zdrowia:

„Podstawą praw reprodukcyjnych jest uznanie podstawowego prawa wszystkich par i jednostek do decydowania swobodnie i odpowiedzialnie o liczbie, odstępach czasowych i momencie sprowadzenia na świat dzieci, prawa do informacji, dostępu do środków które to zapewniają, a także prawa do utrzymania najwyższego standardu zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego. Te prawa implikują również prawo wszystkich do podejmowania decyzji dotyczących ich reprodukcji w sposób wolny od dyskryminacji, przymusu i przemocy”."

Hanna Pinkowska-Zielińska

Krystyna Mierzejewska-Orzechowska

Prof. Barbara Józefik

Zofia Milska-Wrzosińska

Dr hab. Grzegorz Iniewicz, prof. UJ

Prof. dr hab. n. med. Bogdan de Barbaro

*Podpisy do powyższego stanowiska są cały czas zbierane. Lista osób będzie aktualizowana.

  1. Psychologia

Jestem swoim wrogiem, czyli o przemocy wobec siebie

Wstręt, agresja i złość wobec siebie dają poczucie siły i kontroli. Znika napięcie, złe samopoczucie, wewnętrzna pustka i depresja. Niestety tylko na chwilę. (Fot. Getty Images)
Wstręt, agresja i złość wobec siebie dają poczucie siły i kontroli. Znika napięcie, złe samopoczucie, wewnętrzna pustka i depresja. Niestety tylko na chwilę. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Rzadko myślimy o tym, że źródłem przemocy w świecie jest przemoc wobec siebie. Kiedy się zaczyna? Jak ją zamienić w samoakceptację?

To zdarza się wiele razy dziennie. Stosuję przemoc wobec siebie za każdym razem, gdy mówię sobie: musisz to zrobić, po prostu musisz! Gdy uśmiecham się do kogoś, kto nie budzi mojej sympatii. Gdy piję trzecią kawę, żeby się ożywić, mimo że wiem, że kawa mi szkodzi. Gdy umawiam się na kolejne spotkanie, choć ciało od dawna daje mi znać, że czas na odpoczynek. Gdy jem za dużo, a potem nie mogę się ruszyć i dopiąć. Gdy pracuję w chaosie i bałaganie, bo znów nie miałam czasu posprzątać. Gdy wypijam o jeden kieliszek wina za dużo. Gdy…

Pamiętam ten wywiad. Mądra, niezwykła kobieta powiedziała mi, że każdego dnia (każdego!) odnawia dane sobie wiele lat temu przyrzeczenie: że nie będzie stosowała przemocy wobec siebie.

Szalony głos nadaje

Moje rozmówczynie to inteligentne, wykształcone kobiety między trzydziestką a czterdziestką, osoby zaufania publicznego – Agata, redaktor naczelna poczytnego tygodnika, Aneta, lekarka specjalizująca się w akupunkturze, i Wiola, aktorka. Jedna przez blisko 20 lat znosiła zdrady męża, druga dźwigała męża alkoholika, a trzecia kaleczy swoje ciało. Urszula Nowakowska, szefowa Centrum Praw Kobiet, mówiła mi, że ulegamy mitowi, jakoby przemoc wobec kobiet dotyczyła jedynie kobiet mało wykształconych, z patologicznych rodzin. Przemoc wobec siebie również nijak się ma do wykształcenia i pozycji zawodowej. Przemoc wobec kobiet i przemoc kobiet wobec siebie są jak siostry bliźniaczki.

– Jak bardzo trzeba siebie nie lubić, żeby godzić się na tyle lat krętactw i zdrad mężczyzny? – mówi Agata, od trzech lat po rozwodzie. Aneta nie może wybaczyć sobie lat zmarnowanych na dźwiganie pijanego męża. Wiola ciągle stosuje jedyny znany sobie sposób na uspokojenie: grubą igłę wbija w wewnętrzną stronę ud i kręci nią, aż z rany popłynie krew. Ale już wie: „To nie z miłości do siebie”.

Gdzieś w nas odzywa się szalony głos, któremu dajemy wiarę, i podążamy za nim. Nazywamy siebie różnie, tu inwencja nie zna granic: zimna ryba, leniwa krowa, gruba świnia, wół roboczy, którego trzeba poganiać batem. Hal i Sidra Stone’owie w książce „Wewnętrzny krytyk” dają przykłady innych częstych głosów w nas: Jesteś z natury brzydka i nic z tym nie zrobisz. Ciebie nie da się kochać. Jesteś egoistką. Jesteś podła. Jesteś z gruntu zepsuta. Jesteś spasiona. Starzejesz się. Nie masz polotu. Nikt cię nie zechce. Nie powinnaś tego mówić. Jeśli nie będziesz pracować dwa razy tyle co inni, niczego nie osiągniesz. Jednak najtrudniejsze w moim odczuciu jest ciche, z pozoru niewinne „mnie nie ma”. Jak kochać i szanować kogoś, kogo nie ma?

Czy już jestem superkobietą?

Agata czyta mi fragmenty pamiętnika. „12 czerwca. Adam wrócił z Tajlandii, zdenerwowany pobiegł na badania na HIV”. Sucha relacja, jakby sprawa mnie nie dotyczyła, dziwi się. O, tutaj już trochę emocji. „18 sierpnia. Wróciłam wcześniej od mamy, a w naszym łóżku on i trzy młode blondynki, duże, jędrne piersi, jak z okładek męskich magazynów, nawet się nie speszyły. Wyszłam do łazienki, odkręciłam kran z wodą, zdjęłam spódnicę, bluzkę, weszłam do wanny i zaczęłam szlochać, ale jakoś tak dziwnie, jak dziecko, bez łez”. „5 grudnia. Znalazłam mejl od kochanki. Grozi, że jeśli on nie przyjedzie do niej na święta do Hanoweru (do Hanoweru?!), ona zrobi sobie coś złego. Boże, jaka ja biedna, jaka nieszczęśliwa”. I najgorsze. Agata czyta fragment z 12 kwietnia: „Odkryłam, że Adam spotyka się z 17-letnią córką naszych przyjaciół. Co ja mam robić?”.
 
– Co ja mam, biedna, robić? – przedrzeźnia tamtą siebie sprzed lat. – Nie przyszło mi do głowy, że mogłabym na przykład zacząć krzyczeć, powiedzieć komuś, odejść, wystąpić o rozwód. Dlaczego nie przyszło mi to do głowy? Bo czułam się winna. Że to przeze mnie. Czy mężczyzna zdradza atrakcyjną kobietę? Im on miał więcej kobiet, tym ja czułam się gorzej, coraz bardziej martwa. Tłumaczyłam sobie, że on taki jest, takie ma potrzeby seksualne. A moje uczucia? W ogóle nie wiedziałam, co czuję. Nic nie czułam! Dopiero później odkryłam ten okropny wstyd we mnie.

– Byłam dobrą żoną i byłam chora – mówi Aneta. Mąż chirurg pił coraz więcej. Wiadomo, ma ciężką pracę, potrzebuje rozluźnienia, relaksu, tak myślała. Synom tłumaczyła, że tatuś jest chory. Tłumaczyła męża przed przyjaciółmi: „Nie przyjedziemy, bo Irek pojechał na pogrzeb kolegi”, „Musiał wyjechać do ojca”. Żeby tylko pracował, żeby nie stracił dobrego imienia. Śniadania do łóżka, piwo w lodówce. Sprawy domowe, urzędowe, bankowe, naprawy przejęli synowie.

– Ale w środku czułam coraz więcej napięcia i złości. W ataku furii wylewałam alkohol do zlewu i tłukłam butelki, aby za chwilę biec do monopolowego, żeby on tylko nie wychodził z domu.

Czuła wstręt, gdy chciał się z nią kochać. Zaczęła brać proszki na sen. Furia przerodziła się w depresję. – Oddałam mu swoje życie – mówi Aneta. – Wierzyłam, że go uratuję. Ale było coraz gorzej, nie lepiej, więc popadałam w rozpacz. Zanegowałam siebie, całkowicie.

Takich kobiet holujących partnerów alkoholików jest w naszym kraju prawie trzy miliony, jak wynika z danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (PARPA). Kilka kolejnych milionów to kobiety, które same piją. Możemy dokonywać na sobie gwałtu na wiele sposobów. Uzależnić się od lekarstw, narkotyków, jedzenia, seksu. Także od kaleczenia ciała. „Autoagresja skoncentrowana na ciele nie jest zjawiskiem marginesowym, jakby mogło się zdawać na pierwszy rzut oka” – zapewnia Annegret Eckhardt w książce „Autoagresja”. Dotyczy i będzie dotyczyła coraz większej liczby kobiet. W krajach, w których dominuje kultura konsumpcyjna, mówi się o tym od lat 70. XX wieku, w Polsce samookaleczenie stało się tematem po roku 1989. Nie wyrabiamy się w standardach piękna i sukcesu. Coraz trudniej sprostać oczekiwaniom, być superkobietą. Zamiast spokoju, bezpieczeństwa i troski doświadczamy frustracji i zawodu, stresu i napięcia. Autoagresywne zachowania biorą się z lęku i osamotnienia, z braku zaufania do siebie, świata i ludzi.

Krew pulsuje i żyje

– Zaczęło się od włosów – mówi Wiola. Włos, który „nie był w porządku”, zostawał wyrwany i zjedzony. Potem padło na paznokcie i opuszki palców – tak je gryzła, że aż krwawiły, wdawały się zakażenia. A jakiś czas temu odkryła żyletkę, agrafkę i igły.

– Mam opowiedzieć, jak to robię? – pyta. Różnie. Czasem wystarczy kilka dziur agrafką na łydce, a czasem, jak ostatnio, gdy nie dostała obiecanej roli w serialu, przecina żyletką podbrzusze albo skórę na przedramieniu. – Nacinam skórę i widzę spływającą krew – opowiada – czerwoną i ciepłą, wtedy się odprężam, czuję się wreszcie bezpiecznie. Mieszka sama. W swoim środowisku uchodzi za dziwaczkę, ale raczej spokojną, wyluzowaną. – Nikogo nie obchodzi, co się ze mną dzieje – mówi Wiola. – Niech was nie zwiedzie luz artystów.

Przemoc wobec siebie jest pochodną przemocy, jakiej doświadczyłyśmy jako dzieci. Nie ma takich statystyk, ale specjaliści – pedagodzy, psycholodzy i terapeuci – mówią o ogromnej skali zjawiska. Szacuje się na przykład, że jedna trzecia kobiet doświadczyła w dzieciństwie przemocy seksualnej. Moim zdaniem jest jeszcze gorzej: od lat pytam o to kobiety – niemal wszystkie opowiadają o wujkach, ojczymach, kuzynach i księżach, którzy naruszali, w mniejszym lub w większym stopniu, granice ich ciała. Wiele z nas było zaniedbywanych emocjonalnie. Odebrałyśmy ze świata stanowczo za dużo chłodu i obojętności, a za mało troski i czułości. Wobec wielu z nas stosowano przemoc fizyczną; dorastałyśmy w atmosferze winy i wstydu. „Zachowania autoagresywne wiążą się prawie zawsze z silnym poczuciem winy i wstydu oraz z nieświadomym oczekiwaniem kary” – pisze Eckhardt w „Autoagresji”.

Dziecko, aby przeżyć to, co jest nie do zniesienia, zamraża siebie, nie może czuć, boby umarło. Samookaleczenia pozwalają czuć, czerwona, gorąca krew uspokaja, jest dowodem na to, że ciało żyje. Na chwilę znika napięcie, złe samopoczucie, wewnętrzna pustka i depresja. Wstręt, agresja i złość, niewyrażone wobec prześladowców w dzieciństwie, zostają wreszcie wyrażone – w stosunku do siebie, co daje poczucie siły i kontroli. – Przez jakiś czas po tym, jak się skaleczę, czuję ulgę, no, nie czuję się już taka bezradna i zagrożona – tłumaczy Wiola.

Eckhardt pisze o wielu jawnych i niejawnych formach przemocy wobec siebie. Oto niektóre z nich: szczypanie i drapanie skóry, rozdrapywanie zabliźnionych ran, lanie na siebie wrzątku z prysznica, wywoływanie gorączki, wywoływanie wymiotów, kaleczenie waginy i szyjki macicy, upiększające operacje plastyczne. Obciążenia z dzieciństwa plus zagubienie we wzorcach kobiecości oferowanych przez kulturę, w której żyjemy, to już mieszanka wybuchowa.

  1. Psychologia

Rola wspomnień - dlaczego patrzymy w przeszłość?

Zawsze kiedy dzieje się coś, co jest niezwykłe, przełomowe i bogate w emocje – warto powiedzieć sobie w myślach: „Zapamiętaj to!” (Ilustracja Marianna Sztyma)
Zawsze kiedy dzieje się coś, co jest niezwykłe, przełomowe i bogate w emocje – warto powiedzieć sobie w myślach: „Zapamiętaj to!” (Ilustracja Marianna Sztyma)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
W jedne wspomnienia zanurzamy się z przyjemnością jak w ciepłą kąpiel. Inne wyrywamy z korzeniami niczym uporczywe chwasty, choć czasem i tak odrastają. czym dla człowieka są wspomnienia? Potrafią nas ściągać w dół, kiedy wracają w postaci traumy, żalu czy wyrzutu. Ale też wzmacniać – jeśli przybierają postać pogodnej nostalgii. Wszystko zależy od tego, z jakim nastawieniem spoglądamy w przeszłość. I po co…

W jedne wspomnienia zanurzamy się z przyjemnością jak w ciepłą kąpiel. Inne wyrywamy z korzeniami niczym uporczywe chwasty, choć czasem i tak odrastają. Czym dla człowieka są wspomnienia? Potrafią nas ściągać w dół, kiedy wracają w postaci traumy, żalu czy wyrzutu. Ale też wzmacniać – jeśli przybierają postać pogodnej nostalgii. Wszystko zależy od tego, z jakim nastawieniem spoglądamy w przeszłość. I po co…

Pamiętam każdy z moich pierwszych pocałunków – za to nie umiem odtworzyć żadnego wydarzenie z marca 2007 roku. Pamiętam, jak pierwszy raz spróbowałem mango – ale nie przypominam sobie żadnego posiłku z czasu, gdy miałem dziesięć lat. Pamiętam zapach trawy na boisku, na którym w dzieciństwie grałem w piłkę – ale nie jestem w stanie wymienić imion kolegów z drużyny – pisze Meik Wiking, Duńczyk znany jako „najszczęśliwszy człowiek świata”, w książce „Sztuka tworzenia wspomnień”. Ma rację, nasza pamięć jest kapryśna i lubi płatać figle: czasem nie potrafimy wydobyć z niej PIN-u naszej karty płatniczej, choć wstukujemy go na terminalu kilka razy dziennie, za to ni stąd, ni zowąd przywołuje fragment wiersza ze szkolnego apelu. A może dzieje się tak, bo pewne rzeczy zwyczajnie chcemy zapamiętać? Inne są nieistotne, niepotrzebne, po prostu nie „nasze”. Badania, ale i własne doświadczenia mówią jedno: w naszej pamięci zostaje to, co uczyniło nas tym, kim dziś jesteśmy.

Wspomnienia z dawnych lat

Jeśli zapytasz starszą osobę o jej najbardziej żywe wspomnienia, prawdopodobnie wcale nie opowie ci o minionym tygodniu, tylko o okresie między 15. a 30. rokiem życia (to zjawisko nosi nazwę efektu reminiscencji). Dorastanie i wczesna młodość to przełomowy czas w naszym życiu, bo właśnie wtedy kształtuje się nasza osobowość i tożsamość. Wtedy też wiele rzeczy robimy po raz pierwszy, a niezwykłe doświadczenia poddawane są głębszemu procesowi kodowania. Zapamiętujemy więc dokładniej te wydarzenia, które były kolejnymi szczeblami w naszym rozwoju, ale też które wypełniły nas zachwytem i radością (byśmy chcieli je potem powtarzać) czy strachem lub obrzydzeniem (byśmy chcieli ich unikać). Momenty triumfu, ale i porażek; chwile, w których spełniały się nasze marzenia, ale i w których traciliśmy coś na zawsze. Drugim ważnym przedziałem czasowym jest wczesne dzieciństwo. Choć nasza świadomość nie była wówczas w pełni ukształtowana i być może nie umiemy nazwać wszystkiego, co wywarło na nas wtedy niezapomniany wpływ, to zapisują się w nas wrażenia, odczucia i klimat emocjonalny. Ale też dźwięki, zapachy, kolory, faktury. Dlatego potem lubimy określoną muzykę, na wakacje ciągnie nas w tym samym kierunku i nic nas tak nie uspokaja jak, dajmy na to, zapach świeżego prania. Co więcej, pewnie każdy z nas świetnie pamięta, gdzie był w chwili, gdy dowiedział się o zamachach z 11 września, albo gdzie usłyszał o śmierci księżnej Diany czy katastrofie smoleńskiej. Harwardzcy psychologowie Roger Brown i James Kulik nazwali takie wspomnienia błyskowymi. Bo przypominają zatrzymany kadr z chwili, gdy stało się coś naprawdę istotnego, swoistą emocjonalną fotografię. Ich zdaniem zachowujemy w pamięci zapis ważnych momentów, by móc je potem przeanalizować, a w przyszłości ich unikać, jeśli wiązały się z niebezpieczeństwem. Oczywiście nie dotyczy to tylko wydarzeń o randze światowej i wyłącznie tych negatywnych. Z pewnością jednak im silniejsza jest nasza więź z danym wydarzeniem, tym mocniej odciśnie się ono w naszej pamięci.

Co tworzy dobre wspomnienia?

Meik Wiking zawodowo zajmuje się podnoszeniem jakości życia ludzi na całym świecie. W 2013 roku założył w Kopenhadze Instytut Badań nad Szczęściem i to między innymi on przyczynił się do spopularyzowania duńskiego słowa „hygge” jako określenia na przytulność. Niedawno poprosił respondentów z 75 krajów o to, by opisali jakieś szczęśliwe wspomnienie. Odzew, jak twierdzi, był ogromny. Dostał bardzo szczegółowe opowieści o ślubach i narodzinach dzieci, ważnym przemówieniu, zdanym egzaminie czy zwycięstwie swojej drużyny. Ale też o smaku kanapek z serem i korniszonem jedzonych z tatą podczas oglądania meczu czy samotnym podziwianiu zachodu słońca nad oceanem. Ludzie wysyłali mu relacje z przeprowadzki do Amsterdamu, jazdy psim zaprzęgiem czy prób otworzenia wina bez korkociągu na środku zamarzniętego jeziora. Na podstawie ponad tysiąca odpowiedzi badacze z jego Instytutu wyodrębnili pewien wzór. Otóż najszczęśliwsze wspomnienia dotyczyły zwykle doświadczeń, które były dla respondentów nowe, istotne i emocjonujące, a przy tym angażowały ich zmysły – przy czym im więcej zmysłów, tym lepiej. Wiele z nich stało się rodzinnymi anegdotami, część uwieczniono na fotografii, w pamiętniku czy nawet książce – były więc pielęgnowane z troską i uwagą. I najważniejsze – wszystkie przekładały się bezpośrednio na większe zadowolenie respondentów z obecnej chwili. Z prac Instytutu Badań nad Szczęściem wynika bowiem, że nasz poziom szczęścia tu i teraz zależy po części także od tego, jaką mamy narrację o przeszłości. Co widzimy, patrząc wstecz: porażki i niedociągnięcia czy momenty radości i szczęścia? Ale też czy nawet trudne i przykre doświadczenia jesteśmy w stanie zinterpretować jako te, które doprowadziły do ważnych wniosków na przyszłość i pozwalały się doskonalić.

Zapach przynosi nostalgię

Kiedy mówimy o pamięci, dobrze jest odróżnić jej dwa rodzaje: pamięć autobiograficzną, czyli epizodyczną, od pamięci semantycznej. Jako pierwszy zwrócił na to uwagę w 1972 roku Endel Tulving, psycholog i neurobiolog kognitywny. Zauważył, że do innego zbioru sięgamy, kiedy chcemy przypomnieć sobie, jakie miasto jest stolicą Peru, a do zupełnie innego – gdy ktoś nas pyta, co jedliśmy podczas kolacji na przyjęciu czy gdzie mieszkaliśmy w 1995 roku. Informacja o stolicy Peru to po prostu coś, co wiemy – nie pamiętamy nawet, kiedy do nas dotarła, nie towarzyszy jej żadne wrażenie smakowe, węchowe czy dźwiękowe. Po prostu nie ma dla nas znaczenia osobistego. Pamięć semantyczną dzielimy więc ze światem. Pamięć epizodyczna jest niepowtarzalna dla każdej jednostki i jak zauważa Meik Wiking, można ją uznać za nasz szósty zmysł – zmysł przeszłości, dzięki któremu jesteśmy w stanie w sekundę przenieść się w minione lata. Co więcej, mamy wrażenie, jakbyśmy przeżywali daną rzecz na nowo, bywa, że czasem nawet czujemy w ustach smak urodzinowej pieczeni czy zapach perfum naszej cioci. A skoro już jesteśmy przy zapachu... Andy Warhol uważał, że nic nie jest w stanie przywołać konkretnych wydarzeń z przeszłości tak skutecznie jak nasz węch. Uwielbiał perfumy, często je zmieniał, żeby zachować wspomnienia, jakie kojarzyły mu się z każdym z zapachów. Został pochowany z flakonem perfum Beautiful firmy Estée Lauder – widocznie przywoływały wyjątkowo miłe lub ważne zdarzenie z jego życia. Niektórzy badacze podzielają jego zdanie, jeśli chodzi o wagę zapachów w naszym życiu – zmysłem węchu zawiaduje bowiem układ limbiczny, który jest odpowidzialny także za pamięć i emocje. Może dlatego to właśnie jesienią ogarnia nas największa nostalgia. Nic nie jest bowiem tak dobrym nośnikiem zapachów jak jesienne powietrze. Nostalgia nie musi nas jednak wprawiać w przygnębiający nastrój. Coraz więcej badań, między innymi tych przeprowadzanych przez Instytut Badań nad Szczęściem, dowodzi, że tęsknota za przeszłością podnosi nasze poczucie własnej wartości, sprawia, że czujemy się kochani, ale też osłabia poczucie osamotnienia. Pogodna nostalgia to stan, w którym niczego nie żałujemy, bo wiemy, że wszystko było po coś; gdy doceniamy to, co już dostaliśmy (nawet jeśli było tego niewiele), i jesteśmy wdzięczni za miejsce, do którego dotarliśmy. Jak podkreśla Meik Wiking, poziom naszego szczęścia zależy nie tylko od tego, co pamiętamy i co decydujemy się przechować w naszej pamięci, ale też od tego, co umiemy zapomnieć. Przeszłość jest jak odcisk, jaki zostawiamy na życiu, w zbyt dużych dawkach działa jednak paraliżująco. „Pamięć pozwala nam cofać się w czasie, wybiegać myślą w przyszłość i wpływać na swoje obecne samopoczucie. Dzięki niej czujemy łączność z osobą, którą byliśmy na różnych etapach życia, i nawiązujemy relacje z innymi ludźmi” – pisze w „Sztuce tworzenia wspomnień”. „Ale wspomnienia bywają też ciężarem, który nas przytłacza”.

Mamy obowiązek pamiętać

„Kilka dni temu odszedł mój ojciec, więc wspomnienia z nim związane wypełniają całą moją głowę, całą pamięć. Osaczają mnie, atakują w momencie, w którym chciałabym zapomnieć” – przyznaje Monika Sznajderman, antropolożka, wydawczyni, pisarka, autorka wielokrotnie nagradzanej historii jej polsko-żydowskiej rodziny „Fałszerze pieprzu”. Ale ona pamiętać chce. Ojciec pisarki, ocalały z Holokaustu, był milczącym bohaterem jej książki, milczącym także na temat przeszłości swojej rodziny. „Dlatego zaczęłam pamiętać. Przeciw temu milczeniu, przeciw zapomnieniu, przeciw nicości, która chciałaby to wszystko pochłonąć” – pisała w jednym z rozdziałów. Jej zdaniem składamy się nie tylko ze wspomnień własnych, lecz także ze wspomnień naszych przodków. „Nasiąkamy nimi mimochodem, żyjąc obok rodziców, dziadków albo – jeśli je spisali – czytając je i wyobrażając sobie tamto życie, tamte historie. Ale wtedy nie są one już tylko wspomnieniami dziadków lub rodziców – stają się naszą własną opowieścią, którą przekazujemy dalej, przefiltrowaną przez naszą własną wrażliwość, wyobraźnię, wiedzę” – mówi. „Wydaje mi się, że nie ma wspomnień czystych, wyabstrahowanych z tego, kto ich doświadcza, wszystkie są też przefiltrowane przez upływ czasu, który na rozmaite sposoby je zagina i formuje. Tym bardziej dotyczy to postpamięci, pamięci zapośredniczonej, wysłuchanej, przekazanej, udostępnionej”. Postpamięć – termin ukuty przez Marianne Hirsch – odnosi się przede wszystkim do tak zwanego drugiego pokolenia, czyli dzieci ocalałych, które nie doświadczyły rzeczy będących udziałem ich rodziców, lecz mimo to często pamiętają je z taką intensywnością, jakby to one same je przeżyły. W książce Monika Sznajderman pisze o rabinicznym nakazie „Zachor!”, czyli właśnie: „Pamiętaj!”. Według niego mamy obowiązek pamiętania o przeszłości, nawet jeśli to nie jest łatwa pamięć. „Jeśli ktoś obok powierza nam swoje wspomnienia, dzieli się nimi z nami, prosi nas, byśmy spróbowali wyobrazić sobie, co przeżył – nawet jeśli to nie są słowa i obrazy, lecz milczenie – to powinniśmy przekazać to świadectwo dalej” – potwierdza pisarka. „Jeśli ktoś ustanowi nas świadkiem swojej historii – mamy obowiązek tym świadkiem być, choćby było to świadectwo najgłębszej traumy, mamy obowiązek nieść to brzemię razem z nim i potem jeszcze dalej. Tak, mamy obowiązek pamiętać o przeszłości i współnieść brzemię traumy – czym bowiem bylibyśmy bez tego? Przybyszami z kosmosu zasiedlającymi nową ziemię?”.

Pogodna nostalgia to stan, w którym niczego nie żałujemy, bo wiemy, że wszystko było po coś. (Ilustracja Marianna Sztyma) Pogodna nostalgia to stan, w którym niczego nie żałujemy, bo wiemy, że wszystko było po coś. (Ilustracja Marianna Sztyma)

Być dobrym ogrodnikiem

Często porównuje się pamięć do ogrodu. Wspomnienia sieją się w nim, gdzie chcą, ale bywa też, że dziczeją lub usychają. Monika Sznajderman przyznaje, że w jej ogródku rosną one dziko, plenią się, zarastają. „Nie mam nad nimi żadnej kontroli – razem te miłe i te niemiłe, te budzące wzruszenie, ale i te niechciane, trochę wyparte, wywołujące poczucie winy, wyrzut sumienia”. Ale w byciu dobrym ogrodnikiem nie chodzi przecież o tępienie tego, co nam się w przeszłości nie podoba, i podlewanie tego, co cieszy, ale po prostu o niepozwalanie na to, by jedne rośliny odbierały przestrzeń innym. Chodzi o to, by zgodnie ją dzieliły i by znalazło się miejsce na kolejne. Bo równie ważne jak patrzenie z pogodną nostalgią w przeszłość jest takie życie, które powoduje, że doceniamy dobre rzeczy, zapamiętujemy je i dzielimy się nimi, a te przykre i trudne – opakowujemy w ładne pudełko i… też zachowujemy na pamiątkę. Pierwsze ogrzeją nas w zimne dni, drugie – może dodadzą siły, gdy będzie nam ciężko. Dlatego zawsze kiedy dzieje się coś, co jest niezwykłe, przełomowe i bogate w emocje – warto powiedzieć sobie w myślach: „Zapamiętaj to!”.

  1. Psychologia

Problemy psychiczne. Jak żyć z depresją, nerwicą, psychozą?

10 października obchodzimy Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Warto więc przyjrzeć się zagadnieniom związanym z psychiką, tym bardziej, że coraz więcej osób doświadcza zaburzeń na tym tle. (fot. iStock)
10 października obchodzimy Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Warto więc przyjrzeć się zagadnieniom związanym z psychiką, tym bardziej, że coraz więcej osób doświadcza zaburzeń na tym tle. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Depresja, psychoza czy nerwica nie muszą oznaczać rezygnacji z planów na przyszłość ani stygmatyzować. Problemy psychiczne przychodzą i mijają jak wiele innych chorób. O to, jak żyć z chorobą i mimo niej – Ewa Pągowska pyta psychiatrę, dr Joannę Krzyżanowską-Zbucką.

Kiedyś usłyszałam od internistki, że nie ma ludzi zdrowych, są tylko „niezdiagnozowani”. Jak to wygląda z perspektywy psychiatry? Kiedy byłam młodą lekarką, sądziłam, że świat da się podzielić na zdrowych i chorych psychicznie, ale im dłużej pracuję i im więcej widzę osób szukających pomocy, tym ta granica staje się mniej ostra. Rzadko jest tak, że ktoś kładzie się spać zdrowy, a budzi chory. To, co jest uznawane za chorobę czy zaburzenie psychiczne, zmienia się też w zależności od tego, jak szerokie są kryteria w aktualnie obowiązującej klasyfikacji chorób i zaburzeń psychicznych.

Mam wrażenie, że coraz więcej zachowań czy stanów uznaje się za objaw choroby lub zaburzenia psychicznego. Rzeczywiście obecnie mamy do czynienia z powszechną psychiatryzacją, więc np. osobie, która cierpi z powodu różnych problemów psychicznych, bo spotkało ją coś trudnego – straciła pracę lub kogoś bliskiego, stawia się rozpoznanie: „zaburzenia adaptacyjne” albo „depresja reaktywna”. Kiedyś nazwalibyśmy to „kryzysem życiowym”, a dziś ten kryzys ma swój numer w klasyfikacji chorób i zaburzeń psychicznych. Nie zawsze też objawy choroby psychicznej świadczą o tym, że tę chorobę mamy, np. jedna z moich pacjentek skarżyła się: „Pani doktor, chyba zwariowałam, w środku lata słyszę kolędy”. Okazało się jednak, że nie miała psychozy, tylko niedosłuch i tzw. omamy muzyczne. Każdy z nas ma czasem objawy lękowe czy depresyjne i w związku z tym może potrzebować pomocy psychologa lub psychiatry, ale to jeszcze nie znaczy, że jest chory psychicznie.

Ale jeśli już chorujemy psychicznie, to na co najczęściej? Statystyki pokazują, że poza uzależnieniami w populacji najczęściej występują zaburzenia depresyjne. Według niektórych doniesień 50 proc. kobiet przynajmniej raz w swoim życiu doświadczyło depresji, włączając w to zaburzenia okołoporodowe i menopauzalne. Moim zdaniem mamy do czynienia z nadrozpoznawalnością depresji.

Kryteria choroby są tak szerokie, że mieszczą w sobie i epizod depresyjny, który może być spowodowany kryzysem życiowym, pojawić się raz i nigdy nie wrócić, i depresję endogenną, czyli nawracającą chorobę uwarunkowaną biologicznie. Tymczasem są to zupełnie inne przypadki. Wrzucanie ich do jednego worka i mówienie o tym, że powinno się je tak samo leczyć farmakologicznie, budzi we mnie mieszane uczucia.

Sądzi pani, że bierzemy zbyt dużo leków? Mam poczucie, że nadmiernie skupiamy się na farmakologii. Oczywiście czasem leki są konieczne, sama często je przepisuję, ale myślę, że w wielu przypadkach można by było trochę oszczędniej nimi gospodarować. Zresztą one też mogą okazać się niewystarczające i powinno się je wspomóc innymi formami leczenia, np. psychoterapią, która pomaga zwłaszcza w przypadku zaburzeń depresyjnych, osobowości czy lękowych.

No właśnie. Podobno leki antydepresyjne bierze się m.in. po to, by być w stanie pracować nad sobą na terapii. To prawda, bo pacjent, który ma objawy, może mieć problem z dotarciem na terapię. Czasem dopiero gdy ustąpią, jest w stanie w niej uczestniczyć. Psychoterapia jest bardzo ważna, bo często człowiek z zaburzeniami depresyjnymi, który poczuł się lepiej po wzięciu leków, nie ma refleksji, że może coś w jego stylu życia czy postawie doprowadziło do kryzysu. Nie zastanawia się nad przyczynami, a jeśli nie próbuje niczego zmienić, kiedy w końcu odstawi leki, szybko wróci do punktu wyjścia.

O psychoterapii warto więc pomyśleć, nawet jeśli mamy depresję endogenną, w której biologia gra decydującą rolę? Tak, bo nawet wtedy możemy zrobić coś, by zmniejszyć ryzyko nawrotu choroby. Niestety, wiele osób nie wierzy w psychoterapię, a ona naprawdę działa. Są nawet badania, które pokazują, jak zmienia się mózg pod jej wpływem. Tylko oczywiście terapia musi być odpowiednio długa. Czasem słyszę od pacjentów: „Już przeszedłem terapię i nie zadziałała”, więc pytam, ile ona trwała, i kiedy słyszę „Byłem trzy razy”, odpowiadam, że to chyba nie była psychoterapia tylko porada. Niektórzy wręcz domagają się leków. Mówią: „A może pani doktor coś by mi wypisała, tak na wszelki wypadek, jakbym się zdenerwował”.

Ale słyszałam też historie pacjentów, którzy podchodzili z rezerwą do leków, a psychiatra nie tylko ich namawiał, ale wciąż zwiększał dawkę i dokładał nowe specyfiki. Dlatego, jeśli człowiek ma wątpliwości i obawy, powinien porozmawiać z lekarzem, a ten powinien znaleźć chwilę, by wszystko wyjaśnić i samemu się zastanowić, czy na pewno trzeba tyle leków wypisywać – na rano, żeby się chciało wstać, na wieczór, żeby się dobrze spało… Może warto poszukać lekarstwa, które rozwiąże oba problemy albo zamienić jeden preparat na metodę niefarmakologiczną. W wielu sytuacjach rzeczywiście nie obejdzie się bez leków, np. często trudno jest stosować monoterapię u osoby z zaburzeniem afektywnym dwubiegunowym.

Co to za choroba? To inaczej psychoza maniakalno-depresyjna. Zmieniono nazwę, by nie stygmatyzować pacjentów, bo wiadomo, jaki jest stosunek do osób, które mają psychozy. Budzą lęk. Podobnie jak nie mówimy już „nerwica” tylko „zaburzenia lękowe”. W przypadku schizofrenii nie mamy dobrego „zamiennika”, nazwa tej choroby straszy już od 100 lat, więc sądzę, że pora na zmianę, by ludzie nie wstydzili się tego rozpoznania i byli bardziej skłonni uwierzyć, że jakoś mogą sobie z tym poradzić.

Co jest ważne, by człowiek z chorobą psychiczną mógł wrócić do zdrowia i dobrze żyć? Przede wszystkim trzeba wziąć odpowiedzialność za swoje leczenie, a nie biernie poddawać się lekarzowi. On ma tylko pomagać, można z nim zawrzeć sojusz, by osiągnąć cel, jakim jest powrót do zdrowia, ale to nie znaczy, że trzeba go ślepo słuchać, bo on czasem też może się mylić. Pacjent ma więc prawo dyskutować z lekarzem i, jeśli nie ma do niego zaufania, poszukać innego specjalisty. Dobrze, by chory uświadomił sobie, że ma wpływ na przebieg choroby – może brać leki lub nie, podejmować działania, które będą narażać go na nawrót i ponosić jego konsekwencje lub tego ryzyka unikać…

Czego dokładnie powinien się wystrzegać? To kwestia indywidualna. Na Oddziale Zapobiegania Nawrotom Instytutu Psychiatrii i Neurologii pracujemy z pacjentami nad stworzeniem „systemu wczesnego ostrzegania”. Najpierw zastanawiamy się nad tym, co u danej osoby może być zwiastunem choroby. Oczywiście jeśli ktoś ma już za sobą dwa epizody, to łatwiej dostrzec jakąś prawidłowość, np. że za każdym razem tuż przed pojawieniem się objawów choroby miał problemy ze snem, palił więcej czy częściej się modlił, ale nawet jeśli ktoś miał jeden epizod, to też można wyciągnąć jakieś wnioski. Potem pacjent wie, że kiedy zauważy już u siebie te zwiastuny, powinien reagować, czyli np. zgłosić się do lekarza. Ważne jest też określenie, w jakim czasie trzeba zgłosić się po pomoc. Niektórzy mogą poczekać trzy tygodnie na wizytę, a inni maksymalnie trzy dni. Oczywiście trzeba swojego lekarza poinformować o tych zwiastunach, żeby ich nie bagatelizował, bo niektórym pacjentom dwie nieprzespane noce nie zaszkodzą, a inni trzecią noc spędzą już w szpitalu. Potem trzeba zastanowić się nad czynnikami ryzyka, czyli tym wszystkim, co może doprowadzić do nawrotu choroby.

Podobno na czele listy jest alkohol. Rzeczywiście alkohol, marihuana czy inne substancje psychoaktywne są istotnymi czynnikami ryzyka nawrotu zaburzeń psychicznych. U wielu osób jest nim także stres, ale trzeba pamiętać, że nie każdego to samo i w takim samym stopniu stresuje. Miałam pacjenta, u którego następowało pogorszenie zawsze wtedy, gdy chorował ktoś z rodziny, i pacjentkę, dla której niebezpieczne były wyjazdy zagraniczne, bo kiedy ludzie zaczynali mówić w obcym języku, szybko dochodziła do wniosku, że ją obgadują. Ale ponieważ lubiła podróże, musiałyśmy opracować taką strategię, by wyjazd z kraju nie prowadził do nawrotu choroby. Częstym czynnikiem ryzyka jest też odstawienie leków, zwłaszcza nagłe, co w przypadku przewlekłej choroby zwykle prowadzi do zaostrzenia.

Czy to znaczy, że niektórzy muszą brać leki do końca życia? Tak bywa i wiem, że dla części pacjentów jest to trudne do zaakceptowania. Dlatego niektórzy psychiatrzy namawiają do przyjmowania leków, porównując to do brania insuliny przez chorych na cukrzycę. Myślę jednak, że lepszą analogią są środki antykoncepcyjne – bierze się je nie z powodu choroby, tylko profilaktycznie. Tak samo mogą myśleć osoby z doświadczeniem choroby psychicznej – teraz jestem zdrowy, ale zachorowałem raz i drugi, więc biorę leki, by nie zachorować po raz trzeci. Weźmy pacjentów ze schizofrenią – wbrew stereotypom większość nie ma objawów cały czas. Zdarza się, że przez całe życie mają tylko jeden epizod choroby. Mogą normalnie pracować i funkcjonować społecznie. Tymczasem osoby ze schizofrenią są stygmatyzowane. Co ważne, nie tylko spotykają się z dyskryminacją społeczną, ale też sami siebie uważają za wybrakowanych, wstydzą się choroby, nie przyznają do tego, że byli w szpitalu psychiatrycznym tylko mówią na przykład, że wrócili z sanatorium.

A jednak pojawiają się osoby, które mówią o swojej chorobie psychicznej publicznie, np. w ramach akcji społecznych. Tak. Na szczęście zaczyna się tworzyć ruch osób, które przeszły różne kryzysy zdrowotne. Ci ludzie mówią otwarcie o tym, co ich spotkało, przekonują, że choroba psychiczna nie musi degradować człowieka. Przyznają, że wprawdzie można przez nią okresowo wypaść z życia, ale potem się zdrowieje i człowiek może robić to, co sobie zaplanował. Oczywiście wiele zależy od tego, jak się pacjent do choroby „ustawi”. Czy stwierdzi, że to koniec – i wtedy rzeczywiście nic tylko na rentę przejść – czy się nie podda i uruchomi swoje wewnętrzne zasoby. Zwykle bowiem, mimo choroby, zachowujemy swoje zdolności i kompetencje. Czasem przestajemy wierzyć, że je mamy. Dlatego warto szukać pomocy wśród osób z doświadczeniem choroby psychicznej, gotowych wesprzeć tych chorujących, którzy są na początku drogi do zdrowia.

Dr Joanna Krzyżanowska-Zbucka: psychiatra, ordynator Oddziału Zapobiegania Nawrotom Instytutu Psychiatrii i Neurologii. Jest członkinią Zarządu Fundacji eFkropka, która zajmuje się zapobieganiem wykluczeniu społecznemu osób z doświadczeniem choroby psychicznej.

Jak żyć z problemami psychicznymi? (fot. iStock) Jak żyć z problemami psychicznymi? (fot. iStock)

4 powody, dla których warto rozważyć wizytę u psychiatry

  •  Cierpienie, z którym sobie nie radzisz. Jeśli jesteś pogrążony w smutku od dłuższego czasu, nic cię nie cieszy i z trudem rozpoczynasz kolejny dzień, nie warto zwlekać z wizytą.
  •  Skierowanie od innego lekarza, np. internisty, neurologa czy dermatologa. Na pewno nie warto się oburzać. Wiele chorób somatycznych, np. choroby skóry, ma swoje podłoże w psychice i czasem zadowalające efekty daje dopiero połączenie wiedzy z kilku dziedzin.
  •  Pogorszenie codziennego funkcjonowania. Jeśli problemy z koncentracją, nadmierna nerwowość, rozkojarzenie czy jakikolwiek inny objaw związany ze sferą psychiczną rodzi problemy, np. coraz częściej dochodzi do awantur w domu, dobrze jest porozmawiać o tym z lekarzem psychiatrą.
  • Namowy bliskich osób. Rady przyjaciół czy rodziny, by wybrać się do psychiatry, są zwykle najtrudniejsze do przełknięcia. Jeśli jednak radzą osoby, które zawsze były życzliwe i wspierające, warto ich posłuchać. Nawet jeśli nie do końca wierzysz, że wizyta u psychiatry ma sens.