1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nie możemy czy nie chcemy? Terapia pary w procesie in vitro

Nie możemy czy nie chcemy? Terapia pary w procesie in vitro

Gdy para dowiaduje się, że posiadanie dziecka zależy nie tylko od jej decyzji, doznaje szoku. (Fot. iStock)
Gdy para dowiaduje się, że posiadanie dziecka zależy nie tylko od jej decyzji, doznaje szoku. (Fot. iStock)
Kiedy partnerzy dowiadują się, że posiadanie dziecka to nie tylko kwestia ich decyzji, doznają szoku. Następnie pojawia się zaprzeczenie. Wreszcie zaczyna się szukanie winnego: które z nas ma defekt? Ewa Klepacaka-Gryz pomaga parze będącej w procesie in vitro i... w kryzysie.

Beata podeszła do mnie po filmoterapii (spotkaniu z widzami po projekcji filmu) i powiedziała, że chce umówić się na sesję „bo... nie może mieć dziecka”. Od razu zwróciłam uwagę na to, że po „bo” zrobiła pauzę, jakby szukała w myślach odpowiednie- go słowa. Zaproponowałam, żeby przyszła razem z partnerem, bo dziecko zawsze oznacza dwoje: kobietę i mężczyznę. – Tym razem to nie moja wina, ale to ja bardziej potrzebuję pomocy – powiedziała to tak zdecydowanie, że bez słowa wyjęłam kalendarz i zapisałam ją na pierwszy wolny termin.

Krok 1. Próbuję wytłumaczyć Beacie i Markowi, że w tym kłopocie trudno jest być im razem

Marek, partner Beaty, od momentu wejścia do gabinetu próbował zdobyć moją uwagę. Stanął w drzwiach do pokoju i na propozycję, by usiadł tam, gdzie będzie mu wygodnie, zapytał: – A gdzie będzie mi najwygodniej?

Pomyślałam, że jest przekonany, iż ta sesja jest przede wszystkim dla niego. Usiadł naprzeciwko mnie. – Siadaj wreszcie, bo zegar tyka – rzucił do Beaty i zaczął opowiadać o tym, że nie mogą mieć dzieci i że zdecydowali się na in vitro. – Ja swoje zrobiłem, Beata jest w trakcie stymulacji hormonalnej i szantażuje mnie, że nie wie, czy chce tego dziecka. Przyznasz, że to nie fair.

Przypomniałam sobie słowa, których kobieta użyła wtedy w kinie, kiedy poprosiła mnie o pomoc. „Nie chce czy nie może mieć dziecka?” – pomyślałam. Z pewnością mieli w tej sprawie odmienne zdania.

Niepłodność traktowana jest dziś jako choroba społeczna. Szacuje się, że blisko 1,5 miliona par w Polsce cierpi z jej powodu. Przed laty w 60 proc. przyczyna niepłodności leżała po stronie kobiet, dziś te proporcje wynoszą 50/50, ale według prognoz w najbliższych latach czynnik męski wysunie się na pierwszy plan. Zachowanie Marka przemawiało za tym, że problem leży po stronie Beaty, ale coś podpowiadało mi, że to nie jest takie pewne. Beata milczała, za to jej partner rozkręcał się coraz bardziej: – Ona szantażuje mnie tym dzieckiem jak wszystkim: wspólnym zamieszkaniem, kupnem samochodu czy ślubem. – Na czym polega ten szantaż? – Na przykład najpierw nie chciała ślubu, potem znów chciała. To teraz ja mówię: najpierw dziecko, potem ślub.

Na te słowa Beata nieruchomieje. Żałuję, że zaprosiłam ich razem, czuję, że w obecności partnera nie będzie w stanie się otworzyć. Marek nie przestaje mówić, ja skupiam się na Beacie. Zauważam, że w pewnej chwili obejmuje rękoma brzuch i zaczyna się kołysać. – Czy coś cię boli? – pytam. Od początku robi z siebie męczennicę, a jeszcze nie zaczęło się na dobre – Marek jest wyraźnie zły. – Dla mnie to też jest trudne, ale kogo to obchodzi.

Para wyraźnie jest w ostrym kryzysie; na etapie licytowania, kto ma gorzej. To naturalne. Najtrudniejsze jest to, że partnerzy, którzy do tej pory byli zgodni, w końcu obiecywali sobie bycie „na dobre i na złe”, nagle przestają się rozumieć, bo czują inaczej, a niepłodność dla każdego z nich oznacza co innego.

– Chcę wam powiedzieć, że ważne są uczucia obydwojga – to po pierwsze. Chciałabym też, żebyście wiedzieli, że czasem w trudnych chwilach partnerzy nie są w stanie wspierać się nawzajem. Dokładnie tak jak wy w tej chwili. Wtedy trzeba mieć odwagę poprosić o pomoc, wy to zrobiliście.

Po tych słowach Beata westchnęła z ulgą, a Marek, chyba po raz pierwszy, popatrzył na nią i spytał, czy chce wody.

Krok 2. Konfrontujemy się z uczuciami związanymi z utratą możliwości poczęcia dziecka drogą naturalną

Przez długą chwilę siedzieliśmy w ciszy. Czułam, że to czas na „odparowanie” wzajemnych pretensji, rozczarowań, oczekiwań i prób szukania winnego. Chciałam dać czas Markowi i Beacie, ale też sobie na to, by nastąpiła przyjazna przestrzeń do pracy nad ich kryzysem. Nie wiedziałam, czy ta przestrzeń w ogóle pojawi się podczas tej sesji.

– Dla mnie najgorsze jest, że nie mam na to żadnego wpływu – Marek zrobił pierwszy krok i zaczął zrzucać pancerz roszczeniowego, despotycznego tyrana. – Czyli że nie masz nad tym żadnej kontroli? – spytałam. – No tak, bo wiesz... to z mojej winy nie możemy mieć dziecka tak normalnie... – przyznaję, że te słowa zrobiły na mnie ogromne wrażenie, a właściwie sam fakt, że się na nie odważył. – Zrobiłem badania, brałem leki, ale i tak okazało się, że moje wojsko w większości strzela ślepakami. – Teraz ja mam się postarać, a nie doceniam tego co ty zrobiłeś, tak? – Beata nie wytrzymała i przejęła rolę agresora.

Złość jest w takiej sytuacji zupełnie naturalna, poza tym dopóki nie znajdzie ujścia, nie uda nam się dotknąć innych uczuć. – Beata, co dla ciebie jest najtrudniejsze? – pytam. – Chyba to cholerne i bezustanne napięcie – mówi po namyśle. – Najpierw nie wiedziałam, czyja to wina, że nie mogę zajść w ciążę. Czekałam na wyniki, prawie w ogóle nie spa- łam, nie jadłam, nie mogłam myśleć o niczym innym. Potem te wszystkie okropne badania i czekanie na decyzję lekarza o tym, jaki program będzie najbardziej skuteczny. Teraz cholerne zastrzyki, wzdęty brzuch, latanie do lekarza co drugi dzień... – Przecież pomagam ci jak mogę – Marek nie lubi czuć się bezsilny. – Ale to nie ty kłujesz się w brzuch, bierzesz kilogramy tabletek, po których chce ci się rzygać... – No jasne i to wszystko przeze mnie, bo to ja jestem wybrakowany. Po co się związałaś z bezpłodnym facetem? Odejdź, daję ci zielone światło. – Spokojnie – czuję, że muszę ingerować. – Szukanie winnego to naturalny etap procesu żałoby... – Jakiej żałoby, do cholery?! – Markowi coraz trudniej jest zapanować nad emocjami. – Doznaliście ogromnej straty, i jako para, i jako każde z osobna. To jest tak trudne, że nie potraficie, przynajmniej w tym momencie, być w tym razem, ale spróbujcie nie być przeciwko sobie. Po raz kolejny potrzebujemy ciszy. Proponuję, żeby każdy skoncentrował się na oddechu.

Krok 3. Parze nie udaje się podjąć wspólnie decyzji o tym, czy chce mieć dziecko

Być może brzmi to magicznie, jednak głęboko wierzę, że powodzenie in vitro nie zależy jedynie od czynników medycznych, ale, jak przyznają sami lekarze, jest w tym element magii, szczęścia czy jakkolwiek to nazwiemy.

Proponuję ćwiczenie „gorące krzesło”: każde z partnerów ma kolejno usiąść na krześle, które stawiam na środku gabinetu, i powiedzieć, co czuje. Żadne z nich nie chce być pierwsze. Siadam więc ja. Zaczynam: – Czuję się trochę bezradna, bo wiem, że wszystko jest w waszych rękach, nic nie zależy tu ode mnie. Czuję też, jak wam ciężko. Bardzo wam współczuję, ale też czuję, że muszę zagrzać was do walki, bo przed wami trudna przeprawa. Czuję, że wygracie tylko wtedy, kiedy będziecie w tym razem.

– To teraz ja – Marek nabiera odwagi. – Wiem, że obydwoje musimy wziąć się w garść, bo inaczej się nie uda. Nie pora teraz na mazgajenie się, trzeba działać.

– Marek, mów, co czujesz, a nie co trzeba zrobić – upominam go, choć rozumiem, że zadaniowość dodaje mężczyźnie odwagi. – OK, czuję się chujowo, to chyba wiadomo. Za- wiodłem na całej linii, nie potrafię swojej kobiecie zrobić dziecka... – Ja wcale nie wiem, czy chcę tego dziecka... – przerywa mu Beata.

Kolejna faza kryzysu. Normalnie pozwoliłabym im na wylanie wszystkich żalów i pretensji, a potem zaproponowała kolejną sesję, ale Beata za kilka dni ma zabieg pobrania jajeczek i w tym momencie nie może przerwać programu, bo byłoby to niebezpieczne dla jej zdrowia. Organizm stymulowany hormonami produkuje dużą ilość jajeczek, które same się nie uwolnią. Wczoraj nie była na badaniu USG, które powinna robić co drugi dzień. Zadzwonił do niej lekarz i zagroził wykluczeniem z programu.

Proces in vitro, który dla wielu par jest jedyną metodą leczenia niepłodności, to jedna wielka niewiadoma. Pomimo starań wszystkich stron nigdy nie ma gwarancji, czy się uda i za którym razem. Włączając w to koszty, dezorganizację codziennego życia, opinię publiczną, często konieczność trzymania wszystkiego w tajemnicy nawet przed najbliższymi – jest to jak siedzenie na bombie przez bliżej nieokreślony czas. Nawet pary, które pogodziły się, że bez ingerencji medycyny nigdy nie zostaną rodzicami, wielokrotnie w trakcie trwania programu doświadczają kryzysów. Po dłuższym, bezowocnym staraniu się o dziecko zacierają się granice pomiędzy różnymi obszarami życia pary (praca, hobby, budowanie relacji), a cała aktywność skierowana jest na zajście w ciążę.

– Zdecyduj się, czy chcesz mieć to dziecko, czy nie, bo mam już tego wszystkiego dość – Marek podrywa się z fotela. – Chcę dziecko z miłości, a nie z probówki – wykrzykuje ona.

Krok 4. Decyzja o zapłodnieniu zostaje zawieszona

Nasz czas dobiega końca. Czuję, że gdybym nawet przedłużyła tę sesję o kolejną godzinę, parze nie udałoby się osiągnąć porozumienia. Analizując historię związku Beaty i Marka, nietrudno zauważyć, że jest w tej relacji dużo chaosu, wzajemnego szantażu, walki i rywalizacji. Czasami wspólne starania o dziecko jednoczą pary takie jak ich, ale bywa, że nawet zgodnym partnerom nie udaje się przejść tej próby. Bo tutaj nie ma kompromisu. Co, kiedy jedno chce mieć dziecko, a drugie nie?

Po dwóch tygodniach dostaję informację, że udało się pobrać pięć jajeczek, z których zapłodniły się trzy, a proces prawidłowego podziału przeszło jedno. Beata nie zdecydowała się na implantację, embrion został zamrożony. Oboje postanowili rozpocząć terapię dla par. Czy kiedy wróci miłość, pojawi się autentyczna przestrzeń na dziecko z probówki? Bardzo im tego życzę.

Autoterapia dla par będących w procesie in vitro

  • Uważam, że każda para zanim rozpocznie program in vitro powinna odbyć przynajmniej jedną sesję z terapeutą. Chodzi głównie o to, byście przed podjęciem tak ważnej decyzji mieli szansę sprawdzić, czy jest w waszej relacji wspólna przestrzeń na dziecko.
  • Zaakceptujcie fakt, że w trakcie tak trudnego emocjonalnie i fizycznie programu nawet największa i najwspanialsza miłość, która was łączy, nie uchroni przed wzajemnym niezrozumieniem, rozczarowaniem czy wybuchami trudnych emocji. Ćwiczenie „gorące krzesło”, czyli mówienie kolejno o swoich uczuciach tu i teraz i cierpliwe słuchanie się nawzajem będzie dobrym sposobem na lepsze porozumienie.
  • Podczas trwania całego programu nie zapominajcie o innych sferach życia, zarówno tych, które dzielicie, jak i tych osobnych. Dbajcie o swoje pasje, nie zaniedbujcie pracy, spotkań z przyjaciółmi, wspólnych i osobnych rozrywek. W razie potrzeby szukajcie wsparcia poza związkiem. Każde z osobna go potrzebuje.
  • Na bieżąco omawiajcie wszystkie wątpliwości, każde z was ma prawo je mieć. W chwilach zwątpienia musicie się jedynie nawzajem wysłuchać. W ciągu całego procesu emocje będą falować jak na karuzeli. To zupełnie naturalne. Pewnie pojawi się dużo złości, smutku, żalu czy zwątpienia. Najważniejsze, żebyście byli w tym razem, a nie przeciwko sobie.
Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Moda i uroda

Jak dobrze wyglądać w ciąży, czyli ciążowe stylizacje!

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Ciąża to piękny czas w życiu każdej kobiety. Wiele osób mówi, że kobiety ciężarne wyglądają promiennie, ale gdy brzuszek robi się większy wiele z nich zaczyna obawiać się o swoje stylizacje. Pojawiają się problemy z noszeniem ulubionych ubrań, zwykła odzież przestaje być wystarczająca - bez obaw! Ciążowy brzuszek to nie tylko luźne dresy i bluzy!

Ciążowe stylizacje - jak ładnie wyglądać w ciąży?

To absolutnie normalne, że kobieta w ciąży wciąż chce czuć się piękna i dobrze wyglądać! Jednak brzuch ciążowy może to utrudnić, tak długo jak nie ma się pomysłu na swoje ciążowe stylizacje. Jak ładnie wyglądać w ciąży?

Przede wszystkim nie wstydź się brzuszka!

Ciąża to nie powód do wstydu, wręcz przeciwnie! Nie oznacza też, że masz chodzić w krótkich koszulkach, ale nie warto się nim aż tak przejmować - wszyscy widzą, że to nie otyłość! Figura w ciąży zmienia się wraz z jej poziomem zaawansowania, to normalne że przez kilka miesięcy nie będzie można nosić niektórych rodzajów ubrań.

Postaw na śmiałe kolory!

Piękne, intensywne barwy idealnie podkreślą radość, jaka panuje w sercu ciężarnej! Nie warto nosić tylko czerni, "bo ona wyszczupla"! Zakładaj wszystkie kolory, na które tylko masz ochotę!

Nie zapomnij o wygodzie!

Najważniejsze jest dobro dziecka. Nie można przedkładać dobra dziecka nad ładny wygląd, ale nie zapominajmy, że luźne stylizacje też są w modzie! Piękne sukienki i swetry oversize zawsze wyglądają dobrze!

Gdzie szukać inspiracji ciążowych?

Nie każdy sklep z ciążową odzieżą oferuje ciekawe produkty, ale to nie oznacza, że trzeba wszystkie takie miejsca spisywać na straty! Niektóre sklepy z ubraniami dla ciężarnych mają w ofercie naprawdę świetne i modne produkty! Kwestia ich odpowiedniego dopasowania.

Jeśli nie mamy na siebie pomysłu, można podpatrzeć w co ubierały się gwiazdy, gdy były w ciąży. Ulubiona aktorka lub piosenkarka z pewnością korzystała z porad nie tylko lekarzy, ale także stylistów! To może być świetna wskazówka!

Ciekawych ciążowych trendów można także poszukać w magazynach dla przyszłych mam oraz w czasopismach dla kobiet, w częściach poświęconych noszeniu dziecka!

Ciąża, a cera i kosmetyki

Zapłodnienie i oczekiwanie na narodziny dziecka wywołuje dużo zmian w organizmie kobiety. Głównie są to zmiany natury hormonalnej, w związku z tym silnie oddziałują one także na skórę, włosy i paznokcie - cera w ciąży także się zmienia. Część kobiet chwali się wspaniałą cerą podczas dziewięciu miesięcy chodzenia z brzuszkiem. Jest ona świetlista, wygładzona, elastyczna, a ciężarna wygląda promiennie. Nie wszystkie kobiety mają jednak tyle szczęścia. Zdarza się, że ciąża wpływa negatywnie na stan cery. W takich przypadkach kobiety skarżą się na nadmierne tłustą skórę twarzy i często występujące wypryski skórne. Wszystkiemu winne jest sebum i proces wydzielania się go w nadmiernej ilości.

Kosmetyki w ciąży

W przypadku problemów z cerą warto rozejrzeć się za dedykowanymi kosmetykami dla kobiet w ciąży. Są one bogate w składniki i mikroelementy, których najbardziej potrzebuje skóra twarzy w czasie rozwoju płodu. Zwracając uwagę na etykiety można z łatwością dobrać odpowiedni produkt.

Wiele kobiet ciężarnych korzysta jednak z kosmetyków niededykowanych. To nie grzech, pod warunkiem, że mamy pewność co do ich składu. W ciąży powinno się zwracać szczególną uwagę na to, jakie substancje wprowadzamy do organizmu, również poprzez skórę. Dlatego najlepiej wybierać produkty tworzone na bazie składników pochodzenia naturalnego.

Jak ładnie wyglądać w ciąży? Więcej porad

Więcej porad i inspiracji o ciążowych stylizacjach oraz o tym, jak ładnie wyglądać w ciąży znajdziesz w serwisie dzidziusiowo.pl - kopalni wiedzy dla przyszłych mam, zwłaszcza tych które cenią sobie elegancję i styl!

  1. Psychologia

Śpij, Kochanie

Dziecko jest na ogół doskonale regulowane przez zegar dobowy, tylko rodzice muszą sami się doregulować. I zastanowić, w jakim stanie umysłu i serca siadają przy jego łóżeczku. (Ilustarcja: Katarzyna Bogucka)
Dziecko jest na ogół doskonale regulowane przez zegar dobowy, tylko rodzice muszą sami się doregulować. I zastanowić, w jakim stanie umysłu i serca siadają przy jego łóżeczku. (Ilustarcja: Katarzyna Bogucka)
Dziecko w łóżku z nami czy osobno? Usypiać czy zostawiać, aż samo zaśnie? Na pytania zmęczonych zarwanymi nocami rodziców odpowiada psychoterapeuta Wojciech Eichelberger. 

Kiedy małe dziecko powinno samo zasypiać? Nie ma tu reguły, każde dziecko jest inne.

To kiedy powinniśmy je tego uczyć? Im wcześniej, tym lepiej? Bo to przecież jeden ze sposobów kształcenia jego autonomii. Do drugiego roku życia staramy się dziecka nie frustrować. To nie czas na budowanie jego autonomii, jest to natomiast czas na szybkie, adekwatne zaspokajanie rozwojowych potrzeb dziecka. Nie ma obawy, nie stracimy czasu, bo zaspokojenie tych potrzeb we wczesnym okresie życia dobrze posłuży szybkiemu osiągnięciu przez dziecko autonomii w przyszłości. Nie ma przebacz, jeśli ktoś decyduje się na dziecko i chce je dobrze wychować – co znaczy: szybko uniezależnić – musi to sobie wziąć do serca. I nie dajmy się zwieść w tej sprawie żadnym pseudonaukowym nowinkom. Na przykład takim, że jeśli dziecko będziemy zamykać na noc w ciemnym pokoju i pozwalać mu płakać tak długo, aż wymęczone i przerażone zaśnie, to mu to w przyszłości wyjdzie na dobre.

A nie jest tak, że czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał? W okresie do dwóch lat, gdy dziecko jest zupełnie bezradne i zdane na opiekę rodziców, najważniejsze jest jego poczucie bezpieczeństwa i ważności. Doświadczenie tego, że mimo braku jakichkolwiek osiągnięć i sprawiania tak wielu kłopotów jest najważniejszą istotą na świecie dla tych dwojga ludzi, którzy sprowadzili je na świat. Poczucie bezpieczeństwa i wartości, jeśli mocno się w dziecku zakorzeni, będzie niezastąpionym skarbem na resztę jego życia. Dlatego nie słuchajmy pseudowychowawczych porad, których większość powstała w Prusach w czasie rewolucji przemysłowej, bo w istocie służyły one nie dobru dziecka, lecz wyłącznie temu, żeby rodzice jak najprędzej wracali do fabryk, kopalń i tkalni. To była wielka manipulacja służąca systemowi, a nie dziecku czy rodzicom.

Jak wobec tego to, co mówisz, ma się do filozofii wychowania dzieci w innych krajach, na przykład we Francji? Tam lekarz pediatra zaleca rodzicom: proszę kłaść niemowlę do łóżeczka i je „wypłakać”, bo w ten sposób szybko przyzwyczai się do samodzielnego zasypiania. To podobno działa, dzieci rzeczywiście szybko się tego uczą. A jakie mają wyjście? Każda żywa istota, nawet w skrajnie niebezpiecznej, grożącej życiu sytuacji, w końcu zaśnie. To może dobrze służyć jedynie komfortowi rodziców. A dalekosiężne konsekwencje tego okrucieństwa dla psychiki człowieka terapeuci widzą po latach w swoich gabinetach w postaci zaburzeń depresyjno-lękowych.

To służy, jak tłumaczą we Francji, temu, żeby rodzice odpoczęli, bo to pozwala im zachować dobrą kondycję fizyczną i psychiczną. Służy też temu, żeby mogli uprawiać seks, co jest trudne, gdy dziecko śpi razem z nimi. A w jaki sposób w uprawianiu seksu przeszkadza im dwuletnie śpiące dziecko? Wystarczy tylko zapewnić sobie wystarczająco duże łóżko albo łóżeczko dziecka postawić tuż obok materaca rodziców – i po kłopocie.

Lekarze z Centrum Badania Snu Dziecka w Bostonie twierdzą, że każdego malca można w ciągu kilku dni nauczyć zasypiania i przesypiania całej nocy. To dla rodziców umęczonych nocnym wstawaniem nęcąca propozycja. Co w niej złego? Oczywiście, że dziecko zostawione samo sobie w końcu zaśnie, tak jak zaśnie żołnierz w ostrzeliwanym okopie, gdy będzie dostatecznie zmęczony. Nie ma nic odkrywczego w tej okrutnej procedurze. Dziecko w wieku do dwóch lat powinno do woli korzystać z bliskości i obecności rodziców. To jedyny taki okres w naszym życiu pozwalający doświadczyć miłości, ciepła, troski, poczucia bezpieczeństwa, a także bezwarunkowo ofiarowanego poczucia własnej wartości.

Bostońscy lekarze przekonują, że można z miłością i bez naruszania bezpieczeństwa dziecka uczyć je samodzielnego zasypiania. Pokazują, jak to robić nieinwazyjnie. Na przykład czule pożegnać dziecko, odłożyć na minutę do łóżeczka, pojawić się, kiedy protestuje, znów wyjść na minutę. I tak aż do skutku. Według nich taka nauka zasypiania skutkuje też tym, że dziecko będzie zasypiać samo, gdy się przebudzi w nocy. Po co tyle trudu? Dziecko przecież i tak zacznie zasypiać i spać samo. Po roku, maksimum dwóch bezwarunkowego i bezstresowego dopieszczenia, gdy będzie czuło się komfortowo, bezpiecznie, samo zaśnie w swoim łóżeczku. Wyjmuje mu się tylko jeden szczebelek, żeby mogło, jeśli poczuje taką potrzebę, przejść do rodziców. Nie mówię tego teoretycznie, sam przez to przeszedłem. Z matką moich synów urządziliśmy sypialnię tak, że mieliśmy ogromną platformę do spania. Synowie zajmowali miejsce za naszymi głowami, w niczym nam nie przeszkadzali, a my byliśmy spokojni, bo mogliśmy w każdej chwili ich dotknąć, pogłaskać, chwycić za nogę lub rękę, uspokoić i dalej spać. Gdy dostali swoje łóżeczka, to z radością poszli spać do swojego pokoju.

Widzisz jakieś „za” w uczeniu dziecka samodzielnego zasypiania? Nie widzę żadnego. Spanie to naturalny proces, nie trzeba dziecka w tym trenować. Powtórzę: jeśli zapewni mu się poczucie bezpieczeństwa, troskę i miłość, to wszystko przebiegnie naturalnie i szybko.

Nie do końca tak bywa. Znam rodziców, którzy nie przespali całej nocy od pięciu lat. Dziecko wciąż domaga się ich obecności w nocy i nie chce słyszeć o spaniu w swoim pokoju. Jego mama powiedziała mi, że żałuje, że nie przysposabiała go do samodzielnego spania. Dzieci są różne. A poza tym za ich problemem ze spaniem mogą kryć się jakieś zaburzenia somatyczne lub trudne emocje i napięcia między rodzicami. Dorośli powinni więc przyjrzeć się też sobie. Dziecko tej mamy z jakichś powodów potrzebuje nadal jej bliskości i wsparcia. Oczywiście można doprowadzić bezbronne dziecko do rezygnacji z jego ważnych potrzeb i wychować dorosłego, który nie będzie rozpoznawał sygnałów nadawanych przez własny organizm i nie będzie wiedział, jak na nie odpowiadać.

We Francji nie widać jakichś strasznych skutków. Pewna pisarka pracująca w bogatej francuskiej wielodzietnej rodzinie opowiadała mi, że gdy kilkumiesięczne niemowlę, wykąpane i nakarmione, odnoszono do swojego pokoju, wszyscy zasiadali do kolacji i nikomu nie przeszkadzał płacz dochodzący zza ściany. Starsze dzieci, zapewne wcześniej też tak trenowane, wydawały się szczęśliwe, a od polskich różniło je tylko to, że były bardziej zdyscyplinowane. Ci pozbawieni empatii rodzice byli zapewne wychowani w chłodnym, bezuczuciowym reżimie, więc tak też wychowywali swoje dzieci. To transpokoleniowa fala: „Skoro ja dostałem w kość w dzieciństwie od swoich rodziców, to moje dzieci dostaną w kość ode mnie”. Niestety, we Francji powszechną praktyką jest to, że trzymiesięczne dziecko oddaje się do żłobka. Trenowanie niemowląt w samotnym zasypianiu to część tego samego sposobu myślenia o wychowaniu dziecka – systemu, który racjonalizuje egoizm rodziców, w którym ich potrzeby stają się ważniejsze od potrzeb dziecka. A konsekwencje są takie, że Francja jest krajem o największej liczbie singli i rozwodów w Europie. Bo jeśli człowiek nie zaspokoił w dzieciństwie potrzeby bezpieczeństwa, doznawania troski i bezwarunkowej miłości, to będzie tego obsesyjnie szukał w swoich dorosłych związkach, nieustannie zmieniając partnerów w próżnej nadziei, że ta kolejna osoba będzie w stanie to dostarczyć. Będzie więc – jak małe dziecko – nastawiony wyłącznie na branie, wiecznie niezadowolony z tego, co dostaje, i nieskory do rezygnacji ze swoich planów i potrzeb na rzecz innych. Dotyczy to również stosunku do dzieci.

Decydując się na dziecko, musimy z góry założyć, że rezygnujemy z wielu naszych potrzeb. Jeśli je kochamy, będzie nam to łatwiej zrobić, rezygnacja nie będzie bolesna. Jeśli natomiast dziecko ma być tylko zadaniem, projektem lub dodatkiem do facebookowego obrazka szczęśliwego życia, to lepiej pozostać bezdzietnym.

Badacze snu twierdzą, że dzieci, które nie potrafią same zasypiać, nie są wcale dziećmi z problemami. Wprost przeciwnie – są bardzo pojętne. Szybko uczą się, że gdy głośno domagają się obecności przy zasypianiu mamy, i są w tym konsekwentne, to mama to życzenie spełni. Czy nie ma obawy, że w ten sposób wychowamy terrorystę? Jeśli od początku trzeciego roku życia dziecka nie zaczniemy stopniowo wymagać od niego większej samodzielności, to może się tak stać. Ale człowiek ma pewną hierarchię potrzeb. Kiedy zostaną zaspokojone te podstawowe, jak poczucie bezpieczeństwa, przechodzi on niejako do zaspokajania następnych. Oczywiście dzieci nie są duplikującymi się klonami, każde potrzebuje czego innego. Ale wszystkie bez wyjątku potrzebują miłości i bezpieczeństwa. Przedwczesny trening i zbyt duże wymagania sprawią, że choć dziecko w końcu się do tego dostosuje, to jednak poniesie w swoją dorosłość wiele deficytów i ograniczeń, które bardzo skomplikują mu życie. Jestem pewny, że badania cytowanych przez ciebie lekarzy nie uwzględniają tych długofalowych konsekwencji.

Do jakiego wieku spanie z dzieckiem w jednym łóżku jest dobrym rozwiązaniem? To indywidualna sprawa. Na pewno wygodne jest wtedy, gdy mama karmi piersią, co nie powinno trwać dłużej niż rok*, czyli do czasu, gdy dziecku urosną zęby, których pojawienie się jest sygnałem tego, że czas usamodzielniać dziecko w dziedzinie odżywiania. Ale w okresie karmienia wspólne legowisko naprawdę się sprawdza. Trzeba znaleźć złoty środek między potrzebami dziecka i naszymi, żeby też nie wychować "potwora"**, który nas terroryzuje. Ale to nie grozi dziecku do drugiego roku życia.

Przywołam tu ogólną zasadę, zaczerpniętą z mądrości Wschodu, gdzie dzieci bardzo szybko uniezależniają się i stają się autonomicznymi ludźmi. Zasada jest następująca: przez pierwsze pięć lat rodzice są niewolnikami potrzeb swojego dziecka, od 5 do 15 lat dziecko jest niewolnikiem swoich rodziców (wtedy następuje proces socjalizacji), a od 15. roku życia stopniowo staje się ich partnerem. W myśl tej zasady dzieci hinduskie od urodzenia pozostają w stałym kontakcie z matką, są noszone w chuście, czują jej zapach i słyszą bicie jej serca. Wzrastające w takim poczuciu bezpieczeństwa maluchy szybko stają się samodzielne i odważne. Dopieszczone i dokochane, szybko podążają w kierunku coraz większej autonomii i emocjonalnie dojrzewają. Podobnie dzieje się w innych kulturach.

Usypianie dziecka bywa utrapieniem rodziców. Znam takich, którzy muszą wozić synka autem, bo twierdzą, że tylko wtedy zasypia. Rytuały z zasypianiem są ważne, to nie ulega wątpliwości. Które z nich są według ciebie najważniejsze? Spokój rodziców i zadbanie o ich własny rytm dobowy. Dobrze na przykład o zmroku zmniejszyć oświetlenie domu, zapalać żółte światło, nie włączać telewizora, laptopa. Jeżeli rodzice sami wejdą w stan resetu, odpoczynku, wyciszenia, to dziecko za tym pójdzie. Dziecko jest na ogół doskonale regulowane przez zegar dobowy, tylko rodzice muszą sami się doregulować, a też zastanowić, jakim wzorcem są dla dziecka i w jakim stanie umysłu i serca siadają przy jego łóżeczku, dotykają go czy karmią. Czy tam jest duża doza irytacji, zniecierpliwienia, niechęci, złości? Jeżeli tak, to trzeba zastanowić się nad sobą, a nawet pójść do psychologa czy terapeuty i zapytać, dlaczego taką niechęcią reaguję na swoje dziecko, dlaczego mam tak mało cierpliwości, tak mało serca, dlaczego jest we mnie takie napięcie, dlaczego czuję się obrabowywany z energii i czasu przez swoje własne dziecko, które zaprosiłem na ten świat. Trzeba zadać sobie takie niewygodne pytania, a nie tresować dziecko po to, żeby od tych pytań uciec i żeby było nam wygodniej.

Nie ma jedynej recepty na wychowanie. Rodzice powinni po prostu ufać sobie, to chyba najlepszy drogowskaz. To prawda. Trzeba przyjąć założenie, że dziecko to nie tabula rasa. Przychodzi na świat już z pewnym bagażem zapisanym w genach. Niektórzy mówią, że rodzi się z kwantowym programem, który ma swoją historię i dynamikę, więc rodzi się w nieprzypadkowym miejscu i ma nieprzypadkowych rodziców. Jeżeli można sformułować ogólną zasadę, to taką: do drugiego roku życia wyposażamy dziecko w poczucie bezpieczeństwa i bezwarunkową miłość, która nie stawia żadnych wymagań typu: śpij na żądanie, jak najszybciej usiądź na nocniku, zacznij kontrolować zwieracze, najlepiej to bądź gotowy na rozstanie ze mną w szóstym miesiącu życia i zaakceptuj żłobek, bo chcę wrócić do pracy. Takie wygórowane przedwczesne wymagania to emocjonalna przemoc wobec dziecka i racjonalizacja rodzicielskiego egoizmu. Oczywiście zawsze będą od tego jakieś wyjątki ze względu na predyspozycje dziecka, cechy charakteru rodziców i poziom ich osobistego rozwoju. Bo nawet jeśli namówimy rodziców do tego, żeby traktowali dziecko przez dwa lata w taki sposób, jaki tu proponuję, a oni do tego wewnętrznie nie dorośli, to i tak nie dostarczą dziecku poczucia bezpieczeństwa, ważności, bezwarunkowej miłości. Bo chociaż na poziomie praktycznym wprowadzą w życie wszystkie zasady, to fakt, że będą zniecierpliwieni, źli, a nawet wrogo nastawieni do dziecka, zniweczy ich wysiłki. Stąd zasada, że mniej ważne w sprawach międzyludzkich jest to, co robimy, a najważniejsze to, w jakim stanie ducha, serca i umysłu jesteśmy, gdy to robimy.  

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

* Od redakcji: Zdanie o karmieniu piersią, sugerujące, że nie powinno ono trwać dłużej niż rok to nasz błąd, za który przepraszamy. Wszelkie kwantyfikatory, a zwłaszcza określenie „powinno się” w odniesieniu do karmienia piersią, są niedobre. KAŻDA matka robi w tej kwestii tak, jak uważa, jak może. Karmi piersią, zgodnie z wytycznymi WHO, czyli do 6. miesiąca życia dziecka wyłącznie piersią, a potem - rok, dwa, trzy, czy do 6. roku życia. Szacunek i zrozumienie należy się też matkom, które  z różnych powodów nie mogą karmić.

** Używając tego słowa chciałem zwrócić Czytelniczkom uwagę na konieczność stopniowego stawiania dziecku  granic w sytuacjach, gdy narusza lub/i nadużywa rodzicielską przestrzeń (łóżko, miejsce i narzędzia pracy, toaletę i łazienkę), czas zarezerwowany dla rodziców, a także granice rodzicielskiego ciała. Pierwsze wymagania związane z przestrzeganiem tych granic mogą się zacząć pojawiać już na początku trzeciego roku życia. To bardzo ułatwi dziecku adaptację do sytuacji przedszkola i do zasad współżycia w grupie rówieśniczej - a także wśród dorosłych. W kontekście wieloletniego karmienia piersią nie stawianie granic z wolna instaluje w umyśle już nawet trzyletniego dziecka tendencję do instrumentalnego traktowania matki. Wiele długokarmiących matek, z którymi miałem do czynienia przy okazji ich terapii, opowiadało mi o tym, że ich nawet 5-6 letnie dzieci potrafiły agresywnie i aktywnie (np.  zadzierając mamie bluzkę ) domagać się natychmiastowego dostępu do piersi, gdy tylko z jakiś powodów poczuły się sfrustrowane. Zdarzało się to także w sytuacjach towarzyskich i w miejscach publicznych. Nie ulega wątpliwości, że takie zachowanie świadczy nie tylko o instrumentalnym i uprzedmiotowującym stosunku do matki lecz także o silnym uzależnieniu dziecka od piersi matki oraz braku zdolności do autonomicznego radzenia sobie z trudnymi emocjami." Wojciech Eichelberger 

  1. Seks

Nie możemy zajść w ciążę - jak starania o dziecko wpływają na związek?

Kiedy zaczynają się starania o dziecko i nic tego nic nie wychodzi, pojawiają się niepokój i konflikty. Wtedy para powinna być objęta opieką specjalisty (fot. iStock)
Kiedy zaczynają się starania o dziecko i nic tego nic nie wychodzi, pojawiają się niepokój i konflikty. Wtedy para powinna być objęta opieką specjalisty (fot. iStock)
Co czwarta para w Polsce ma problem z zajściem w ciążę. A im bardziej tego chcą, tym bywa trudniej. Jak sobie radzić z niepokojem i przerażeniem, gdy mimo starań nic z tego nie wychodzi – wyjaśnia seksuolog Krzysztof Korona.

Wydaje się, że seks zupełnie już oddzielił się od prokreacji. A tu nagle jak grom z jasnego nieba spada na nas niechciana ciąża albo wprost przeciwnie, dojrzeliśmy już, by mieć dziecko, a tu nic.
Dane statystycznie mówią, że co czwarta, piąta para w Polsce ma problem z zajściem w ciążę. Partnerzy są pod presją, bardzo chcą dziecka, ale im bardziej chcą, tym bardziej się nie udaje. Generalnie ludzie mają coraz mniej dzieci i rodzą się one coraz późnej. To ostatnie nie sprzyja prokreacji. Ilość stosunków, które doprowadzają do zapłodnienia i ciąży, jest nieproporcjonalnie duża wobec szans na poczęcie dziecka. W przeszłości obwiniano za to wyłącznie kobiety. W teorii ukrytej owulacji pada stwierdzenie, że prakobiety w przeciwieństwie do innych samic dających reprodukcyjny komunikat swym wyglądem i zapachem w okresie rui zaczęły świadomie ukrywać przed mężczyznami jajeczkowanie. Mając zawsze gotowość do kopulacji, zaczęły przeżywać orgazm także w okresie niepłodnym, więc mężczyzna już nie wiedział, kiedy należy poruszać biodrami, by zrobić dziecko, a kiedy ów wysiłek jest zbyteczny. Współczesny człowiek uprawia seks tak często, bo ma orgazm, czyli rozkosz, co łączy i buduje więź z partnerem, daje fizyczne odprężenie, a czasami załatwia podwyżkę, awans lub prowadzi do zapłodnienia.

Gdy nie dochodzi do zapłodnienia, chociaż ludzie się o to starają, po czyjej stronie jest częściej „wina”?
Z psychologicznego punktu widzenia wypowiadanie się na temat winy jest nieporozumieniem. Często się zdarza, że gdy ludzie starający się bezskutecznie o dziecko rezygnują z leczenia, kobieta niespodziewanie zachodzi w ciążę, bo stres związany z próbami poczęcia to jedna z częstszych przyczyn problemów z zapłodnieniem.

Słyszałem, że męskie nasienie też przeżywa kryzys.
To prawda, szczególnie w Polsce jakość nasienia mężczyzn jest zła. Według badań sperma przeciętnego Polaka zawiera nawet pięć razy mniej plemników w porównaniu ze spermą Kanadyjczyka czy Fina. Strzelamy ślepakami. Dlaczego? Z chłopcami nie rozmawia się o szkodliwości palenia i picia alkoholu w kontekście zdrowych plemników. Nie mówi się: „Nie jedz czipsów, bo plemniki tłuszczem ci obrosną i nie dadzą rady wziąć udziału w rajdzie po złote jajo, którego drogi biegną po krętych ściankach pochwy i jajowodu, istnym torze przeszkód”. Polscy rodzice w dalszym ciągu razem z religijnymi ortodoksami wrzeszczą: „Nie ruszaj siusiaka”, podczas gdy inne nacje uczą chłopaków, jak badać sobie jądra i sprawdzać, czy nie ma na nich nowotworowego guza. Nie inaczej jest z dziewczętami. Gimnazjalistki nie wiedzą, że pochwa kobiety nie jest miejscem, do którego powinno się wlewać szampana dla zabawy. Stojąca na straży czystości polskiej waginy zdrowa flora bakteryjna nie daje sobie rady z atakiem grzybów pobudzonych przez sznurek stringów. Pada też ofiarą wybuchu brudnej bomby biologicznej, jeśli właściciel penisa nie dba o higienę. Polska pochwa za często jest w stanie zapalnym.

A stres, o którym się często mówi?
Ma ogromne znaczenie. Tam, gdzie pojawia się lęk, biologia wyłącza funkcje rozrodcze. Swojego czasu w mediach było głośno o żyrafach, które przestają się rozmnażać z powodu stresu. Dotyczy to wszystkich zwierząt, w tym też człowieka. Kiedy obserwuję pary doświadczone przez dramat niepłodności, często okazuje się, że ci ludzie już wcześniej, zanim zaistniał ten problem, żyli w stresie, walcząc o przeżycie albo by mieć więcej. Nad większością młodych małżeństw, które powinny żyć w atmosferze miłości, spokoju, wisi jak topór kredyt i groza utraty pracy.

Dlatego też ludzie dzisiaj odwlekają ciążę, jak długo się da. Facet przekonuje, że jeszcze ich na dziecko nie stać, kobieta ma zawodowe ambicje, które ciąża może przekreślić. A czas ucieka i nagle dzwonią wszystkie dzwonki alarmowe, zaczyna się panika i pogoń za ciążą.
Ani męska, ani żeńska rozrodcza aparatura nie znosi stresu i nacisków. Męska hydraulika jest delikatna, łatwo zawodzi, u kobiet może dojść do oziębłości seksualnej, problemów z orgazmem. Kiedy zaczynają się starania o dziecko i nic tego nic nie wychodzi, pojawiają się niepokój i konflikty. Wtedy para powinna być objęta opieką specjalisty. Seks jest zaburzony walką o dziecko, ale po jego narodzinach też bywa zaburzony przez brak snu, czasu, brak czułości dla siebie nawzajem. Ciepłe emocje gromadzą się wokół nowo narodzonego. To zwykle mężczyźni czują się wtedy odtrąceni, dziecko zajmuje ich miejsce. Kobieta nie ma zazwyczaj zdrowia ani siły na seks.

Czy orgazm jest potrzebny do poczęcia?
Biologicznie kobiecie potrzebny był orgazm głównie ze względu na to, by zaraz po stosunku nie wstawała, pionizacja doprowadzić mogła do wycieku nasienia. Zmęczenie wywołane orgazmem sprawiało, że przez pewien czas zmuszona była pozostać w pozycji horyzontalnej. Mówiliśmy już o tym, że polskie małżeństwa są pod presją różnych lęków, co w sposób oczywisty blokuje gotowość fizjologiczną do zajścia w ciążę. Nie da się dokonać aktu prokreacji na zawołanie, gdy teściowa puka w ścianę z pokoju obok, od tygodnia zaniepokojona brakiem miłosnych pomruków.

Jak często twoi pacjenci obarczają się winą za to, że nie mogą zajść w ciążę?
Często. Ciężko im pomóc, szczególnie gdy spory doprowadziły już do zaburzeń libido czy erekcji. A pojawienie się miesiączki po próbach zapłodnienia przeżywane jest jak żałoba. Zaczyna się karuzela emocjonalna. I dramat. U kobiety pojawiają się wtedy objawy depresji. Zaczynają się kłótnie i konflikty. Seks przestaje być przyjemnością, staje się zadaniem do wykonania. Wtedy psychoterapia jest jedynym sensownym lekiem na lęk przed niepłodnością. Źle leczona niepłodność i nastawienie się pary na seks na godzinę powoduje rozpad relacji miłosnej. Nawet gdy uda im się zajść w ciążę, są tak poturbowani emocjonalnie, że ciężko potem sprostać stresom po narodzeniu dziecka.

Jeśli zajście w ciążę nie udaje się drogą tradycyjną, jest metoda in vitro, ale tu Kościół grozi palcem.
Niemal 99 proc. moich pacjentów, którzy przychodzą w sprawie in vitro, ma dramatyczny problem moralny. Wysoka jest cena za potępienie tej metody przez Kościół katolicki. Przy poczęciu pojawia się o też lęk przed karą, która może być ukierunkowana na niewinne dziecko. Gdy para poddaje się procedurze in vitro w strachu, że skazują siebie i dzieci tak narodzone na potępienie, często zdarza się, że nie przynosi ona efektu. Tu znów namawiałbym do spotkania z psychologiem, który pomoże nam pozbyć się mechanizmów nerwicowych związanych z religią. Ale też w wielu przypadkach siła instynktu i pragnienie posiadania dziecka kruszy nasz światopogląd. Ważne, że nie mamy już kłopotu związanego z brakiem możliwości pozyskania nasienia i jest duża oferta środków farmakologicznych pomagających w zajściu w ciążę.

A co jeszcze przeszkadza?
Błędy popełniane niechcący przez lekarzy. Niewłaściwa rozmowa z ludźmi starającymi się o dziecko może doprowadzić do dodatkowych niepokojów. Jeśli mężczyzna ma słabe plemniki, to nie znaczy, że zapłodniona nimi żona urodzi dziecko z wadami genetycznymi! Tak nie jest. Czasem przychodzi do mnie para w ciąży i mówi, że nie uprawia seksu, bo „boją się coś zepsuć”. Jeżeli masz wątpliwości i obawy, idź do ginekologa!

Teraz krótko: jak uprawić seks, żeby mieć dziecko?
Należy mieć stosunek co dwa, trzy dni, optymalny moment do zapłodnienia jest na dzień lub dwa przed owulacją. Doradzam seks miłosny. Jak są problemy, należy sięgać po fachową poradę. I zachować spokój.

Krzysztof Korona: psycholog, psychoterapeuta, seksuolog.

  1. Psychologia

Człowiek przekazuje wartości pod warunkiem, że je ma. Jak buduje się rodzicielski autorytet?

Musimy zweryfikować swoją hierarchię wartości, zadać sobie pytanie: po co żyjemy. Dopóki tego nie zrobimy, dopóty nie możemy być ani szczęśliwymi ludźmi ani tym bardziej - dobrymi rodzicami. (Fot. istock)
Musimy zweryfikować swoją hierarchię wartości, zadać sobie pytanie: po co żyjemy. Dopóki tego nie zrobimy, dopóty nie możemy być ani szczęśliwymi ludźmi ani tym bardziej - dobrymi rodzicami. (Fot. istock)
Gdyby dorośli przyznali: „my też jesteśmy zagubieni”, byliby dla młodych ludzi wiarygodni. A nie są, bo udają, że wiedzą lepiej – mówi Iwona Majewska – Opiełka, psycholożka, autorka książek (m.in. „Wychowania do szczęścia”).

Obwieszczono ostatnio klęskę liberalnego modelu wychowania. Jego przeciwnicy uważają, że wskutek takiego wychowania dzieci robią teraz co chcą. To kompletne nieporozumienie. Liberalne wychowanie nie zakłada, że wszystko jest wolno. Daje dzieciom jedynie więcej wolności w podejmowaniu wyborów, stawia na rozmowę i współpracę. Moim zdaniem to, co się dzieje w Polsce i na świecie jeśli chodzi o wychowanie, wiąże się  zupełnie z czymś innym. Z tym mianowicie, że nikt nie próbuje wychowywać, ba, nie zastanawia się nawet , co to jest wychowanie. Wystarczy zapytać matkę, ojca, nauczyciela, co oni rozumieją przez wychowanie, to będzie cisza. Kiedy zadawałam takie pytanie, natrafiałam na milczenie. Musieliśmy więc wspólnie to ustalać. Ludziom wydaje się, że wychowywać to znaczy dać jeść, ubrać, okazjonalnie zwracać uwagę na to, co jest dobre, co złe, zapewnić edukację i to jak najlepszą. W szkołach tak samo – dzieci się nie wychowuje, a rozlicza z nauki. Wychowywanie w szkole źle się kojarzy, bo przecież już byliśmy wychowywani za PRL-u, więc nikt tego nie chce. No i nikt nie ma na to czasu.

No więc co to jest wychowanie? Otóż wychowanie to kształtowanie ludzi według jakiejś idei, misji, według jakiegoś spójnego systemu wartości i codzienne przekazywanie tego systemu poprzez czyny, dawanie przykładu, a nie tylko poprzez słowa. Najważniejsze są wartości, w jakich chcemy wychowywać. To muszą  wiedzieć rodzice od momentu narodzin dziecka, a najlepiej jeszcze przed, to musi wiedzieć oświata, która powinna mieć określoną misję szkoły.

Misja też się źle kojarzy… Misja PRL-u była beznadziejna, ale była. Teraz nie ma żadnej.

Jak to – a rankingi, testy kompetencji, wyniki? To jest pseudomisja. Rankingi, wyniki, liczba języków w szkole to ślepy zaułek, w jaki brnie szkoła. A rodzice też nie potrafią się temu szaleństwu przeciwstawić, bo wmawia im się, że wyniki testów są najważniejsze. Dorośli zabierają się za wychowywanie z błędnym założeniem – że sami są dobrze wychowani, że są w porządku. A prawda jest taka, że jesteśmy zagubieni w wartościach, więc nie pokazujemy ich dzieciom na co dzień. Nie ma ich w polityce, ani w biznesie, nie ma często w domu. A dziecko obserwuje i wyciąga wnioski.

Czytałam jakiś czas temu reportaż o dzieciach polityków różnych opcji. I wie pani jaki wyłonił się z tego tekstu obraz? W rodzinach katolickich, dzieci były zdyscyplinowane, szanowały dorosłych, pracowały na rzecz innych, natomiast w domach lewicy, w których panował luz, dzieci przysparzały nie lada kłopotów. A czy były szczęśliwe? O tym w ogóle nie mówimy. Rodzice spójni wewnętrznie, żyjący w zgodzie z pewnym systemem wartości, wyznaczają dzieciom jasne granice, co sprawia, że czują się one wtedy bezpiecznie i postępują w zgodzie z wyznaczanymi standardami, bo wszystko jest jasne, zrozumiałe. I rzeczywiście często dzieje się tak w rodzinach katolickich. Ale to nie dlatego, że ten system wychowania jest lepszy czy gorszy, tylko, że ten system jest spójny. Jeżeli rodzice mówią „nie kłam”, po czym sami chwalą się, jak to kogoś okłamali w pracy, nigdy w wychowaniu niczego nie osiągną. Owszem, w wielu domach powtarza się „nie kradnij, nie kłam”, ale kompletnie się tego swoim przykładem nie manifestuje i to jest problem.

Mamy różne rzeczy na sumieniu, a udajemy przed dziećmi, że jesteśmy doskonali? Tak. Gdyby dorośli przyznali: „my też jesteśmy zagubieni, ale staramy się odnaleźć ”, byliby dla młodych ludzi wiarygodni. Powinniśmy wreszcie dostrzec, ile sami musimy się jeszcze nauczyć. Chcieć pracować nad sobą, rozwijać się. Zaprosić dzieci do współpracy. Wychowanie to wspólna podróż dorosłych i dzieci.

My się uczymy od nich, one uczą się od nas, bo to nie jest tak, że my wszystko wiemy. Gdyby jajko nie było czasem mądrzejsze od kury, nie byłoby postępu na świecie, przez wieki obowiązywałby status quo.

A autorytet rodziców na tym współwychowywaniu nie ucierpi? Autorytetu nie można narzucić siłą. Jeżeli rodzice sami nie prezentują określonych wartości, a wymagają ich od dziecka, to nie zbudują autorytetu. Człowiek przekazuje wartości pod warunkiem, że je ma. Dzieciak kradnie, mama przychodzi do szkoły i pyta nauczyciela: No i co on ukradł? Długopis? A do dziecka: No wiesz co, przecież bym ci z pracy taki przyniosła. Autentyczne! Żeby przekonać do czegoś dzieci, sami musimy wierzyć w to, co mówimy. Mamy bardzo duży problem z wartościami i na to powinno się postawić. Ja dla starszej córki byłam najważniejszą osobą na świecie. Dlaczego? Bo jako psycholog i osoba dobrze radząca sobie w rzeczywistości cieszyłam się szacunkiem ludzi i ona to widziała. Z młodszą było już inaczej. Wyjechałam do Kanady, słabo znałam angielski, pracowałam przez jakiś czas jako dozorczyni domu i nie czułam się w tej nowej sytuacji pewnie. Autorytetem była dla niej starsza córka, menedżer, u którego  pracowałam, a dopiero potem ja. Ona po prostu doskonale widziała, że jestem zagubiona. Odbudowałam w końcu autorytet u mojego dziecka, ale to pewno dlatego, że pracowałam nad sobą o czym ona wiedziała, dalej nie zatrzymuję się w miejscu. Ale jakim autorytetem może być matka, która nie potrafi skorzystać z Internetu? Musimy iść z duchem czasu -  niech mnie dziecko nauczy tego, co umie, a z czym ja sobie nie radzę. Będziemy mieć potem o czym rozmawiać.

Przyzna pani jednak, że w wielu domach rządzą dzisiaj dzieci. Rodzice tłumaczą, że uginają się pod ich żądaniami, bo nie chcą, żeby ich dziecko było gorsze od innych. Dziecko rządzi dlatego, że wartością w jego domu są markowe ciuchy,  najnowsza komórka, telewizor plazmowy. Jeżeli rodzice są silni, mają poczucie wartości, kierują się pewnymi standardami moralnymi, to nie będą robić czegoś tylko dlatego, że tak postępują inni. Wiem, co mówię, bo ja też to przerabiałam. Starsza córka domagała się różnych rzeczy, a ja jej często odmawiałam. Tłumaczyłam: Ty nie musisz się w taki sposób wkupywać w środowisko, bo ty masz inne atuty, a poza tym znajdziesz ludzi, którzy to docenią. Sprowadzamy życie do materii - komputerów, telewizorów, telefonów, ubrań. Nie pokazujemy, że jest coś poza tym. Dajemy dzieciom protezy poczucia własnej wartości zamiast je w nich budować.

A co powinniśmy zaoferować dziecku? Czas i miłość. Powiedzmy sobie szczerze: kupno kolejnego gadżetu jest rodzajem rekompensaty za to, że tego czasu dla dziecka nie mamy. A jest on o wiele ważniejszy od nawet najbardziej pożądanego przedmiotu, którym zresztą dziecko będzie potem szpanowało, budząc zazdrość biedniejszych dzieci lub tych, które mają mądrzejszych rodziców. Trzeba tłumaczyć, że nie w tym tkwi istota życia, trzeba dać im coś w zamian. Rozmawiać, pokazywać świat, robić coś razem. Są ludzie, którzy żyją bez gadżetów, fajnie spędzając przy tym czas. Poznałam prostych ludzi, kolejarzy, którzy korzystając z ulgowych biletów, w każdy weekend wyjeżdżają z trójką dzieci do innego miasta, w inny kraniec Polski. Wszyscy tym żyją – wyszukują wspólnie miejsca do zwiedzenia, tanie hotele, a potem po prostu są razem.

W swojej książce napisała pani, że tylko szczęśliwi rodzice wychowają szczęśliwe dziecko. Tak uważam. Matka szczęśliwa ma szanse zadbania o to, żeby jej dzieci były szczęśliwe. Ojciec też. Tacy rodzice nie są sfrustrowani, nie odreagowują na dzieciach swoich problemów i nie zależy im na tym, żeby dzieci robiło to, czego im nie udało się zrobić tylko pozwalają im na własne wybory.

A dyscyplina, o której teraz tak głośno? Wychowanie nie sprowadza się do tego, żeby zrobić listę zakazów i nakazów. Dyscyplina tak, granice tak, ale to na konsekwencjach, a nie karach powinno się wychowywać. Te konsekwencje mogą być czasem bolesne, ale one musza być. A czego uczy młodych ludzi minister edukacji? Że nawet niezdaną maturę można odkręcić. Jego decyzja pokazuje, że się nie ponosi konsekwencji swoich wyborów. A idea wychowania sprowadza się do uczenia odpowiedzialności: Miałeś prawo się nie uczyć, bo jesteś wolnym człowiekiem, ale musisz za to zapłacić. I  na tym polega cała zabawa – pokazywać dzieciom: wybrałeś, ale z tym wyborem są związane konkretne skutki. Pamiętam, jak powtarzałam mojej młodszej córce Weronice: Człowiek jest wolny, może robić w życiu wszystko, ale jedno musi: pamiętać, że każdy czyn pociąga za sobą określone konsekwencje. Była niejadkiem, więc jej mówiłam: Nie musisz jeść, ale pamiętaj, że skoro nie ma w twoim brzuchu miejsca na obiad, nie ma i na słodycze, a następny posiłek jest o 18. Pamiętam, jak ona potem powiedziała do babci: Ja nic nie muszę! Babcia przeżyła szok. Ale efekt był rewelacyjny – zaczęła jeść!

Dlaczego pani zdaniem arbitralne zakazy nie skutkują? Bo je zawsze da się jakoś obejść. Jako młoda matka byłam dość radykalna - wymagałam grzecznego zachowania nie zwracając uwagi na jej potrzeby ruchowe i emocjonalne. Tłamsiłam ja w pewnym sensie. I co uzyskałam? Moje dziecko rzeczywiście zachowywało się fantastycznie, ale jak byłam w zasięgu 10 metrów. Córka znajomych natomiast, w porównaniu z moją, zachowywała się jak szatan. Myślałam: Jak oni z tym dzieckiem wytrzymują i co to będzie, kiedy pójdzie do szkoły. I co się okazało? Tamta w szkole zachowywała się grzecznie, a z moim dzieckiem przez pierwsze dwa lata był duży problem, bo zabrakło mamusi do poskromienia. Znajomi pozwalali córce na pewne rzeczy, oczywiście w granicach zdrowego rozsądku, zakładając, że dziecko jest dzieckiem. Ja natomiast chciałam mieć laleczkę. I córka  rzeczywiście była bardzo grzeczna, ale w końcu gdzieś musiała dać upust swojej energii.

Apeluje pani w książce, żeby wychowywać dzieci do szczęścia. A nie do sukcesu?Gdybyśmy sukces rozumieli jako spokój sumienia i udane życie emocjonalne oraz rozwój zawodowy zgodny z predyspozycjami to tak. Ale dla wielu ludzi sukces to pieniądze i kariera.

A także wykształcenie, najlepiej dyplom z kilku fakultetów. To prawda, jest wielka presja na młodych ludzi, żeby za wszelką cenę kończyli studia. Pytam: po co? Czy nie można propagować teorii, że człowiek może być szczęśliwy również po zawodówce? Dlaczego męczyć te dzieci, które nie mają zdolności, stresować, mówić że wykształcenie jest tak ważne, co rodzi potem frustracje, bo oni spodziewają się, że jak w końcu zdobędą te dyplomy to będą pracować w wyuczonym zawodzie.

Wykształcenie jest ważne, ale w tym sensie, że poszerza horyzonty, pokazuje inny styl życia, ale niczego nie gwarantuje. Jeżeli już coś może gwarantować sukces, to pasja. Ja zawsze mówiłam córkom: Możecie kończyć co chcecie albo nic, ale starałam się zaszczepić im potrzebę czytania. I dziś młodsza córka jest moim przewodnikiem po tym, co się ukazuje na rynku. Studia łączą się z rozwojem światopoglądu, ale na litość, nie fundujmy dziecku oszustwa, że są wszystkim. Dlaczego nie mówimy mu, że ma być szczęśliwe? Dlaczego rozprawiamy o sukcesie, karierze, jak można po prostu o szczęściu? Niech sobie zaliczy matematykę na trójkę, ale jeżeli fantastycznie pisze, rysuje czy majsterkuje - niech to robi. Ważne, żeby wiedziało, że chcemy, aby było szczęśliwe.

Rodzice zaprotestują: Ależ chcemy! Może chcemy, ale według własnego wzorca, czy panującego stereotypu społecznego. Tymczasem dziecko jest przekonane, że zależy nam głównie na ocenach, że to my znamy przepis na jego życie, że wiemy, co jest dla niego dobre. Przyszła do mnie pewna pani doktor zrozpaczona, że syn zamiast na SGH idzie do szkoły oficerskiej. I wielki dramat w rodzinie. A może on chciał sprawdzić: A będziecie mnie kochać w mundurze? Powiecie w towarzystwie, że jestem w szkole oficerskiej? Musimy zweryfikować swoją hierarchię wartości, zadać sobie pytanie: po co żyjemy. Dopóki tego nie zrobimy, dopóty nie możemy być ani szczęśliwymi ludźmi ani tym bardziej - dobrymi rodzicami.

Iwona Majewska – Opiełka jest psycholożką, konsultantką, trenerką liderów, doradczynią rozwoju osobistego, autorką książek, m.in.: „Czas kobiet”, „Sprzedaż i charakter”, „Korepetycje z sukcesu” (REBIS), „Sukces firmy” (GWP)

  1. Psychologia

Jak uczyć dziecko mądrej asertywności?

Wielu rodzicom wydaje się, że asertywność oznacza przebojowość, która pozwoli dziecku wygrywać w rywalizacji, a tymczasem badania pokazują, że rywalizacja to często ślepa uliczka. (Fot. iStock)
Wielu rodzicom wydaje się, że asertywność oznacza przebojowość, która pozwoli dziecku wygrywać w rywalizacji, a tymczasem badania pokazują, że rywalizacja to często ślepa uliczka. (Fot. iStock)
Trzeba dać dzieciom szansę samodzielnego rozwiązywania problemów. Ale należy też podpowiadać, że dzielenie się zabawką – chociaż przez chwilę boli – daje radość – mówi psycholożka Dorota Wiśniewska - Juszczak.

Czy dostrzega pani dzisiaj większe zainteresowanie rodziców uczeniem swoich dzieci obrony przed brutalnością świata? Rzeczywiście widzę taką potrzebę wśród wielu rodziców, zwłaszcza potrzebę wychowania dziecka do bycia niezależnym, chyba też do kreowania dziecka na kogoś wyjątkowego. Myślę, że to nie jest tylko znak naszych czasów, choć  wydaje mi się, że teraz ta potrzeba jest przez rodziców silniej manifestowana.

Dlaczego? Z prostego powodu – bo niemal codziennie wchodzimy w kontakty rywalizacyjne, bo walczymy o dobra, których jest mało i musimy wykazywać, że jesteśmy lepsi niż inni.

Mamy wobec dzieci sprzeczne oczekiwania: Chcemy, aby umiały mówić „nie”, a z drugiej strony – podporządkowały się nam bez szemrania. Myślę, że czasem rodzice chcą, żeby dziecko było asertywne wobec innych, a nie wobec nich. Tym samym tłumią zdrową asertywność. I to jest paradoks: pragną nauczyć dziecka czegoś, co w rzeczywistości niszczą. Może to wynikać z opacznego rozumienia asertywności. Mam wrażenie, że jest duża moda na asertywność, ale i duże niezrozumienie, czym tak naprawdę ta asertywność jest.

A czym jest? Asertywność często kojarzy się z agresją i z takim mówieniem „nie”, bo nie. Tymczasem jest to rzeczywiście umiejętność mówienia „nie”, ale  uwzględniająca dobro innych. To ochrona własnego ja, ale z poczuciem, że swoją postawą nikogo nie krzywdzę. Mam wrażenie, że wiele ludzi zapomina, że może swoim „nie” zranić innych. Nie ma takiego pojęcia jak empatyczna asertywność, ale dobrze jest włączyć do asertywności emocjonalne zrozumienie racji innych.

Jak rozstrzygnęłaby pani odwieczny dylemat rodziców dziecka, któremu inne dziecko zabiera łopatkę? Zagrzewać poszkodowanego malca do walki o swoje, czy uczyć dzielenia się z innymi tym, co ma? To są rzeczywiście poważne dylematy: Czy pozwolić, żeby zabrano dziecku zabawkę i żeby z tego powodu poczuło się skrzywdzone, czy podkreślać, że trzeba się dzielić, czy – wprost przeciwnie - kształcić postawę obrony swego, uczyć stawiania granic. Obserwowałam w piaskownicy rodziców, którzy mieli podobny problem i często rozstrzygali go na korzyść granic, obrony swego. A ja myślę, że trzeba z tym bardzo uważać, bo jeżeli często mówimy dziecku: „nie dawaj się, broń własnej zabawki, to jest tylko twoje”, czyli gdy uczymy wyznaczania ostrych granic, to możemy wykształcić w nim postawę egoistyczną. W piaskownicy trzeba dać dzieciom szansę samodzielnego rozwiązania problemu. Ale można i trzeba też podpowiadać, że dzielenie się zabawką – chociaż przez chwilę boli – daje radość.

Nie możemy jednak zapominać o tym, z jakimi dziećmi mamy do czynienia – przebojowymi czy wrażliwcami. Pierwsze należy powstrzymywać, drugie zachęcać do odwagi? Myślę, że to podstawa – znać swoje dziecko. Rodzimy się z określonym typem osobowości czy raczej temperamentu, który jest silnie  uwarunkowany biologicznie. Mamy zatem możliwość obserwowania najczęstszych typów spontanicznego reagowania naszego dziecka na różne sytuacje. Dlatego, kiedy  nasza pociecha bawi się z innymi dziećmi w piaskownicy, uważnie obserwujący dziecko rodzic rozpoznaje, czy jego syn lub córeczka jest typem wrażliwca, przeżywającym, gdy ktoś mu coś zabiera i jednocześnie wtedy się wycofuje, czy ekspansywnym bojownikiem. Ale zachęcanie wrażliwca do bycia walecznym tak naprawdę niewiele przyniesie, bo takie dziecko musiałoby robić coś wbrew sobie. My nie zdajemy sobie sprawy z tego, że dziecko, tak, jak  dorosły, może czuć się czasem bezradne, bo z jednej strony słyszy głos, który jest dla niego absolutnym autorytetem: „nie pozwól Jasiowi, żeby zabierał ci twoją zabawkę”, a z drugiej wcale nie ma ochoty walczyć z Jasiem. Przeciwnie – ono chętnie by uciekło z tej piaskownicy, schowało za mamę i się rozpłakało.

Jak takim dzieciom pomóc? Trzeba dać im czas. Rozmawiać, opowiadać, czytać książki, które pokazują bohaterów umiejących stawiać granice. Znajomość psychologicznych aspektów rozwoju dziecka jest, owszem, bardzo pomocna, ale w gruncie rzeczy najlepsza jest wnikliwa obserwacja naszych dzieci i niedoceniana matczyna czy ojcowska intuicja. Jeżeli czuję, że moje dziecko może swoim zachowaniem skrzywdzić inne dziecko, to ja absolutnie zabraniam mu takiego zachowania, mówię zdecydowanie, że to jest niedopuszczalne i koniec. Gdy na przykład dziecko bije po głowie łopatką inne dziecko, czy sypie mu piaskiem w oczy, wkraczam do akcji. W takiej sytuacji nie czekam, aż dzieci same rozwiążą problem.

Dziecko nauczy się stawiania granic innym wtedy, gdy my będziemy stawiać mu wyraźne granice? Kiedy dziecko zauważy, że stawiane mu granice są bardzo wyraźne, zrozumie też, do którego miejsca może pozwolić sobie ze swoją ekspansywnością i niezależnością. Dla dziecka niezwykle ważna jest konsekwencja. Kiedy jej  brakuje, czuje się zagubione, bo nie wie, jak ma reagować na świat. To rodzice swoją konsekwencją wyznaczają mu drogę.

Wiedzą lepiej, co jest dla niego dobre? Na treningach biznesowych ukuliśmy pojęcie mądrej empatii, które można zastosować i w wychowaniu: Umiem wejść w emocje dziecka, zrozumieć jego zły nastrój, chęć posiadania cudzej zabawki, ale jednocześnie – zwłaszcza w okresie wczesnodziecięcym - mam poczucie, że wiem lepiej, co jest dla niego dobre, lepsze. I nie zawsze dobre jest to, czego ono akurat chce. To w gruncie rzeczy kluczowy element w wychowaniu. Mądra empatia to nie jest moralizowanie, mówienie: „robię to dla twojego dobra”, ale wczucie się w sytuację dziecka i pokierowanie nim tak, by mogło osiągać swoje cele, nie raniąc innych.

Idźmy z tej piaskownicy do szkoły. Dziecko, które nie umie się bronić, staje się w szkole obiektem agresji. Dzieci w tym wieku porównują się z rówieśnikami. Porównują się oczywiście częściej z tym lepszymi, cokolwiek to znaczy: silniejszymi, lepiej grającymi w piłkę, prymusami. I na tym etapie takie dzieci im imponują. Porównywanie się do innych to ważny element kształtowania własnego ja. Może się narażę, ale uważam, że na tym etapie ważne jest też posiadanie odrobiny konformizmu, często potrzebnego w życiu społecznym. Nie jest dobrze być wiecznym buntownikiem czy outsiderem. Ale jednocześnie trzeba uczyć dzieci, że mają prawo być sobą.

Jak to robić w praktyce? Podkreślać wyjątkową cechę dziecka, coś, co je wyróżnia. Nie radzi sobie na boisku szkolnym? Ale za to pięknie gra albo tańczy. Wzmacnianie mocnych stron dziecka daje mu atuty, które mogą obronić go przed agresorami. Pomyśli: „No rzeczywiście nie gram świetnie w piłkę, ale jestem dobry z matematyki”. I co ważne – podkreślanie wyjątkowych cech nie służy tylko podniesieniu samooceny i obronie, ale także współpracy, ponieważ tym, co mam wyjątkowego mogę wzbogacić kolegę, a on może mnie nauczyć czegoś, czego ja nie umiem. Mądre wzmacnianie atutów dziecka to jest tak naprawdę zachęcanie go do kooperacji.

Rodzicom chodzi chyba o coś zupełnie innego, kiedy mówią o asertywności. Bo wielu rodzicom wydaje się, że asertywność oznacza przebojowość, która pozwoli dziecku wygrywać w rywalizacji, a tymczasem badania pokazują, że rywalizacja to często ślepa uliczka. Dzieci, które rywalizują, są bowiem skoncentrowane na wyniku, nie zwracają uwagi na relacje z innymi, nie próbują podejść do problemu twórczo, bo to wynik jest najważniejszy. A poza tym, i to jest już niebezpieczne, postawa rywalizacyjna w szkole kreuje taką postawę wobec życia. Skoro ja rywalizuję, to otoczenie też ze mną konkuruje. A skoro wszyscy ze wszystkimi rywalizują, to nie ma za bardzo komu ufać, bo wszyscy są nastawieni wyłącznie na sukces, własny cel i nie ma miejsca na współpracę. Dziecko ma poczucie, że świat jest zły, wrogi. Wiemy, do czego prowadzi takie przekonanie – do wyobcowania. Owszem, dziecko może osiągnąć sukces, gdy natomiast poniesie porażkę, nie będzie nikogo, kto da mu wsparcie, bo gdzieś po drodze zgubiło przyjaźnie.

Jest takie powiedzenie: Najlepszą bronią jest atak. Jak nauczyć, że może być inaczej – że można bronić się nieagresywnie? Dobrym narzędziem jest tu chyba poczucie humoru. Bardzo dobrym. Ale poczucie humoru to drażliwy temat, bo nie znam osoby, która na pytanie, czy ma poczucie humoru, odpowiedziałaby przecząco. Jesteśmy przekonani, że mamy umiejętność śmiania się z siebie, ale jednocześnie uważamy, że inni jej nie mają. Poczucie humoru na własny temat jest bardzo silnie związane z poczuciem własnej wartości. Gdy mam wysoką samoocenę, to choć wiem, że może jestem kompletną łamagą na boisku, wiem też, że świetnie gram na skrzypcach. Mogę wtedy śmiać się z innymi z moich słabości. A śmiejąc się ze swoich słabych stron wytrącam broń z ręki agresorom. Walka jest skończona zanim do niej dojdzie. No bo ktoś rzuca argument, który ma mnie urazić, a czasem nawet jest prowokacją, a ja potrafię tak go odebrać, że atakujący czuje się zdezorientowany. W taki sposób reagują jednak ludzie o dużym poczuciu  własnej wartości.

O czym jeszcze powinniśmy pamiętać ucząc asertywności? Nam się wydaje, że asertywność polega tylko na umiejętności odmowy, reagowania na niesłuszną  krytykę, a tymczasem to jest też umiejętność przyjmowania pochwał.

Sami na ogół zaprzeczamy pochwałom. Tak, to bardzo polskie. Jeżeli mówimy komuś komplement to oczekujemy, że ten ktoś zaprzeczy albo skromnie powie: „nie, skądże, wcale nie jestem dobry”. Kształtujemy w dziecku wysoką samoocenę, a jednocześnie chcemy, żeby było fałszywie skromne. To niespójne. Dlatego uczmy dziecko, żeby, kiedy ktoś je wyśmiewa, samo się z tego śmiało, kiedy ktoś je niezasłużenie krytykuje, mówiło: „nie zgadzam się z tobą”. Ale z kolei, jak będą go chwalić, umiało powiedzieć: „tak, rzeczywiście dobrze mi to wychodzi.” I sami tak postępujmy. Bo to najskuteczniejsza forma nauki.