1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Rezyliencja - nasza wewnętrzna siła. Dlaczego warto nad nią pracować?

Rezyliencja - nasza wewnętrzna siła. Dlaczego warto nad nią pracować?

Wszystkim zdarzają się trudne sytuacje, ale to od nas zależy co z nimi zrobimy. czy powiemy: „Miałam beznadziejny dzień”, czy po prostu: „za dużo dziś się działo. Jutro będzie spokojniej”. (Fot. iStock)
Wszystkim zdarzają się trudne sytuacje, ale to od nas zależy co z nimi zrobimy. czy powiemy: „Miałam beznadziejny dzień”, czy po prostu: „za dużo dziś się działo. Jutro będzie spokojniej”. (Fot. iStock)
Rezyliencja to w skrócie elastyczność. Jeśli mamy ją silnie rozbudowaną, świetnie radzimy sobie z przeciwnościami, umiemy podnosić się z upadków i przekuwać porażki w sukcesy. No i lepiej realizujemy swój potencjał. Jeśli nie… Cóż, od dziś możemy zacząć ją budować. Jak? Rozwijając swoje tzw. zasoby mentalne

Jeśli mamy silnie rozbudowaną rezyliencję, świetnie radzimy sobie z przeciwnościami, umiemy podnosić się z upadków i przekuwać porażki w sukcesy. No i lepiej realizujemy swój potencjał. Jeśli nie… Cóż, od dziś możemy zacząć ją budować. Jak? Rozwijając swoje tzw. zasoby mentalne

Rezyliencja - co to jest? 

Czy to kolejny anglicyzm sprzedający nam pod nową nazwą coś dobrze znanego, czyli siłę ducha, inaczej: odporność psychiczną? Nie, to coś znacznie więcej. Rezyliencja oznacza nie tylko umiejętność radzenia sobie z przeciwnościami i stawiania czoła wyzwaniom na naszej drodze życiowej, ale też wykorzystywanie pojawiających się możliwości i szybkie odzyskiwanie sił po trudnych doświadczeniach. To gwarancja życia w poczuciu dobrostanu, wewnętrznego spokoju i harmonii z samym sobą i innymi. Rezyliencja jest naszą wewnętrzną siłą, którą możemy stale wzmacniać. Pokazują to w książce „Rezyliencja. Jak ukształtować fundament spokoju, siły i szczęścia”  neuropsycholog dr Rick Hanson i Forrest Hanson (wyd. GWP). 

Trzy potrzeby: spokój, radość, bliskość

Zacznijmy od tego, że każdy z nas ma wdrukowane w struktury mózgu trzy podstawowe potrzeby. Pierwsza to potrzeba bezpieczeństwa, którą zawiaduje najstarsza, gadzia część mózgu, i której celem jest nasze przetrwanie. Ta potrzeba sprawia, że mózg jest wyczulony na to, co może być groźne, a pomija to, co miłe, dobre i radosne. Kolejna jest potrzeba satysfakcji, w której znajdziemy pragnienia i głód, ale także poczucie, że wystarczy nam to, co mamy. To także system dążenia do przyjemności i osiągania celów. Trzecia to potrzeba więzi – związana z poczuciem przynależności, własnej wartości, ale też serdeczności, empatii, troski. 

Jednak to, czy te potrzeby są zaspokojone, wcale nie zależy od tego, co przydarza się nam w rzeczywistości. Mózg nastawiony jest bowiem na dostrzeganie zagrożeń i zapamiętywanie negatywnych doświadczeń. Wciąż trzyma nas w pogotowiu, budząc głębokie, mentalne poczucie niepokoju, niespełnienia i izolacji. Jeśli do tej biologicznej predyspozycji dołożymy wychowanie, przekaz medialny oraz ludzi wokoło, to niezależnie od tego, jak żyjemy, nasze poczucie dobrostanu może być zachwiane. 

Dlatego Anna Andrzejewska, nauczycielka Treningu Pozytywnej Neuroplastyczności wg Ricka Hansona, swoich klientów pyta najpierw, jak oceniają własne życie. Po to, aby określić, jakiego zasobu mentalnego potrzebują. – Jeśli przyznają, że często odczuwają niepokój, czują się przytłoczeni problemami i są drażliwi – to istnieją podstawy, aby założyć, że ich deficyty związane są z potrzebą bezpieczeństwa – tłumaczy. Gdy zaś przyznają, że bywają niezadowoleni, mają wrażenie ciągłego niedostatku, poczucie, że brak im pieniędzy, rzeczy, sukcesów; jeśli ciągle dokucza im poczucie straty; jeśli są przekonani, że gdy inni odnoszą sukces lub wzbogacają się, to jakby zostali przez nich okradzeni, bo wtedy dla nich mniej tych dóbr zostaje – możemy założyć, że niezaspokojona jest ich potrzeba satysfakcji. Kiedy zaś często czują zazdrość i wyobcowanie,  brakuje im poczucia, że kochają i są kochani, gdy nie umieją być serdeczni, ale także przyjmować serdeczności od innych, a zamiast tego odczuwają niechęć i podejrzliwość – to zapewne nie jest zaspokojona potrzeba więzi. Także więzi z samym sobą.

Co wtedy? Antidotum na te deficyty jest częste skupianie uwagi na małych, codziennych doświadczeniach związanych z zaspokajaniem tych właśnie potrzeb. A więc spokoju, radości i bliskości. – Ale samo doświadczanie nie wystarczy. Cały figiel polega na tym, aby te dobre dla nas doświadczenia zainstalować w strukturach mózgu – mówi ekspertka. – Metoda Hansona pozwala przekroczyć negatywną tendencję i sprawić, by to, co chwilowe, zostawiło fizyczny ślad w obwodach naszego mózgu. 

Na przykład jeśli brak nam poczucia bezpieczeństwa, to gdy w ciągu dnia poczujemy się uspokojeni (np. owinięci kocem z kubkiem gorącej herbaty i książką w swoim pokoju), zatrzymajmy się na tym doświadczeniu. Zauważmy, co dzieje się w nas, kiedy czujemy się bezpieczni. Poczujmy to w ciele. Może rozluźniły się mięśnie ramion, może szczęki nie są już tak zaciśnięte, a może łatwiej się nam oddycha? Żołądek przestał uciskać? – Neurony, które aktywują się w każdym naszym doświadczaniu, łączą się ze sobą. A jeśli damy im czas, a więc gdy zatrzymamy się na tym, co odczuwamy w ciele, na 20 sekund, czyli na około sześć oddechów, to zaczną łączyć się na trwałe, wpisując w naszą świadomość to pozytywne doświadczenie – wyjaśnia Anna Andrzejewska. 

Aby tak się stało, potrzebne są jeszcze dwa warunki. Pierwszy: trzeba się z tego, co czujemy, ucieszyć, bo wówczas dopamina spowoduje, że ten stan zostanie zapisany jako pożądany, i pojawi się chęć, by go doświadczać więcej. Drugi: trzeba to powtórzyć. Mózg uczy się na powtórzeniach. Jeśli sześć razy dziennie damy sobie małe pozytywne przeżycia, po trzech tygodniach poczujemy wyraźną ulgę…

Mózg oszust!

Ćwiczenia, których celem jest zwiększenia poczucia bezpieczeństwa, mogą budzić obawy. Bo gdy odczuwamy wysoki poziom lęku, boimy się spokoju. Mózg, skupiony na tym, by trzymać nas w napięciu, włącza wtedy alarm: „Możesz nie dostrzec zagrożeń!”. Tymczasem spokojni, wcale nie przestajemy zwracać uwagi na rzeczywistość. Odwrotnie, jesteśmy wtedy bardziej świadomi tego, co dzieje się dokoła. 

Rick Hanson na opisanie stanu ciągłego napięcia wprowadził zwrot „strefa czerwona”. Stan, kiedy odczuwamy, że generalnie jest wszystko w porządku z nami i światem – określa jako „strefę zieloną”. Kiedy jesteś w niej, masz wewnętrzne poczucie spokoju, a wówczas możesz być jednocześnie spokojny i czujny. Widzieć rzeczywistość taką, jaka jest, a nie taką, jaką wyświetla negatywna skłonność mózgu. – Poza tym w momencie prawdziwego zagrożenia automatyczne mechanizmy uruchomią się. Nie ma innej możliwości – mówi ekspertka. – Ale oczekiwanie na katastrofę tylko zakłóca radość i obniża jakość życia.  

Wielu osobom skupienie na drobnych doświadczeniach może wydać się trywialne. – Ja także myślałam, że człowieczeństwo wykuwa się jedynie w cierpieniu – opowiada Anna Andrzejewska.  – A tu dowiaduję się, że mój dobrostan może ukształtować ta chwila, kiedy jest mi miło, kiedy rozmawiam z przyjaciółką w letni wieczór na tarasie. 

O jakość życia musimy zadbać sami, bo nasz mózg myśli przede wszystkim o bezpieczeństwie. Trzeba więc, krok po kroku, zbudować takie zasoby, które przyniosą nam dobrostan. Nawet nie zmieniając stylu życia, a jedynie wzmacniając to, co Hanson nazywa 12 wewnętrznymi zasobami mentalnymi. Są wśród nich m.in. odwaga, szczodrość czy siła charakteru. – Trening neuroplastyczności mózgu jest jak kurs kroju i szycia – dodaje Anna Andrzejewska – bo w zależności od tego, co jest nam potrzebne na tym etapie życia, związku czy z powodu wyzwań, z którymi się mierzymy, możemy dobrać praktykę. Bez względu na obecny stan, jesteśmy w stanie zrobić coś, co pomoże go polepszyć.

Jeśli na przykład wiemy, że nasza potrzeba satysfakcji świeci na czerwono, skupmy się na czterech z 12 zasobów mentalnych, które wspierają tę potrzebę, i zacznijmy je rozwijać zgodnie z metodami Hansona. Te zasoby to: uważność (jej wzmocnienie pomaga zapewnić sobie to, czego potrzebujemy, dzięki oddzieleniu rzeczywistości od iluzji), wdzięczność (wspiera poczucie wewnętrznego dostatku, co ułatwia osiąganie tego, na czym nam zależy), motywacja (pomaga kierować myśli i działania tak, aby dodawały nam sił), aspiracja (dzięki niej to, jak odnosimy się do innych i do świata, zacznie być dla nas źródłem siły).  

Weźmy taką wdzięczność. Jeśli chcemy ją praktykować i zbudować obwody odpowiedzialne za ten zasób, nie wystarczy, że wymienimy to, co mamy. Nawet jeśli mamy wiele: mieszkanie, partnera, dzieci, auto, oszczędności… Nie wystarczy myślenie, potrzebne jest uczucie wdzięczności. Powiedzmy, że mamy kolekcję zegarków. To jest fakt. Ale ten fakt trzeba zamienić na doświadczenie, zastanowić się: co dzieje się w moim ciele, kiedy o tej kolekcji myślę? Jakie emocje czuję? I zostać z tym na sześć oddechów. Jeśli będziemy powtarzać to przeżycie, wzbogaci ono nasz wewnętrzny zasób. – W naszym wnętrzu pojawi się zadowolenie, poczucie satysfakcji na głębokim poziomie. Dlatego im silniejszy jest w nas ten zasób, tym mniej potrzebujemy dostawać go z zewnątrz – mówi Andrzejewska. – Mniej jedzenia, używek, wyrazów uznania, pieniędzy... Paradoksalnie mamy wówczas więcej chęci do osiągania ważnych dla nas celów. Bo uczucie satysfakcji jest motywujące. 

Czasem deszcz

– Nie wszystkie doświadczenia muszą być miłe – zaznacza trenerka. – Kiedy pracujemy nad zasobem takim jak odwaga – musimy wyjść poza sferę komfortu. I zrobić coś, co nie musi być przyjemne, ale jest korzystne. Na przykład zabrać głos na zebraniu, mimo że boimy się publicznych wystąpień. Ujawnić swoje uczucia, choć to dla nas bardzo trudne. 

Pamiętajmy też o tym, że im większe wyzwania na zewnątrz, tym więcej zasobów potrzebujemy. Masz chorego w domu, trudną sytuację finansową i jeszcze dziecko zdające maturę? Mówisz: „Nie mam teraz czasu na praktykę!”. Właśnie teraz powinieneś go znaleźć. – Możesz iść do apteki, zaniepokojony stanem bliskiej osoby, ale ucieszyć się na widok kwiatów na kwietniku czy wystawić twarz do słońca na pół minuty. W trudnym czasie szczególnie ważne jest, by zasilać swoje zasoby, by się regenerować, choć na chwilę, każdego dnia – podkreśla Anna Andrzejewska. 

Rick Hanson zaczyna swoją książkę od siły mentalnej, którą jest współczucie. Widzi w niej nie tylko przestrzeń do dostrzeżenia innych, ale także siebie. – Jedyny warunek wymagany w wypadku pracy nad sobą, to stanąć po swojej stronie – mówi ekspertka. – To wcale nie znaczy, by być przeciw innym. Po prostu życzyć sobie samemu dobrze. Stanąć za sobą, zostać swoim przyjacielem. 

Zdaniem trenerki Rick Hanson uczy tego, co sam urzeczywistnia. – Jest człowiekiem emanującym spokojem, ale też zadowoleniem i poczuciem humoru – mówi. – Jest również niezwykle szczodry, zależy mu na propagowaniu wiedzy. Kiedy napisałyśmy do niego z prośbą o przygotowanie kilkuzdaniowego przekazu dla uczestników Treningu w Polsce, przysłał trzyminutowe nagranie, które można obejrzeć na naszej stronie. 

Wszystkim nam zdarzają się trudne sytuacje, ale to od nas zależy, co z nimi zrobimy. Czy powiemy: „miałam beznadziejny dzień”, czy po prostu: „za dużo dziś się działo, jutro będzie spokojniej”. – Dzięki Rickowi Hansonowi zrozumiałam, że największy wpływ mam na siebie w przyszłości. Na przeszłość już nie – puentuje Anna Andrzejewska.  

Anna Andrzejewska certyfikowana nauczycielka Treningu Pozytywnej Neuroplastyczności wg Ricka Hansona, www.neuro-integracja.com.pl

Jak wzmacniać swoją rezyliencję
  • Przyłapuj się na pozytywnych doświadczeniach, jakie uda ci się przeżyć każdego dnia, i staraj się w nich pobyć, poczuć je w ciele. 
  • Jest 12  zasobów mentalnych: współczucie, uważność, uczenie się,  siła charakteru, wdzięczność, wiara w siebie, spokój, motywacja, intymność, odwaga dążenia (cele i marzenia), szczodrość. Wybierz jeden, który chcesz najbardziej wzmacniać. Przynajmniej trzy razy dziennie doświadczaj go i uciesz się tym.
  • Każdego dnia, np. rano i wieczorem, postaraj się poczuć, że: zasadniczo jesteś bezpieczny, zasadniczo jesteś zadowolony, zasadniczo jesteś w więzi z innymi osobami, że przynależysz. Może nie jest idealnie, ale zasadniczo jest w porządku.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy Polacy są gotowi na poliamorię?

Poliamoria i trójkąty znalazły się pośród dwunastu odcieni miłości, zaprezentowanych w X edycji Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter „Z miłości do…”. Nie mogło ich zabraknąć, ponieważ to wyjątkowe uczucie ma nie tylko monogamiczne oblicze. Ilustracje do kalendarza zrobił Andrzej Pągowski.
Poliamoria i trójkąty znalazły się pośród dwunastu odcieni miłości, zaprezentowanych w X edycji Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter „Z miłości do…”. Nie mogło ich zabraknąć, ponieważ to wyjątkowe uczucie ma nie tylko monogamiczne oblicze. Ilustracje do kalendarza zrobił Andrzej Pągowski.
Czy można kochać więcej niż jedną osobę naraz? Jak postrzegamy poliamorię w naszym kręgu kulturowym? Czy akceptujemy wielomiłość? Agencja badawcza Biostat przeprowadziła ogólnopolskie badanie, w którym sprawdziła, co o takich relacjach sądzą Polacy.

Czym jest poliamoria?

Poliamoria, nazywana inaczej wielomiłością, oznacza relację uczuciową z więcej niż jedną osobą w tym samym czasie. Co ważne, wszystkie strony zaangażowane w taki związek są go świadome i zgadzają się na niego.

Czy Polacy są otwarci na wielomiłość?

Z badania wynika, że Polacy stawiają raczej na monogamiczne związki. Blisko 75 proc. respondentów nie byłoby skłonnych do bycia w jednoczesnej relacji z więcej niż jednym partnerem/partnerką, z czego przekonanym o tym było prawie 57 proc. ankietowanych. Tylko nieco ponad 11 proc. uczestników badania zadeklarowało, że mogłoby nawiązać taką relację.

Co więcej, pytani źle oceniają wielomiłość. Najwięcej respondentów stwierdziło, że trójkąt miłosny to niemoralny związek, który jest nie do zaakceptowania – 61 proc. Osoby najstarsze, należące do grupy wiekowej 55+, zdecydowanie częściej niż pozostali wskazywały właśnie na tę odpowiedź – aż 80 proc. Ponad połowa badanych (53 proc.) uważała, że uczestniczenie w trójkącie miłosnym jest upokarzające. Znacznie rzadziej zgadzano się z tym, że zaangażowanie w taką relację jest – lub może być – bardzo ciekawym doświadczeniem (blisko 27 proc.).

- Wprawdzie poliamoria nie mieści się w naszych kulturowych schematach, jednak najważniejsze jest to, że ludzie, którzy w takiej wspólnocie żyją, mają poczucie, że to im służy, że się rozwijają i że są dzięki temu szczęśliwsi. W relacjach poliamorycznych motorem i celem nie jest seks i perwersja, lecz miłość. Skoro jeden człowiek może dawać tak dużo, to ile może dać cała grupa zaprzyjaźnionych ludzi. - mówi Katarzyna Miller, w X edycji Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter „Z miłości do…”

Młodzi bardziej liberalni?

Z tym, że uczestniczenie w trójkącie miłosnym jest upokarzające, częściej zgadzają się respondenci ze starszych grup wiekowych: 35-44, 45-54 oraz 55+. Bardziej liberalne w tej kwestii były osoby z najmłodszej grupy wiekowej 18-24 lata, ponieważ blisko 40 proc. nie zgadzało się ze stwierdzeniem o niemoralności tego rodzaju relacji pomiędzy partnerami. Respondenci z tej grupy także najczęściej wskazywali na odpowiedź, że uczestniczenie w trójkącie miłosnym jest – lub może być – bardzo ciekawym doświadczeniem (blisko 39 proc.).

- Związki trójkątne są naprawdę interesującym testem. I właściwie sprowadzają się do dyskusji, czy człowiek jest monogamiczny czy poliamoryczny. Nikt tego dylematu do tej pory nie rozwiązał. Generalnie myślę, że trójkąty są niesprawiedliwie skazane na społeczne i obyczajowe potępienie. Mogą być naprawdę wyrazem bardzo, bardzo głęboko przeżywanej miłości do każdej z osób. I zgody na jej wolność. – mówi Wojciech Eichelberger, w X edycji Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter „Z miłości do…”.

Co nas kręci w związku poliamorycznym?

Polacy, którzy byliby w stanie stworzyć związek poliamoryczny wskazywali, co motywowałoby ich do zaangażowania się w taką relację. Jak pokazują wyniki, głównym powodem byłaby chęć przeżycia ciekawej przygody – 59 proc. Z kolei 42 proc. badanych zrobiłoby to ze względu na trudność w dokonaniu wyboru jednego partnera. Dla 36 proc. respondentów związek poliamoryczny byłby sposobem na urozmaicenie życia i przełamanie rutyny. Polacy w takiej relacji widzą również możliwość dowartościowania siebie – 29 proc.

Dlaczego stawiamy na monogamię?

Badani, którzy nie byliby w stanie żyć w związku poliamorycznym, zostali zapytani o to, co demotywowałoby ich do relacji z więcej niż jedną osobą jednocześnie. Najwięcej respondentów zadeklarowało, że byłoby to niezgodne z ich wychowaniem – blisko 52. proc. Prawie 45 proc. Polaków obawiałoby się rozpadu związku, zaś 42 proc. miałoby trudności w obdarzeniu partnera zaufaniem. Nieznacznie mniej badanych wskazało na zazdrość – 41 proc. Pośród odpowiedzi pojawiły się również: niezgodność z wiarą – blisko 36 proc. czy brak możliwości założenia normalnej rodziny – prawie 36 proc. Polacy wskazywali także na brak akceptacji wśród najbliższego otoczenia jako czynnik demotywujący ich do zaangażowania się w związek poliamoryczny – 18 proc.

Jubileuszową, X edycję Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter można zobaczyć podczas wirtualnego spaceru: Kalendarz Artystyczny Gedeon Richter

  1. Psychologia

Jak rozwijać w dziecku miłość, wrażliwość i szacunek do przyrody?

Obowiązkiem dorosłych jest nauczyć dzieci korzystania z dobrodziejstw natury – czytamy w książce „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”. (Fot. iStock)
Obowiązkiem dorosłych jest nauczyć dzieci korzystania z dobrodziejstw natury – czytamy w książce „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”. (Fot. iStock)
Kiedyś w miastach straszyły wszechobecne tabliczki z napisem „Nie deptać trawników”. Obecnie coraz mniej dzieci ma w ogóle pomysł, żeby wejść na trawę. Jak zatem wykorzystać naturę jako sprzymierzeńca w procesie wychowawczym? Podpowiada pedagożka Ewa Nowak.

Jeśli twoje dziecko chodzi do przyzwoitej szkoły, prawdopodobnie ma sporą wiedzę z biologii, a nawet ekologii, ale natury nie zna i nie korzysta z niej wystarczająco. Nawet w wakacje rzadko wychodzi na dwór, a jeśli już, to ze wzrokiem utkwionym w ekran smartfona. Nastolatki dzieli dziś od przyrody przepaść i ten chroniczny brak kontaktu ma bezpośrednie przełożenie na częstość występowania krótkowzroczności, otyłości, niedoboru witaminy D, depresji, zaburzeń zachowania, alergii i uzależnień, w tym uzależnienia od Internetu. A to tylko kilka z problemów współczesnych dzieci...

Jak pisze Richard Louv w książce „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”, to obowiązkiem dorosłych jest nauczyć dzieci korzystania z dobrodziejstw natury, bo „rdzeniem tego ruchu są rodzice”. Nie ma sensu oglądanie się na szkołę. Trzeba najpierw zmienić zwyczaje u siebie. I nie chodzi o to, żeby rozmawiać z dziećmi o segregacji śmieci czy oszczędzaniu wody, bo to mają już we krwi. Ale czy zakręcają kran z przekonaniem, z myślą o żabie, sikorce albo ślimaku, którego spotkali w lesie?

W poszukiwaniu witaminy N

Według statystyk w Stanach Zjednoczonych na leki antydepresyjne dla dzieci i młodzieży od 10 lat wydaje się rocznie więcej niż na witaminy i antybiotyki. Lekarze najróżniejszych specjalności zaczęli więc szukać wsparcia terapeutycznego w pozafarmaceutycznych rozwiązaniach. Kiedy czytałam książkę Richarda Louva, co chwila przed oczami wyskakiwały mi wspomnienia z dzieciństwa i czułam smutek, że dziś muszę pisać tekst uświadamiający w większości jeszcze wychowanym pod gołym niebem rodzicom, że krzywdzą fizycznie i psychicznie swoje dzieci. Bo tym jest właśnie zespół deficytu kontaktu z naturą.

Chcesz mieć zdrowe, wesołe, niezestresowane dziecko? To korzystaj z wakacji i wywieź je chociaż na trochę na łono natury. Kiedy poczuje, ile daje mu spacer na bosaka albo gapienie się na chmury, zrozumie, dlaczego naprawdę warto chronić zasoby naturalne. Bez tego rozmowa, jak powinniśmy wszyscy chronić lasy, jest pustosłowiem. Jak twierdzi światowej sławy specjalista od kąpieli leśnych dr Qing Li z Japonii: „Ostatecznie to więź naszych dzieci ze środowiskiem naturalnym zdecyduje o przyszłości. Jeżeli pozwolimy dzieciom wejść do lasu, wyrosną na ludzi, którzy go chronią”.

Obserwacja ptaków, włóczenie się po lesie, biegi na orientację, spacery w świetle księżyca, pływanie w jeziorze, kwiaty w domu, spacery bez względu na pogodę, łażenie po kałużach i zgoda na ubrudzenie się błotem – to zaledwie kilka z bardzo wielu propozycji zawartych w poradniku o witaminie N. Niestety wiem, że niejeden z moich dobrze wykształconych znajomych postuka się w głowę zwłaszcza na pomysł chodzenia na bosaka. „Czy ty, Ewka, nie słyszałaś o kleszczach?”. Żyjemy w kulturze lęku i skutecznie wychowujemy w niej nasze dzieci. One drżą ze strachu na samą myśl, co straszliwego im się przydarzy, jeśli zanurzą ręce w strumieniu. Wielu nastolatków brzydzi się piachu na plaży, a swędzenie po ukąszeniu komara jest doświadczeniem granicznym...

W czym może pomóc młodemu człowiekowi obserwacja ptaków? Piszą o tym autorzy książki „Ornitologia terapeutyczna”. Możemy z niej dowiedzieć się m.in., że to czynność, która pozwoli oderwać się od dotychczasowego środowiska, poszerzyć horyzonty, a co najważniejsze, wykorzystać i stymulować wszystkie zmysły. Obserwacja ptaków to rodzaj całościowej terapii. Już samo ptakoliczenie, które wiele dzieci robi naturalnie, odpręża, a obserwacja ptaków w trudnych warunkach – angażuje funkcje poznawcze.

Jeśli wciąż nie masz przekonania do tego, żeby przyspawane do smarfona dziecko zawlec do lasu, niech ci pomoże cytat z Hipokratesa: „Choroby nie pojawiają się w nas jak grom z jasnego nieba, lecz rozwijają się z popełnianych codziennie grzechów przeciwko naturze”. A do Hipokratesa dołóżmy jeszcze słowa Richarda Louva: „Pediatrzy ostrzegają, iż dzisiejsze dzieci mogą być pierwszym pokoleniem (od czasów drugiej wojny światowej) o niższej przewidywanej długości życia niż ich rodzice”.

Czuły ogrodnik

Gra na smartfonie to czynność „niezielona”, ale biwak pod namiotem – jak najbardziej tak. Intuicyjnie czujemy, które czynności są zielone, a które nie. I tak np. uprawianie ogrodu, o czym pisze Sue Stuart-Smith w książce „Kwitnący umysł”, jest połączeniem aktywności na świeżym powietrzu i aktywności, która pochłania nasz umysł. Czyli odstresowuje. Ogrodnictwo od dawna jest wykorzystywane do terapii, a jeśli dziś absolutnie nie kojarzy się z młodzieżą, to tylko dlatego, że nie wykształciła się na to moda. Bo przecież dzieci lubią grzebać w ziemi, podlewać rośliny i patrzeć, jak rosną. Nastolatki nie mają już z tego żadnej przyjemności, bo zaczynamy ich rozliczać z pracy do wykonania.

Może więc podaruj swojemu nastolatkowi skrzynkę na kwiaty albo dwie grządki i skalniak w przydomowym ogródku? A potem powstrzymaj się od dobrych rad na temat uprawy...

Przyrodnicze IQ

Howard Gardner, profesor pedagogiki na Uniwersytecie Harvarda, w ogłoszonej w latach 80. XX wieku teorii inteligencji wielorakiej pokazał, że nie istnieje jeden rodzaj inteligencji, ale aż siedem. A następnie dodał ósmy typ: inteligencja przyrodnicza. Czy twoje dziecko jest inteligentne przyrodniczo? Dzieci o inteligencji przyrodniczej:

  • Mają wyczulone zmysły.
  • Chętnie używają swoich zmysłów do analizy.
  • Lubią przebywać na świeżym powietrzu.
  • Łatwo dostrzegają prawidłowości i powtarzające się wzorce (podobieństwa, różnice, wyjątki).
  • Opiekują się zwierzętami i roślinami.
  • Lubią kolekcjonować okazy, robić dzienniki, zielniki, kosze skarbów.
  • Lubią książki i programy o zwierzętach.
  • Wykazują świadomość i troskę o zagrożone gatunki.
  • Łatwo przyswajają nazwy, systematykę i informacje na temat cech poszczególnych roślin i zwierząt.

Zielono w głowie

  • Richard Louv pisze, że dzieci, które mają częsty kontakt z naturą, są spokojniejsze. ADHD ulega wyciszeniu, nawet gdy tylko idą do szkoły przez park zamiast ulicą.
  • Dzieci, a potem nastolatki potrzebują silnych wrażeń. Jeśli nie wspinają się na drzewa, nie błądzą po lesie, nie bawią się nawet w chowanego – sięgają po to, co im wrażenia zapewni.
  • Żaden ekodom nie zaangażuje sensorycznie tak jak środowisko naturalne. Zapach, dotyk, wzrok, słuch, a nawet smak będą pracować na pełnych obrotach, gdy wpuścisz dziecko na łąkę, do ogrodu, do lasu, nad rzekę. Plac zabaw się nie liczy, bo to miejsce tak ustrukturalizowane, że mimo wielu dobrodziejstw rozwojowych nie zaspokaja kontaktu z naturą.
  • Miejskie nastolatki często nigdy w życiu nie taplały się w błocie, nie przesypywały piasku między palcami, nie zbierały kory, patyków, liści, nie leżały na mchu, gapiąc się w korony drzew. Kto pozwolił nam to odebrać młodym ludziom?
  • Nie wysyłaj dziecka na kolejny obóz językowo-komputerowy. Wyślij je do lasu na obóz survivalowy, na wycieczkę w jednych spodniach i bluzie. Będzie przestraszone, ale szybko mu to minie. Chodzi o to, żeby do spectrum możliwości, jak radzić sobie ze stresem, dziecko dodało punkt: przebywanie samemu wśród przyrody. Louv nazywa to dobrą samotnością. Wielu dorosłych w sytuacjach kryzysowych szuka kontaktu z naturą, bo pomaga im to w powrocie do równowagi. Tylko trzeba móc w dzieciństwie chociaż raz tego spróbować. A nikt poza rodzicem nie stworzy dziecku takiej szansy.
  • Zdrowie, terapia, odreagowanie stresu – wszystko to bardzo ważne, ale jest jeszcze taki prosty obszar życia jak przyjemność. „Młodzi ludzie mogą unikać okolicznej przyrody, ponieważ chroniczne oderwanie od niej sprawia, że nie doceniają płynącej z niej przyjemności” – pisze Florence Williams w książce „Natura leczy, czyli co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi, zdrowi i bardziej kreatywni”. Dajmy więc dzieciom szansę na odrobinę zielonej przyjemności.

Rodzicu, sprawdź się:

  • Czy twoje dziecko lubi las?
  • Jak reagujesz, kiedy wraca z dworu brudne, umazane ziemią, z zadrapaniami na kolanach? Kiedy ostatnio takie wróciło?
  • Kiedy twoje dziecko ostatnio leżało na mchu, gapiąc się w chmury? Widziałeś je kiedykolwiek podczas takiej aktywności? A ono ciebie widziało?
  • Czy uważasz, że kontakt z przyrodą ma moc terapeutyczną? Brak kontaktu z przyrodą rodzi choroby i cierpienie psychiczne? A może to bzdura? Jakie są twoje przekonania?
  • Co wydaje ci się najłatwiejsze, żeby pomóc twojemu dziecku odnaleźć drogę do kontaktu z naturą?
  • Pamiętaj, że to rodzice są odpowiedzialni za to, ile zielonych czynności wykonują codziennie ich dzieci.

Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży; najnowsza nosi tytuł „Orkan. Depresja”.