1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Lekcja spokoju w niespokojnych czasach

Lekcja spokoju w niespokojnych czasach

W trudnych chwilach wcale nie potrzebujemy zapewnień, że wszystko będzie dobrze. (Fot. iStock)
W trudnych chwilach wcale nie potrzebujemy zapewnień, że wszystko będzie dobrze. (Fot. iStock)
Jak twierdzi buddyjska mniszka Pema Chödrön, w trudnych chwilach wcale nie potrzebujemy zapewnień, że wszystko będzie dobrze. Bo co to znaczy „dobrze”? Przecież wszystko jest w ciągłym ruchu, nie pozwoli się pochwycić w siatkę twoich oczekiwań. A ty jesteś tu po to, by poznawać siebie w tym doświadczeniu – własne serce i umysł.

Niemal wszyscy wkładamy wiele wysiłku w to, by uniknąć nieprzyjemnych zdarzeń. Pema Chödrön w łagodny, acz stanowczy sposób pozbawia nas złudzeń: to marzenie nigdy się nie spełni. Dopiero, kiedy to pojmiemy, wkroczymy na prawdziwą duchową ścieżkę... „Dopóki nie zaczniemy zbliżać się do zrozumienia tej rzeczywistości, trudno nam będzie otworzyć się na pełnię życia” – czytamy w jej najnowszej książce „Twoje wspaniałe życie” (Wydawnictwo Zwierciadło). Jej zdaniem oświecenie, którego tak pragnie wielu poszukiwaczy czy tzw. adeptów duchowości, to nic innego jak „pełne poznanie tego, kim naprawdę jesteśmy”. Bo kiedy poznajemy siebie, poznajemy też innych – pochylamy się nad ich tęsknotami, lękami, ich bólem, pięknem, wściekłością... Poznajemy cały świat i przyjmujemy go takim, jaki jest. W tym sensie obecna sytuacja... jest dla nas szansą na oświecenie.

Pocałuj ropuchę

Zanim przyszła do mnie ta książka, sporo myślałam o tym, co tak naprawdę wiemy o nas samych. Jak w słynnym wierszu Wisławy Szymborskiej:
„Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”
Kiedy atakują nas sprawy tego świata, a my zaczynamy je interpretować; kiedy dzielimy się naszymi obserwacjami i wnioskami – można odnieść wrażenie, że jesteśmy ekspertami od wszystkiego. Tworzymy kolejne wersje zdarzeń, oceniamy, krytykujemy, udzielamy rad...

A gdyby tak wykorzystać tę sytuację, by stać się ekspertem od siebie? Od własnego systemu wierzeń, własnych emocji, możliwości i ograniczeń? Od tego, z czym chętnie wychodzimy do innych, i tego, co wolelibyśmy przed nimi ukryć? Od wszystkiego, co – mniej czy bardziej jawnie – wnosimy do świata: naszych talentów, emocji, działań?

Jacy zatem jesteśmy? Ponoć – zgodnie z naukami Buddy – dobrzy i kochający. Pema Chödrön mówi o naszej „podstawowej dobroci”. O tym, że chcemy nieść innym pomoc, dawać otuchę. Przyczynić się do złagodzenia strachu, złości, poczucia bezsensu. Tyle że często coś nas blokuje – wewnętrzny chaos, stare nawyki, lęki. Wolimy zamknąć serce, nie czuć, poszukać rozwiązań w umyśle. „Ucieczka przed cierpieniem – naszym i innych – nigdy nie działa” – twierdzi Chödrön. „Każdy chce się uwolnić od cierpienia, ale większość z nas robi to w sposób, który tylko pogarsza sytuację”. Kiedy odcinamy się od życia, od doświadczania, nasz świat się kurczy. Postrzegamy innych jako zagrożenie. „A kiedy wiele osób i całe narody przyjmują taką postawę, jej skutkiem jest globalny chaos, który przynosi mnóstwo cierpienia i konfliktów” – podsumowuje mniszka.

Czy zastanawiałeś się kiedyś, co motywuje nas do pomagania innym? Zdaniem Pemy Chödrön może to być poczucie obowiązku albo poczucie winy, idea bycia „dobrym”, jaką nam zaszczepiono, perspektywa nagrody, a nawet złość czy potrzeba kontroli. Kluczową motywacją jest podobno ucieczka przed własnym bólem. Nie musimy obwiniać się z tego powodu – to naturalny odruch. Dobrze jednak wiedzieć, że mechanizmy obronne nie pozwalają nam działać z tego najprawdziwszego, najczulszego, transformującego miejsca – z miejsca serca. Bo ostatecznie – jak mówi inna amerykańska nauczycielka, Gangaji – chodzi o otwarcie serca. W pierwszym rzędzie na siebie. Choć trudno się do tego przyznać czy nawet rozpoznać, jest w nas dużo nienawiści do samych siebie. Mamy sobie za złe nasze ludzkie słabości, egoizm. Walczymy z nim, projektując tę wojnę na zewnątrz. Tymczasem jedyna droga to „pocałować ropuchę”. Wejść w największy mrok, prześwietlić go światłem świadomości. Dla umysłu to przerażające, dla serca – naturalne. Bo serce – zapewnia Gangaji – może unieść wszystko.

Tak jak ja

A gdyby wszystkie problemy tego świata miały związek z polaryzacją? Z tym, że dzielimy ludzi, rzeczy, idee na silnie kontrastujące kategorie: „my” i „oni”, „dobry” i „zły”, „godny” i „niegodny”? Tak właśnie działają nasze umysły – tłumaczy Pema Chödrön. To uczucie opozycji (wewnątrz siebie, w stosunku do innych, do świata) sprawia, że nigdy nie jesteśmy do końca zadowoleni. Z siebie, z innych, z życia. Często odczuwamy to jako niechęć, która może przyjąć formę irytacji, gniewu, nienawiści... Możemy też uwikłać się w polaryzację, bardzo czegoś pragnąc, zabiegając o to. „Niezależnie od tego, czy jesteśmy za czy przeciw, naszym umysłom brakuje otwartości i spokoju” – pisze mniszka. I zwraca uwagę, że polaryzacja staje się szczególnie niebezpieczna, gdy poprzez krytykę, osądy zaczynamy odczłowieczać tych, z którymi się nie zgadzamy. Kiedy zapominamy, że tak jak my są ludźmi – z ich odmiennymi, może „dziwnymi” czy „ograniczonymi” poglądami i zachowaniami. Kiedy tworzymy bariery.

Oto praktyka – Chödrön nazywa ją „Tak jak ja”. Skupiasz się na wybranym człowieku i mówisz do siebie: „Tak jak ja, ta osoba nie chce czuć się nieswojo”, „Tak jak ja, ta osoba czasem coś traci”, „Tak jak ja, ta osoba nie chce być nielubiana”... Kiedy patrzysz na innych z tego miejsca, czujesz, że możesz pozostać z nimi w połączeniu – nawet jeśli dopuścili się okrutnych czynów i niechęć, odrzucenie wydawałyby się w pełni uzasadnione. Pema Chödrön wyznaje, że ma przyjaciela, który od 1985 roku przebywa w celi śmierci w Kalifornii. Nietrudno się domyślić, kim są jego sąsiedzi. Mimo to twierdzi: „Nigdy nie spotkałem nikogo, w kim nie zobaczyłbym podstawowej dobroci”.

Czy jesteśmy gotowi patrzeć w ten sposób? Czy raczej mamy dla każdego gotową etykietkę? Już w XIV wieku jogin Longchenpa zauważył coś bardzo znamiennego: etykietowanie rzeczy sprawia, że takie się stają. Pema Chödrön sprawdziła to na przykładzie kuchni klasztoru, którym zarządzała. Nie potrafiła pogodzić się z panują- cym w niej nieporządkiem. Uznała ją za brudną i tego się trzymała – zawsze znalazła coś, co było nie na miejscu. Nie pomagały nowe środki czystości ani wymiana personelu. Dopiero, kiedy zmieniła swoje myślenie o kuchni, kiedy zaczęła zwracać uwagę na to, jak projektuje na świat własną wersję rzeczywistości, sytuacja się zmieniła. Kuchnia była czysta! Cud czy obniżenie standardów? „Szczerze mówiąc, nie potrafię stwierdzić z całą pewnością, na ile w kuchni zapanował większy porządek, a na ile przestał mi przeszkadzać bałagan” – przyznaje. „Ale w pewnym sensie nie ma to znaczenia”. Czy nie podobnie jest z ludźmi? Skupiamy się na wybranej cesze ich osobowości, przyklejamy im etykietkę i zaczynamy w nią wierzyć. Zapominamy, że otaczająca nas rzeczywistość jest otwarta, płynna, że podlega ciągłym modyfikacjom...

Wyjdź z bańki

Czy zauważyłeś, że każdy z nas żyje w bańce – we własnej wersji rzeczywistości? Tę bańkę tworzy nasze ego, usiłujące zachować to, co znane. „Wszystko w naszej bańce jest dość przewidywalne i wydaje się mieć sens. Nawet jeśli przechodzimy przez trudny okres, na pewnym poziomie potrafimy utrzymać to wszystko razem” – tłumaczy Pema Chödrön. Czasem jednak jakieś nagłe zdarzenie sprawia, że bańka nie wytrzymuje ciśnienia. Pojawia się tzw. grom z jasnego nieba, skrzętnie podtrzymywana konstrukcja rozpada się, wkracza poczucie bezsensu. To ważny moment. Jak zapewnia nauczycielka, łączysz się wtedy z pewnego rodzaju mądrością, jesteś na drodze do prawdy. Odrzucasz etykiety i uprzedzenia. Zaczynasz doświadczać rzeczy takimi, jakimi są naprawdę. Uwalniasz się od iluzji.

Sęk w tym, że w sytuacji, kiedy świat, jaki znaliśmy, chwieje się posadach, zwykle próbujemy uchwycić się czegoś rozpaczliwie, odzyskać utracone status quo. Czyż nie jest to opis właśnie tego, co obecnie przeżywamy? Ego dostało prztyczka w nos i krzyczy „nie, nie zgadzam się!”. W końcu taka jego rola – stawiać opór. Odwołujemy się wtedy do różnych strategii, które pozwalają nam się znieczulić, odciąć od tego, co jest.

„Gdy dzieci potrzebują pocieszenia, zaczynają ssać kciuk” – mówi Chödrön. „Dorośli, kiedy sprawy stają się trudne, zazwyczaj znaj- dują odpowiednik ssania kciuka. Zatem pytanie, które należy sobie zadać, brzmi: Co jest moim kciukiem?”. No właśnie: co? Oglądanie seriali? Objadanie się? W co uciekasz? Masz do tego prawo, ale bądź ze sobą szczery, nazwij rzeczy po imieniu – zachęca nauczycielka. Zanim sięgniesz po pilota czy do lodówki, złóż dłonie i powiedz: „Przyjmuję schronienie w Netflixie”, „Moim schronieniem jest lodówka”. Albo: „Ukrywam się w tej kanapce z masłem orzechowym, którą zjem o drugiej w nocy”.

Co możemy wybrać zamiast seriali, masła orzechowego, udostępniania nowych, objawionych prawd w sieci, kompulsywnego mówienia...? Obecność. Zatrzymanie się, bez odpowiedzi i planów. Oswajanie uczucia ambiwalencji, uznanie własnego „nie wiem”, do- cenienie jego tajemnicy. „Zawsze, gdy jesteśmy gdzieś pomiędzy tu i tam, gdy coś się właśnie skończyło i czekamy, aż coś się rozpocznie, gdy kusi nas, by odwrócić uwagę lub poszukać drogi ucieczki, możemy zamiast tego pozwolić sobie na otwartość, ciekawość, niepewność, bezbronność” – sugeruje Pema Chödrön. To szansa na zanurzenie się w pustce. Na prawdę. Na zmianę.

Jestem kompletny

Otworzyć się na życie to otworzyć się na siebie. Jesteś w środku burzy emocjonalnej? Sprawdź, czy możesz zostać w tym, co niewygodne, pobyć z bezbronnością w sercu przez trzy sekundy – proponuje autorka „Twojego wspaniałego życia”. A następnym razem chwilę dłużej. I jeszcze trochę... Niewykluczone, że uczucie, które uznałeś za strach czy złość, przeżyte bezpośrednio, przekształci się, ukaże inne oblicze. Doświadczysz nieustannej zmienności rzeczy, rodzenia się i umierania. To może być bardzo wyzwalające. „Możemy powoli zwiększać naszą zdolność do rozszerzania, a nie ścieśniania, do puszczania, a nie kurczowego trzymania się” – podpowiada nauczycielka. I dodaje:
„Istnieje ogromne, nieograniczone bogactwo i zachwyt, którego moglibyśmy doświadczyć, gdybyśmy w pełni przyzwyczaili nasz układ nerwowy do otwartej, niepewnej rzeczywistości, w jakiej żyjemy”
Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, jacy jesteśmy wielcy: mamy zdolność pomieszczenia w sobie najtrudniejszych emocji. I możliwość zwiększania własnej pojemności. Siedząc w środku niewygodnych uczuć, możesz na przykład skupić się na przestrzeni twojego ciała – od czubka głowy aż po podeszwy stóp. Możesz poczuć, że to, z czym się zmagasz, objęte jest przez przestrzeń twojego pokoju, mieszkania, a nawet przez całą ogromną przestrzeń na zewnątrz. Kiedy czujesz, że się zamykasz, spinasz, gotów przeciwstawić się losowi, światu czy jakiejś części siebie – możesz też powiedzieć po prostu: „To doświadczenie jest kompletne takie, jakie jest”. Albo: „Jestem kompletny taki, jaki jestem”.

Tak, odkrywanie w sobie pewnych emocji, skłonności bywa bolesne. Ale – przypomnijmy – na tym polega droga do przebudzenia. Jeśli wierzyć Pemie Chödrön, „ostatecznym rezultatem tej drogi jest bycie w pełni człowiekiem”. Praktyka nieodrzucania zmiękcza serce i pozwala wyjść poza polaryzację. Przyjmując w pełni siebie, możemy wreszcie całkowicie przyjąć innych. Możemy ujawnić i rozmontować ten głęboko skrywany wstyd, że coś jest z nami nie tak. „Kiedy miliony lub miliardy ludzi oczerniają samych siebie, masz miliony lub miliardy ludzi, którzy stają się nieświadomi, ponieważ nie chcą czuć tego, co czują. Łatwo zauważyć, że rezultat tego nie jest przyjemny” – pisze Chödrön. I nie waha się oznajmić, że o przyszłości świata przesądzi nasze postrzeganie siebie:

„To, czy na całym świecie rozprzestrzeniają się szaleństwo i agresja, czy też większego znaczenia nabierają spokój i harmonia, zależy od tego, co my, jako mieszkańcy świata, myślimy o sobie”
To czyni nas wszystkich odpowiedzialnymi za Ziemię, jaką tworzymy. I przekierowuje do wnętrza. Do naszych serc.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Mistrzostwo rodzi się w głowie - rozmowa z Darią Abramowicz, psycholożką pracującą z Igą Świątek

Igą Świątek jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. BEW)
Igą Świątek jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. BEW)
Jak to możliwe, że młoda tenisistka, jaką jest Iga Świątek, wykazała się tak niesamowitą siłą psychiczną? – Bez trudnych turniejów Igi w Stanach, w Rzymie nie byłoby jej świetnej dyspozycji w Paryżu. Porażka może być źródłem siły. Pod warunkiem że wyciągniemy z niej wnioski. 

Jesteśmy niestabilne, rozchwiane, rozhisteryzowane, a to świadczy o naszej słabości. Jest w takich sądach ziarnko prawdy?
Bywamy emocjonalne, to prawda. Ale czy to nas osłabia? Z moich doświadczeń zawodowych wynika, że zawodniczki są w stanie dochodzić do mistrzostwa w swoich dziedzinach, podobnie jak mężczyźni. I tak jak mężczyźni podczas rywalizacji przejawiają różne cechy, w tym cechy uznawane za stereotypowo męskie. Czasem na przykład wyrażają, używając silnej ekspresji, swoją złość, co przypisuje się mężczyznom. A z kolei mężczyźni niejednokrotnie reagują bardzo emocjonalnie, co przypisywane jest kobietom.

Według innej obiegowej opinii jesteśmy od mężczyzn odporniejsze na ból, stres. Sport to potwierdza?
Widywałam kobiety potrafiące przezwyciężać ból i bardzo silny dyskomfort, nawet podejmować ryzyko związane z zagrożeniem zdrowia, żeby realizować swój cel. I widywałam mężczyzn o – jak to nazywam – niekonstruktywnej relacji z bólem. Ale bywa też odwrotnie. Z moich obserwacji wynika, że kiedy zawodnicy stają przed bardzo długą i żmudną pracą, która wiąże się z pokonywaniem przeszkód, wieloma trudnymi sytuacjami wymagającymi odporności psychicznej, to kobiety często są tu sprawniejsze. Aczkolwiek nie twierdzę, że mężczyźni tego nie potrafią.

Przykład Igi Świątek pokazuje, jak ważna w sporcie jest siła psychiczna. Jako młoda zawodniczka rzucała rakietkami, teraz potrafi trzymać nerwy na wodzy w meczach o najwyższą stawkę. Jak buduje się taką siłę?
Mistrzostwo rodzi się w głowie. I to nie tylko to sportowe. Psychologiczne mechanizmy rządzące sportem są absolutnie takie same jak te w życiu. Siłę i odporność kobiet buduje się poprzez pracę nad samooceną, poczuciem własnej wartości, nad świadomością siebie w różnych obszarach: obrazu własnego ciała, inteligencji emocjonalnej, relacji. No i wreszcie w obszarze umiejętności poznawczych i treningu mentalnego, który daje poczucie sprawczości, skuteczności.

Co jednak musiało się stać, żeby Iga nagle uruchomiła w sobie taką siłę?
Zdecydowanie nie stało się to nagle. To proces związany – co warto podkreślić – z jej ogromną pracą, którą cały czas wykonuje z dużym oddaniem. Wyszła trochę laurka, ale absolutnie prawdziwa. W przypadku Igi nic nie stało się samo. Istotnym elementem jej pracy, przez wiele miesięcy, był trening mentalny, który wciąż trwa, a jego celem jest wykorzystywanie przez Igę swoich zasobów w danym momencie, czy to podczas treningu, czy meczu.

Na czym konkretnie ten trening polega?
Nie ma jednej prostej recepty. Ogólnie mówiąc, polega na stopniowym budowaniu samoświadomości, samooceny, byciu blisko siebie. Bo to wszystko sprawia, że kiedy przychodzi do meczu, czasem bardzo wymagającego, na wysokim poziomie napięcia, można uwierzyć w to, że da się przejąć nad nim kontrolę, czyli zrobić swoje. To jest siła.

Łatwo wyobrazić sobie, że siła może przerodzić się w agresję, a poczucie własnej wartości – w egocentryzm. Nie o taką siłę przecież chodzi.
Rzeczywiście siła bywa czasem utożsamiana z arogancją, agresją, egoizmem. Tę autentyczną buduje się poprzez zaufanie, bliskość, przekazywanie pozytywnych wzorców, co nie jest takie proste, bo żyjemy w czasach kryzysu autorytetów. Młodzi sportowcy też mają coraz mniej idoli, na których patrzą z uznaniem. A pozytywne wzorce są niezwykle ważne.

Co mogą robić rodzice, żeby wychować córki na silne kobiety?
Najważniejsza, choć może brzmi to banalnie, jest bliskość, uważne słuchanie i wola usłyszenia. Dzięki rozmowie mamy szansę poznać córkę, przekazać jej to, co myślimy, no i przede wszystkim zacieśniać z nią relację. Rozmowa sprawdza się także w sporcie. Ja na przykład rozmawiam z zawodniczkami o tym, jak postrzegają swoje ciało, gdzie upatrują źródeł swojej siły, jak ją sobie wyobrażają. I tworzymy razem wizję tego, jak chciałyby funkcjonować, a później dzień za dniem drobnymi krokami staramy się to realizować. Dla wielu kobiet takim filarem siły jest praca, bo daje im poczucie sprawczości, skuteczności, kontroli. Dobrze, żeby rodzice wzmacniali talenty córek. I żeby pracowali nad komunikacją i ich asertywnością, które są absolutnym kluczem do wyrażania własnych potrzeb i emocji w sposób, który nie narusza wolności innych. Tego też uczę intensywnie zawodniczki.

Są do tego jakieś narzędzia?
Czasem takie właśnie pytanie słyszę od zawodniczek: „Co zastosować, żeby od razu zadziałało?”. No, tak się nie da. Zmiana postaw, przekonań, nawyków to wynik procesu, czasem długotrwałego.

Czy takim rodzajem narzędzia może być myślenie pozytywne? Mecz źle idzie, a ja sobie wyobrażam wygraną.
Pamiętam słowa Ewy Woydyłło na jednym z wykładów o traumie: „Każdy z nas na koniec dnia ma wybór, czy chce się trzymać kurczowo przeszłości, czy jednak pomyśleć o pozytywnej wizji przyszłości i iść do przodu”. Co do zasady myślenie pozytywne ma wielką moc. Niemniej zachęcam zawodniczki, żeby pracować z konstruktywnym nastawieniem. Czyli myśleć o tym, ile pracy potrzeba, aby coś osiągnąć. I że nie będzie to zawsze przyjemne. Że czasem będzie mnie wszystko bolało, być może będę płakać z bólu czy z bezsilności, ale wiem, że to zaprocentuje, kiedy będę tego najbardziej potrzebować. Myślenie jednoznacznie pozytywne może przekłamywać rzeczywistość, która nas czeka. Zachęcam, żeby koncentrować wysiłki na pracy, na możliwościach.

Ważne chyba, nie tylko w sporcie, żeby traktować porażki jako lekcje.
Zdecydowanie tak, porażka może być źródłem siły. Pod warunkiem jednak, że wyciągniemy z niej wnioski. Bez bardzo trudnych turniejów Igi w Stanach, w Rzymie nie byłoby jej świetnej dyspozycji w Paryżu. Mogę też powiedzieć, że nie byłabym zawodowo w tym miejscu, gdzie jestem, gdyby nie wiele trudnych doświadczeń.

Ale niepowodzenia czasem mogą nas złamać.
Tak, mogą działać destrukcyjnie, szczególnie wtedy, gdy nie wypracujemy sobie zgody na ich pojawienie się w naszym życiu. Dlatego tak ważna jest akceptacja niepowodzeń.

Jak to osiągnąć?
Chciałabym podkreślić, że nie musimy tego robić sami. Ogromne znaczenie w radzeniu sobie z niepowodzeniami, ale też w budowaniu siły, ma sieć wsparcia społecznego, bliskich, a w sporcie – trenerów, psychologów, lekarzy. Dla sportowców symbolem niepowodzenia jest kontuzja. Jedni potrzebują wtedy silnego wsparcia terapeutycznego, innym wystarczy wsparcie bliskich. Podobnie jest w społeczeństwie. Nie po każdym traumatycznym zdarzeniu i nie każda osoba będzie potrzebowała pomocy terapeutycznej czy psychiatrycznej. Niemniej jeżeli jej potrzebujemy, to nie oznacza, że jesteśmy słabi.

Kobiety przez wieki były uczone, żeby służyć innym, więc budowanie swojej siły muszą zacząć od myślenia, żeby służyć sobie, od polubienia siebie.
Życie w zgodzie ze sobą jest czymś ekstremalnie istotnym dla każdego człowieka. Wszystko zaczyna się w nas i od nas. Trudno mówić o sile, odporności psychicznej, jeżeli nie kochamy siebie. W tenisie bardzo ważne jest skupianie się na sobie, żeby właściwie ustawić ciało, przygotować się do uderzenia. W życiu podobnie. Otworzyć się na siebie bardzo pomaga trening uważności. W pracy ze sportowcami często odwołuję się do metaforycznej skrzynki na narzędzia. Wkładamy do niej wspólnie różne narzędzia treningu mentalnego: młotek, wkrętarkę, klucz francuski, śrubokręt płaski czy krzyżak. Ta skrzynka może być dobrze wyposażona, ale jeżeli nie wiemy, do czego używa się młotka, a do czego klucza francuskiego, to te narzędzia nie do końca są użyteczne. Dlatego trzeba nie tylko mieć świadomość własnych potrzeb, swoich reakcji, postaw, nawyków, lecz także umieć je modelować.

Wydaje się, że Iga nie boi się rywalek. Jak pani pomogła jej to osiągnąć? Pytam, bo wiele z nas wycofuje się z lęku przed trudnościami.
Staramy się skupiać na mocnych stronach, tym zresztą charakteryzuje się praca w sporcie, aby być świadomym swojego potencjału i z niego w pełni korzystać. Rozmawiamy o Igi zasobach, o tym, w czym jest dobra, bo to pomaga redukować potencjalny lęk. A kiedy on się mimo wszystko pojawia, dużo łatwiej zakotwiczyć się w tym, co mocne, dobre, pozytywne.

Mówi się o sile spokoju. Zachowanie zimnej krwi w stresujących sytuacjach to sprawdzian siły?
Myślę, że tak. I znów – ten spokój łatwiej osiągnąć, gdy koncentrujemy się na sobie, na tym, na co mamy wpływ, czyli na pracy, bo na wynik nie zawsze mamy wpływ, a na pracę już tak. Budowanie siły spokoju polega też na regulacji emocji, uczeniu się ich rozpoznawania, nazywania, interpretacji, ekspresji, żeby – co jest niesamowicie ważne – być w stanie je potem regulować. Celowo nie używam słowa „kontrolować”, bo kontrola kojarzy się z powstrzymywaniem się, tymczasem każdy z nas odczuwa emocje i powinien je wyrażać. Trzeba jednak robić to asertywnie, ale w sposób, który nie rani i nie narusza wolności innych. Uczymy sportowców, że adekwatne do sytuacji wyrażanie emocji może pomagać wykorzystywać swój potencjał. Myślę, że dobrze byłoby uczyć tego już małe dzieci, bo to długi proces. Jeśli natomiast z jakichś powodów nie przebiegał on konstruktywnie i takich zasobów brakuje dorosłym kobietom, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby o to zadbały. Bo regulacja emocji stanowi jeden z filarów wewnętrznego spokoju.

Iga otwarcie mówi, jak wiele zawdzięcza pani, podkreśla wpływ wsparcia psychologicznego na jej sukces. Obie zrobiłyście ogromnie dużo dla rozpropagowania znaczenia psychologii w naszym życiu.
Staram się, aby sportowcy, z którymi pracuję, rozumieli, po co coś robią, co to daje. No bo ostatecznie to, jak pracują i jak żyją, to system naczyń połączonych. Bardzo jestem wdzięczna Idze za to, że w swoich wypowiedziach podkreśla wartość pracy mentalnej dla budowania swojej siły. To świadczy o tym, że osiągnęłam jeden z celów mojej pracy. I nadal staram się robić swoje. 

Daria Abramowicz, psycholożka, studiowała także na AWFiS w Gdańsku. Pracuje ze sportowcami, w tym, od ponad półtora roku, z tenisistką Igą Świątek, która jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. Katarzyna Milewska) Daria Abramowicz, psycholożka, studiowała także na AWFiS w Gdańsku. Pracuje ze sportowcami, w tym, od ponad półtora roku, z tenisistką Igą Świątek, która jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. Katarzyna Milewska)

 

  1. Psychologia

Spokój jest w tobie, wystarczy go tylko odnaleźć

O medytacji, która pomoże w odnalezieniu spokoju w sobie, opowiada przewodniczka duchowa Nitya Patrycja Pruchnik, autorka książki
O medytacji, która pomoże w odnalezieniu spokoju w sobie, opowiada przewodniczka duchowa Nitya Patrycja Pruchnik, autorka książki "Oświecenie 24h na dobę". (Fot. materiały prasowe)
Spokój jest w tobie, wystarczy go tylko odnaleźć. I może się to stać już w 2021 roku. O medytacji, która w tym pomoże, opowiada przewodniczka duchowa Nitya Patrycja Pruchnik, autorka książki „Oświecenie 24h na dobę”.

W najnowszej książce pisze pani, że szczęście to spokój umysłu. Myślę, że zwłaszcza w obecnych czasach wielu z nas chciałoby ten stan osiągnąć.
Rzeczywiście to czas, w którym w skali światowej doświadczamy tego, czego do tej pory doświadczaliśmy głównie prywatnie – czyli kruchości i niepewności naszego życia. Nigdy nie ma się stuprocentowej pewności co do swojej przyszłości czy zdrowia, ale nie zawsze dysponowaliśmy tak dużym lustrem, by to wreszcie zobaczyć. Ogólnoświatowa pandemia skłania do tego, by pomyśleć, jak sobie radzić z niepewnością jutra. Dzięki temu zaczynamy sięgać po prawdę. Czyli zaczynamy przyglądać się sobie, temu, co się z nami dzieje i jak reagujemy na różne informacje. W książce piszę, że bardzo dużo naszego nieszczęścia i niepokoju bierze się z tego, że nie dystansujemy się do samego siebie i do swoich myśli.

Za bardzo im wierzymy?
Nasz umysł jest tak skonstruowany, że każdą trafiającą do niego informację traktuje poważnie. Jeśli nie sprawdzamy, ile w tej myśli prawdy i sensu, to nieświadomie krzywdzimy siebie i własne ciało, bo fundujemy mu stres.

Co więcej, myśli, które nas stresują, są zwykle bardzo kategoryczne. Zaczynają się od: zawsze, nigdy, na pewno... Sami się nimi straszymy.
Jako gatunek ludzki dostaliśmy w spuściźnie mózg, który karmi się głównie negatywnymi informacjami. Kiedyś może nas to ratowało przed niebezpieczeństwem, ale dziś wprowadza w stan stałego napięcia i lęku.

Jesteśmy jak serwis informacyjny pełen złych newsów...
Dokładnie tak. Ale jeśli uda nam się zastopować na chwilę pracę tego serwisu, może dostrzeżemy, że pomiędzy jedną informacją a drugą jest w nas spokój, rodzaj naturalności, zwyczajności, z którym czujemy się bardzo dobrze. Dla mnie zauważenie tego po raz pierwszy, wiele lat temu, było bardzo doniosłym momentem.

Chodzi o to, by ten stan pomiędzy utrzymać jak najdłużej?
Tak naprawdę chodzi o to, by poznać samego siebie. Warto zacząć od zrozumienia swoich popędów i reakcji. Kiedy ogarnia nas wielki lęk, możemy spytać siebie: czy to jedyny sposób życia? A może mogę spojrzeć na to inaczej? I to jest moment, w którym zwykle sięgamy głębiej.

Pani zachęca do trochę innego rodzaju medytacji niż ta, o której zwykle myślimy, czyli: „siedź w ciszy i obserwuj myśli”. Proponuje pani kontemplację, dyskusję ze swoimi myślami.
Dobrze pamiętam moją pierwszą przygodę z medytacją. Miałam około 20 lat i kompletnie do mnie nie trafiła. Siedzenie w ciszy i obserwowanie swoich myśli odbierałam jako rodzaj przemocy wobec mnie i coś niebywale trudnego. W tamtym czasie nie byłam w stanie zupełnie wejść w medytację.

I co się zmieniło?
Spotkałam nauczyciela i poznałam technikę medytacji, której przykład można znaleźć właśnie w mojej książce. Zamiast obserwacji proponuję dialog. Zamiast bezczynności – aktywność. Medytacja, którą prowadzę, to najgłębsza rozmowa z samym sobą. Zmusza człowieka do tego, by sam rozpoznał, jaka jest jego prawdziwa natura. Nie żeby uwierzył innym, autorytetom czy nawet mnie. Ja też musiałam najpierw sprawdzić, dlaczego mam w sobie niepokój czy nawracające wzorce. Dlaczego w danych momentach reaguję impulsywnie, a w innych nie. To tak jakby zatrzymać się i wsłuchać we wszystkie procesy zachodzące wewnątrz. Dopiero kiedy to zrobiłam, zrozumiałam: „aaa, czyli to pod spodem tego jest spokój”.

Wiem, jak trudno jest przyjść na zajęcia z medytacji i zacząć w ciszy obserwować swój oddech. Ja doszłam do tego drogą badania siebie (self-inquiry), w której mój mózg był bardzo zaangażowany, a ja miałam poczucie, że jestem naukowcem, który sam musi znaleźć dowody. Widzę i słyszę, że dla ludzi taka medytacja jest bardzo ciekawa.

Zwłaszcza dla zestresowanych i nadmiernie myślących.
Dlatego w książce staram się prowadzić ich tą drogą powolutku. Wystarczy, że najpierw zauważymy oddech, a potem to, że każdy z nas jest samoświadomy. Wiem, że to są tylko słowa, ale poczuć to, o czym mówię, to jest prawdziwy przełom. Osoby, które biorą udział w prowadzonych przeze mnie medytacjach, przyznają, że kiedy pierwszy raz słyszą wskazówki, to coś w nich mówi: „nie rozumiem tego“. Zazwyczaj jednak dalej idą w tym kierunku, i po jakimś czasie przyznają: „No tak, zgadza się”. Zaczynam książkę w tym samym miejscu, w którym ją kończę – chodzi o to, by zrozumieć, że ten spokój jest w nas cały czas. Proponuję 52 praktyki i kontemplacje, czyli po jednej na każdy tydzień w roku. Myślę, że jeśli czytelnicy spróbują przynajmniej kilku z nich po kilka razy, to będą mieć takie samo rozpoznanie i spokój jak ja. I zobaczą, że on był w nich już wczoraj i że będzie jutro.

Nitya Patrycja Pruchnik, nauczycielka duchowa, od kilku lat dzieli się – z inspiracji swojego mistrza Mooji’ego – rozpoznaniem prawdziwej natury rzeczywistości.

Jaka będzie twoja kolejna myśl?

Odpręż się na moment, usiądź i zostań z niczym. Powiedz mi, czy wiesz, jaka będzie twoja następna myśl. Sprawdź, czy masz świadomość tego, jaka myśl pojawi się zaraz w twojej głowie. Zatrzymaj się na moment i przyjrzyj się temu z bliska. Czy wiesz, co za chwilę pomyślisz? Prawdopodobnie nie wiesz. Jeśli nie wiesz, to jak to jest z twoją kontrolą nad myślami? Czy jeśli spróbujesz pozbyć się jakiejś myśli, ona rzeczywiście już nie wróci? Czy raczej i tak będzie żyć własnym życiem? To proste odkrycie, że nie znamy swojej kolejnej myśli, może nam coś ważnego uświadomić. Spróbuj teraz poprzyglądać się przychodzeniu i odchodzeniu myśli. Skąd dana myśl przyszła. Pobądź z tym przez chwilę. Zauważ, skąd przyszła, jak się pojawiła. Czy możesz dostrzec to miejsce, skąd się wyłania? Czy zauważasz w środku podmiot, który ją powołał do życia? Czy ta sama myśl jest teraz nadal z tobą, czy już jej nie ma? Dokąd odeszła? Zaczekaj na kolejną myśl, obserwuj, jak się pojawia i jak odchodzi. Gdzie zniknęła? Czy ty zniknąłeś wraz z jej zniknięciem? Praktykuj w ten sposób przynajmniej 15 minut dziennie przez kolejny tydzień.

Więcej w książce: „Oświecenie 24h na dobę. Praktyki i kontemplacje na cały rok”, Nitya Patrycja Pruchnik, Manana Chyb, wyd. ToCoJest 2020.

Polecamy: „Oświecenie 24h na dobę. Praktyki i kontemplacje na cały rok”, Nitya Patrycja Pruchnik, Manana Chyb, wyd. ToCoJest 2020 Polecamy: „Oświecenie 24h na dobę. Praktyki i kontemplacje na cały rok”, Nitya Patrycja Pruchnik, Manana Chyb, wyd. ToCoJest 2020

  1. Psychologia

Doświadczaj chwili obecnej - nauki Pemy Chodron

Pema Chödrön, Amerykanka, buddyjska mniszka, autorka wielu książek. (Fot. materiały prasowe)
Pema Chödrön, Amerykanka, buddyjska mniszka, autorka wielu książek. (Fot. materiały prasowe)
Zawsze, gdy jesteśmy gdzieś pomiędzy tu i tam, gdy coś się właśnie skończyło i czekamy, aż coś się rozpocznie, gdy kusi nas, by odwrócić uwagę lub poszukać drogi ucieczki, możemy zamiast tego pozwolić sobie na otwartość, ciekawość, niepewność, bezbronność. - pisze w książce "Twoje wspaniałe życie" Pema Chodron, buddyjska mniszka.

Kiedy nauczam o pustce lub otwartej świadomości i chcę, żeby uczestnicy od razu weszli w pewien rodzaj bezpośredniego doświadczenia, proszę wszystkich, aby wstali razem ze mną. Wszyscy jednocześnie robimy wdech i podnosimy ręce nad głowę. Następnie wszyscy razem robimy wydech, opuszczamy ręce i klepiemy się w uda. Robiłam to już z sześciuset osobami jednocześnie. Było bardzo głośno. Ćwiczenie to stwarza okazję do przeżycia chwili otwartości, wolnej od etykiet i znaczeń. Po klepnięciu po prostu rozluźniamy umysł na tyle, na ile możemy. Cokolwiek stanie się potem, jest w porządku. Niektórzy ludzie doświadczają pustki w szeroko otwartej przestrzeni. Niektórzy zaczynają mówić do siebie. Niektórzy stają się smutni, poirytowani lub senni. Niektórzy myślą: „Nie rozumiem tego”. Ale cokolwiek się stanie, nie ma problemu. Nie musi to być jakieś szczególne przeżycie. Najważniejsze jest, aby ludzie byli otwarci, mieli swobodne nastawienie pozwalające na to, żeby wydarzyło się cokolwiek, bez odrzucania czy wartościowania. Głośne uderzenie stwarza okazję do powstania luki w naszym procesie koncepcyjnym, ale jeśli nie doświadczymy tej luki, nie ma się czym martwić. Głębia praktyki polega na tym, aby pozwolić, by rzeczy się działy.

Doświadcz pustki

Jeśli postrzegasz pustkę jako coś, co warto rozwijać – lub w czym nawet warto się zakochać – zawsze możesz znaleźć sposób, aby połączyć się z nią w życiu codziennym. Jednym z prostych sposobów na praktykowanie pustki, jest po prostu zatrzymanie się. Możesz to zrobić, kiedy tylko zechcesz. Jest to bardzo proste. Zwolnij i od razu się zatrzymaj. Rozejrzyj się i skontaktuj się z obecną chwilą. W ten sposób przerwiesz strumień pomysłów i mentalnej paplaniny, które nakładają się na twoje doświadczenie. Pozwala to dotknąć ponadczasowości chwili obecnej – tego, co Trungpa Rinpocze tak umiejętnie nazwał „teraźniejszością”. Gdy jesteśmy zapracowani i każde kolejne opóźnienie jest niebywale irytujące, możemy wykorzystać takie sytuacje na praktykowanie zatrzymywania się. Na przykład, musisz iść na pocztę w przerwie na lunch. Stoisz w długiej kolejce, która w ogóle nie przesuwa się do przodu. Zamiast po prostu stać tam i kipieć z gniewu, możesz zrezygnować z tej mentalnej paplaniny, zrelaksować się i wejść w obecną chwilę. Wtedy poczta i obecni tam ludzie mogą stać się fascynującym doświadczeniem. Możesz naprawdę zobaczyć to, co jest przed twoimi oczami i usłyszeć to, co wpada do twoich uszu. To tak, jakby drzwi percepcji zostały dokładnie oczyszczone.
Przed chwilą dałeś się złapać, dygocząc z nerwów albo umierając z nudów, a teraz twoje doświadczenie przekształca się w coś barwnego i niespodziewanie cudownego. Jesteś wolny od konceptów takich, jak „biedny ja” czy „nie mam na to czasu” i zamiast tego, cieszysz się chwilą obecną. Słyszałam, że w przeszłości w Tybecie jedynym sposobem, w jaki kobiety mogły osiągnąć oświecenie, było praktykowanie w przerwach między licznymi obowiązkami. Były one jednak tak oddane przebudzeniu, że nauczyły się rozpoznawać i doceniać możliwości, które pojawiały się na ich drodze. Każda chwila „pomiędzy” – czekanie na kogoś, przechodzenie z jednego miejsca do drugiego, dojenie krowy – stawała się bezcenną okazją. Zamiast myśleć o tym, co się właśnie wydarzyło lub planować to, co wydarzy się później, cieszyły się przestrzenią, w której mogły zatrzymać wypełniony pojęciami umysł i nawiązać kontakt z teraźniejszością.

Pustka w codziennym życiu

Mamy wiele podobnych okazji w naszym własnym życiu. Zawsze, gdy jesteśmy gdzieś pomiędzy tu i tam, gdy coś się właśnie skończyło i czekamy, aż coś się rozpocznie, gdy kusi nas, by odwrócić uwagę lub poszukać drogi ucieczki, możemy zamiast tego pozwolić sobie na otwartość, ciekawość, niepewność, bezbronność. Można połączyć się z chwilą obecną, gdy tracimy orientację, gdy czujemy się wytrąceni z równowagi. Są to sytuacje, kiedy nie wiadomo, co robić i jakie będą skutki naszych działań. Często zdarza się to wtedy, gdy masz problemy z podjęciem ważnej decyzji. Nie wiesz, czy przyjąć ofertę pracy, gdzie się przeprowadzić, z którego lekarza porady skorzystać. Chcesz pomóc komuś w potrzebie, ale nie wiesz jak. Nie jesteś pewien, czy nadszedł czas, aby zaryzykować, czy masz grać ostrożnie. A może jest to tylko nieistotna wątpliwość, typu jak się ubrać lub jakie danie wybrać z menu. W tych wszystkich przypadkach chciałbyś dojść do konkretnego wniosku, ale nie ma sposobu na dotarcie do czegoś określonego. W związku z tym czujesz się bezbronny i bezzasadny. Ale jeśli skupisz się i pozostaniesz obecny w tych sytuacjach, możesz znaleźć sposobność, by zetknąć się z mądrością chwili obecnej – z otwartą, nieprzewidywalną właściwością tego, czym rzeczy zawsze są.
Kiedyś byłam na wykładzie Khenchena Thrangu Rinpocze, opata Gampo Abbey. Kiedy skończył mówić, jeden z mnichów uderzył w gong dając sygnał, że wykład się zakończył. Chociaż taki jest zwyczaj w Gampo Abbey, Thrangu Rinpocze uważał, że gong oznacza początek sesji medytacyjnej. Przez następne półtorej godziny siedział więc na swojej poduszce, całkowicie rozluźniony, od czasu do czasu poruszając się lekko. My, słuchacze, nie byliśmy do końca pewni, co się dzieje, więc też siedzieliśmy tam cały czas, w stanie niewiedzy. Czy czekał, aż skończymy, czy też my czekaliśmy na niego? Każdy z nas musiał mieć własny sposób znalezienia się w tej sytuacji – od odprężenia się w bezzasadności do chęci wykrzykiwania – ale obserwowanie swobody Thrangu Rinpoczego dało mi poczucie głębokiej wdzięczności za to, jaki spokój można poczuć w kontakcie z chwilą obecną – z pustką w codziennym życiu.

Pytania bez odpowiedzi

W tradycji zen nauczyciele wykorzystują koany, czyli pytania, na które nie ma odpowiedzi – w każdym razie odpowiedzi nie są możliwe w przypadku utrwalonego umysłu i dualistycznego myślenia. Być może najbardziej znanym koanem zen jest: „Jak brzmi klaskanie jedną ręką?”. Może to wyglądać na wysoce ezoteryczną praktykę, ale jeśli jesteśmy w harmonii z tym, jakie w rzeczywistości są sprawy tego świata – wolne od nadanych znaczeń i niemożliwe do sprecyzowania – zauważymy, że życie nieustannie podsuwa nam koany. Dla większości z nas takie niejednoznaczne sytuacje należą do zjawisk negatywnych i mamy tendencję do uciekania od nich. Ale dla duchowych praktyków koany mogą stanowić sposób, dzięki któremu budzimy się i uświadamiamy sobie pełny potencjał naszych serc i umysłów. Zamiast od razu próbować odpowiedzieć na otwarte pytania, jakie stawia przed nami życie, możemy, choćby na chwilę, poeksperymentować z odnalezieniem spokoju w uczuciu ambiwalencji. Ale nawet wtedy, gdy życie nie daje nam możliwości doświadczenia bezzasadności i bezbronności, wciąż możemy znaleźć sposoby na nawiązanie kontaktu z codzienną pustką – nawiązanie kontaktu z chwilą obecną.

Kadry nowych znaczeń

Jedną z praktyk, którą szczególnie lubię, jest robienie mentalnych zdjęć. Możesz zacząć od zamknięcia oczu. Następnie obróć głowę w dowolnym kierunku – w górę, w dół, na boki. Nie ma znaczenia, w którą stronę. Chodzi o to, żebyś nie miał pewności co zobaczysz, gdy otworzysz oczy. Następnie szybko otwórz oczy i zobacz, co jest przed tobą. Prawie natychmiast powrócisz do etykietowania wszystkiego, ale postaraj się obserwować ten moment, zanim zaczniesz etykietować. Spokojnie i z otwartością spróbuj zrobić mentalne zdjęcie momentu, który nie ma przypisanego znaczenia. Możesz to robić przez cały dzień, gdziekolwiek jesteś. Niekoniecznie musisz najpierw zamykać oczy, ale to może pomóc ci w opanowaniu tej praktyki. Jeśli jesteś fotografem lub artystą w innej dziedzinie sztuki, ten rodzaj aktywności może wydawać się naturalny, ale spróbuj wykorzystać to jako praktykowanie pustki – sposób na połączenie się z chwilą obecną. Możesz również wykonywać tę praktykę, posługując się innymi zmysłami. Na przykład, nagle uświadomisz sobie dźwięki, które słyszysz i spróbujesz zauważyć ten moment, zanim je zidentyfikujesz i zdecydujesz, czy ci się podobają, czy nie. Praktyka robienia zdjęć daje nam wgląd w umysł osoby medytującej, która zdobyła doświadczenie w widzeniu rzeczy takich, jakie są. Taka osoba doświadcza uczucia ciągłego zaskoczenia. Jesteś zaskoczony, że rzeczy nie są takie, jak myślałeś, że są – albo, że są takie, jak myślałeś, że są. To jest świeże, niekonwencjonalne spojrzenie artysty, który medytuje. Trungpa Rinpocze, który nauczył nas praktyki robienia zdjęć, był pasjonatem sztuki. Fotografie jego autorstwa są bardzo interesujące. Na jednym z nich widać ostatnie dwie litery wielkiego napisu na stacji benzynowej. Potem jest ogromna przestrzeń, a w przeciwległym rogu zdjęcia znajdują się dwie pierwsze litery innego szyldu. To wszystko stanowi piękny, ponadczasowy moment.

Świeżość chwili

Wszystkie sposoby praktykowania codziennej pustki polegają na połączeniu się ze świeżością każdej chwili. Dla małych dzieci ta świeżość jest znacznie bardziej dostępna. Ale jest ona dostępna również dla dorosłych. Czasami ta świeżość jest nam narzucana, jak przy nagłym szoku. Innym razem musimy ją celowo uaktywniać. Ale niezależnie od tego, jak się tam dostaniemy, chodzi o to, aby doceniać te chwile jako przebłyski większej prawdy, która kryje się za naszym nawykowym etykietowaniem. Jeśli nadal będziemy szukać i korzystać z tych możliwości, nasz układ nerwowy zwiększy swoją zdolność do utrzymywania niepewności, niejednoznaczności i braku bezpieczeństwa. Jeśli nadal będziemy wychodzić z naszej strefy komfortu i zwiększać naszą tolerancję dla takich uczuć, nasze życie ulegnie zmianie. Zamiast czuć się tak, jakbyśmy musieli nosić zbroję aby nas chroniła w codziennym życiu, będziemy się czuć, jakbyśmy oglądali film. Jednym z ważnych efektów takiej praktyki jest to, że czujemy się tak, jakbyśmy nie mieli nic do stracenia.

Fragment książki Pemy Chodron "Twoje wspaniałe życie", którą kupicie w naszym sklepie internetowym. Śródtytuły pochodzą od redakcji.

 

  1. Styl Życia

Sens ciszy w życiu – Benedyktyni w Tyńcu

Opactwo w Tyńcu jest najstarszym z istniejących klasztorów w Polsce. (Fot. Wikimedia Commons)
Opactwo w Tyńcu jest najstarszym z istniejących klasztorów w Polsce. (Fot. Wikimedia Commons)
Kwiat rośnie w ciszy, ale pnie się w górę. Mnich w ciszy spotyka siebie. Milczenie daje szansę, by usłyszeć mistrza. O tym, że warto pielęgnować ciszę, kiedy brzmi najpełniej i jak mocno działa, opowiada ojciec Bernard Sawicki, opat klasztoru Benedyktynów w Tyńcu

.

Tekst archiwalny (obecnym opatem klasztoru w Tyńcu jest ojciec Szymon Hiżycki, przyp. redakcji)

W  klasztorze Benedyktynów w Tyńcu cisza obowiązuje od 21.30 do 6.00 następnego dnia. Mnisi nie odzywają się do siebie nawzajem. Do czego to jest potrzebne?
Może to się wydaje zaskakujące, ale życie w klasztorze jest niezwykle intensywne. My jesteśmy tu „zamknięci” 24 godziny na dobę. Jeśli nie będzie pewnych reguł, zapanuje chaos. Mamy więc wyznaczony czas, by mówić na tematy praktyczne, dotyczące życia czy przyszłości opactwa, jego codziennego funkcjonowania. Ale każdy z nas powinien mieć także zagwarantowaną przestrzeń, by móc wejść w siebie, skupić się na ważniejszych sprawach, na modlitwie i medytacji. Cisza ma nas chronić. Ma pomóc, by od tych ważniejszych spraw nikt nas nie odrywał, nawet w jakiejś niecierpiącej zwłoki kwestii.

Ludzie, którzy nie dają sobie prawa do ciszy, nie mają w ciągu dnia tego momentu spojrzenia w głąb, zastanowienia się nad sobą.
„Muzyka tła”, która ciągle gdzieś im brzęczy koło uszu, daje poczucie, że są w ciągłym ruchu, rozwijają się. Ale to jest iluzja. Bo tak naprawdę w życiu niezbędne są takie chwile, by usiąść i w spokoju się nad sobą zastanowić: „Kim ja jestem?”, „Dokąd idę?”, „Czy jest sens w tym, co robię?”, „Czy muszę to robić?”, „A może mogę robić to lepiej?”.

Mnich naprawdę w tej ciszy rozważa codziennie, po co i dlaczego tu jest?
Mnich w ciszy powinien czuć się u siebie. Te momenty w ciągu dnia: rano, wieczorem, po komplecie albo w trakcie nabożeństw, gdy wybrzmi już śpiew i liturgia – to są właśnie chwile, gdy jestem u siebie. Czuję, że dotykam jakiejś bardzo ważnej rzeczy, i nic mi więcej nie potrzeba. Jest spokój. To jest taki czas relaksu, harmonii – ale i skupienia, niekiedy żarliwości. Ludzie z zewnątrz, jak ich nazywamy, też tego szukają, na przykład w medytacjach. Osobiście lubię moje medytacje, rano, po Eucharystii, zanim zacznie się zwariowany dzień. Przez okno mojej celi mogę obserwować słońce. W zależności od pory roku wędruje po innym torze, teraz codziennie jest troszeczkę wyżej. Wiosną pojawiły się ptaki.

Kiedyś jeden mnich z eremu Kamedułów na Bielanach w jakimś programie telewizyjnym miał opowiedzieć, jak wygląda jego dzień. I zaczął snuć fascynujące historie o ptakach, które słyszy, a niekiedy i widzi przez okno. Dokładnie wiedział, kiedy, z której strony zaśpiewa czy nadleci który ptak, poznawał je po głosie. Ten kameduła stworzył sobie taki mikroświat: z drzewami za oknem, ptakami, z ich śpiewem. I był tam u siebie. Medytacje to jest moja liturgia chwili o poranku. Wsłuchuję się w ciszę, zżywam z odgłosami przyrody... I potem mogę wyjść na zewnątrz, do ludzi, w świat dźwięków.

Ten tyniecki świat dźwięków został przedstawiony na płycie „Pocztówki dźwiękowe z opactwa Benedyktynów w Tyńcu”. Okazuje się, że cisza może być zaskakująco… głośna.
No tak, choć być może rzeczywiście sprzedawanie płyty z odgłosem ciszy absolutnej byłoby świetnym interesem! Ale nie, cisza w Tyńcu dźwięczy. To dobrze, bo wsłuchując się w nią, można zauważyć, jak jest bogata: szelest liści na drzewach, szum niedalekiej autostrady, lecącego samolotu. Codziennie słychać to samo. I pojawia się myśl: „jestem tutaj, to jest moje miejsce, wczoraj tu byłem i jutro zapewne też będę”.

Czy cisza i milczenie to jest to samo?
W języku polskim często stosuje się te określenia wymiennie, ale w łacinie istnieje słowo oznaczające niemówienie, pewną powściągliwość w wypowiadaniu słów. Takie niemówienie jest technicznym warunkiem ciszy, ale nie jedynym. Nie tylko nie powinno być niepotrzebnych słów, ale i hałasów, zbędnych odgłosów. Dlatego mnich, który idzie dziedzińcem, nie krzyknie do drugiego, którego widzi na drugim końcu: „Braaaaacie Jaaaanie!”. Nawet na dziedzińcu pilnujemy się, żeby słowami nie zburzyć komuś ciszy. W naszej codzienności można to uczynić bardzo łatwo: szuraniem krzesła, tupaniem. Są i takie miejsca w opactwie, w których raczej w ogóle nie wypowiada się słów. Nie odzywamy się w bibliotece, kapitularzu, refektarzu, w którym jemy posiłki. Jest wtedy czytanie, ale to nie to samo co rozmowa.

Pielęgnujemy to, bo takie zakazy sprzyjają tworzeniu atmosfery ciszy, świadomej kontroli napływających bodźców. Bywa, że jadają z nami niektórzy goście (oczywiście tylko mężczyźni). Często nie czują, że przyszli do nas z innego świata – hałasu i krzyku. Siada taki przybysz przy stole i nagle na cały głos mówi: „Poproszę sól!”. Dla niego to jest powiedziane normalnym tonem, może nawet zdaje mu się, że półgłosem. A dla nas to brzmi jak detonacja bomby. Aż nas odrzuca, wszyscy mrugają oczami, patrzą: no, gościu „zniszczył” nam ciszę!

No dobrze, ale to jak się prosi o tę sól, gdy ktoś jej potrzebuje?
To, że nie ma słów, nie znaczy, że nie ma komunikacji. Z zakonów najbardziej milczącym są trapiści. Oni też stworzyli specjalny system porozumiewania się na migi, w każdym kraju ten język jest trochę inny. Ale to wcale nie jest aż tak potrzebne. Bo przebywanie razem w milczeniu czyni człowieka wrażliwszym na drugiego. Przy dużej ilości dźwięków mózg jest tak zaabsorbowany ich przetwarzaniem, że nie ma już wolnych zasobów, żeby uruchomić inne zmysły. A jeśli zredukujemy ilość napływających do nas dźwięków, natychmiast zaczyna pracować wzrok, powonienie, dotyk, budzi się wyobraźnia. Stajemy się czujni i uważni jeden na drugiego. Ja po prostu widzę, że dany współbrat rozgląda się za solą i jeszcze wiem, że lubi słone potrawy, więc przesuwam solniczkę w jego kierunku. Patrzę wkoło, żeby zorientować się, czy jakaś potrawa nie skończyła się na półmisku, czy goście mają już przed sobą dania, czy można zacząć jeść. Dla postronnych obserwatorów to często jest wręcz szokujące: jak sprawnie my się w takich sytuacjach porozumiewamy, bez konieczności wypowiedzenia choćby jednego słowa.

Są rzeczy, które lepiej wyrazić milczeniem niż słowami?
Na pewno. Słowo jest mocniejsze, może wywołać silniejszy efekt. Dlatego nie trzeba wcale od niego zaczynać. Na przykład na kolacji brat zagapia się, talerz wyskakuje mu z rąk, robi się huk. On staje przed krzyżem, kłania się – to znaczy, że mówi: „Zawaliłem, przepraszam”. Nie musimy mu powtarzać: „Następnym razem uważaj”. Ale bywa, że ktoś robi źle, a upominające milczenie nie działa: on nadal postępuje tak samo. Wtedy wchodzą słowa – najpierw od współbraci, delikatne napomnienia. Potem jest rozmowa z przełożonym. Jeśli nic się nie zmienia, pojawiają się konsekwencje. Człowiek zostaje wyłączony z życia wspólnoty, odsunięty na bok. Więc najpierw jest milczenie. Potem słowo. A na koniec – czyny.

Wewnętrzna cisza wynika z poczucia, że jestem na właściwym miejscu, podążam właściwą drogą. To co jest w ludziach, którzy tego przekonania nie mają?
Chaos i hałas. To się może przejawiać w różnych formach. Jedną z nich jest krzyk, mówienie rzeczy niepotrzebnych, toksycznych. Za tym idą też zachowania: bywają tacy ludzie, którzy plotkują, obmawiają innych, mącą, skłócają jednych z drugimi. Cisza to wyraz pokoju. Dlatego mnisi pozdrawiają się słowem: „Pax”. Hebrajskie „Shalom” też to oznacza.

Ludzie przychodzą do klasztoru, bo szukają ciszy, której brakuje im w świecie zewnętrznym?
Tak chyba jest. To nas motywuje, by tą ciszą się dzielić, po to powstał Dom Gości. Ludzie przychodzą, uczestniczą w różnych programach, rekolekcjach, ale często sami mówią, że najbardziej zależy im właśnie na ciszy. Są takie grupy, które od początku zakładają, że przez cały pobyt będą milczeć, spróbują sił w takim trochę odmiennym od codziennego sposobie funkcjonowania. Chcą stanąć u źródeł własnej tożsamości. Każdy w ciszy może się wsłuchać, co mu w duszy gra. To jest zresztą powiedziane w „Regule św. Benedykta”: „Słuchaj, synu, nauk mistrza i nakłoń ku nim ucho serca swego”. Bo milczenie, cisza to przede wszystkim słuchanie. Tego, co się dzieje w moim sercu, wnętrzu, sumieniu. Bywa, że nie są to łatwe sprawy. Czasem cisza konfrontuje mnie z moimi urazami, lękami, smutkiem, ale to musi wypłynąć na wierzch. Nie pozwalam się od środka zatruć, wypłukać, ale i nie zadeptuję tego, nie udaję, że jest świetnie. Medytując w milczeniu, zaglądając w siebie, staram się jakoś na to odpowiedzieć, znaleźć drogę. W tym sensie cisza może wyzwalać.

Pewnie łatwiej jest ją odnaleźć w klasztorze, ale jak zatrzymać ją i pielęgnować w codziennym życiu?
Nasza „Pocztówka dźwiękowa” jest właśnie próbą zatrzymania tej ciszy. Ktoś, kto szukał jej u nas, może włączyć w domu płytę, wsłuchać się w odgłosy kroków w krużgankach, zamykanej na noc bramy, ptaków w wirydarzu, i przywołać tę ciszę do siebie. Dobrym pomysłem jest codzienne, skrupulatne pilnowanie pewnego rytmu wyciszeń i medytacji. To jest dokładnie to, co my robimy tu, w opactwie, trzymając się sztywnego harmonogramu dnia.

Każdy człowiek, nawet bardzo zabiegany, może o to zadbać w swoim planie dnia. Można sobie co rano pomedytować – choćby przez kwadrans.
Gdy słyszę, że ludzie nie mają na to czasu, mówię: „Ale ma pani czy pan czas na poranną toaletę, prawda?”. Skoro dbamy o higienę ciała, dbajmy też o higienę duszy, bo jest to jej nie mniej potrzebne. W trakcie tego kwadransa w ciszy mogę zanurzyć się w siebie, w to, co jest dla mnie ważne, kim jestem, w źródło mojej tożsamości. Potem wychodzę, idę w świat, ale pamiętam, skąd przyszedłem. Mogą przydarzyć mi się różne rzeczy, nawet bardzo niemiłe, ale to nie ma znaczenia – bo nie zależę od warunków zewnętrznych. To jest związane z postawą, która nosi po grecku nazwę apatheia – niepodatności na emocje.

Kwadrans milczenia może sprawić, że nie będziemy tak wrażliwi na codzienne stresy?
Jeśli pielęgnuję w sobie ciszę, stresy mnie nie zniszczą. W apoftegmatach są historie dawnych mnichów, Ojców Pustyni: jest jakiś kataklizm, wszystko się wali, ktoś kogoś okradł. Trudno. To nie jest w życiu najważniejsze. Jeśli codziennie mogę wrócić do siebie, do tej bazy, wiem, jaka jest moja misja, co jest dla mnie ważne – będę potrafił to przyjąć. Także stoicy próbowali kształtować u siebie takie podejście. Każdy może do niego dążyć choć troszkę w codziennym życiu. Ale, oczywiście, kluczowa jest ta baza wewnątrz. W codziennej ciszy, choćby na kwadrans wracam do swojej bazy. Z czasem jestem w stanie odwoływać się do niej w dowolnej chwili dnia, na przykład wtedy, gdy nagle górę biorą nade mną złe emocje, gdy czuję gniew, frustrację czy lęk.

Jest taki przedsiębiorca kanadyjski, Robert Ouimet, zajmuje się branżą spożywczą. W siedzibie jego firmy wyznaczono pokój, do którego każdy z pracowników w dowolnej chwili może pójść, żeby się wyciszyć. Każdą naradę ma zwyczaj zaczynać od dwóch minut milczenia. Żeby wszyscy mogli sobie przypomnieć: „Po co tu jesteśmy?”, „Co jest dla nas najważniejsze?”. Czasami cisza proponowana jest w chwilach szczególnego napięcia, emocji. On mówi, że to działa. Ludzie stają się spokojniejsi, bardziej chętni, by słuchać siebie nawzajem. Byłoby idealnie, gdyby w każdym biurze czy fabryce tak pracowano, ale – może zacznijmy po prostu od siebie. Od porannego milczenia.

Czy milczeniem można próbować zadać komuś ból? Cisza może wynikać z egoizmu, chęci zranienia kogoś?
Ta cisza, o której my mówimy, to milczenie, które jest milczeniem żywym, milczeniem życia. Roślina w ogrodzie też wzrasta w ciszy, ale rozwija się, pnie do góry. Kluczowe jest otwarcie się na świat i drugiego człowieka, wsłuchanie w to, co dzieje się we mnie, ale i w innych, chęć odpowiedzenia na to. Ale, oczywiście, bywa cisza, w której ktoś nie słucha, odwraca się, okazuje drugiemu swoją dezaprobatę i brak akceptacji. To jest milczenie nieobecności. Taka cisza jest martwa, jak na cmentarzu. Nie chcę powiedzieć, że zawsze jest ona zła.

Czasami trzeba odgrodzić się taką ciszą od kogoś, kto jest toksyczny, zatruwa nas. Św. Benedykt, gdy mówił o wcześniej wspomnianej gradacji sankcji wobec mnicha, który niewłaściwie postępuje, na koniec powiedział: „Jest moment, w którym opat widzi, że modlitwa, milczenie, napomnienia czy słowa nie pomagają. I wtedy wyciąga miecz i odcina. Odłącza tego kogoś od wspólnej przestrzeni, i potem my już nie wiemy, co się z taką osobą dzieje, ona jest poza”. Bywa, że w życiu na zewnątrz też trzeba kogoś odciąć milczeniem. Kobieta, która ma partnera stosującego wobec niej przemoc. Być może ona nawet próbowała ten związek ratować, ale nic nie pomaga. Wtedy ona wyprowadza się, przestaje odbierać telefony, nie odpowiada na e-maile i esemesy, nawet ich nie czyta. Żeby ratować swoje życie, przekreśla to, co tym życiem nie jest. Takie milczenie jest formą obrony.

Gdzie cisza brzmi najpiękniej?
Tam, gdzie jest miłość. Jeśli jestem z kimś, kogo kocham. Bo nie da się kochać bez milczenia, i być może im większa jest miłość, tym tego milczenia więcej – bo otwieramy się na drugiego człowieka, jesteśmy go ciekawi, spragnieni, chcemy go wysłuchać. Ja kocham Boga. Więc dla mnie najpiękniej brzmi cisza w kościele, na przykład wtedy, gdy kończy się jakaś wyjątkowo piękna liturgia. A dziewczyna i chłopak, którzy się kochają – idą na przykład na łąkę w lesie. W takich chwilach cisza jest najpiękniejsza. I jeśli zdarza się tak, że tracimy tę ukochaną osobę, to wspominamy właśnie tę łąkę w lesie – i to, że nie było tam słów. Potem można na tę łąkę pójść, szukać tego wspomnienia. Ptaki tak samo będą śpiewać i drzewa tak samo szumieć. Ale cisza już nie będzie ta sama.

  1. Psychologia

Dostrojenie - sposób na rozluźnienie, osiągnięcie spokoju i poszerzenie świadomości

Kiedy przełączamy się na doświadczanie zmysłowe, umysł może wreszcie odpocząć. (Fot. Getty Images)
Kiedy przełączamy się na doświadczanie zmysłowe, umysł może wreszcie odpocząć. (Fot. Getty Images)
Rozluźnić się, osiągnąć spokój, poszerzyć świadomość. Jak? Amerykanin Stanley H. Block zaleca powrót do zmysłów. Jego metoda rozwoju osobistego, Mind-Body Bridging w Polsce znana jest jako Dostrojenie.

Wielu z nas zwykło myśleć o rzeczywistości dość niepochlebne rzeczy, utrwalone zresztą w języku. Że szara, twarda, ponura, brutalna. Stanley H. Block stawia tezę, że rzeczywistość może być kojąca, trzeba ją tylko oddzielić od stresujących wyobrażeń stworzonych przez umysł. Już we wstępie do swojej książki „Powrót do zmysłów” prosi czytelnika: „Pomyśl o setkach przedmiotów i powierzchni, których dzisiaj dotknąłeś, które stały się dzisiaj częścią twojego życia. Czy poczułeś, jak dotykałeś ubrania, kluczy, filiżanki, butów, wody, sztućców? Czy dostrzegłeś krajobraz, który mijałeś w czasie jazdy samochodem? Kiedy ostatnio przegapiłeś zjazd z autostrady albo ulicę, w którą powinieneś skręcić, gdyż twój umysł był czymś bardzo zajęty?”.

Praca zmysłów

Block pracował już od ponad 40 lat jako psychiatra i psychoanalityk, kiedy zaczął zastanawiać się, w jaki sposób człowiek hamuje naturalne procesy uzdrawiania (bo co do tego nie miał wątpliwości). I tak pewnego wieczoru, odpoczywając w salonie, zwrócił uwagę, że dobiegający z kuchni szmer lodówki to pojawiał się, to znikał. Zastanowiło go to. Lodówka pracowała cały czas, co zatem sprawiało, że jej szum na przemian docierał do uszu i nikł? „Zauważyłem, że gdy tylko w mojej głowie pojawiały się jakieś myśli, szmer lodówki znikał. Nagle dotarło do mnie, że to skupione na mnie samym myśli zatkały moje uszy! Uświadomiłem też sobie, że gdy tylko kierowałem uwagę z powrotem na szmer lodówki, ogarniał mnie spokój. Gdy gubiłem ten dźwięk, umysł napełniał się myślami, a ciało się napinało. Poza tym traciłem wówczas zdolność widzenia peryferyjnego. Moje własne myśli powodowały stan ograniczenia świadomości!” – pisze.

Zaczął badać pracę zmysłów, a dokładniej sposób, w jaki ich używamy: jak to jest, że patrzymy – nie widząc, słuchamy – nie słysząc, dotykamy – nie czując? Nazwał ten stan zapadnięciem świadomości. Co jest powodem tego odcięcia od świata tego owinięcia życia watą, pozbawienia go barw, smaków, zapachów? Nie może to być sam proces myślenia – w końcu jest dla człowieka czymś naturalnym! Uznał, że zjawisko to dotyczy wybranych myśli, odcinających od naszej istoty, i że za ich powstawanie odpowiedzialny jest jakiś podstępny układ. Nazwał go układem tożsamości, bo pełen jest egocentrycznych myśli i osądów. To za jego sprawą czujemy się czasem całkiem odrębną jednostką, tracimy poczucie spójności ze wszechświatem, lądujemy gdzieś poza „tu i teraz” – oddzieleni od doznań zmysłowych, bogactwa i pełni życia. Kiedy układ tożsamości jest aktywny, umysł zapychają nakręcające się myśli i fałszywe wyobrażenia, ciało napina się, zmysły drętwieją. Jesteśmy jak w pułapce, z dala od siebie, od wewnętrznej mądrości.

Myśli, będące podstawą istnienia układu tożsamości, Stanley Block nazywa wymogami. Jak łatwo się domyślić, próbują nam one narzucić, jacy powinniśmy być i jaki powinien być świat. Znajdziemy więc wśród nich wszelkie frustracje – że szef nas nie chwali (przecież wszyscy szefowie powinni to robić!), pies nie merda na nasz widok ogonem (może jest chory?) i że akurat na czas naszego urlopu psuje się pogoda (to niesprawiedliwe!). Inna sztuczka układu tożsamości to tzw. wewnętrzne opowieści, w które nas wciąga – dotyczące zwykle tego, co było lub będzie, co zawaliliśmy i czym możemy się wykazać w przyszłości. Stanley Block twierdzi, że nadaktywny układ tożsamości zawęża naszą świadomość i wywołuje strach, a wprowadzenie go w stan spoczynku całkowicie odmienia życie.

Jak działa Dostrojenie?

Układ tożsamości oddziela nas od ciała, a bez kontaktu z ciałem – wiadomo – tracimy ugruntowanie, poczucie bezpieczeństwa. – Dlatego, kiedy jesteś niespokojna czy nie możesz zasnąć, potrzyj palcami powierzchnię jakiejś tkaniny – zaleca Stanley Block. – Bądź świadoma faktury materiału, po którym przesuwają się koniuszki palców... Chodzi o to, żeby być świadomym doznań w ciele i myśli, tego, na co patrzymy i czego słuchamy. Dostrojenie można praktykować wszędzie, choćby stojąc w kolejce do kasy. – Wsłuchaj się w zgrzyt wózków sklepowych, w „bipy” kasy, szczebiot dziecka – sugeruje Stanley Block. – Poczuj swoje ciało – obolałe nogi, burczący brzuch. Sprawdź, czego dotykają twoje palce, skóra... Kiedy przełączamy się na doświadczanie zmysłowe, umysł może wreszcie odpocząć. A przecież to umysł z jego natarczywymi myślami podkręca nasze emocje. Jesteś wściekła? Zanim zareagujesz, posłuchaj, czym żyje świat: wsłuchaj się w szczekanie psa, szum z ulicy, śpiew ptaków.

Jeszcze dwa terminy: depresor i fikser. To one tworzą układ tożsamości. Pierwszy przechwytuje neutralną myśl (np. „nie zdążyłam”), by stworzyć wokół niej własną opowieść („jestem nieudacznikiem”, „nie nadaję się”, „nie potrafię”, „mam pecha”, „wszystko na nic”) i udowodnić, że coś z nami jest „nie tak”. Drugi jest dużo bardziej podstępny – próbuje zaradzić sytuacji, a tak naprawdę wykorzystuje ją, by zbudować motywację i presję („muszę się bardziej postarać, wcześniej wstawać, mniej rozmawiać przez telefon”). Nie chodzi tu o to – tłumaczy Stanley Block – by rozstrzygać, które myśli są negatywne, a które pozytywne. Nie chodzi o to, by – jak zaleca wiele szkół – eliminować pierwsze, a wzmacniać drugie, ale żeby się do nich zdystansować, nie być ich niewolnikiem. Nie dopuścić do snucia wewnętrznych opowieści, wywołujących napięcia w całym ciele. Żeby mieć świadomość, że jesteś czymś znacznie większym niż twoje myśli.

Stąd pomysł, żeby je nazywać. Jak to zrobić? Po prostu. Pomyślałaś sobie, że jesteś głupia? Przyznaj: „Miałam myśl, że jestem głupia”. Pomyślałaś: „Zabiję gnoja!”. W porządku, powiedz sobie: „Miałam myśl, że zabiję gnoja!”. A może twoja myśl to: „Muszę schudnąć kolejne trzy kilo, inaczej nikt mnie nie pokocha”. To tylko myśl! Ty decydujesz, co z nią zrobić, ona o niczym nie przesądza.

Inne, stosunkowo proste narzędzie, pomagające zneutralizować układ tożsamości, to kreślenie map umysłu-ciała. Pracuje się z pytaniem, np. „Co się dzieje w moim umyśle?” albo „Co mam zrobić?”. Na wykonanie takiej mapy wystarczy pięć minut. Na środku kartki, w kółku, zapisujesz temat-pytanie, a wokół niego wszystko, co się w związku z nim pojawia: myśli, skojarzenia, odczucia w ciele. W ten sposób masz przejrzysty obraz tego, jak działa twój układ tożsamości. To wystarczy – twierdzi Stanley Block – by uwolnić się spod jego wpływu, znaleźć nową perspektywę. Zaleca, by za każdym razem, gdy przeżywamy jakieś trudności, sporządzić mapę przedstawiającą aktualny stan umysłu. Propozycji map jest zresztą w książce całe mnóstwo: mapa depresora, mapa fiksera, mapa „kim chciałbym być?”, mapa snu, decyzji, śmierci... Mało? Książka „Powrót do zmysłów” zawiera też 10-dniowy plan optymalizacji życia. Autor zapewnia, że używając wszystkich narzędzi z tego planu, możesz przekształcić układ tożsamości w „maszynę do uzdrawiania”. Można by uznać, że dostrojenie to nic nowego, a jednak... Intryguje. Jak wiele innych metod, promuje uważność, zachęca do tego, żeby obserwować umysł i wyłapywać, kiedy wpada w wir nakręcających się myśli. Podsuwa też – jak przystało na metodę zrodzoną w Ameryce – gotowe narzędzia.

Warto przeczytać: Stanley H. Block, Carolyn Bryant Block, „Powrót do zmysłów”, Czarna Owca 2011