1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Lęk przed przemijaniem

Lęk przed przemijaniem

(Ilustracja: Magdalena Pankiewicz)
(Ilustracja: Magdalena Pankiewicz)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Są w wieku, w którym można zdobywać góry. Zdrowe, wykształcone, atrakcyjne. A one się zamartwiają. Robią wszystko, żeby zatrzymać czas. Mówią, że chcą się nażyć, napodróżować, nacieszyć, zanim przyjdzie to coś strasznego, najgorszego, co, jak myślą, może człowieka spotkać, czyli starość. – Im częściej mówi się o tym, że przemijanie to naturalny proces, tym bardziej redukuje się lęk z nim związany – uważa psycholożka Ewa Jarczewska-Gerc.

Są w wieku, w którym można zdobywać góry. Zdrowe, wykształcone, atrakcyjne. A one się zamartwiają. Robią wszystko, żeby zatrzymać czas. Mówią, że chcą się nażyć, napodróżować, nacieszyć, zanim przyjdzie to coś strasznego, najgorszego, co, jak myślą, może człowieka spotkać, czyli starość. – Im częściej mówi się o tym, że przemijanie to naturalny proces, tym bardziej redukuje się lęk z nim związany – uważa psycholożka Ewa Jarczewska-Gerc. Czy na starość czeka nas coś dobrego? – Tak. Szczęście  – mówi pisarz i dziennikarz Carl Honoré.

Beata, lat 34, socjolożka, żyje na pełnych obrotach. Samodzielnie wychowuje pięcioletnią córkę, pracuje na uczelni, uczestniczy w projektach badawczych, pisze.

– Już teraz jest ciężko, a co będzie w przyszłości? Boję się o zdrowie córki, czy uda mi się zrobić doktorat, spłacić kredyt, ułożyć sobie życie. Frustruje mnie, że nie mieszczę się w spodnie, że słyszę w sklepie: „Ta kolekcja jest dla młodych dziewczyn, nie dla pani”. Starzeję się! Dożyć stu lat? Nigdy w życiu! Pamiętam, jak śmieszyły mnie starsze panie z krzywo umalowanymi ustami, rozmazanym makijażem. Boję się, że za parę lat będę wyglądać tak samo. Ale najbardziej na świecie boję się samotności, zdania na łaskę innych. Wolę umrzeć niż tego dożyć.

Ewa Jarczewska-Gerc z Uniwersytetu SWPS: – Lęk młodych kobiet przed upływem czasu bierze się z antycypacji, czyli przewidywania tego, co jeszcze nie nastąpiło, ale co za ileś lat nastąpi. I na ogół mija wtedy, gdy kobieta wkracza w wiek, którego się bała. Okazuje się, że kiedy się z nim skonfrontujemy, wtedy tak naprawdę zaczynamy lubić siebie i godzimy się z upływem czasu. Skończę w tym roku 40 lat i powiem szczerze, że czuję się bardziej atrakcyjna niż kiedyś, mimo że bez wątpienia świeżość mojej urody nieco wygasła. I nie jestem w tym odosobniona.

Psycholożka wyjaśnia, że dzieje się tak dlatego, że dojrzałość osobowości stabilizuje się pomiędzy 35. a 40. rokiem życia, niezależnie od płci. 20-latkom wszystko nie pasuje: albo są za grube, albo za chude. A kobiety około czterdziestki zaczynają siebie akceptować, rozkwitają seksualnie. Zatem lęk przed przemijaniem, mówiąc językiem naukowym, koreluje z wiekiem.

Psycholożka zauważa, że kiedyś ludzie nie bali się starzenia, bo walczyli o przetrwanie. Zresztą i dzisiaj, w czasach pandemii, lęk przed starzeniem się może zejść na dalszy plan, bo mamy na głowie realne problemy zdrowotne, finansowe, logistyczne. Paradoksalnie, kiedy żyjemy bardziej komfortowo, lęki związane z przemijaniem mogą się nasilać, natomiast gdy przychodzą ciężkie czasy – ustępować… innym lękom.

Ewa Jarczewska-Gerc podkreśla różnicę między lękiem a strachem. Strach to emocja adekwatna do sytuacji, której powinniśmy się bać. Jej celem jest przewidzenie i zaradzenie niebezpiecznym zdarzeniom. To mądry mechanizm ewolucyjny. Natomiast lęki nie są do końca adaptacyjne. Wyolbrzymiają niebezpieczeństwo, są nieadekwatne do sytuacji, paraliżują, powodują, że nie zachowujemy się tak, jak byśmy chcieli.

Mam ograniczony czas

Józefina, lat 39, copywriterka w agencji reklamowej, modelka, wrzuca codziennie na Facebooka fotki ze stylizacjami ubiorów na różne okazje: do pracy, na imprezę w klubie, do teatru, na fitness, jogging. Wszystkie starannie przygotowane, dobrze oświetlone i profesjonalnie sfotografowane przez jej chłopaka.

– Zabawa modą to moja pasja. Wyżywam się w tym, bo zdaję sobie sprawę, że mam ograniczony czas. Już teraz muszę korzystać z Photoshopa, a co będzie później? Strach się bać.

Ilustracja Magdalena Pankiewicz Ilustracja Magdalena Pankiewicz

Ewa Jarczewska-Gerc nie lubi narracji, że kiedyś ludzie nie zwracali uwagi na wygląd, a teraz, za sprawą Instagrama i Facebooka, myślą tylko o tym. – Zwracanie uwagi na wygląd nie jest niczym nowym, to naturalne. Nawet noworodki mają wdrukowane pewne standardy piękna, uśmiechają się do ludzi ładnych, o symetrycznych twarzach i bez wyraźnych oznak zniekształcenia, a brzydkich się boją. Natomiast bez wątpienia to, że dzisiaj każdy z nas może być VIP-em, publikować swoje zdjęcia w Internecie, mieć miliony followersów, wystawia nas, na własne życzenie zresztą, na ocenę. Tak więc możliwość upowszechnienia własnego wizerunku powoduje, że staje się on jeszcze ważniejszy. A lęk przed jego nadwątleniem większy.

Jeszcze nie teraz

Gosia, 36 lat, italianistka, pracuje jako tłumaczka i pilotka wycieczek. Uwielbia podróże, ludzi i oczywiście Włochy. Ciągle na walizkach. A w nich oprócz niezbędnika turystki – witaminy, suplementy, słoiki pierzgi od zaprzyjaźnionego pszczelarza i kapsaicyna zrobiona przez mamę. Przyznaje, że jest przeczulona na punkcie zdrowia. Dlatego jak wraca (na krótko) do domu w Łodzi, chodzi po lekarzach, na zabiegi, robi badania. – Boję się, że się zestarzeję, więc dbam o siebie. Bardzo chciałabym mieć dziecko, ale jeszcze nie teraz. Dziecko to koniec wyjazdów i początek etapu, którego na razie nie chcę zaczynać. Jakiego etapu? Drugiej połowy życia, która wiadomo do czego zmierza. Jeszcze nie jestem na to gotowa.

Takie dylematy młodych kobiet to według Ewy Jarczewskiej-Gerc znak naszych czasów: – Nasze matki i babki nie zastanawiały się, jak się nie zestarzeć, tylko rodziły dzieci, pracowały. Po wojnie był nakaz pracy, a kobiety chciały być matkami, więc nie rozkminiały, jak to godzić, tylko godziły.

Lęki przed upływem czasu są podsycane przez różne narracje społeczne. Młoda kobieta czyta, że najlepiej urodzić dziecko po dwudziestce albo że spokojnie może czekać do czterdziestki. Kiedyś była presja, żeby rodzić wcześnie, teraz – późno.

– Optymalny wiek na urodzenie dziecka, choćbyśmy nie wiem jak zaklinały rzeczywistość, to okres między 25. a 35. rokiem życia – mówi psycholożka. – Możemy dziś rodzić dzieci w wieku 45 lat, ale wiele kobiet mówi, że nie mają wtedy takiej energii życiowej, jaką miały. Mam dwoje dzieci i cieszę się, że są w wieku szkolnym, bo teraz swoją energię mogę przeznaczyć na pracę. Dziecko nie musi ograniczać. Martyna Wojciechowska urodziła córkę i po kilku miesiącach pojechała w ukochane góry. Zrobiła to, co chciała, dziecko jej w tym nie przeszkodziło. Nie patrzyła na to, że jacyś ludzie powiedzą: „Wyrodna matka”. Nie roztrząsała: mieć dziecko czy nie, tylko je ma, kocha i realizuje swoje pasje. Ale, oczywiście, każda kobieta ma prawo do własnych decyzji. Tu nie powinno być reguł narzuconych społecznie. Chodzi tylko o to, żeby kobiety nie żyły w lęku, że życie ucieka. No bo ucieka, i co z tego.

Nic już mi nie pomoże

Iwona, 35 lat. Ma własną kawiarnię na obrzeżach Warszawy, wymuskane mieszkanie i obsesyjny lęk przed starzeniem. Codziennie ogląda się w lustrze od stóp do głów, waży, mierzy. Regularnie chodzi na zabiegi upiększające, manikiur, do fryzjera. I drży, że nadejdzie taki moment, kiedy nic już jej nie pomoże.

– Czy wyobrażam sobie siebie na starość? Nawet o tym nie myślę. Bo niby po co, żeby się dołować? Sorry, ale starość kojarzy mi się z czymś bardzo, ale to bardzo nieprzyjemnym. Brzydotą, zniedołężnieniem, poniżeniem. Jak będę miała dzieci, to im powiem, żeby oddały mnie do domu opieki, bo nie chcę, żeby mnie oglądały.

Może z lęku kobiet przed przemijaniem wynika jednak coś pozytywnego? Na przykład to, że bardziej dbają o siebie, nie tylko o wygląd, ale też o zdrowie, kondycję?

– Do tego samego celu prowadzi wiele dróg – odpowiada Ewa Jarczewska-Gerc. – Bo z jednej strony narracja społeczna jest taka, że trzeba dbać o siebie, a z drugiej – żeby to robić jak najmniejszym wysiłkiem. Coraz młodsze kobiety korzystają z medycyny estetycznej, decydują się na operacje bariatryczne zamiast po prostu upocić się, umęczyć i zrobić to swoim wysiłkiem. Oczywiście, dobrze, jeśli ten lęk przełoży się na konstruktywne formy dbania o siebie. Czyli na dobrą dietę, bo ludzie jedzą, ale się nie odżywiają. Na regularne ćwiczenia, fajne relacje z ludźmi, dbanie o sen, także o wysiłek intelektualny, ponieważ ćwiczenia umysłowe są równie ważne jak fizyczne. Natomiast obawy może budzić to, że coraz młodsze kobiety powiększają sobie usta, przyklejają sztuczne rzęsy, robią sobie liposukcje.

Ilustracja Magdalena Pankiewicz Ilustracja Magdalena Pankiewicz

– Co w tym złego? – pytam.

– No to, że te działania nie zmieniają myślenia ani stylu życia. Życie wymaga wysiłku, nic nie ma za darmo. Jeżeli kobiety sobie tego nie uświadomią, to zyska na tym tylko medycyna estetyczna, która jest dla ludzi, jak najbardziej, ale niekoniecznie dla 20-latki.

Uciekam, zaprzeczam

Psycholożka uspokaja: lęk przed przemijaniem i śmiercią jest naturalny. Problem w tym, że współczesna kultura robi wszystko, żeby nie mówić na ten temat. To ucieczkowy sposób radzenia sobie z tym lękiem.

– Są badania, które pokazują, że kobiety przed wizytą u fryzjera mają większy poziom lęku przed śmiercią niż po wyjściu. W ogóle istnieje hipoteza, że dbanie o siebie, te wszystkie zabiegi urodowe nie tylko mają nam poprawić wygląd, samopoczucie, ale buforują też lęk przed śmiercią. Bo jak wyglądamy ładnie, to mamy poczucie, że nie weźmie nas licho. A jak weźmie, to i tak nas lepiej zapamiętają, staniemy się nieśmiertelni w sensie kulturowym.

Ewa Jarczewska-Gerc na stażu naukowym w Stanach, w Indiana University of Pennsylvania, miała okazję uczestniczyć w kursach związanych z psychologią śmierci. Przytacza badania, które pokazują, że im częściej mówi się o tym, że przemijanie to naturalny proces, tym bardziej redukuje się lęk z nim związany. Tak więc nadanie przemijaniu racji bytu, zgoda na to, że wszystko ma swój początek i koniec, docenianie każdego przeżytego dnia, wdzięczność za to, co mamy, codzienna uważność – to wszystko powoduje, że możemy być szczęśliwsi. Natomiast uciekanie i zaprzeczanie są strategią na chwilę. Bo jak się przed lękami ucieka w dzień, to one będą nam się śnić w nocy.

– Żeby kobiety wyzwoliły się od tych lęków, trzeba już małe dziewczynki uczyć niezależności – uważa psycholożka. – Niezależności od opinii i oczekiwań innych, ale też wytrwałości, stawiania sobie celów, określania marzeń, a potem do nich dążenia. Dobrze byłoby sobie powtarzać: „Nie jestem nieśmiertelna, dlatego każdego dnia robię to, co mnie rozwija, co sprawia, że jestem człowiekiem”. Badania pokazują, co leczy z lęków przed przemijaniem: pasja, aktywność i pięć filarów zdrowego życia, czyli dieta, ruch, sen, dobre relacje z ludźmi, ćwiczenia intelektualne. Mamy wybór – możemy coś dobrego zrobić i dzięki temu dobrze się czuć albo narzekać, bać się starości i czuć się źle.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Życie w lęku nie pozwala nam na pełny rozwój

Lęk sam w sobie nie jest zły. Kłopot pojawia się wtedy, gdy indywidualny system ostrzegania człowieka ulega „przeprogramowaniu” i sprawia, że reakcje stają się nieadekwatne do sytuacji. (Fot. iStock)
Lęk sam w sobie nie jest zły. Kłopot pojawia się wtedy, gdy indywidualny system ostrzegania człowieka ulega „przeprogramowaniu” i sprawia, że reakcje stają się nieadekwatne do sytuacji. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Lęk sam w sobie nie jest zły. Spełnia istotną ewolucyjnie funkcję – informuje o zagrożeniach, każe reagować na niebezpieczeństwo. Kłopot pojawia się wtedy, gdy indywidualny system ostrzegania człowieka ulega „przeprogramowaniu” i sprawia, że reakcje stają się nieadekwatne do sytuacji.

Sebastian ma 30 lat. Kilka lat temu zrozumiał, że żyje w niewoli kompleksów i strachu, że za chwilę zniszczy swój związek. Postanowił z tym walczyć – poddał się półrocznej psychoterapii indywidualnej metodą poznawczo-behawioralną. W rozmowie z Zofią Rokitą dzieli się swoim doświadczeniem wychodzenia z lęku. Opowiada o przebiegu i efekcie terapii, którą podjął w tym celu.

Z jakim problemem zgłosiłeś się do terapeuty?
Głównie z różnego rodzaju lękami – przed odtrąceniem, wyśmianiem, upokorzeniem. Czułem, że mam ze sobą jakiś problem, ale nie wiedziałem jaki. Wtedy pomyślałem o psychoterapii. Skoro innym pomaga, może warto spróbować? Miałem 23 lata, byłem studentem geografii.

W jakich sytuacjach najczęściej dopadały cię lęki?
Wśród ludzi: na zajęciach, na spotkaniach towarzyskich. Miałem wrażenie, że jestem mało interesujący, gorszy od innych, nudny, beznadziejny... Że mnie nie akceptują, nie mają ochoty przebywać w moim towarzystwie. Z trudem przychodziło mi wyrażanie opinii, jąkałem się, głos mi drżał, serce wpadało w galop. Często zamykałem się w swoim świecie i zastanawiałem, jak inni mnie odbierają, dlaczego każda próba nawiązania z kimś bliższego kontaktu kończy się odrzuceniem. Pytanie „dlaczego” stało się moją obsesją. W głowie kłębiły się dołujące i gnębiące myśli, a takie jeszcze bardziej napędzały moje lęki. Mówiłem sobie: „Jeśli z ciebie taki palant, to nie dziw się, że inni się do ciebie nie garną”. Gdzieś w głębi nosiłem jednak przekonanie, że wcale nie musi tak być.

Dlaczego właśnie wtedy zdecydowałeś się na terapię?
W moim życiu wydarzyło się coś, co dało mi potężnego kopa, ogromnie zmotywowało, by zwrócić się po pomoc do specjalisty. Poznałem dziewczynę i po raz pierwszy naprawdę się zakochałem. Ewa też mnie pokochała. I zaczęła się udręka! Zamiast się cieszyć, żyłem w ciągłym niepokoju, strachu, że mnie porzuci. Byłem pełen myśli typu: „Jesteś frajerem, to nie może być prawda. Jak taka dziewczyna mogłaby zainteresować się facetem takim jak ty...”. Lęki przed porzuceniem stały się natrętne, czułem, że przejmują nade mną kontrolę, zbierają się nade mną niczym czarne chmury. Ciągle domagałem się od Ewy potwierdzeń, zamęczałem ją pytaniami: „Naprawdę mnie kochasz? Dlaczego mnie wybrałaś?

Czy na pewno między nami jest OK?...”. Cierpliwie odpowiadała, ale ja nie umiałem tego przyjąć. Byłem na wszystko strasznie wyczulony, nieufny, podejrzliwy. Drobne nieporozumienia jawiły się w mojej głowie jako pożegnania. Wybuchałem złością graniczącą z agresją, choć nie miałem żadnych racjonalnych powodów. Cierpiałem. Pomyślałem wtedy: „Jeśli nic z tym nie zrobię, to spieprzę związek, na którym tak mi zależy”. Zdecydowałem się na terapię. To było jak z bólem zęba: kiedy dokucza ci tak, że nie możesz wytrzymać, nie zastanawiasz się, czy pójść do stomatologa, po prostu idziesz. Podobnie jest z bólem psychicznym.

Ewa wiedziała, że zapisałeś się na terapię?
Tak i miałem jej wsparcie. Wracałem z sesji i opowiadałem, jak przebiegała. Mieliśmy wspólny cel: by było nam ze sobą jak najlepiej.

Często spotykałeś się z terapeutką?
Raz w tygodniu. Sesja trwała godzinę. To była osoba niezwykle ciepła, spokojna, czułem, że mnie słucha i rozumie. Bardzo szybko jej zaufałem i otworzyłem się przed nią.

Opowiedz, jak przebiegały sesje.
Na pierwszych spotkaniach koncentrowaliśmy się na moich zachowaniach i bieżących problemach. Terapeutka prosiła, bym opowiadał o istotnych wydarzeniach z ostatniego tygodnia i sytuacjach, podczas których zmagałem się z lękami. Potem wspólnie je analizowaliśmy. Kiedyś od progu gabinetu zacząłem opowiadać o tym, co przydarzyło mi się kilka godzin wcześniej: Szedłem ulicą i zobaczyłem moją dziewczynę w towarzystwie kolegów. Po prostu rozmawiali, ja jednak od razu pomyślałem: „No tak, oni są interesujący, a ja nudny, beznadziejny. Tracę ją”. Poczułem się zdołowany, tak, jakby mnie coś nagle przywaliło, choć w gdzieś w głębi zdawałem sobie sprawę, że nie mam sensownych argumentów, by tak się czuć.

Strach ogranicza nasze postrzeganie, powoduje, że rezygnujemy z wielu cennych rzeczy. (Fot. iStock) Strach ogranicza nasze postrzeganie, powoduje, że rezygnujemy z wielu cennych rzeczy. (Fot. iStock)

Jak terapeuta pomaga w takich przypadkach?
Słuchając, rozmawiając, analizując zdarzenia. Moja terapeutka pytała mnie: „Z jakiego powodu uważasz się za osobę gorszą od innych? Co lubi w tobie Ewa?...”. Wspólnie szukaliśmy argumentów potwierdzających moje negatywne odczucia, ale i takie, które temu zaprzeczały. Prowadziłem też tzw. zapis myśli – to jedno z głównych narzędzi terapii poznawczo-behawioralnej. Pisałem np. „jestem nieciekawy, mało atrakcyjny, głupi...”, a na drugiej kartce: „jestem wysportowany, wczoraj napisałem najlepszą pracę na roku...”. Kiedy później czytałem ten negatywny zapis, wydawało mi się, że to nie o mnie, tylko o kimś innym. Słowa na papierze brzmiały ostro, biły po oczach, jakoś do mnie nie pasowały. To jasno pokazywało, że moja pierwotna, negatywna myśl była zniekształcona. Terapeutka mówiła wtedy: „Widzisz, twierdzenie w twojej głowie jest nieprawdziwe”. Kiedyś poprosiła mnie, bym wyobraził sobie, że patrzę na siebie siedzącego na drugim krześle i powiedział, co widzę i czuję. Pamiętam, że się rozpłakałem, bo zrozumiałem, że mam przed sobą dorosłego, ciepłego, fajnego mężczyznę. Pierwszy raz uświadomiłem sobie, że noszę w głowie zniekształcony obraz siebie i sytuacji, w jakich się znajduję. Odkrywałem błędy w swoim myśleniu.

Dostawałeś jakieś „zadania domowe”? Tak – przemyśleć i przećwiczyć sytuacje oraz przetrawić wnioski. Pracą domową było też prowadzenie „zapisów myśli” po różnych niepokojących mnie zdarzeniach, samodzielne ich analizowanie i powracanie do nich, by utrwalać nowe, bliższe prawdzie mechanizmy myślenia o sobie. Wiele razy, rozkładając na składniki swoje myśli, dochodziłem do wniosku, że moje obawy nie mają sensu. Eksperymentowałem, by sprawdzić, jak jest naprawdę, np. odmawiałem czegoś dziewczynie lub przyjacielowi, a potem przekonywałem się, że mimo to nadal są przy mnie.

 
Co podczas terapii poruszyło cię najbardziej?
Powrót do przeszłości, odkrycie źródeł moich problemów. Na pewnej sesji terapeutka poprosiła mnie, żebym opowiedział o swoim dzieciństwie, latach szkolnych. Pytała, czy takie negatywne myśli pojawiały się dawniej – kiedy, w jakich sytuacjach. Czy pamiętam jakieś szczególne wydarzenia z domu, ze szkoły, ze spotkań towarzyskich, w których paraliżował mnie strach, ogarniał niepokój? Jaki rodzaj lęku był wówczas dominujący? Padło wiele pytań dotyczących przeszłości. Zrozumiałem, że moje lęki zaczęły się rodzić w podstawówce.

Co takiego się tam działo? Rządziła chuliganeria?
To zbyt delikatne określenie. Byłem w bardzo niedobrej szkole, w patologicznym środowisku. Obrzucanie nauczycieli wulgaryzmami, opluwanie ich, picie alkoholu na lekcjach, regularne walki, no i nękanie uczniów, którzy nie chcieli w tej „zabawie” uczestniczyć – to było na porządku dziennym. Znajdowałem się w grupie wyśmiewanych, napiętnowanych, w zespole maminsynków. Atmosfera w szkole była pełna agresji i nienawiści. Podczas terapii okazało się, że tu tkwił jeden z korzeni moich problemów. Doświadczenia wyniesione z podstawówki ukształtowały we mnie przekonania o własnej beznadziejności. Później wyrastały z niego chwasty w postaci różnych lęków.

A inne korzenie?
Drugi wyrósł w relacji z rodzicami. Stale mnie krytykowali, bardzo rzadko chwalili. Zwracali uwagę na moje braki, zaniedbania, a nie zauważali rzeczy dobrych. Miałem być grzecznym, mądrym i dzielnym chłopcem. I takim starałem się być: dobrze się uczyłem, nie żaliłem, ale też z niczego nie zwierzałem. Byłem jedynakiem i często zamykałem się w swoim pokoju sam na sam z kłopotami i rozterkami. Czułem się bardzo samotny, nie miałem z kim porozmawiać.

Dlaczego ten powrót do przeszłości uznajesz za tak istotny?
Bo dotarłem do źródeł tak niskiej samooceny. Zrozumiałem, dlaczego nie byłem zadowolony z nowych relacji i nie potrafiłem się nimi cieszyć – na wszystkie padał cień wcześniejszych doświadczeń, obawy, że zaraz wszystko się zepsuje, że znów zostanę odrzucony, wyśmiany. Żyłem w cieniu własnych lęków. Z negatywnymi zdarzeniami i emocjami jak z zadrami wszedłem w dorosłe życie. Latami nosiłem w sobie poczucie krzywdy, wciąż płakało we mnie ranione dziecko i nie pozwalało zobaczyć, że ludzie, którzy mnie otaczają są inni niż tamci, od których doznałem kiedyś bólu i upokorzeń. Teraz myślę o tym ze spokojem, jestem pogodzony z tym, co się stało. Opowiadając w gabinecie o swoim dzieciństwie, rodzicach, szkole, wydobyłem te negatywne wspomnienia na powierzchnię, z podświadomości do świadomości, i przyjrzałem się im z bliska. Sam bym tego nie zrobił. Terapeutka pokazała mi związek między przeszłością i teraźniejszością. Kiedy mówiłem o sprawach dla mnie trudnych, czułem, że mnie rozumie, że mi współczuje. Dzięki temu mogłem wypłakać ten żal, smutek i złość, wyrzucić to z siebie. Coraz bardziej docierało do mnie, że tamto minęło, że teraz jest już inaczej. Trochę to trwało, ale w końcu mogłem powiedzieć: „zamykam ten rozdział, chcę żyć nowym życiem”. Ewangelia głosi: prawda was wyzwoli – wydaje mi się to bardzo celne w kontekście tej terapii. Dopiero poznanie prawdy, choćby była najgorsza, może uwolnić nas i otworzyć na nowe, inne życie.

Co terapia zmieniła w twoim życiu?
Przede wszystkim inaczej się postrzegam, mam więcej wiary w siebie, pewności, bardziej się cenię. Potrafię być z drugą osobą i nie potrzebuję jej nieustających zapewnień, że między nami dobrze się układa. Potrafię brać od ludzi to, co chcą mi z siebie dać: zainteresowanie, akceptację, przyjaźń. Tego najbardziej mi w życiu brakowało. I bardzo ważne: otrzymałem narzędzia terapeutyczne. Gdy czuję, że lęki powracają, wiem, jak je okiełznać, jak sobie z nimi poradzić. Uruchamiam poznane na terapii nowe wzorce reagowania – analizuję swoje emocje, potrafię dostrzec zniekształcenia myśli. Robię ich zapis. Stosuję też techniki relaksacyjne redukujące napięcia. Mam świadomość własnych potrzeb. Nawet jeśli się przewrócę, to szybko się podniosę, bo wiem, czego się uchwycić i jak wstać.

A jak terapia wpłynęła na związek z Ewą?
Wspaniale. Wreszcie zamiast trwonić energię na rozpracowywanie moich lęków – inwestowaliśmy ją w przyjemniejsze działania. A od kilku miesięcy jesteśmy małżeństwem.

Komentarz Michała Czyżewskiego, psychologa, psychoterapeuty:

Dzieje się tak, jak np. w przypadku Sebastiana – pod wpływem wcześniejszych wydarzeń, które zachwiały poczuciem bezpieczeństwa, lub gdy najbliższe otoczenie formuje pewien sposób postrzegania siebie. Przez lata próbujemy sami radzić sobie z lękami, unikając najczęściej sytuacji, w których się pojawiają. Skutkiem tego mogą być zaburzenia codziennego funkcjonowania, np. wycofanie z życia społecznego. Strach powoduje, że nie wychodzimy z domu (bo inni źle nas ocenią), zawalamy studia (bo boimy się przystąpić do egzaminu ustnego), nie rozwijamy się zawodowo, rezygnujemy z nawiązywania bliskich kontaktów z ludźmi. Dopiero gdy brakuje sił, by dłużej uciekać przed lękiem lub staje on na drodze do osiągnięcia ważnych celów, pojawia się myśl, żeby szukać pomocy u specjalisty.

  1. Psychologia

Transpłciowość – co to jest i jak ją zrozumieć? Rozmowa z dr Alicją Długołęcką

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Być kobietą zamkniętą w męskim ciele – to ból, jaki trudno sobie wyobrazić. Czy operacja jest w stanie go zmniejszyć? A może płeć jest tylko rolą? Co to jest transpłciowość? Jak transpłciowość może nam pomóc w zrozumieniu samych siebie? Jak rozróżnić transseksualność od transpłciowości? Rozmowa z dr Alicją Długołęcką.

Transpłciowość to ostatnio popularny temat. Wszyscy byliśmy świadkami głośnego coming outu – olimpijczyk Bruce Jenner został Caitlyn Jenner i od razu pojawił się na okładce „Vanity Fair” jako osoba transpłciowa.
Myślę, że więcej dla świadomości i zrozumienia transseksualizmu robi obecność w naszym otoczeniu osób transseksualnych, które możemy poznać osobiście – w pracy przy wspólnym robieniu jakiegoś projektu czy na własnym podwórku na spacerze z psem, niż taka hollywoodzka historia ze świata, z którym nie mamy nic wspólnego. Dla mnie takie historie za bardzo ocierają się o tabloidową sensację, są zbyt upraszczające i w rezultacie nie pomagają osobom transseksualnym.

Są też filmy i literatura, stawiające transpłciowość w nowym świetle. Choćby dokument „Mów mi Marianna” i książka „Brudny róż” Kingi Kosińskiej, osoby transpłciowej… Obie urodziły się w męskim ciele. Częściej kobiety czy mężczyźni dokonują zmiany płci?
Statystyki prawdopodobnie nie w pełni oddają rzeczywistość. Musimy pamiętać, że osoby wychowywane jako kobiety uczone są spychania kwestii seksualnych na bok, takiej postawy, że to, co związane z seksem, jest mało ważne i że liczą się rzeczy „ważniejsze”. W dodatku, jako badaczka kobiet, z biegiem lat coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nasza seksualność naprawdę jest bardziej płynna, co nie oznacza, że jest zmienna, ale że jest trudniejsza do zaszufladkowania. I pewnie dlatego osoby transseksualne z ciałem kobiecym i wychowywane jako kobiety częściej niż kobiety w męskim ciele określają się jako transgenderowe.

Proszę o wyjaśnienie: czy to coś innego niż transpłciowość? Co to oznacza w praktyce? I czy istnieje rozróżnienie, zestawiając pojęcia „transpłciowość a transseksualność”?
To osoby, które czują, że są mężczyznami, chcą pełnić role męskie i pełnią role męskie, ale nie dążą do radykalnej zmiany fizycznej swojego ciała. Aspekt psychiczny, ta samoświadomość ich prawdziwej płci, musi być dla nich wystarczający i posiadanie męskiego ciała nie jest warunkiem podstawowym. Osoba wychowywana jako kobieta, która czuje się mężczyzną, zanim podejmie decyzję o operacji zmiany płci, staje przed pytaniem: Czy chcę mieć penisa, którego nie będę w pełni czuć i który nigdy nie będzie zdolny do wytrysku? Dla niektórych osób obecność penisa jest warunkiem męskiej tożsamości. Te, które nie poddają się operacji, będą bazować na wyobraźni i używaniu dildo, dla innych obydwie sytuacje i tak nie będą rozwiązaniem i będą się wiązać z nieustającym odczuciem niepełności. Te osoby, które nie poddają się operacji, określają siebie jako mężczyzn, którzy nie mają penisa.

I nie przeszkadza im to czuć się mężczyzną? Co czuje osoba transpłciowa, która nie decyduje się poddać operacji?
Przeszkadza i boli, myślę, że przez całe życie, ale poza ciałem jest jeszcze olbrzymi obszar, który niesie wiele cierpienia i wątpliwości. Bo to też są „szuflady”. Gdybyśmy miały się stać mężczyznami choć na chwilę, nie wiedziałybyśmy, co to dokładnie znaczy, prawda? Jak się ubrać, jak się zachowywać, czy być macho, czy raczej typem wrażliwca, co jest „autentycznie” męskie i co miałoby być męskie w seksie? Osoby w trakcie transpozycji, czyli zmiany płci, pomimo określonej tożsamości psychicznej, muszą dokonywać wielu prób tego, jak chcą i mogą się zachowywać. Budowanie roli jest bardzo trudne. Kiedy ktoś ma ciało kobiety, a czuje się mężczyzną, to odczuwa ogromny brak, kompleksy, podobne do tych, jakie ma wielu mężczyzn w męskim ciele, ale w zmasowanej i silniejszej formie. Mężczyzna transseksualny musi nieustająco wszystkim udowadniać swoją męskość, także kobiecie, z którą żyje. W tej wersji odwrotnej, mężczyzny z ciałem kobiety, jest tak samo, chociaż my – widzowie, obserwatorzy – bardziej koncentrujemy się na tej widowiskowości, czyli fakcie, że taka osoba maluje paznokcie, że jest zgrabna, że ma faceta. Nie uruchamiamy wyobraźni w kwestii tematu, jak czuje się taka osoba. Będę unikała poprawności, że to takie proste, że można zrobić sobie operację i żyć długo i szczęśliwie. Bo tak nie jest. My też, jako osoby czujące się adekwatnie ze swoją płcią biologiczną, mamy kompleksy i poczucie braku w pełnieniu pewnych ról płciowych.

O tym poczuciu braku mówi też autorka książki „Brudny róż”, również reprezentujące osoby transpłciowe, która zdecydowała się na operację zmiany płci.
Operacja zmiany płci czyni z osoby transpłciowej prawie pełną kobietę lub prawie pełnego mężczyznę. Ale to „prawie” robi różnicę. I z tym człowiek musi żyć, a im bardziej osadza się w  swojej właściwej tożsamości, tym bardziej ten brak staje się oczywisty, zrozumiały. Kinga z „Brudnego różu” i Marianna z dokumentu „Mów mi Marianna” nie będą do końca reagować jak kobiety sprawne seksualnie, nie urodzą dziecka, nie będą przeżywać ciąży, inaczej będą odczuwać szeroko pojętą seksualność. Podobnie osoba, która ma ciało kobiece, nie może być do końca mężczyzną. Nie wiemy, jak to jest ważne dla mężczyzny mieć penisa, odczuwać erekcję, w wyniku różnych bodźców i doznań, nie wiemy, co to znaczy mieć wytrysk, orgazm, dążyć do seksu, nie rozumiemy tego. A osoby trasnsseksualne po operacyjnej zmianie płci to rozumieją doskonale, i to boli potwornie. O tym się mało mówi, mało pisze, a to są rzeczy oczywiste, które wynikają, kiedy taka osoba zaczyna funkcjonować wreszcie w swojej upragnionej roli. Może się zachowywać i ubierać zgodnie z płcią, być sobą i znaleźć partnera, ale wciąż w samotności będzie tej cielesnej niepełności doświadczać.

Mamy płeć biologiczną i płeć jako konstrukt kulturowy. W książce „Brudny róż” psycholog zwraca uwagę Kindze, że skoro chce być kobietą, to powinna ubierać się i malować jak kobieta. Jako osoba transpłciowa ma swoim wyglądem przekonać go do swojej kobiecości.
Ale przecież paradoksalnie Kinga mogłaby wyglądać jak stereotypowa lesbijka lub chłopczyca – w trampkach, krótkich włosach, bluzie. Kobieta nie musi wyglądać skrajnie kobieco, żeby w pełni czuć się kobietą. To jest kolejna pułapka. Osoby transseksualne zdają się robić wszystko, żeby być rozpoznawalne zgodnie ze swoją płcią psychologiczną. To, jak prezentujemy publicznie naszą płeć kulturową, można przyrównać do roli w teatrze. Filozofka Judith Butler mówi, że rola płciowa jest rolą teatralną, którą cały czas odgrywamy i staramy się robić to wiarygodnie. Męska rola jest bardziej oczywista i wyrazista, a kobiety dopiero od stu lat eksperymentują ze swoją seksualnością i jej odbiorem. Każdego dnia przekonujemy się, jaką rolą jest kategoria kobiecości. Coś, co było oczywiste w byciu kobietą 50 lat temu, dziś już nie jest, zmienia się pojmowanie i postrzeganie kobiecości. Wyraziste role męskie zaczynają rozpadać się dopiero teraz, na naszych oczach. To jest trochę jak w sztuce – był jakiś styl, schemat, ale ten schemat upadł i jesteśmy w twórczym rozproszeniu. Niektórzy się tego boją i walczą z tym strasznym genderem.

Czy to, że dziś rozmawiamy o transseksualizmie, oznacza, że zrobiliśmy się bardziej otwarci, czy to reakcja na ten kryzys ról?
Osoby transpłciowe i transgenderowe były zawsze. U Indian północnoamerykańskich nazywały się berdache. W niektórych kulturach płeć była wyborem. Jeśli kobieta uznawała, że chce być mężczyzną, musiała zadbać o kobietę, jeździć na koniu na polowania i odwrotnie. W kulturze samoańskiej istnieje trzecia płeć – to są dowody, że płeć jest zjawiskiem kulturowym, umownym, bo wystarczy, że w danej kulturze jest miejsce na pewne modele i one mogą się w niej ujawnić, w innych są tłumione. Nie oznacza to, że takie osoby w nich nie istnieją, one muszą wtedy żyć w ukryciu. Transeksualność jest pewną wrodzoną cechą, która czeka na ujście w danym modelu kulturowym.

Kiedy najczęściej osoba transseksualna odkrywa, że jej płeć biologiczna nie ma nic wspólnego z psychologiczną?
Mogę mówić na podstawie rozmów z osobami o pogłębionej refleksji, bardzo samoświadomymi, a te twierdzą, że to się wie od zawsze. Podobnie jest przy kształtowaniu się tożsamości homoseksualnej, gdy w okresie wczesnego dojrzewania pojawia się u nastolatków taka wątpliwość, czy jestem chłopcem czy dziewczyną. Często sami nie wiedzą, czy chodzi o orientację seksualną czy tożsamość płciową. To jest faza rozwojowa tzw. pomieszanej identyfikacji, występuje między 10. a 14. rokiem życia. Właśnie wtedy dzieci wymagają pewnego rodzaju uporządkowania, autorefleksji, zderzenia się ze swoimi emocjami i tożsamością. I to nie polega na afirmowaniu swojej seksualności czy tożsamości, tylko na autodiagnozie i na tym, żeby młody człowiek był przygotowany na takie odkrycia, ale też na reakcje, z jakimi może się spotkać.

Po zmianie płci często wszystko zaczyna się od nowa. Czy to także czas budowania nowej tożsamości jako osoba transpłciowa?
To raczej odkrywanie swojej prawdziwej tożsamości, co jest o tyle trudne, że taka osoba całe życie miała poczucie, że jest kimś innym, ukrywała swoją prawdziwą naturę, a teraz klamka zapadła. Jej prawdziwe „ja” jest już rozpoznawalne, i w tym sensie odkrywa siebie w świecie, bada, co inni na to, w jakim stopniu jest akceptowana lub nie. A w okresie transpozycji reakcje mogą być różne. Po pierwsze, zmienia się relacja z partnerem czy partnerką, zmieniają się relacje z rodzicami, rodzeństwem, przyjaciółmi. Relacja z rodzicami jest tu najtrudniejsza i najważniejsza, bo pojawia się pytanie, czy nasze istnienie jest autentycznie akceptowane. Każdy z nas potrzebuje zapewnienia, że był chciany na świecie i jest kochany takim, jakim jest naprawdę. Dlatego reakcja rodziców ma swoje egzystencjalne konsekwencje. Jeśli przyjaciele byli prawdziwi, to oni wiedzieli i teraz odetchną z ulgą. Jeśli przyjaciele nie dorośli do zmiany, to niekoniecznie oznacza, że nie byli przyjaciółmi, ale pora się pożegnać.

Drugi obszar to seksualność, czyli nasza reakcja na ciało. Po operacji można przeżywać euforię, choć okupioną cierpieniem fizycznym. To cierpienie nadaje wagę odzyskanej seksualności. I przez pryzmat tego bólu i poświęcenia ciało staje się bardzo ważne, tak ważne, że może utrudniać „zwykłe” funkcjonowanie. Trzeci obszar to relacja psychoseksualna z bliską osobą – może być źródłem cierpienia, zazdrości, poczucia niespełnienia, niepełnosprawności. Przychodzi taki etap, gdy ta osoba jeszcze nie przywykła, nie wypracowała nowego modelu kontaktów fizycznych, a już uświadamia sobie swoje braki – że nie przeżyje orgazmu albo że nie da partnerce prawdziwej rozkoszy. Wtedy trzeba coś pokonać w sobie, z czymś się pogodzić i to jest trudny moment dla związku.

W filmie „Orlando” Sally Potter jest scena, w której Orlando, grany przez Tildę Swinton, budzi się ze snu, staje przed lustrem i widzi, że nie jest już mężczyzną, tylko kobietą. Mówi: „Ta sama osoba, tylko inna płeć”.
Myślę, że obejrzenie tego filmu w bardzo młodym wieku to trochę jak spotkanie osoby transpłciowej. „Orlando” to zamysł intelektualny – bohater może pełnić role męskie, intelektualne, będąc w męskim ubraniu, ale kobiecości doświadcza poprzez zmysły. Choć w męskiej roli zauroczy pewną Rosjankę spojrzeniem, to jednak seks pojawi się dopiero, gdy Orlando staje się kobietą. Chodziło tu o pokazanie płci jako konstruktu, tego, jak o sobie myślimy i jaką rolę odgrywamy. W przypadku transpłciowości to już nie jest gra, to wewnętrzny przymus, całkowita determinacja wynikająca z poczucia własnej nieadekwatności. To coś więcej, ponad rolą i ponad ciałem. To poczucie własnej tożsamości, istoty tego, kim się jest. I to stanowi bazę do zmiany ciała i przyjmowania roli, jaka jest przypisana danej płci. Nie ma teatru, jest esencja życia.

Dr Alicja Długołęcka, edukatorka seksualna. Pracuje w Zakładzie Psychoterapii Wydziału Rehabilitacji AWF w Warszawie, autorka „Zwykłej książki o tym, skąd się biorą dzieci” oraz współautorka „Seksu na wysokich obcasach”.

  1. Zdrowie

Antyoksydanty – sposób na młodość i sprawny mózg

Antyoksydanty – najsłynniejszą grupą przeciwutleniaczy wspierających mózg są flawonoidy (fot. iStock)
Antyoksydanty – najsłynniejszą grupą przeciwutleniaczy wspierających mózg są flawonoidy (fot. iStock)
Antyoksydanty, czyli przeciwutleniacze – to naturalni pogromcy wolnych rodników, niszczących nasze białkowe struktury. Zapewniają nam lepsze zdrowie, młodość, witalność i mocniejszy układ nerwowy.

Termin wolne rodniki może brzmieć całkiem atrakcyjnie, niczym nazwa zespołu grającego alternatywny rock, jednak w rzeczywistości to coś, czym należy się martwić. Są to dość paskudne cząsteczki cechujące się jednym, niesparowanym elektronem i bardzo dużą mobilnością, którą wykorzystują w poszukiwaniu brakującego elementu, a mogą go odzyskać tylko „kradnąc” go innej cząsteczce. Szkodliwy wpływ wolnych rodników na komórki, jeśli nie jest właściwie powstrzymywany, ma tendencję do szerzenia się. Niekontrolowane formowanie się i aktywność wolnych rodników w ciele i mózgu prowadzą do niszczenia białek oraz DNA i mogą skutkować powstawaniem wielu groźnych schorzeń, włącznie z nowotworami. Na szczęście przeciwutleniacze – mikro składniki o  działaniu przeciwrodnikowym  – mogą przeciwdziałać szkodliwej działalności wolnych rodników, a także wspomagać spowalnianie procesu starzenia się komórek. Nic dziwnego, że cieszą się one opinią wyjątkowych mikroskładników! Jednak trzeba pamiętać, że ciało nie jest w stanie ich samodzielnie wytwarzać, dlatego należy je dostarczać w diecie.

Choć istnieją tysiące różnych przeciwutleniaczy, a każdy ma swoją „specjalizację”, wszystkie są przyjazne mózgowi. Na przykład witamina C jest jednym z najskuteczniejszych i najbardziej wszechstronnych przeciwutleniaczy obecnych w diecie – między innymi wspomaga rozwój komórek nerwowych i produkcję otoczki mielinowej, która je chroni. Beta-karoten (prekursor witaminy A) znany jest ze swojego działania przeciwzapalnego, może też spowalniać degenerację procesów poznawczych. Witamina E nie tylko chroni komórki, lecz także zwiększa tkankę mózgową i pomaga w uwalnianiu dopaminy. A karotenoidy, takie jak luteina i zeaksantyna (przeciwutleniacze obecne między innymi w zielonych warzywach liściastych i marchewkach), mają opinię wzmacniających procesy poznawcze, w szczególności u osób w starszym wieku. Krótko mówiąc, przeciwutleniacze to kolejny i niebanalny powód, dla którego tak wiele warzyw, korzeni, owoców i innych produktów na bazie roślin tworzy zdrowe środowisko dla sprawnie funkcjonującego mózgu.

Naukowcy zasadniczo skupiają się na kilku przeciwutleniaczach, które cieszą się sławą związków chemicznych zarówno spowalniających degenerację układu nerwowego, jak i poprawiających procesy poznawcze. Astaksantyna pozyskiwana jest z alg i ma tak silne właściwości przeciwrodnikowe, że często jest nazywana „super-antyoksydantem”. Kurkumina, główny składnik kurkumy, cieszy się szczególną uwagą ze względu na jej zdolności między innymi do wspomagania pamięci, poprawiania nastroju i opóźniania starzenia się. Jednak najsłynniejszą grupą przeciwutleniaczy wspierających mózg są flawonoidy (zwane też bioflawonoidami). Należą do przeciwutleniaczy polifenolowych i zdają się cechować właściwościami wspomagającymi pamięć, uczenie się, podejmowanie decyzji i logiczne myślenie. Kolejna dobra wiadomość jest taka, że łatwo je zidentyfikować – to kolorowe pigmenty używane przez rośliny do barwienia kwiatów i  owoców  – a  po spożyciu działają niczym tarcza ochronna dla mózgu, ponieważ utrzymują neurony w optymalnej kondycji dzięki silnemu działaniu przeciwzapalnemu i antyoksydacyjnemu, a nawet wspieraniu komunikacji między neuronami oraz ich wzrostu. Liczne badania wskazują, że flawonoidy bardzo dobrze chronią przed degradacją funkcji poznawczych, co spowalnia lub zapobiega nawet takim zaburzeniom jak choroba Alzheimera czy Parkinsona. Flawonoidy występują w  produktach cechujących się naturalnie ciemnymi barwami, na przykład w czarnych jagodach, ciemnych winogronach, czarnym ryżu, gorzkiej czekoladzie, kawie, a  także w niektórych produktach czerwonych i pomarańczowych. (Co może zaskakiwać, niektóre z  tych najpowszechniej badanych flawonoidów – wspomagających wzrost neuronów – są obecne w różnych polifenolach występujących w miąższu owoców kawowca.)

Roślinne źródła przeciwutleniaczy

Żeby czerpać jak najwięcej korzyści z przeciwutleniaczy, najlepiej włączyć na stałe do menu całą paletę barw – buraki, brokuł, papryki we wszystkich kolorach, pomidory, awokado, jeżyny, truskawki, warzywa liściaste, gorzką czekoladę, marchewki i mnóstwo innych.

Fragment pochodzi z książki „Smart Plants. Jak wykorzystać naturalne nootropiki, by usprawnić myślenie, koncentrację i pamięć” Julie Morris. Jeśli szukasz sposobów na wzmocnienie układu nerwowego, chcesz sprawniej myśleć, poprawić samopoczucie, zdolność uczenia się i kojarzenia  – warto z tej książki skorzystać.

  1. Zdrowie

Sposób na długowieczność? Poznaj tajniki diety sirt

Poprzez aktywowanie sirtuin, czyli nie poddając się stresowi, żyjąc aktywnie i jedząc w odpowiedni sposób, możemy naprawiać geny i struktury DNA. (Fot. iStock)
Poprzez aktywowanie sirtuin, czyli nie poddając się stresowi, żyjąc aktywnie i jedząc w odpowiedni sposób, możemy naprawiać geny i struktury DNA. (Fot. iStock)
Zrobiło się o niej głośno, kiedy wyszczupliła piosenkarkę Adele. Zwolennicy diety sirt podkreślają jednak, że jej głównym zadaniem jest aktywacja genu młodości. Należy do nich dietetyczka Małgorzata Wrzak.

Profesor Vetulani powiedział mi kiedyś: „dobre życie to mniej jedzenia, dużo seksu i wina”, bo to aktywuje gen sir zwany „genem młodości”. Dzięki temu nasze chromosomy zaczynają się mniej zużywać, a my wolniej się starzejemy. Czym są sirtuiny?
Sirtuiny to białka enzymatyczne, które znajdują się w naszym organizmie. Pewne rośliny, ale też sposób jedzenia polegający na czasowym ograniczaniu kalorii powodują, że w ciele zaczynają się aktywować sirtuiny, czyli tak zwany „gen sir”. Ludzie młodzi i zdrowi mają zwykle wysoki poziom sirtuin.

To sposób odżywiania, który wiąże się z epigenetyką, czyli z nauką badającą zmiany ekspresji genów. A to znaczy, że mamy wpływ na swoje zdrowie i życie, bo nasze organizmy dysponują ogromną siłą samoleczenia. Co więcej, zmieniając środowisko epigenetyczne, czyli nie poddając się stresowi, żyjąc aktywnie i jedząc w odpowiedni sposób, tworzymy lepsze warunki genetyczne również dla kolejnych pokoleń. Są badania, które potwierdzają, że możemy przerwać łańcuch chorób rodzinnych, na przykład cukrzycy.

Jakie błędy w żywieniu i stylu życia popełniamy najczęściej?
Nadal żyjemy pod wpływem dietetyki, która jako nauka zrodziła się z głodu, tuż po II wojnie światowej – czasach niedożywienia. Wtedy najważniejsze było, żeby zabezpieczyć organizm w odpowiednią ilość kalorii, białek, węglowodanów i tłuszczów. Większość diet opiera się dziś na tych czterech parametrach. Niby wszystko się zgadza, jednak komórki pozostają niedożywione. Dlaczego? Jemy bardzo dużo przemysłowo przetworzonej żywności, która jest pozbawiona witamin, mikroelementów, bioflawonoidów i niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych. Taka żywność, nawet przy prawidłowej ilości kalorii, białek, węglowodanów i tłuszczów, prowadzi do niedożywienia i wielu przewlekłych chorób cywilizacyjnych.

W jaki sposób możemy sobie pomóc, skoro żywność jest tak wysokoprzetworzona?
Istnieje wskaźnik, który nazywa się „gęstością odżywczą”. Mówi nam o tym, ile w danym pokarmie jest składników odżywczych na daną liczbę kalorii. To tzw. skala ANDI opracowana przez lekarza Joela Fuhrmana, którą można wydrukować i powiesić sobie na lodówce, żeby zobaczyć, czy jemy jakiekolwiek produkty wysokoodżywcze. Bo jeśli tego nie robimy, to nie odżywiamy naszego ciała na poziomie komórki. Dlatego bardzo możliwe, że prędzej czy później zaczniemy chorować, gdyż w organizmie wiele funkcji fizjologicznych nie będzie prawidłowo przebiegać.

Jakie produkty zaliczamy do wysokoodżywczych?
Na czele są wszystkie rośliny zielone, np. jarmuż, który w przytoczonej skali ma 1000 punktów. A także seler naciowy, szpinak, rukola, cebula, natka pietruszki, cykoria, lubczyk. Również produkty sirtuinowe, czyli owoce jagodowe, kurkuma, herbata matcha, kasza gryczana, kakao, orzechy, gorzka czekolada, winogrona, czerwone wino.

Nie znajdziemy tu białego lub żółtego sera ani mięsa, co nie znaczy, że są bezwartościowe, ale nie zapewniają najcenniejszych dla organizmu mikroelementów. Bo jeśli dostarczamy sobie kalorie, ale brakuje nam składników odżywczych, na których organizm może wykonywać różne procesy biochemiczne, pojawia się problem. Uruchamiają się mechanizmy oksydacyjne – utleniania i niszczenia komórek, co związane jest ze starzeniem się organizmu. A dzisiaj wiemy już, że jesteśmy w stanie naprawiać geny i struktury DNA właśnie poprzez aktywowanie sirtuin.

Podobno winogrona zawierają silny przeciwutleniacz resweratrol, który odpowiada za tzw. paradoks francuski, szczupłą sylwetkę Francuzów i Francuzek.
Resweratrol jest substancją, która działa przeciwoksydacyjnie, wpływa na poprawę układu krążenia i metabolizm. Pobudza także sirtuiny w naszym ciele. To biochemiczny klucz do szczupłej sylwetki.

Herbata matcha, o której pani wspomniała, zawiera skuteczne antyoksydanty, czyli katechiny, obecne w diecie Japończyków. Czy również aktywuje sirtuiny?
Jak najbardziej, dlatego ważne jest, żeby włączyć w naszą dietę różne produkty, które są najwyżej na skali ANDI i które pobudzają sirtuiny, a z czasem zwiększać ich ilość na talerzu. Warto też zwracać uwagę na pochodzenie produktu, bo przemysł niszczy cenne składniki w procesie obróbki. Dlatego ja używam tylko organicznej matchy.

Wszyscy chcemy mieć energię, być wypoczęci, zdrowi i mieć dużo siły. Jednak gdy nasze ciało jest karmione niewartościowym, pełnym konserwantów pożywieniem – tak się nie dzieje. Młodzi ludzie coraz częściej są przemęczeni, przychodzą do mnie po pomoc. Ich ciało nie ma na czym pracować, jest osłabione byle jakim jedzeniem, nadmiarem stresu i całkowitym brakiem ruchu.

Systemów żywieniowych jest wiele, rozumiem, że tutaj nie ma sztywnego kanonu, najważniejsze jest, żeby czerpać z natury?
Chodzi o to, żeby pobudzić naszą świadomość. Nie zakładajmy, że na starość czekają na nas tylko lekarstwa i choroby, tak nie musi być.

W takim razie od czego zacząć?
Gdy przychodzi do mnie nowa osoba, zazwyczaj robimy takie ćwiczenie – drukujemy listę produktów o wysokiej gęstości odżywczej, a ja proszę, żeby zaznaczyła na niej produkty, które lubi jeść. Co jeszcze? Rzadziej jeść. Wszyscy jemy za dużo posiłków, do tego sięgamy po przekąski – nasze ciało jest nieustannie w procesie trawienia. Powinniśmy jeść co trzy, cztery godziny, najlepiej trzy posiłki dziennie.

Poza tym często jemy naszą nieświadomością lub przyzwyczajeniem, a nie potrzebą ciała. Dlatego uważam, że zmiana sposobu odżywiania to proces rozwoju osobistego. Żywienie jest jednym z najsilniejszych nawyków. Jeżeli potrafimy zmienić swój sposób odżywiania, to jesteśmy w stanie zmienić w życiu wszystko. Nie jestem jednak zwolenniczką radykalnych zmian, na początek wystarczy połowa talerza złożona z roślin. To doprowadzi do ustabilizowania poziomu cukru w organizmie i mniejszego zmęczenia. Współczesny człowiek jest „przewęglowodanowany”, je za dużo mąki, słodkich rzeczy, pije za dużo napojów z dodatkiem cukrów, przez co sirtuiny pozostają nieaktywne.

Praca nad zmianą diety jest dzisiaj najczęściej pracą nad naszym uzależnieniem od cukru?
Uzależnienie od cukru dodatkowo nasila się w momencie stresu, gdy działamy z poziomu nieświadomego. Jednak trzeba pamiętać, że nasza homeostaza jest na określonym poziomie równowagi cukrowej. Nadmiar cukru powoduje, że organizm ją natychmiast obniża. To olbrzymi stres dla ciała, które odbiera ten stan jako zagrożenie dla zdrowia.

Dzisiaj wiele młodych mam boksuje się z babciami, które kupują wnukom słodkie rzeczy bardzo niskiej jakości. A dziecko nie może być pobudzane cukrem, wtedy jest rozdrażnione, bo podlega wzrostom i spadkom cukru. Na tego typu wahania wpływają także produkty z białej mąki czy syrop fruktozowo-glukozowy. To mieszanka, która uzależnia dziecko i spowoduje duże perturbacje zdrowotne w dorosłości. Z badań biometrycznych wiemy przecież, że cukier pobudza dokładnie te same obszary mózgu co narkotyki.

Czytałam, że polecany przez panią sposób odżywiania jest szczególnie wartościowy dla kobiet. Chodzi o układ hormonalny i równowagę?
Kobieta żyje w cyklu, który ulega comiesięcznym wahaniom. Ważne, żeby w momentach napięcia nie objadać się słodyczami, bo to gorzej wpłynie na nasz organizm będący w nierównowadze hormonalnej. Co nie znaczy, że nie można zjeść nic słodkiego. Warto sięgać po odpowiednie produkty, np. daktyle, które pobudzają sirtuiny.

A w jaki sposób pani dba teraz o swoje zdrowie?
Stosuję posty metodą dr Ewy Dąbrowskiej. Dwa czy trzy razy w roku robię sobie dwa tygodnie postu. Szczególnie gdy doświadczam życiowych trudności, mam problem z decyzyjnością lub czuję się źle i brakuje mi energii. W ciągu roku można też robić tak zwane przypominajki, np. post w poniedziałki, bo zazwyczaj weekendy są żywieniowo przeładowane.

Dla wielu osób rozwiązaniem jest stosowanie „okien żywieniowych”, czyli przerw w jedzeniu trwających od 12 do 16 godzin, wliczając w to noc. To oznacza, że jemy kolację o godzinie 21, a śniadanie nie wcześniej niż o 9. Wtedy stosujemy post przerywany, czyli dajemy swojemu organizmowi dość długi czas na bardzo niskiej kaloryce. To wszystko pobudza sirtuiny do pracy. Można też robić tak, że przez trzy dni jemy normalnie, a jeden dzień zdecydowanie mniej i spożywamy pokarmy roślinne, szczególnie te sirtuinowe.

Jak wybrać model najlepszy dla siebie?
Warto zobaczyć, na ile pozwoli nam ciało. Jeden dzień w tygodniu z obniżoną kaloryką to już bardzo dobrze. Bo im częściej pobudzamy sirtuiny, tym szybciej nasze ciało wejdzie w nawyk. Możemy stosować też różne detoksy sokowe i roślinne.

Czy pracuje pani również z emocjami?
Uważam, że kluczowym narzędziem do pracy z emocjami, z ciałem czy nieświadomością jest nasz oddech. Polecam książkę „Świadomość oddechu" Michała Godlewskiego, która pokazuje, w jaki sposób prowadzić takie sesje oddechowe. Jedno z fajniejszych ćwiczeń, które stosuję, polega na tym, żeby kilka razy w ciągu dnia – nie przerywając tego, co akurat robimy – wziąć pięć do ośmiu spokojnych oddechów. Liczy się zachowanie systematyczności. Dzięki temu wychodzimy z nieświadomego i rutynowego ciągu działań. Zwalniając oddech, uspokajamy układ nerwowy i regulujemy układ hormonalny.

Mam wrażenie, że jedyny detoks potrzebny każdemu w XXI wieku to detoks od stresu. Czy dieta sirt ma wpływ na to, jak przeżywamy stres i trudne emocje?
Problemem współczesnego człowieka jest to, że sam produkuje w swojej głowie stres. Mamy w ciele nawykowe napięcia, z których nie zdajemy sobie nawet sprawy. Dlatego warto parę razy dziennie łagodnie pooddychać. Pewne drogowskazy są stałe, co pokazuje nam natura, ale też współczesna nauka, która mówi: mniej jedz, spożywaj nieprzetworzoną żywność, ruszaj się i zapanuj nad stresem.

Małgorzata Wrzak, dietetyczka, pracuje w gabinecie Proszę Zdrowie.

Najsilniejsze aktywatory sirtuin to:

  • zielona herbata (szczególnie sproszkowana herbata matcha),
  • papryczka chili,
  • gryka,
  • kapary,
  • seler (w tym liście),
  • kakao,
  • oliwa z oliwek,
  • jarmuż,
  • lubczyk,
  • daktyle
  • Medjool,
  • pietruszka,
  • czerwona cykoria,
  • czerwona cebula,
  • czerwone wino,
  • ciemne winogrona,
  • rukola,
  • kawa,
  • soja,
  • truskawki,
  • kurkuma,
  • orzechy włoskie.

Etapy diety sirtfood:

  • ETAP 1. trwa minimum 3 dni, rekomendowana liczba kalorii spożywanych w ciągu dnia to maks. 1000 kcal. W tym czasie spożywa się warzywno-owocowe soki i koktajle bogate w antyoksydanty oraz jeden posiłek stały bogaty w aktywatory sirtuin.
  • ETAP 2. trwa minimum 4 dni, rekomendowana liczba kalorii spożywanych w ciągu dnia to maks. 1500 kcal. W tym czasie spożywa się warzywno-owocowe soki i koktajle bogate w antyoksydanty, a także sałatki i lekkie posiłki bogate w aktywatory sirtuin.
  • ETAP 3. może być stosowany całe życie, dieta o wysokiej gęstości odżywczej bez liczenia kalorii, bogata w aktywatory sirtuin. Należy unikać wysokoprzetworzonego jedzenia, rafinowanych tłuszczów, białego cukru oraz dużej ilości węglowodanów.

  1. Zdrowie

Cellulit może świadczyć o problemach ze zdrowiem

W zwalczaniu cellulitu chodzi o to, by pobudzić metabolizm tkanki tłuszczowej i wzmóc właściwości regeneracyjne tkanki łącznej. (Fot. iStock)
W zwalczaniu cellulitu chodzi o to, by pobudzić metabolizm tkanki tłuszczowej i wzmóc właściwości regeneracyjne tkanki łącznej. (Fot. iStock)
Większość kobiet boryka się z cellulitem – mniej lub bardziej zaawansowanym. I większość z nas widzi w nim wyłącznie defekt estetyczny. Tymczasem „skórka pomarańczowa” świadczy o problemach ze zdrowiem i wymaga leczenia.

Dr Marek Bardadyn, naturoterapeuta

W zwalczaniu cellulitu chodzi o to, by pobudzić metabolizm tkanki tłuszczowej i wzmóc właściwości regeneracyjne tkanki łącznej. Ta ostatnia jest bowiem odpowiedzialna za odnawianie prawidłowej struktury komórek. Istnieje szansa zlikwidowania nawet zaawansowanych zmian. Najważniejsze jest utrzymywanie prawidłowego ukrwienia skóry i tkanki podskórnej (także u osób z wyraźną nadwagą), bo dzięki temu produkty przemiany materii i toksyny będą skuteczniej usuwane. Zmniejszy się więc ryzyko gromadzenia złogów zawierających przerośnięte komórki tłuszczowe, które uszkadzają strukturę skóry. Ten cel pomogą nam osiągnąć regularne masaże oraz automasaże, np. z użyciem rękawic sizalowych.

Najpierw smarujemy skórę balsamem lub oliwką, potem delikatnie napinamy mięśnie w danym obszarze (chodzi o to, by poruszyć jedynie tkankę tłuszczową, bo jeśli rozmasujemy i tłuszcz, i mięśnie, krążenie poprawi się przede wszystkim w lepiej unaczynionych mięśniach!). Masaż róbmy dość energicznie, ale unikajmy silnego ucisku.

Przy wszystkich zabiegach nie wolno zapomnieć o właściwym odżywianiu. Polecam dietę strukturalną, w której produktach w skondensowanych dawkach znajdziemy witaminy, minerały i przeciwutleniacze potrzebne tkance łącznej do odbudowy skóry. Skuteczność leczenia wzrasta wraz ze spadkiem masy ciała. Przestrzegam jednak przed zbyt gwałtownym chudnięciem, a zwłaszcza efektem jo jo, ponieważ po kolejnych rozrostach tkanki tłuszczowej zwalczanie cellulitu staje się coraz trudniejsze.

Przed nocą zdążymy…

Podczas leczenia oraz profilaktycznie warto codziennie wypijać koktajl (element diety strukturalnej), zastępując nim ostatni posiłek. Przygotowujmy go bezpośrednio przed spożyciem, miksując mleko sojowe (200 ml), wiśnie (100 g), zarodki pszenne (2 łyżeczki), melasę trzcinową (łyżeczka) oraz ziele skrzypu (1/2 łyżeczki).

Dr n. med. Ocz Batyn, specjalista chorób wewnętrznych i medycyny orientalnej

Cellulit tworzy się w miejscach najmniej „aktywnych”, a więc na udach, pośladkach, piersiach, przedramionach. Wyróżniamy cztery stopnie jego zaawansowania. O I mówimy, gdy skóra na oko wydaje się gładka i jędrna, ale po ściśnięciu jej dwoma palcami pojawia się delikatna „pomarańczowa skórka”, o II – kiedy stale widać na niej niewielkie zagłębienia, III stopień poznamy po głębszych górkach i dołkach, a IV oznacza już bardzo poważne zmiany. Wiele pań popełnia błąd, myśląc, że cellulit nie jest problemem zdrowotnym, tylko kosmetycznym. Tymczasem zewnętrzne objawy świadczą o zaburzeniach krążenia krwi i limfy oraz gospodarki kwasowo lipidowej. Dodam też, że tylko cellulit I i II stopnia można próbować likwidować bez pomocy lekarza.

Niemniej jednak w każdym przypadku warto zastosować się do kilku zaleceń. Podstawą jest spożywanie (4–5 razy dziennie) lekkostrawnych, najlepiej gotowanych posiłków zawierających witaminy C, E, te z grupy B, a także magnez, żelazo, potas, miedź oraz nienasycone tłuszcze roślinne. Taka dieta działa energetyzująco, a przy tym oczyszcza organizm z toksyn. Do tego konieczna jest codzienna dawka ćwiczeń. Doskonałe efekty daje pływanie (nie polecam go jedynie osobom szczupłym, bo dla nich może wiązać się ze zbyt dużą utratą energii).

Ponieważ cellulit to tkanka „zimna”, dlatego by się jej pozbyć, trzeba ją rozgrzewać. Najlepsze będą masaże bańkami chińskimi oraz manualne. Również w domu warto masować zmienione miejsca, a im częściej będziemy to robić, tym lepiej. Mocno ugniatajmy ciało, podszczypujmy je, oklepujmy (dłonią tworzącą daszek) tak, by słychać było charakterystyczny dźwięk.

Uwaga! Pamiętajmy, by po zlikwidowaniu cellulitu koniecznie obserwować swoje samopoczucie i pozostawać pod opieką lekarza. Często bowiem toksyny i inne substancje uwolnione z tej tkanki przyczyniają się do chorób serca i nerek.

Cudowna kąpiel

Poddawajmy się jej dwa razy w tygodniu. Do wanny z ciepłą wodą wlewamy po 5 kropli olejku cyprysowego i jałowcowego oraz oleju sezamowego. Kąpiel powinna trwać maksimum kwadrans. Poprawia krążenie krwi i limfy, działa odprężająco, udrażnia kanały energetyczne i eliminuje toksyny. Po wyjściu z wody należy się opłukać, wytrzeć, a potem wymasować dotknięte cellulitem miejsca, zaczynając od nóg i posuwając się w kierunku serca.

Dr Partap S. Chauhan, specjalista medycyny ajurwedyjskiej

Ajurweda wyodrębnia „ciężki” typ tkanki tłuszczowej i nazywa ją vasa. Kiedy vasa wchodzi w reakcję z ama (toksyczną substancją powstałą na skutek niepełnego trawienia), powstaje cellulit, czyli lepka materia lokująca się w komórkach tłuszczowych. Warto wiedzieć, że im dłużej zalega ona w komórkach, tym trudniej ją usunąć.

Ponieważ za powstawanie tkanki tłuszczowej odpowiada dosza (energia) kapha, tendencję do cellulitu mają osoby, u których występuje ona w nadmiarze. Ostatnio jednak coraz częściej zauważa się cellulit także u osób szczupłych. Ajurweda wyjaśnia to nadprodukcją ama, co jest konsekwencją nieodpowiedniej diety, złego trawienia, a także zanieczyszczonego środowiska. Kurację trzeba zacząć od obniżenia doszy kapha. Nie jadajmy posiłków „na zimno” i nie pijmy zimnych napojów. Zamiast tłustych, ciężkostrawnych potraw zalecałbym gorące, dobrze przyprawione dania wegetariańskie. Należy też wzmocnić ogień trawienny. Do potraw (z umiarem!) dodawajmy kozieradkę, kmin, czarny pieprz i imbir.

Doszę kapha normalizuje także aktywność fizyczna. Przede wszystkim polecam codzienną praktykę jogi. Ale dobrze nam też zrobi regularna kilkunastominutowa gimnastyka oraz spacery marszowym krokiem. Dodatkowo warto poddawać się miejscowym rozgrzewającym masażom (najlepiej na sucho; szczególnie dobrze działa ajurwedyjski masaż specjalną rękawicą z jedwabiu).

Wzniecić wewnętrzny ogień

Sięgnijmy po mieszankę (w równych proporcjach) zmielonych przypraw: pieprzu czarnego i kajeńskiego oraz imbiru. Zażywajmy po 1/2 łyżeczki proszku po obiedzie i kolacji. W ten sposób poprawimy trawienie i przyswajanie cennych składników oraz przyspieszymy usuwanie toksyn z tkanek. Kuracji można się poddawać nawet przez kilka miesięcy.