1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Manipulacja w związku - jak się przed nią ustrzec? Radzi psycholożka Ewa Woydyłło-Osiatyńska

Manipulacja w związku - jak się przed nią ustrzec? Radzi psycholożka Ewa Woydyłło-Osiatyńska

Ewa Woydyłło-Osiatyńska (fot. Renata Dąbrowska/Agencja Gazeta)
Ewa Woydyłło-Osiatyńska (fot. Renata Dąbrowska/Agencja Gazeta)
Całkowita niezależność w związku to mit i strzał w kolano miłości. Postawmy na budowanie porozumienia oraz poszerzanie swojej samodzielności i niezależności życiowej – mówi terapeutka Ewa Woydyłło-Osiatyńska. O to, jak negocjować z partnerem rzeczy dla nas ważne, zamiast manipulować lub rezygnować – pyta Beata Pawłowicz.

Kiedy mój partner jest smutny, chcę go pocieszyć, kiedy jest zły - czuję niepokój. A jeśli jest obrażony, nie mogę się skupić na swoich sprawach. Czasem w związku bardziej żyjemy czyimś życiem niż swoim.
No, a jak by to niby miało być? On rozpacza albo się wścieka, a ty malujesz sobie paznokcie i ziewasz? No nie! Taki rodzaj niezależności byłby nienaturalny. Gdybyś tak postępowała, to powiedziałabym, że trzyma cię przy nim jakiś interes, jakaś kalkulacja. Albo że z ciebie zimna ryba. Anglicy mają bardzo trafne określenie na to, co łączy nas z człowiekiem, którego kochamy: „I care”, czyli wszystko, co ciebie dotyczy, ma dla mnie znaczenie. Dbam o ciebie, interesuję się tobą, troszczę... Neurony lustrzane pomagają nam właśnie w tym, abyśmy mogli nie tylko odgadywać emocje drugiego człowieka, ale także współodczuwać je z nim. Uniezależnienie się w tym ujęciu to obojętność. A więc, kiedy on jest zdenerwowany – ty też jesteś. Bo to, co wtedy czujesz, zależy też od tego, w co zazwyczaj zdenerwowanie u niego przechodzi. Jeżeli w agresję – to wiesz, że będzie krzyczał albo wyjdzie, trzaskając drzwiami. Jak więc się nie obawiać?

Gdy on się wścieka, jest wredny albo ma focha, to nie lepiej iść na spacer?
To bez sensu. Kiedy on jest zły, to oboje jesteście źli. Tak jest w związku. Lepiej nie zaprzeczać sytuacji i zrobić coś, co ją poprawi. Co? To zależy od tego, jaki jest ten twój mężczyzna, co go uspokoi. Może spróbuj go rozśmieszyć? Albo zrób mu naleśnik w kształcie penisa? Może wyciągnij z szuflady te 40 par skarpet, które tam wepchnął, i powiedz: „Poukładam je dla ciebie!”. Spróbować możesz też pieszczot, które lubi. Dorośli mają swój tajny język, warto go wtedy użyć. Rozbawić, dogodzić, udobruchać, zacząć uwodzić...

Dogodzić, udobruchać? Nie jestem jego terapeutką!
Są psycholodzy, którzy twierdzą, że każdy powinien sam sobie radzić z emocjami. Oczywiście, możesz nauczyć się nie zwracać uwagi na tego, z kim żyjesz. Wtedy jednak zaczynasz studzić swoje emocje, wykasowywać empatię, poczucie wspólnoty... Jeśli jego złość nie jest przeciwko tobie, a wynika stąd, że ktoś mu wbił nóż w plecy, to pomóż mu go wyjąć. Dopiero jeśli cię krzywdzi, zadaje ból czy narusza godność, a ty skomlesz u jego stóp, to znaczy, że jesteś ofiarą uzależnioną od niezdrowej miłości.

Nie da się być razem i uniezależnić emocjonalnie?
Nie warto dążyć do tego, aby nic nas nie wiązało, bo to „zależność” daje nam poczucie więzi. Dzięki niej nie boimy się jutra. Mamy wiele wspólnego, zwierzamy się sobie, ufamy. To ogromna premia za zależność. Nie ma więc po co dążyć do tego, aby żyć całkiem po swojemu. Taką relację to można mieć z sąsiadem. Miłość to rodzaj zależności! Jeśli uczucie jest gorące, uniezależnienie staje się niemożliwe. Ale nawet jeśli nie, to i tak coś nas łączy, choćby przyzwyczajenie. Rozwiązać wszelkie zależności to przestać przeżywać życie razem.

Zapatrzenie w emocje partnera ogranicza... Kiedyś kupiłam fajne buty, ale gdy mój ówczesny mąż powiedział, że są wulgarne, to je wyrzuciłam. 
Mówimy teraz o czym innym, o poszerzaniu swojej samodzielności i niezależności życiowej. Tak, to kobiety zdecydowanie powinny robić. A więc nie musiałaś wyrzucać tych butów dlatego, że się twojemu mężowi nie podobały. Mogłaś zlekceważyć to, co powiedział, stwierdzając: „Ale mnie się podobają!”. Mogłaś mu równie dosadnie zwrócić uwagę: „Takie słowa zostaw dla kolegów”. Albo powiedzieć: „Zrobiłeś mi wielką przykrość. Ile razy się tak zachowujesz, to ciebie nie lubię”.

No, ale wtedy by się na mnie obraził!
Albo by się obraził, albo strzelił focha, albo szydził z ciebie przy znajomych. To ryzyko, które pojawia się, kiedy zaczynamy poszerzać granice swojej samodzielności, będąc z kimś w relacji. Znoszenie tego, że partner jest niezadowolony z czegoś, co zrobiłam, nie jest proste, ale on także musi się nauczyć trawić twoje humory, a nawet wczuwać się w nie. Najważniejsze, aby faktu, że mamy inne zdanie na jakiś temat, nie traktować jak końca świata. W żadnym związku ludzie nie są jednomyślni w każdej sprawie. Trzeba to szanować. I szukać narzędzi, które nam pomogą, jeśli to dla nas obojga trudne. No więc, można swoje granice stawiać mniej radykalnie, starać się partnera przekonywać. Założyć, na przykład, buty i powiedzieć: „Ale zobacz, jak mi ładnie!”. Albo: „Nie wiesz, co dziś modne! Większość moich koleżanek takie buty nosi, nawet twoja siostra”. Liczymy się wtedy z jego zdaniem, ale też nie rezygnujemy ze swojego.

Hm... Ale ja się wtedy na niego obraziłam. No i wiedziałam, że już bym się dobrze w tych butach nie czuła. 
No, jeśli się przypisuje komuś taki autorytet, to trzeba się zastanowić dlaczego. Bo on jest taki mądry? Tak się zna na modzie? Czy może jest taki groźny? Wolę nie zadzierać, bo mnie uderzy? Jeśli nie jest taki groźny, to nawet jeśli mi się na początku zrobiło przykro, a z nim nie chcę zadzierać, czy też nie chcę robić mu przykrości, bo odbierze to jako lekceważenie – to mogę te buty zakładać, gdy wychodzę na spotkania z koleżankami. A jeśli przestały mi się po tych słowach podobać, to mogę pokazać je koledze, bratu czy sąsiadowi i zapytać, czy fajne. Może naprawdę źle w nich wyglądam? Warto traktować różne opinie jako informacje o czyimś guście, a nie jako ocenę mojego smaku czy wręcz mnie samej. Nawet wtedy, kiedy wszyscy powiedzą: „No paskudne!”, nie muszę ich wyrzucać. Mnie się przecież podobają.

No przecież!
To, co naprawdę jest ważne i co muszę ustalić, to: Na czym mi naprawdę zależy? Co jest dla mnie ważne? Jeśli lubię ekstrawaganckie ubrania, to nie kieruję się oceną mojego stroju, jaką wypowiada ktokolwiek, nawet partner. Zwłaszcza jeśli jest mieszczuchem i boi się wszystkiego, co niesymetryczne albo w kolorze, który kogoś może obrazić. Takiego sobie wzięłam, to teraz mam...

A jeśli tak naprawdę zależy mi na tym, żeby jemu się podobały moje buty?
To mówię mu: „Chciałabym sobie kupić buty, ale takie, żeby się tobie podobały. Czy możesz ze mną pojechać na zakupy?”. Nic prostszego, jeśli naprawdę to jest dla mnie najważniejsze. Ale czy na pewno o to chodzi? Czasami trudno sobie poradzić z samostanowieniem, z niezależnością. Ciągle patrzymy, czy to, co robimy, podoba się innym. A dzieje się tak, kiedy miałyśmy zaborczą mamę czy tatę tyrana i non stop byłyśmy kontrolowane, oceniane, krytykowane. Wtedy jako dorosłe kobiety wciąż sprawdzamy, czy partner zaakceptuje nasze decyzje i wybory.

Bo boimy się, że inaczej będzie marudził lub się irytował! Jeśli tak to nas przeraża, może najlepiej rzeczy, których partner nie akceptuje, robić w tajemnicy?
Jeśli jestem z kimś, to postępuję jawnie. Kiedy działam w ukryciu, nie jestem w związku. Dlatego mam mówić, ale nie muszę pytać się o zgodę. Ani na wszystko jej mieć. Jeśli na przykład chcę odwiedzić Pragę, informuję o tym partnera: „Marzę o weekendzie w Pradze!”. Jeśli usłyszę: „Nie znoszę Pragi”. Odpowiadam: „Oj, szkoda, bo pojechałabym tam z tobą. A co powiesz, jak wybiorę się do Pragi z Elą?”.

A jeśli powie: "Nie chcę, żebyś jechała?"?
Negocjuję: „Marzę o spacerze po moście Karola. Jedź ze mną, a potem ja też dla ciebie coś zrobię! Mogę nawet pójść na mecz”. Albo: „Będę co sobotę lepić twoje ulubione pierogi, ale w ten weekend chciałabym jechać do Pragi!”.

To manipulacja!
A gdzie tam! Wszystko jest jawne i nie ma tu żadnej krzywdy. Warto nauczyć się w związku negocjować i współpracować. Jednym z narzędzi jest wzmocnienie pozytywne. Na przykład mówisz: „Nie chcę iść bez ciebie na ten bankiet, bo będzie tam mi nudno. Ty jesteś taki fajny w towarzystwie. Chodź, pójdziemy razem”. Druga strona ma mieć korzyści ze zrobienia tego, na czym tobie zależy.

On powinien jechać do Pragi czy iść na bankiet z miłości do mnie!
To ci dopiero egoizm! A ty go nie kochasz? Kochasz? A więc powinnaś zrezygnować z tego, co dla niego niewygodne?! No, w ten sposób żadne z was nie będzie mogło ani nic drugiemu dać, ani nic dla siebie zrobić, jeżeli nie byłoby to zgodne z oczekiwaniami partnera. Oboje macie coś mieć z tej twojej podróży do Pragi. On, który nie chce, żebyś tam jechała, ma głęboko w sobie poczuć, że dostaje coś cennego w zamian. Wówczas Praga nie oddzieli was od siebie, ale nawet zbliży. Ucząc się negocjacji i współpracy, warto się zastanowić nad tym, w jakiej sytuacji ja sama zgodziłabym się na coś, na co zgodzić się nie chcę. Na przykład: „Jeśli pójdziesz ze mną dziś do kina, to w nocy pokochamy się tak, jak lubisz!” – i już sama rozmowa o kinie będzie inna, bez złośliwych komentarzy. Zacznie się być może między wami nawet coś w rodzaju flirtu.

To mi się wydaje takie sztuczne, te zasady negocjacji w domu.
Większość ludzi stosuje je i w kuchni, i w sypialni, bo inaczej związki byłyby nietrwałe. Jeżeli ludzie nie robią czegoś dla siebie nawzajem, to się rozstają. Zasada korzyści jest tym, co nas ze sobą wiąże. A że jest niełatwa i wymaga więcej skupienia – trudno. Bo zobacz: aby ją zastosować, trzeba pomyśleć o tym drugim człowieku, o tym, co mu sprawi przyjemność, co jest dla niego ważne. Trzeba się bardziej postarać, żeby pojechać do Pragi, niż wtedy, kiedy zastosujemy swojskie metody typu strzelenie focha, płacz albo odmowa seksu. Nie masz wrażenia, że te zwyczajne, domowe sposoby to dopiero jest manipulacja?!

Jeśli jednak zależy mi na tym, żebyśmy więcej rzeczy robili razem, a nie dawali sobie osobno to, co dla każdego z nas z osobna miłe?
Zawsze warto mówić o tym, co jest dla mnie w tej sytuacji najważniejsze: „Wiesz, nie mam ochoty lecieć z koleżanką do Pragi, chciałabym lecieć z tobą, ale ciebie nie mogę wyciągnąć”. A jeśli to nie daje efektu, można powiedzieć coś, co sprowokuje partnera do wyjścia ze swojej strefy komfortu, na przykład: „Widzę, że się szybciej starzejesz ode mnie”. Na co on powie: „Co ty opowiadasz!!!”. „No tak, objawem starości jest to, że człowiek nie interesuje się podróżami, kulturą. Niestety, możemy z tego powodu zacząć się od siebie oddalać”. A potem, kiedy znów będę chciała gdzieś jechać czy iść, powiedzieć: „Mam zniżkę na fajny hotel” albo „Dostałam bilety do kina na nowy film”. I dopiero kiedy on wtedy wyraźnie powie: „Nie, dzięki, nie pójdę”, powiedzieć: „To zadzwonię do Zosi”.

A co gdy emocje partnera są dla mnie zbyt przytłaczające, wolę usłyszeć "nie pójdę", "nie zgadzam się, żebyś jechała" i po prostu znosić jego zły humor?
Warto co jakiś czas rozpatrzyć swoją relację miłosną w kategoriach transakcji. Zmieniają się przecież nasze priorytety, zmieniają zachowania partnera. A więc kiedy nie wiesz, czy chcesz z tym człowiekiem dalej żyć, weź kartkę i podziel na dwie części. Po prawej wypisz plusy: lubię seks z nim, on umie wszystko naprawić, świetnie organizuje wakacje i ma wysoką pensję. A po lewej minusy: nie lubi kina, gości ani podróży... Jeśli minusów będzie więcej lub będą ważniejsze, powtórz to ćwiczenie jeszcze raz i jeszcze. A potem czerwonym flamastrem zaznacz to, co dla ciebie jest naprawdę ważne, a zielonym to, co mało ważne. I przyjrzyj się temu. Może się okazać, że jesteś z kimś, z kim nie warto być. Bo w tym, na czym tobie najbardziej zależy, on nie chce brać udziału. I tylko cię za to krytykuje. Ale może się też okazać, że niewiele rzeczy powoduje między wami zgrzyty. Wtedy radziłabym po prostu ich unikać.

Ewa Woydyłło-Osiatyńska, doktor psychologii i terapeutka uzależnień. Autorka wielu książek i przekładów. Najnowsza to „Żal po stracie. Lekcje akceptacji” (Wydawnictwo Literackie).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Ghosting – co to dokładnie jest? Jak reagować na takie zakończenie relacji?

Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Choć to niedojrzała i tchórzliwa praktyka, to zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego, że ktoś przestaje dzwonić i odpowiadać na SMS-y po drugiej czy trzeciej randce. Amerykanie, którzy lubią mieć wszystko nazwane, wymyślili nawet na to określenie „ghosting” (od „ghost” – duch). Gorzej, że – jak pisze Hanna Samson – niektórzy uważają to bezsensowne zagranie za dobrą metodę zakończenia stałego związku.

Ghosting - co to jest i jak wygląda w praktyce?

Scenariusz zwykle jest podobny: poznali się na imprezie lub przez Internet, poszli do łóżka, było super, potem spotkali się jeszcze raz czy dwa, czasem nawet snuli wspólne plany, a potem on nie daje znaku życia. Ona czeka – jeden dzień, drugi, tydzień – nic, zero telefonów, e-maili, SMS-ów. Zniknął niczym duch. Jako najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie przychodzi jej do głowy, że na pewno zginął w wypadku... Bo jak inaczej zrozumieć to zniknięcie, którego nic nie zapowiadało? Ale jednak nie, żyje, widać jego aktywność na Facebooku. Nie odpowiada tylko na jej wiadomości i nie odbiera od niej telefonów – jeśli przypadkiem ona ma jego numer komórki. Podobne katusze przeżywa zresztą także wielu mężczyzn, choć mniej otwarcie się do tego przyznają. Ghosting to bardzo przykre przeżycie.

Sylwia, lat 34, prawniczka, wciąż nie może uwierzyć w to, co się stało. – To niemożliwe! – powtarza przez łzy. – Przecież było świetnie, umawialiśmy się na wspólny wyjazd, zrobiłam rezerwację, mówił, że z nikim nie było mu tak fajnie. On nie mógł mi tego zrobić! – Ale zrobił – stwierdzam. – Dlaczego? Co ze mną jest nie tak? – pyta zrozpaczona.

No właśnie, tak jest najczęściej. Zamiast się zezłościć na faceta, który nie miał odwagi powiedzieć, że to koniec, szukamy w sobie winy za nie swoje grzechy. Co zrobiłyśmy nie tak? Jaki popełniłyśmy błąd? Czym go zniechęciłyśmy do siebie? Ghosting jest perfidny, bo nie pozwala zrozumieć, co się stało oraz jakie są jego przyczyny. Nie mamy szansy, by zapytać o powody, jesteśmy zdane na własną fantazję. Stawiamy dziesiątki hipotez, zatruwamy się tą historią miesiącami i ostatecznie stanowi ona dla nas dowód, że to my nie jesteśmy dość dobre, to my nie potrafimy stworzyć związku i jesteśmy generalnie nieudane. A on? A on już dawno jest gdzie indziej i nie zawraca sobie głowy naszymi uczuciami.

Może nie z tobą coś jest nie tak, ale z nim? – podrzucam Sylwii. – Tak? To powiedz mi, dlaczego to zrobił? Dlaczego mówił, że jest mu ze mną fajnie? – odpowiada. – Może było mu fajnie, ale nie chce się angażować?Dlaczego?Może ma żonę i dzieci? Albo dziewczynę? – mówię w końcu. – No wiesz!No wiem, że to się zdarza. A ty wiesz o nim tyle, ile ci powiedział. – A jeśli nie ma żony ani dziewczyny? – drąży Sylwia. – Może spotyka się z wieloma dziewczynami równolegle, by podbudować swoje ego. Czuje się atrakcyjny, bo tyle kobiet zdobywa! Zobaczył, że się angażujesz, a on nie jest zainteresowany związkiem, wystarczy mu jedno lub dwa spotkania. Gdyby powiedział ci, że tak z nim jest, pewnie straciłby w twoich oczach…Albo bym chciała go zmienić! – zaczyna odzyskiwać poczucie humoru. – No właśnie! Wiedział, co robi, znikając bez słowa!

Śmiejemy się, ale tak naprawdę nie ma w tym nic zabawnego. Jeśli angażujesz się emocjonalnie w relacje z facetem, o którym nic nie wiesz, niesie to ze sobą ryzyko zranienia. Jeśli jesteście ze wspólnego środowiska, macie wspólnych znajomych, to po pierwsze – wiesz o nim więcej, a po drugie – nie tak łatwo będzie mu zniknąć, stosując taktykę ghostingu, nie narażając się na ostracyzm.

Ghosting - psychologia „podłego rozstania”

Znajomości z Internetu mają to do siebie, że sprzyjają niebraniu za nie odpowiedzialności, nawet jeśli spotkacie się w realu. Zresztą, co to za real, jeśli nie znacie swoich znajomych, wiecie o sobie tylko tyle, ile opowie druga strona? To nadal nie jest znajomość z prawdziwego życia. I nawet jeśli jedna ze stron uważa, że znalazła odpowiedniego partnera, druga może chcieć poszukiwać dalej, bo kto wie, czy z następną osobą nie będzie jeszcze lepiej?

Niedawne badania użytkowników jednego z popularnych portali randkowych wykazały, że blisko 80 proc. z nich przyznaje, że dopuściło się ghostingu. Dwa lata wcześniej takich osób było o 60 proc. mniej! Wygląda na to, że ghosting staje się modną metodą kończenia znajomości, na którą już nie mamy ochoty. A w dodatku wygodną – choć jedynie dla tego, kto znika. Nie musi się tłumaczyć, uzasadniać swojej decyzji ani konfrontować się z uczuciami drugiej strony. Nie musi zajmować się zarzutami, że zawiódł jej oczekiwania albo że stwarzał pozory. Nic nie musi, po prostu znika, a druga strona niech sama sobie radzi. Zdarza się nawet, że osoba, która znika, uważa, że jest w porządku. Nie dręczą jej wyrzuty sumienia. Nie oskarża się o egoizm ani brak empatii. Wręcz przeciwnie, uważa, że jej zachowanie świadczy o delikatności i trosce o drugą osobę, podając to jako główne przyczyny ghostingu. Wybiera zniknięcie, zamiast otwartej odmowy kontaktu, bo nie chce sprawiać nikomu przykrości! Ale przecież sprawia! Unika konfrontacji z uczuciami drugiej strony, ale one od tego nie wygasają. Wybiera łatwe dla siebie rozwiązanie – ghosting – skazując drugą stronę na domysły, co utrudnia jej zamknięcie sprawy.

Ryzyko ghostingu jest, niestety, wpisane w znajomości internetowe czy imprezowe. Niepokojące jest to, że zdarza się również w długotrwałych związkach, których końca, przynajmniej dla jednego z partnerów, nic nie zapowiadało.

Eliza, lat 47, oddana swojej pracy scenografka, od blisko 20 lat była w związku z dwa lata młodszym Piotrem. Mieszkali osobno, co było ich wspólnym wyborem, spotykali się raz u niej, raz u niego, chodzili razem do teatru i na imprezy, wspólnie spędzali wakacje, ich rodziny się znały i lubiły, no po prostu dobry związek, w którym Eliza chciała przeżyć resztę życia. Piotr był czuły, oddany, troskliwy, mieli wspólne zainteresowania, rytuały i poczucie humoru, które sprawiało, że często rozśmieszali się nawzajem i lubili ze sobą przebywać. Taki związek nie trafia się często i obydwoje to doceniali. Piotr mówił wiele razy, że kocha Elizę i jak się cieszy, że na siebie trafili. Aż nagle przestał dzwonić, nie odbierał też telefonu. Eliza najpierw myślała, że jest bardzo zajęty, bo miał jakiś nowy projekt w pracy, ona też była zajęta, więc nie robiła problemu. Potem się zjawił. Przywiózł jej książki, które były u niego w domu, bo robił porządki i postanowił jej oddać. Nie wzbudziło to jej podejrzeń, sama nieraz domagała się zwrotu. Wydawał się stęskniony, planowali wspólne wakacje, miał kupić bilety. I znowu zniknął. Dzwoniła do niego kilka razy, nie odbierał, pisała SMS-y i nic, pomyślała, że może ma depresję, zaczęła się niepokoić, pojechała do niego, ale nikt nie otworzył, choć w domu paliło się światło. Miała swoje klucze, ale Piotr dorobił nowy zamek, co też jej nie zdziwiło, bo wspominał o włamaniach na osiedlu. Zadzwoniła do matki Piotra, ale ta nie wiedziała, co się z nim dzieje. Znów dzwoniła do niego kilka razy, w końcu ktoś odebrał telefon. – Piotr nie może rozmawiać, bo się kąpie. Mówi żona, czy coś przekazać? – Eliza pomyślała, że to żart. – Proszę przekazać, że druga żona się o niego niepokoi. – Przekażę – powiedziała kobieta i się rozłączyła.

I znowu cisza. Eliza wysłała SMS-a, zadzwoniła i nic. Po kilku dniach zatelefonowała do pracy i dowiedziała się, że Piotr wyjechał w podróż poślubną do Norwegii. Nie była w stanie uwierzyć, nie wiedziała, jak sobie z tym poradzić, łudziła się, że to głupie żarty, ale fakty były faktami. Piotr nie dzwonił i nie odbierał telefonu. W końcu Eliza też przestała dzwonić. Dotarło do niej, że Piotr naprawdę ożenił się z inną kobietą. Zaczęła się obwiniać, że była nieuważna, zbyt zajęta sobą. I pewnie coś w tym było, co nie zmienia faktu, że po 20 latach Piotr zniknął jak duch. Bez uprzedzenia i bez żadnych wyjaśnień. Bez słowa.

Ghosting podszyty tchórzem - jak reagować?

Wpadli na siebie przypadkiem po roku, usiedli w kawiarni. Piotr krótko wyjaśnił, że nie wiedział, jak jej o tym powiedzieć. Nagle poczuł, że chce założyć rodzinę, mieszkać razem, mieć dziecko. Nie chciał jej ranić, bo ona już pewnie nie mogła mieć dziecka, zresztą nigdy nie chciała. On też, ale to się zmieniło. Poznał młodszą kobietę i rozpoczął nowe życie.

Nie chciałem cię ranić – powtórzył. – I myślisz, że mnie nie zraniłeś? – zapytała Eliza, która z tą raną borykała się przez rok. Przecież wiedział, że rani, ale nie miał odwagi skonfrontować się z uczuciami Elizy. Wolał zniknąć jak duch. A może raczej jak tchórz?

Nieraz słyszałam o kończeniu związku SMS-ami i już to wydawało mi się absurdalne. Czy szacunek dla drugiej osoby i dla tego, co nas łączyło, nie wymaga osobistego poinformowania o swojej decyzji? I pozwolenia, by ta osoba wyraziła to, co czuje, skoro to ja jestem adresatem tych uczuć? Mamy prawo zmieniać zdanie i podejmować decyzje niezgodne z oczekiwaniami bliskich osób, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi ponosić ich konsekwencje. Również takie, jak zmierzenie się z uczuciami innych. Ghosting, chowanie głowy w piasek nie zmniejszają cierpienia do niedawna bliskiej osoby, a wręcz przeciwnie. Zostawia ją w poczuciu krzywdy i bezradności, nie pozwala zrozumieć, co się stało i jak sobie z ghostingiem poradzić. Można zerwać kontakty po uczciwym rozstaniu, ale zerwać je przed rozstaniem, to zadbać o własny komfort kosztem drugiego człowieka.

Towarzyszyłam Elizie przez rok, nim znów nabrała zaufania do siebie i ludzi. Ale podobnych historii znam więcej. Mówię wtedy oszołomionym kobietom, które nie mogą uwierzyć, że to koniec, magiczne zdanie: „Jeśli to była miłość, to tak się nie skończy”. To zdanie daje nadzieję, ale w psychologii ma też drugie dno, które wyłania się, gdy on wybiera ghosting i nie wraca – skoro nie była to miłość, to nie ma czego żałować.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Kobieta wyzwolona i domator – jak się rozwijać w związku, kiedy się różnimy?

Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, warto mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. (Fot. iStock)
Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, warto mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. (Fot. iStock)
Wyobraźmy sobie, że kobieta z tego przykładowego związku jest osobą aktywną, ciągle coś wymyśla, jeździ, poznaje, rozpoczyna. Mężczyzna, który traci dla niej głowę, to domator, lękający się zmian. Zachwyca się, że ona jest taka ruchliwa i sobie fantazjuje, że będzie wspaniałą żoną, matką i będą tworzyć cudowne domowe ognisko.

Na początku, kiedy jest jeszcze fascynacja, zazwyczaj wszystko idzie gładko. Kobiecie przez chwilę odpowiada klimat domowy, a mężczyzna od czasu do czasu daje się namawiać na wypady za miasto. W wersji idealnej, gdyby mieli dość siły wewnętrznej, on mógłby odkryć w sobie chęć większego działania w strefie erosa - dostać skrzydeł i robić rzeczy, których sam nigdy nie miał śmiałości nawet zacząć. Z kolei kobieta mogłaby odkryć, że nie musi być zawsze silna i działająca, tylko czasem może usiąść sobie w fotelu albo zrobić pyszny makaron i odczuwać z tego powodu radość i odprężenie. Taki rozwój wypadków w życiu nie zdarza się jednak często. Można założyć, że ten układ po fazie zakochania będzie przechodził kryzys. Jeżeli mężczyzna nie będzie w stanie przejść swojego progu na to, żeby być bardziej aktywny ani też nie zmusi kobiety, żeby była bardziej bierna, zacznie się między nimi walka.

Takie trudności są czasem nie do pokonania. Może się okazać, że dla mężczyzny z naszego przykładu ten związek jest za słabą siłą, żeby zaczął działać. Nie wyrwie go z poczucia, że on się nie nadaje się do ekspansji. Może został wychowany w rodzinie, w której ojciec był całkowicie podporządkowany matce. Jego kobieta też wcale nie musi się pod jego wpływem uspokoić. Może w jej rodzinie i matka, i wszystkie babki były aktywne. Za tym zwykle kryje się jawna lub ukryta krytyka przeciwstawnego modelu. Kobieta mogła słyszeć coś takiego - „Żebyś nie była taka jak ta Kryśka, co już z trzecie dziecko ma i nic z życia, zobaczysz, jak skończysz tak jak ona, to facet cię wystrychnie na dudka a ty będziesz siedziała w domu w garach”. Cały system takich przekonań rodzinnych, ale też kulturowych skutkuje ograniczeniami, które blokują, ograniczają nasz rozwój. Jeśli dla mężczyzny z naszego przykładu ważne jest, by zacząć działać na zewnątrz, jest duża szansa, że gdy rozstanie się z tą, za chwilę zakocha się w podobnej kobiecie. Pozna ją, kiedy właśnie u cioci lepi pierogi ale za chwilę oświadczy mu, że wybiera się w podróż dookoła świata. To będzie jego kolejne podejście i może się okazać, że jest ono łatwiejsze niż poprzednie, bo będzie już w innym punkcie swojego rozwoju.

Co robić, kiedy wchodzimy w fazę trudności, konfliktów i nasz związek zaczyna wyglądać beznadziejnie? Gdy nie ma energii, aby zmienić związek, ani żeby z niego wyjść, pojawia się stan depresji albo zaczynamy szukać innego partnera lub partnerki. Czasem różnica między ludźmi jest za duża a indywidualne progi za wysokie, żeby w danym związku coś się dopełniło. W każdym jednak czegoś się uczymy, coś integrujemy. Bo to, na jakiego trafiamy partnera, zależy od tego w jakim punkcie rozwoju jesteśmy. Czasami warto jest dopuścić do siebie myśl, że to nie partner jest paskudny, tylko może to, co mnie w nim denerwuje, jest dla mnie czymś ważnym. Może warto zastanowić się dlaczego dostaję szału, bo on tylko ciągnie mnie do łóżka. Może uważam, że w życiu powinnam tylko poświęcać się rodzinie i w związku z tym daję dużo przestrzeni na wymiar miłości zwany caritas, a seks zaniedbuję? Taki kierunek myślenia jest najbardziej rozwojowy, ale także najtrudniejszy, bo konfrontuje nas z naszymi kompleksami, ograniczeniami. Zmusza nas do tego, żebyśmy zrobili coś więcej niż tylko zmienili partnera. Do takiego myślenia zachęcałabym w sytuacji, kiedy podobny układ powtarza nam się w kolejnym związku.

Czasem jest tak, że potrzebujemy innego partnera, bo z obecnym już niczego nowego, ważnego dla nas nie doświadczymy. Podam przykład. Wchodzę w związek z mężczyzną, który odkrywa przede mną wspaniały świat seksu i jest mi cudownie. On natomiast poznaje przy mnie co to znaczy być kochanym, zaopiekowanym, wspieranym. Przez jakiś czas wszystko jest super, ale nagle stwierdzam, że to już, że on nic więcej przede mną nie otworzy, a ja też nie mam mu już nic więcej do dania. To jest ten moment, że pewne jakości się dopełniają i albo pojawi się coś nowego, co będziemy odkrywać w tym związku, albo zaczną nas fascynować inni partnerzy. Cały czas mówimy o wymiarach indywidualnych, natomiast pozostaje jeszcze pytanie jak to działa w związku jako całości, bo pewne obszary są wspólne dla nas obojga. Często pary mówią - my to uwielbiamy się kochać, czyli dla nich ważny jest seks, inni - największym sensem naszego życia są dzieci, co oznacza, że nacisk kładą na caritas. To są wymiary, w których oboje czujemy się komfortowo, natomiast zawsze są też takie, które dla nas obojga są trudniejsze. Kiedy jest kryzys w związku, warto się zastanowić co się dzieje w tych obszarach, których w naszym życiu nie ma lub które są najsłabiej reprezentowane.

Często jednak latami tkwimy w jakimś jednym schemacie i potrzeba poważnego kryzysu, żeby to zauważyć. I czasami jest już za późno, bo jedna ze stron nie chce już niczego. Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, fajnie mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. Umieć stanąć za sobą. Często jest tak, że blokujemy się, myślimy – nie ma co o tym mówić, on i tak mnie wyśmieje, nie zrozumie, to wcale nie ważne. Niemożliwe jest przecież, żebyśmy zostawili dzieci i pojechali na weekend nad Biebrzę albo cały dzień spędzili w łóżku. A dlaczego nie?

  1. Psychologia

Destrukcyjne związki – kiedy stajemy się zależni od partnera?

Uzależnienie w związku wiąże się zwykle z dominacją jednej ze stron. (fot. iStock)
Uzależnienie w związku wiąże się zwykle z dominacją jednej ze stron. (fot. iStock)
Czasem mylimy zależność z miłością. W dojrzałym związku ludzie dają sobie wybór, nikt nikogo nie dominuje ani się nie podporządkowuje. Nie ma wymagań, żeby ktoś robił to, czego się od niego oczekuje. Uzależnienie jest jak wąż w raju, którym jest szczęśliwa relacja. Ostatecznie niszczy to, co może być dobre między ludźmi.

Dobrze mieć świadomość, że uzależnienie jest, jak wszystkie zachowania autodestrukcyjne, sprawą wyboru. Uczysz ludzi dominacji nad sobą i traktowania cię tak, jak zawsze byłeś traktowany. Istnieje wiele schematów utrzymujących proces dominacji, ale powtarzają się one tylko wtedy, gdy widać, że działają. Dr Wayne W. Dyer, który był jednym z czołowych amerykańskich psychologów, podał kilka sposobów utrzymywania dominacji i kontroli w związku:

1. Krzyki, wrzaski, używanie podniesionego głosu. To pozwala na kontrolowanie ciebie, jeśli jesteś osobą łagodną i chcesz, żeby układało się między wami przyjemnie i spokojnie.

2. Odgrażanie się w rodzaju: „Rzucę cię, rozwiodę się z tobą...”.

3. Wzbudzanie winy: „Jak mogłaś mi to zrobić”, „Nie miałeś prawa”. Jeśli masz skłonności do czucia się winnym, łatwo cię trzymać w posłuszeństwie za pomocą tego typu stwierdzeń.

4. Uzewnętrznianie złości i gwałtowne zachowania, jak na przykład rzucanie przedmiotami czy przeklinanie.

5. Gra w dolegliwości (ataki serca, bóle głowy, kręgosłupa), gdy partner nie postępuje tak, jakby drugi tego sobie życzył. Ulegasz takiej manipulacji, jeśli nauczyłeś partnera, że zachowujesz się grzecznie, kiedy on zachoruje.

6. Ciche dni. Nieodzywanie się i rozmyślne dąsanie w celu wywołania określonego zachowania.

7. Taktyka łez. Płacz skutecznie wywołuje poczucie winy.

8. Scena z wychodzeniem i czasem z trzaskaniem drzwiami.

9. Zarzuty: „Ty mnie nie kochasz, ty mnie nie rozumiesz” - częste zdanie, gdy komuś zależy na utrzymaniu zależności w związku.

10. Grożenie samobójstwem to naprawdę mocny oręż.

Powyższe metody pozwalają utrzymywać drugą osobę w żądanej roli. Stosuje się je, kiedy działają. Jeśli jeden partner nie pozwala na manipulowanie sobą, drugi przestaje tak postępować. Jedynie wtedy, gdy reagujemy w oczekiwany sposób na podstępy, druga strona przyzwyczaja się do używania ich. Jeśli zachowujesz się jak osoba uległa, uczysz drugą stronę jak ma z tobą postępować, by osiągnąć zamierzone cele. Widocznie przesyłasz sygnały: „Jestem uległa”. Możesz opanować jednak sztukę uczenia innych, aby traktowali ciebie tak, jak sobie tego życzysz. Zacznij od zadania sobie pytania: „Co robię, że uczę innych, żeby odnosili się do mnie w ten sposób?” Skoncentruj się na tym, żeby to sobie uświadamiać i zmieniać własne reakcje.

Warto też znać przykłady typowych uzależnień i związanych z nimi zachowań:

1. Uczucie konieczności odwiedzenia kogoś, zabawienia go, zatelefonowania.

2. Pytanie partnera o pozwolenie na cokolwiek, na przykład wydawanie pieniędzy, skorzystanie z samochodu.

3. Naruszanie prywatności: przeglądanie szuflad, e-maili, kieszeni.

4. Wypowiedzi rodzaju: „Nigdy mu tego nie powiem, bo byłby niezadowolony”.

5. Wpadanie w depresję i uczucie niemocy spowodowane czyimś zachowaniem.

6. Uczucie przywiązania do miejsca pracy czy mieszkania i brak odwagi na szukanie nowego.

7. Posiadanie gotowych wzorców zachowania dla małżonka, rodzica, dziecka.

8. Wstyd z powodu zachowania kogoś bliskiego związany z uczuciem, jakby ta osoba była częścią ciebie.

9. Ciągły brak zaufania do swoich umiejętności.

10. Uczucie, że jesteś dotknięty tym, co inni mówią, czują, myślą i robią.

11. Odczuwanie szczęścia czy radości wyłącznie wtedy, gdy twój partner je odczuwa.

12. Słuchanie czyichś rozkazów.

13. Pozwalanie komuś na podejmowanie za ciebie decyzji albo pytanie o radę zawsze przed jej podjęciem.

14. Wyrażenia w rodzaju: „Spójrz co dla ciebie zrobiłem”, których celem jest zobowiązanie kogoś do zależności.

15. Powstrzymywanie się od różnych zachowań czy słów z powodu podległej pozycji.

16. Konieczność zniekształcania prawdy, by ktoś nie rozzłościł się.

Dlaczego tkwimy w takich autodestrukcyjnych zachowaniach? To proste, wyjaśnia Dyer, dla „korzyści”. Chociaż z pozoru wyglądają na nieszkodliwe, są jednak zgubne, bo skutecznie przeszkadzają żyć pełnią swoich możliwości.

Oto najpowszechniejsze „korzyści” pozostawania w stanie zależności:

1. Żyjesz pod opieką innych, korzystając z przywilejów małego dziecka, nie podejmujesz życiowej odpowiedzialności.

2. Możesz za swoje braki obwiniać innych.

3. Nie musisz podejmować pracy i ryzyka, jakie pociąga za sobą zmiana. Stwarzasz poczucie bezpieczeństwa, polegając na innych.

4. Możesz czuć się zadowolony z siebie, bo zadowalasz innych.

5. Łatwiej zachowywać się grzecznie, niż poradzić sobie z poczuciem winy.

6. Nie musisz dokonywać wyborów ani podejmować decyzji za siebie. Wzorujesz się na kimś, od kogo jesteś uzależniony. Nie podejmujesz wysiłku w celu określenia własnych myśli i uczuć.

7. Łatwiej jest być naśladowcą niż przewodnikiem. Możesz robić to, co każą inni, by uniknąć kłopotów. Zawsze jest to łatwiejsze niż pełna kontrola nad sobą.

Pamiętaj: zależność jest przykra, ponieważ okalecza twoją osobowość. Z całą jednak pewnością jest wygodniejsza. Wybór należy do ciebie.

Na podstawie książki Wayne W. Dyera, „Pokochaj siebie”, wydawnictwo Czarna Owca

  1. Seks

Jesteśmy szczęśliwym małżeństwem, ale śpimy w oddzielnych łóżkach

Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi. (Fot. iStock)
Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi. (Fot. iStock)
Typowa reakcja na osobne sypialnie małżonków wygląda mniej więcej tak: „Śpicie oddzielnie? Wyrazy współczucia! Już po miłości!”. My tymczasem mówimy: Chcecie się kochać? Rozdzielcie się na noc.

- To koniec! My już ze sobą nawet nie sypiamy – powiedziała Marta, kiedy po raz pierwszy przekroczyła próg mojego gabinetu. Obawiała się kryzysu w swoim, skądinąd udanym od pięciu lat, małżeństwie.

Zapytałam, od jak dawna nie uprawiają seksu.

– Nie, seks wciąż jest, teraz nawet lepszy niż na początku. Chodzi o co innego: mamy osobne sypialnie – odpowiedziała. – Od jakiegoś czasu chodziłam niewyspana, bo Mateusz strasznie chrapie. Nie pomagało przewracanie go na bok ani gwizdanie. Niemal każdej nocy budziłam się kilka razy z rzędu. Ja miałam podły humor, on czuł się winny. W końcu jednego wieczora przeniósł się na kanapę do salonu. A ja po miesiącu rzuciłam pomysł, że może kupię sobie pojedyncze, wygodne łóżko, takie, o jakim zawsze marzyłam, i wstawię je do swojego gabinetu. Miałabym swój oddzielny kąt... Pracuję w firmie, ten gabinet to bardziej zachcianka niż konieczność. Jednak w głębi duszy liczyłam, że Mateusz będzie protestował. Pamiętam, jak na początku małżeństwa uwielbialiśmy zasypiać przytuleni ,,na łyżeczkę”. Tymczasem on stwierdził, że to świetny pomysł! Nawet pomógł mi wybrać łóżko.

Spytałam, czy czuje się szczęśliwa w swojej sypialni. Marta powiedziała, że tak. Nigdy nie miała własnego pokoju. W domu rodziców dzieliła go ze starszą siostrą, w wynajętym mieszkaniu ze współlokatorką, a po ślubie – z mężem.

– Uwielbiam swoje nowe łóżko, mogę mieć wreszcie jedwabną pościel, której Mateusz nie znosi, mogę czytać do późna w nocy i nikt nie gdera, żebym zgasiła światło. Mateusz zasypia sobie przy włączonym telewizorze, z laptopem na kołdrze, ale… kiedy mówię koleżankom, że mamy osobne sypialnie, twierdzą, że to koniec małżeństwa – przyznała.

No tak, w końcu ślub to obietnica dzielenia łoża, stołu i konta w banku. Tylko dlaczego jakoś nie przeszkadza nam, że jadamy osobno obiady na mieście? Oddzielne konta w banku też nie budzą niepokoju, ale pragnienie rozdzielonych sypialni jednoznacznie kojarzy się z kryzysem związku. Może niesłusznie?

Razem czy osobno?

Spanie w jednym łóżku stało się modne dopiero pod koniec XIX wieku, podczas rewolucji przemysłowej, kiedy ludzie zaczęli osiedlać się w zatłoczonych miastach i żyć w małych mieszkaniach, ale ostatnio zwyczaj ten jest coraz bardziej démodé. Tak przynajmniej twierdzą amerykańscy projektanci domów, którzy coraz częściej dostają zamówienia na projekty osobnych sypialni, do tego każdej w innym stylu. W recepcjach sieci najbardziej eleganckich hoteli do dobrego tonu należy pytanie małżonków, czy życzą sobie jeden czy dwa pokoje. Profesor Humphrey Klinkenberg z kliniki Sleepwise w Wielkiej Brytanii twierdzi nawet, że wspólna sypialnia to nieraz pierwszy krok do rozwodu. I nie chodzi jedynie o to, że widok ukochanej kobiety z maseczką na twarzy może na dobre uśpić męskie zmysły, ale raczej o dynamikę snu. Okazuje się bowiem, że kobiety i mężczyźni śpią inaczej.

My – genetycznie zaprogramowane do lekkiego snu, by wstać do płaczącego niemowlęcia – wybudzamy się częściej i nawet drobny szmer może nas postawić na nogi. Panowie nie mają takich problemów. Chrapanie – bardziej męska domena, może ograbić nas z 70 minut snu każdej nocy, co tygodniowo daje 8 godzin. Zbyt wąska wspólna kołdra, przeciągana w nocy raz na jedną, raz na drugą stronę łóżka, to kolejny argument za rozdzieleniem łoża. No i mamy jeszcze całkiem odmienne przyzwyczajenia. On lubi oglądać w łóżku telewizję, ty chcesz spać przy włączonej lampce. Ty lubisz temperaturę w sypialni nie wyższą niż 18 stopni, on jest zmarzluchem – i awantura gotowa.

Na straży udanego seksu

Co z seksem, gdy odgradzają nas ściany, drzwi, korytarz? To pytanie trapi amatorów osobnych sypialni. Co z dzieleniem bliskości, intymności, szczerymi rozmowami ciągnącymi się do rana, zapachem ukochanego, który koi nerwy po ciężkim dniu? A kto powiedział, że do tego niezbędna jest wspólna sypialnia?! Z badań seksuologów wynika, że małżeńskie łoże to ostatnie miejsce, które zachęca do spontanicznego seksu. W sypialni kochamy się bardziej z poczucia obowiązku czy rutyny (w końcu mamy siebie pod ręką). Wspólne łóżko to często miejsce pracy (każde na swoim laptopie), telewizyjnych seansów, a także małżeńskich kłótni, kończących się ostentacyjnym odwróceniem do partnera plecami.

Polscy psychologowie na temat oddzielnych sypialni wypowiadają się raczej ostrożnie, twierdzą, że to dobry pomysł na chwilę, na przetrwanie małżeńskiego kryzysu. Tymczasem małżonkowie najczęściej, by czmychnąć ze wspólnego łoża, uciekają się do pretekstu. On: ,,Kochanie, dopóki mały przychodzi w nocy do naszego łóżka, będę spać na kanapie, bo wiesz, że w pracy muszę być wyspany”. Ona: ,,Kochany, wiesz, że nie znoszę zapachu piwa, może przeniósłbyś się na noc do gabinetu?”.

No cóż, można i tak, ale czy szczerość w związku nie jest ważniejsza od wspólnej kołdry? Po dwóch, trzech latach symbiozy w relacji – dobrowolnej emigracji na bezludną wyspę tylko we dwoje, gdzie ty, tam i ja, tworzenia wspólnej części związku – pojawia się naturalna potrzeba odzyskania niezależności, a w tym także posiadania własnej przestrzeni. Osobni znajomi, odrębne pasje, pojedyncze wypady za miasto – stają się doskonałą okazją, by zatęsknić za sobą nawzajem, a także mieć czym się podzielić z partnerem. Oddzielne sypialnie to właśnie chęć posiadania przestrzeni tylko dla siebie, zaspokajanie potrzeby wygody czy nawet realizacja dziecięcych marzeń spania w jedwabnej pościeli, której nie trzeba z nikim dzielić. A seks? Zapraszanie się do sypialni może być cudownym elementem gry wstępnej i popisem twórczych inwencji. Bywa, że niedostępność partnera budzi chęć przekory, staranowania drzwi…

Mąż gościem w sypialni? Czemu nie? Sytuacja staje się odświętna, inna, daleka od rutyny… Trochę tęsknoty też nie zaszkodzi miłości. Przypomnij sobie, z jakim apetytem rzucacie się na siebie, kiedy jedno z was wraca ze służbowego wyjazdu.

Własne kobiece ustronie

Jeśli szkoda ci tej bliskości, potrzebujesz czasem w nocy poczuć, że nie jesteś sama, a z drugiej strony kusi cię chęć posiadania prywatnego kobiecego ustronia – urządź sobie buduar z własnym łóżkiem i korzystaj z niego od czasu do czasu. Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi.

Tylko jak powiedzieć partnerowi, że chcesz spać osobno? Najpierw rozpoznaj tę potrzebę u siebie i zrozum pobudki, z jakich ona wynika. Jeśli pierwsza myśl, która się pojawia w twojej głowie, to: „Już dłużej nie chcę spać z nim w jednym łóżku”, może powinnaś zastanowić się nad terapią małżeńską. Kiedy zaś wizja własnego łóżka, kolorowych poduszek, pokoju urządzonego po babsku od dawna chodzi ci po głowie (nie bez myśli o zmysłowych przygodach z partnerem pośród zwiewnych koronek), po prostu powiedz mu o tym – otwarcie, szczerze, bez uciekania się do pretekstów. I spełnij swoje marzenie.

  1. Seks

Jak walczyć z egoizmem w sypialni?

Narcyz jest bardzo trudnym partnerem i kochankiem, chociaż często niezwykle atrakcyjnym. (Fot. iStock)
Narcyz jest bardzo trudnym partnerem i kochankiem, chociaż często niezwykle atrakcyjnym. (Fot. iStock)
Najlepsze relacje seksualne tworzą ci, którzy znają swoje pragnienia, potrafią o nich mówić i dążyć do ich realizacji, ale też umieją przesunąć je na drugi plan i skierować reflektor na potrzeby partnera. O tym, jak wiele złego może wyrządzić w sypialni źle rozumiany, przesadny egoizm mówi seksuolożka prof. Marią Beisert.

Co możemy zrobić, jeśli trafimy w łóżku na partnera, który myśli wyłącznie o sobie?
Jeśli jest to osoba narcystyczna, to trzeba mieć świadomość, że dla niej spojrzenie na seks czy związek z innej perspektywy niż własna może być niemożliwe. Narcyz jest bardzo trudnym partnerem i kochankiem, chociaż często niezwykle atrakcyjnym. To dwie strony tego samego medalu. Pakiet.

Jednak nie każdy, kto w łóżku myśli tylko o sobie, jest Narcyzem.
Oczywiście. Młodzi ludzie, którzy dopiero zaczynają życie seksualne, dość często w seksie biorą pod uwagę tylko siebie, bo wydaje im się niemożliwe, by druga osoba przeżywała coś innego. Swoje wyobrażenia o potrzebach partnera budują więc na tym, czego sami potrzebują. Ten problem wynika z braku wiedzy i jest bardzo prosty do rozwiązania – wystarczy zacząć się komunikować. Można mówić wprost: „ja potrzebuję tego i tego”, „lubię to i to”, „bawi mnie to i to” albo położyć rękę drugiego człowieka tam, gdzie trzeba, pokazać, jaki ruch ręką jest odpowiedni czy zmienić pozycję.

Niektórzy uważają, że seks z instruktażem jest gorszy.
Tak, tak, że jest mniej spontaniczny, obdarty z tajemniczości… To wynika z dość powszechnego, ale fałszywego wyobrażenia, że dobry seks jest wtedy, gdy dwie osoby rzucają się na siebie i osiągają orgazm w tym samym momencie. Nie muszą się dostosowywać, bo wszystko samo się układa, pasuje jak w puzzlach. Tyle że w życiu tak się zwykle nie dzieje, więc jeśli ludzie chcą mieć przyjemność w seksie, dobrze, by zaczęli komunikować swoje potrzeby.

A jeśli to pokaże, że pragną czegoś zupełnie innego? Na przykład jedno chce uprawiać seks bardzo często, a drugie bardzo rzadko. Kto ma ustąpić?
Wcześniejsze podejście terapeutyczne skłaniało się ku rozwiązaniu, by osoba o mniejszym temperamencie dostosowywała się do partnera, który ma większe potrzeby. Dzisiejsze wskazuje raczej odwrotny kierunek. Ja myślę, że wszystko zależy od kontekstu i tego, co dla każdego z partnerów oznaczałoby dostosowanie się do drugiej osoby. Jak duży koszt każdy z nich musiałby ponieść. Akurat kwestia różnych temperamentów jest jedną z najtrudniejszych do rozwiązania i, niestety, nie zawsze, nawet przy najlepszych chęciach obu stron, da się znaleźć dobre wyjście.

Porozmawiajmy więc o różnych poglądach na antykoncepcję. Powiedzmy, że mężczyzna chce, by kobieta brała tabletki, a kobieta woli, żeby stosowali prezerwatywy.
Trzeba się dowiedzieć, co stoi za każdą z potrzeb. Może na przykład kobieta woli prezerwatywy, bo boi się, że zapomni wziąć tabletkę i zajdzie w ciążę, ale ostatecznie daje się namówić na wysiłek związany z pilnowaniem regularnego przyjmowania leków, bo uznaje, że nie jest to wielkie poświęcenie. A może jest przeciwna antykoncepcji z powodów religijnych i branie pigułek byłoby dla niej rezygnacją z istotnych wartości.

Rozumiem, że dobra relacja seksualna wymaga tego, by wiedzieć, kiedy odpuścić, uznać: „To ustępstwo wiele by kosztowałoby mojego partnera, więc ja ustąpię, bo dla mnie to niewielki wysiłek”?
Tak. Taka elastyczność jest bardzo ważna. Nie chodzi jednak o rezygnację, która pojawia się wtedy, gdy ktoś w seksie rezygnuje z zaspokajania swoich potrzeb, bo czuje, że nie ma innego wyjścia, na przykład jest zależny od partnera ekonomicznie i sprzeciw mógłby oznaczać stratę dachu nad głową – to jest bardzo niszczące, rodzi bierną agresję i wielkie pretensje. Chodzi o akceptację, czyli sytuację, w której ktoś godzi się, by jego potrzeby nie były w danym momencie zaspokojone i nie doznaje z tego powodu krzywdy. Wie, że też coś na tym rozwiązaniu zyskuje. To jest zdrowa sytuacja.

Może pani podać przykład takiej akceptacji?
Pracowałam kiedyś z młodą parą. Jej zależało na seksie oralnym, na który on nie miał ochoty, a jemu na seksie analnym, który z kolei jej nie sprawiał przyjemności. Ostatecznie, trochę żartując, ustalili, że będzie na zmianę – raz seks oralny, raz analny. Oboje coś odpuścili, bo byli przekonani, że nagroda jest atrakcyjna, a koszt niezbyt wysoki. Oczywiście nie doszłoby do tego porozumienia, gdyby jedno z nich było skrajnym egoistą, bo dla takiej osoby każdy wysiłek jest zbyt duży do poniesienia. Miałam w przeszłości takiego pacjenta. Lubił, niby mimochodem, cytować swojego dziadka: „Nie rób nikomu dobrze, nie będzie ci źle”.

Co na to jego partnerka?
Najpierw skarżyła się na brak gry wstępnej, bo mąż bardzo szybko się podniecał, dążył do penetracji, miał szybko orgazm i od razu kończył wszelkie działania. W końcu odeszła do innego mężczyzny. Mąż miał szansę, by temu zapobiec, ale nie chciał się zgodzić na żadne modyfikacje kontaktów seksualnych. Mówił, że nie chce ingerować w naturalną reakcję swojego organizmu i na propozycję, by tuż po orgazmie starał się jak najszybciej doprowadzić do kolejnego stosunku, odpowiadał: „Ja już wtedy nie mam ochoty i nie będę się zmuszał!”.

Nadal wielu jest mężów, którzy sądzą, że kontakt seksualny służy głównie zaspokojeniu potrzeb mężczyzny?
Jest ich coraz mniej, ale to oni najgłośniej krzyczą, że współczesne kobiety powariowały, bo mają jakieś życzenia i żądania w seksie. Są zaskoczeni, że mieliby się do czegokolwiek w łóżku dostosowywać. Kiedyś mężczyzna nadawał kobiecie wyższy status, czynił ją na przykład panią dyrektorową, i oczekiwał, że w zamian dostanie seks na swoich warunkach. Ale dziś ona może odpowiedzieć: „Co z tego, że ty mnie czynisz panią dyrektorową, skoro ja cię czynię panem profesorowym?”. Nie każdy mężczyzna potrafi pogodzić się z tym, że kobiety wyraźnie mówią: „Tego i tego potrzebuję. Chętnie się dowiem także, czego ty potrzebujesz”. I to jest zdrowe. Dbanie o własne potrzeby to baza, która pomaga zbudować dobrą relację, także seksualną. Przecież jeśli widzimy, że partner nie czerpie radości z seksu, sami też czujemy dyskomfort. Pod warunkiem oczywiście, że nie idzie to w narcyzm. Poza tym mówienie o swoich potrzebach uatrakcyjnia życie seksualne. Stwarza pole dla nowych doznań. Ktoś może nie wpadłby na jakiś pomysł w seksie, a dzięki temu, że partner wystąpił z inicjatywą, może poszerzyć wiedzę o sobie, o tym, co lubi i pragnie.

Zastanawiam się, czy w związku z przemianami społecznymi i kulturowymi trzeba jeszcze kobiety przekonywać, że w łóżku mają prawo myśleć o swoich potrzebach?
Jestem przekonana, że tak, bo zmiany, o których mówimy, nie dotyczą jednak całego społeczeństwa. W Polsce wciąż dość silna jest kultura patriarchalna, w której kobieta przyzwoita to ta, która nie myśli o swoich potrzebach, tylko koncentruje się na tym, by partnerowi było przyjemnie. Niektóre kobiety świadomie stawiają siebie na drugim miejscu, bo chcą w ten sposób przywiązać do siebie mężczyznę albo zyskać poczucie, że postępują zgodnie z normami, zachowują się tak, jak należy. Są też takie, które teoretycznie przyznają, że również mają prawo dążyć do przyjemności w seksie, ale jednocześnie mocno w nich tkwi to, co wpojono im w dzieciństwie – że mądra żona nie myśli o sobie, tylko o tym, jak zatrzymać męża. Ten konflikt między tym, co podpowiada nam zdrowy rozsądek, a tym, co mamy wdrukowane, może być bardzo trudny do pokonania. Dlatego jestem przekonana, że nadal bardzo ważna jest edukacja i przypominanie, że każdy człowiek ma prawo realizować swoje potrzeby seksualne.

Są relacje, w których to kobiety nie szanują seksualnych potrzeb partnera?
Oczywiście. Narcystycznych kobiet są całe bukiety. Jest też grupa, która uważa, że ich potrzeby seksualne są ważniejsze i powinny być zaspokajane w pierwszej kolejności. Te kobiety oczekują, że mężczyźni będą się wokół nich uwijać, i to najlepiej bez instrukcji. Ich podejście wynika z przekonania, że kobieca seksualność jest wyjątkowa i skomplikowana, a męska nie wymaga uwagi. Mówią: „Facet zawsze się jakoś zaspokoi”.

Zarówno kobiety, jak i mężczyźni mogą też żyć w przekonaniu, że to, czego chcą w seksie, się nie liczy, bo oni sami są mało ważni.
Zwykle są to ludzie, których potrzeby w dzieciństwie nie były zaspokajane albo były zaspokajane w nieodpowiedni sposób czy w nieodpowiednim momencie, np. musieli jeść, mimo że nie byli głodni. Czasem słyszeli: „Nie ma: chcę. Są obowiązki”. Takie doświadczenia mogą potem utrudniać czerpanie radości z życia i z seksu. Jeśli jednak trafią na dobrego partnera, który powie: „Zajmijmy się wreszcie tobą” albo będzie często dociekać, co im sprawia przyjemność, mają szansę nauczyć się rozpoznawać swoje potrzeby i dbać o ich zaspokojenie. Wiedza na temat własnej seksualności rozbudowuje się przecież z każdym kolejnym kontaktem erotycznym. Nikt nie rozpoczyna życia seksualnego z pełną świadomością swoich pragnień i preferencji.