1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Chcesz, żeby Twoje marzenia stały się rzeczywistością? Porozmawiaj z ekspertem

Chcesz, żeby Twoje marzenia stały się rzeczywistością? Porozmawiaj z ekspertem

123rf.com
123rf.com
Jak sprawić, by marzenia stały się rzeczywistością? Porozmawiaj o tym na czacie z naszą ekspertką

Chcesz, żeby Twoje marzenia stały się rzeczywistością? Poradź się specjalisty. 2.02.2012 r. o godz. 19 zapraszamy na czat z coach Agnieszką Kozak. Więcej na

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wewnętrzny krytyk - czy da się go zwalczyć?

Nie musisz być ofiarą swojego wewnętrznego krytyka. Możesz go poskromić w stosunkowo prosty sposób. (Fot. iStock)
Nie musisz być ofiarą swojego wewnętrznego krytyka. Możesz go poskromić w stosunkowo prosty sposób. (Fot. iStock)
Wciąż ostrzega, a raczej straszy. Pogania i zabrania. A ty słuchasz i cierpisz. I jeszcze uważasz, że wszystkie te osądy i pretensje wymyślasz ty. Pora rozpoznać i pokonać wroga!

Gremlin to chochlik rozreklamowany przez film z 1984 roku „Gremliny rozrabiają”. Rok wcześniej Amerykanin Rick Carson napisał książkę „Poskrom swojego Gremlina” – o tym, jak samemu zejść sobie z drogi. Czym jest Gremlin w jego rozumieniu? Można, dla uproszczenia, nazwać go Wewnętrznym Krytykiem, ale w ujęciu Carsona ta postać (dość straszna, choć opisana z humorem) ma większą władzę i zakres działań. Poza krytykowaniem sabotuje, oponuje, wtrąca się i ogólnie utrudnia. Carson nazywa wręcz Gremlina złośliwym tyranem, przyczajonym w cieniu umysłu, narratorem w twojej głowie. Zwykle jest dość tchórzliwy, nadgorliwy i zachowawczy. Nie musisz być jego ofiarą. Możesz go poskromić w stosunkowo prosty sposób. Bez rozlewu krwi.

Kciuk w oku

Katarzyna Balcerowicz, coach i anglistka, przeczytała książkę Ricka Carsona, jeszcze zanim została przetłumaczona na język polski. – Zachwyciłam się tą prostą metodą, od razu zaczęłam ją stosować. Dowiedziałam się, że Rick przyjeżdża do Warszawy. Spotkaliśmy się, od razu mi zaufał. Zgodził się, żebym propagowała ten temat w Polsce – opowiada.

Na bazie książki Carsona Katarzyna Balcerowicz opracowała pięciogodzinne Warsztaty Poskramiania Gremlinów. Kameralne, otwarte na wymianę między uczestnikami. Najpierw więc krótko mówimy o sobie, ale tak, by udzielić odpowiedzi na pytanie: „W czym jestem dobry?”. Ktoś mówi o swoich kompetencjach zawodowych, ktoś o tym, jak świetnie spełnia się w roli mamy... Ale Gremlin już podniósł łeb i zaczął sygnalizować swoje wątpliwości: „Trochę więcej skromności! Czy to wypada tak się chwalić? I czy aby na pewno jest czym?”. Chodzi o to, żeby usłyszeć jego głos, ale się z nim nie utożsamiać, stworzyć pewien byt, który oddzielimy od siebie. – To pozwoli złapać dystans do tego, co się dzieje w głowie – mówi prowadząca. – Z czasem możemy wytrenować się tak, że będziemy mieć z tego niezłą zabawę.

Żeby przeprowadzić wyraźną granicę między sobą a Gremlinem, a w rezultacie oddzielić się od niego, próbujemy ustalić, czym nie jesteśmy. Na początek śmiała teza: nie jesteśmy naszym ciałem, bo przecież ono bez przerwy się zmienia i rzadko która komórka przeżywa więcej niż siedem lat. Nie jesteśmy też naszymi myślami, osądami i opiniami (a tym bardziej opiniami innych). Nie jesteśmy naszym zawodem, pracą, rolą społeczną. Naszymi zasadami, pragnieniami, potrzebami, emocjami. Naszym obrazem siebie czy gustem. Nie jesteśmy nawet naszymi działaniami (czy zaniechaniami). Co zostaje? Rick Carson mówi o „naturalnym ty”, które jest mądre i trzyma klucz do naszego szczęścia, Katarzyna Balcerowicz – o „czystej świadomości”.

– Po przyjściu na świat byliśmy taką właśnie świadomością. Była w nas ciekawość, otwartość i dużo radości życia. Potem zaczął się proces wychowania, uniformizacja. Pojawiły się głosy mówiące, co wypada, a co nie. One wciąż dźwięczą w naszych głowach. Ważne, żeby je wyłapać – mówi trenerka. – Jak? To proste: jeśli czujesz się z jakąś myślą niewygodnie, to Gremlin!

Skoro nie jesteśmy naszymi myślami, a one wciąż kiełkują w naszych głowach, znaczy, że ktoś kiedyś zasiał ziarenko... Można to badać, sprawdzać, ale równie dobrze odstąpić od takiego śledztwa – sugeruje Katarzyna Balcerowicz. I powtarza, za Carsonem, że uprawianie szkodliwych myśli to jak wkładanie sobie kciuka w oko: – Kiedy zorientujesz się, że coś takiego robisz, nie zastanawiasz się, gdzie się tego nabawiłaś, nie idziesz do lekarza, żeby poskarżyć się na syndrom wkładania sobie kciuka w oko. Po prostu go wyjmujesz.

Szczur w kącie

Żeby rozpoznać obsesje Gremlina, dobrze jest go sobie zwizualizować. Gremlin Katarzyny Balcerowicz wygląda jak modliszka i ma na imię Seweryna. – To imię mojej nauczycielki od geografii, która wciąż była niezadowolona z moich osiągnięć. Mówiła: „Nie wykorzystujesz swojego potencjału” – wyjaśnia. – Nigdy nie dowiedziałam się, jakie to skarby krył ten stracony potencjał. Dziś wiem, że potencjał jest tym, co realizujemy. Cała reszta, różne wymyślne „mogłabyś”, to tylko gruszki na wierzbie.

Gremlin nosi w sobie całą masę przekonań, których się kurczowo trzyma, np.: „Nie da się zaakceptować czy pokochać ciebie taką, jaka jesteś naprawdę”, „Cierpienie uszlachetnia”, „Szybko to dobrze, wolno to źle” czy „Porządne dziewczyny nie lubią seksu”. Nie ma sensu prowadzić z nim zażartych debat – ostrzega Rick Carson. Chyba że precyzyjnie wyznaczysz sobie czas takich zapasów, np. trzy minuty i ani sekundy więcej. Jeśli nie będziesz się pilnowała, Gremlin cię wchłonie. To, co możesz zrobić, to zauważać jego obecność. Nakręcający się monolog, napięcie w ciele, zautomatyzowane działania, mroczne wizje, eskalujące emocje... – To jak oświetlić buszującego w kącie szczura – porównuje Katarzyna Balcerowicz. – Zastyga, zamiera, okazuje się, że boi się bardziej od nas. Ważne, żeby w całym tym poskramianiu nie było wysiłku, spinania się, walki, bo może się pojawić głos: „Jestem tak beznadziejna, że nawet z Gremlinem nie mogę sobie poradzić”. Ja potrzebowałam pół roku, żeby przestać się wdawać w dyskusje. Ponoć to niewiele. Byłam z siebie dumna, do dnia, w którym postanowiłam odpowiedzieć sobie szczerze na pytanie, dlaczego nie czuję się dobrze. Odkryłam, że on wciąż we mnie gada, tyle że znacznie ściszył głos!

Pytania na telefon

Podstawowe narzędzie pogromcy Gremlina to – obok reflektora świadomości – oddech. Głębokie, świadome oddychanie (z brzuchem podnoszącym się przy wdechu i opadającym przy wydechu) pomaga zdystansować się do Gremlina, czyli do niewygodnych myśli, emocji. Wrócić do tego miejsca, w którym jesteśmy naturalni, prawdziwi, silni. Podczas takiego oddychania dobrze jest skupić się na odczuwaniu powierzchni skóry, będącej naturalną granicą. Poczuć jej temperaturę, dotyk ubrania... Inny sposób to zadawanie sobie w ciągu dnia pytań: Jak się czuję? O czym myślałam? Co czułam w związku z tymi myślami? Co czuję w ciele? Gdzie jestem spięta? Gdzie rozluźniona? Czego teraz potrzebuję?

Skoro już udało ci się nie odwołać kolejnej randki po tym, jak dopadła cię myśl o zbyt wypukłym czole, wykluczającym cię z listy atrakcyjnych, może by pójść krok dalej? Carson zachęca, żeby bawić się opcjami. Mogłabyś na przykład, parodiując głos Gremlina, rozwinąć szkodliwą myśl do granic absurdu – wygłosić krytykę swojego czoła tak zjadliwą, że na koniec nie pozostanie ci nic innego, jak wybuchnąć śmiechem. Możesz też wygłosić monolog afirmacyjny o urodzie wypukłych czół. Możesz też, oczywiście, zapuścić sobie grzywkę... Najważniejsze to zauważać, oddychać i wybierać.

  1. Psychologia

Bój się i rób, co chcesz. Jak oswoić strach przed nowym?

Większość naszych działań zabarwionych jest strachem, dlatego częściej robimy rzeczy, które są rozsądne, a nie te, które odzwierciedlają nasze marzenia. (Fot. iStock)
Większość naszych działań zabarwionych jest strachem, dlatego częściej robimy rzeczy, które są rozsądne, a nie te, które odzwierciedlają nasze marzenia. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo strach określa nasze działania. Mamy mnóstwo racjonalnych powodów, dlaczego nie staraliśmy się o te stanowisko, trzymaliśmy się tego faceta albo nie zapisaliśmy na ten kurs. Nasze wybory, przekonania na temat świata, wybór zawodu, partnera, sposobu spędzania czasu często zabarwione są strachem. Robimy rzeczy, które są rozsądne,  a nie koniecznie te, które odzwierciedlają nasze marzenia.

Zrewidowałam swoje koncepcje na temat strachu półtora roku temu, jak przeprowadziłam się na stałe do Belgii do mojego przyszłego męża. Wydawało się na pierwszy rzut oka, że kraj podobny do Polski i w zasadzie mogę robić to samo co wcześniej, w ten sam sposób. I najpierw nie zdawałam sobie sprawy, co się dzieje - dwa kilo mi przybyło od belgijskiej czekolady, to może nic nie szkodzi. Ale zaczęłam czuć się zmęczona, chorować - jesienią dwa razy brałam antybiotyk, co jest do mnie zupełnie niepodobne. I nagle wszystko zaczęło być takie nużące. Jako coach dopiero po pewnym czasie zorientowałam się, że pod zajadaniem się czekoladkami i znużeniem belgijską pogodą, która wcale nie była taka zła tej jesieni, leży strach.

Strach przed czym? Strach przed nieznanym. Przed porażką. Przed odrzuceniem. To nie są ludzie, którym dawałam treningi od lat i doskonale znam ich reakcje. To są NOWI ludzie. Inaczej reagują. Śmieją się w innych miejscach. Na niektóre rzeczy w ogóle nie reagują. Wyrażają mniej emocji na twarzach, więcej tłumią pod przykrywką bycia miłym. To nie są te same twarze. I język nie jest ten. Angielski to jest NOWY język. Nie tak łatwo się w nim wyrazić Słowianinowi jeszcze z polskim akcentem, mówiąc do Belgów. A moje tytuły, referencje nic nie mówią tutejszym firmom. Trzeba zdobyć NOWE referencje. Zacząć trochę od początku. Dać się im poznać i… OCENIĆ NA NOWO.

Przebrnęłam przez ten trudny czas, kiedy nawet miasto, po którym się poruszałam, nie było to samo, tylko NOWE. I dom zrobił się bardziej swojski, jak przywiozłam wszystkie rzeczy, poprzestawiałam meble, kupiłam nowe kwiaty, zawiesiłam SWÓJ obraz. Nie mogłam jednak opierać się na starych umiejętnościach i starych sposobach patrzenia na świat, bo one tutaj wydawały się nieaktualne. Musiałam zdobyć nową wiedzę na temat ludzi i rzeczy. Wyrobić sobie nowe poglądy na temat nawet najprostszych spraw. I porzucić schematy, które wydawały mi się tak nie zastąpione. Jak już się do tego przed sobą przyznałam, to w wielu sytuacjach odczuwałam strach, w których wcześniej byłam pewna siebie. Przede wszystkim niepewność, jak się zachować i co powiedzieć, jak zareagować, jaką podjąć decyzję. Przeczytałam wtedy książkę: „Feel the fear and do it anyway” Susan Jeffers i zaczęłam tak postępować - czując strach, robić to, co chcę mimo wszystko.

Ważną próbą był mój eksperyment podczas wyjazdu na wakacje. Poszliśmy do parku wodnego, gdzie były różnego rodzaju zjeżdżalnie do wody. Największym wyzwaniem była tuba, spod której usuwała się podłoga i leciało się 15 metrów prawie pionowo w dół, zanim zaczynała zakręcać. Dopiero za drugim razem, gdy przyszliśmy do tego parku, odważyłam się zjechać. I zdarzyło się coś nieprawdopodobnego - bardzo się bałam, a jednocześnie nie wpłynęło to na same działania. Weszłam do tuby i zjechałam, mimo strachu. Strach fizjologiczny niekoniecznie ma wpływ na to, co robimy. Więc warto jest się odważyć mimo strachu. Za drugim razem jak zjeżdżałam strach był mniejszy. Susan Jeffers definiuje strach jako tak duży, jakim go sami określimy i w dużej mierze ten strach znika, kiedy przyzwyczajamy się do nowej aktywności.

Z moich obserwacji to, na co składa się strach, zawiera w sobie kilka elementów:

  1. Emocja - czyli to, co się dzieje w naszej głowie, kiedy myślimy o tym, co najgorszego może się stać.
  2. Aktywność - czyli to, co robimy lub to czego unikamy, kiedy się boimy.
  3. Zewnętrzna przyczyna strachu - np. duża wysokość, nieznana publiczność, może to być przyczyna często subiektywna, niekoniecznie racjonalna, która nie zawsze istnieje.
  4. Przeszłe złe wspomnienia - często z czasów dzieciństwa i szkoły, kiedy mieliśmy mniej doświadczenia i robiliśmy bardziej ryzykowne rzeczy z niewiedzy przed niebezpieczeństwem lub kiedy braliśmy bardzo do siebie przykre słowa dorosłych.
Jeżeli chodzi o ostatnie dwa elementy: zewnętrzną przyczynę strachu oraz przeszłe złe wspomnienia, to można łatwo je racjonalnie przepracować. Poprzez modelowanie pozytywne na podstawie zachowania innych osób, można dojść do wniosku, że jak inni stąd skaczą i to tyle osób dziennie lub że jak inni zostali pozytywnie odebrani przez tę publiczność, to my też zrobimy to z sukcesem. To było trudne i niebezpieczne w dzieciństwie, ale już nie musi takie być, kiedy jesteśmy dorośli. Wtedy możemy z kolei skupić się na wykonywaniu aktywności, jakby strach nie istniał i wtedy to, co pozostało, czyli strach - emocja - szybko minie.

Według wielu mistyków Wschodu i buddystów strach nie istnieje. Niektórzy uważają, że słowo „FEAR” po angielsku jest skrótem od „False Evidence Acting Real” (Fałszywego Dowodu Udającego Prawdziwy). Jeżeli byśmy wrócili do mojej definicji strachu, to po poradzeniu sobie z elementem 3. oraz 4. i rozpoczęciu aktywności, czy można mówić, że sama emocja strachu reprezentuje sobą fragment realnej rzeczywistości? Z drugiej strony Eckhart Tolle pisze w „Potędze Teraźniejszości”, że tak naprawdę nie musimy odczuwać strachu, aby racjonalnie ocenić niebezpieczeństwo. Wystarczy do tego zdrowy rozsądek, a w innych sytuacjach podążajmy po prostu swoją drogą bez oglądania się na preteksty, aby stać w miejscu.

  1. Psychologia

Idealny partner - czy istnieje naprawdę?

Większość badaczy ludzkich zachowań skłania się jednak ku twierdzeniu, że kobiety poszukują partnerów, którzy byliby przede wszystkim silni, odpowiedzialni i zaradni, by mogli zapewnić środki niezbędne do życia dla nich i ich potomstwa. (Fot. iStock)
Większość badaczy ludzkich zachowań skłania się jednak ku twierdzeniu, że kobiety poszukują partnerów, którzy byliby przede wszystkim silni, odpowiedzialni i zaradni, by mogli zapewnić środki niezbędne do życia dla nich i ich potomstwa. (Fot. iStock)
Brunet, 183 cm wzrostu, oczy brązowe. Mogą też być niebieskie. Rozumie twoje troski i humory, kocha i potrafi pięknie o tym mówić. Jest inteligentny i czuły, tryska dowcipem. Ale czy istnieje naprawdę?

Kogo pragną kobiety? Jest wiele teorii. Jedna mówi, że swojego przeciwieństwa, inna – że podobieństwa. Jeszcze inna, że kobiety instynktownie wybierają na partnerów mężczyzn podobnych do ich ojców. Socjologowie wspominają o zgubnym wpływie mass mediów na nierealistyczne wyobrażenia na temat tego, jak powinien wyglądać i zachowywać się idealny partner czy kochanek, a ewolucjoniści twierdzą, że zarówno człowiek pierwotny, jak i żyjący współcześnie, kieruje się – niekoniecznie uświadomionym – pragnieniem przekazania swoich genów.

Większość badaczy ludzkich zachowań skłania się jednak ku twierdzeniu, że kobiety poszukują partnerów, którzy byliby przede wszystkim silni, odpowiedzialni i zaradni, by mogli zapewnić środki niezbędne do życia dla nich i ich potomstwa. Psycholog David M. Buss pociesza wprawdzie, że zarówno kobiety, jak i mężczyźni oczekują od partnera zafascynowania, postawy miłości, zrównoważenia emocjonalnego, dojrzałości i niezawodności – czyli wszystkich tych cech, które pozwalają zbudować trwały i szczęśliwy związek. Badacz par i autor książki pt. „Jak zaczyna się miłość? Pierwsze trzy minuty” – Michael Lukas Moeller nie ma jednak wątpliwości: kobiety najczęściej wybierają mężczyzn o dobrej sytuacji materialnej i pozycji społecznej. Przy czym nie kierują się bynajmniej zawartością ich portfela, ale takim zestawem cech osobowości, które wskazywałyby na większą zaradność życiową, czyli: inteligencja, pewność siebie, dojrzałość, przedsiębiorczość. I dodaje, że ten trend utrzymuje się nawet pomimo coraz większej emancypacji – kobiety, które same są niezależne i przebojowe, potrzebują mężczyzn, którzy dotrzymają im kroku.

– Można odnieść wrażenie, że na przestrzeni lat czy nawet wieków niewiele się zmieniło w kwestii oczekiwań, jakie mamy wobec idealnych partnerów. Kobiety nadal chcą przede wszystkim, by mężczyzna, z którym się zwiążą, zapewniał byt i bezpieczeństwo – komentuje psycholog Adriana Klos. – Kiedy jednak bliżej przyjrzymy się ostatnim badaniom, dostrzeżemy niewielkie przesunięcie, wynikające zapewne ze zmiany ich statusu społecznego. W porównaniu ze swoimi prababkami współczesne kobiety są bardziej przebojowe i zorganizowane, nie zależy im już tak bardzo na tym, by mężczyzna miał dużo pieniędzy i władzę, bo same mogą sobie to zapewnić. Teraz bardziej chodzi im o to, by mężczyzna był partnerem, rozumiejącym je i współodczuwającym, na dodatek z poczuciem humoru, żeby się z nim nie nudziły.

Czuły, ale nie łagodny

Oto, jaki obraz wyłania się z coraz częściej przeprowadzanych badań. Czuły, inteligentny, odpowiedzialny, troskliwy, uczciwy, szczery, dojrzały – to zestaw cech idealnego mężczyzny, jakie podały użytkowniczki jednego z portali randkowych. Najmniej pociągający wydał im się partner, który jest: praktyczny, logiczny, łagodny, oszczędny, rzetelny, dokładny, systematyczny i zręczny.

Inteligencja, poczucie humoru oraz atrakcyjny wygląd to cechy, które z kolei uznali za najistotniejsze. Szukamy partnerów sympatycznych, troskliwych i kochających. Istotna jest również wierność, wyrozumiałość, szczerość i czułość. Czuły (znowu!), namiętny, rozumiejący potrzeby kobiet – oto Pan Idealny według Polek, które wzięły udział w badaniu na zlecenie Mattel Poland, producenta plastikowego ucieleśnienia dziewczęcych marzeń – Kena. Pytane kobiety marzą głównie o partnerze do rozmowy. Dobrze, gdyby był też wysokim (183 cm) brunetem o niebieskich lub brązowych oczach.

Idealny mężczyzna powinien być – i tu nie ma zaskoczenia – odpowiedzialny, inteligentny i mieć poczucie humoru. Umieć pocieszyć, ale i rozśmieszyć, no i jak najczęściej mówić „kocham”. Wszystko brzmi cudownie, tylko czy jedna osoba jest w stanie pomieścić w sobie tyle cech? – Im bliższy człowiek, tym większe oczekiwania, że spełni nasze potrzeby i większe ryzyko, że tak się nie stanie. Nikt nas nie zadowoli w pełni, nawet rodzona matka – przestrzega psycholog Adriana Klos.

Podążanie za ideałami jest szczytne, ale co, jeśli okaże się, że są nierealne? Czy to nie stanie się przyczyną odrzucenia kogoś „wystarczająco dobrego”, bo nie jest „dokładnie taki, jak marzyłam”? Z drugiej strony, czy warto iść na kompromisy i wiązać się z kimś, kto nie do końca odpowiada oczekiwaniom, ale się stara? Psycholog radzi, by zacząć od tego, by inaczej konstruować listę priorytetów.

– Zamiast wypisywać cechy, jakie powinien mieć mój wymarzony czy moja wymarzona, lepiej zastanowić się nad tym, na czym mi naprawdę zależy w życiu. Jak sobie wyobrażam swoją przyszłość, jakie wartości cenię. Czy chcę mieć dzieci, czy wolę mieszkać w mieście czy na wsi, czy chcę wziąć ślub czy żyć „na kocią łapę”, na co chcę odkładać pieniądze… – i szukać kogoś, kto ma zbieżne zapatrywania. Oczywiście drobne odstępstwa w mniej ważnych kwestiach są dopuszczalne, gorzej, gdy partner czy partnerka odstaje w tych najważniejszych – temperamentalnych czy światopoglądowych – mówi Adriana Klos. Bo ideał to ktoś, kto po prostu pasuje do naszej bajki.

Kwestia wiary?

Coś na pocieszenie. Naukowcy z University of Sheffield przeprowadzili ciekawe badanie. Wspólnie z badaczami z University of Montpellier we Francji zapytali grupę ok. 116 heteroseksualnych par, jak powinien wyglądać idealny partner, a następnie za pomocą specjalnego programu komputerowego porównali zmodyfikowane zdjęcia „ideałów” z portretami ich rzeczywistych „drugich połówek”. Okazało się, że wszyscy partnerzy życiowi są innego wzrostu, wagi i masy ciała, niż chcieliby badani. Mężczyźni woleliby, aby ich partnerka była szczuplejsza, niż jest w rzeczywistości, kobiety z kolei ucieszyłyby się, gdyby ich partner miał bardziej potężny wygląd. Czego to dowodzi? Że marzymy o męskich mężczyznach i kobiecych kobietach, ale wybieramy… no właśnie, osoby mniej lub bardziej zbliżone do tego ideału. Tylko czy im bliżej gwiazd, tym będziemy bardziej szczęśliwi?

Tak – jeśli wierzymy, że trafiliśmy na ideał. To już wynik innych badań, opublikowanych na łamach „Psychological Science”. 193 pary co 3 miesiące przez 3 lata wypełniały ankietę, w której opisywały charakter partnera, oceniając jego pozytywne i negatywne cechy.

Na koniec opisywały, w jakim stopniu ich ideał powinien się nimi odznaczać. Wyniki były jednoznaczne: osoby, które nie idealizowały swojej „połówki” na początku związku, po trzech latach trwania badań były mniej zadowolone ze swojego małżeństwa. Ci, którzy byli przekonani, że ich ukochany czy ukochana ma w sobie wszystkie cechy, jakich pragnęli (nawet jeśli nie do końca było to zgodne z prawdą) wprost przeciwnie – radośnie utwierdzali się, że trafili w dziesiątkę.

Jaki z tego wniosek? Jeśli w liście do Mikołaja chcesz poprosić o Pana Idealnego, skup się na tym, co chciałabyś z nim robić, jakie wieść życie, jakie wartości powinien wyznawać. Dorzuć do tego jakiś szczegół, który cię najbardziej kręci, czyli błyszczące oczy, zgrabną sylwetkę, niski głos lub silne ręce. Zaklej kopertę, wyślij list, a potem – jak już rozpakujesz prezent – uwierz z miejsca, że to właśnie Ten!

  1. Psychologia

Odkładanie rzeczy na później - jak pokonać ten nawyk?

Odkładanie jest pewną przypadłością charakteru, z której ciężko wyjść. (Ilustracja: iStock)
Odkładanie jest pewną przypadłością charakteru, z której ciężko wyjść. (Ilustracja: iStock)
Czy zdarza ci się zmieniać termin na późniejszy? Czy może przekładasz pewne sprawy na jutro i pojutrze? A może myślisz tak też o wymarzonych wakacjach czy zamieszkaniu w nowym miejscu, jak będzie to cudowne, kiedy najpierw zgromadzisz pieniądze, zmienisz pracę, wyślesz dzieci do pierwszej klasy? Ile razy potem to nigdy nie nadchodzi?

„Odkładacze” - do tej kategorii zaliczamy się w takich sytuacjach. Ja sama czasem jestem „odkładaczem”. Wiele osób odkłada na później aplikowanie na wymarzone stanowisko czy realizowanie jakiegoś swojego planu. Ciągle czują się nie gotowi, nie dość dobrzy, za mało przygotowani. Jedna osoba przez sześć lat pracuje byle gdzie, bo nie może się zdecydować na zmianę. Inna składa projekt unijny i w ostatnim momencie rezygnuje. Ktoś chce wysłać maila, ale cały czas link na jego stronie nie jest gotowy i stronę trzeba jeszcze poprawiać. Kolejna osoba myśli, że jak zrobi kolejny kurs, to już będzie mogła zacząć. Ale potem orientuje się, że może jeszcze jeden kurs by się przydał albo jeszcze coś.

Miałam tak z nauczeniem się nowego języka. Mówiłam sobie, że może później będę mieć więcej czasu albo że najpierw trzeba zająć się czymś innym. Mijało parę miesięcy, a ja nadal stałam w miejscu. W końcu powiedziałam sobie: „dziś zaczynam” i zaczęłam. Wiadomo, że na początku jest trudno, bo trzeba się przyzwyczaić do nowej aktywności, która wydaje się trochę nienaturalna i wcale nie taka przyjemna. Po pewnym czasie widać jednak efekty. Każdy, kto włoży ileś czasu w naukę języka, zrobi postępy. Tak jest ze wszystkim - trzeba zacząć i systematycznie kontynuować. Pewnego dnia pojawi się poczucie biegłości. Zależnie od typu nowej czynności, po dniach, miesiącach, latach praktyki, ale pojawi się. Spójrz w tył, ile czasu już straciłeś i nie trać go więcej.

Cokolwiek nowego robimy, jest to zmiana w naszym trybie życia i na początku pojawia się często poczucie, że jest się nie na miejscu, nie tam, gdzie przyzwyczailiśmy się być. Nawet wzięcie ślubu może być trudnym z początku przejściem, jeżeli wiąże się z całkowitą zmianą trybu życia. Nie mówiąc już o urodzeniu dziecka, kiedy już nic nie jest takie jak dawniej, bo mały człowiek organizuje wszystko wokół siebie. To jest też powód, dlaczego ludzie zwlekają nie tylko z obowiązkami, które ze swej natury bywają trochę uciążliwe, ale też z realizacją marzeń. Wydawałoby się, że to świetna rzecz wybudować domek na wsi albo pojechać sobie w daleką podróż do Indii i wspaniale się o tym myśli. Jednak okazuje się, że wydaje to nam się za dużą zmianą, żeby tak zaraz to zrobić. To jest charakterystyka postępowania „marzycieli” lub „odkładaczy marzycieli”, którzy marzą o czymś, co będzie później, żeby umilić sobie chwilę teraźniejszą, która nie jest aż taka przyjemna. Jak wielu „marzycieli” spełnia swoje marzenia?

Odkładanie jest pewną przypadłością charakteru, w którą jak się wpadnie, to ciężko wyjść, bo już tyle rzeczy odłożyliśmy, że nawet nie wiadomo, od czego zacząć nasze działanie. Jeżeli jednak podejmiesz tę decyzję, że „od dziś”, to wtedy zastanów się, co jest dla ciebie teraz najważniejsze, od czego chcesz tak właściwie zacząć. I zacznij. Nawet jeżeli na początku będzie to szło „jak po grudzie”, to po paru tygodniach zobaczysz efekty swojego nowego działania. A jak spojrzysz wstecz, od razu poczujesz się lepiej po dokonaniu zmiany. Plan wykrystalizuje się w trakcie. Przy odkładaniu polecam najpierw zacząć, a potem tworzyć plan, bo inaczej będziemy tak długo planować, że nie zaczniemy. I do dzieła!

  1. Psychologia

Świat jest lustrem - nauczyć się w nie patrzeć

Wszystko, co dociera do nas z zewnątrz, to lustro, metafora naszego wewnętrznego świata. Trzeba tylko uważnie patrzeć i nauczyć się ją odczytywać. (Fot. Getty Images)
Wszystko, co dociera do nas z zewnątrz, to lustro, metafora naszego wewnętrznego świata. Trzeba tylko uważnie patrzeć i nauczyć się ją odczytywać. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wszystko, co dociera do nas z zewnątrz, to lustro, metafora naszego wewnętrznego świata. Trzeba tylko uważnie patrzeć i nauczyć się ją odczytywać. W ten sposób można nawiązać kontakt z tym, co zepchnięte w cień, poszerzyć swoje pole widzenia i rozumienia świata.

Świat jest lustrem. To jedno z tych zdań na temat rzeczywistości na tyle wyświechtanych, że nawet nie zastanawiamy się nad ich głębią. Doświadczam, jak ważnym zasobem jest ta świadomość i korzystanie z niej na co dzień. Odszukiwanie znaczeń w rzeczywistości stało się moją pasją, sposobem na nawigowanie w życiu. Wy stworzyliście metodę pracy coachingowej, która opiera się na tym założeniu. Yaron Golan:
Uświadomienie sobie tego, że w otaczającym nas świecie widzimy przede wszystkim to, co mamy w sobie, było dla nas przełomowym momentem. Oboje jesteśmy trenerami, w sposób naturalny zaczęliśmy wykorzystywać w coachingu opowiadania, zdjęcia, symbole. Zafascynowało nas, jak głęboko i skutecznie można dzięki nim pracować. A że kochamy gry, stworzyliśmy narzędzie – The Coaching Game – które wykorzystuje twórczo właśnie te elementy.

Efrat Shani:
Obraz, słowo i opowieść to trzy podstawowe składniki świata, jaki znamy. To, co nas otacza, dociera do nas głównie za pośrednictwem oczu i uszu.

A co z innymi zmysłami? E.S.:
Raczej dopełniają przekaz wizualny. W naszej kulturze najważniejszym kanałem kontaktu jest wzrok, a potem słuch.

Y.G.:
Wszystko, co widzimy i słyszymy, odbieramy na dwóch poziomach: indywidualnym oraz uniwersalnym. Obrazy, symbole i historie sięgają nie tylko do zasobów naszej pamięci jako jednostki, ale też do wspólnej „biblioteki” ludzkości, którą Jung nazywa nieświadomością zbiorową. Dlatego praca z obrazami i symbolami bywa tak głęboka. Nawet nie uświadamiamy sobie, jak bardzo zmienia nas coś, co widzimy, do jakiego miejsca w nas dociera przekaz jakiejś sceny czy obrazu. W dużym stopniu żyjemy życiem nieuświadomionym, które przemawia do nas poprzez sny, obrazy, baśnie, symbole. Czasem jedyny sposób, by dotrzeć do tych zapisów, to użyć języka, w jakim się zapisały. Można powiedzieć, że ludzka pamięć jest rodzajem albumu ze zdjęciami, które przechowujemy w folderach. Niektóre z różnych powodów trafiają do folderu z napisem „zakaz dostępu”. Nie pamiętamy ich, co nie znaczy, że znikają.

E.S.:
Te schowane przed światem i sobą obrazy bywają źródłem złego samopoczucia, napięcia, trudności, stłumionych emocji. Sporo energii życiowej zużywamy, by trzymać je w zamknięciu. Dlatego im więcej obszarów siebie wyjmujemy z tego zakazanego albumu, tym łatwiej nam się żyje, mamy więcej energii do dyspozycji, mniej nas blokuje. Najbardziej ograniczają nas nasze własne zamrożone uczucia i historie, z którymi nie chcemy się spotkać.

Praca z obrazem potrafi ten dostęp otworzyć? E.S.:
To, co widzimy, potrafi wywołać tamten schowany obraz na zasadzie skojarzeń. Jest jak lustro. Potrafi też dotrzeć bezpośrednio do poziomu emocjonalnego, głębokiego, omijając inne poziomy. Wiele razy widziałem podczas sesji, jak ktoś wyciąga kartę, patrzy na zdjęcie i zaczyna płakać. Nagle. Jakby ktoś odkręcił kurek. To momenty, w których rozszerza się pole widzenia. Zaczynamy widzieć coś, co próbowaliśmy ukryć sami przed sobą i przed innymi. A więc jakiś obszar się uzdrawia, napięcie opada. To wielka ulga. Podobnie jedno usłyszane zdanie lub słowo potrafi czasem podpowiedzieć rozwiązanie, którego nie chcieliśmy dopuścić do świadomości z lęku przed konsekwencjami. Uświadamiamy sobie, że coś nas ograniczało, na przykład nie pozwalało nam zrobić ważnego kroku.

Kiedy wydarza się coś trudnego, przerażającego, dziecko zasłania oczy. Nie chce patrzeć na to, co okropne. Y.G.:
Świetna metafora dla tego stanu. A więc coś w nas, jakaś część nas zamyka oczy, nie chce czegoś widzieć. I tak żyjemy. Aż pojawi się coś, co pomoże nam te oczy otworzyć.

E.S.:
Po angielsku to see oznacza jednocześnie „widzieć i rozumieć”. Język odzwierciedla to połączenie. Zobaczyć coś naprawdę, to znaczy zrozumieć, uświadomić sobie tego istotę. Siła obrazu jest wielka. W tym sensie mówimy, że świat jest dla nas lustrem. Wszystko wokół to przecież ruchome „zdjęcia”. Nie trzeba specjalnych narzędzi. Wystarczy się rozejrzeć i zobaczyć, co nas otacza. Nasza psychika dąży do zdrowia, więc wyłapuje w naszym otoczeniu obrazy, które są metaforą tego, z czym mamy trudność. W ten sposób świat podstawia nam lustro: pokazując kolejne historie, w których ta sytuacja się odbija. Niektórzy mówią, że specjalnie przyciągamy takie sytuacje, w których nasze chore mechanizmy i przekonania mają szansę się pokazać, żebyśmy mogli wreszcie zobaczyć, że tak działamy, i podjąć decyzję o zmianie. Na przykład mamy problem z granicami, nie umiemy odmawiać, więc nieświadomie będziemy się ciągle wmanewrowywać w sytuacje, czyli obrazy, w których powinniśmy odmówić, ale nie umiemy. I cierpimy z tego powodu. Tak długo, aż wreszcie dotrze do nas, że to my powinniśmy coś tu zmienić. Na tym polega uzdrowienie, że widzimy nagą prawdę tej sytuacji, naszą rolę w tym, co się dzieje. A następnie bierzemy odpowiedzialność za nasze reakcje, wybory.

Y.G.:
Gdy zaczynamy zauważać, że wszystko, co widzimy wokół, to wskazówki, zaczynamy też żyć bardziej świadomie. W jakimś sensie budzimy się. Wtedy każda rzecz, zdjęcie, film, nawet reklamowy billboard na ulicy przestają być tylko tą rzeczą samą w sobie. To potencjalna ścieżka dostępu do nas samych. Idąc nią, przestajemy obarczać odpowiedzialnością innych, być ofiarą sytuacji. Kolejny raz trafiam na kogoś, kto mnie nie szanuje? Zamiast się skarżyć, pytam się siebie: „Czy ja szanuję samego siebie? Czy ja szanuję innych?”. Pewnie odkryję, że coś w tej sprawie mam do zrobienia na własnym polu. Dlatego mi się znowu powtarza ta sytuacja! Co mogę zrobić, by się więcej nie powtarzała? Takie podejście daje poczucie siły, wpływu.

Gdy zobaczyłam waszą grę, skojarzyła mi się z... tarotem. Choć na tych kartach są współczesne zdjęcia. Ale pomysł wybierania karty, która naprowadza odpowiedź, przypomina wróżenie. E.S.:
Zgadza się. Fascynuje mnie obraz i symbol jako klucz do podświadomości. I choć współcześnie upowszechnił ją Jung, nie jest to wiedza nowa. Wykorzystywana jest w wielu kulturach i naukach ezoterycznych od tysiącleci. Zasada działania kart tarota jest podobna: obraz, który widzimy, potrafi wydobyć z podświadomości skojarzenia, do których inaczej nie mamy dostępu. To może brzmieć jak magia, ale taka jest po prostu właściwość naszego umysłu. Wspomnienia, myśli to są obrazy. I tyle.

Ja mam poczucie, że moje myśli są słowami, zdaniami... E.S.:
Bywają, to prawda. Albo inaczej: czasem do warstwy słownej mamy lepszy dostęp. Ale nawet te myśli zdania tworzą obrazy albo stany emocjonalne, które łatwo się na nie przekładają. Słowa, dźwięki, zapachy wywołują w nas wspomnienia, czyli obrazy. To, co się wydarzyło, historia– to kolejne obrazy.

Y.G.:
Słowo to język lewopółkulowy. Czyli porządek, logika, zasady, kategorie, przekonania, kontrola. Lewa półkula dominuje w naszej kulturze, a więc dla wielu ludzi łatwiejsza i bardziej naturalna jest ścieżka słów. Język jest rodzajem tłumacza rzeczywistości i prawej półkuli. Bo prawa półkula to emocje. A jej językiem są obrazy właśnie.

E.S.:
Ciekawa jest dynamika powstająca dzięki łączeniu obrazu i słów. Ponieważ obrazy przemawiają do prawej półkuli, a słowa do lewej, ich zestawienie tworzy nowe jakości. Na tym polega kreatywność. Proces twórczy to połączenie pracy obu półkul, znajdowanie nowych znaczeń. A więc świadoma zabawa z tym poziomem otwiera w nas obszar kreatywności. Niezbędny, jeśli chcemy żyć pełnią życia.

Mówicie, że historia to obrazy. Przyznaję, że opowieść to moja ulubiona forma lustra dla świata wewnętrznego. Y.G.:
Moja też. Czym innym są baśnie? Biblia jest tak napisana. Jezus nauczał przez przypowieści, w których słuchacze mogli przejrzeć się jak w lustrze. Czym innym są dzisiejsze filmy? Opowiadają wymyśloną historię, w której widz odnajduje siebie, identyfikując się z bohaterem. I przez to może coś zrozumieć, coś sobie uświadomić albo coś przeżyć.

Albo przynajmniej pozwala zadać sobie razem z bohaterem jakieś ważne pytania. Dziś pracując z wami, wylosowałam zdjęcie z narysowaną na murze dziewczynką, która skacze na skakance. Obok widać kawałek okna za kratami. Podpis: kreatywność. Pytanie, które zadaliście, było proste: Czego teraz potrzebuję w moim życiu? Ta karta natychmiast uświadomiła mi, że brakuje mi zabawy, lekkości. Oraz to, że tylko ode mnie zależy, czy moja kreatywność jest wypuszczona na wolność. Poczułam, że ostatnio raczej wciskałam sama siebie za te kraty. A moja wewnętrzna dziewczynka potrzebuje więcej wolności. Cała praca i uświadomienie sobie tego zajęło mi może z minutę...

Y.G.:
Jak to szybko działa, prawda? Mnie fascynuje też to, jak różnymi drogami idą ludzkie skojarzenia. Są osoby, które wyciągając tę samą kartę, nie zwracają uwagi na okno i kraty. Niektórzy skupiają się na tym, że mur, na którym narysowano dziewczynkę, jest obdrapany. Ale pani wewnętrzna sytuacja, poczucie samoograniczenia znalazło odbicie w tym oknie z kratami, które wybiło się na plan pierwszy.

E.S.:
Kolejna rzecz, która przekonuje mnie do pracy z obrazami, historiami czy symbolami jako lustrem: dają dystans. Czasem emocje związane z jakimś tematem lub pytaniem są zbyt silne, nie chcemy się przyznać, że coś czujemy, z czymś sobie nie radzimy. Ale można mówić o obrazie, o bohaterze – co przeżywa, co mógłby zrobić. Mówimy o zdjęciu albo o historii, ale tak naprawdę – o sobie. Przecież wszystko pochodzi z naszego świata wewnętrznego. To są nasze poglądy, przemyślenia, emocje. Koncepcje, spostrzeżenia, skojarzenia. Wszystko, co widzimy, jest w nas. To metafora naszego wewnętrznego świata.

Tak można pracować z dziećmi. Kiedy mój syn był mały, trudno mu było mówić o swoich przeżyciach. Więc wieczorami opowiadaliśmy bajkę o chłopcu, który był jego alter ego. Mój synek opowiadał, co się temu chłopcu wydarzyło, jak mu minął dzień. Mógł mówić o sobie, ale w trzeciej osobie, niejako z dystansu. Y.G.:
Dorośli też często chowają się za cudzą historią. Tak się dzieje, kiedy uznają jakiś temat za trudny albo wstydliwy. Mówią: „Mój przyjaciel ma taki a taki problem, co robić?”. To pozwala przerobić jakiś własny próg, dostać pomoc.

E.S.:
Chcę powiedzieć jeszcze jedną rzecz. Obraz to język, którym zaczęliśmy mówić świadomie dopiero niedawno. W każdym razie na tak masową skalę. Dziś to dominujący sposób komunikacji. Bombardują nas obrazy, przekazujemy sobie wiadomości poprzez zdjęcia, wysyłamy MMS-y. To język, który się teraz rozwija. Jesteśmy tego świadkami.

Y.G.:
Choćby taka prosta rzecz: zdjęcia, które umieszczamy na Facebooku jako swoje wizytówki, czyli zdjęcia profilowe. Niektórzy mają fotografie z dziećmi, inni w kostiumie kąpielowym albo chowają się za abstrakcyjnym rysunkiem. To komunikaty. Mówią, kim jesteśmy na głębszym poziomie.

Albo i nie. Na warsztatach robiliśmy kiedyś ćwiczenie: jeden z mężczyzn usiadł na krześle przed nami, a my mieliśmy napisać o nim kilka zdań. Jaki jest, kim jest, gdzie mieszka, co robi itp. Ciekawe było, że każdy miał coś do powiedzenia na jego temat, choć go nie znaliśmy. I to, że nasze wyobrażenia były zupełnie różne: od drwala, ojca gromadki dzieci, po geja w mieście, który rzeźbi w drewnie... Y.G.:
Coś z tego było prawdą?

Naprawdę rzeźbi w drewnie. Coś tam jednak prawdziwego zobaczyliśmy. Przeczytałam kiedyś ważne zdanie: To, co widzimy w kimś, może być prawdą o tej osobie. Ale nie musi. Natomiast zawsze jest prawdą o tobie. E.S.:
Nie zobaczymy w nikim tego, czego nie ma w jakimś sensie w nas samych. To, co dla nas w danym momencie jest ważne, wysuwa się na plan pierwszy i to zauważamy, na to przede wszystkim zwracamy uwagę. Nasz umysł podsuwa nam potwierdzające sygnały. Jakbyśmy mieli założony filtr, który przeczesuje rzeczywistość w poszukiwaniu pasujących obiektów. Fakt pozostaje faktem: wyraźnie przechodzimy jako ludzkość z fazy języka mówionego do fazy języka obrazowego. Dlatego warto się uczyć z niego korzystać. To wielki zasób. Myślę, że nie zdajemy sobie jeszcze w pełni sprawy z jego mocy, możliwości. Dopiero je badamy, odkrywamy. A nasz świat przez to się zmienia. Nasz umysł się zmienia. Kto wie, dokąd nas to zaprowadzi.