1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dlaczego kobiety tkwią w związkach przemocowych?

Dlaczego kobiety tkwią w związkach przemocowych?

Nie jest żadnym odkryciem, że w relacji przemocowej ofiara powiela stary, dobrze jej znany schemat, w którym ktoś inny – mąż, znajomy, przyjaciółka, szef czy partner – staje się ważniejszy od niej samej. (Fot. iStock)
Nie jest żadnym odkryciem, że w relacji przemocowej ofiara powiela stary, dobrze jej znany schemat, w którym ktoś inny – mąż, znajomy, przyjaciółka, szef czy partner – staje się ważniejszy od niej samej. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Niczego nie zauważyłaś? Jak można być z kimś, kto krzywdzi? - pytają koleżanki, a często i my sami, kiedy słyszymy o kobietach tkwiących w złych relacjach. Ano można, jeśli czujesz, że nie masz wyboru. Tak samo jak czułaś to jako dziecko. W dodatku przemoc psychiczna sączy się niczym trucizna, niezauważalnie, powolutku – paraliżując zdrowy osąd sytuacji. 

Wszystkie ofiary mają ze sobą coś wspólnego – jakiś rodzaj gorączkowej ekscytacji, gdy opowiadają swoje historie. Łzy, żal, że nikt nie rozumie, co im się przytrafiło. Złość – że człowiek który im coś takiego zrobił nie poniósł żadnej kary…” – pisze Renata Kim w swojej najnowszej książce ,,Dlaczego nikt nie widzi, że umieram. Historie ofiar przemocy psychicznej”. Najgorsze w przemocy psychicznej jest właśnie owo poczucie niezrozumienia i samotność. I nadzieja, że gdzieś jest ktoś, kto spokojnie wysłucha, bez oceniania, bez komentarza: ,,Nie zauważyłaś, że on cię wykorzystuje?” albo: ,,Skoro byłaś z nim tak długo, to może sama tego chciałaś?”. Widziała, wiedziała, dość szybko zorientowała się, że to drań, oszust, manipulant, który ją i jej uczucia ma gdzieś, bo liczy się tylko on, jego, dla niego, o nim... I co z tego? Głowa mówiła, krzyczała: „Nie bądź głupia, rzuć go”, a brzuch wołał: „Daj mu jeszcze szansę, ostatnią, zaufaj mu jeszcze raz, on jedyny obiecywał ci miłość”. Właśnie ten głód bezwarunkowej akceptacji, uwagi, zainteresowania i miłości wepchnął ją w ramiona narcystycznego, toksycznego i przemocowego kochanka, ale i szefa, przyjaciółki – każdego, kto zauważył, popatrzył głęboko w oczy, wziął za rękę, wysłuchał, docenił, pochwalił… A potem wykorzystał, poniżył, zranił do żywego. Właśnie w tym momencie ofiary przemocy po raz pierwszy przychodzą do terapeuty.

Dam ci wszystko, czego nie dostałaś

„W jego oczach czuła się najpiękniejsza, najmądrzejsza, a kiedy ją upokarzał, płakała, ale czekała, że znowu będzie dla niego ta naj…, nie potrafiła żyć bez niego” – pisze o jednej ze swoich bohaterek Renata Kim. To samo mogłaby powiedzieć o sobie Krysia. Chciał mieć z nią dziecko, tak twierdził, a kiedy zaszła w ciążę, powiedział, że lepiej będzie dla nich (do dziś nie wie, kogo miał na myśli), jeśli przekona męża, że to jego. Nie mogła tego zrobić, z mężem nie sypiała, odkąd nawiązała romans, ale coś musiała mu powiedzieć. Najpierw jednak czekała, aż on – kochanek się zadeklaruje, przecież mówił o dziecku, obiecywał, że odejdzie od żony. Mąż powiedział, że wychowa jak swoje, pod warunkiem że dziecko nigdy się nie dowie, że nie jest jego ojcem. Kiedy synek miał cztery lata, po raz drugi zaszła w ciążę z kochankiem, a on po raz drugi się ucieszył, ale kiedy zaczęła krwawić, nie miał czasu pojechać z nią do lekarza, był bardzo zajęty, a w końcu ciąża to nie choroba. W taksówce dostała krwotoku, to były bliźniaki. Przychodziła na sesje przez rok i ciągle pytała: „Myślisz, że mamy jeszcze jakieś szanse? A może jeśli ja się zmienię, to…”.

Matka Krysi była piękna. Zaszła w ciążę z kolegą ze szkoły, miała 17 lat. Ucieszyła się, kiedy urodziła córkę. Gdy dziewczynka miała dwa lata, babcia, która się nią głównie zajmowała, zmarła. Od tego momentu matka stroiła ją jak lalkę, a potem sadzała przed lustrem i powtarzała: „Dlaczego odziedziczyłaś urodę po nim, a nie po mnie?”, często mówiła też, że powinna ją oddać zaraz po porodzie i że to wszystko przez jej matkę, która aborcji zrobić nie pozwoliła, a potem nagle zostawiła ją samą z bachorem.

Krysia dokładnie pamięta ten dzień, kiedy pierwszy raz się spotkali. On popatrzył jej prosto w oczy i powiedział: „Jaka ty jesteś piękna”.

„Karmi jego głodne ego – zachwyca się nim, zapewnia o miłości, rzuca wszystko, kiedy jest mu potrzebna, obsypuje prezencikami – jej główne zadanie i cel: sprawić, by czuł się przy niej pewnie i bezpiecznie, żeby był silny…” – kolejny cytat z książki.

Ojciec Ani był silny, bardzo. Sadzał ją sobie na kolanach i mówił: „Jesteś moją małą księżniczką”. A potem nagle pewnego dnia miał udar i… poddał się, nie chciał walczyć, zaległ z pilotem przed telewizorem i patrzył na nią takim niewidzącym wzrokiem.

Kiedy przyszła do mnie po raz pierwszy, płakała i pytała, jak on mógł jej to zrobić, dlaczego nie chce się leczyć. Mimo że od udaru minęło już 20 lat. Na razie ratuje innych mężczyzn, tych wszystkich, co to najpierw uwodzą, zabiegają, starają się, mówią, że jest silna, a potem… W tym momencie wersje scenariusza nieco się różnią: ten pierwszy – żonaty, wykorzystał i porzucił, a potem wrócił po kilkunastu latach i powiedział: „Proponuję ci romans i nic więcej”. Drugi nazywał to przyjaźnią z bonusem, trzeci nosił na rękach, nawet obraz dla niej namalował, a potem powiedział, że nie jest gotowy na związek. Kiedy zapytała, czy ma na niego czekać, wzruszył ramionami: „Jak chcesz”. Nie czekała, ale po jakimś czasie on sobie o niej przypomniał, zupełnie jakby na chwilę odłożył ją na półkę i sięgnął, bo była mu potrzebna.

„Wiem, że daję za dużo, że nie dbam o swoje potrzeby, że…” – powtarza to w kółko, a kiedy pytam, czy ciągle jeszcze chce uratować ojca – uśmiecha się smutno.

„Znajomi dziwili się, dlaczego z nim jest, nie chcieli już słuchać jej opowieści, może nawet za plecami się z niej śmiali” – to o innej bohaterce Renaty Kim. Ale mogłoby być o Iwonie. Jej terapeutka groziła, że zrezygnuje, jeśli ona nie zrezygnuje z romansu z tym mężczyzną. Matka Iwony była chora psychicznie, twierdziła, że nie pamięta, kto jest ojcem dziewczynki. Za to często powtarzała, że z pewnością był sk… A kiedy córka chowała jedzenie, żeby w nocy się nie objadała i nie robiła pod siebie – krzyczała, że skończy na ulicy, bo żaden jej nie zechce.

Na pierwszej sesji pokazała mi SMS-y od kochanka, zagroził, że jeśli przestanie mu przesyłać swoje nagie zdjęcia, zerwie z nią. Nigdy jej nawet nie przytulił, nie doszło do żadnej intymności. Za to było dużo słów; najpierw często mówił, że jest wyjątkowa i że ją kocha tak jak nikogo, ale nie pójdzie z nią do łóżka, bo nie chce zniszczyć tej magicznej relacji. A potem mówił, że jest nic niewartą suką i że kijem by jej nie tknął… „Tylko nie każ mi z nim zerwać, bo nie jestem w stanie” – powtarzała przez rok na każdej sesji.

Kat i ofiara

Gdy ofiara przemocy psychicznej po raz pierwszy pojawia się w gabinecie terapeuty, rzadko kiedy jest gotowa do rozstania z katem albo kolejny raz od niego odeszła i trzyma się „ostatkiem sił”, żeby nie wrócić. Zawsze prędzej czy później wraca, bo on nie pozwoli tak łatwo odejść. Za bardzo jej potrzebuje, no i wie, co dla niej najlepsze. „Wierzysz, że on naprawdę mnie kocha, tylko boi się bliskości/ unika intymności/ już tyle razy był odrzucony?” – pytają. Ofiary przemocy są zwykle doskonale wyedukowane w psychologicznej terminologii. Naprawdę chcą zrozumieć, o co tu chodzi, dlaczego zgadzają się na przemoc, dlaczego ta chora relacja wciąga jak bagno. Pierwsze kilka sesji to tysiące pytań i ten pełen nadziei wzrok, że znam na nie odpowiedź. Przy okazji opowiadania po raz setny swojej historii wylewają z siebie tysiące sprzecznych emocji. A ja cierpliwie słucham i czekam, jak ten dobry rodzic, który nie ocenia, nie krytykuje, nie daje rad, bo taka jest moja rola.

„Wiem, że powinnam z nim zerwać”, „Naprawdę go zostawię, już prawie jestem gotowa”, „Jakie to szczęście, że mnie nie oceniasz” – mówią, a potem pewnego dnia wypadają z terapii, bo dostały to, czego najbardziej potrzebowały: wysłuchania i obniżenia napięcia. Znów są silne i gotowe, żeby przyjmować ciosy. Rozumiem to, nie oceniam, to element procesu wychodzenia z uzależnienia. Jeden ze znajomych terapeutów powtarzał zawsze: ,,jeszcze delikwent nie wypił swojego, jeszcze musi dopić, ale wróci jak mu się przeleje”. Wracają, kiedy sięgną dna. Może będzie to choroba psychosomatyczna albo próba samobójcza, strata pieniędzy, dzieci, pracy czy przyjaciół – coś wystarczająco mocnego, żeby już nie dało się udawać, że wszystko jest w porządku. Wracają i płaczą, nie mają siły snuć w nieskończoność historii o tym, co on zrobił, jak zrobił i pytać dlaczego. Gdy wypłaczą już wszystkie łzy, są gotowe, by słuchać, więc mówię: opowiadam, przytaczam wyniki badań, rozrysowuję zależności, tłumaczę mechanizmy…

Dlaczego ja?

To bardzo ważne pytanie. Jeśli ofiara przemocy je sobie zadaje, prawdopodobnie jest już na tym etapie, że ma odwagę skonfrontować się ze swoimi uczuciami i poczuć zależność pomiędzy tym, co czuje obecnie a co czuła jako dziecko. Nie jest żadnym odkryciem, że w relacji przemocowej ofiara powiela stary, dobrze jej znany schemat, w którym ktoś inny – mąż, znajomy, przyjaciółka, szef czy partner – staje się ważniejszy od niej samej. Przecież doskonale to zna z dzieciństwa: warunkowa miłość, warunkowa akceptacja, warunkowa uwaga – na to wszystko musiała (i wydaje jej się, że nadal musi) zasłużyć. Jeśli zasłuży, to dostanie, a potem straci, żeby chcieć zasłużyć jeszcze bardziej. Tak właśnie ten cykl przebiega: kat daje i zabiera, a ofiara odchodzi i wraca – i ona musi dokładnie to poczuć. Poczuć tę nadzieję, że tym razem będzie inaczej, bo on się zmieni albo ona tyle dała, że na pewno zasłużyła na więcej. Poczuć to rozczarowanie i rozpacz, że znowu straciła coś, co było dla niej tak bardzo ważne.

W książce Renaty Kim najbardziej poruszyła mnie jedna z kobiet, która do dziś spłaca kredyt za iPhone’a. Kupiła go dla niego, bo o takim marzył. Od wielu tygodni nie są już razem, a jej co miesiąc ściągają z konta kolejną ratę kredytu. Pomyślałam, że tak naprawdę ona wciąż łudzi się, że ten rytuał ich łączy…

Ten moment, w którym podejmiesz świadomą decyzję że chcesz się ratować, to pierwszy dzień zdrowienia. Czujesz, że będzie bardzo trudno, ale wiesz, że nie ma innego wyjścia. Musisz poczuć całą sobą, że tego chcesz i że dasz radę, nawet jeśli on, gdy tylko wyczuje pismo nosem, stanie się wyjątkowo miły, kochający, zabiegający, będzie padał na kolana i prośbą albo groźbą próbował cię przywołać. „Tygodniami kontakt był intensywny, a potem on nagle znikał. Klasyczna gra w przyciąganie i odpychanie, która jest jednym z najskuteczniejszych mechanizmów manipulacji, silnie wiążącym” – pisze Renata Kim. Doskonale to znasz. Wiem, że to bardzo boli, ale to są właśnie te najważniejsze uczucia, które nosisz w sobie, zamrożone od lat. ,,A może tym razem tata naprawdę pojawi się na moich urodzinach?”, „A może tym razem mama pochwali mój rysunek?”. Od lat nosiłaś w sercu tę nadzieję, wnosisz ją do dorosłego życia, ukrywasz w brzuchu, tuż obok głodu miłości. Aż wreszcie pojawia się on i zauważa, chwali, patrzy prosto w oczy, kiedy do ciebie mówi. Nie robi rozczarowanej miny i jest taki cudowny. Do czasu. Znów znika, ale i znów się pojawia. Doskonale potrafi rozszyfrować twój głód: miłości, uwagi, zachwytu, wysłuchania. Wie, że będziesz jeść z ręki każdego, kto ci powie: „Tylko ja wiem, kochanie, czego potrzebujesz, co będzie dla ciebie najlepsze, tylko mi zaufaj”.

Już wiesz, dlaczego ty? Jeśli tak, to teraz poczuj to wszystko: rozpacz na przemian z nadzieją porzuconego czy zawiedzionego dziecka. Ten ból, choć może wydawać się straszny, nie zrobi ci krzywdy. Z każdym wydechem będzie go coraz mniej i mniej…

I jeszcze jedna rzecz, jeśli po jakimś czasie po rozstaniu poczujesz chęć, żeby się zemścić, nie rób tego, to kolejny etap gry. On się tym nie przejmie, za to z przyjemnością po raz kolejny wciągnie cię w cykl unikanie–przyciąganie. Wiej, kochana, gdzie pieprz rośnie. Dasz radę.

Ewa Klepacka-Gryz - psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet terapiavia.com Polecamy jej najnowszą książkę. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Praca z procesem - metoda terapeutyczna, dzięki której zajrzysz za kulisy samego siebie

Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. (Fot. iStock)
Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Praca z procesem jest przekraczaniem progu, masz więc prawo odczuwać lęk i czuć się zagubiony. Trzeba będzie podjąć wysiłek zaprzyjaźnienia się z tym, czego w sobie nie akceptujesz. Uchylić drzwi, zanim zostaną wyważone...

Człowiek żyje z pewnym wyobrażeniem o tym, kim jest, jakie są jego słabe i mocne strony, jak zachowuje się w określonych sytuacjach. Właśnie – wyobrażeniem... Za nim skrywają się zlekceważone pragnienia, nieuświadomione potrzeby, wewnętrzne konflikty. Jeśli nie dopuścimy do głosu odrzuconych, wypartych części swojej osobowości, możemy w nieskończoność zastanawiać się, czego nam brakuje, co sprawia, że czujemy się poirytowani, smutni, niespełnieni...  Metoda terapeutyczna nazywana pracą z procesem (w skrócie POP) polega właśnie na zaglądaniu za kulisy.

Podpowie ci sen

Twórcą metody jest Amerykanin Arnold Mindell – fizyk, który pod koniec lat 60. przyjechał do Europy, do Zurychu, by na tamtejszej uczelni zrobić doktorat. Miasto liczyło wówczas 800 tysięcy mieszkańców, z czego 20 tysięcy było psychologami i psychoterapeutami. Ten klimat zaczął mocno oddziaływać na Mindella: niezwykłe poruszenie, dzikie sny... Kiedy wreszcie trafił na Marie-Louise von Franz, uczennicę Carla Gustava Junga, uznał, że jego drogą jest psychoterapia. Zrobił doktorat, i owszem, tyle że z psychologii. Podążając śladami Junga, zgłębiał zagadnienia nieświadomości zbiorowej i synchroniczności, mity i archetypy, łącząc to wszystko z wiedzą z zakresu fizyki kwantowej. Przez wiele lat badał też zjawiska snu, rolę symptomów fizycznych i ich wzajemne powiązania. Z przekonaniem, że nie tylko sny, ale i dolegliwości mają nam wiele do powiedzenia... Pracując z chorymi czasami wręcz prosił ich, żeby lepiej poczuli ból, tym samym własne ciało.

Podczas jednej z takich sesji mężczyzna chory na raka żołądka przyznał, że czuje, jakby coś w jego brzuchu chciało wybuchnąć. Dodał, że zawsze miał trudności z wyrażaniem siebie, ale nigdy nie pozwoliłby sobie na wybuch... W tym  momencie przypomniał sobie sen o tym, że jest nieuleczalnie chory i że lekarstwem na jego chorobę ma być właśnie coś na kształt bomby. Dla Mindella stało się jasne: ten człowiek stłumił swoje emocje, a jego ciało i sen wyrażały potrzebę eksplozji. Ze względu na wyraźne zależności między snami a symptomami cielesnymi, Mindell nazwał swoją metodę „pracą ze śniącym ciałem”. Właściwie nie była to jeszcze odrębna metoda – wciąż odnosił swoje badania do psychologii analitycznej. Z czasem jednak zauważył, że działanie w obrębie szkoły jungowskiej staje się ograniczeniem. Chciał eksplorować nowe obszary, szukać własnych rozwiązań. Tak powstała praca z procesem.

„Ja” spotyka „nie ja”

Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. – Człowiek ma tendencję do utożsamiania się tylko z częścią doświadczeń, myśli, aspektów, inne wyrzuca poza margines. Tak tworzy się sfera „ja” i „nie ja” – tłumaczy Tomasz Teodorczyk, psychoterapeuta z Akademii Psychologii Zorientowanej na Proces w Warszawie. – Im większy rozdźwięk pomiędzy tymi dwiema sferami, tym większa nierównowaga. Odrzucone, zaniedbane aspekty, pozostające poza sferą „ja”, zaczynają się do niej dobijać, czasem bardzo gwałtownie. Chcą zostać zauważone, uwzględnione – po to, by człowiek objął całość swoich doświadczeń.

Wydarzenia, które oceniamy jako negatywne – choroby, wypadki, zdrady – zwykle zmuszają nas do zmiany i pomagają w ustaleniu nowej równowagi. Podobną rolę spełniają sny, zwłaszcza te naładowane silną energią. Te, z których budzimy się przerażeni, spoceni, poruszeni. Często pojawia się w nich jakaś postać albo zwierzę, jesteśmy gonieni, atakowani. To jakiś zmarginalizowany aspekt psychiki upomina się o przyznanie mu należnego miejsca... W języku Mindella mówi się, że mamy na pewne zachowania próg. Załóżmy, że oznajmiamy (z dumą): „Nie jestem zachłanny”. Niby wszystko w porządku, ale być może oznacza to tak naprawdę, że odmawiamy sobie jakichś dóbr, przyjemności, jesteśmy zamknięci na przyjmowanie? Nie chodzi przecież o to, żeby zacząć się rozpychać łokciami, czasem wystarczy lekkie przesunięcie na skali, większa otwartość. Postawienie sobie pytania: „co jest takiego w krytykowanej przeze mnie postawie, co mógłbym wykorzystać w swoim życiu, włączyć do swojego repertuaru zachowań?”.

Tomasz Teodorczyk lubi porównywać człowieka do wielopokojowego domu: do niektórych pomieszczeń nie wchodzimy, może nawet nie wiemy o ich istnieniu. Rozwój polega na tym, że zaglądamy do kolejnych pokoi, oswajamy je, uczymy się korzystać z nich w odpowiedni dla siebie sposób. Praca z procesem ma doprowadzić do objęcia całego domu. Bo każdy przekroczony próg to dodatkowa przestrzeń, nowe możliwości. – Większość progów jest wynikiem wychowania – mówi Teodorczyk. – Jeśli chłopcu koduje się od najmłodszych lat, że mężczyzna musi być silny, twardy, zaradny, to jego miękkie aspekty – wrażliwość, czułość – nie będą wspierane, akceptowane i możemy się spodziewać napięcia z powodu konfliktu pomiędzy dwiema rozszczepionymi częściami.

 

Próba siły

W „nie ja” zawarty jest ogromny potencjał. To energia, z której nie korzystamy, która często sprawia nam problemy, a która – włączona w obszar „ja” – może okazać się niezwykle pożyteczna, stać się naszą siłą.

Zdaniem Agnieszki Wróblewskiej, trenerki pracy z procesem, każdy z nas może uzyskać dostęp do tej siły, do osobistej mocy. – Szkopuł w tym, że ona często budzi w nas lęk, kojarzy się ze zranieniem, krzywdą – mówi Agnieszka Wróblewska. – Boimy się ludzi, którzy posługując się siłą, tracą nad nią kontrolę. A jeśli zdarzy się, że sami posłużymy się własną, mamy wyrzuty sumienia...

Jakie to mogą być sytuacje? Załóżmy, że ktoś na nas krzyknie – czujemy lęk, drżenie, opór, oskarżamy drugą osobę, że nadużywa siły. A za jakiś czas być może popełniamy podobne „nadużycie” wobec innej osoby, odgrywając się za niedawną krzywdę. Takie zdarzenia, a także nasze negatywne doświadczenia z przeszłości, sprawiają, że zaczynamy unikać siły, boimy się jej zarówno w innych, jak i w nas samych.

– Tymczasem jest też inny jej rodzaj – mówi Agnieszka Wróblewska. – Moc osobista, która nie ma nic wspólnego z tego typu przepychankami. Prawdziwa siła dodaje nam skrzydeł. Coś nas niesie, wszystko się układa. W tym sensie nie jest ona tak do końca osobista... Można to porównać z żeglarzem, który swoje pomysły na to, dokąd płynąć dopasowuje do kierunku wiatru. Może wtedy rozwinąć dużą prędkość, bez żadnego wysiłku, bez korzystania z silnika – tłumaczy trenerka. I przywołuje podstawową zasadę taoizmu wu wei (po chińsku „niedziałanie”), która mówi, że należy pozwolić rzeczom istnieć zgodnie z ich naturą, a zdarzeniom przydarzać się – podążając za ich znaczeniem. W praktyce oznacza to, że dopóki płyniemy z nurtem naszej rzeki, sprawy przyjmują pomyślny obrót, czujemy własną moc. Kiedy wypadamy z tego nurtu, zaczynają się kłopoty.

Co właściwie sprawia, że komplikujemy sobie życie, zaczynamy żłobić dodatkowe koryto? – Często bierze się to z błędnych przekonań, z presji społecznej – mówi Agnieszka Wróblewska. – Na przykład dziewczyna jest urodzoną wojowniczką, indywidualistką, ale w dzieciństwie wciąż widziała w reklamach obrazki rodzinnej sielanki, w której kobieta odgrywa rolę rozpromienionej pani domu. I zaczęła wierzyć, że tylko w takiej wersji może jako kobieta osiągnąć spełnienie. Ważne, żeby to odkryć, zdemaskować zewnętrzne źródło takich pragnień, wyjść ze stereotypu narzuconego przez innych: rodzinę, grupę towarzyską czy zawodową, społeczeństwo.

Stań się nim

Żeby spotkać się ze swoją siłą i przyjąć ją, Agnieszka Wróblewska proponuje ćwiczenie w parach. Wieloetapowe. Szukamy takiej sfery naszego życia, w której szczególnie czujemy się pozbawieni mocy, kontroli, sprawczości, i opowiadamy o niej partnerowi. Potem mamy przywołać postać tej samej płci (historyczną, baśniową itp.), obdarzoną mocą i władzą. Taką, która nas fascynuje. Opisujemy jej cechy, zachowanie, koncentrując się na sprawowanej przez nią władzy. Próbujemy wyrazić tę władczość – gestem, ruchem, dźwiękiem, wreszcie całym ciałem... To samo robimy z postacią odmiennej płci: sprawdzamy, jakie są podobieństwa i różnice pomiędzy bohaterami. I wreszcie kluczowy moment: mamy stać się drugą z badanych postaci (tą przeciwnej płci), zachowywać się, mówić, poruszać, jak ona... Czy pojawia się opór? Co powstrzymuje nas przed przyjęciem fascynującej nas energii, siły i władzy? Jak moglibyśmy ją wykorzystać? Teraz już możemy wrócić do punktu wyjścia i zadecydować, jak wprowadzić energię, z którą nawiązaliśmy kontakt, do własnego życia.

Rezultaty są zaskakujące: ktoś stał się Silvio Berlusconim po to, żeby przekonać się, jakie poczucie siły daje... poczucie humoru. Niekoniecznie wyrafinowane, grunt, że gotowe do zastosowania nawet w najtrudniejszej sytuacji. Ktoś inny miał okazję przekonać się, jak to jest być Królową Śniegu – odkrył, że taka chłodna, niewzruszona siła to znakomita przeciwwaga dla jego nadwrażliwości.

Agnieszka Wróblewska tłumaczy, dlaczego w ćwiczeniu kładzie się większy nacisk na osobę przeciwnej płci. Bo prawdopodobnie w takiej konfrontacji trafimy na większy próg – osobników innej płci trudniej jest naśladować. Także trudniej pewnie będzie nam zaakceptować, że moglibyśmy być tacy, jak oni. Tym samym mają nam więcej do zaoferowania, dają szansę na wyrażenie się w zupełnie nowy sposób.

Nie walcz, zaakceptuj

  1. Kiedy czegoś nie lubimy, zwykle chcielibyśmy to natychmiast i bezpowrotnie wyeliminować z naszego życia. Tymczasem praca z procesem mówi: zamiast z tym walczyć, spróbuj odkryć znaczenie tego zdarzenia dla swojego rozwoju, po czym zaakceptuj i zintegruj ten aspekt siebie, który domaga się twojej uwagi. Przyjrzyj się osobie, której nie znosisz – sugeruje Arnold Mindell. Po czym zadaj sobie pytanie: co mnie w niej najbardziej denerwuje? Spójrz na świat z jej perspektywy: w jakich sytuacjach ta drażniąca jakość mogłaby być przydatna w moim codziennym życiu?
  2. Możesz też zbadać swój stosunek do ziemi: sprawdź, z jakimi uczuciami patrzysz na rzeczy piękne, a jakie emocje budzą w tobie pozostałe widoki. Czy potrafisz je zaakceptować, dostrzec w nich ukryte piękno, potencjał?
  3. Ćwiczenie z książki Mindella: wyjdź na dwór i rozejrzyj się, bez pośpiechu, za dwoma przedmiotami wielkości dłoni – jednym, który ci się podoba, i drugim, do którego czujesz niechęć. Następnie rozpocznij medytację, trzymając w ręku najpierw jeden, potem drugi przedmiot. Zapisz spostrzeżenia. Obiekt, który ci się podoba, zwykle przypomina w jakiś sposób kochaną czy podziwianą osobę. Według Mindella jest on wyobrażeniem całkowitej i pełnej osobowości, do której zmierzasz w swoim procesie. Nielubiany przedmiot symbolizuje odrzucaną część ciebie – to, czego nie znosisz, a co potrzebujesz lepiej poznać.
 

  1. Psychologia

"Poznaj siebie" - jak nauczyć się rozpoznawać emocje i wzmocnić swój wewnętrzny potencjał?

Emocje stanowią informacje, są dla nas drogowskazem. (Fot. iStock)
Emocje stanowią informacje, są dla nas drogowskazem. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Rozmawianie o emocjach jest zdrowym sposobem na rozładowanie napięcia. Jednak żeby móc o nich rozmawiać trzeba w pierwszej kolejności nauczyć się je rozpoznawać.

“Życie jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiadomo co Ci się trafi” - mówiła mama Forresta Gumpa. Podobnie jest z emocjami. Nigdy nie wiadomo co nam się przytrafi.

Zestaw “Poznaj siebie” jest jak pudełko czekoladek. Otwierasz je, a w środku czeka na ciebie 55 wyrafinowanych smaków. Rozkoszny marcepan. Gorzkie rozczarowanie. Słodka radość. Orzeźwiający zachwyt. I wiele, wiele innych emocjonalnych smaczków. Niektóre z nich są nam bliskie i ulubione, inne niekoniecznie. Na widok jednych cieknie nam ślinka, krzywimy się z niesmakiem na drugie. Wolimy się do nich nie zbliżać. Lubimy czuć się dobrze i przyjemnie. Pragniemy tych stanów jak najczęściej, a przyjemne emocje raczej nie bywają ciężarem. Trudne do zniesienia są dla nas te, które są nieprzyjemne w odczuwaniu jak strach, wstyd czy złość. Wydawać by się mogło, że skoro nie są miłe, to są niepotrzebne. Nie chcemy przecież się bać, rozpaczać czy czuć bezradnie. Wydaje nam się, że możemy ich uniknąć jak nielubianych smaków w znajomej nam bombonierce. Emocje jednak w odróżnieniu od czekolady są nam potrzebne we wszystkich smakach.

Psychoterapeutka Katarzyna Miller i redaktorka naczelna magazynu „Zwierciadło” i „Sens” Joanna Olekszyk zachęcają do wykorzystywania kart emocji w przeróżny i kreatywny sposób. Można jedną wyciągnąć na chybił trafił i poddać daną emocję refleksji. Posmakować jej niczym małą pralinkę. Powąchać, dotknąć, położyć na języku i pozwolić jej się powoli rozpłynąć, nie połykać łapczywie, delektować się. Bez oceniania i krytykowania. Do kart dołączona jest książeczka. Mini - poradnik. W którym opisana jest każda z emocji. Każda z nich jest ważna. Każda potrzebna. Emocje stanowią informacje, są dla nas drogowskazem i w kilku zdaniach dokonano zgrabnego podsumowania czemu służą, jaki jest cel ich przeżywania. Już sama lektura poradnika, w którym autorki nie klasyfikują emocji jako dobre i złe jest niezwykle uwalniająca.

Masz prawo czuć. Masz prawo czuć wszystko. Wszystko co odczuwasz jest ważne.

Losuję kartę. Sięgam niczym po czekoladkę, jestem pełna ciekawości co mi się trafi. Tęsknota. Nie dziękuję - myślę z automatu. Sięgam do poradnika: “Jak wiele trudnych uczuć, tęsknota mówi nam o tym, co jest dla nas ważne”.

Co jest dla mnie ważne? Rodzina, spokój… tęsknię za normalnością. Za uściskiem dłoni i skrytym za maseczką uśmiechem koleżanki. Patrzę na ilustrację na karcie (karty są przepięknie i inspirująco ilustrowane przez Adę Kujawę). Ilustracja przedstawia strumień światła trafiający prosto w serce kobiety. Tak, to moje tęsknoty. Kontaktuję się z tym miejscem, kładę rękę na sercu i mówię do męża, że tęsknię za normalnością. Rozmawiamy o tym. Potem losuje on. Dzięki kartom mamy bardzo odżywcze doświadczenie. Udaje nam się porozmawiać o czymś innymi niż bieżące sprawy  - home office, dzieci i co będziemy robić w weekend, kiedy znów zamknęli baseny. Możemy zanurkować głębiej, porozmawiać o tęsknotach, uwolnić emocje i odczuć ulgę.

Rozmawianie o emocjach jest zdrowszym sposobem na rozładowanie napięcia niż na przykład regularne zjadanie czekoladek w celu redukcji napięcia emocjonalnego. Jednak żeby móc o nich rozmawiać trzeba w pierwszej kolejności nauczyć się je rozpoznawać. Instrukcje z poradnika oraz karty pomagają nawiązać z nimi kontakt oraz uczą akceptacji różnych stanów emocjonalnych poprzez zrozumienie ich funkcji. Karty można potraktować jak wróżbę - co spotka mnie danego dnia? Można jedną z emocji (których pragniemy doświadczać) nosić przy sobie w portfelu, lub położyć pod poduszką. Terapeuci i trenerzy z powodzeniem mogą wykorzystywać je w pracy z grupą, parami czy w terapii indywidualnej.

“Poznaj siebie” to pełna smaku podróż wgłąb siebie. Podróż, w której nie liczy się sam cel, a odkrywanie. Emocje, jeśli damy szansę im dojść do głosu, mogą być naszym sprzymierzeńcem, nawet gdy nie są tak otulające jak kubek gorącej czekolady w zimowy wieczór. Wszystkie są ważne, wszystkie są potrzebne i na swój sposób piękne. Jak ilustracje na kartach.

Agata Głyda, psycholog, psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, psychodietetyk.

  1. Psychologia

Uwolnij siebie, uwolnij emocje

Miłość przyciąga miłość, agresja – agresję. Nie wiesz, jaką energią emanujesz, co wyparłeś? Przyjrzyj się swojemu życiu – pokaże ci twój dominujący wzorzec. (Fot. iStock)
Miłość przyciąga miłość, agresja – agresję. Nie wiesz, jaką energią emanujesz, co wyparłeś? Przyjrzyj się swojemu życiu – pokaże ci twój dominujący wzorzec. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Technika Uwalniania stworzona przez psychiatrę Davida Hawkinsa jest tak prosta, że aż trudno nazwać ją techniką... Po prostu dostrzegasz emocję, obserwujesz ją i pozwalasz sobie ją odczuwać. Bez potępiania, osądzania czy opierania się, bez zmieniania czegokolwiek. Aż do jej wyczerpania 

Technika Uwalniania stworzona przez psychiatrę Davida Hawkinsa jest tak prosta, że aż trudno nazwać ją techniką... Po prostu dostrzegasz emocję, obserwujesz ją i pozwalasz sobie ją odczuwać. Bez potępiania, osądzania czy opierania się, bez zmieniania czegokolwiek. Aż do jej wyczerpania.

David R. Hawkins, amerykański psychiatra i nauczyciel duchowy, przez całe życie zadawał sobie elementarne pytanie „Kim jestem?”. Jak każdy człowiek utożsamiał się czasem z ego,  ale doświadczał też jego rozpuszczenia w bezosobowej Jaźni. Jak każdy też – nie chciał cierpieć. Tymczasem zapadał na rozmaite choroby, ich lista w książce „Technika Uwalniania” (wyd. Virgo) zajmuje dwie strony! Wyglądał jak cień samego siebie, przyjaciele przepowiadali mu rychły koniec. A przecież prowadził zrównoważony tryb życia, studiował (poza dyscyplinami medycznymi, psychologicznymi i psychiatrycznymi) różne metody uzdrawiania holistycznego, systemy filozoficzne, metafizykę. Próbował kolejnych terapii, technik medytacyjnych, ścieżek duchowych. Robił wszystko, by pomóc wyzdrowieć innym...

Co mu umykało? Szukał rozwiązania na zewnątrz. Jako naukowiec opierał się głównie na wiedzy, stłumił uczucia. Kiedy zaczął wreszcie przyglądać się emocjom, odkrył, że odczuwał wobec nich pogardę. „Dla mnie, zorientowanego lewopółkulowo, uczucia stanowiły przeciwieństwo rozsądku, logiki i racjonalności” – wspomina. „Na to wszystko nakładało się męskie szowinistyczne przekonanie, że uczucia są dla kobiet, dzieci i artystów”. W którymś momencie musiał się z nimi spotkać. To było potężne wyzwanie – czuł się poniżony, przerażony, wściekły. Wreszcie uznał, że uczucia mają prawo do istnienia, a one zaczęły go opuszczać. Podobnie zresztą jak choroby (wyleczył się nawet z krótkowzroczności).

Od wstydu do oświecenia

Tak naprawdę stworzona przez niego technika uwalniania nie jest niczym nowym. Kiedy czytałam książkę Hawkinsa, przyszła mi na myśl metoda Sedony (polegająca na witaniu i żegnaniu emocji za pomocą serii pytań). Ale też sesje oddechowe, w których katalizatorem procesu jest oddech. Przypomnieli mi się niektórzy nauczyciele duchowi, choćby Gangaji, która podczas swoich satsangów (dostępnych na YouTubie) zaprasza uczestników do otwarcia się na to, co czują. Cokolwiek to jest – złość, lęk, zazdrość – po dopuszczeniu do głosu szybko wybrzmiewa, ujawniając to, co jest pod spodem. Pokój. Myślałam też o Elizabeth Gilbert, o jej pobycie na indonezyjskiej wysepce (opisanym w „Jedz, módl się, kochaj”), podczas którego zanurzyła się w siebie, by spotkać wszystko, co odrzucone. Przyjąć to, a tym samym niejako pożegnać. Cóż, wygląda na to, że emocje rządzą się zasadą „nie puszczę cię, dopóki mnie nie pobłogosławisz”. Tak, to trudne spotkania. Ale czy nie trudniej jest żyć w napięciu, zaciśnięciu, nie pozwalając sobie na odczuwanie, na siebie? Oczywiście, wszyscy radzimy sobie z emocjami. Jakoś. Uciekamy przed nimi (do różnych kompulsywnych zajęć czy uzależnień), tłumimy je, czasem nawet wyrażamy (co jednak, jak zauważa Hawkins, nie zawsze przynosi ulgę i jeszcze szkodzi naszym relacjom). Ta energia kumuluje się i szuka ujścia... Do tego – twierdzi autor „Techniki Uwalniania” – do wszystkich emocji, które zepchnęliśmy do podświadomości, przytroczone jest poczucie winy. „Ta zabójcza kombinacja ściąga nas wszystkich w dół i tworzy ogrom chorób i nieszczęść. Poczucie winy jest tak wszechobecne, że bez względu na to, co robimy, gdzieś w środku czujemy, że powinniśmy robić coś innego” – pisze Hawkins. „Przeciętny umysł na różne sposoby projektuje tę winę na otaczający świat. Z tego właśnie powodu większość ludzi potrzebuje wroga – obiektu, na który mogą projektować swoje ukryte poczucie winy”.

Wina ma bardzo niskie wibracje, niżej może nas ściągnąć tylko wstyd. Skąd to wiemy? Otóż David Hawkins opracował Mapę Poziomów Świadomości, w której poszczególnym emocjom i stanom umysłu przypisane są określone wartości od 1 do 1000, gdzie 1000 odpowiada całkowitemu Oświeceniu. Dalej, schodząc w dół, są: Pokój, Radość, Miłość, Rozsądek, Akceptacja, Ochota, Neutralność, Odwaga, Duma, Złość, Pożądanie, Strach, Żal, Apatia, wreszcie wspomniane Wina i Wstyd. Jak podkreśla Hawkins, na poziomie Odwagi (200) następuje przełom – przesunięcie z energii negatywnej na pozytywną. „To energia uczciwości, prawdomówności, poczucia sprawczości i zdolności dawania sobie rady” – tłumaczy Amerykanin. Mapa Poziomów Świadomości może dostarczyć wskazówek, w którym miejscu jesteś i jak przesunąć się wyżej na skali. Załóżmy, że odczuwasz żal. Jeśli uda ci się wzbudzić w sobie złość (a prawdopodobnie jest pod spodem), poczujesz dużo energii, którą niesie ta emocja. Stąd już tylko dwa małe kroki do przystanku Odwaga. Dobra wiadomość jest taka, że można się tu łatwo dostać z dowolnego niższego poziomu emocji. Wystarczy gotowość, by się im przyjrzeć. To przecież nie lada odwaga!

Co w środku, to na zewnątrz

A co z myślami? Intelektualista Hawkins nie poświęca im zbyt wiele uwagi. Uważa, że umysł napędzany jest przez uczucia, które generują myśli o określonym ładunku emocjonalnym. Potwierdza to teoria naukowa Williama Graya i Paula LaViolette’a, którzy w swoich badaniach wykazali, że nasze myśli są klasyfikowane i archiwizowane w umyśle według ich zabarwienia emocjonalnego. Pod naporem stłumionych i wypartych uczuć tworzą się ich setki, tysiące, miliony. Zdaniem Hawkinsa próba zmiany myśli to strata czasu. Zrozumienie emocji i uwolnienie jej jest znacznie bardziej owocne – pozwala zniknąć całemu potężnemu pakietowi myślowemu.

Ta wiedza pomaga też spojrzeć inaczej na to, co zwykliśmy nazywać stresem. Zazwyczaj uważamy, że wynika z przyczyny zewnętrznej – ktoś albo coś działa na nas stresująco. Otóż niezupełnie – protestuje Hawkins. To, jak reagujemy na dany bodziec, zależy od tego, co niesiemy w sobie. „Dla osoby przepełnionej lękiem świat jest przerażającym miejscem. Dla osoby przepełnionej złością świat jest chaosem, frustracją i udręką. Dla osoby przepełnionej poczuciem winy jest pełen potępienia i grzechu, które taka osoba widzi wszędzie” – przekonuje psychiatra. „Koncentracja jest na tym, co wypieramy, to podstawowa zasada”. Inna brzmi: podobne przyciąga podobne. Miłość przyciąga miłość, agresja – agresję. Nie wiesz, jaką energią emanujesz, co wyparłeś? Przyjrzyj się swojemu życiu – pokaże ci twój dominujący wzorzec. Jeśli wierzyć Hawkinsowi, przyciągamy określone sytuacje i okoliczności, by dać upust stłumionym uczuciom. Więc znów: to, co nas spotyka, jest wtórne wobec tego, co już w nas jest i próbuje się wydostać z uwięzienia. „Dlatego osoba mająca wiele wypartego żalu nieświadomie wywołuje w swoim życiu smutne zdarzenia. Osoba przepełniona strachem zmierza ku przerażającym doświadczeniom, ten, kogo wypełnia gniew, znajduje się ciągle w okolicznościach doprowadzających go do wściekłości, a osoba pełna dumy nieustannie jest znieważana” – tłumaczy autor słynnych Map. I zachęca, by wznieść się na poziom Odwagi i przyjrzeć trudnym emocjom.

Tak, nasza podświadomość kryje w sobie wiele mrocznych zakamarków, do których nie chcemy się przyznać. Jednocześnie mamy je wszyscy, więc może są w porządku? Taka jest po prostu cena człowieczeństwa, tak przejawiają się drzemiące w nas zwierzęce instynkty. Jeśli czujesz wściekłość, zaakceptuj to. Oczywiście, nadal jesteś odpowiedzialny za to, co z nią zrobisz... Rzecz w tym, że wściekłość, do której podejdziesz z ciekawością i otwartością, długo nie przetrwa. „Poddawaj się temu, co akurat się pojawia, to zawsze w końcu przeminie” – zapewnia Hawkins. „Samemu można sprawić, że to zniknie, wybierając zjednoczenie się z tym, co jest, i natychmiastowe porzucenie chęci, by to zmienić, gdy tylko się ona pojawia. Rób to cały czas, bez przerwy, bez względu na wszystko”. Nagroda może przyjść szybko. Zakończy się walka – wewnętrzna i zewnętrzna. Odzyskasz wolność. Pojawi się nowa energia życiowa, witalność. Dotrzesz do miłości, radości i pokoju.

Mechanizm poddania

  1. Uświadom sobie dane uczucie, pozwól, by się ukazało, i pozostań z nim w kontakcie.
  2. Najpierw pozwól sobie na odczuwanie, bez opierania się temu, co czujesz, bez rozładowywania tego uczucia, obawiania się go, potępiania czy moralizowania na jego temat.
  3. Bądź z tym uczuciem i odpuszczaj wszelkie wysiłki, aby w jakikolwiek sposób je zmienić. Odpuść też chęć, by mu stawić opór. To właśnie opór powoduje, że uczucie trwa. Gdy przestaniesz stawiać opór lub próbować je zmienić, przejdzie ono w następne uczucie i będą mu towarzyszyć łagodniejsze doznania, a wreszcie zupełnie zniknie.
  4. Podczas uwalniania ignoruj wszelkie myśli. Skup się na uczuciu samym w sobie, nie na myślach. Myśli nigdy się nie kończą, napędzają się same i płodzą jedynie więcej myśli. Są zaledwie racjonalizacjami umysłu, który stara się wyjaśnić obecność uczuć. Prawdziwym powodem tego, co czujesz, jest nagromadzone napięcie ukryte za emocjami, które napiera, by uwolnić się w danym momencie.

  1. Psychologia

Wstydliwe jelito - jak się wydostać z pułapki psychosomatycznej

</a> <a href="Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.". Premiera 14 kwietnia. Wydawnictwo Otwarte." mmid="256882" />
"Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.". Premiera 14 kwietnia. Wydawnictwo Otwarte.
Zobacz galerię 1 Zdjęć
O zaburzeniach somatoformicznych mówi się, że to choroby typu „pomocy, nic mi nie jest”. Prawie co trzeci pacjent słyszy od swojego lekarza rodzinnego: „Nic panu nie jest” albo „Jak na razie wszystko w  porządku”. Również w gabinetach wielu lekarzy specjalistów, a przede wszystkim na szpitalnych oddziałach ratunkowych pojawia się masa takich pacjentów.

 

Dr Alexander Kugelstadt, doświadzony lekarz i psychoterapeuty, uważa, że wiele chorób ma więcej niż jedną przyczynę. Kluczem do zdrowia jest zdobycie wiedzy o tym, jak ciało i psychika współpracują. O tym jest jego najnowsza książka 'Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.'. Premiera 14 kwietnia. Dr Alexander Kugelstadt, doświadzony lekarz i psychoterapeuty, uważa, że wiele chorób ma więcej niż jedną przyczynę. Kluczem do zdrowia jest zdobycie wiedzy o tym, jak ciało i psychika współpracują. O tym jest jego najnowsza książka \"Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.\". Premiera 14 kwietnia.

Od lekarza do lekarza 

Takie dolegliwości jak biegunki, bóle brzucha, zaparcia, kaszel, częstoskurcz serca, bezsenność lub wysypka skórna, które lekarz kwituje machnięciem ręki i  uspokaja pacjenta słowami: „Wszystko jest w porządku”, są na dłuższą metę dużym obciążeniem. Efekt uspokajający następujący po stwierdzeniu, że nie występują żadne nieprawidłowości fizjologiczne, przeważnie trwa bardzo krótko. Po tym czasie dolegliwości znów nadszarpują nerwy. Dodatkowo nasuwa się pytanie, czy czasem lekarz czegoś nie przeoczył. Niestety często zdarza się, że subiektywne wrażenie nieprawidłowego funkcjonowania organizmu nie pokrywa się z diagnozą lekarską.

Odrzucenie emocji 

Kiedy osoby z dolegliwościami somatoformicznymi w końcu zjawiają się w moim gabinecie na konsultacjach psychosomatycznych, ponieważ z braku innego wyboru zaczynają dopuszczać do siebie myśl o psychicznych przyczynach swojej choroby, takie spotkanie jest przeważnie bardzo ciekawe. Moje podejście do pacjenta jest zupełnie inne niż podejście specjalistów, którzy stawiając diagnozę, skupiają się na danym narządzie. Oczywiście dokładnie pytam o szczegóły objawów i wymagam przedstawienia badań lekarskich, aby dowiedzieć się, co zostało już zbadane. Nie traktuję osobiście ani wywieranej przez pacjenta presji na postawienie diagnozy i szybkie wyleczenie dolegliwości, ani uczucia rozczarowania, gdy nie mogę zaproponować cudownej tabletki na ozdrowienie. Traktuję to jako część choroby.

Za długotrwałymi objawami kryje się często obrona przed emocjami. Oznacza to, że pierwotną przyczyną objawów były emocje. Bóle powstały wskutek poczucia winy, uczucie zmęczenia wywołał smutek, a biegunki są rezultatem lęków.

Ze względu na to, że emocje i  ich właściwy powód były trudne do zniesienia, elementy psychiczne emocji zostały odrzucone i  przeniesione do obszaru nieświadomości. Reakcje organizmu natomiast pozostały i odwracają naszą uwagę od podstawowego problemu, który tkwi w  sferze psychiki. W związku z tym koncentrujemy się na organizmie lub jego narządach oraz na objawach. W pierwszej chwili taka osoba czuje psychiczną ulgę, wiedząc, że jej problemem są dolegliwości fizjologiczne! Jeszcze większe poczucie ulgi daje jej bieganie od lekarza do lekarza i wyładowywanie w relacji ze specjalistami odrzuconych emocji, takich jak złość lub lęk. Tymczasem z a s a d n i c z o chodzi o coś zupełnie innego, co jest emocjonalnie trudne do strawienia.

Kiedy biegunka jest ulgą dla psychiki

Być może nie spodziewałeś się, że obszar cielesny jest tak ściśle związany z  obszarem psychicznym, a  podział między światem materialnym a niematerialnym istnieje wyłącznie w naszej głowie.

Jeśli zgodnie z najnowszym stanem wiedzy zaakceptujemy jedność emocji i poczucia ciała, wcześniejszych doświadczeń i ich wpływu na zdrowie organizmu, nie zdziwi nas, że większość przyczyn chorób znajduje się w psychice, a napięcia psychiczne objawiają się w ciele i przez ciało.

Pamiętam swoją pacjentkę Denise, młodą kobietę niemającą jeszcze dwudziestu lat, która cierpiała na biegunki. Problem przybrał takie rozmiary, że niekiedy nie spotykała się ze znajomymi z obawy, że w każdej chwili może się jej to przytrafić. Denise odbywała praktyki w pracowni fotograficznej i w pracy często musiała się pilnować, kiedy najlepiej iść do toalety, żeby nic jej nie ominęło. Całkowicie skoncentrowała się na swoich jelitach i próbowała przeciwdziałać dolegliwościom, zmieniając nawet dietę.

Kiedy Denise zjawiła się w moim gabinecie, uzgodniliśmy, że przeprowadzimy diagnostykę psychosomatyczną. Po szczegółowym omówieniu aspektów fizjologicznych i  po wykluczeniu przez gastroenterologa (lekarza zajmującego się chorobami układu pokarmowego) wszelkich infekcji i przewlekłego zapalenia jelit przyjrzeliśmy się życiu Denise. Wraz z rozpoczęciem naszych rozmów przestała w końcu chodzić do kolejnych gastroenterologów i poddawać się następnym kolonoskopiom. Dowiedziałem się, że gdy Denise w wieku osiemnastu lat wyprowadziła się z  domu, nadal była zależna od matki. Matka mówiła, że córka jest bardzo lękliwa. W zasadzie robiła dla niej wszystko, począwszy od gotowania, przez zawożenie jej na spotkania ze znajomymi i odwożenie do domu, aż po wybór najlepszych zajęć i hobby. Dopiero po pewnym czasie okazało się, że Denise, mieszkając teraz w jednopokojowym mieszkaniu i mogąc dowolnie organizować swój czas, jest przeciążona wieloma obowiązkami. Nie dało się ukryć, że czuje się z tym niekomfortowo, ponieważ pozornie sprawiała wrażenie osoby samodzielnej i kompetentnej. Lęk kojarzył się ze wstydem, dlatego objawiał się w dolegliwościach jelitowych. Te objawy dało się łatwo wytłumaczyć, ponieważ Denise, gdy chodziła jeszcze do szkoły, przeżywała trudny czas, a jej reakcją na trudności były bóle brzucha. Wtedy jej matka bardzo się tym martwiła i wciąż zaprowadzała ją do pediatry.

Na tym przykładzie widzimy powtarzający się objaw i jego przyczynę. Biegunka chroni Denise przed trudnymi wyzwaniami, jak na przykład odnalezienie się w środowisku równolatków. Jednocześnie dolegliwości w coraz większym stopniu powodowały, że traciła szansę na nawiązanie kontaktów. Objawy fizjologiczne mogą odciążyć psychikę od napięć, w pierwszej chwili ich funkcja się sprawdza. Na dłuższą metę problem wymyka się jednak spod kontroli, wskutek czego nie pokonujemy dalszych ważnych etapów rozwoju.

 Jak pokonać zaburzenia somatoformiczne 

Zmiana okularów

Jeśli czytasz tę książkę, ponieważ cierpisz na niewyjaśnione dolegliwości fizjologiczne, zrobiłeś już jeden duży krok naprzód. Pierwszym etapem leczenia jest bowiem odrzucenie dotychczasowego wzorca oceny, który przeważnie brzmi tak: „Z moim ciałem jest coś nie tak, muszę iść do lekarza, w  końcu trzeba znaleźć jakąś przyczynę”. Skupienie się na powiązaniach między psychiką a ciałem przynosi efekty, ponieważ na tym etapie zaczynasz spoglądać na swój problem przez zupełnie inne okulary, a to decydująca kwestia.

Zaufanie

Drugi krok to nauczenie się zaufania do innych ludzi. Trzeba mieć zaufanie do lekarzy, którzy mówią ci, że nie widzą objawów poważnej choroby. Choroby typu „pomocy, nic mi nie jest” to przeważnie choroby relacyjne, w  których nasz wyuczony wzorzec relacji przenosimy na ciało lub tam go odtwarzamy. Ów wzorzec jest powiązany z brakiem zaufania. Kiedy się martwimy i krążymy wokół własnych dolegliwości, daleko nam do wiary w to, że organizm sam zrobi, co trzeba. Nic więc dziwnego, że dokładnie ten sam wzorzec przenosimy na kontakt z lekarzem i nie wierzymy mu na sto procent. W pierwszej chwili to całkiem zrozumiałe, ale po konsultacji z trzema specjalistami powiedziałbym: „Już dość”. Oczywiście wyjątki potwierdzają regułę i tak czy inaczej nikt nie zagwarantuje, czy czasem rzeczywiście nie chodzi o jakąś chorobę na tle organicznym.

Zmiana punktu skupienia

Wspominaliśmy już o  tym, że zaburzenia somatoformiczne utrzymują się, jeśli przez cały czas z  troską zagłębiamy się w siebie i przyglądamy się swoim narządom, swojemu ciału, swoim objawom, które odciągają naszą uwagę od trudnych emocji i konfliktów.

W pewnej mierze możemy sami odwrócić ten mechanizm, wykorzystując domowy sposób polegający na poszukaniu sobie jakiegoś zajęcia i poświęceniu się mu. Nie ma dużego znaczenia, czy takie zajęcie służy rozrywce, czy wyższym celom, choć z reguły lepsze efekty przynosi robienie czegoś na rzecz innych. Chodzi o to, żeby skupić się na czymś, co nie jest częścią naszego ego. W ten sposób upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu, ponieważ z zaburzeniami somatoformicznymi często wiąże się obniżone poczucie własnej wartości, czyli poczucie, ile jesteśmy warci i jak bardzo jesteśmy ważni. Działając dla dobra innych, możemy je sobie podwyższyć.

Jeśli choć przez kilka minut uda się nie zajmować się swoimi jelitami, sercem czy bólami pleców, to już duży sukces. Należy wyznaczać sobie realne cele, w innym razie poczujesz się rozczarowany sam sobą. Z mojego doświadczenia wynika, że w dzisiejszych czasach ludzie stawiają sobie zbyt wysokie oczekiwania, choć nie mam pojęcia, jak bywało wcześniej.

2021/04/wstydliwe-jelito-kiedy-lekarze-nie-moga-niczego-znalezc-1-6.jpg

Rozmowy z ciałem

Ostatnim środkiem pierwszej pomocy w przypadku chorób typu „pomocy, nic mi nie jest” może być wsłuchanie się w historię, którą opowiada nam ciało, i  zejście z  pola bitwy toczonej z chorobą. Tutaj nie da się zastosować gotowych schematów; powiedzenie „mieć czegoś po dziurki w  nosie” nie oznacza tak po prostu, że czegoś już nie chcemy, lumbago niekoniecznie oznacza, że jesteśmy „człowiekiem bez kręgosłupa”. Takie klasyczne, potoczne przypisywanie pewnych cech jest dzięki swojej prostocie kuszącym wyjaśnieniem. Nie można jednak zapominać, że decydujące znaczenie ma indywidualna historia danej osoby, która jest tłem opowieści przekazywanej przez ciało.

Zastanów się, czy w  twojej rodzinie lub w  środowisku, w którym teraz przebywasz, danemu narządowi przypisuje się jakieś szczególne znaczenie wykraczające poza jego mechaniczno-biologiczną funkcję, jak pompowanie krwi przez serce lub trawienie składników pokarmowych przez jelita. Poza tym pomyśl, jakich sytuacji lub czynności unikasz z powodu swoich objawów i czy nie są to czasami ważne wyzwania życiowe, z którymi do tej pory nie miałeś się odwagi zmierzyć i wymigiwałeś się od nich za pomocą objawów.

Jak się wydostać z pułapki psychosomatycznej

Jeśli masz objawy choroby psychosomatycznej, potrzebujesz lekarza. Dotyczy to także opisywanych tutaj, często niezdiagnozowanych i niesprawiedliwie wyśmiewanych chorób. Powyższe rozważania są dobre na początek, ale rzetelna diagnostyka lekarska i psychosomatyczna, jeśli jest wskazana, w  połączeniu z psychoterapią stanowią najlepsze metody.

'Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.'. Premiera 14 kwietnia. Wydawnictwo Otwarte. \"Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.\". Premiera 14 kwietnia. Wydawnictwo Otwarte.

 

  1. Styl Życia

Kwiatoterapia - szczęście i zdrowie z natury

 Leczenie kwiatami motywuje chorego do wyzdrowienia, przywraca nadzieję, uruchamia naturalne siły psychiczne. (Fot. iStock)
Leczenie kwiatami motywuje chorego do wyzdrowienia, przywraca nadzieję, uruchamia naturalne siły psychiczne. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Kwiaty cieszą oko, wzbudzają zachwyt, kuszą zapachem oraz są symbolem nadziei i szczęścia. Wiele osób wierzy, że mogą również poprawiać stan zdrowia i wpływać na psychikę.

Według podstawowych założeń kwiatoterapii każda choroba ma początek w negatywnych stanach umysłu człowieka – wewnętrznych konfliktach i lękach. Silne napięcie i stres ograbiają człowieka z zapasów energii życiowej. Organizm przeznacza ją na mobilizowanie mechanizmów obronnych, staje się słabszy, łatwiej poddaje się chorobie, nie starając się z nią walczyć.

Esencje kwiatowe harmonizują negatywne uczucia. Zawierają uzdrawiającą wibrację z najbardziej rozwiniętej części rośliny, czyli kwiatów. Zadaniem esencji kwiatowych nie jest uleczanie, a przeniesienie do organizmu człowieka energii i wibracji z kwiatów, co pomaga w powrocie do emocjonalnej równowagi. Terapia kwiatowa jest częścią medycyny holistycznej. Leczenie kwiatami motywuje chorego do wyzdrowienia, przywraca nadzieję, uruchamia naturalne siły psychiczne. Jest też pomocne w terapii psychologicznej i leczeniu psychiatrycznym. Zmniejsza napięcie, poprawia koncentrację. Stosuje się je dla wzmocnienia pracy nad zmianą postaw życiowych, a nawet w leczeniu otyłości.

Krople esencji kwiatowych mają wpływ na nastroje i na głęboko zakorzenione przyzwyczajenia. Wyróżnia się 38 różnych ekstraktów, z których można skomponować niemal 300 milionów mieszanek, dopasowanych do stanu emocjonalnego każdego pacjenta. Każdy z nich odpowiada określonym stanom psychiki lub cechom charakteru. Można je zażywać pojedynczo lub tworzyć mieszanki, odpowiednio do potrzeb. Jednak by zadziałały, konieczne jest postawienie prawidłowej diagnozy, a potem regularne zażywanie (zwykle 4 krople bezpośrednio na język 4 razy dziennie).

Leczenie kwiatami motywuje chorego do wyzdrowienia, przywraca nadzieję, uruchamia naturalne siły psychiczne. (Fot. iStock) Leczenie kwiatami motywuje chorego do wyzdrowienia, przywraca nadzieję, uruchamia naturalne siły psychiczne. (Fot. iStock)
Popularyzatorem tej metody był brytyjski lekarz i mikrobiolog dr Edward Bach. Szukał on przyczyn chorób swoich pacjentów w ich stanach psychicznych, koncentrował się na osobie, na jej emocjach i stanie psychicznym, a zewnętrzne objawy choroby odkładał na dalszy plan. Kiedy sam czuł się źle, wyruszał na długie spacery na łąki, do lasu, zrywał tam płatki z kwiatów i trzymał je w ręku lub kładł na języku. Zauważył, że przynosi mu to ulgę. Postanowił więc porzucić praktykę lekarską i poświęcić się badaniom nad nową formą terapii – leczeniu za pomocą esencji kwiatowych. Po kilku latach badań stworzył zestawy esencji kwiatowych, które pomagają w leczeniu chorób wynikających z siedmiu rodzajów stanów psychicznych: strachu, niepewności, braku zainteresowania otoczeniem, samotności, nadwrażliwości, zniechęcenia, nadmiernej troskliwości.

Terapia kwiatowa nie ma nic wspólnego z aromaterapią. Tu najważniejsza jest esencja kwiatowa rozcieńczona wodą i alkoholem (lub samą wodą). W leczeniu wykorzystuje się nie wyciąg z rośliny, lecz jej potencjał energetyczny zawarty w wodzie. Najbardziej popularną metodą uzyskania esencji jest metoda termiczna. Świeżo zerwane, dojrzałe kwiaty umieszczamy w szklanej miseczce z wodą źródlaną i wystawiamy na działanie słońca, na około 4–5 godzin. Po pewnym czasie kwiaty oddają wodzie swoją energię. Następnie wodę zlewa się do ciemnej butelki i dodaje się taką samą objętość 40-procentowego alkoholu.

Od wielu lat ekstrakty kwiatowe przygotowuje się w Centrum Doktora Edwarda Bacha TM w Mount Vernon z kwiatów rosnących na terenie Walii. W Polsce od ponad 20 lat istnieje Centrum Terapii Bacha, z siedzibą w Rybniku, które prowadzi sprzedaż internetową i wysyłkę produktów na całą Polskę, zaopatrując klientów indywidualnych, gabinety, apteki i sklepy zielarskie. Spółka organizuje również szkolenia w ramach Międzynarodowego Programu Edukacyjnego Bacha, prowadzone przez licencjonowanego trenera.

Esencje kwiatowe wpływają na nasze emocje, przywracają zaburzoną równowagę psychiczną i poprawiają nastrój. Zapraszamy do naszej galerii - tam poznasz więcej ich leczniczych właściwości.