1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dlaczego boimy się zmian? Jak wzmacniać poczucie sprawczości i trenować otwartość na nowe?

Dlaczego boimy się zmian? Jak wzmacniać poczucie sprawczości i trenować otwartość na nowe?

Bojąc się zmiany, prawie zawsze w jakimś stopniu, obawiamy się reakcji innych. Jak odbierze to otoczenie? (Fot. iStock)
Bojąc się zmiany, prawie zawsze w jakimś stopniu, obawiamy się reakcji innych. Jak odbierze to otoczenie? (Fot. iStock)
Jako gatunek wykazujemy wielkie zdolności w kwestii adaptacji. Inaczej nie przetrwalibyśmy tyle czasu na Ziemi – mówi psychoterapeutka Magdalena Guzik. Dlatego zamiast unikać zmian, lepiej się ich spodziewać i przyjmować je z otwartymi ramionami. Niczym falę, która obmywa nam stopy, a zaraz potem odpływa, by zrobić miejsce kolejnej. 

Żyjemy w czasach, w których mamy coraz wyższą samoświadomość, a zagadnienia psychologiczne są nam dużo bliższe niż naszym rodzicom czy dziadkom. Czy to znaczy, że mniej boimy się zmian? Przede wszystkim żyjemy w świecie, w którym panuje duży nacisk na nieustanny rozwój. Z tematem zmiany mierzymy się zatem w sposób bardziej zaplanowany i przemyślany. Inaczej jest oczywiście w przypadku osób z dużym poziomem lęku czy doświadczających zaburzeń lękowych – dla nich strach przed zmianą staje się niejako głównym tematem życia, czymś, z czym borykają się bardzo realnie, doświadczając go wręcz fizycznie.

Nie trzeba jednak cierpieć na stany lękowe, by czuć się niepewnie w podlegającej ciągłym przeobrażeniom rzeczywistości. Dlaczego coś, co powinno być naturalne jak przypływy i odpływy morza, które obserwujemy siedząc na plaży – w większości ludzi budzi opór i niepokój? Mieliśmy tysiące lat, by się do tego przyzwyczaić. Panta rhei – mawiali starożytni, czyli wszystko płynie. W naszej epoce to już jednak nie płynięcie, to rozszalały nurt! Zmiany społeczne i kulturowe zachodzą tak szybko, że ciężko za nimi nadążyć. Myślę więc, że nawet jeśli nauczyliśmy się czegoś przez tysiąclecia, to dziś i tak znajdujemy się w sytuacji bezprecedensowej. Fakt, że od wieków trudno jest nam mierzyć się z czymś nowym, wynika z prostego faktu, że każda zmiana zaburza znajomy i oswojony już porządek rzeczywistości. Budzi to szereg emocji: od niepewności do niepokoju, a stąd już blisko do lęku, który może być paraliżujący. Przeglądu tych emocji mogliśmy dokonać w ostatnich miesiącach, kiedy wybuchała i rozwijała się pandemia – sytuacja była tak nieprawdopodobna i tak zupełnie nowa, że większość z nas reagowała szokiem, niedowierzaniem; następnie pojawiał się lęk o zdrowie, który stopniowo oswajaliśmy, później lęk o przyszłość. Nadal się z nimi mierzymy.

Kolejna rzecz, o której należy wspomnieć, to wydatek energetyczny, jaki wymuszają na nas zmiany. One zawsze wymagają jakiegoś działania, choćby namysłu i podjęcia decyzji, jak do nich podejdziemy. Można więc powiedzieć, że są emocjonalnie kosztowne – gdy zachodzą, musimy poradzić sobie z rozmaitymi emocjami, przede wszystkim tymi, które łączą się z utratą kontroli. Oczywiście inaczej ma się sprawa w wypadku zmian, które wymuszają na nas okoliczności zewnętrzne, a inaczej, gdy wypływają one z nas samych. W tym drugim przypadku są dużo łatwiejsze do przyjęcia. Chociaż nie zawsze…

Historia pokazuje, że jako gatunek wykazujemy jednak wielkie zdolności w kwestii adaptacji. Do większości jesteśmy w stanie naprawdę wspaniale się przystosować, choćby łączyło się to z tak zwanymi negatywnymi emocjami. Inaczej nie przetrwalibyśmy tyle czasu na Ziemi!

Mówimy o historii, a stąd już blisko do uwarunkowań kulturowych. Na ile są one istotne? Przyznam, że obracając się w środowisku bardzo międzynarodowym, często odnoszę wrażenie, że w nas, Polakach, lęk przed zmianą jest szczególnie mocny. Rzeczywiście jesteśmy społeczeństwem dosyć tradycyjnym, konserwatywnym, przywiązanym do pewnych wartości i niechętnie z nich rezygnującym. Z drugiej strony – i to warto podkreślić – jesteśmy także narodem, który w wielu momentach dziejów pokazał, że potrafi doskonale i niezwykle twórczo poradzić sobie z trudnościami. Mówi się przecież: „Polak potrafi!”. Sądzę więc, że kwestia polskiego podejścia do zmian nie jest jednoznaczna. Ja wprawdzie nie mam bardzo wielu kontaktów z przedstawicielami innych nacji, za to wnikliwie obserwuję moich pacjentów. Szczególnie wśród młodego pokolenia, tego już aktywnego zawodowo, widzę sporą otwartość na zmiany. Te osoby świetnie odnajdują się w nowych specjalnościach, podróżują, eksperymentują.

Może tym, co podskórnie czułam, był dysonans między tym, jacy rzeczywiście jesteśmy, a tym, jak siebie wyrażamy? Lubimy przecież w Polsce ponarzekać, na zmiany także, co rzeczywiście nie musi oznaczać, że ich nie akceptujemy i nie próbujemy sobie z nimi poradzić. Tak czy inaczej, gdy w naszym życiu zachodzą zmiany, u wielu osób emocje wymykają się spod kontroli. Jak zachować wewnętrzny spokój? Dotyczy to nie tylko sytuacji dramatycznych, ale także tych wyczekiwanych – ślubu, narodzin dziecka, nowego domu... Jak już wcześniej powiedziałyśmy, warto rozróżnić zmiany narzucone z zewnątrz (np. choroba kogoś bliskiego) od tych, które pochodzą od nas (np. decyzja o remoncie mieszkania). W obu przypadkach pewien stres jest potrzebny, bo mobilizuje nas do planowania i działania. U osób z większą wrażliwością może jednak stać się paraliżujący. Takie osoby rzadziej będą samodzielnie wprowadzać w życie jakiekolwiek zmiany, czyli te z drugiej kategorii – nie polubią remontów, przeprowadzek i nowych doświadczeń, choćby inni uważali je za ekscytujące. Aby opanować napięcie, które może pojawić się przy zmianach, warto skrupulatnie planować ich przebieg lub − w wypadku zmian z pierwszej kategorii − przemyśleć, co zrobimy, kiedy już zaistnieją. Pomaga to odzyskać przynajmniej częściowe poczucie kontroli.

Oczywiście trzeba też pamiętać, że na wiele rzeczy nie mamy wpływu i wszystkiego nie zaplanujemy, nie rozpiszemy, nie przewidzimy. Pomocna może więc być zasada małych kroków – skupienie się na poszczególnych etapach. Sprawdza się ona zwłaszcza w sytuacjach, gdy obrany cel jest dla nas tak ważny, że z obawy przed porażką nie robimy nic. Gdy rozpiszemy go na etapy: mniejsze, czasem nawet bardzo drobne czynności, które pomału doprowadzą do efektu finalnego − cel przestanie wydawać się tak bardzo nieosiągalny.

Wspomniałaś o poczuciu kontroli. Skojarzyło mi się to z popularnym motywem wielu komedii romantycznych, gdzie panna młoda – a więc osoba mierząca się z piękną, upragnioną zmianą – wpada w zupełny popłoch. Czy to właśnie brak poczucia kontroli powoduje stres, także w chwilach zmian przez nas wyczekiwanych? Zdecydowanie tak. To, że czegoś wyglądamy, na coś czekamy, że podjęliśmy pewną decyzję – nie oznacza, że nie towarzyszą nam trudne emocje. Mogę przecież być ogromnie zakochana i szczęśliwa, a jednocześnie odczuwać wątpliwości, czy poradzę sobie w nowej sytuacji. Czynników stresogennych jest tu więc wiele. Kolejnym, bardzo zresztą ważnym, jest presja środowiska. W wypadku ślubu i wesela jest ona często silnie odczuwana – staramy się zadowolić rodziców, gości, partnera. Dotyczy to zresztą wszystkich zmian. Każda z nich wpisana jest bowiem w jakiś kontekst, w którym żyjemy – rodzinny, towarzyski, zawodowy....

Przypomina mi się własne doświadczenie sprzed kilku lat, gdy podjęłam decyzję o zmianie pracy. Byłam z tego powodu bardzo szczęśliwa, pełna entuzjazmu, nie mogłam doczekać się rozpoczęcia nowego projektu. Bardzo zdziwiły mnie wtedy reakcje znajomych, w większości negatywne. „Nie boisz się?” – pytali wielokrotnie, jakby lęk miał determinować moje wybory. „Może nie odniesiesz już sukcesu po raz drugi?”. Pamiętam, że bardzo mnie to zaskoczyło; dziś myślę, że może po prostu przyjaciele projektowali na mnie swoje obawy. Możemy powiedzieć, że twoje otoczenie na decyzję o zmianie zareagowało dużym niepokojem. Bez względu na powody – to nie miejsce i czas na ich analizę – wyobrażam sobie, że było to dosyć obciążające. Komunikaty, jakie wtedy otrzymałaś, mogą bardzo podcinać skrzydła; odbierać poczucie przekonania co do dokonanego wyboru, ale też złościć. To kolejna emocja, która może pojawić się podczas dokonywania zmiany. Szczególnie, gdy coś lub ktoś staje na naszej drodze.

Bojąc się zmiany, prawie zawsze, w jakimś stopniu, obawiamy się reakcji innych. Jak odbierze to otoczenie? Nie chodzi tu zresztą tylko o jednoznacznie negatywne konsekwencje zmiany – to, co pozytywne, odniesiony sukces, też może budzić zazdrość czy zawiść. Co więcej, zmiana może zupełnie zaburzyć kontekst, w którym żyjemy. Weźmy za przykład rodzinę, w której kobieta, dotąd zajmująca się domem, staje się aktywna zawodowo. Taka zmiana diametralnie przeformułowuje jej życie, ale równie silnie wpływa na osoby trzecie − dzieci, partnera. To też musimy brać pod uwagę.

Wracając do twojej historii – warto podkreślić, że każdy ma inny próg otwartości na zmianę. Może twoi znajomi ustawili go w innym miejscu? Może są mniej otwarci na doświadczenia, mają większy poziom lęku? Podejrzewam, że ich reakcje w tej sytuacji były niegroźne i nie zaprzepaściły twoich planów. Ale wyobraźmy sobie reakcję lękliwej matki z małym dzieckiem, naturalnie chętnym do odkrywania świata. Ciągły komunikat z jej strony w stylu: „Uważaj, zaraz się przewrócisz. To niebezpieczne” może zaważyć na chęci eksplorowania, a w dłuższej perspektywie sprawić, że dziecko przejmie lęk matki.

Czyli otwartość na zmiany wynika nie tylko z  naszej osobowości, ale także z doświadczeń i wychowania, z dzieciństwa? Zdecydowanie tak, ale pamiętajmy, że na te wzorce wdrukowane w dzieciństwie możemy wpływać, możemy je zmieniać w dorosłym życiu. Pomocna może być w tym terapia, w czasie której przyglądamy się wczesnym relacjom. Na ile nas one wzmacniały, budowały, a na ile przeciwnie, podcinały nam skrzydła? To przecież w tych wczesnych relacjach budujemy zaufanie do siebie i do świata. Czy jest on bezpieczny? Czy mam prawo sięgać po to, co sobie wymarzyłam? Jakie jest moje poczucie sprawstwa, poczucie wpływu? Co dostałem? Czego zabrakło? Na szczęście kształtuje nas w życiu wiele czynników, nie tylko wczesne relacje, ale też na przykład właśnie relacja terapeutyczna. Może ona stać się relacją korygującą, wzmacniającą, pokazującą, że wbrew temu, czego nauczyłem się w dzieciństwie, mogę sobie ufać i mieć poczucie wpływu na własne życie.

Poza cechami osobniczymi i nauką wyniesioną z wczesnych relacji mamy jeszcze trzeci element formujący naszą otwartość na zmiany: przeżyte już w późniejszym, nawet dorosłym wieku doświadczenia i traumy. Są w naszym życiu zdarzenia, które mogą zaburzać poczucie bezpieczeństwa i stanowić takie obciążenie, że wpływają nawet na osobę, która wcześniej nie bała się zmian.

Doskonale to rozumiem. Uwielbiam zmiany i nowe doświadczenia, ale w zeszłym roku przeszłam poważne załamanie, straciwszy dość zaawansowaną ciążę. Nagle ogarnął mnie lęk o przyszłość, zaczęłam  się bać wszystkiego i o wszystko – o bezpieczeństwo bliskich, o swoje zdrowie. Strata, którą przeżyłam, stanowiła właśnie takie obciążenie. Warto dodać, że zmiany przez nas pożądane też oznaczają w pewnym sensie stratę. Oczywiście. Każda zmiana łączy się z jakąś stratą, z tego prostego powodu, że zawsze wybierając bycie w jednym miejscu, rezygnujemy z bycia w drugim. Może to być bolesne, nawet jeśli z nową rzeczywistością łączą się radość i liczne korzyści. To zresztą refleksja, która przychodzi i pogłębia się z wiekiem – im więcej mamy lat, tym wyraźniej widzimy, że każda decyzja oznacza rezygnację z czegoś innego. You can do anything, but you can't do everything – mówi anglojęzyczne porzekadło. Możemy wiele, ale nie damy rady zrobić wszystkiego jednocześnie. Trzeba się z tym pogodzić.

W artykułach na temat lęku przed wprowadzaniem modyfikacji w życiu kilkakrotnie spotkałam się z wyrażeniem „aktywne zarządzanie zmianą”. Czy to właśnie to? Pogodzenie się z faktem, że nie możemy wszystkiego, i wybór pola, na które mamy wpływ, a następnie aktywne go kształtowanie? Przyznam, że termin, na który się powołujesz, brzmi dla mnie bardziej jak hasło coachingowe niż wyrażenie z zakresu psychologii. Domyślam się, że związany jest z aktywnym planowaniem działań, które mają doprowadzić do zmiany – coś takiego bardzo potrzebne jest w organizacjach. Możemy nawiązać tu do innego ważnego terminu, mianowicie poczucia sprawczości. Pippi Pończoszanka mawiała: „Nie martwcie się o mnie, ja sobie zawsze dam radę”. Im więcej w nas takiego przekonania i poczucia sprawczości, tym lepiej. Jeśli mamy go niewiele, też czeka na nas dobra wiadomość: poczucie zaufania do siebie można wzmacniać, można nad nim pracować; znamy narzędzia, które temu służą. Powtarzam jednak, że trzeba zostawić pewien margines na to, czego w życiu nie da się kontrolować. „Jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, powiedz mu o swoich planach” – tę myśl Woody'ego Allena też trzeba mieć gdzieś w zanadrzu. 

Magdalena Guzik psycholog, psychoterapeutka, trenerka. Prowadzi terapię osób dorosłych z zaburzeniami lękowymi, doświadczających kryzysów osobistych czy trudności w relacjach. Wspiera Fundację Melancholia, zajmującą się edukacją społeczną w zakresie szerzenia wiedzy o depresji

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jaka piękna katastrofa. Każda zmiana może być zmianą na lepsze

„Gdy wszystko się zmienia, najlepiej jest wszystko zmienić” - pisze 
Neale Donald Walsch. (Fot. iStock)
„Gdy wszystko się zmienia, najlepiej jest wszystko zmienić” - pisze Neale Donald Walsch. (Fot. iStock)
Nagle zostajesz bez pracy, ukochany odchodzi, chorujesz… Czujesz, że wszystko stracone. Nieprawda! Wszystko dopiero się zmieni. I to na lepsze.

"Jeśli w tej chwili zachodzą w twoim życiu ważne zmiany, to bardzo mi przykro” – tymi słowami zaczyna się książka Neale’a Donalda Walscha. Nosi tytuł „Gdy wszystko się zmienia, zmień wszystko. Droga spokoju przez czas zamętu” i jest naprawdę wyjątkowa. To nie poradnik o tym, że raz-dwa weźmiesz się w garść i będzie dobrze. Walsch mówi wprost przeciwnie – że nic już nie będzie takie jak było, bo życie to jedna wielka zmiana, ciągły rozwój, nieustanna ewolucja, zaskakująca metamorfoza. Tłumaczy też, że tylko zmiana nie ulega zmianie i wyjaśnia, jak się z nią obchodzić.

Nie koniec, a początek

Wiadomo – lubimy, żeby żyło nam się komfortowo, żeby wszystko dookoła było znane i bezpieczne. I co jakiś czas utykamy w takim „ciepełku”. Praca nie daje nam satysfakcji, związek miłości, zamiecione pod dywan sprawy ledwo się już tam mieszczą, a my nic. I właśnie w takich okolicznościach dusza, niezmordowanie dążąca do rozwoju, zaczyna domagać się zmiany. Jak się ona materializuje? Otóż wydarza się katastrofa. Zwykle dotyczy ona Wielkiej Trójki, czyli Relacji, Pieniędzy i Zdrowia. Jeśli zmiana ma miejsce w jednym z tych aspektów, mamy do czynienia z poważnym kłopotem. Kiedy w dwóch – staje się niewiarygodnie trudno. A gdy jednocześnie w trzech – robi się dramatycznie.

W środku życiowej zawieruchy nasze poczucie bezpieczeństwa znika, ziemia usuwa się spod nóg, upadamy. Zdajemy sobie sprawę, że powrót do tego, co było, jest już niemożliwy. Nie wiemy, co robić, bo nikt nam tego nie pokazał, nikt nie posłał do szkoły, która uczy podstaw radzenia sobie z nieszczęściami. I potwornie się boimy. Tymczasem to, co się dzieje, to widoczne skutki jednej przyczyny – zmiany. Walsch jest pewien, że każda zmiana jest zmianą na lepsze. Wymaga tylko całościowego potraktowania. „Gdy wszystko się zmienia, najlepiej jest wszystko zmienić” – pisze. Nie tylko w sensie materialnym. Chodzi tu o wyrzucenie negatywnych emocji, toksycznych myśli czy wyświechtanych prawd. Żeby nastąpiło kompletne uzdrowienie – od dołu do góry, od początku do końca. „Skoro wszystko się w życiu przewróciło, dlaczego nie dokończyć pracy?” – prowokuje.

„Tym razem jednak z takim uczuciami i przekonaniami, jakie ty wybierzesz, a nie z takimi, które zostajesz zmuszony zaakceptować”.

Walsch wie, co mówi. Jego prywatna katastrofa nastąpiła, gdy doznał ciężkiego wypadku, firma ubezpieczeniowa ograniczyła mu rentę, a życiowa partnerka porzuciła go wraz z dziećmi i całym dobytkiem. Jakiś czas mieszkał na ulicy, a pieniądze ze znalezionych butelek nie zawsze starczały mu na jedzenie. Dzisiaj, patrząc na to z perspektywy, twierdzi, że gdyby nie tamten czas, nie napisałby swojej bestsellerowej książki „Rozmowy z Bogiem”, nie podróżowałby po świecie i nie mógł nieść ludziom swojego przesłania. Z myślą o tych, którzy doświadczają w życiu trudnych zmian, założył nawet stronę internetową, za której pośrednictwem można porozmawiać z indywidualnym doradcą życiowym, wziąć udział w telekonferencjach czy zapisać się na warsztaty. Wszystko po to, by w obliczu kryzysu mogła dokonać się potrzebna zmiana. I to w miarę bezboleśnie.

Zmiana jest w naszych rękach

Koncepcja Walscha opiera się na starożytnej mądrości, nowoczesnej nauce, praktycznej psychologii, pragmatycznej metafizyce i współczesnej duchowości. Wychodzi z założenia, że istnieje Istota Boska, że życie ma cel, że człowiek ma duszę, że ciało jest czymś, co posiadamy, a nie czym jesteśmy oraz że umysł cały czas znajduje się pod naszą kontrolą. Dlatego możemy zmienić:
  • Strach w Podekscytowanie,
  • Obawy w Zaciekawienie,
  • Oczekiwania w Przewidywania,
  • Opór w Akceptację,
  • Rozczarowanie w Zdystansowanie,
  • Gniew w Zaangażowanie,
  • Uzależnienia w Preferencje,
  • Roszczenia w Zadowolenie,
  • Osądy w Spostrzeżenia,
  • Smutek w Radość,
  • Zamyślenie w Obecność,
  • Odruchy w Świadome reakcje,
  • Czas Zamętu w Czas Spokoju.
Jeśli przyjmiemy powyższe założenia Walscha, będziemy mogli przystąpić do zastosowania w życiu sześciu zmian, które mogą zmienić wszystko.

Pierwsza: Zmień postanowienie, że „sam przez to przejdziesz”.

Zmiana to podróż, w którą lepiej nie wybierać się samemu. Nikt nie da nam gwarancji, że będzie łatwo, bo trzeba zostawić Pewne i ruszyć w Nieznane. Ale na końcu tego tunelu jest światełko. Jak szybko je zobaczysz, zależy od tego, jakie otrzymasz wsparcie.
 
Walsch udzielił pomocy duchowej ponad dziesięciu tysiącom osób i wyciągnął wniosek, że mówią oni głównie o emocjonalnym osamotnieniu. Bo kiedy życie domaga się transformacji i jest nam z nią trudno, zamykamy się w sobie, izolujemy, cichniemy. Wydaje nam się, że inni nic o nas nie wiedzą, nie widzą, że nasza normalność to tylko fasada, za którą się kryjemy. Wstydzimy się. Zmiana decyzji „sam przez to przejdę” na: „sam nie dam rady” wymaga otwartości. Trzeba odrzucić przekonanie, że przecież „jak sobie pościeliłeś, tak się wyśpisz” i że to twoja wina – bo te twierdzenia są funta kłaków warte. Poza tym należy rozstać się z pragnieniem bycia idealnym i strachem, że św. Mikołaj zawsze widzi, jacy jesteśmy niegrzeczni. W samotności dokonujemy samopotępienia i obwiniania, skrywamy swoje prawdziwe emocje.

Walsch gorąco zachęca, żeby zwrócić się do kogoś i opowiedzieć o uczuciach związanych ze zmianą. Może to być ktoś z rodziny, przyjaciel, psychoterapeuta… Sam kontakt wytrąci nas z wewnętrznego dialogu, a druga osoba wniesie nową energię i świeże spojrzenie. Co więcej, gdy zwracasz się do kogoś, tak naprawdę zwracasz się do siebie, docierasz do pokładów, które wykraczają poza twoje myśli i poza twój umysł. Czasem trzeba wydostać się z siebie, żeby siebie poznać – przekonuje Walsch.

Druga: Zmień emocje

Zmiana wrzuca nas na nieznany teren, po którym błąkamy się spłoszeni. Boimy się, że dojdziemy tam, dokąd nie chcemy dojść. Że życie ciągle będzie rozwiewać nasze nadzieje, zabijać ducha, ograbiać z sensu istnienia. To wszystko normalne. Pewna doza strachu towarzyszy każdej życiowej metamorfozie. Jednak jeśli inaczej zaczniesz dobierać emocje, tym samym zmienisz to, co przeżywasz. Walsch zapewnia, że jesteś w stanie zmienić emocje dotyczące dosłownie wszystkiego.

Weźmy np. strach. To emocja, którą funduje nam myśl powstała w wyniku jakiegoś przeżycia. Większość ludzi sądzi, że strach pojawia się bezpośrednio pod wpływem zdarzenia. Tak jednak nie jest, bo przecież jeden człowiek boi się lwa, a drugi nie (choćby treser). Strach wywołuje coś, co znajduje się w nas. Czyli: koncepcje, wspomnienia, projekcje, rozumowanie, uprzedzenia, pragnienia. Słowem – myśli. To one napędzają emocje. Co zrobić? Zmienić czarną myśl na jasną albo stworzyć ją od samego początku. Lękasz się tego, co czai się za zakrętem? Pomyśl, że jest tam dokładnie to, czego pragniesz. Od razu pojawi się przyjemna emocja, poprawi się samopoczucie, uwierzysz, że tak się stanie. Dasz sobie szansę.

Trzecia: Zmień myśli

Myśl to pewna koncepcja, którą tworzysz. Nie masz wpływu na zmiany, które dzieją się w życiu, ale możesz tworzyć myśli na ich temat – twierdzi Walsch. Myśli, według niego, dotyczą potrójnej rzeczywistości. To trzy wersje, które istnieją równocześnie. I tak rzeczywistość ostateczna oznacza to, co naprawdę się dzieje i naprawdę ma związek z tobą. Rzeczywistość obserwowana jest dostępna tylko dla ciebie, to twoja percepcja świata. Rzeczywistość wypaczona to twoje wyobrażenia o tym, co się dzieje. To ty decydujesz, z którą masz do czynienia. Rzeczywistość jest płynna, nie statyczna. W czasie zamętu i życiowych zmian odejdź od rzeczywistości wypaczonej i podążaj przez rzeczywistość obserwowaną do rzeczywistości ostatecznej – radzi Walsch.

Czwarta: Zmień prawdy

Oto trzy rodzaje prawd: prawda widziana, prawda wyobrażona, prawda faktyczna. Wchodząc do supermarketu życia, widzisz prawdę w trzech opakowaniach. Ty wybierasz. Prawda widziana dotyczy naszych obserwacji z przeszłości, które przywołujemy, gdy przed oczami rozgrywa się coś podobnego. Odszedł od ciebie mężczyzna. To boli tak mocno, bo kiedyś doświadczyłaś już odrzucenia. Większość ludzi, gdy jest im trudno, nieświadomie odwołuje się do przeszłości. Pod jej wpływem powstają myśli, z nich wyrastają emocje, które wywołują doświadczenia. Te powodują inne doświadczenia, które z kolei sprawiają wrażenie rzeczywistości. Jak się okazuje, jest to rzeczywistość wypaczona. Gdyby nie to, można by spojrzeć na każde wydarzenie inaczej, zgodnie z rzeczywistością obserwowaną, tą, którą tworzysz. Mężczyzna odszedł, bo ma pojawić się coś lepszego, nowego. Tymczasem prawda wyobrażona sugeruje, że „jest źle”, „będziesz nieszczęśliwa”, „z nikim już się nie zwiążesz”. Nie ma co się wstydzić, że w obliczu zmian czujesz strach. Pojawiają się również: złość, smutek, frustracja, rozczarowanie, niezadowolenie. A to dlatego, że się boisz. A boisz się, bo kochasz. I siebie, i życie. Więc, jak twierdzi Walsch, miłość i strach to ta sama emocja. Wybierasz tylko stronę medalu. Tymczasem ty boisz się zamieniać znajomą przeszłość na nieznajomą przyszłość. Boisz się, co nastąpi. Boisz się, że nie wróci już taka praca, taka osoba, taki dom. Cóż, może tak być. Ale możesz liczyć, że wróci to samo doświadczenie. Miłości, ekscytacji, bezpieczeństwa.

 
Doświadczanie szczęścia nie ma nic wspólnego z istniejącą sytuacją. Relacje między wydarzeniami na zewnątrz a twoimi wewnętrznymi doświadczeniami znajdują się w twojej głowie. Dar przeżywania radości nie ma nic wspólnego z jakąś osobą lub miejscem zatrudnienia. Tak ci się tylko wydaje. Zdarzenia jako takie nie mają żadnego znaczenia. One po prostu są, a znaczenie nadają im tylko myśli. Nadawanie znaczenia to proces całkowicie wewnętrzny. To prawda faktyczna. Ją wybierz. Jej się nie odkrywa, ją się tworzy. Od ciebie zależy, którą prawdę kupisz.

Piąta: Zmień pojmowanie samej zmiany

Walsch daje nam odpowiedź na wszystko. Brzmi ona: „Każda zmiana jest na lepsze. Nie istnieje coś takiego, jak zmiana na gorsze”.

Taka jest prawda faktyczna o samej zmianie. Gdy tak ją pojmiemy, będziemy przeżywać bez lęku. Dostrzeżemy w niej nie załamanie, lecz eksplozję pełniejszego życia. Nie zwrot, lecz kierunek, w którym podąża życie. Odbierzemy ją nie jako przerwanie ciągłości, lecz jako ciągłość samą w sobie. Zrozumiemy, że nie jest przeobrażeniem naszej sytuacji życiowej, lecz ją tworzy. Nie pytajmy więc, czy życie składa się ze zmian, lecz jakie zmiany składają się na życie. A nasze istnienie to samonapędzający się system. Nigdy się nie kończy, trwa wiecznie. W jaki sposób? Przez adaptację. Po co? Żeby zawsze było funkcjonalne. Dzięki adaptacji życie osiąga samoregulację, bo adaptacja zachodzi w każdym momencie. Życie zawsze się zmienia. A zatem każda zmiana jest zmianą na lepsze. Czyli wszystkie zmiany zachodzą dla twojego dobra – tłumaczy Walsch. Większość z nas przekonuje się o tym… po fakcie.

Szósta: Zmień koncepcję o przyczynach zmian

Zmiana to demonstracja, że coś nie działa. Przeobrażenie, które nastąpiło w twoim życiu, pojawiło się z powodu istnienia dysharmonii, bo życie nie spełniało swoich funkcji. Nie od razu rozumiemy, dlaczego te nowe warunki, okoliczności są lepsze. Nie pojmujemy, na czym polega poprawa. Nie dostrzegamy, że często dotyczy nie tego, co na zewnątrz, tylko tego, co w nas.

Kolejna prawda faktyczna brzmi: „Zmiana zachodzi dlatego, że ty tego chcesz. Wszystko zmienia się pod twoje dyktando”. To dziwne i trudne do przyjęcia. Bo to nie umysł podejmuje decyzje o zmianie, lecz dusza. Zmiana to efekt planu jej działania. Czasem się przeciwko niemu buntujemy. Umysł kombinuje po swojemu. Po prostu nie wie, co jest dla nas lepsze.

Jeżeli więc dzieje się coś nie tak, jak chcesz, przyjmij, że to twoja dusza tego pragnie. Już niedługo poczujesz, że tak jest lepiej – zapewnia Walsch. Plan duszy zawsze pozostaje w zgodzie z energią całego życia, która dąży do współdziałania, harmonii, rozwoju i wspaniałych przejawów. Dąży do przeżywania siebie w całej swojej pełni.

Warto przeczytać: Neale Donald Walsch, „Gdy wszystko się zmienia, zmień wszystko. Droga spokoju przez czas zamętu”, wyd. Laurum 2010. 

  1. Psychologia

„Zacznę wszystko od nowa!” - Gdy chęć zmiany jest tylko ucieczką...

Jeśli nowe ma być progresem, a nie regresem, musisz wejść w nie z rozliczonym osobistym posagiem, z pełną świadomością, co chcesz w sobie zmienić (fot. iStock)
Jeśli nowe ma być progresem, a nie regresem, musisz wejść w nie z rozliczonym osobistym posagiem, z pełną świadomością, co chcesz w sobie zmienić (fot. iStock)
Kiedy tęsknota za nowym jest ucieczką od problemów, starych błędów i siebie? Wtedy właśnie, gdy czujemy, że chcemy zmienić wszystko. Bo to znaczy, że nie chcemy zmienić niczego. Zobacz, jak nie wpaść w pułapkę wiecznego zaczynania od nowa.

Kiedy słyszę: „Nigdy nie jest za późno, by zacząć wszystko od nowa”, przypomina mi się mój mały wnuk, który, jak każde dziecko, nie umie przegrywać. Gdy kolejny raz ma w ręku Czarnego Piotrusia, rzuca karty i woła: „To się nie liczy, gramy od początku”.

„To się nie liczy”, „Nieważne, co było”, „Wymazujemy przeszłość” – każdy z nas czasami odczuwa taką pokusę. Chcemy wierzyć, że w dorosłym życiu także uda nam się wymazać stare błędy, wytrzeć gumką myszką porażki, zapomnieć o niepowodzeniach. Zacząć od nowa, z czystą kartą. Ja to pragnienie rozumiem, przestrzegam tylko przed wpadnięciem w pułapkę kompulsywnego resetowania starej wersji życia.

Życie na próbę

Przeciętny ośmiolatek co tydzień ma nową pasję: najpierw pływanie, potem konie, tenis, rower… Do dziś psychologowie rozwojowi nie są zgodni w kwestii, czy pozwalać na to, czy zabraniać. Zwolennicy uważają, że próbując, dziecko ma szansę lepiej poznać siebie, swoje talenty, predyspozycje. Obawiam się, że to próbowanie życia to jakaś epidemia. Ostatnio do mojego gabinetu trafia coraz więcej 30-, 40-latków, którzy ciągle są na etapie prób i błędów, i to w bardzo istotnych obszarach swojego życia. Jak Iza, 33 lata i 7 prac na koncie. – Będę zmieniać pracę dotąd, aż trafię na zajęcie mojego życia – mówi podczas pierwszej wizyty. Cel szczytny, ale… Iza wcale nie szuka pracy szytej na miarę, tylko dobrego szefa – ojca, bo swojego biologicznego nie zna, a żaden dotychczasowy szef nie był wystarczająco wspierający, motywujący i dbający.

Co roku w styczniu, w lutym, a nawet jeszcze w marcu pojawiają się u mnie pacjenci chcący pracować nad swoimi noworocznymi postanowieniami, które z roku na rok są coraz bardziej globalne: „Chcę zmienić wszystko w moim życiu”, a to „wszystko” to m.in. schudnięcie 30 kg, rzucenie palenia, zmiana pracy i partnera, zerwanie relacji z rodzicami… i to najlepiej wszystko naraz. Trafiają też do mnie tacy, którzy od progu mówią: „Słyszałam, że pani nie grzebie się w przeszłości. To mi pasuje. Poprzedni terapeuci ciągle wypytywali mnie o mamusię i tatusia, a je zerwałam z przeszłością i chcę zacząć wszystko od nowa. Dziś jestem zupełnie kimś innym”. Świetnie – mówię wtedy. Jeśli masz pełną świadomość tego, kim jesteś, jaki jest twój mit życiowy, masz rozliczoną i zamkniętą przeszłość i wiesz, co chcesz zrobić ze swoim życiem – będziemy pracować nad tym, co tu i teraz. Jeśli trafnie oceniasz swoje możliwości i czujesz, że jesteś gotowa do zmiany – to doskonale. Ale by zmiana była naprawdę zaczęciem wszystkiego od nowa, a nie jedynie ucieczką od starego, musisz wiedzieć, kto chce się zmienić, kto chce zacząć jeszcze raz. Nawet jednak wtedy nowe nie kasuje starego, nie wymazuje twoich genów, nie zmienia temperamentu, nie zwalnia cię z konsekwencji popełnionych błędów. Jeśli nowe ma być progresem, a nie regresem, musisz wejść w nie z rozliczonym osobistym posagiem, z pełną świadomością, co chcesz w sobie zmienić. Nowe bez bilansu starego bardzo szybko zacznie przypominać stare.

Pokolenie fast

„Czy jesteś gotowa do zmiany całego swojego życia?” – to jedno z ważniejszych pytań podczas rozmów kwalifikacyjnych. Chcesz być na topie, nie wypaść z obiegu – odetnij swoje korzenie, bądź jak wirtualna roślina, która wszędzie się przyjmie, na chwilę, a potem zobaczymy co dalej. Konsekwencje? Powszechnie panujący lęk przed bliskością, nieumiejętność budowania i podtrzymywania więzi. I przede wszystkim potworny stres, bo zaczynanie wszystkiego od nowa to dla organizmu konieczność ogromnej mobilizacji i wydatkowania energii, którą trudno rozładować, będąc w ciągłym biegu i czujności, czy za chwilę znowu nie trzeba będzie powtórzyć tego od początku.

Ilona ma wspaniałą pracę, nowoczesne mieszkanie i cudowną rodzinę. Pół roku temu jej mąż stracił zatrudnienie. Choć ma bardzo wysokie kwalifikacje, od miesięcy nie może znaleźć pracy na porównywalnym poziomie. Tydzień temu poinformował rodzinę, że wyjeżdżają z Polski, bo nie ma zamiaru tyrać za grosze. „Zaczniemy wszystko od początku gdzieś, gdzie ludzi nie traktuje się jak wyrobników” – powiedział Ilonie. – A co z twoją pracą, szkołami dzieci, przyjaciółmi, no i starzejącymi się rodzicami? – zapytałam. – Nie będę się teraz nad tym zastanawiać – odpowiedziała. – Takie jest życie, zmiany są jego nieodłącznym elementem. Cały świat emigruje za pracą.

Nowa praca, nowy związek, nowi przyjaciele, kolejna przeprowadzka do nowego mieszkania – proszę bardzo. A wszystko w zawrotnym tempie, żeby zdążyć, nie przegapić szansy życia. To nic, że bez namysłu, bez refleksji, czasami na wariackich papierach, byle do przodu, byle nie wypaść z rynku, nie dać się wyprzedzić.

Wszystko dookoła zmienia się jak w kalejdoskopie, a wewnętrzna odporność na zmiany została okrzyknięta największym gwarantem sukcesu.

Progres czy regres?

Niektórzy twierdzą, że jeśli w naszym życiu pojawia się propozycja nowego, to oznacza postęp, no i naszą gotowość do zmian. Jednak całkiem często zdarza się, że diabeł kusi nas w chwilach słabości, utknięcia w martwym punkcie. Pojawia się oferta nowej pracy, a ty… No cóż, nie myślałaś o zmianie miejsca zatrudnienia, ale ostatnio nie jesteś w najlepszej formie, brakuje ci energii, wszystko cię nudzi, czujesz się ogólnie zniechęcona – jednym słowem drobny kryzys. A tu taka propozycja – grzech nie skorzystać. Myślisz: a może tego mi właśnie potrzeba? Po co naprawiać stare, skoro pojawia się nowe?

Poczucie braku spełnienia i sensu życia rodzi pokusę, by zacząć wszystko od nowa. Łudzisz się, że trzeba koniecznie zmienić otoczenie, żeby życie zmieniło się na bardziej ekscytujące, rozwijające, odkrywcze. Czujesz, że zmiana zawsze oznacza jakiś progres, powiew świeżości, daje nową energię. Zgoda, to działa, dopóki nie straci statusu nowości. Ale zaczynanie od nowa, bez refleksji nad tym, co masz tu i teraz, oraz domknięcia przeszłości jest jak kupno nowych butów w starym (za małym) rozmiarze. Stare cię cisnęły, ale ty wierzysz, że nowe, przez sam fakt nowości, na pewno będą w sam raz.

Życie według scenariusza fast nakłania nas do szybkich zmian, ale te zmiany mają drugie, niezbyt chlubne dno. Młodych odciążają z poczucia odpowiedzialności: „Pobierzmy się, a jak nam się nie uda, to się najwyżej rozwiedziemy”. Starszym dają iluzję pozbycia się lęku przed śmiercią: „Dopóki mogę zacząć wszystko od początku, starość i śmierć mnie nie dotyczy”. Pokusa zaczynania wszystkiego od nowa w dowolnym momencie życia to często ucieczka od problemów, popełnianych błędów (stale tych samych) i od uczuć, czyli od samego siebie.

Zacznij od zmiany nawyków

Przyjrzyj się niemowlęciu, które leży na podłodze i próbuje sięgnąć po grzechotkę. Jest maksymalnie skupione, ale nie usztywnione w ruchach, konsekwentne, cierpliwe, gotowe do wielu prób. Gdy przyjrzysz się uważnie, odkryjesz dzięki niemu, że po grzechotkę można sięgnąć na bardzo wiele sposobów. To właśnie ten moment rozwojowy, kiedy spontanicznie, kierowani ciekawością, próbujemy życia. Obserwacja niemowlęcia jest bazą do metody Feldenkraisa, czyli poszerzania świadomości własnego ciała. Główną tezą metody jest: „Rób to samo inaczej i w konsekwencji odkryj najlepszą wersję siebie”.

Na początku może to brzmieć skomplikowanie. Chodzi o to, by wyjść ze swoich nawyków. Zamiast zaczynać stale od nowa całe swoje życie, prościej i bardziej bezpiecznie jest zacząć od zmiany drobiazgów: przez tydzień myć zęby inną ręką niż zwykle albo wracać z pracy do domu każdego dnia nową drogą, a po tygodniu wybrać tę, która najbardziej ci pasuje. To prawda, że mamy nieograniczoną ilość możliwości i to nie tylko w świecie zewnętrznym, ale przede wszystkim we własnych ciałach, a dokładnie w możliwościach ruchowych. Analizowanie sposobu, w jaki zwykle wstajesz z krzesła, i próba wykonania tej czynności powoli, tak by wydatkować jak najmniej energii – to w efekcie ogromna zmiana, na dodatek o wiele bardziej efektywna niż nagłe rzucenie wszystkiego i wyjechanie na drugi koniec świata.

Jesteśmy nawykowcami w ruchach, myślach i czuciu. To są właśnie te stare, niewygodne buty, które powodują, że tu strzyka, tam łamie, w pracy nudy, w relacji obojętność, a diabeł kusiciel tylko na to czeka.

Nie musisz zmieniać wszystkiego, zrób to samo tylko inaczej, a efekty będą niewyobrażalne. Nie satysfakcjonuje cię związek, w jakim jesteś? Zamiast oczekiwać, że partner się zmieni, albo zmienić partnera – zmień swoje zachowanie w relacji, a wcześniej przeanalizuj wasz skrypt relacyjny, który, choć nie działa, ty stale powtarzasz.

Moshe Feldenkrais, twórca metody, powiedział: „Jeśli wiesz (masz świadomość), co robisz, wszystko, co robisz, jest dobre”.

Ewa Klepacka-Gryz: psycholożka, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

  1. Psychologia

Wrodzona odporność psychiczna - na czym polega?

Odporność psychiczna to jedna z cech osobowości, która w dużym stopniu odpowiada za to, w jaki sposób radzimy sobie z wyzwaniami, stresem i presją, niezależnie od okoliczności... (fot. iStock)
Odporność psychiczna to jedna z cech osobowości, która w dużym stopniu odpowiada za to, w jaki sposób radzimy sobie z wyzwaniami, stresem i presją, niezależnie od okoliczności... (fot. iStock)
O odporności psychicznej świadczy między innymi to, jak szybko podnosimy się po traumatycznych przeżyciach. Można ją też porównać do umiejętności pływania, gdy musimy poradzić sobie ze zmiennym, czasem niebezpiecznym nurtem rzeki zwanej życiem.

Adrian i Paweł znali się od dziecka. Mieszkali w niedużym miasteczku przy tej samej ulicy. Wychowywali się w biedzie, obaj w rodzinach bez ojców. Mieli starsze rodzeństwo, ale ono nie było dobrym wzorem - zatargi z prawem, alkohol. Obaj chłopcy mieli trudności w nauce, wcześnie zaczęli wagarować.

W okresie dojrzewania Adrian i Paweł przyłączyli się do grupy kradnącej radia z samochodów, zabierającej torebki na ulicy starszym kobietom. Obaj znaleźli się w poprawczaku.

Spotkali się po 20 latach.

Trzydziestopięcioletni Paweł był bezrobotnym bez stałego miejsca zamieszkania. Miał na koncie wiele konfliktów z prawem i kilka razy siedział w więzieniu. Miał rodzinę, ale nie utrzymywał z nią kontaktu, nie interesował się swoim dzieckiem. Paweł był pijany, gdy spotkał się z Adrianem na ulicy, gdzie kiedyś wspólnie spędzali czas. Powiedział też, że często pije..

Adrian zdobył zawód. Po technikum samochodowym jest cenionym fachowcem. Też założył rodzinę, dba o nią, często wszyscy chodzą do parku na spacer, albo na lody. Adrian utrzymuje dobrą kondycję, gra z kolegami z pracy w piłkę. Oprócz tego pracuje z „dziećmi ulicy” jako wolontariusz, mówi, że dobrze pamięta swoje dzieciństwo.

Dlaczego tak różnie potoczyły się losy chłopców, których początkowy okres życia posiadał tak wiele wspólnych wątków? Dlaczego czarny scenariusz dalszego życia według wzorów otoczenia, w jakim wyrastali, nie został zrealizowany przez obydwu? Co spowodowało, że życie Adriana potoczyło się pomyślnie, że „wyszedł na ludzi”, odniósł sukces?

Pierwszy nurt pionierskich prac nad zjawiskiem resilience – odporności psychicznej, datuje się na lata 70. ubiegłego wieku. Zwrócono wówczas uwagę na dzieci rozwijające się prawidłowo pomimo niekorzystnego kontekstu genetycznego czy środowiskowego. Pierwsze doniesienia mówiły o dzieciach niepodatnych na zranienie, posiadających nadzwyczajne przymioty. Pojawiło się wówczas pytanie: co sprzyja tak dobrej adaptacji? Opisano szereg zasobów wewnętrznych dzieci i młodzieży oraz czynników ochronnych sprzyjających dobremu radzeniu sobie pomimo niepomyślności losu, pomimo życia w niekorzystnych warunkach.

Badacze zjawiska resilience zakładają, iż jednostka może być określana jako odporna psychicznie (resilient person), jeśli wystąpiły w jej życiu realne zagrożenia dla prawidłowego rozwoju (np. choroba psychiczna rodzica, niski status socjoekonomiczny rodziny, przemoc), a ona potrafiła poradzić sobie z nimi i rozwijać się pomyślnie. Zauważyli też, że wiele czynników ryzyka współwystępuje w życiu dziecka. Zagrożeniem dla prawidłowego rozwoju może być rodzina z problemem alkoholowym, narkotykowym, zaburzeniami psychicznymi.

Rodziny stwarzające niekorzystne środowisko do rozwoju dziecka to m.in. rodziny ze środowisk o niskich dochodach, zagrożonych bezrobociem, przestępczością czy przemocą. To również rodziny niepełne, z przemęczonym lub chorym samotnym rodzicem. Także dzieci wychowujące się w placówkach opiekuńczych narażone są na działanie niekorzystnych wpływów tego rodzaju środowiska.

Kim więc był Adrian, skoro potrafił przezwyciężyć niepomyślność swego losu i wziąć życie we własne ręce? Sylwetka dziecka odpornego psychicznie opisana została na podstawie wielu badań i porównań międzyosobniczych i międzygrupowych. Wśród najważniejszych zasobów indywidualnych wymieniane są:

  • towarzyskość jako zmienna temperamentalna,
  • dobry poziom funkcjonowania procesów poznawczych,
  • wysoki poziom motywacji w zakresie planów i celów życiowych oraz edukacyjnych,
  • pozytywny obraz siebie,
  • pogodne i optymistycznie nastawione do świata,
  • dobre mechanizmy samokontroli,
  • dobrze rozwinięte umiejętności społeczne.
Jest więc wysoce prawdopodobne, że mimo podobieństw w historii życia pomiędzy obydwoma chłopcami to właśnie w tych wymienionych obszarach zaznaczały się różnice.

Odporność psychiczna jest to jedno z polskich tłumaczeń pojęcia resilience. Inne tłumaczenia proponowane w polskiej literaturze psychologicznej to prężność, sprężystość, odbojność, plastyczna i twórcza adaptacja. Pojęcie resilience używane jest dla opisu:

  • pozytywnego, prawidłowego rozwoju dziecka pomimo trwającego wysokiego ryzyka,
  • zachowanie kompetencji, nawet w sytuacji chronicznego stresu
  • pozytywnej, szybkiej regeneracji po traumatycznych przeżyciach.
Iwona Sikorska, doktor nauk humanistycznych w zakresie psychologii, adiunkt w Instytucie Psychologii Stosowanej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, specjalistka psychologii klinicznej, terapeutka dzieci i młodzieży.

  1. Styl Życia

Nie bój sie zmian

Zmiana zawsze oznacza, że przyszedł czas na coś nowego. (Fot. iStock)
Zmiana zawsze oznacza, że przyszedł czas na coś nowego. (Fot. iStock)
Zmiany pojawiają się zwykle w najmniej spodziewanym momencie. Są jak znajomi, którzy zaskakują cię wizytą, kiedy chcesz iść spać. Dlatego spokojnie nastaw wodę na herbatę, a zanim się zagotuje, będziesz wiedziała, co robić.

Wiosna, koniec studiów, 18. czy 40. urodziny – to momenty, które jednoznacznie kojarzymy ze zmianą, z końcem czegoś starego i początkiem nowego i, jak chcemy wierzyć, lepszego. Nieuchronne, ale konieczne zamknięcie jednego etapu, po to, by móc rozpocząć drugi. Często nie rozumiemy jednak zmian, jakich doświadczamy.

Nie widzimy sensu w tym, że zwalniają nas z pracy albo że partner decyduje się na rozstanie. Zmiana zawsze oznacza, że przyszedł czas na coś nowego. Być może obecna sytuacja życiowa przestała służyć naszemu rozwojowi. I właśnie dlatego los stawia przed nami nowe wyzwanie. Oczywiście, boimy się utraty tego wszystkiego, do czego się przyzwyczailiśmy: np. miejsca pracy czy długoletniej relacji. Aby zminimalizować poziom strachu, warto krok po kroku i z uważnością rozszerzać perspektywę widzenia całej sytuacji. Zwłaszcza, że zwykle to, co na początku wydaje się trudne, przestaje takie być, kiedy poziom adrenaliny się obniży i zaczniemy patrzeć na nową sytuację bez silnych emocji.

Zmiany to oznaka postępu. Jeśli właśnie ich doświadczasz, to znaczy, że przechodzisz teraz przyspieszony kurs rozwoju osobistego. Sęk w tym, że zwykle wolimy święty spokój od karuzeli zdarzeń, która zmusza do działania. Opieramy się zmianom, a czasami nawet udajemy, że ich nie widzimy. Dotyczy to szczególnie takich sytuacji, kiedy nie chcemy się przyznać, że np. praca od lat odbiera nam radość życia, a w związku od dawna nie doświadczamy miłości i zrozumienia. Zmiana odbywa się zatem pod powierzchnią codziennego życia, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu…

Przyzwyczajenie do życia w tym samym miejscu, w tej samej pracy i z tym samym partnerem zawęża perspektywę widzenia. Czasami z lęku przed wzięciem życia we własne ręce wolimy trwać w iluzji, że możemy być szczęśliwi tylko w takim układzie, w jakim jesteśmy. Zużywamy więc mnóstwo energii na podtrzymywanie status quo. Ale jeśli jakaś część ciebie bardzo pragnie zmiany, będzie ci za wszelką cenę dawała o tym znać. Możesz odczuwać apatię, a niekiedy frustrację i złość. Możesz zazdrościć znajomym, że powodzi im się w życiu lepiej niż tobie. Możesz zaczytywać się w książkach z wartką akcją i marzyć o wielkich podróżach. Pytanie tylko, czy robisz coś, aby przekuć marzenia w rzeczywistość.

Otwarcie na zmiany

Warto wysłuchać głosu tej części siebie, która potrzebuje zmian. Zamiast na siłę ratować tonący statek i tkwić w starym schemacie, dobrze jest zapytać samej siebie: „Czego tak naprawdę pragnę i co mogę zrobić, aby zacząć realizować swoje marzenia?”. Statek musi zatonąć, aby na horyzoncie mogło pojawić się coś innego. Albo abyśmy mogli w ogóle to zobaczyć. Dlatego zamiast zużywać energię życiową na wtłaczanie życia w stare koleiny, sprawdź, co się stanie, jeśli po prosu pozwolisz zmianie się dopełnić. Życie nie przebiega jak długa, pozioma linia. Jest jak ocean, czasem spokojny, a czasami burzliwy. Fale to wyzwania, które dają ci możliwość dalszego rozwoju. Pomyśl o tym, jak twoje życie może się przeobrazić, jeśli każdą zmianę będziesz witać z uważnością, bez oceniania, czy jest dobra, czy zła. Zarówno tę, której doświadczasz niespodziewanie, jak i tę, która zachodzi niepostrzeżenie, pod osłoną codziennego życia. Każda zmiana to ruch energii, a ruch to impuls życia. Płyń więc z nurtem rzeki, a nie pod prąd. Kiedy płyniesz z nurtem, zmiany nie muszą być trudne do przeprowadzenia. Wręcz przeciwnie, otworzą cię na ocean nowych możliwości.

Ćwiczenie

Weź kartkę papieru i wypisz wszystkie kroki, jakie powinnaś podjąć, aby jak najlepiej przygotować się do przeprowadzenia zmiany. Podkreśl pięć najważniejszych, od których powinnaś zacząć. Wypisz również wszystkie znajome osoby, które przechodziły podobną zmianę i mogą pomóc ci się z nią oswoić. Skontaktuj się z trzema z nich i zaproponuj spotkanie. Rozmowa może ci pomóc w lepszym oswojeniu się z życiową zmianą.

Twórcza wizualizacja

Wyobraź sobie, że przenosisz się teraz na piękną plażę. To szczególne miejsce – tu spotkasz się z tym aspektem siebie, który jest bardzo kreatywny i posiada narzędzia do harmonijnego przeprowadzania zmian. Wyobraź sobie, że możesz teraz zadać mu wszystkie potrzebne pytania i poprosić o wskazówki. Możesz też zapytać, czy mógłby przekazać ci jakiś symbol, który pomoże ci aktywizować własną moc (może to być np. kamień lub pióro). Po wykonaniu ćwiczenia zapisz wszystkie wskazówki i postaraj się znaleźć realny kamień, pióro lub cokolwiek innego, co możesz utożsamić z tym aspektem siebie, by przypominał ci o tym, że moc i odwaga są w tobie.

Powiedz sobie, że…

Jeśli doświadczasz zmiany, spróbuj uwierzyć, że masz w sobie wszystkie narzędzia potrzebne do tego, by znaleźć się w nowej sytuacji i dać sobie ze wszystkim radę. Wewnętrzna moc aktywizuje się w sytuacjach, które określamy jako wyzwania. Zmiana może zatem zmotywować do obudzenia uśpionych dotąd potencjałów. Każdy koniec jest zapowiedzią początku. Kiedy coś się kończy, co innego się rozpoczyna. Jest jeszcze moment „pomiędzy”, w którym asymilujemy zmianę i zbieramy potrzebną energię. Ten czas nie musi być tylko trudny i stresujący, jest również ciekawy i rozwojowy. Pamiętaj o tym!

  1. Psychologia

Jakie role odgrywamy, żeby „ułatwić” sobie życie?

W życiu prowadzimy różne gry, często zupełnie nieświadomie. Z jakiegoś powodu utrwaliliśmy w dzieciństwie pewien schemat, który potem często nas uwiera. (fot. iStock)
W życiu prowadzimy różne gry, często zupełnie nieświadomie. Z jakiegoś powodu utrwaliliśmy w dzieciństwie pewien schemat, który potem często nas uwiera. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
W co grają ludzie? W co grasz Ty? - Pierwszy spytał o to Eric Berne, amerykański psychiatra, twórca analizy transakcyjnej. Według niego wszyscy – świadomie lub nie – niczym bohaterowie „Gry o tron” zawieramy sojusze, ale też knujemy intrygi i oszukujemy (w tym samego siebie). To strategia przyjmowana już w dzieciństwie – miała nas przed czymś chronić lub coś gwarantować. Tylko czy zawsze sprawdza się w dorosłym życiu? Co zyskujemy, a co tracimy w naszych codziennych grach?

O tym, że prowadzę z ludźmi gry, dowiedziałam się na terapii – opowiada Magdalena, 37 lat. – Miałam dość pracy, męża, wszystkich, więc w końcu trafiłam do psychologa. „Nikt nie traktuje mnie poważnie” – żaliłam się. Ale terapię często odwoływałam i notorycznie zapominałam zapłacić. „Zrobię przelew” – mówiłam, ale potem coś mnie zajmowało i zamiast w poniedziałek, robiłam go w kolejny wtorek. Któregoś dnia terapeutka wyznała: „Czuję się jak pani rodzic. Muszę zabiegać, upominać się. Czy jest jeszcze ktoś w pani życiu, kto może mieć podobne wrażenie?”. Nagle uświadomiłam sobie, że zawsze tak robię. Nie pamiętam o obietnicach, nie dotrzymuję terminów. A potem rozkładam ręce i mówię: „Przecież nic się nie stało”. Dlaczego więc mam pretensje, że nikt nie traktuje mnie poważnie?

Jestem taka biedna, czyli jakie plusy z życia ma ofiara

– Latami planowałam pójść do terapeuty – wspomina Magdalena. – Momentem przełomowym był awans młodszej koleżanki na szefa marketingu. Dlaczego ona, a nie ja? Pracuję dłużej, to dzięki mnie dyrektorka, która decydowała o sprawach personalnych, dostała tak wysoką funkcję. Właściwie napisałam za nią prezentację. I proszę, znała moje kompetencje, ale mnie nie awansowała. Najgorsze, że nawet nie potrafiłam zdrowo się zezłościć… Pogratulowałam koleżance, szefowej powiedziałam, że świetnie zrobiła, a w domu się popłakałam. A potem przyszła lawina myśli: dlaczego mąż mnie nie szanuje? Dlaczego dzieci wchodzą mi na głowę? Na terapii powoli zaczynałam rozumieć siebie. Mój ojciec był despotyczny, mama uległa. Unikała konfliktów, kompromis zawsze stawiała na pierwszym miejscu. Robiłam podobnie. Wolałam przełknąć zupę z włosem w restauracji niż zachować się agresywnie, jak ojciec. Taka sama byłam wobec szefowej, wykorzystywała mnie, a ja nigdy nie powiedziałam jej „nie”. Jak miała mnie szanować, skoro przemykałam skulona obok niej i ciągle załatwiałam za nią sprawy?

– Człowiek, który gra w życiu ofiarę, unika konfliktów, bo są dla niego zagrażające – tłumaczy Magdalena Nowak-Strelnikov, psycholog i psychoterapeutka. – Najczęściej w dzieciństwie, w domu i w szkole, nauczył się, że ta rola przynosi jakieś korzyści, pozwala mu przetrwać. Może wydaje mu się, że jest bardziej lubiany? Nikt nie musi się go bać? Jest przecież taki dobry, wymaga pomocy, a ludzie uwielbiają pomagać… Największym sukcesem jest zobaczenie tego mechanizmu u siebie. Powiedzenie sobie: „Są chwile, w których zachowuję się, jakbym w ogóle nie miała swojego zdania. Nie potrafię postawić komuś granicy i czuję się potem źle”. Jeśli „ofiara” zobaczy, co traci przez swoją życiową postawę, łatwiej będzie jej się zmienić. A traci czasem lepszą pracę, czasem szacunek u innych. Sabotuje swoją niezależność i blokuje rozwój.

Ja to wiem lepiej, czyli gdy zamieniasz się w rodzica

Przyjaciółki nazywają Karolinę potworem. Niby żartobliwie. „Oj, nie mów Karolinie, bo znów będzie pouczać” – szepczą między sobą.

– Zawsze byłam dumna z tego, że taka jestem. Ostro wyrażam swoje zdanie, nie daję sobie w kaszę dmuchać. Odnoszę sukcesy. Jestem ogarnięta. Jasne, gdzieś słyszałam, że się mądrze, nie dopuszczam cudzych racji. Ale uważałam to za zwykłą zawodową zazdrość – opowiada 40-letnia Karolina. – Przełomem był rozwód. Mąż zdradził mnie nie z młodszą i ładniejszą, ale ze starszą ode mnie sekretarką. „Bo ona mnie nie krytykuje, czuję się przy niej sobą” – powiedział podczas sprzeczki. Nienawidziłam go za to. Jak to?! Przecież to ja pomogłam mu znaleźć pracę, ja mówiłam, jak ma się zachowywać na rozmowach, dzięki mnie zmienił styl ubierania się, w końcu założył firmę. Kubeł zimnej wody wylały na mnie przyjaciółki. Usłyszałam, że krzyczałam na niego, pouczałam go, że i tak długo był święty. Przypomniałam sobie własne dzieciństwo i mamę, która wciąż stawiała nas po kątach. Ojciec był jej kompletnie podporządkowany. Naprawdę byłam jak ona? Byłam… Co więcej, nie tylko wobec eksmęża. Ale w ogóle ludzi: „Dlaczego pani mi tak zapakowała wędlinę? Trzeba inaczej”, „Rzuć tego faceta, jak można się tak szmacić?”, „W tym wieku chcesz iść na psychologię? To szaleństwo!”, „Jak mogłaś wobec niej tak postąpić?”. Jednocześnie w towarzystwie matki wciąż potrafiłam się zachowywać jak dziewczynka. Przez pół roku ukrywałam przed nią rozwód, żeby nie usłyszeć: „To twoja wina, co z ciebie za żona?!”.

– Krytyczny rodzic w nas ma w dzisiejszych czasach ogromne pole do popisu, przecież zawsze możemy coś poprawić, być w czymś doskonalsi. Poza tym to najlepiej znamy z domów – opowiada Magdalena Nowak-Strelnikov. – Dlatego tak trudno nam się powstrzymać, żeby nie oceniać innych. Poza tym krytykę mylimy z miłością i troską. „Przecież mama mówiła, że mnie kocha, a potem wrzeszczała, że beznadziejnie się uczę”. Gdy krytyczny rodzic jest w nas dominujący, nie potrafimy budować zdrowych relacji z innymi, a przede wszystkim męczymy siebie, bo przecież inni zawsze mogą od nas odejść, co zresztą często się dzieje.

– Wobec siebie też byłam surowa. Dręczyłam się milion razy dziennie. „Ty kretynko, jak mogłaś być tak głupia?!”, „Masz 30 lat i jeszcze nie jesteś słynną panią prezes? To po co kończyłaś prawo i zarządzanie? Wstyd!”, „Nie dziwię się, że dzieci cię nie słuchają, jak można być tak beznadziejną matką?!” – opowiada Magda. – Im bardziej dręczyłam siebie, tym bardziej byłam nieznośna dla innych.

Wszystko muszę sama, czyli gierka pani perfekcyjnej

– Telefon dzwoni, nie odbieram. Widzę, że to Kaśka, ale jest mi niedobrze, kiedy o niej myślę – opowiada Marzena, 36 lat. – Wieczna ofiara, beztroska i niedostrzegająca, jak inni się poświęcają. Oddycham głęboko i wracam do punktu wyjścia. Czy ona mnie wykorzystała, czy ja za bardzo się poświęcałam? Odbierałam jej dzieci z przedszkola, sprzątałam i gotowałam, gdy miała depresję, robiłam tort na urodziny, bo ona „nie ma głowy do takich spraw”. „Powiedz jej, co czujesz” – radził mąż. A ja milczałam, bo przecież przyjaźń to pomaganie. Zresztą mężowi też nie potrafię nic powiedzieć. To z jego powodu poszłam kiedyś do psychologa. Wyrzuciłam z siebie całą złość na jego brak pomocy. Usłyszałam: „A poprosiła go pani?”. Na początku chciałam trzasnąć drzwiami, wyjść. Przecież nie za takie porady płacę. Ale potem pomyślałam, że ja nikogo o nic nie proszę. Wstaję o piątej, ogarniam dom, robię dzieciom śniadanie, zawożę, jadę do pracy, wracam, odbieram dzieci. Lekcje, zadania, sprzątanie, gotowanie... O trzeciej w nocy potrafię wstać, bo przypomniałam sobie, że nie wywiesiłam prania albo nie skończyłam prezentacji. Do tego jestem wiecznie uśmiechnięta. Długo dawało mi to siłę, poczucie sprawczości. Dziś jestem już tym strasznie zmęczona. Co więcej, czuję agresję do ludzi, choćby do takiej Kaśki. Nie chcę, żeby mnie wykorzystywali.

– Perfekcjonizm to ogromna pułapka – tłumaczy Magdalena Nowak-Strelnikov. – Stoi za nią często lęk przed słabością, bezradnością. Nienawidzimy jej u siebie, ale też u innych. Takie osoby mają podświadomy lęk przed tzw. pochłonięciem, czyli nawiązaniem z kimś bliskiej i prawdziwej relacji – perfekcjonizm to tylko narzędzie: „Nie zbliżaj się, jestem idealna”. Oczywiście, to prawie nigdy nie jest świadome. Nieświadome jest też ranienie innych, bo przecież gdy taka perfekcyjna przyjaciółka czy partnerka nagle znikną z naszego życia, jesteśmy w szoku. „Wydawała się zadowolona, że robi mi tort, pomaga przy dzieciach, siedzi w domu. Nigdy nie narzekała”. A w niej nakręcała się podskórna bomba złości, która w końcu wybuchła, raniąc wszystkich – także ją samą. Ludzie perfekcyjni często czują się samotni. Niemówienie innym o swoim żalu, smutku czy złości jest pewną formą przemocy psychicznej: „Ty przeżywasz emocje, ja nie”. Nie tylko odcinamy się wtedy od swojego wnętrza, ale też nie dajemy sobie i drugiej osobie szansy na zmianę.

Och, przecież nic się nie stało, czyli jakie plusy ma bycie wiecznym dzieckiem

– Zabawa i zabawa. Tak od lat traktuję mężczyzn. Potrafię umawiać się z kilkoma jednocześnie, każdy zaspokaja mi inne potrzeby – opowiada 30-letnia Katarzyna. – Do pewnego momentu sprawiało mi to przyjemność, dawało poczucie władzy i kontroli. Miałam lepiej niż koleżanki, które żyły w nudnych związkach. Ale ostatnio dobił mnie komentarz przyjaciela: „Ty używasz ludzi”. Najpierw poczułam się okropnie, potem zaczęłam zastanawiać się, czy on nie ma racji. Jestem niby blisko z każdym, a tak naprawdę z nikim. Koleżanki wychodzą za mąż, rodzą dzieci, a ja?

– Dziecko w nas ma różne twarze – mówi Magdalena Nowak-Strelnikov. – Bywa uległe, bo boi się kary surowego rodzica, czasem jest spontaniczne i radosne, a niekiedy nieznośne i roszczeniowe. To nieznośne dziecko myśli tylko o swoich potrzebach, jest impulsywne, egoistyczne. I pogrywa innymi, by osiągnąć swój cel. Najczęściej takie zachowanie wynika z lęku przed odpowiedzialnością, zrozumieniem, że dorosłe życie polega na dokonywaniu wyborów i ponoszeniu ich konsekwencji.

W tę grę często grają nieodpowiedzialni mężowie i żony z głową w chmurach. W przeszłości albo obserwowali kogoś nieodpowiedzialnego, albo sami nauczyli się, że to najlepsza metoda na życie („nie muszę brać odpowiedzialności za innych, ale dzięki nim mogę się dobrze czuć”). To jak mieć ciastko i zjeść ciastko, ale do czasu, bo rola dziecka, podobnie jak każda inna, w końcu zaczyna ciążyć.

Trzy osoby w nas

To tylko kilka przykładów gier, w które gramy na co dzień z innymi, ale też z samymi sobą. Początkowo coś nam dają w relacjach, coś załatwiają lub ułatwiają – lepsze traktowanie, sympatię, współczucie. Po jakimś czasie jednak stają się zbyt uciążliwe – wymagają zakładania ciągle tej samej maski, stałej czujności i tłumienia emocji. Oddalają nas od innych i od siebie samych.

– Wszyscy w jakimś sensie udajemy, dlatego nie demonizowałabym gier międzyludzkich – uspokaja Magdalena Nowak-Strelnikov. – W psychologii wolimy nazywać je transakcjami, czyli wymianami komunikacyjnymi. Jak to wytłumaczyć prościej? Nasze „ja” składa się z trzech części, które w analizie transakcyjnej nazwano: rodzicem, dzieckiem i dorosłym. Dziecko w nas odpowiada za potrzeby, pragnienia, atawizmy. Dorosły pozwala nam kontaktować się z rzeczywistością. Dzięki niemu oceniamy, kim jesteśmy, w jakim punkcie życia się znajdujemy. Rodzic to z kolei nasze normy i zasady, przekonania, co wolno, a czego nie. To, jak kontaktujemy się z ludźmi, nawiązujemy z nimi relacje, zależy od tego, jak te trzy części w nas funkcjonują. Przy różnych ludziach wchodzimy w różne role. Wobec niektórych jesteśmy ulegli jak dziecko, wobec innych zachowujemy się jak rodzic. Matkujemy im albo pouczamy ich jak surowy ojciec. Przy jeszcze innych zachowujemy się jak dorośli i komunikujemy się po partnersku. Te wszystkie części w nas są, a w określonych sytuacjach uruchamiamy jedną z nich – najważniejsze, by wybrać tę najwłaściwszą.

Gdy mamy czas wolny, dziecko w nas pozwala odpocząć i cieszyć się chwilą, ale gdy trzeba będzie zajmować się sprawami urzędowymi, dorosły sprawi, że zachowamy się dojrzale. W innych sytuacjach, na przykład wobec córki czy syna, kontrolę przejmie rodzic. Problem zaczyna się wtedy, gdy jedna z postaci zaczyna dominować. Wtedy nie tylko mamy kłopot z budowaniem zdrowych relacji, ale też nieświadomie ranimy siebie. Ważna jest właśnie ta nieświadomość, bo my najczęściej nie wiemy, że w ogóle w coś gramy. Złościmy się na innych, a sami sprawiamy, że traktują nas tak, a nie inaczej.

– Na szczęście każdy może zrozumieć gry, w które gra. Uświadomić sobie, co mu dają, co blokują – mówi psychoterapeutka. – Najtrudniejsze może być wyłapanie gry, którą uprawiamy najczęściej. Nie zawsze jest ona tak oczywista. Dlatego polecam książkę „W co grają ludzie” Erica Berne'a – to jedno z pierwszych, świetnych opracowań dotyczących gier transakcyjnych, kopalnia wiedzy o nas samych. Przeczytanie jej może być pierwszym krokiem do zmian. I budowania autentycznych relacji z ludźmi