1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Puść banana - uwolnij się od chęci posiadania. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Puść banana - uwolnij się od chęci posiadania. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Niewygoda to zawsze wyzwanie, które sprzyja rozwojowi wewnętrznemu. (Fot. Getty Images)
Niewygoda to zawsze wyzwanie, które sprzyja rozwojowi wewnętrznemu. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Naszą naturalną potrzebą jest wygodne życie. Przedmioty i urządzenia, które je ułatwiają. Brak trosk, konfliktów i lęków. – Ale to dzięki niewygodom doświadczamy życia pełniej i intensywniej – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger. 

Pandemia zmusiła nas do wyrzeczeń, obawiamy się ich skutków. Tymczasem w książce „Wszystko jest łatwiejsze, niż nam się wydaje” hiszpańskiego psychoterapeuty Rafaela Santandreu przeczytałam coś zaskakującego. Właśnie wyrzeczenia mają nam dać poczucie obfitości i bezpieczeństwa! Zgadzam się z tym, bo świadoma rezygnacja z nadmiaru wygód i dóbr jest jedną z dróg prowadzących do rozwoju duchowego. A więc do zmiany perspektywy na to, co jest prawdziwą wartością w życiu, a przede wszystkim – czym jest samo życie. Ilustrują to dobitnie historie wszystkich wielkich proroków i oświeconych, którzy albo – tak jak Jezus – doświadczali skrajnej biedy i wielkich zagrożeń, albo – tak jak Śakjamuni – dobrowolnie wyrzekali się posiadania czegokolwiek oprócz szaty, miski i kija. Śakjamuni był księciem, synem przebogatego króla Kaszmiru. Kiedy się urodził, nadworny astrolog powiedział królowi, że jego syn ma potencjał wielkiego nauczyciela duchowego. Król, który inaczej widział cel życia swojego następcy, zrobił, co mógł, aby tak się nie stało. Zapewnił synowi superkomfortowe warunki, brak jakichkolwiek trosk. A więc egzystencję pozbawioną czegokolwiek, co skłaniałoby młodego księcia do refleksji nad kruchością i przemijalnością życia. Nawet kwiaty w pałacu Śakjamuniego wymieniano każdej nocy na świeże, aby nie dostrzegł, że więdną.

Komfort i brak trosk nas… ogłupia? Oddziela od doświadczenia prawdziwego życia, od świadomości, że my, ludzie, na równi z kwiatami, zwierzętami, górami i gwiazdami jesteśmy jego ekspresją. Król stworzył dla syna superinkubator, by podtrzymywać i umacniać w nim poczucie oddzielenia od nieustannie zmieniającego się życia. Pewnego dnia popełnił jednak błąd, gdyż zezwolił na to, aby książę przyglądał się zawodom oraczy. Śakjamuni zobaczył więc ciągnięte przez woły, spulchniające ziemię pługi. Zobaczył lecące za nimi ptaki wyjadające dżdżownice wyrzucone lemieszem na powierzchnię. Doświadczył więc tego, co nazywa się kołem życia i śmierci: oranie ziemi po to, aby posiać ziarno, z którego będzie chleb. Niszczenie pługiem schronienia dżdżownic, umożliwiające ptakom zdobycie pożywienia. Późniejszy Budda zrozumiał, że nie żyje realnym życiem, i porzucił bogactwo i władzę. Uciekł z ojcowskiego inkubatora w Himalaje w poszukiwaniu mistrzów życia. Dzięki tym wyrzeczeniom poznał piękno i bogactwo świata, w którym kwiaty nie tylko kwitną, lecz także przekwitają, dając początek owocom i nasionom. Doświadczył obfitości i cudowności prawdziwego życia. I tego, że wszystkie jego formy wyłaniają się z jednego źródła, z którym są tożsame.

Ilustracja Paweł Jońca Ilustracja Paweł Jońca

Porzucić pałac?! Wielu z nas czuje lęk na myśl, że może nie mieć lodówki z zamrażarką, która kruszy lód! Afrykańscy Pigmeje łapią małpy w taki sposób, że wkładają banana do klatki o bardzo wąskich przerwach między bambusowymi prętami. Małpa widzi smakowity owoc, wkłada łapę do klatki, chwyta go, ale nie może wyjąć. Nie jest jednak w stanie puścić banana, nawet gdy widzi zbliżających się myśliwych. No i traci nie tylko ten owoc, lecz także wolność, a nawet życie. My postępujemy podobnie, uważając, że tylko dzięki nowemu samochodowi czy wygranej na loterii będziemy szczęśliwi! Nie tylko ręka, ale i nogi utykają nam w klatce, kiedy wszystko poza tymi naszymi bananami uznajemy za bezwartościowe. Oddajemy wolność, nierzadko zdrowie, a także całe piękno świata i smak życia za złudzenie posiadania i bezpieczeństwo.

Wyrzeczenie się „banana” daje poczucie obfitości, bo kiedy o nim zapominamy, zaczynamy dostrzegać wszystko, co poza klatką może nam dać świat? Właśnie! Komfort ani posiadanie nie są warunkiem szczęścia. Jest nim wyrzeczenie. Dzięki niewygodom żyjemy pełniej! Doświadczamy życia intensywniej, bo poza strefą komfortu wyostrzają się nasze zmysły: słuch, wzrok, węch, dotyk. A to dlatego, że nie możemy postępować rutynowo, automatycznie, schematycznie. Jesteśmy więc obecni w swoim życiu, jesteśmy tu i teraz. Kreatywni, otwarci.

To tylko nasze neurotyczne pragnienia, uzależnienia przeszkadzają nam cieszyć się obfitością życia. Co więcej, im bardziej dbamy o swoją wygodę, tym bardziej rośnie w nas lęk, że ją stracimy. Tym więcej energii wkładamy w to, aby te wygody pomnożyć. Ale to znów wzmacnia w nas lęk przed utratą tego, co wydaje się nam warunkiem szczęścia i bezpieczeństwa. I tak wpadamy w błędne koło, bo lęku możemy się pozbyć, tylko wyrzekając się konsumpcyjnych pragnień i ograniczając je. Jeśli nam się to uda, to jesteśmy jak małpa, która puściła banana: odzyskujemy wolność, ratujemy życie i rozwijamy swoją autonomię.

Niewygoda i wyrzeczenia stwarzają warunki do rozwoju naszej niezależności? Poza strefą komfortu rozwijamy odporność psychiczną! Pokonując różne wewnętrzne i zewnętrzne przeszkody, przezwyciężając lenistwo, a także ucząc się panować nad impulsami i emocjami – kształtujemy swój charakter. Poza strefą komfortu wzmacniamy też odporność biologiczną. Poprzez częsty i urozmaicony kontakt z bakteriami i patogenami aktywizujemy system immunologiczny.

Wychodząc ze strefy komfortu, hartujemy więc psychikę i ciało? Właśnie! Hartujemy! Zwróć uwagę, że tego słowa się dziś nie używa. Bo też nie mamy za wiele okazji, by nabierać krzepy i odporności w zetknięciu z niewygodami i zagrożeniami. Nie mamy więc jak zdobywać umiejętności, które pomagają nam realnie o siebie zadbać. Pandemia covid-19 pokazuje, że inkubator, stworzony w pocie czoła przez naszą konsumpcyjną cywilizację, daje nam tylko złudzenie bezpieczeństwa, a w istocie nas osłabia. Nie mamy bowiem okazji ćwiczyć odporności. Co więcej, dążąc do komfortu i bezpieczeństwa, tak zapaskudziliśmy naszą planetę, że stała się toksyczna. Stoimy więc teraz jako cywilizacja przed wyborem: Czy inwestować w doskonalenie inkubatora, nie zważając na powiększające się wokół niego śmietnisko? Czy raczej postawić na sprzątanie i na ludzką naturalną zdolność do radzenia sobie z patogenami?

W zamian za śmiecenie i trucie mamy autonomiczne samochody, myślące domy! Czyli niepotrzebne wygody, które nas pozbawiają okazji do rozwoju naszych ukrytych potencjałów. Jeszcze 30 lat temu masa codziennych wyzwań – czyli niewygód – sprawiała, że byliśmy bliżej życia, bliżej natury. Znaliśmy zasady i reguły obowiązujące na statku kosmicznym, jakim jest nasza Ziemia. Tych zasad nie da się bezkarnie łamać ani lekceważyć, bo wtedy nic nas nie obroni przed kolejnymi pandemiami.

No, ale co proponujesz w miejsce komfortu i konsumpcji? Świadomość naszych autentycznych, głębokich potrzeb. Pozwoli nam ona zrozumieć, że nieustanny wzrost gospodarczy nie jest najważniejszy. Podobnie jak wygody, posiadanie rzeczy i sztuczne, pozbawione patogenów środowisko. Ważna jest za to autonomia, obecność we własnym życiu. Związki z ludźmi i utożsamienie się z całym biologicznym światem. Świadomość naszych autentycznych, głębokich potrzeb pozwala nam zrozumieć, że o poczuciu obfitości decyduje miłość, czyli afirmujący i akceptujący stosunek do wszelkich przejawów życia. Z naszym własnym życiem włącznie.

Każdy, kto już to wie, jest przygotowany do życia w świecie postpandemicznym. Co do pozostałych można mieć nadzieję, że pandemia sprowokuje ich do wewnętrznej transformacji i zobaczą, iż obecność w realnym świecie, a także związki i miłość uwalniają nas od lęku przed wyrzeczeniami, niewygodą, stratą, zagrożeniem. Kiedy mamy świadomość naszych autentycznych, głębokich potrzeb, cokolwiek by się działo, nie stracimy poczucia bezpieczeństwa, obfitości i sensu.

No, ale tak na co dzień niewygody, jak sprężyna pod tapicerką fotela, sygnalizują nam konieczność zmiany mebla, a nie rozwoju duchowego przez siedzenie na sprężynie. No właśnie, to kolejna korzyść z niewygody – zmusza nas do zmiany. A bywa, że to, co pozwolę sobie nazwać niewygodą, ma wymiar tragedii, gdyż przejawia się, na przykład, w postaci utraty najbliższej osoby. Wtedy mamy wybór: załamać się, zamknąć w poczuciu krzywdy i zgorzknieć, czyniąc ze swego życia ponurą izbę pamięci; albo potraktować tę sytuację jako impuls do rozwoju, zaangażowania w coś pożytecznego. Wtedy świat będzie nas nadal zachwycał na wiele nowych sposobów.

Wygląda na to, że nic nam tak nie szkodzi jak wygodny fotel i brak wyzwań. Spójrzmy na seniorów. Wielu planuje, że na emeryturze będzie tylko wypoczywać i wypoczywać. Ale kiedy to się im uda, wpadają w depresję! Nadmiar wygody rodzi poczucie bycia niepotrzebnym i braku motywacji do czegokolwiek. Niezbędna jest wtedy jakaś pasja, działalność na rzecz innych, poznawanie nowych przestrzeni. Cokolwiek, co skłoni nas do przekraczania ograniczeń i bezruchu. Emeryt musi nieźle się nagimnastykować, aby wspiąć się nawet na niewielki górski szczyt. Ale gdy mu się to uda, eksploduje radością. Niewygoda to zawsze wyzwanie, a nie problem.

Największym wyrzeczeniem, zdaniem Rafaela Santandreu, jest wyrzeczenie się życia, czyli pogodzenie się z tym, że kiedyś umrzemy. Dopiero to daje nam całkowitą wolność od lęku. Daje nam to całkowitą wolność od lęku szczególnie wtedy, gdy poczujemy i zrozumiemy, że sami jesteśmy życiem, które nieustannie się zmienia, zanika i odradza. I że w tym sensie jesteśmy nieśmiertelni. Możemy się do tej wolności przybliżyć, wyobrażając sobie, że tracimy wszystko, co posiadamy. Także bliskich. Co by z nas wtedy zostało? Kim byśmy byli? Co byłoby sensem naszego dalszego życia? Podobne ćwiczenie to wyobrażenie sobie, że został nam miesiąc życia, bo na przykład mamy jakąś terminalną chorobę. Jak sobie wtedy zorganizujemy ten czas? Czym go wypełnimy? Poważne potraktowanie takich ćwiczeń pomoże nam na nowo ustawić hierarchię wartości i nie zmarnować czasu, jaki nam pozostał.

Ale takie refleksje przerażają! Jeśli tak, to trzeba przypomnieć sobie, że zaledwie 75 lat temu skończyła się straszna wojna, podczas której miliony ludzi utraciły wszystko. Tych ludzi trzeba pytać, jak to zrobili, w imię czego chciało im się jeszcze żyć. Już prawie wszyscy odeszli, ale na szczęście zostawili po sobie sporo książek…

A ty co byś powiedział? Cały czas tylko o tym mówiłem.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło poleca

Zobacz galerię 3 Zdjęć
Zwracamy się w sprawie zapowiadanego nowego, dodatkowego obciążenia mediów działających na polskim rynku, myląco nazywanego „składką” wprowadzaną pod pretekstem COVID-19.

List otwarty do władz Rzeczypospolitej Polskiej i liderów ugrupowań politycznych

Jest to po prostu haracz uderzający w polskiego widza, słuchacza, czytelnika i internautę, a także polskie produkcje, kulturę, rozrywkę, sport oraz media.

Wprowadzenie go będzie oznaczać:

1. osłabienie, a nawet likwidację części mediów działających w Polsce, co znacznie ograniczy społeczeństwu możliwość wyboru interesujących je treści;

2. ograniczenie możliwości finansowania jakościowych i lokalnych treści. Ich produkcja daje obecnie utrzymanie setkom tysięcy pracowników i ich rodzinom oraz zapewnia większości Polaków dostęp do informacji, rozrywki oraz wydarzeń sportowych w znaczącej mierze bezpłatnie;

3. pogłębienie nierównego traktowania podmiotów działających na polskim rynku medialnym. W sytuacji, gdy media państwowe otrzymują co roku z kieszeni każdego Polaka 2 mld złotych, media prywatne obciąża się dodatkowym haraczem w wysokości 1 mld zł;

4. faktyczne faworyzowanie firm, które nie inwestują w tworzenie polskich, lokalnych treści, kosztem podmiotów, które w Polsce inwestują najwięcej. Według szacunków firmy określane przez rząd jako „globalni cyfrowi giganci” zapłacą z tytułu wspomnianego haraczu zaledwie ok. 50-100 mln zł w porównaniu z 800 mln zł, jakie zapłacą pozostałe aktywne lokalnie media.

Skandaliczne jest również niesymetryczne i selektywne obciążenie poszczególnych firm. Dodatkowo niedopuszczalna w państwie prawa jest próba zmiany warunków koncesyjnych w okresie ich obowiązywania.

Jako media działające od wielu lat w Polsce nie uchylamy się od ciążących na nas obowiązków i społecznej odpowiedzialności. Co roku płacimy do budżetu państwa rosnącą liczbę podatków, danin i opłat (CIT, VAT, opłaty emisyjne, organizacje zarządzające prawami autorskimi, koncesje, częstotliwości, decyzje rezerwacyjne, opłata VOD itd.). Własną działalnością charytatywną wspieramy też najsłabsze grupy naszego społeczeństwa. Wspieramy Polaków, jak i rząd w walce z epidemią zarówno informacyjnie, jak i przeznaczając na ten cel zasoby warte setki milionów złotych.

Zdecydowanie sprzeciwiamy się więc używaniu epidemii jako pretekstu do wprowadzenia kolejnego, nowego, wyjątkowo dotkliwego obciążenia mediów. Obciążenia trwałego, które przetrwa epidemię COVID-19.

Sygnatariusze listu

Agencja Wydawnicza AGARD Ryszard Pajura Agora S.A. AMS S.A. Bonnier Business Burda Media Polska CANAL+ Dziennik Trybuna Dziennik Wschodni Edipresse Polska Eleven Sports Network sp. z o.o. Gazeta Radomszczańska Green Content sp. z o.o. Gremi Media S.A. Grupa Eurozet Grupa Interia.pl sp. z. o.o. Grupa Radiowa Agory sp. z o.o. Grupa RMF Grupa ZPR Grupa Wirtualna Polska Helios S.A. Infor Biznes Kino Polska TV S.A. Lemon Records sp. z o.o. Marshal Academy Music TV sp. z o.o. Muzo.fm sp. z o.o. naTemat.pl OKO.press Polityka Polska Press Grupa Ringier Axel Springer Polska STAVKA sp. z o.o. Superstacja sp. z o.o. Telewizja Polsat sp. z o.o. Telewizja Puls sp. z o.o. TIME S.A. TV Spektrum sp. z o.o. TVN S.A. Tygodnik Powiatu Wołowskiego Kurier Gmin Tygodnik Powszechny Wydawnictwo Bauer Wydawnictwo Dominika Księskiego Wulkan Wydawnictwo Magraf Wydawnictwo Nowiny Zakopiańskie Towarzystwo Gospodarcze – Tygodnik Podhalański

  1. Psychologia

5 poradników rozwojowych - żeby się żyło lepiej

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Zimowe wieczory i zubożałe w pandemii życie towarzyskie przyniosły mi taki pożytek, że miałam czas na powrót do książek, które kiedyś odłożyłam „na potem”. Niektóre czekały na swoją kolej dość długo... Ale to książki, które się nie starzeją!  Oto pięć poradników rozwojowych, które przynoszą nie tylko inspiracje do działania, ale i podpowiedzi, co zrobić, żeby żyło nam się lepiej. Jasne, nie ma uniwersalnych rozwiązań, ale warto szukać tych, które sprawdzą się w naszym przypadku.

Zimowe wieczory i zubożałe w pandemii życie towarzyskie przyniosły mi taki pożytek, że miałam czas na powrót do książek, które kiedyś odłożyłam „na potem”. Niektóre czekały na swoją kolej dość długo... Ale to książki, które się nie starzeją!  Oto pięć poradników rozwojowych, które przynoszą nie tylko inspiracje do działania, ale i podpowiedzi, co zrobić, żeby żyło nam się lepiej. Jasne, nie ma uniwersalnych rozwiązań, ale warto szukać tych, które sprawdzą się w naszym przypadku.

Wyzwanie Stoika, William B.Irvine, wyd. Insignis

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Pierwszym skojarzeniem, jakie mam ze słowem „stoik” jest „spokój”. Słowniki tłumaczą  go jako zachowanie równowagi niezależnie od okoliczności i komplikacji. Czy w dzisiejszym świecie to w ogóle możliwe? Tak, twierdzi profesor filozofii, William B.Irvine – to kwestia zachowania stoickiej strategii prób. Opiera się ona na wywodzącym się od starożytnych filozofów założeniu, że do sytuacji, jakie spotykają nas na co dzień, możemy odnieść się elastycznie I w zależności od interpretacji różnie na nie reagować. Takie podejście znane jest również we współczesnej psychologii – to tzw. efekt ram interpretacyjnych; niełatwo jednak wprowadzić je w życie. Wzorem stoików – jako ułatwienie – autor proponuje traktowanie problemów jak wyzwania, które mają polepszyć naszą egzystencję.  Oprócz wspomnianego spokoju przyniosą nam większą odporność psychiczną I sprawczość, a mniej frustracji I automatyzmów w działaniu. A w dłuższej perspektywie – akceptację upływu czasu, a nawet tego, że nas kiedyś zabraknie.

Przestań się zamartwiać, Joanna Godecka, wyd. Muza

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Pragniemy czuć się bezpiecznie i ciągle na zapas zamartwiamy się rzeczami, które mogą nam w tym przeszkodzić. A – jak pisze psychoterapeutka – Joanna Godecka nie sposób jednocześnie martwić się i czuć bezpiecznie. O poczucie bezpieczeństwa nie trzeba zabiegać specjalnymi metodami – przyjdzie samo, gdy uwolnimy się od podszytych lękiem przekonań związanych z naszą relacją z sobą  i z innymi, z osiąganiem celów, rozwojem osobistym i duchowym. Są zapisane w naszej głowie jak dane na dysku komputera i podobnie jak w informatyce nawet po usunięciu pozostaje po nich ślad. Zatem lepiej je przekodować i temu, jak to zrobić, a potem utrwalić nowy zapis – poświęcony jest ten podręcznik.

Od czerwieni do turkusu, Ewa Mażul, wyd. Onepress

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Zazwyczaj działamy nawykowo, także  w zakresie komunikacji.  A to oznacza, że tak przyzwyczailiśmy się do tego, jak mówimy, że często nawet nie sprawdzamy, czy i w jakim stopniu inni nas rozumieją. W tym właśnie doświadczona trenerka komunikacji Ewa Mażul upatruje źródło problemów we wzajemnym porozumiewaniu się. Jak rozwiązanie problemu proponuje empatyczne podejście – nazywa jej „rolls-royce’em komunikacji werbalnej”.  Osiągnięcie tego poziomu wymaga przejścia na turkusowy poziom świadomości (to nawiązanie do koncepcji tzw. turkusowych organizacji. To wymagający proces, w zamian zyskujemy jednak umiejętność znajdowania rozwiązań korzystnych dla obu stron. A nic bardziej motywującego jeszcze nie wymyślono!

Sztuka tworzenia wspomnień, Mik Wiking, wyd. Insignis

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

To mój zdecydowany faworyt w tym zestawieniu poradników. Często do niego wracam, jeśli nie fizycznie, to w myślach... Meik Wiking, znany wcześniej z książki poświęconej hygge, czyli duńskiemu sposobowi na pielęgnowanie poczucia dobrostanu, jest dyrektorem Instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze. Wyniki prowadzonych tam badań wskazują, że na to, iż jedni ludzie czują się szczęśliwsi od innych, wpływają m.in. wspomnienia, jakie przechowują w pamięci. Najważniejszym przesłaniem, jakie wynika z publikacji „Sztuka tworzenia wspomnień” wydaje się to, że nie zapamiętujemy rzecz przypadkowych, a te, na które ktoś zwrócił nam uwagę, albo tzw. pierwsze razy: pierwszą podróż zagraniczną, pierwszy wyjazd na wakacje bez rodziców... Ponieważ nie zawsze znajdzie się ktoś, kto nam o czymś przypomni, a i z wiekiem coraz mniej tych premierowych wydarzeń, autor proponuje, by samodzielnie stymulować dobre wspomnienia. Jak to robić? Na przykład, kiedy poczujemy coś przyjemnego starajmy się to zapamiętać. Wkrótce po pierwszej lekturze książki zrobiłam sobie ćwiczenie i zachowuję w pamięci uczucie, jakie towarzyszyło mi, gdy ugryzłam zerwane prosto z drzewa jabłko; samego smaku nie pamiętam, lecz na wspomnienie, jak soczysty był ten pierwszy gryz, moje ślinianki gwałtownie się budzą..

Jak rozmawiać z furiatami, Mark Goulston, Wydawnictwo Zwierciadło

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

„Założę się, że każdego niemal dnia musisz  poradzić sobie przynajmniej z jedną irracjonalna osobą” –  pisze psychiatra Mark Goulston i zwraca uwagę, że w takiej sytuacji nawet najbardziej logiczna argumentacja będzie daremna. Autor radzi, by wbrew instynktowi wczuć się w cudze „wariactwo” i dopiero po pokazaniu rozmówcy, że z naszej strony nie ma się czego obawiać, odwołać się do jego zdrowego rozsądku. Goulston przypomina, że każdy z nas może się czasami zachowywać jak wariat i upierać przy zupełnie bezsensownych działaniach. Dlatego w książce, poza podaniem wielu przykładów, jak rozmawiać z furiatami, radzi, jak poradzić sobie z własną irracjonalnością oraz jej skutkami. Taką ściągę warto mieć na półce!

  1. Psychologia

Jaki jest stosunek psychologii do tzw. zjawisk magicznych? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Badania wykazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi. (Ilustracja: iStock)
Badania wykazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Duchy, cuda, zjawy, wampiry – są jedynie wytworem naszej fantazji czy emanacją tego, co niepoznane? Choć nauka im zaprzecza, to ludzkie doświadczenie mówi, że coś jest na rzeczy. A co ze stanami odmiennej świadomości? Halucynacje czy przejaw naszej głębi? O to wszystko Joanna Olekszyk pyta psychoterapeutę Wojciecha Eichelbergera.

Czytałam badania, które pokazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Z innych źródeł wiem, że coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi – przebudzeń, kontaktów z wyższą jaźnią. Przychodzą z tym do psychoterapeuty? Jaki jest w ogóle stosunek psychologii i psychoterapii do rzeczy, które zwykliśmy nazywać magicznymi czy wymykającymi się racjonalnemu osądowi? Poruszyłaś tu dwie różne sprawy. Obszar szczególnych ludzkich doświadczeń, które nazywamy doświadczeniami transcendentnymi albo mistycznymi, stawiających pod znakiem zapytania naszą egocentryczną i oddzieloną od świata tożsamość – to zupełnie inna sprawa niż wiara w duchy, cuda czy zabobony. I to bardzo mocno trzeba tu podkreślić. Tym bardziej że doświadczenia transcendentne – w przeciwieństwie do zabobonów, były badane w ramach psychologii akademickiej. A przynajmniej paru naukowców starało się dowiedzieć, o co w nich chodzi.

Pierwszym był Abraham Maslow, który wymyślił znaną piramidę potrzeb, a na jej szczycie umieścił potrzebę samorealizacji, czyli subiektywne doznanie spełnienia i zrozumienia prawdziwej, wspólnej wszystkim i wszystkiemu istoty. Maslow tego nie wymyślił, tylko przyjrzał się bacznie ludziom deklarującym, że przydarzyło im się doświadczenie, które radykalnie odmieniło ich sposób przeżywania siebie, a także relacji z innymi ludźmi i ze światem. U części badanych pojawiło się ono spontanicznie przy okazji jakichś religijnych praktyk, u innych w trakcie zwykłych codziennych działań, a u jeszcze innych podczas nadzwyczajnie trudnych albo nadzwyczajnie radosnych okoliczności. Maslow dociekliwie i skrupulatnie przepytał wiele takich osób i stwierdził, że we wszystkich relacjach powtarzają się te same elementy. To skłoniło go do wniosku, że repertuar możliwych ludzkich przeżyć zawiera w sobie także to, co nazwał doświadczeniem szczytowym (ang. peak experience), innymi słowy: doświadczeniem samorealizacji, które korzystnie, głęboko i na trwałe zmienia nasze postrzeganie siebie i świata. Przepytywani przez Maslowa ludzie deklarowali, że stali się bardziej radośni, empatyczni, otwarci, wolni od dotychczasowych lęków i napięć. Wszystko to potwierdzało, również skrupulatnie przepytane, otoczenie badanych.

Niektórzy takie stany osiągali po zażyciu psychodelików. Takie przypadki też badano. Wkrótce po badaniach Maslowa nastąpiła era LSD i innych psychodelików, więc wielu badaczy zajęło się zagadnieniem zmian świadomości i percepcji pod wpływem tych środków. Ale nie minęła dekada i badania te, a także próby wdrażania ich do procesów terapeutycznych w psychiatrii, z tajemniczych powodów, zostały zakazane. Jeden ze znanych badaczy fenomenu zmian ludzkiej percepcji pod wpływem LSD uznał to za zjawisko typowe dla naszego obszaru kulturowego: niemal powszechnie akceptujemy substancje obniżające świadomość – czyli sprawiające, że naszym postrzeganiem i zachowaniem zaczynają kierować potrzeby i emocje uznawane powszechnie za niższe, jak agresja, niekontrolowana seksualność, ryzykanctwo i różnorakie fobie – natomiast zakazujemy substancji podwyższających wibrację świadomości, czyli sprawiających, że naszym zachowaniem mogą zacząć kierować potrzeby i uczucia uznawane powszechnie za wyższe, takie jak: empatia, wrażliwość, zachwyt, wdzięczność, wszechogarniająca miłość. Do pierwszej grupy środków badacze zaliczyli alkohol, substancje typu „speed”, takie jak: kokaina, amfetamina, heroina, ecstasy i wszelkiego rodzaju dopalacze. Do drugiej byli skłonni zaliczyć marihuanę, psylocybinę, LSD i DMT. Badania nie zostały zakończone, więc nie jest pewne czy wszystkie wymienione substancje z grupy drugiej mają zbawienny wpływ na ludzką świadomość, ale obserwacja badaczy wydaje się trafna.

I co pokazywały tamte badania? Że stany odmiennej świadomości czy doświadczanie rzeczy lub zdarzeń „nie z tego świata” to całkiem realne zjawisko i że dość często się zdarza. Dziś jest mnóstwo relacji na ten temat, nie tylko w literaturze religijnej, ale też świeckiej. Temat ten jakiś czas temu ponownie podjął amerykański badacz Mihály Csíkszentmihályi, autor koncepcji „przepływu”, czyli flow. W psychiatrii głównym prekursorem tego nurtu badań jest czeski profesor psychiatrii Stanislav Grof. Ale wszystko to nadal odbywa się na marginesie nauki. A to wielka szkoda, bo druga klasa zjawisk, od których zaczęłaś naszą rozmowę, czyli wiara w duchy, klątwy i zabobony – wiąże się z tym, że nauka nie chce się poważnie zainteresować pierwszym tematem. A drugi z góry dyskwalifikuje i redukuje do problemu wykształcenia ludzi, którzy tak myślą i czują – nazywając to wszystko przejawami „ciemnoty”.

Tyle nauka, a co mówi psychoterapia? No właśnie. Tu prawie wszystko zależy od szkoły terapeutycznej. Obecnie na rynku psychoterapii dominują szkoły, których metody są oparte na naukowych rozstrzygnięciach, a wyniki dają się zmierzyć. Najważniejsze z nich to racjonalna terapia zachowań (RTZ) i szkoła poznawczo-behawioralna. Ale jak wszystkie inne podejścia terapeutyczne, one też mają swoje ograniczenia wynikające z przyjęcia metodologii zapewniającej twarde dowody. A przecież tajemnica człowieka, jego świadomość i potencjał transcendencji nie mieszczą się w tak zawężonej perspektywie. Na szczęście oprócz tych nurtów istnieją szkoły psychoterapii, które swoje źródła mają w psychologii głębi. Jak sama nazwa wskazuje, sięgają one w głąb ludzkiego umysłu, w obszary nieznanego i niezrozumiałego, którymi ani nauka, ani terapie racjonalne czy poznawczo-behawioralne nie chcą i nie potrafią się zajmować, na zasadzie: „badajmy tylko to, co da się obiektywnie zmierzyć, a to, czego obiektywnie zmierzyć się nie da, uznajmy za nieistniejące”. Z tego powodu cały obszar cienia, czyli tego, co w nas nieświadome, jest poza kręgiem zainteresowania nauki. Ale wkrótce trzeba będzie się tym zająć.

Sprawdźmy więc, jak sobie z tym radzi psychoterapia głębi. Powiedzmy, że przychodzi do gabinetu człowiek… …który jest przekonany, że prześladują go jakieś duchy, czyli niematerialne istoty niewidoczne dla zmysłów przeciętnego człowieka. Psychologia głębi uznaje tego typu opowieść za przejaw działania obronnego mechanizmu projekcji. Czyli wszelkie niewidzialne straszydła, duchy itp. uznaje się za wyprojektowane przez człowieka – i przedstawione w zaczerpniętej z lokalnej kultury czy narracji formie – elementy jego własnej nieświadomości. Wtedy można zaprosić pacjenta do następującego eksperymentu: „Wyobraź sobie, że jesteś tą postacią, której się boisz. Wejdź w jej skórę i położenie, i pozwól jej mówić twoimi ustami. Powiedz, czego chce, jak się czuje, jakie ma motywy, co myśli, co widzi? Chodzi o to, by pacjent zaczął zdawać sobie sprawę z projekcyjnego charakteru postaci, która go prześladuje, i w końcu ją uwewnętrznił – czyli zintegrował ze swoim świadomym „ja”. W ten sposób każdy wyprojektowany przez nas potwór czy duch z czasem może się stać na przykład zrozumiałym zlepkiem naszych własnych potrzeb i emocji związanych z odrzuceniem przez matkę. Tu się kłania święta zasada psychoterapii, że to, co uświadomione i zintegrowane, przestaje rządzić naszym zachowaniem i naszym życiem. A to, co wyprojektowane na zewnątrz i nieuświadomione, blokuje nasze dojrzewanie i rozwój. Nie da się wtedy dotrzeć do szczytu piramidy Maslowa.

Mówisz o projekcjach dotyczących czegoś, czego się boimy. A jeśli widzimy i czujemy rzeczy, których trochę się boimy, a które pociągają, jak kontakt ze zmarłą osobą? Nie sposób uczciwie rozstrzygnąć, czy to, że komuś pojawił się duch, że widział go na własne oczy lub silnie odczuwał jego obecność, jest obiektywną prawdą czy projekcją. Na pewno jest subiektywną prawdą tego człowieka. Może warto wreszcie podjąć dzisiaj w rzetelnych badaniach hipotezę duchów. Podejmowano już w tej sprawie nieudolne próby pod koniec XIX wieku w eksluzywnych klubach spirytystycznych.

Idąc tropem, który opisałeś wcześniej, wytłumaczeniem takich doświadczeń mogłyby być niezakończone relacje ze zmarłą osobą. Nadal nosimy ją w sobie nieświadomie, więc ją uzewnętrzniamy w postaci zjawy? To trafna intuicja. Psychoterapeuta głębi będzie zachęcał pacjenta do badania takiego zdarzenia albo na podstawie hipotezy projekcji, albo niezałatwionego konfliktu, poczucia winy bądź wyrzutów sumienia.

Niektórzy mówią, że ukazujące się zmarłe osoby dają im cenne wskazówki – psycholog głębi mógłby to zinterpretować tak, że jakaś mądra część ich samych w ten sposób do nich przemawia. Ale ponieważ sobie by nie uwierzyli, uwierzą zmarłemu, do którego mieli zaufanie… Właśnie tak. Czyli przekaz ducha zmarłej osoby może w tym wypadku okazać się naszym własnym wyprojektowanym przeczuciem, a może nawet przejawianiem się nierozpoznanego jeszcze w sobie wewnętrznego mędrca.

Rzeczy, które nie sposób objąć rozumem, są więc produktem naszej świadomości, a raczej nieświadomości. Część z nas się ich boi, a część jakoś oswaja. Są ludzie, którzy codziennie rozmawiają z duchami bądź widzą aurę innych i jest to dla nich coś bardzo powszedniego i cennego. Znam wielu takich ludzi, a ponieważ nie jestem ograniczony jakimś dogmatem naukowym i nic, co ludzkie, nie jest mi obce, więc staram się również takie zjawiska i relacje o nich poznawać. Wiele z tych osób potrafi przekazać różne wartościowe informacje z tego, co nazywają światem duchów, a który w ich optyce jawi się jako świat równoległy. Niektóre instytucje – choćby policja – korzystają od czasu do czasu z pomocy tych szczególnie wyposażonych ludzi, zwanych jasnowidzami.

A jednak wszystko to jest nadal spychane w zabobon. Na szczęście ma szerokie ujście w popkulturze: w horrorach, fantastyce, ale też w literaturze pięknej i baśniach. Szczególnie dzieci są wrażliwymi i entuzjastycznymi odbiorcami takich treści. Zapewne dlatego, że ich umysły nie są jeszcze do końca kulturowo zaprogramowane, więc nie zdają sobie sprawy, że czegoś nie należy widzieć lub o czymś nie należy mówić ani o to pytać. Dzieci często widzą duchy, mają prorocze sny albo twierdzą, że pamiętają swoje poprzednie życie. Jakby przeczuwały, że w umyśle i dla umysłu wszystko jest możliwe.

Ostatnio rozmawiałam z pewnym pięciolatkiem o wampirach i jego mama poprosiła mnie: „Dodawaj, że wampiry są tylko w bajkach”. Ale ja tego wcale nie jestem pewna. Oczywiście nie mam na myśli tego, że chodzą po świecie bladolicy mężczyźni, którzy wysysają z nas krew, tylko że wampir to jedna wielka metafora kogoś toksycznego. Mamy określenie „wampiryzm emocjonalny”. Tak, używa się go w psychoterapii. Dla mnie wampir jest metaforą przerażonego perspektywą śmierci ludzkiego ego, przekazywanym z pokolenia na pokolenie marzeniem wiecznego istnienia w idealnie zakonserwowanej, doczesnej formie. Nawet kosztem życia bez słońca. To ucieleśnienie pragnienia nieśmiertelności, bycia niezniszczalnym w tym jednym ciele, w tej jednej postaci, która nigdy się nie starzeje. Z tej perspektywy żyjemy dziś w wampirycznej kulturze. Nikt się nie chce zestarzeć, nikt nie chce umrzeć, wszyscy chcemy być agresywni i skuteczni, nie wahamy się bogacić oraz karmić krwawicą i wysiłkiem innych. Pewnie dlatego wampiry są teraz tak mocno obecne w popkulturze, bo nasze systemy ekonomiczne i polityczne często, zapewne nieświadomie, czerpią z etosu wampira.

Na poziomie indywidualnym wampir jest symbolicznym przedstawieniem cech psychopatycznych – uwodzący, inteligentny, skuteczny, piękny, ale jednocześnie bezwzględny i niezdolny do miłości. Psychopaci są w tej chwili największymi bohaterami popkultury. W tym sensie wampiry naprawdę istnieją wśród nas i, niestety, mają tak dobre samopoczucie, że nie przychodzi im do głowy przyjść na terapię. Gdyby jednak ktoś taki przyszedł na terapię, usłyszałby ode mnie: „Jesteś wampirem z urojenia. Porozmawiajmy o tym”.

Bardzo mnie cieszy, że psychoterapia jest otwarta na taki rodzaj pracy. Psychoterapeuta nie powinien się bać niczego, niezależnie od tego, czy ktoś przychodzi do niego z wampirem, duchem, diabłem, czy z Panem Bogiem, bo przecież i tak się może zdarzyć. W życiu człowieka mamy bowiem do czynienia nie tylko z projekcją wypartego cienia, ale również z projekcją wypartego światła.

Do terapeuty przychodzą też ludzie z Panem Bogiem? Rzadziej do terapeuty, częściej do szpitala psychiatrycznego z diagnozą tzw. urojeń wielkościowych. Ludzie ci uważają, że są Chrystusem, Napoleonem czy jakąś inną wielką postacią. Zamiast dawać leki, warto by z nimi podyskutować. Spytać: „Dlaczego akurat Chrystus?”. Mogłoby się okazać, że mamy tu do czynienia z czymś, co można by nazwać wewnętrzną projekcją wypartego światła, którą można z czasem uwewnętrznić jako pragnienie bycia szlachetną, pomocną innym, światłą postacią albo odkryć, że ta zapożyczona wspaniała tożsamość przykrywa poczucie bezwartościowości, beznadziei i rozpaczy. Można drążyć dalej: „Skoro jest pan Chrystusem, to proszę mi opowiedzieć: Jak się czujesz, Chrystusie? Skąd się tutaj wziąłeś? Co chciałbyś powiedzieć, doradzić komuś takiemu jak ja, jak pomóc cierpiącemu światu?”. A potem, korzystając z notatek, pytałbym o każde zdanie i pogląd. Czy ten, który nosi imię i nazwisko pacjenta, też tak uważa i czy potrafi żyć w zgodzie z tym, co uważa? W końcu by się wyjaśniło, czy mamy do czynienia z wypartym światłem, czy z przykrywką rozpaczy. Choć mogłoby się okazać, że rozwiązaniem byłoby to, co sugerował w opowieści o chorym psychicznie bodajże bracie, mistyk i duchowy nauczyciel Baba Ram Dass. W czasie odwiedzin w szpitalu chory brat pyta: „Dlaczego gdy ty mówisz, że jesteś Chrystusem, to ludzie tego słuchają i jeszcze płacą za wykłady – a gdy ja mówię, że jestem Chrystusem, zamykają mnie w szpitalu?”. Na co Ram Dass: „Bo ty twierdzisz, że tylko ty jesteś Chrystusem, a ja mówię, że wszyscy jesteśmy Chrystusem, tylko nie wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę”.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek (w tym „Patchworkowe rodziny” Wyd. Zwierciadło), współtwórca i dyrektor Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Granice wolności w związku - czy związek to alternatywa dla wolności?

Jeśli podchodzimy do naszego partnerstwa w ten sposób, że uważamy, że nieupilnowany partner skorzysta z okazji i wykorzysta swoją wolność w sposób, który nas zrani, to wyrządzamy krzywdę przede wszystkim sobie. (Fot. iStock)
Jeśli podchodzimy do naszego partnerstwa w ten sposób, że uważamy, że nieupilnowany partner skorzysta z okazji i wykorzysta swoją wolność w sposób, który nas zrani, to wyrządzamy krzywdę przede wszystkim sobie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Czy zauważyliście, że ludzie często myślą o związku jako alternatywie dla wolności? Za deklaracją: „Nigdy nie wyjdę za mąż, nie ożenię się", pod spodem kryje się zazwyczaj strach przed utratą tożsamości, swobody, swobodnego dysponowania swoją osobą.

Otrzymuję czasem maile z pytaniami typu: „Czy można pozwalać parterowi na samotne wyjścia, spotkania z przyjaciółmi, imprezy integracyjne?". Myślę, że ta obawa związana jest z niewłaściwym pojmowaniem partnerstwa, jego istoty i celu, a także samej wolności. Bo nie jest ona wyłącznie możliwością robienia tego, co się nam w danym momencie zachciewa. W życiu, jeśli na czymś nam bardziej zależy, rezygnujemy z czegoś innego. To naturalne. Chodzi więc o to, by działać ze świadomością, że nasza sytuacja życiowa jest kwestią wyboru. To jest wolność.

Zauważcie też, że stosunki damsko-męskie, w tym modele związków, ciągle ewoluują. Kiedyś role były sztywne i z definicji zawierały w sobie wiele ograniczeń. Tego nie wolno, tego nie wypada. Dzisiaj szukamy nowych koncepcji i dróg realizacji siebie, także poprzez partnerstwo. Jednakże wzorce domowe, w których jedna lub obie strony odczuwają brak wolności osobistej, nadal funkcjonują. Kto ma takie doświadczenia z pewnością obawia się ograniczeń lub uważa, że są one niezbędne by związek był dobry.

Problem wolności pojawia się także wtedy, kiedy nasze poczucie wartości jest obniżone oraz kiedy traktujemy związek jak lek na samotność, sposób na dowartościowanie. Pojawia się też wtedy, kiedy czujemy, że nie możemy robić pewnych rzeczy i tłumimy swoje potrzeby z obawy, że okażemy się nie dość dobrzy w roli partnera (a czasem także po to, aby nie dać drugiej stronie prawa do tego, by robiła to samo).

„Beata, moja żona, ma pretensje, gdy chcę robić coś sam, np. pójść na piwo z kolegami z pracy itp. Daje mi do zrozumienia, że ona tego nie robi, bo pierwszeństwo ma rodzina. Dostosowuję się, rzadko korzystam z takich zaproszeń, ale mam wtedy poczucie, że mi nie ufa. Zresztą podejrzliwie wypytuje mnie o wszystko w takich sytuacjach. Czy jeśli spędzę godzinę w innym towarzystwie, to znaczy, że nie kocham rodziny, że jestem nieodpowiedzialny?” pyta Jacek, 32-letni informatyk.

Marysia, 36-letnia redaktorka, również ma obawy dotyczące podobnych kwestii. „Czasem rozmawiam z koleżankami o wyjeździe do SPA na cały weekend. Bez partnera, bez dzieci… ale kończy się na marzeniach, bo szczerze mówiąc, nie wiem, co mój mąż robiłby w tym czasie. A może podrzuciłby dzieci rodzicom i skorzystał z wolności? Moja przyjaciółka w taki sposób odkryła zdradę męża. Klasyka. Wcześniejszy powrót z delegacji. Cieszyła się, że zrobi mu niespodziankę. Ale to on zaskoczył ją. I właśnie się rozwodzą”,  mówi.

Jeśli tak podchodzimy do naszego partnerstwa, czyli uważamy, że nieupilnowany partner skorzysta z okazji i wykorzysta swoją wolność w sposób, który nas zrani, to wyrządzamy krzywdę przede wszystkim sobie. To znaczy, że myślimy: „On/ona jest ze mną tylko dlatego, że tak dobrze go pilnuję?".

Warto też pamiętać, że osoba, którą próbujemy kontrolować, czuje się jak w klatce i rzeczywiście może skorzystać z sytuacji, gdy drzwiczki są niedomknięte...

Jak ustalić granice wolności w związku?

Pierwszym i najważniejszym warunkiem związku, w którym panuje wolność, jest obustronna dobra wola. Wtedy zbudowanie relacji jest naszym wspólnym wyborem, a odpowiedzialność za nią nie jest narzucona. Dobrowolność i odpowiedzialność sprawiają, że nasze obowiązki nie są uciążliwością, ale chęcią, aby związek był dobry i wspierający dla obu stron.

Jeśli kochamy partnera, a on kocha nas i żadne z nas nie próbuje zająć lepszej pozycji, mieć więcej praw czy też większego poczucia bezpieczeństwa kosztem drugiej strony - jesteśmy elastyczni. Wyjście gdzieś samemu, spełnienie swoich potrzeb towarzyskich poza związkiem, uprawianie pasji czy wyjazd integracyjny nie stanowią istotnego problemu. Zakres tych swobód zależy od umowy, możliwości, stylu życia, charakterów i potrzeb.

  1. Psychologia

(Nie) utonąć w konsumpcji. Czy można wyćwiczyć samokontrolę?

Badania naukowe pokazały, że systematyczne ćwiczenia fizyczne prowadzą do powiększenia zasobów samokontroli, zwiększenia sił reakcji wykorzystywanych w samokontroli i rozwijaniu zdolności do pokonywania zmęczenia. (Fot. iStock)
Badania naukowe pokazały, że systematyczne ćwiczenia fizyczne prowadzą do powiększenia zasobów samokontroli, zwiększenia sił reakcji wykorzystywanych w samokontroli i rozwijaniu zdolności do pokonywania zmęczenia. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
O źródłach niepohamowanej konsumpcji, jej wpływie na psychikę człowieka oraz o tym, jak pracować nad samokontrolą, pisze dr Jacek Buczny, psycholog.

„Kolekcjonuj i konsumuj” to współczesna odpowiedź kultury zachodniej na pytanie o szczęście. Satysfakcjonujące życie utożsamiane jest z szeroko pojętą konsumpcją, ta zaś stanowi fundament współczesnej „hedonomii” – gospodarki działającej tak, aby klientowi było przyjemnie tu i to jak najszybciej. Niepohamowana konsumpcja jednak ma służyć psychicznej i behawioralnej ucieczce od rzeczywistości i jest jednym z przejawów społecznego kryzysu umiejętności kontrolowania własnego zachowania. Utrata samokontroli nie tylko nie służy konsumentom, ale także i tym, którzy dostarczają towary i usługi do skonsumowania.

Samokontrola w cenie

Kontrolowanie własnego zachowania jest kluczową umiejętnością, umożliwiającą człowiekowi utrzymywanie wybranego kursu. W psychologii istnieje kilka koncepcji samokontroli. Jedną z nich jest zasobowy model samokontroli. Jego podstawą jest założenie, że samokontrola  tak jak inne czynności  wykorzystuje ograniczoną pulę zasobów energetycznych. „Pobór mocy"  czyli to, ile tych zasobów zostaje zużyte, zależy od rodzaju wykonywanych czynności.

Zachowania wymagające hamowania niepożądanych reakcji, wymagają szczególnie dużej puli zasobów samokontroli. Przykładowo, powstrzymywanie zgubnych nawyków eksploatuje zasoby znacznie silniej niż rozwiązywanie trudnych zadań matematycznych  co na własnej skórze odczuł chyba każdy, kto np. rzucał palenie.

Obok hamowania istotnym składnikiem samokontroli jest cel, który wyznacza kierunek zachowania. Samokontrola nasila się wtedy, gdy w czasie dążenia do celu pojawiają się czynniki zmniejszające szansę jego osiągnięcia. Jednym z takich czynników są impulsy. Samokontrola służy albo do radzenia sobie ze skutkami ich pojawienia się (opanowania ochoty na coś słodkiego) albo do zmniejszenia szansy ich wystąpienia w przyszłości (nie kupowania słodyczy na zapas). Wyczerpanie zasobów samokontroli zwiększa zarówno prawdopodobieństwo pojawienia się impulsów (chęci na papierosa), jak i zmniejsza skuteczność opanowania skutków ich pojawienia się (poddajemy się i zapalamy).

Samokontrolę można traktować też jako cechę jednostki, która stanowi miarę wyjściową puli zasobów do wykorzystania w zadaniu albo radzeniu sobie z konsekwencjami impulsów. Silniejsza samokontrola może sprzyjać także lepszej kontroli impulsów i utrzymywaniu działania nakierowanego na cel. Szczególnym przypadkiem samokontroli jest odraczanie nagród. O osobach, które potrafią długo czekać na nagrodę, nie poddając się pokusom mówimy, że mają bardzo silną wolę. Badania zaś wskazują, że tak rozumiana silna wola leży u podstaw życiowych sukcesów  także tych finansowych.

Konsumpcjonizm zużywa samokontrolę

Współczesny świat daje człowiekowi wiele potencjalnych kierunków rozwoju, ale jednocześnie stawia przed nim liczne pokusy, co powoduje drenaż naszych zasobów samokontroli. Wynika to zarówno z motywacji i potrzeb konsumentów (hedonizm), jak i działań firm oraz agencji marketingowych, ukierunkowanych na zysk. Za pomocą różnych chwytów stwarzają one liczne pokusy, wymuszając impulsywne zachowania klientów oraz osłabiają racjonalność decyzji konsumenckich.

Każdy rodzaj decyzji konsumenckich wymaga samokontroli, a zasoby samokontroli zużywają się, gdy człowiek musi wybierać spośród wielu obiektów ten jedyny, który najlepiej zaspokaja jego potrzeby. Wyczerpywaniu zasobów towarzyszą większa uległość względem pokus i częstsze zachowania impulsywne. Skutkiem tego może być m.in. zmniejszenie racjonalności kolejnych decyzji konsumenckich, wydawanie pieniędzy ponad dopuszczalny lub założony limit. Oznacza to, że szereg decyzji prowadzi do osłabienia zdolności do hamowania procesów albo reakcji, służących regulowaniu działania impulsów. Paradoksalnie, im więcej obiektów, czyli im większa „wolność konsumencka”, tym większa szansa na popełnienia nieracjonalnych decyzji. Sama więc czynność dokonywania konsumenckich wyborów upośledza naszą zdolność do samokontroli.

Zawiedzione nadzieje

Z braków samokontroli wynikają także błędy w ocenianiu i przewidywaniu zadowolenia, które przyniosą nam różne konsumenckie wybory, co często skutkuje złymi decyzjami. Po pierwsze, nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że do przyjemności przystosowujemy się bardzo szybko. Wynika to zarówno z działania mózgu (taka sama przyjemność z czasem przestaje nas pobudzać), jak i uwagi (obiekty pozytywne stają się mniej istotne niż obiekty zagrażające). Często przewidujemy, że zdarzenie odległe w czasie może dostarczyć nam wiele przyjemności, ale gdy już uczestniczymy w tym zdarzeniu, to przyjemność nie jest taka jak oczekiwaliśmy, a w jej miejsce pojawia się niezadowolenie. Towarzyszy temu złudzenie, że „większe jest lepsze”. Na przykład, możemy zakładać, że większe mieszkania na obrzeżach miasta jest lepszym rozwiązaniem niż małe mieszkanie w centrum. Badania naukowe pokazały, że ludzie bardzo szybko przystosowują się do większej przestrzeni w domu, ale nie są w stanie przystosować się uciążliwych dojazdów do pracy, więc w dłuższej perspektywie mieszkanie w centrum jest o wiele lepsze dla tych, którzy pracują w tej części miast.

Często wydaje nam się także, że dokonywanie wyborów spośród wielu różnych opcji spowoduje, że wybrany produkt będzie dostarczał nam najwięcej przyjemności, bo porównując wiele opcji naraz jesteśmy w stanie dokonać bardziej racjonalnej decyzji, niż wybierając z mniejszej puli. Badania pokazały, że efekt jest odwrotny – przyjemność wynikająca z mniej skomplikowanej decyzji jest większa. Do tego dochodzi znana zasada, że „głodny kupuje więcej”. Długotrwała sytuacja braku zaspokojenia jakiejś potrzeby może skutkować nieracjonalnymi zachowaniami w różnych sferach. Gdy jesteśmy głodni jesteśmy bardziej narażeni na kupienie niepotrzebnych produktów, bo zakupy mogą na chwilę zastępować przyjemność związaną z zaspokajaniem głodu. I wreszcie, często zbyt mocno koncentrujemy się na zdobywaniu środków do realizacji celu, zamiast na osiąganiu samego celu. Dobrym przykładem są tutaj pieniądze. Ludzie koncentrują się na ich zarabianiu, uznając często, że jest to najlepsza droga do maksymalizacji przyjemności wynikających z ich wydawania. Okazuje się jednak, że nadmierna koncentracja na dobrach materialnych i zarabianiu wcale nie powiększa dobrostanu tak, jak tego ludzie oczekują, a to rodzi niezadowolenie.

Skutki utraty samokontroli

Jednym z negatywnych społecznych przykładów braku samokontroli jest skłonność do impulsywnego kupowania. Zdaniem naukowców Basa Verplankena i Ayana Sato, sprzedawcy oraz producenci reklam ukształtowali impulsywnego konsumenta, którego zachowania na rynku konsumenckim przynoszą korzyści jedynie w perspektywie krótkoterminowej (poprawa nastroju, zaspokojenie potrzeb posiadania i prestiżu). Konsumpcja może służyć poprawianiu dobrostanu psychicznego poprzez redukowanie negatywnego nastroju, ale kupowanie może być także źródłem wyższej samooceny i satysfakcji z siebie. Jednocześnie badania pokazują, że osoby chętniej i częściej korzystające z dóbr konsumpcyjnych, w porównaniu z osobami nie przejawiającymi takich tendencji, są mniej szczęśliwe.

Okazuje się zatem, że choć liczne badania naukowe pokazują, że zachowania konsumenckie, np. jedzenie, picie, kupowanie, stają się sposobem na radzenie sobie z trudnościami wynikającymi ze spraw codziennych, to ucieczka w konsumpcję i brak samokontroli nie czynią ludzi szczęśliwymi. Paradoksalnie, w ujęciu długoterminowym, większa samokontrola służy i pojedynczym konsumentom, i tym, którzy do konsumowania nas namawiają. Bardziej racjonalny i lepiej kontrolujący się klient jest także lepszym kupującym, bo jest w stanie utrzymać konsumpcję na odpowiednim poziomie, gdyż nie popada w długi, których później spłacić nie może. Nadmierne obciążenie długami powoduje silny stres, osłabienie odporności i liczne choroby, na przykład układu krążenia.

Odzyskać kontrolę

Czy istnieją sposoby łagodzenia tych niekorzystnych zjawisk społecznych i rozluźnienia pętli „hedonomii”, która zaciska się na naszych szyjach? Na szczęście samokontrolę można wytrenować. Badania naukowe pokazały, że systematyczne ćwiczenia fizyczne prowadzą do powiększenia zasobów samokontroli, zwiększenia sił reakcji wykorzystywanych w samokontroli i rozwijaniu zdolności do pokonywania zmęczenia. W innych badaniach pokazano, że porzucenie jednego nałogu za pomocą treningu samokontroli zwiększa prawdopodobieństwo pozbycia się innego uciążliwego nawyku. Wykazano także, że systematyczna kontrola i utrzymywanie właściwej postawy własnego ciała powodowało, że osoby te były bardziej wydolne w pokonywaniu kolejnych zadań. Uczestnicy tych badań za każdym razem wykonywali tylko jeden rodzaj ćwiczenia, bowiem zaangażowanie zbyt dużej samokontroli poprzez wykonywanie wielu działań jednocześnie osłabia skuteczności treningu.

Dzisiaj nawet instytucje ze świata finansów interesują się tym, jak zwiększać samokontrolę, gdyż dostrzegają, że w perspektywie długoterminowej klient racjonalny jest lepszy niż klient impulsywny i nadmiernie zadłużony. Liczne przykłady z krajów objętych kryzysem gospodarczym wskazują, że częściowo powodem tych niekorzystnych zmian gospodarczych były zarówno decyzje polityczne, bowiem wzrost konsumpcji napędza gospodarkę, oraz decyzje konsumentów, wynikające z chęci posiadania czy też podwyższania jakości życia. Wiąże się to oczywiście z wydawaniem coraz to większych sum pieniędzy na różne, czasem zbyt luksusowe i niepotrzebne dobra. Poznanie mechanizmów samokontroli zachowań impulsywnych może prowadzić do lepszego zrozumienia bardzo poważnych problemów społecznych, takich jak nadmierne zadłużanie się, ale też otyłość, czy niezdrowy tryb życia. Jednym ze sposobów wspomagania samokontroli może być minimalistyczny styl życia (na przykład slow life), który sprowadza się między innymi do tego, że ludzie ograniczają liczbę pokus i decyzji trywialnych, oczyszczając własną przestrzeń życiową z przejawów konsumpcjonizmu.

Społeczna edukacja pod tym względem jest bardzo ważna, bo w świecie obfitości łatwo utonąć zanim dopłynie się do wybranego celu. Na problem utraty samokontroli narażeni są młodzi ludzie, u których zdolności do odraczania przyjemności i powstrzymywania się rozwija się później niż wrażliwość na nagrody i czerpanie przyjemności ze frywolnej konsumpcji.

*Przygotowanie tego tekstu było finansowane w ramach projektu „Zwiększanie samokontroli i racjonalności w zachowaniach konsumenckich” kierowanym przez dr Jacka Bucznego. Fundatorem jest Bank Zachodni WBK i Santander Universidades. Dziękuję dr Aleksandrze Cisłak za ogromną pomoc w przygotowaniu tego tekstu.