1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Odblokuj centrum dowodzenia. Wojciech Eichelberger o tym, jak ważną rolę pełni w naszym ciele miednica

Odblokuj centrum dowodzenia. Wojciech Eichelberger o tym, jak ważną rolę pełni w naszym ciele miednica

Blokady na poziomie miednicy, jeśli nie są głębokie i utrwalone, można odblokować na  warsztatach tańca brzucha. (Fot. Getty Images)
Blokady na poziomie miednicy, jeśli nie są głębokie i utrwalone, można odblokować na warsztatach tańca brzucha. (Fot. Getty Images)
Miednica – żadna inna część ciała nie jest tak podejrzana i szkalowana, bo związana z seksem i wydalaniem – dwoma tabu. Jak nawiązać kontakt ze swoją miednicą, gdy już został zerwany na skutek zawstydzania i poniżania? Czy da się wyprowadzić ją ze strefy mroku? I jak wiele możemy na tym zyskać – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Dumna matka uczy dziecko siadać na nocniku, zanim ono skończy rok. Koniec z pieluchami! Ale to dziecko w wieku 40 lat odkrywa na psychoterapii, że powodem samotności i braku seksu w jego życiu jest zablokowanie libido – właśnie na skutek zbyt wczesnego treningu czystości. Prawda czy fałsz?
Prawda. Z powodu przedwczesnego treningu kontroli wydalania cierpimy prawie wszyscy – bo to, co wydobywa się wówczas z naszej miednicy, jest dla rodziców kłopotliwe, czasami wstrętne. Nierzadko przerasta ich zmienianie pieluch, mycie pupy itp. To prawda, że walka o czystą pupę wymaga czasu i nie zawsze jest przyjemnością. Niemniej jest koniecznością, i to aż do końca drugiego roku życia. Tyle czasu dziecko potrzebuje, by w naturalny sposób zacząć kontrolować zwieracze. One to najważniejsze granice naszego ciała i pierwsze, których wyraziście doświadczamy. Pozwalają nam połapać się w tym, gdzie się kończy nasza wewnętrzna życiodajna, a zarazem intymna przestrzeń, którą trzeba chronić. Tu zaczyna się świat zewnętrzny, który może chcieć wedrzeć się nam do środka. Nauka sprawowania kontroli nad zwieraczami może decydować o cechach charakteru. Dokonywana przez rodziców inwazja na zwieracze miednicy (choćby za sprawą czopków, lewatywy itp.) jest obciążającym doświadczeniem. W przyszłości może nam zabraknąć woli i determinacji w sytuacjach wymagających obrony nietykalności naszego ciała. Przedwczesne wymaganie kontroli zwieraczy zainstaluje w kroczu napięcie, którego kiedyś trudno będzie się pozbyć nawet za pomocą intensywnej psychoterapii połączonej z pracą z ciałem. Ograniczy to nie tylko naszą wydolność seksualną, również negatywnie wpłynie na funkcje trawienne i wydalnicze. Na poziomie psychicznym osłabia poczucie pewności siebie, wewnętrznego oparcia i spokoju, skłania do nadmiernej samokontroli i szeroko rozumianego skąpstwa.

Można powiedzieć: gdzie Rzym, a gdzie Krym, bo choć pupa jest blisko waginy, to jednak wydalanie i seks przynajmniej dla normalnego człowieka nie są parą.
By zrozumieć, jak bardzo radość z seksualnego kontaktu z drugim człowiekiem, a także zdrowie i żywotność zależą od naszych emocji i przekonań dotyczących miednicy, trzeba przyjrzeć się jej bezstronnie i uważnie. Miednica integruje, zespala cały organizm. Do niej przymocowane są: kręgosłup, nogi, pas barkowy i ręce, na niej za pośrednictwem kręgosłupa opiera się klatka piersiowa i głowa. W miednicy mieści się cały układ pokarmowego zasilania, wchłaniania i wydalania, czyli jelita, a także funkcje seksualne i rozrodcze, tam też ogrzewa się i zasila krew. Krótko mówiąc, jest to centrum biologicznego istnienia zarówno jednostkowego, jak i gatunkowego, które wspólnie z sercem i mózgiem decyduje o naszym przeżyciu. Nie dziwi, że w starej klasycznej polszczyźnie brzuch nazywano żywotem. To nazwa tym bardziej uzasadniona, że w przestrzeni miednicy odbywa się niezwykłe, porywające, miłosne i seksualne zjednoczenie dwóch płci, którego efektem bywa nowe życie. Miednica jest też pierwszą krainą, jaką poznajemy, gdy bezpiecznie otoczeni jej konstrukcją przez dziewięć miesięcy wsłuchujemy się w tajemnicze odgłosy życia. Zapewne wtedy zaczynamy uczyć się korzystania z intuicji, czyli czucia trzewi. W końcu to w przestrzeni miednicy ezoteryczne tradycje Wschodu umieściły centralny energetyczny punkt ludzkiego ciałoducha zwany hara lub tai. Tradycja buddyzmu tybetańskiego przed pokłonem ofiarowywanym Buddzie lub nauczycielowi każe złączonymi dłońmi dotknąć czoła, serca i podbrzusza. Miednicy, którą uznać należy za centrum wszechświata, jakim jest człowiecze ciało i istnienie, należy się uznanie, wdzięczność i szacunek.

Ale dobrej prasy miednica nie ma.
Niestety, nasze judeochrześcijańskie dziedzictwo skazało miednicę na wykluczenie z ekskluzywnej kasty części ciała zasługujących na szacunek. Dzieli więc los wszystkiego, co odrzucone i wykluczone, sprawia kłopoty i problemy, jednocześnie stając się obiektem mrocznych, perwersyjnych fascynacji i nadużyć. Szczególnie kobiece miednice są w naszej kulturze konsekwentnie dewaluowane. Sądzę, że powodem jest męski kompleks macicy, czyli skrywana zazdrość o zdolność do dawania i podtrzymywania życia. Gdy pragniemy czegoś, czego nie jesteśmy w stanie dostać, lub gdy tracimy coś  cennego, sposobem na zmniejszenie związanego z tym cierpienia jest dewaluowanie przedmiotu pożądania. Ale gra tutaj rolę jeszcze jeden ukryty w męskiej podświadomości powód, wiąże się on z nieuświadamianymi konsekwencjami mitu o niepokalanym poczęciu. Wynika z niego bowiem, że mężczyzna nie jest niezbędny w akcie prokreacji, a penetrując i zapładniając kobietę, czyni jej łono nieczystym.

Wiele jest epitetów z miednicą w tle, jak choćby: „do d...”.
Powodem jest też wyuczona pogarda dla własnej miednicy i związanej z nią płciowości i seksualności. A jednocześnie ta sama miednica i jej unikatowe oprzyrządowanie budzą niekłamany zachwyt artystów. W dodatku ów zachwyt jest u heteroseksualnych mężczyzn genetycznie zaprogramowany. Dlatego ci ze wszystkich zakątków globu reagują na widok kobiety o idealnej proporcji między obwodem bioder i talii. Ta święta proporcja jest tak nieomylnie rozpoznawana, bo ponoć obiecuje wydolność seksualną i płodność. Ale nawet kobieta z idealną proporcją, jeśli przeszła przedwczesny trening czystości lub wyrastała w środowisku żywiącym wstręt do wszystkiego, co związane z miednicą, zostanie zaprogramowana na niechęć do swoich narządów seksualnych, co upośledzi jej libido i płodność. Może się pojawić pochwica i anorgazmia, kłopoty z pracą jelit i pęcherza.

Moje jelita cierpią, bo gdy w dzieciństwie chcieliśmy z kuzynem porównać, kto ma większą pupę, rodzice nas zawstydzili?
Często w takich sytuacjach dorośli zachowują się głupio. Projektują swoje dorosłe kompleksy i fantazje, a nawet dewiacje na niewinne dzieci. Na tym polega prawdziwy proces demoralizacji. Jest odwrotnie, niż uważają ci, którzy zawstydzanie, dewaluowanie i piętnowanie nazywają edukacją moralną. W istocie zainteresowanie dzieci własnymi narządami płciowymi lub narządami innych dzieci jest tym samym co zainteresowanie całą resztą świata. Ich fascynacja kroczem nie ma więc tła seksualnego. Świadczy o całkowitej niewinności. Te pierwsze „seksualne” zachowania dzieci są wyrazem zdrowo rozwijającej się osobowości. Nadawanie – przez dorosłych – tym dziecięcym eksploracjom dorośle rozumianego seksualnego, grzesznego i zawstydzającego znaczenia rozpoczyna proces seksualnej demoralizacji. Zawstydzeni w dzieciństwie ludzie chodzą potem po świecie z podkulonym ogonem albo z nadmiernie wypiętą, zachęcającą pupą. Trudno trafić w środek, w normalność – nie robić ze swojej miednicy, krocza i pośladków nadzwyczajnej sprawy; poruszać się z naturalną gracją, dając wyraz wolności i godności. Trudno, ponieważ miednica jest odłączona od reszty ciała, nieodczuwana jako własna. A to sprawia, że jest traktowana jak przedmiot, który albo trzyma się w sejfie (co uznawane jest za moralne), albo wystawia na widok i użytek publiczny (co uznaje się za niemoralne). W istocie obie postawy są niemoralne, bo takim jest zdystansowany, oceniający i uprzedmiotawiający stosunek do ciała.

Jeśli nie odczuwamy miednicy, to czy nie odczuwamy też potrzeb seksualnych jak ci, którzy nazywają siebie asami?
Jeśli nieczucie potrzeby bliskości seksualnej i posiadania potomstwa jest autentyczne i nie polega na wyparciu i dewaluacji seksualności, to należy uznać, że geny i hormony tak się ułożyły. Taki ktoś nie zamęcza siebie i innych jakimiś maskującymi objawami. Do częstych należy: kompensacyjne, obsesyjne dążenie do władzy i znaczenia, a także różne postaci natręctw i czynności przymusowych, jak obsesyjne sprzątanie zwane sprzątawicą, nadmierna samokontrola, obsesje toaletowe itp. Jeśli jakieś maskujące objawy zauważamy, to lepiej nie nazywać siebie asem, lecz zabrać się do odzyskiwania własnej miednicy i tego, co się z nią wiąże. Wiele można zrobić, jeśli wystarczy nam odwagi i determinacji. Najpierw warto iść do ortopedy. Sprawdzić, co się dzieje z miednicą na poziomie szkieletowym, potem pójść do terapeuty zajmującego się rolfingiem, czyli integrowaniem sylwetki. On zapewne poradzi, by równolegle skorzystać z pomocy psychologa, który pracuje metodą integralną i widzi, co się dzieje z ciałem w kontekście emocji. Dobrze sprawdza się tu terapia zwana bioenergetyką Alexandra Lowena lub terapia DMT (Dance and Movement Therapy). Jeśli bloki miednicowe nie są głębokie i utrwalone, może wystarczyć udział w warsztatach tańca brzucha itp. Możemy wiele odzyskać, uprawiając hatha-jogę czy medytację ciała, jaką jest vipassana. Warto szukać tam, gdzie można poczuć siłę i wolność lędźwi i bioder oraz solidnie i bezwstydnie osadzić w nich swoją świadomość.

A może nawet, gdy nas nie ciągnie, zdecydować się na seks?
Odradzam. Jeśli nie potrafimy odbierać fizycznych, emocjonalnych i duchowych doznań generowanych przez miednicę, to podstawowy sens spotkania seksualnego nam umyka i możemy wyjść z niego z poczuciem nadużycia, co zamiast pomóc, dopełni procesu zamykania się na seks. Choć czasami ta metoda przynosi rezultat zwany seksualnym rozbudzeniem. Ale mniej ryzykowne jest uprzednie doprowadzenie do tego, by zacząć odczuwać potrzeby seksualne choćby w postaci marzeń sennych. Warto się o to pokusić, by doświadczać pełniej swego bezcennego życia, a także, by zniwelować napięcie w tak newralgicznej przestrzeni. Obowiązuje bowiem zasada: gdy jakaś przestrzeń ciała została skazana na odrzucenie, bo nie chcemy związanych z nią potrzeb odczuwać, to ten obszar jest albo nadmiernie napięty (kontrolowany), albo zbyt wiotki (opuszczony) i nasza nieoceniająca świadomość do niego nie dociera. Można to porównać do sytuacji dziecka: porzucone – rozwija się nieprawidłowo i choruje, poniżane i bite – sprawia kłopoty. Warto popatrzeć na swoje ciało, jakby było dzieckiem. I troszczyć się o nie tak jak o kochane dziecko.

W książce o ciele dziecka „Ciałko” piszesz, że powodem problemów może być też źle zaopiekowana stulejka. Leczniczy masaż może wykonywać tylko ojciec. A zwykle robi go matka.
Chodzi o to, by uchronić synka przed ewentualnością nieświadomego seksualizowania tej sytuacji przez matkę. Podobna zasada odnosi się do ojców, którzy mogą nieświadomie seksualizować sytuację mycia córeczki. To są naturalne i oczywiste reakcje rodziców przejawiające się najczęściej w nadmiernym, choć na ogół niewyrażanym wprost, zachwycie genitaliami dziecka. Trzeba jednak pamiętać, że przez dzieci niewinny rodzicielski zachwyt może być odbierany jako zawłaszczenie lub budzić w nich potrzebę ofiarowania rodzicom tego, co ich tak zachwyca. Może to skutkować np. nadmiernym – tzw. edypalnym – przywiązaniem. Wielu mężczyzn, którzy pozostają w zakazanym, platonicznym związku z matką, nie jest w stanie być blisko seksualnie z kobietami, które kochają. Kobieta kochana skleja się bowiem w ich nieświadomym przeżywaniu z matką, wobec której obowiązuje kazirodczy zakaz. Seks zostaje więc wyparty i staje się czymś brudnym i pogardzanym, co uprawia się poza domem. Natomiast córki pozostające w edypalnym związku z ojcem często wybierają mężczyzn, których nie kochają i nie cenią, a tych, których pokochają emocjonalnie, zdradzają i niszczą. Więc lepiej takich sytuacji ze stulejką i kąpaniem córeczki unikać. Zwłaszcza że nie możemy się łudzić, psychoterapia w takim wypadku nie polega tylko na przeżywaniu. Wymaga dyscypliny, uważności i pokory.

Kolekcjonowanie wrażeń jest modne. Wpisuje się w kulturę nazwaną przez Zygmunta Baumana kulturą kasyna. A jak zapobiegać blokowaniu się męskiej miednicy?
Męskiej miednicy trzeba siły, odwagi i zdecydowania. Współcześnie w otoczeniu kulturowym, obyczajowym i psychologicznym, w którym dorastają chłopcy, jest tego zdecydowanie za mało. Zbyt wielu chłopców wychowują matki, a okazywanie męskiej siły w kontaktach z matką jest obyczajowo niewłaściwe oraz moralnie i emocjonalnie ryzykowane. Za mało sportu. Narastający deficyt dobrych męskich wzorców. Na dodatek świat tonie w estrogenie i anabolikach. Zbyt wiele tego w warzywach, drobiu, mięsie, w produktach sojowych, i w plastikowych butelkach PET. Nie można wykluczyć, że jest to jedna z istotnych przyczyn przedwczesnego dojrzewania dziewczynek i narastających chłopięcych kłopotów z określaniem ich tożsamości płciowej.

Co więc mają zrobić mężczyźni?
Uważać na dietę. Szukać pozytywnych męskich wzorców. Poddawać się męskim próbom: wytrzymałości, odwagi, odporności. Dzięki nim poznawać swoją prawdziwą siłę i uczyć się nad nią panować. Po drodze uwalniać się od szpanowania i konieczności udowadniania swojej męskości. Prawdziwa, mieszkająca w miednicy moc potrafi dokonać wielkich, pożytecznych i szlachetnych czynów. Ale gdy wymknie się spod kontroli serca i rozumu, może niszczyć. Więc trzeba też budzić w sobie współczujące serce i kultywować sprawność, przytomność i spokój umysłu. Za nic nie wyrzekać się swojej siły poprzez usztywnianie miednicy, tycie i wiotczenie przed telewizorem. Uff! Idę ćwiczyć. Powodzenia, mężczyźni!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Jak ułożyć sobie życie seksualne? - Katarzyna Miller o singielkach i samotnych matkach

Jak zadbać o swoją seksualność żyjąc w pojedynkę? (fot. iStock)
Jak zadbać o swoją seksualność żyjąc w pojedynkę? (fot. iStock)
Singielka, samotna mama, rozwódka – czy mogą mieć udane życie seksualne? To zależy od ich przekonań, mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. Te kobiety, które nie żyją w stałych związkach, czasem zasznurowują swoje libido i nie mają życia seksualnego, ale bywa też, że przywiązują do seksu zbyt dużą wagę. Dlatego warto wiedzieć, jakimi przekonaniami kierują się osoby, które znalazły radość seksu, choć zwykle śpią same.

Znam kobiety, które po rozwodzie skupiły się na wychowaniu dzieci, całkiem rezygnując z poszukiwania nowego partnera i seksu.
Po rozwodzie kobiety często zamykają się, skupiają na tym, by nastarczyć wszystkiego, co potrzebne dla domu. Chcą dla dzieci być i matką, i ojcem. Umęczone w tej roli superrodzica, coraz bardziej zasznurowują swoje libido. Mężczyzna, który się zaczyna koło takiej kobitki kręcić, dostaje po łapach. Bo ona myśli, że w ten sposób raz na zawsze ma rozwiązany problem z mężczyznami. Ona się nie puszcza i koniec! Ma przecież dzieci, więc nie będzie do domu przyprowadzała obcych.

To dobrze, że stawia dzieci, a nie swoją, że tak powiem, chuć na pierwszym miejscu.
Często postępują tak kobiety, które wyszły poranione z poprzedniego związku. Ale jeśli naprawdę myślą o dobru dzieci, czym prędzej powinny zdać sobie sprawę, że wybrały zły sposób. Dzieci zasznurowanych matek wyrastają w nieprawdziwym świecie. Ich seksualność dopiero się rozwija, a dostają jako wzór matkę, która się seksu wyrzekła, więc ma też małe zrozumienie dla ich potrzeb seksualnych. Oczywiście bez seksu można żyć. Jednak seks w tym domu staje się tematem tabu. Dzieci są pozbawione czegoś ważnego: widzą matkę tylko w jednej roli, nie wiedzą, że ona jest też istotą seksualną. Oczywiście, nie najlepiej mieć stały rozgardiasz w życiu dlatego, że mama ma temperament, ale też nie musi ona żyć w abstynencji. Tym bardziej że wtedy przekazuje dzieciom niechęć wobec seksu.

Skoro abstynencja nie jest dobra ani dla dzieci, ani dla matki, co powinna zrobić kobieta, która do tej pory rezygnowała z seksu?
Dzieciom powiedzieć: „Jestem dorosła. Rozstaliśmy się z waszym ojcem, ale nie zamierzam z tego powodu być zawsze sama. To jednak, czy z kimś będę na stałe, zależy od tego, czy spotkam kogoś, kto okaże się godny i mnie, i was. A na randki będę chodziła, kiedy będę miała na to ochotę”. Ale też nie musi spotykać się z mężczyzną, by mieć seks. Istnieje przecież masturbacja. Może o tym nie chcieć pamiętać, bo kiedyś ksiądz jej powiedział, że to jest złe. Pewnie słyszała też, że jeśli sama sobie daje seks, to jest on gorszy niż ten, który może jej zaoferować mężczyzna. A przecież sami możemy najpełniej poznać własne ciało, jego reakcje i potrzeby. Niestety, jesteśmy wychowywane w przeświadczeniu, że okazywanie miłości samej sobie to dowód na to, że nikt inny okazać nam jej nie chce. A jest odwrotnie. Okazywanie miłości sobie to droga do nauczenia się, jak przyjmować ją od innych, dostrzegać to, co oni chcą nam dać. Umiejętność kochania siebie także nas uniezależnia.

Jest tak dużo singielek, że pewnie coraz więcej z nas umie żyć własną miłością.
Oczywiście, że i tak jest, ale są też singielki, które dużo randkują, flirtują z mężczyznami – nieżonatymi i żonatymi, żeby tylko coś się działo. Bo inaczej robi się pusto. Długie związki raczej im się nie udają, bo dziewczyny są zbyt napięte, wchodzą w relacje z przymusu, a nie dla przyjemności. Nie jest to dziwne, bo kobiety nadal uczy się, że ich wartość musi być potwierdzona, niejako ostemplowana męskim zainteresowaniem, więc łatwo nam popaść w uzależnienie.

A jeśli taka uzależniona od męskiego zainteresowania singielka ma dzieci? Niektóre dzieci mówią: „Trudno. Mama tak ma, że musi, a jak musi, to trzeba się z tym pogodzić”. Mają do tego stoicki, filozoficzny stosunek. Ale są i takie, które się buntują, kłócą z matką. Obrażają ją, wyzywają. Inne ciężko to przeżywają, bo myślą, że one to dla mamy za mało, że są nieważne. Te postawy dzieci są zależne od tego, czy ich matka sama daje sobie prawo do uprawiania seksu. Wiadomo, że dziecko nie zastąpi kobiecie partnera. Ale też nie godzi się porzucać dziecka dla mężczyzny. Może być i tak, że dzieci widzą mamę nieszczęśliwą, bo ten pan, co przychodził, już nie przychodzi. Teraz nowy się pojawił, ale i tak wiadomo, że za jakiś czas go nie będzie. Te dzieci nie mają prostego dzieciństwa.

 
A ich matki jak się czują?
Często mają wyrzuty sumienia, ale trudno im przestać biegać za mężczyznami, skoro dzień bez flirtu czy chociaż komplementu to dla nich dzień stracony. W uwolnieniu się od tej zależności może im pomóc pokochanie siebie. A wtedy nie męczy poczucie, że coś umyka: „taka młoda jestem, taka ładna i co? Nie wykorzystam tego?!”. Na szczęście jest coraz więcej kobiet, które chcą się uniezależnić. Wiedzą już, że wewnętrzny spokój to skarb, a nie synonim nudy czy monotonii, że mężczyzna nie wystarczy do ułożenia sobie życia.

Przed zbytnim korzystaniem z wolności seksualnej powinny nas powstrzymywać choćby wyniki badań, które mówią, że kobiety emocjonalnie wiążą się z partnerem, z którym uprawiają „tylko” seks.
To fajna damska cecha, że pojawia się w nas czułość i zaangażowanie w efekcie bliskości cielesnej. Ale smutne i bolesne jest pozostanie w tej czułości bez odpowiedzi. Dajemy się nabrać – same się nabieramy z powodu małej wiedzy i doświadczenia oraz tragicznej w skutkach skłonności do ulegania iluzjom. Seks dla seksu może być ważnym doświadczeniem dla dziewczyn czy kobiet, dać im wiedzę, która w przyszłości pomoże w dokonywaniu świadomych wyborów. Nie uczą się dzięki romansom te dziewczyny, które mają niską samoocenę, one czują tylko, że dały się wykorzystać. Przypadkowy seks je rani. Czekają na telefon i kwiaty, a tych nie ma.

Z przypadkowego seksu robi się czasem przypadkowe dziecko…
Kobieta samotna powinna pamiętać o antykoncepcji, mieć chociaż prezerwatywy w torebce. Na wszelki wypadek.

Wracając do rozterek samotnych mam: kiedy można zaprosić mężczyznę do domu, żeby nie narazić emocji dzieci?
Dopiero kiedy kobieta pozna go na tyle, żeby wiedzieć: „będzie potrafił rozmawiać z moimi dziećmi”. Nie trzeba czekać aż do zaręczyn, bo chodzi o to, żeby dzieci zobaczyły mamę w innej roli – w relacji z mężczyzną. Ale też nie przyprowadzać nowego partnera, dopóki nie jest się pewną, że oboje chcemy być razem, że się zaraz nie rozstaniemy. Trzeba go też wprowadzać do rodziny stopniowo. Jeśli dzieci poznają przyjaciela mamy na spacerze, potem pójdą z nim na lody, a kiedyś jeszcze mama zaprosi go na obiad – wtedy wszystko jest tak, jak być powinno. Dzieci uczą się, że bliskość nie powstaje natychmiast. A seks nie jest potrzebą, którą trzeba niezwłocznie zaspokoić. Ulegając impulsowi, można rozładować napięcie, ale nic więcej. Taka nauka jest dzieciom potrzebna, bo pospieszne zaspokajanie potrzeb czyni ludzi płytkimi.

Kiedy partner mamy może zostać na noc?
Lepiej seks fundować sobie poza domem, szczególnie jeśli mamy tendencje do krótkich związków. Nie jest dobrze przyprowadzać co chwila kogoś nowego do domu i mówić, że mamusia tak lubi. Kobieta ma prawo robić, co chce, ale tylko sobie. Nie ma prawa robić tego dzieciom. A jeśli co tydzień przyprowadza kogoś innego, przestaje być w ich oczach tą dorosłą, która daje poczucie bezpieczeństwa. Sama zachowuje się wtedy jak bachor, który nie potrafi powstrzymać się przed zachciankami. Dzieci mają mieć swój dom, a nie mieszkać w domu przechodnim, bo wtedy nie wiedzą, czyj to dom.

Nie wszystkie kobiety postępują tak rozsądnie.
Czasem pozwalają dziecku rządzić. A przecież dziecko nie ma podstaw, żeby decydowało za mamę. Syn mówi do matki: „nie wolno ci!”. I ona mu ulega. Ale to jest postawienie sprawy na głowie. Dziecko wchodzi w rolę rodzica. Czasem też matki zamieniają córki w przyjaciółki i się ich radzą. Tymczasem córka to córka. Nie wolno jej wykorzystywać. Trzeba dziecku powiedzieć: „to nie twoja sprawa. Ważne jest dla mnie twoje zdanie, ale to ja decyduję, z kim będę się spotykała”. To bywa trudne, bo bardzo wiele kobiet nie potrafi samodzielnie decydować. Reagować także. Więc jeśli spotkają złego partnera, który na przykład dobiera się do ich dzieci, dochodzi do tragedii.

Matki w takich sytuacjach często udają, że nic nie widzą...
Mają między sobą a światem taką ilość buforów obronnych, że są ślepe. Chociaż ich dzieci wołają o pomoc: nie jedząc, rzygając, przejadając się. To jest jeden wielki krzyk: „zauważcie mnie!”. Ale on nic nie daje, bo matki nawet do terapii się nie nadają właśnie z tego powodu, że się bronią przed prawdą, nie chcą wiedzieć i widzieć. Na szczęście coraz więcej skrzywdzonych w dzieciństwie ludzi przychodzi po pomoc do psychoterapeutów. Mamy dla nich ogromny szacunek – oni przekraczają swoje traumy, nie chcą im ulegać.

Podsumowując: od czego zależy, czy będziemy szczęśliwe w seksie, będąc – powiedzmy to wprost – same?
Najważniejsze jest nastawienie. Ani samotna osoba nie musi być nieszczęśliwa i niespełniona erotycznie, ani osoba w związku nie musi być spełniona. Nie porównujmy się, bo wtedy singielka zazdrości mężatce, a mężatka singielce. Nasze subiektywne poczucie szczęścia nie powinno zależeć od czynników zewnętrznych, bo wtedy byle powiew losu może nas unieszczęśliwić. Dlatego rozwój ma iść w stronę ugruntowania siebie. Warto mieć seksualny stosunek do życia, cieszyć się z niego, mieć świadomość, że ono samo bierze się z seksualności. I jeśli życiu zaufamy, będziemy mieć nadzieję i radość mimo wszystko. A wtedy tylko krok do spotkania kogoś fajnego. Nie jest odwrotnie: nie muszę czekać z byciem szczęśliwą na to, aż ktoś przyjedzie, pocałuje mnie i obudzi ze snu. Książę w bajce to animus kobiety, jej własna poszukująca, dorosła, mocna część. Same się mamy obudzić i same uszczęśliwić. Ja jestem przeciw mitologii dwóch połówek, każdy ma szansę i prawo być całością, a wtedy spotyka pasującą drugą całość.

  1. Styl Życia

Skuteczne odchudzanie i trening - jak utrzymać motywację?

To, że waga się zatrzymuje, nie oznacza, że popełniłaś jakiś błąd – to jest naturalny proces fizjologiczny i jeżeli trzymasz się planu, na pewno po krótkim przestoju waga znowu ruszy. (Fot. iStock)
To, że waga się zatrzymuje, nie oznacza, że popełniłaś jakiś błąd – to jest naturalny proces fizjologiczny i jeżeli trzymasz się planu, na pewno po krótkim przestoju waga znowu ruszy. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
W życiu jak na sali treningowej – często na półmetku przychodzi moment zwątpienia. Odzywa się wewnętrzny troll: „Nie dasz rady!”, „To nie ma sensu”. A ja mówię, że ci się uda! Musisz tylko przetrzymać tę najcięższą próbę. I najlepiej – na złość trollowi – właśnie teraz podkręcić jeszcze bardziej śrubę!

W życiu jak na sali treningowej – często na półmetku przychodzi moment zwątpienia. Odzywa się wewnętrzny troll: „Nie dasz rady!”, „To nie ma sensu”. A ja mówię, że dasz radę! Musisz tylko przetrzymać tę najcięższą próbę. 

Możesz mieć wrażenie, podczas diety i treningu, że efekt nie jest taki, o jaki ci chodziło. Ale spokojnie – wszystko idzie zgodnie z planem, ustalonym już wcześniej w artykule: Skuteczne odchudzanie – jak zaplanować trening i dietę?

Jesteśmy w ważnym momencie: zakładając, że podążasz za moimi wskazówkami, masz już za sobą cztery tygodnie treningu połączonego z dietą redukcyjną. I jako trener wiem, że właśnie teraz mogą zacząć się schody. Bo często właśnie na półmetku robi się trochę pod górkę – szczególnie na diecie redukcyjnej, na której, tak jak ustaliliśmy, mniej spożywasz niż spalasz, żeby bilans był zawsze ujemny, co po czterech tygodniach może owocować momentami zwątpienia, czyli: „Po co ja to robię?”, „Mam dosyć! Jestem zmęczona, jestem wkurzona i wkurzam wszystkich dookoła”. Do tego możesz gorzej wyglądać, bo po czterech tygodniach takiego wysiłku dla organizmu tak naprawdę nikt nie ma prawa jeszcze wyglądać super, za to pojawiają się pewne zmiany, które odbierasz jako negatywne, czyli wychudzona buzia, przekrwione oczy, mniejsze piersi i zmęczenie. Wiem, wygląda to fatalnie, natomiast nie ma innej drogi, żeby dojść do celu. To tak, jakbyś wyważyła pierwsze drzwi i poruszała się po ciemnym pokoju jeszcze po omacku. Ale wiesz już, gdzie jest światełko, do którego dążysz.

W tym momencie warto sobie włączyć następujący program: 1) tuningujemy dietę, 2) intensyfikujemy treningi, bo to jest właśnie ten moment, kiedy trzeba jeszcze bardziej podkręcić śrubę i 3) mentalnie pracujemy nad pewnością siebie.

Pomyśl, jak chcesz wyglądać, bo już jesteś blisko, to półmetek, cel masz już na wyciągnięcie ręki! To wyobrażenie pomoże ci się wzmocnić i obudzić wewnętrzną pewność siebie. Ta pewność siebie może zadziałać jak przyspieszacz. To będzie taki dodatkowy kop, motywacja dodająca ci sił w połowie górki, na której aktualnie się znajdujesz, żeby nie spaść w dół z lawiną, tylko się wspiąć jeszcze wyżej i dojść na szczyt.

Nie rezygnuj!

Zrobiliśmy już dużo – dzięki diecie redukcyjnej wyrzuciłaś ze swojego jadłospisu większość śmieci, czyli przekąsek, podjadaczy i cukru, ale właśnie po trzech, czterech tygodniach następuje też adaptacja organizmu. Wycisnęliśmy z niego, co mogliśmy, i przychodzi moment zatrzymania, który jest często odbierany jako sygnał, że już nam nie idzie. Tymczasem to, że waga się zatrzymuje, nie oznacza, że popełniłaś jakiś błąd – to jest naturalny proces fizjologiczny i jeżeli trzymasz się planu, na pewno po krótkim przestoju waga znowu ruszy. Wystarczy kontynuować dietę, aż organizm powie „dobra, wygrałaś, jadę dalej!”. Możesz w tym momencie – to wersja dla zaawansowanych, do której zachęcam – zintensyfikować ćwiczenia. Czyli plan minimum: dalej robisz swoje i za kilka dni zaczniesz zauważać nowe efekty. Plan maksimum: zwiększasz intensyfikację treningową, czyli robisz 2–3 razy w tygodniu po 2 treningi dziennie – np. rano przed pracą 45 min aerobów, a po pracy 30–40 min ćwiczeń wzmacniających.

Przykładem osoby, która uzyskała świetne wyniki dzięki takiemu systemowi treningowemu, jest Olga Bołądź, która przygotowując się do roli agentki w „Służbach specjalnych”, przeszła na dietę redukcyjną i trenowała przez trzy miesiące niemal każdego dnia po dwa razy dziennie, żeby osiągnąć tak piękną metamorfozę. I tu ukłony dla trenera, który Olgę zmotywował i wykonał z nią totalną pracę – wymagało to ogromnego rygoru, pilnowania diety i odpowiedniej motywacji.

W tym przypadku oczywiście trening jest inny, mniej intensywny, gdyż chodzi o to, żeby cały czas rozkręcać metabolizm i cały czas spalać. Nie ma odpoczynku. Przy tym cały czas pracujesz nad umysłem, czyli walczysz z dystraktorami – „zjadłabym coś słodkiego” itp.

Ważny jest trening aerobowy, który najlepiej wykonywać rano, bo wtedy osiągamy błyskawiczne efekty – po nocy, w fazie katabolizmu, najszybciej redukujesz tkankę tłuszczową, bo już nie ma węglowodanów, które spaliły się przez noc na tzw. podstawową przemianę materii. Kiedy rano dorzucasz jeszcze trening, to spalasz właśnie tłuszcz, a gdy robisz trening po południu, to przez pierwsze 20–30 min spalasz najpierw węglowodany, żeby dopiero do tego tłuszczu dotrzeć.

Trening 2 x dziennie - propozycja dla wytrwałych

Ćwicz w systemie pn., wt., czw., pt. i sb. po dwa razy dziennie, a śr. i ndz. – wolne. Pierwszy trening rób rano, tuż po obudzeniu, czyli przed pracą, zrobieniem śniadania dzieciom itp.

Jeśli to konieczne, wstań o 5 rano i zrób 45 min. aerobów, czyli spokojnego wysiłku (rowerek, trucht itp.).

Wskazówka: kontroluj tętno! Pamiętaj, aby podczas ćwiczeń nie przekraczało 65% maksymalnego tętna, co można wyliczyć ze wzoru: 220 minus wiek (to jest twoje maksymalne tętno) i z tego oblicz 65%. Czyli zakładając, że masz 40 lat, to ze 180 wyliczasz 65%.

Drugi trening (w ciągu dnia) to 45 min. treningu obwodowego.

  1. Seks

Czy bez zakazów jest sexy? - pytamy Katarzynę Miller

Jak często kochalibyśmy się, gdyby nie towarzyszyły nam żadne kulturowe ograniczenia? Czy seks bez cenzury może być jeszcze ekscytujący? (fot. iStock)
Jak często kochalibyśmy się, gdyby nie towarzyszyły nam żadne kulturowe ograniczenia? Czy seks bez cenzury może być jeszcze ekscytujący? (fot. iStock)
Czy seks byłby sexy, gdyby nie był choć trochę zakazany i grzeszny? Czy musimy przekraczać granice, żeby mieć w łóżku przyjemność? Czy miłość fizyczna bez cenzury obyczajowej, bez wymyślonych, niegrzecznych scenariuszy byłaby taka pociągająca – wyjaśnia Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Slavoj Žižek, filozof kultury, w filmie dokumentalnym Sophie Fiennes „Z-boczona historia kina” mówi, że nie przeżywalibyśmy seksu, gdybyśmy w głowie nie mieli myśli, że czegoś nam nie wolno. A więc seks bez dodatkowej wkładki nie byłby sexy.
Byłby sexy, jak cholera. Nawet bardziej… Chociaż może to, co mówię, to wyraz mojego marzenia o byciu dzieckiem natury, które kocha się w słońcu na plaży, w lesie na polanie, bez wstydu i ograniczeń? Ale też nie może nie być przyjemne dla ludzi to, że się pieszczą, dotykają, całują, że mają orgazm... A tego by w seksie bez zakazów i bez tabu nie zabrakło. Gdyby seks nie był zakazany, dawałby nam samą przyjemność, bez tej drażniącej nuty perwersji. Bo oprócz tego, że miło jest czuć na skórze wiaterek, miło jest pływać w chłodnej wodzie, tak samo miło jest ocierać się o drugie ciało, ciało kogoś, kto ładnie pachnie, kto nas podnieca, kto może być pociągający albo atrakcyjny...

Albo pociągający, albo atrakcyjny?
No tak, bo może ci się ktoś nie podobać fizycznie, ale nagle – kiedy zaczniecie na przykład tańczyć czy przez przypadek się dotkniecie – wybucha między wami ogromna namiętność. Przeżyłam to kiedyś. Zatańczyłam z pewnym panem, który wydawał mi się nieciekawy, ale kiedy się dotknęliśmy, poczułam to samo co on. Tańczyliśmy sześć razy z rzędu, aż jego żona dała mu parasolką w łeb i zabrała do domu. Swoją drogą dużo się nauczyłam z tego jej zachowania. Wtedy wybałuszyłam oczy: „Jak ona się nie wstydzi?”. Mamusia uczyła mnie, że dama się tak nie zachowuje. Ale ta kobieta była prawdziwa, zrobiła to, co musiała, i uratowała swój związek. Bo co z tego, że my oboje pamiętamy o tym tańcu do dziś? To nikomu nie szkodzi! A gdyby nie walnęła go parasolką, to pewnie bym z nim poszła do łóżka. I nie wiadomo, czy zgranie z parkietu przeniosłoby się do sypialni. Sam taniec jest też doświadczeniem spełniającym, a ja byłam tego wieczoru doskonale spełniona.

A wracając do tematu…
Gdyby seksualność była czymś naturalnym, to żyłoby się nam zdrowiej i przyjemniej. Może byłoby nas mniej, bo nie ciupcialibyśmy się tak często jak teraz, robilibyśmy to tylko dla przyjemności, a nie z 37 innych powodów, które biorą się właśnie stąd, że seks jest trochę tabu, trochę brudny, trochę zły. A wielu ludzi najbardziej w seksie kręci właśnie to przekraczanie zakazów… Pewien mój klient dowiedział się, że jest zdradzony, od kochanka żony, który chciał go tym poniżyć: „Miałem twoją babę”. Potem przez wiele lat podrywał kobiety będące w związkach, a potem porzucał, bo to nie one go interesowały. Obchodziło go to, żeby zdradzony facet dowiedział się, że jest rogaczem… Takich akcji naliczył 39. Gdy powiedziałam mu, że wcale nie chodzi o jego temperament, ale odwet, że oddaje swój ból innym mężczyznom, zdziwił się, a potem rozpłakał. No więc gdyby zakazów, tabu, grzechu nie było, kochalibyśmy się znacznie rzadziej, może z kimś innym i tylko wtedy, kiedy chcielibyśmy mieć dzieci albo gdy bardzo byśmy się sobą zauroczyli i zapragnęli bliskości cielesnej...

Gdyby nie było zakazów i tabu, mniej byśmy się kochali? Pruderyjni moraliści są innego zdania i dlatego starają się utrzymać wszystkie zakazy.
Zakazy prowokują, by je łamać. No, oczywiście, gdyby nagle wszystkie zniknęły, to przez jakiś czas zapewne ludzie dużo częściej decydowaliby się na przygodny seks, na zasadzie posmakowania już dozwolonego owocu. Ale potem nastąpiłoby uwolnienie od seksualnych obsesji. Seks miałby mniej mroku i na pewno byłoby mniej przestępstw seksualnych. Nie można by seksem ludzi zniewalać, uwodzić, manipulować nimi. Ale też kobiety musiałyby się wtedy nauczyć przyjmować odmowę. Mężczyźni przez setki lat byli narażeni na nasze „nie”. Jeśli chcemy równouprawnienia, też musimy się tego nauczyć. Bo czy seks jest tabu, czy nie, ktoś mi się może podobać, a ja jemu nie. I na to nic nie poradzimy. Zawsze można dostać kosza. A co do przeciwników wolności seksualnej – mnożąc zakazy i nakazy, osiągają odwrotny efekt z powodu naszej przekory. Chcemy tego, czego mieć nie możemy. Tacy jesteśmy od dziecka. Kiedy rodzice zabraniali nam jeść lody, podejrzewaliśmy, że chcą je mieć tylko dla siebie. Dziecko nie wie, że powody bywają racjonalne. Ale też irracjonalne jak wtedy, kiedy rodzice ośmieszają dzieci, gdy przyłapią je na zabawie w doktora. Robią to dlatego, że sami sobie z seksem nie radzą, są pozbawieni frajdy seksualnej, przesiąknięci zakazami wyniesionymi z własnego domu. I dlatego automatycznie, bezrefleksyjnie tego samego zabraniają swoim dzieciom. Tak sobie z pokolenia na pokolenie przekazujemy masę złych rozwiązań. I szkodliwych, bo na przykład brak edukacji seksualnej czy szczerych rozmów o seksie powoduje, że nastolatki mają żenującą wiedzę o życiu intymnym ludzi i dzwonią do telefonów zaufania, takich jak Ponton, pytając, czy wystarczy napić się coca-coli, żeby nie zajść w ciążę. Jeśli rodzice nie potrafią rozmawiać o seksie, to niechnchociaż kupią książki i zostawią w domu w widocznym miejscu, dziecko je znajdzie i czegoś się dowie. Odczaruje ten straszny grzeszny seks.

Czy dobrze by było, gdyby nie było żadnych granic?
Ale one są: nie zabijaj, nie kradnij, nie poniżaj, nie szydź. To wystarczy. W seksie jako takim nie ma nic złego, seks jest zły, gdy go używamy do zdobycia władzy nad drugim człowiekiem, poniżenia go czy nękania. Ale seks taki może być tylko wtedy, kiedy wynika z zakazów i perwersji, jaka się z nich rodzi.

Jednak seks z mężem kumpeli to nie perwersja, tylko świństwo.
Człowiek bardzo potrzebuje wolności, a ponieważ zabiera się nam ją od dziecka, to staramy się ją wyszarpać. Jedni podjadają cichaczem słodycze, drudzy kradną albo ryzykują życie. Każdy ograniczony w swoich prawach człowiek, który czuje, że coś się w nim szarpie i chce wydostać na zewnątrz, znajduje sobie swój kawałek wolności. A seks nadaje się do demonstracji wolności niesłychanie dobrze. To nawet może być wyraz bezczelności: „Ja tu się nie boję!”. Zakazy niesłychanie nas rajcują! Jeśli rodzice mówili: „Tego nie możesz, to nie wypada, my lepiej wiemy, co dobre dla ciebie, jak zrobisz to – przestajesz być naszym dzieckiem” – jeśli tak cię wychowywano, to gdy mąż kumpeli ci się podoba, myślisz: „Zrobię, co będę chciała! Dam sobie prawo!”. I robisz to, bo choć zapłacisz za ten seks poczuciem winy, to ono właśnie da ci ten smak, że nie słuchasz innych (i swojego wewnętrznego rodzica). Ale nie masz potrzeby przekory, gdy rodzice uczyli cię wybierać. Mówili: „Możesz nie nakładać czapki, sprawdź sama, czy nie będzie ci za zimno”. Jeśli mogłaś decydować i poznawać konsekwencje, to masz w sobie ukształtowanego wewnętrznego dorosłego i nie musisz wciąż walczyć z rodzicami. Nie musisz odrzucać zakazów i nakazów, żeby czuć się dorosła. Podejmujesz decyzje, a nie buntujesz się i robisz na przekór, choć masz już 40 lat.

Czyli wychowanie w rygorze może nas demoralizować?
Ja nie palę, bo ojciec mi powiedział: „Spróbuj, zapal, ja palę od 13. roku życia i żałuję, bo nie mogę rzucić”. To było na feriach zimowych. A ponieważ mi nie zabronił, mogłam spokojnie, zgodnie ze swoimi odczuciami uznać, że mi papierosy nie smakują. Że ten dym i smak jest ohydny. Podobnie było z alkoholem. Upiłam się kiedyś na wakacjach z ojcem i czułam tak źle, że potem upiłam się jeszcze tylko raz i koniec, nigdy więcej. Piję tylko trochę. Szkoda, że z jedzonkiem tak mądrze nie rozegraliśmy sprawy…

A seks?
Opowiedziałam ojcu o swojej inicjacji i on mnie podtrzymał na duchu, bo to nie było udane przeżycie, ale czasy były takie, że nie rozmawiało się otwarcie o seksie. A szkoda, bo mogłabym uniknąć wiele bólu i rozczarowań.

Ale czy my chcemy seksu bez dodatku perwersji, przełamywania tego, co uznane za dobre? Nowe powieści kobiet o seksie nie są o wolności seksualnej, ale o sadomasochizmie...
A więc ich autorki odwołują się do zakazów wyrastających ze starej kultury. Już im wolno pisać, więc piszą, ale jedną nogą stoją w XIX wieku, gdzie wyobrażenia gwałtu uwalniały od poczucia winy, że „ja sama chciałam”. Ale są też inne książki, jak ta autorstwa Catherine Millet – „Życie seksualne Catherine M.”, w której pani kustosz bierze mężczyzn, korzysta z seksu, jak robią to mężczyźni. Jednak jakiekolwiek by te książki były, dobrze, że kobiety mają prawo je jawnie pisać i jawnie czytać. Oznacza to, że przyznają się do tego, że są istotami seksualnymi, a to przełamanie podstawowego tabu naszej kultury. Gdyby było więcej miękkiej kobiecej pornografii, to mężczyźni by więcej o nas wiedzieli. Nie tylko nakręcaliby się, wyobrażając sobie dwie lesbijki w łóżku, ale pamiętali, jak ważny jest dotyk, gra wstępna, zbliżanie się do siebie…

A więc czy w ogóle jesteśmy w stanie dziś, tak wychowani, kochać się bez zakazów?
Jest takie opowiadanie: dziewczyna udaje, że daje się poderwać nieznajomemu, którego odgrywa jej narzeczony. Ale wtedy ten wyzywa ją od dziwek i odchodzi. Dlaczego? Bo ma bardzo malutkie poczucie wartości i na pewno nie wie, czym jest radość z seksu, bliskość, spontaniczność. Ma za to w głowie pełno zakazów. A kochać się bez zakazów znaczy iść za tym, co czuję i czego pragnę, nie za tym, co sobie w głowie wymyślę, a potem próbuję na siłę realizować. Każda dobra rzecz w życiu jest tu i teraz. Pewnie, trzeba też czasem planować. Ale radość daje nam to, co dzieje się tu i teraz. Zmysły kierują nas ku przyjemności, która jest niewinna. Naturalna. Kiedy leżycie sobie na ciepłym piaseczku i słoneczko świeci, wiatr od morza jest taki słodki, to czy nie byłoby jeszcze wspanialej zdjąć majteczki i się pokochać? Byłoby. Żeby tak się stało, potrzebne jest nam naturalne podejście do seksu jako do rozkosznego elementu życia.

Ale jeśli tego nie umiemy, to co mamy zrobić?
Problem tkwi we wpajanym nam poczuciu winy. To ono, wyniesione z domu i lekcji religii, próbuje nas zatrzymać przed wszystkim, co nam sprawia przyjemność. Co daje rozkosz. I kiedy dajesz sobie przyjemność na siłę, czyli przełamujesz zakazy, swoje lęki przed karą bożą, przed złością mamusi, to czujesz napięcie. Ono może podkręcać, ale zakłóca prawdziwą przyjemność. No i w takiej sytuacji musisz dać Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek, i pozwalasz sobie na przeżycie ekscytacji, choć za chwilę musisz sobie dać w łeb za tę swawolę. Marudzisz, obrażasz siebie i czekasz na karę, a więc się podstawiasz. To jak biczowanie się za zmysłowe myśli… Jednak poczucie winy działa tylko tam, gdzie ludzie się boją, bo jak się boją, to nic ich nie cieszy. A wtedy niemożliwa jest prawdziwa zmysłowość. Trzeba więc te lęki pokonać, a poczucie winy nas nie zatruje. Wtedy będziemy mogli iść za zmysłami. Za zwykłą dziecięcą potrzebą zabawy i przyjemności, bo zabawą jest wszystko, co daje przyjemność. Tylko że to musi być przyjemność po naszemu, nie przez podglądanie i naśladowanie jakichś innych dorosłych, na przykład naszych rodziców. Musimy iść za zmysłami, ale tak, jak my sami czujemy. A kiedy nam się uda, kiedy nasze ciało tu i teraz doświadcza spontanicznej przyjemności, to i naszej duszy jest lżej.

A więc seks bez zakazów to seks nastawiony na zmysły, czystą przyjemność?
Wielu mężczyzn nie uznaje dotyku w seksie. Chcą tylko mechanicznego seksu i doznania ulgi. Postępują tak, bo usłyszeli w życiu tyle zakazów i nakazów, tyle wycierpieli, że się w ogóle sobą nie cieszą. Nauczyli się tylko, że w tym napięciu, w którym żyją, wytrysk daje im na chwilę ulgę. To, co robią w łóżku, to nie jest seks dla przyjemności. Ci mężczyźni nie wiedzą, że mogą mieć z dotykania ich ciał przyjemność. Ale jeśli mają kochanki, które mają ochotę na erotyczny seks, to one im pokażą, że pieszczenie całego ciała jest rozkoszne i przyjemne także dla mężczyzny.

Ale mężczyźni często nie chcą, żeby ich pieścić.
E tam, trzeba powiedzieć: „Kochanie, jesteś zmęczony? To się połóż, ja cię będę głaskać, masować, posmaruję olejkiem, pocałuję”. Jeśli się nie da, to znaczy, że ten mężczyzna ma poważny problem z bliskością. Ale normalny facet, któremu kobieta zaproponuje masaż pod prysznicem, nie powie nie. I tak powolutku przyzwyczai się do pieszczenia jego samego. A potem do pieszczenia jej… Bohaterka filmu „Take this Waltz” poznaje mężczyznę, który jest inny niż jej mąż. Mówi otwarcie i z radosną pewnością siebie, co by z nią zrobił, długo, dokładnie o tym opowiada i oboje ich to słodko nakręca. Co prawda ona ucieka, ale potem do niego wraca. Bo jej mąż nie czuł się nigdy jej godny i w seksie nie był naturalny. Wielka namiętność trwa dwa lata, potem wygasa. Ale ona dzięki temu doświadczeniu zmienia się, wzbogaca. W ostatnim kadrze filmu jest szczęśliwa, uśmiechnięta, bo dała sobie prawo do inicjacji, do wyzwolenia...

  1. Seks

Przekonania o „brudnej” fizjologii blokują nasze ciało i seksualność

Wszystko, co wiąże się z fizjologią, często nas zawstydza i zamyka na seksualne doznania (fot. iStock)
Wszystko, co wiąże się z fizjologią, często nas zawstydza i zamyka na seksualne doznania (fot. iStock)
Doświadczmy uwalniającej siły „brudnej zabawy”. Aby poczuć w seksie przypływ radości i swobody, musimy na nowo porozumieć się ze swoim ciałem i zwolnić je z nadmiaru zakazów – zachęca Olga Haller, psychoterapeutka.

Składamy się nie tylko z czystej duszy, ale też z wydzielin i zapachów nie zawsze miłych, dlatego na wszelki wypadek wszystko maskujemy. I okropnie się boimy, że coś się ujawni i nas skompromituje. Łatwo o to przy seksie, kiedy obnażamy się i tracimy kontrolę. No tak, seks to nieuchronnie też fizjologia: rumieńce, poty, wydzieliny z genitaliów i charakterystyczne zapachy, odgłosy. Jak tu się cieszyć ciałem swoim i partnera, gdy te zwykłe przejawy cielesności budzą w nas wielki wstyd? Swoją drogą ciekawe, czy nawet jeśli odczuwamy podniecenie, smakując i wąchając, to na ile pozostajemy wolni od poczucia niestosowności czy grzechu. Na dodatek w naszej kulturze wszyscy potrzebujemy być bez względu na sytuację czyści i pachnący – coraz bardziej i bardziej! Wymóg ten dotyczy zwłaszcza kobiet. Czasami kiedy oglądam skierowane do kobiet reklamy środków czystości, zbiera mi się na wymioty. Czyste białe ubranka, różowe ciałka, zero naturalnych zapachów – trzeba je zlikwidować, zastąpić aromatem kwiatu albo lasu. Albo obraz miesiączki – w „zawsze bezpieczną i suchą” podpaskę wsiąka neutralny błękitny płyn… Nie wydalać, nie wydzielać – to jakiś terror sterylności. Unikać brudu, wyprać się ze wszystkiego, co żywe i ludzkie.

Pamiętam z lat szkolnych, kiedy na lekcji religii katechetka omawiała listę grzechów przeciwko czystości, powiedziała, że możemy grzeszyć wszystkimi zmysłami, także węchem. Gdy spytałam jak, usłyszałam, że dowiem się, jak będę starsza. To zafrapowało mnie, ale też poczułam niepokój, że wkraczam na jakiś grząski grunt, a mój zwykły, niewinny – jak mi się zdawało – nos może być grzesznym, paskudnym narzędziem.

Gdy coś, co jest bliskie i naturalne, zostaje objęte zakazami, zaczynają nami targać sprzeczne siły. I zakazany owoc kusi... To zawsze wstęp do kłopotów, jeśli jakaś bliska sfera pełna jest niedomówień, zakazów, nakazów i zaczyna nią rządzić lęk albo ignorancja. Wiele  razy doświadczyłam uwalniającej siły pozwolenia sobie na „brudną zabawę”. Grać w piłkę w deszczu, brodzić w błocie, taplać się w glinie, malować palcami, zakopać się w piasek po szyję, jeść makaron rękami, skoczyć w ciuchach do wody, iść spać bez mycia… W palcach czuć miękkie błotko, ciepły makaron, mieć sos na brodzie, zaschniętą farbę na skórze, mokre ciuchy, wodę w butach, śliskie od potu ciało. Kiedy angażujemy się w taką zabawę, przeszkadza myśl, że musimy być czyści. Nie odpędzimy myśli i nie pójdziemy na całość – nie poczujemy radości i swobody. I tak jest w dzieciństwie. Białe rajstopki mają być białe, sukienka cała, a ręce umyte, musimy się ciągle powstrzymywać. Czyli zdusić pęd do eksperymentowania, do zapomnienia się w zabawie. A dzieci to kochają.

Ile kobiet zna potem to uczucie ze swojej sypialni? Coś jest nie tak – pragniemy orgazmu, wypróbowujemy pilnie instrukcje poradników, bez powodzenia. To usztywnienie i zablokowanie ma źródła w zakazach dzieciństwa i staje się automatyczną reakcją ciała. Napięcia mięśni, kiedyś niezbędne, by powstrzymać „złe” impulsy i zyskać aprobatę rodziców, dziś stają się więzieniem dla energii seksualnej. Musimy więc na nowo porozumieć się ze swoim ciałem i zwolnić je z nadmiaru zakazów.

Szczególnie ważne jest dla kobiet odkrycie mięśni dna miednicy odpowiedzialnych za funkcje genitalne i wydalnicze. Trzy otwory ciała otoczone mięśniami tak blisko siebie: odbyt, cewka moczowa i pochwa, to części ciała tzw. wstydliwe, no i „brudne”. Czasami wolałybyśmy ich nie mieć, to dla wielu z nas symbol „kobiecego losu”: udręki miesiączki, bólu porodu, lęku przed ciążą. No i ten mocz i stolec, jakaś boska pomyłka. Znasz anegdotę o Petrarce, który zastał ukochaną Laurę w „przybytku” cierpiącą z powodu biegunki? Niepomiernie zdumiony zawołał: „To Laura też sra”?!

 
Znam wielki niepokój św. Augustyna, że poczynamy się między przewodem moczowym a odbytem. I jest jakaś przepaść między kreacją kobiet, przebraniami, perfumami a naszą fizjologią. Można nawet mówić o podwójności i zakłamaniu... Ta podwójność wyostrza się w okresie dojrzewania i tworzy dramat, który musi być jakoś zapisany w ciele. Zapisuje się w postaci zablokowania kontaktu psychofizycznego z tym podejrzanym obszarem, który ulega wykluczeniu. I tak jak w wykluczeniu społecznym traci swoje prawa, jest niesłuchany, ignorowany, a nawet prześladowany. Gromadzą się napięcia, mięśnie tracą elastyczność, narządy są gorzej ukrwione. Cała miednica, to centrum kobiecego ciała, czeka w każdej z nas na docenienie, rozluźnienie. Możemy w ten sposób zapobiec dolegliwościom, które trapią wiele kobiet i wydają się normą: zaparcia, wzdęcia, bolesne miesiączki, nietrzymanie moczu itp. I znowu farmaceuci obiecują nam superśrodki, które to zlikwidują. A przecież to wołanie naszych ciał! Wołanie o zmianę w traktowaniu naszej cielesności. Stan mięśni dna miednicy wpływa również na stawy biodrowe i kręgosłup – stamtąd też mogą pochodzić częste u kobiet chroniczne bóle głowy. Zauważ, kobieta wymawiająca się od seksu bólem głowy to odwieczny motyw dowcipów i domorosłego psychologizowania, w domyśle: winna jest ta oziębła żona, „one po prostu takie są”. A tymczasem w ten sposób działa także terror czystości – one takie są, skoro od wieków próbują sprostać sprzecznym oczekiwaniom.

Różnice między kobietami a mężczyznami w sferze przyzwolenia na fizjologię wydalania są widoczne gołym okiem, nawet przy drogach. Chłopaki mają swoje „świńskie zabawy” – zawody w sikaniu do celu, głośnym puszczaniu gazów czy bekaniu. Uważamy to za wulgarne, uczymy opanowania i słusznie, ale rozwojowo to ważny etap oswajania fizjologii naszych ciał i to w szerszym społecznym kontekście. Bo chłopcy z tym wszystkim są w gronie kumpli, a czyściutkie dziewczynki – same. Mężczyznom raczej nie zdarza się marzyć, by oddawanie moczu w toalecie odbywało się bezgłośnie, prawda? Mogę cię zapewnić, że kobietom, owszem; nie mówiąc już o innych odgłosach. A przy drogach?… Zwyczaj nieskrępowanego zatrzymywania się za potrzebą przy drodze powszechny wśród mężczyzn, choć może się nie podobać, jest dla wszystkich oczywisty. Wściekła kiedyś na tę nierówność, sama zmuszona do wytrzymania w podróży autem, zamarzyłam o przydrożnej manifie równościowej, w której co pół kilometra po obu stronach drogi kucałyby siusiające kobiety. Ciekawe, kiedy zjawiłaby się policja?

Nie chcę kucających kobiet przy drogach, jednak nie. Ale to niesprawiedliwe, że słynny posążek Siusiającego Chłopca w Brukseli musiał poczekać prawie pół wieku na siostrę – Siusiającą Dziewczynkę. Z ulgą przywitałam ten przejaw zmiany obyczajów. Chcę zachęcić kobiety do refleksji. Jak traktujesz swój brzuch, miednicę i wszystko, co tam się dzieje? Czy bardzo się wstydzisz potrzeb fizjologicznych? Jak zwykłaś o tym myśleć, mówić? Czy powstrzymujesz się w jakiś sposób, który przysparza ci cierpienia lub niewygody? Czy potrafisz odczuć, rozluźnić i napiąć mięśnie wokół zwieracza cewki moczowej, odbytu i pochwy, każdy oddzielnie? Czy lubisz swoje ciało razem z układem wydalniczym? Czy pozwalasz sobie na przyjemność poddania się procesowi wydalania, na odczucie ulgi? Czy znasz zapachy swojego ciała? Jak je traktujesz?

Pozwólmy sobie zobaczyć u siebie przejawy fizyczności i cieszyć się nią. Wyobraźmy sobie, że każda Laura – dziewczynka i kobieta – ma prawo puszczać bąki, robić kupę i siusiać, i co więcej, może to być słychać, widać i czuć. Coś mi się zdaje, że brzmi to jak herezja, i to w tekście do eleganckiego kobiecego czasopisma, a jednak jestem pewna, że to ważne, by naruszyć to tabu.

Pewnie już naruszyliśmy... Kultura to jednak też granice, przesunęły się bardzo ostatnio, ale muszą gdzieś być i warto o nie walczyć. Miłosna fascynacja to jakby wchodzenie sobie pod skórę. Niektórzy wchodzą tu i tam, choćby seks analny, który już nie jest uważany za perwersję, jeśli odbywa się za zgodą obu stron. A co z miesiączką? Niektórym facetom ona nie przeszkadza, innych przeraża i paraliżuje... Granice tego, co dopuszczalne w seksie, są coraz szersze i do nas należy decyzja, jak daleko pójdziemy. Nikt nikomu nie może tego dyktować ani oceniać, właściwe to czy nie. Jak wiadomo, od strony medycznej miesiączka nie jest przeciwwskazaniem do współżycia – wszystko zależy od chęci partnerów. A zakres możliwości jest szeroki – od całkowitej abstynencji erotycznej w tym czasie do szalonego seksu, gdzie krew miesięczna jest afrodyzjakiem. W prozie Eriki Jong odnajdziemy cudownie obrazoburcze opisy seksualnych doświadczeń wyzwolonej Isadory. Niejedną z nas może zawstydzić czy zniesmaczyć ich bezpośredniość. Nie szkodzi. Jeśli chcemy wyjść poza własne ograniczenia, to musimy spotkać się z tym, co jest. A potem podważmy zasadność tego wstydu, zbadajmy skąd ten niesmak, kiedy i jak nauczyłyśmy się brzydzić naszej cielesności.

Olga Haller: psycholożka, trenerka, terapeutka Gestalt, superwizorka. Zajmuje się wsparciem kobiet w rozwijaniu kontaktu z własnym ciałem i seksualnością.

  1. Psychologia

Kontakt z ciałem daje nam w życiu oparcie – przekonuje Wojciech Eichelberger

Ciało pomaga nam się urealnić, być w kontakcie z tym, co jest tu i teraz. (fot. iStock)
Ciało pomaga nam się urealnić, być w kontakcie z tym, co jest tu i teraz. (fot. iStock)
W jakim świecie żyjemy, jeśli nie w realnym? Prawda jest szokująca: większość życia spędzamy bez kontaktu z rzeczywistością, w wirtualnej iluzji tworzonej przez nasz własny umysł. Jedynym sposobem ucieczki z tego matriksa jest urealnienie się. A to można osiągnąć tylko przez ciało – tłumaczy psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Mówiliśmy o tym, jak ważna dla budowania oparcia w sobie jest świadomość ciała. A dziś?
Porozmawiamy o ważnym skutku zaakceptowania i uświadomienia sobie ciała, czyli o urealnieniu. Urealnienie to pozostawanie w zmysłowym kontakcie z tym, co tu i teraz. Bez zaprzyjaźnienia się ze swoim ciałem nie sposób tego doświadczać. Bo im lepiej uświadamiane jest ciało, działają nasze zmysły, tym większa szansa na pełny kontakt ze światem i życiem. Ludzki umysł ma dwie opcje. Może tworzyć wyobrażeniowe światy, w czym jest niewyczerpany, albo otwierać się na realny, zmysłowy świat. W tym też jest niewyczerpany. Umysł pozbawiony ciała i zmysłów oddałby się całkowicie tworzeniu wirtualnych światów.

Zajmowałby się sam sobą?
Przeżywał to, co produkuje, produkował to, co przeżywa – i można by go dowolnie programować. Trafnie to zilustrował film „Matrix”. By uczynić ludzi bezbronnymi wobec manipulacji, siły zła pozbawiały ich kontroli nad własnymi umysłami i trzymały w specjalnych kapsułach podłączonych do komputera. Ich mózgi przyjmowały każdy program, który w nich instalowano. Tymczasem antymatriksowe siły dobra toczyły walkę o przebudzenie uśpionych umysłów, o ludzkie ciało i zmysły, o urealnienie, o godność i suwerenność.

Tak więc gdy mamy nikłą świadomość ciała, nasz mózg ma zbyt wiele swobody i przestrzeni dla tworzenia własnego świata, w którym wszystko może być urojone. Dlatego to, na ile i jak często nasz umysł bywa w kontakcie z rzeczywistością, jest bardzo ważnym kryterium zdrowia psychicznego. Wszystko to nie oznacza, że powinniśmy  przestać cokolwiek sobie wyobrażać. To byłaby wielka strata. Chodzi tylko o to, żeby nam się myśli i wyobrażenia nie myliły z rzeczywistością, żeby używać ich celowo i świadomie. By żyć lepiej, pełniej, realniej – a więc mniej stresująco – musimy nauczyć się kontrolować i redukować spontaniczną działalność wyobrażeniową naszego mózgu, nasz mózgowy spam. Niezastąpionym, zasługującym na najwyższy szacunek sojusznikiem w tej sprawie jest ciało.

Wystarczy wrócić do ciała i wszystko się urealnia. Ale jak wrócić?
Najprościej przez oddech, który jest niezbędnym warunkiem urealnienia. Zasila energią zmysły i otwiera nas na świat. Ale uświadomienie sobie oddechu urealnia nas przede wszystkim w przestrzeni samego ciała. Potrzebny jest krok dalej: ciało może urealnić nas w przestrzeni zewnętrznej.

Jak to się dzieje?
Poprzez zmysły, które w każdej sekundzie dostarczają mózgowi tysiące megabitów danych. Jeśli mamy dobrze uświadomione ciało, to otwierając się na tę rzekę informacji, możemy danej sytuacji doświadczyć takiej, jaka jest – zanim emocje, oceny i interpretacje ją zniekształcą. To otwiera drzwi percepcji na upragnione chwile szczęścia, na bycie tu i teraz.

Dlaczego to takie trudne?
Bycie tu i teraz to w istocie najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. Oczywiście najpierw musimy odpuścić naszą wirtualną iluzję. A to łatwe nie jest. Przyjrzyjmy się, co się dzieje z człowiekiem we śnie. Na intensywne marzenie senne można spojrzeć jak na rodzaj krótkotrwałej psychozy, chwilę matriksa. We śnie ciało i zmysły zostają odłączone, więc mózg może sobie poszaleć i zajmować się sam sobą. Śpiący na ogół nie zdaje sobie sprawy, że śpi, jest przekonany, że sen jest prawdą, że uczestniczy w realnej sytuacji. Dopiero wtedy, gdy we śnie dzieje się coś bardzo groźnego, gdy pojawia się cierpienie, zaczynamy szukać ratunku.

I się budzimy?
To druga faza ratowania się. Pierwsza to uświadomić sobie, że śnimy. Wówczas do tego, co się dzieje we śnie, nabieramy nieco dystansu, a nawet możemy się tym trochę bawić. Jednak ostatecznym wyzwoleniem jest obudzić się – włączyć ciało i zmysły. Gdy umysł powraca do zmysłowej rzeczywistości, senna iluzja znika i odczuwamy ogromną ulgę. Marzenia senne spełniają jednak różne pożyteczne funkcje. Największym naszym kłopotem są sny na jawie, które śnimy czasami przez większość dnia i nawet o tym nie wiemy.

 
 

Będę adwokatem diabła: co złego jest we śnie na jawie? Jawa bywa trudna do zniesienia, łatwiej się żyje, jak sobie człowiek nieco pofantazjuje.
Jeśli świadomie tworzymy wyobrażeniową odskocznię od trudów i zagrożeń dnia, to nic złego. Gorzej, gdy śnienie na jawie staje się nieświadomą, nawykową, a czasami wręcz obsesyjną ucieczką od życia. Wtedy możemy tak dalece utracić kontakt z rzeczywistością, że jedynym bezpiecznym dla nas miejscem będzie szpital psychiatryczny. Jeżeli chcemy prawdziwie doświadczać życia, komunikować się z ludźmi i reagować na sytuacje, które się nam wydarzają, musimy być urealnieni. Żyjemy w świecie realnym, który dzielimy z innymi. Nasze ciała i zmysły – w przeciwieństwie do wypaczonych egoizmem umysłów – łatwiej się dogadują co do kształtu rzeczywistości. To wspólne wszystkim ludziom doświadczenie życia i świata jest podstawą wszelkiego kontaktu, porozumienia i relacji. Dlatego w doświadczeniu ciała i zmysłów spotykać się możemy wszyscy bez względu na rasę, religię, przekonania, wiek czy płeć. Jeśli ktoś, odrzucając ciało, nie wchodzi na to wspólne forum, pozostaje samotny i nieszczęśliwy, zamknięty w swoim wirtualnym świecie.

Może jestem pesymistką, ale mam wrażenie, że ludzie głównie przebywają w swoich światach, śnią. A na tym wspólnym placu tylko od czasu do czasu się ktoś pojawia...
...i rozglądając się wokół, stwierdza, że tu nikogo nie ma! To prawda. Myślowo-wyobrażeniowa produkcja naszych mózgów ma wielką wydajność, siłę i żywotność. Jest bowiem wprzęgnięta w nieustanne podtrzymywanie iluzji naszego ego – oddzielenia od wszechświata i stwórcy. Konstruowanie i utrzymywanie tej budowli to mnóstwo roboty. W efekcie pozostaje nam tak mało czasu i energii, że nawet przestajemy odczuwać potrzebę urealnienia. Dlatego po tym świecie chodzą głównie osoby, które zamiast płynąć rzeką życia, pogrążają się we własnych skołowanych myślach.

Co to znaczy, że potrzeba czasu i energii na urealnienie się?
Potrzeba sił i determinacji, by tak radykalnie zakwestionować wszystko, co o sobie i o świecie przywykliśmy myśleć. Trzeba energii, wiary i determinacji, by podjąć trud uświadamiania sobie ciała, oddechu, codziennych ćwiczeń zmierzających do wyciszenia umysłu. To ciężka praca, czasami długi i żmudny proces. Na szczęście nasze wysiłki zaczynają procentować. Gdy coraz wyraźniej zdajemy sobie sprawę, że koszmar nam się tylko śni, zaczynamy odczuwać ulgę. A gdy to się stanie, już nic nas nie powstrzyma, prędzej czy później się obudzimy.

Pełen kontakt łapiemy dopiero, gdy ciało jest w pełni uświadamiane?
Gdy ciało jest częściowo uświadamiane, mamy częściowy kontakt z rzeczywistością. To stan, w którym znajduje się większość z nas. Nawykowy somnambulizm. To tak, jakbyśmy patrzyli na świat przez okulary zrobione z kliszy, na której są zapisane obrazy nakładające się na to, co widzimy. Zniekształcenia istnieją tylko na kliszy, ale nam się wydaje, że są wiernym obrazem rzeczywistości. Gdy wydarzy się w naszym życiu coś, co sprawi, że owa klisza się odklei, bywa to bardzo bolesne, ale po jakimś czasie czujemy, że się opłaciło. Bo zniekształcony obraz świata generuje cierpienie.

Dlatego tęsknimy za urealnieniem, a nawet prowokujemy czasami sytuacje, które nas urealniają. Przeczuwamy, że to nas zbliża do prawdy o nas samych i świecie. Ciało jest nam do tego niezbędne. Jest prawdziwą kotwicą dla umysłu. Bo ciała na szczęście nie można przenieść ani w przeszłość, ani w przyszłość. Jest dokładnie tu. Więc jeśli chcesz się urealnić, wyjdź ze swego wewnętrznego kina i zwróć uwagę na swoje rzeczywiste ciało. Jest do usług.

Jak urealnienie ma się do obecności?
Obecność jest końcową stacją procesu urealniania się. Obecność jest stanem umysłu, który osiągamy, gdy się urealnimy. Urealnianie się wymaga dyscypliny i praktyki. Jeśli chcemy być zdrowi, chcemy, by nasze życie nie niosło niepotrzebnego cierpienia własnej produkcji, to powinniśmy się urealniać i zmierzać do stanu obecności. Ci, którzy są obecni, mają do świata i ludzi stosunek zmysłowy i miłosny. Są rozsmakowani, zasłuchani, zachwyceni i zakochani we wszystkim, np. w widoku i smaku czereśni, w chlebie i winie, w dotyku ciała, w szumie morza, w strukturze piasku. Urealnianie się to zakochiwanie się w świecie. Obecność to miłość świata do świata.