1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nie widziałam cię już od miesięcy - o związkach na odległość

Nie widziałam cię już od miesięcy - o związkach na odległość

Pandemia poważnie skomplikowała życie w związkach na odległość. (Fot. Getty Images)
Pandemia poważnie skomplikowała życie w związkach na odległość. (Fot. Getty Images)
Pandemia poważnie skomplikowała życie w związkach na odległość, zwłaszcza jeśli partnerzy mieszkają w różnych krajach. Rozłąka jest tym bardziej dotkliwa, że przyszła bez ostrzeżenia. I jak się okazuje, kryzys separacyjny uwalnia najbardziej pierwotne lęki.

Magda była jedną z moich pierwszych pacjentek w gabinecie po lockdownie. Nie chciała rozmawiać przez Skype'a, na sesję w realu czekała trzy miesiące. W tym czasie przynajmniej raz w tygodniu dzwoniła i pytała, czy już wróciłam.

Kiedy odpowiadałam, że nadal pracuję jedynie online, wzdychała: ,,Ja tego nie przeżyję”. Zapytałam, czy chodzi o lęk przed wirusem, powiedziała:

,,Po raz pierwszy boję się śmierci. Ten lęk czuję każdą komórką mojego ciała. Pomóż mi, proszę”

Krok 1. Odkrywamy emocje uruchomione słowem „nagle”

Kiedy otworzyłam drzwi, zobaczyłam wysoką, piękną kobietę w ciemnych okularach, przyciskającą do piersi dużą torbę. W ręku miała kluczyki do samochodu, pod pachą butelkę wody. Nic nie mówiła, z ogromnym skupieniem patrzyła na moją twarz, jakby próbowała mnie rozpoznać. Potem westchnęła: „Jesteś, nareszcie”. Kiedy przekroczyła próg i podałam jej rękę na powitanie, długo jej nie wypuszczała. Próbowałam rozszyfrować emocje na jej twarzy: odrobina lęku, szczypta wzruszenia i ogrom nadziei...

– Od świąt nie widziałam Alvina – zaczęła. – Wyjechał ode mnie po sylwestrze. Mieliśmy w marcu razem jechać na narty, ale… ta pandemia mnie zabije!

Starałam się w myślach policzyć, jak długo się nie widzieli i coś mi się nie zgadzało. Od stycznia do marca są prawie trzy miesiące, teraz mamy maj, to tylko dwa miesiące dłużej, czyli zakładając, że spotykają się średnio raz na kwartał, to raptem wypadło im jedno spotkanie. Nie zdążyłam podzielić się swoimi wątpliwościami, bo Magda zaczęła opowiadać ich historię. Patrzyłam na nią, słuchałam uważnie i miałam wrażenie, że snuje tę opowieść bardziej dla siebie. Poznali się w zeszłe wakacje w Londynie, na kursie fotograficznym. Alvin jest fotografem, mieszka w Rumunii, dla Magdy robienie zdjęć to przede wszystkim hobby. Poznali się, zakochali w sobie i chyba nadal byli na etapie zakochania; przed pandemią nie snuli wspólnych planów, spotykali się raz w miesiącu, to on przyjeżdżał do Polski, pracował jako wolny strzelec, podczas gdy Magda była na etacie w agencji reklamowej.

W odpowiedzi na pytanie, co ich łączyło, usłyszałam, że przede wszystkim genialny seks, bliskość fizyczna na okrągło – kiedy tylko byli razem, poza tym obydwoje lubili odkrywać nowe smaki i nowe restauracje. – Cudnie się razem bawiliśmy – spuentowała. Przez myśl przemknęło mi, że to taka raczej symbiotyczna relacja przerwana rozstaniami: albo osobno – w dwóch różnych państwach, albo spleceni w uścisku. Nie było w tym niczego dziwnego, w końcu niespełna roczny związek na odległość ma prawo być nadal na etapie symbiozy.

– Ta dłuższa przerwa od stycznia do marca była z góry ustalona. Alvin miał bardzo ważny projekt do skończenia, więc umówiliśmy się, że odbijemy to sobie dwutygodniowym wyjazdem w Alpy, a tu nagle… – Magda ukryła twarz w dłoniach i zaczęła szlochać, kiwała się przy tym jak dziecko z chorobą sierocą. Zaskoczyła mnie ta jej nagła zmiana z dorosłej, sprawiającej wrażenie silnej kobiety w bezradną małą dziewczynkę. – Rozumiem, że żadne z was nie zdążyło dolecieć do drugiego przed zamknięciem granic? – próbowałam połączyć fakt niedokończonego zdania: „a tu nagle…” z jej nagłą zmianą samopoczucia, ale Magda chyba nie zrozumiała pytania. – Wiesz, ale to nie było tak od razu. Alvin nawet chciał przerwać projekt i przyjechać do Polski, ale powiedziałam, że poczekam te kilka dni czy tygodni, bo przecież nic mi się nie stanie – bardziej wyczułam niż usłyszałam, że końcówka zabrzmiała jak pytanie. – Rozumiem, że rozłąka jest dla ciebie trudna, ale wiele par…

– A potem pewnej nocy obudziłam się z krzykiem i nagle uświadomiłam sobie, że nie wiadomo, kiedy zobaczymy się następnym razem. Nie mogłam oddychać, jakby ktoś położył mi kamień na klatce piersiowej – Magda znowu była w swoim świecie przerażonej dziewczynki.

Wiedziałam, że to „nagle” jest słowem-kluczem. Pandemia zamknęła granice i razem z nimi możliwość spotykania się wielu par żyjących w innych krajach. Kryzys rozłąki spowodowany koronawirusem jest wyjątkowo traumatyczny, bo nagle, bez zapowiedzi, bez możliwości przygotowania się czy jakichkolwiek negocjacji i bez ostrzeżenia – zostajecie rozdzieleni. Żeby go przetrwać, musicie szybko wypracować nowe sposoby komunikacji i nowe reguły bycia w związku, co nie jest łatwe. Jednocześnie jest to ważny sprawdzian tego, jak funkcjonujecie w sytuacji zagrożenia i w kryzysie dla was jako pary, ale też dla każdego z osobna.

Krok 2. Magda mówi o tym, co odebrała jej pandemia

Z badań wynika, że pary żyjące w rozłące w rozmowach wirtualnych przekazują sobie o wiele więcej informacji niż pary będące na co dzień razem, a także uważniej słuchają się nawzajem. Poza tym wkładają więcej wysiłku w przekazywanie sobie uczuć.

Ale Magda i Alvin, jak większość z nas w dobie pandemii, pracowali online. Magda stwierdziła, że nie była w stanie spędzać kolejnej godziny przed monitorem komputera.

– Próbowałam, bo on chciał gadać godzinami, codziennie, a ja nie miałam siły nawet patrzeć mu w oczy – opowiada. – Jego głos był inny, nie czułam jego zapachu, ale kiedy podnosiłam wzrok i widziałam jego ciepły uśmiech, płakałam, a czasami krzyczałam z bezradności. Bywało, że brzuch bolał mnie tak bardzo, że z trudem dobiegałam do łazienki. A kiedy on mówił: „Mała, nie płacz, wkrótce przyjadę”, a ja przecież widziałam, że to nie zależy od niego ani od nikogo i że to wszystko przez ten pieprzony wirus… Ja tego nie przeżyję! – Czego? Czego najbardziej się boisz? Czego nie przeżyjesz? – No tego wszystkiego – Magda patrzy na mnie ze zdziwieniem i z oburzeniem, że nie rozumiem, że przecież tu chodzi o życie. A ja naprawdę nie rozumiem powodu tego ogromu jej rozpaczy.

– Kiedy ostatni raz rozmawialiście? – pytam. – Ciągle rozmawiamy; na Messengerze albo WhatsAppie. – Rozumiem, że się nie widzicie, tylko piszecie. – Tak, dlatego jesteśmy na bieżąco z tym, co u każdego z nas, tylko często się kłócimy, czuję, że on mnie coraz mniej rozumie, nie wie, przez jakie piekło tu przechodzę. A przecież powinien być teraz obok, chronić mnie, wspierać. Po co mi taki „pisany” związek?

Choć współcześni młodzi ludzie właściwie bez przerwy są ze sobą w wirtualnym kontakcie, okazuje się, że kontakt online jest nie lada wyzwaniem dla komunikacji. Musisz być bardziej uważny na tę drugą osobę, zadawać sobie pytanie, jak twoje słowa zostaną odebrane, brać odpowiedzialność za swoje emocje. To szczególnie trudne w rozmowie bez wizji, kiedy nie możecie odbierać i nadawać komunikatów pozawerbalnych. Messenger czy WhatsApp mają tę przewagę nad Skype'em, że możecie dzielić się informacjami natychmiast. Ciągła dostępność mentalna jest pewnego rodzaju rekompensatą za brak kontaktu fizycznego. Jeśli uda się wam naprawdę dobrze komunikować się za pomocą technicznych ułatwiaczy, to znaczy, że w waszym związku jest zaufanie, uważność i starania po obydwu stronach, żeby pielęgnować relację. To bardzo ważne.

Pomyślałam, że związek Magdy bardziej opierał się, przynajmniej na tym etapie, na cyklu: odświętne dni, kiedy jesteśmy obok siebie, a kiedy każde jest w swoim życiu – bliskość znika. Nie było w tym nic dziwnego, przez prawie rok nie mieli okazji spędzić razem w jednym kawałku więcej niż kilku dni.

– Nie chcę patrzeć na niego na Skypie i nie móc go dotknąć. To okrutne, zwłaszcza kiedy dopada mnie tak silny szloch, że boję się, że się uduszę, a jego nie ma obok mnie – poczułam, że te słowa nie były kierowane do Alvina, musiały być jakimś echem z przeszłości.

Krok 3. Przyglądamy się temu, co rozłąka oznacza dla związku

– Związek jest po to, żeby ludzie wspierali się, kiedy tego najbardziej potrzebują – Magda podejmuje przerwany wątek. – To prawda, ale w sytuacji pandemii nic się nie da z tym zrobić. Nie czułaś wsparcia Alvina? – Tak – jeśli chciałam się wygadać, ale kiedy potrzebowałam, żeby wziął mnie za rękę, dotknął mojej twarzy, przytulił mnie – jego nie było. – To nie zależało od niego – mówię, choć przecież ona to wie. – Gdyby mnie naprawdę kochał, byłby przy mnie. – Jak miał to zrobić? – Nie wiem, gdyby mnie kochał, wiedziałby, jak być przy mnie wtedy, kiedy go potrzebowałam.

W tym momencie z torebki Magdy rozlega się dźwięk nadchodzącej wiadomość, a ja wpadam na pomysł: – Jeśli to Alvin, może zaprosimy go do rozmowy? – Teraz? – Tak.

Jestem zaskoczona, że Magda tak łatwo się zgadza. Po chwili łączymy się przez Skype'a. Mężczyzna jest uważny, pełen czułości, skupiony na Magdzie, za to ona warczy, wścieka się, to znów z trudem hamuje wzruszenie. Nie dopuszcza mnie do głosu. Jakby bała się, że jej go zabiorę albo że bardziej zainteresuję się nim niż nią. Zachowuje się jak dziecko zazdrosne o rodzica (czuję, że raz jest zazdrosna o mnie, a raz o chłopaka), próbujące złym zachowaniem zwrócić na siebie uwagę i sprawdzić, na ile jeszcze może sobie pozwolić, żeby nie tracić miłości rodzica.

Czuję, że ich kryzys jako pary wywołany pandemią jest konsekwencją tego, że nie udało im się zbudować jeszcze części wspólnej. Kiedy pytam Alvina, jak radzi sobie z tą niezaplanowaną rozłąką, mężczyzna otwarcie mówi, że również jest mu trudno, jednak wierzy, że wkrótce będzie mógł przylecieć.

– Pod warunkiem że nadal będziesz chciał – Magda nie przestaje prowokować, a za chwilę prosi: – Przyleć już, zrób coś, proszę cię.

Długotrwałe, wystarczająco dobre związki nie boją się rozłąki, ale wiele par rozstaje się z powodu niemożności bycia razem, zwłaszcza kiedy pojawia się realne zagrożenie (pandemia jest takim zagrożeniem) i na dodatek jest to rozłąka przymusowa. Lęk – ten najbardziej pierwotny o zdrowie i życie – łączy się z bezradnością, niepewnością, ale także złością i chęcią odwetu. W końcu ludzie łączą się w pary po to, by być razem „na dobre i na złe”. Stąd irracjonalne oczekiwania, że on pokona wszystkie przeszkody, żeby być, kiedy ona go potrzebuje. Rozumiałam to, ale też czułam, że rozpacz Magdy dotyka jakiejś jej indywidualnej traumy.

Krok 4. Zyskujemy wgląd w lęk Magdy

Opowiedziałam jej, jak mózg funkcjonuje w sytuacji tak silnego zagrożenia typu pandemia. Okazało się, że Magda od dawna ma lęki związane z tym, że ważni ludzie znikną z jej życia – nagle i niespodziewanie. Opowiedziała mi o sytuacji, kiedy w środku nocy jechała do przyjaciółki, bo ta nie odebrała jej telefonu. Wszystko zaczęło mi się składać w całość. Jej tęsknota za bezwarunkową miłością – jeśli naprawdę mnie kocha, to zrobi wszystko, żeby być przy mnie, kiedy go potrzebuję – i lęk separacyjny – opowiedziała mi, że czasami budzi się w nocy i jest przerażona, że nie pamięta twarzy Alvina: – A co, jeśli on zniknie? A co, jeśli  on nie istnieje i ja to wszystko sobie wymyśliłam?

Naprawdę rozumiałam jej lęk, przerażenie małego dziecka, które czeka na matkę i boi się, że matka już nigdy nie wróci, a ono bez niej przecież nie przeżyje. Myślę, że rozłąka pandemiczna w wielu ludziach rozdzielonych z bliskimi, wyzwoliła ów lęk z wczesnego dzieciństwa. A partner oddzielony o tysiące kilometrów jest jedynie mechanizmem spustowym wyzwalającym ten lęk. Zaproponowałam Magdzie, żeby spisywała wszystkie swoje lękowe myśli, nawet te najbardziej absurdalne, np.: „boję się, że Alvin zniknie”, a potem raz w tygodniu czytała listę i oceniała na ile to, czego tak bardzo się boi, ma szansę wydarzyć się w rzeczywistości.

– Wiadomo, że to moje świry. Myślisz, że jeśli będę to zapisywać, to lęki się zmniejszą – stwierdziła. – Przekonaj się sama.

Po miesiącu przysłała mi SMS: „To działa”.

Autoterapia dla nagle rozdzielonych

  • Urozmaicajcie swoją wirtualną komunikację: niech czasami to będzie Skype, innym razem telefon, wiadomości na WhatsAppie, a może nawet papierowy list? Pamiętajcie, że wreszcie macie czas na długie rozmowy, nie tylko te mające na celu podtrzymanie waszej więzi, ale także o tym, na co wcześniej nie mieliście czasu czy odwagi.
  • Zorganizujcie sobie maraton filmowy online. Wystarczy zainstalować odpowiednią wtyczkę, by móc wspólnie oglądać filmy i na gorąco dzielić się wrażeniami. Za pośrednictwem komunikatora możliwe jest nawet wspólne gotowanie czy wirtualna, intymna randka.
  • Dbajcie o to, by częstotliwość i rodzaj wirtualnej komunikacji nie naruszały granic żadnego z was. Jeśli twój partner w tym momencie nie ma ochoty na rozmowę albo prosi o dzień przerwy, to nie jest to wymierzone przeciwko waszej relacji. Każde z was przechodzi swoje indywidualne kryzysy wywołane pandemią i nie wszystkim, i nie natychmiast chcecie się tym dzielić choćby i z najbliższą osobą. Nawet jeśli bardzo się kochacie, nie możecie być terapeutami dla siebie nawzajem. Poproście o pomoc, kiedy jest wam za trudno.
Ewa Klepacka-Gryz, psycholożka, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Jak udawać orgazm? „Nie udawać” – mówi seksuolożka Małgorzata Zaryczna

– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla seksuolożka Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. (Fot. iStock)
– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla seksuolożka Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. (Fot. iStock)
Temat dosyć drażliwy, a pytanie iście szekspirowskie: Czy dla satysfakcji partnera można udawać własną? Wyjaśnia seksuolożka Małgorzata Zaryczna

Marike ma 32 lata i mieszka w Hanowerze. Jest logopedką, ma fajnego faceta, którego kocha z wzajemnością. Tylko w sypialni coś „nie gra”, bo Marike zdecydowała się napisać o tym na internetowym forum: „Jest nam razem wspaniale. Uwielbiam sypiać z moim partnerem. Nie mogę się skarżyć, robi wszystko tak, jak trzeba. Nie wiem więc dlaczego, ale nie mogę przeżyć z nim orgazmu. Jak tylko ogarnia mnie to miłe, gorące uczucie, próbuję je uchwycić, podążyć za nim – a ono wtedy znika. Nie chcę wyjść na zimną jędzę, więc udaję. Ups, powiedziałam to wreszcie – od trzech lat udaję wszystkie orgazmy…”.

Kobiet takich jak Marike jest więcej. Choćby Jula, tym razem z polskiego forum: „Ja też udaję orgazmy. Całe to gadanie na ten temat więcej psuje, niż poprawia. Mój facet nie rozumie, jak można nie mieć orgazmu i robi, co może, żeby mnie do niego doprowadzić. Tyle tylko, że ja to koncentrowanie się na moim szczytowaniu odbieram jako totalnie zniechęcające. Seks bez szczytowania też daje mnóstwo frajdy. Wcale nie tęsknię za orgazmem. Ale ponieważ mój facet tak strasznie na niego czeka, udaję – i oboje jesteśmy zadowoleni”.

Z miłości i dla świętego spokoju

Kiedyś kobiecy orgazm był zjawiskiem egzotycznym: nie bardzo wypadało przeżywać go „przyzwoitej” kobiecie. Orgazm nie był czymś, czego się wymagało od żony lub jej zapewniało – przeciwnie, kobiety szczytujące uważane były za rozwiązłe. Dziś tę reglamentację rozkoszy zastąpiło całkowite przeciwieństwo: kobiecy orgazm to obowiązek. On musi go jej dać, ona musi go przeżyć. Orgazm nie tylko „wieńczy dzieło”, ale w ogóle nadaje mu sens. Jeśli nie nadejdzie, to znaczy, że ktoś nawalił: kochanek, kochanka albo oboje. Trudno się więc dziwić, że pary czują się w obowiązku zrobić wszystko, by ten magiczny szczyt za każdym razem osiągnąć. Tyle tylko, że wspaniały, porywający i niezwykły seks to rzecz raczej odświętna. Na co dzień najczęściej trafia się nam seks po prostu – zwykły i przyjemny. I tak powinno być. Problem pojawia się, gdy zamiast zaakceptować ten stan rzeczy i cieszyć się bliskością, dąży się do ideału. W konsekwencji, jeśli ziemia się nie trzęsie podczas każdego tête-à-tête, udawanie orgazmu staje się koniecznością.

– Symulowanie rozkoszy – nawet jeśli kierowane „dobrem związku” – ma zwykle na celu dwie rzeczy: chęć zadowolenia własnego ego lub ego partnera – tłumaczy Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. – Wychodząc z sypialni, chcemy mieć poczucie, że sprawdziłyśmy się w roli kochanki, a w oczach partnera znaleźć na to potwierdzenie.

Tych kilka wystudiowanych jęków nie wydaje się też zbyt wysoką ceną za dobre samopoczucie naszego partnera. On to dopiero czuje ciężar odpowiedzialności! Mężczyzna, którego partnerka nie wije się z rozkoszy, nie może nazywać się dobrym kochankiem. Dlatego kobiety często udają… z miłości. Nie chcą, żeby za ich brak dostrojenia na orgazm ukochany zapłacił obniżeniem samopoczucia i seksualnej samooceny. Ale równie często odgrywają scenkę rozkosznych konwulsji z wygody. Dla świętego spokoju. Żeby mężczyzna, który od pół godziny wychodzi z siebie, by je zadowolić, zajął się w końcu czymś innym – przytulił, pocałował.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego kobiety udają: wielu mężczyzn podnieca fakt, że kobieta szczytuje. Sami wtedy szybciej osiągają spełnienie. Są też tacy, którzy dopiero po orgazmie partnerki przestają wstrzymywać własny. Dlatego, jeśli kochanka chce subtelnie zakończyć erotyczne spotkanie, symuluje orgazm – i można się zwyczajnie poprzytulać.

Nie chcę, ale to robię

Problematyczne jest tylko samo słowo „udawanie”. Udawanie, czyli oszustwo, kłamstwo, nieprawda. Buduje mur pomiędzy kochankami. Coś, co powinno łączyć, dzieli. Wielki różowy słoń stoi w sypialni i obydwoje udają, że go nie widzą… Partner, bo według niego wszystko jest w porządku. Partnerka, bo woli mieć święty spokój albo dlatego, że uważa, że wprawdzie mają problemy, ale chwilowe. Co jeśli jednak będą się powtarzać?

Wyrzuty sumienia mogą powodować, że zacznie unikać seksu albo, sfrustrowana, w końcu zacznie traktować seks na zasadzie „nie chcę, ale co robić, trzeba”.

– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. Bo gdy nagle stwierdzi, że jednak chce spróbować cieszyć się seksualnością, trudno jej będzie zrobić to u boku partnera od dłuższego czasu przyzwyczajonego do rytuału, który… nie działa.

Seksuolożka zaleca więc nie udawać, ale dopuszcza od tej zasady dwa odstępstwa. Pierwsze: gdy partnera tak podnieca orgazm ukochanej, że sam szybciej „dochodzi”, a ona – widząc jego podniecenie – też szczytuje. Wtedy udawanie służy przyjemności obojga, jest funkcjonalne. Drugie: kiedy partnerzy są razem od niedawna i czują się jeszcze onieśmieleni i podenerwowani, bo zależy im na znajomości. Wtedy symulowanie może zdjąć z obojga trochę presji. – Jednak wyłącznie pod warunkiem, że mają silne postanowienie, że to tylko na chwilę, a jak tylko napięcie zmaleje i poczują się swobodniej, będą szukać takiej stymulacji, by naprawdę szczytować – zaznacza.

Męska pewność siebie

Na wspomnianym niemieckim forum zwierzenia Marike wywołały ożywioną dyskusję. Przeważały męskie głosy. Faceci po prostu nie mogli się nadziwić, że: a) ktoś może w ogóle mieć problem z dojściem do orgazmu, b) kobiety robią takie głupstwa, c) jak to jest możliwe, by partnerzy nie domyślali się oszustwa.

Mężczyźni uważali, że każdy jako tako seksualnie wyedukowany i doświadczony facet natychmiast się zorientuje, że trafił na łóżkową aktorkę. Tylko jeden nieśmiało zauważył, że może jednak nie – bo przecież każda kobieta inaczej orgazm przeżywa – ba! nawet jedna kobieta potrafi mieć różne orgazmy – więc chyba jednak nie tak łatwo się w tym wszystkim połapać. Inni jednak szybciutko go zakrzyczeli.

– Tymczasem to ten ostatni miał rację – mówi Małgorzata Zaryczna. – Mężczyzna nie jest w stanie poznać, czy kobieta udaje, czy nie. Oczywiście, jeśli para jest długo razem, partnerzy doskonale się znają, a kobieta ma zawsze podobny schemat przeżywania rozkoszy – jej partner może zauważyć pewne odstępstwa od normy. Ale to wcale nie musi znaczyć, że odegrała orgazmiczną komedię – mogła mieć po prostu orgazm mniej lub bardziej intensywny niż zazwyczaj.

Do podręcznikowych oznak orgazmu należą: skurcze mięśni pochwy i zwiększona lubrykacja, erekcja i stwardnienie sutków, czasem lekkie konwulsje całego ciała, przyspieszony puls i oddech, zdarza się rumień na twarzy czy na piersiach. I, niestety, wszystkie można symulować – bo nawet skurcze mięśni nie stanowią problemu dla kobiety z dobrze wyćwiczonym mięśniem Kegla. Poza tym nie każda kobieta takie skurcze ma, a niekiedy są niewyczuwalne dla mężczyzny.

Małgorzata Zaryczna przestrzega jednak przed tropieniem oznak orgazmu i doszukiwaniem się dowodów na jego prawdziwość lub fałsz. Wtedy, zamiast się skoncentrować na przyjemności, kochanek będzie się skupiał na śledztwie, podsycając swoją niepewność i ewentualne kompleksy. – Mężczyźni często nie chcą wierzyć partnerkom, że choć nie miały orgazmu, to są z seksu zadowolone – mówi seksuolożka. – Samo podniecenie, wywołane zbliżeniem, jest często dla kobiety satysfakcjonujące. Panowie, uwierzcie w to, a wasze partnerki nie będą chciały udawać!

Wyznań czas

A co, jeśli recydywistkę w udawaniu najdzie ochota na orgazmiczny coming out? Lepiej nie wyznawać partnerowi: „od 10 lat udawałam rozkosz”. To go zaboli, podkopie wiarę w siebie, pozbawi poczucia bezpieczeństwa i nadszarpnie zaufanie, a także obrabuje z radości z seksu, którą – jak sądził – miał z partnerką przez te lata. W końcu to tak samo, jakby powiedzieć: „od 10 lat żyjemy w kłamstwie”. Co można zatem zrobić? Jak najszybciej zmienić sposób, w jaki uprawia się seks.

– Kobieta może powiedzieć, że – dajmy na to – odkryła nowy rodzaj pieszczot, który sprawia jej przyjemność, i zaproponować partnerowi, by wprowadził go do repertuaru. Polecam też kupić poradnik seksualny, przynieść go z zapowiedzią: „może byśmy spróbowali czegoś nowego, chciałabym sprawdzić, czy mogę osiągać orgazm w inny sposób albo silniej” – radzi Małgorzata Zaryczna.

Czasem wystarczą niewielkie innowacje – na przykład zmiana pozycji. Bo kiedy kobieta jest skoncentrowana na tym, jak kierować ciałem, żeby było „dobrze”, trudno jej się tak poddać przeżyciom, by naprawdę „odlecieć”.

Wielu mężczyzn wie, że sama penetracja to za mało, by kobieta przeżyła rozkosz. Wiedzą też, że jedną z najskuteczniejszych technik jest stymulacja oralna. Ale mylnie zakładają, że dobrze sprawdzi się pozycja „sześć na dziewięć”, kiedy obydwoje dostarczają sobie oralnie rozkoszy. Otóż wiele kobiet nie jest w stanie skupić się wtedy na własnej przyjemności, dbając o przyjemność partnera. A wystarczy spróbować inaczej: najpierw partner pieści partnerkę, potem zamieniają się miejscami. Próbujmy, eksperymentujmy. Bawmy się w „może będzie jeszcze fajniej”, a po jakimś czasie rzeczywiście tak się stanie.

  1. Psychologia

Czy wszystko, co ważne, można mieć za pieniądze? Zastanawia się Wojciech Eichelberger

- Okazuje się, że gdy jesteśmy już wystarczająco bogaci, a zarazem zmęczeni i wypaleni, to zaczynamy się rozglądać za sensowną inwestycją w relacje - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
- Okazuje się, że gdy jesteśmy już wystarczająco bogaci, a zarazem zmęczeni i wypaleni, to zaczynamy się rozglądać za sensowną inwestycją w relacje - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
Tak myślimy, skoro nie liczymy na ludzi, ale stawiamy na polisy, lokaty, kredyty. Ale co tak naprawdę możemy mieć za pieniądze, a co tracimy, chcąc za wszystko płacić? No i czym jest kultura daru – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Jeśli pieniądze są dla nas najważniejsze, to, jak pisze dr Tim Kasser w „The High Price of Materialism” (Wysokiej cenie materializmu), czeka nas przygnębienie i lęk. A Barry Schwartz, psycholog, twierdzi z kolei, że kupowanie nie daje frajdy, bo męczy koniecznością wyboru. Ale my nie mamy czasu czytać, musimy zarabiać, bo liczą się pieniądze i udane transakcje. Nawet w związkach zaczynamy patrzeć na zysk…
Na szczęście nie wszędzie i nie zawsze da się zamienić relacje międzyludzkie na transakcje finansowe. Ale prawdą jest, że coraz częściej nawet ślub zastępuje coś na kształt umowy spółki, która określa, co każda ze stron powinna dostarczyć, definiuje strategię wzajemnego wspierania karier i osiągania celów, zasady podziału zysków i strat. Brakuje jednak w tej umowie słów o emocjonalnej więzi i wspólnym życiu. I gdy partner wspólnik zostaje w tyle – rozwiązujemy umowę i szukamy lepszego strategicznie inwestora. Budowanie takich relacji/transakcji także z krewnymi, znajomymi, lekarzami, nauczycielami, którzy zaspokajają nasze potrzeby, rychło doprowadzi do tego, że naszym wspólnym doświadczeniem będzie tylko wielka samotność, rozpacz i poczucie bezsensu.

Nie uciekniemy od tego, że potrzebujemy bliskich, bezpiecznych, a także miłosnych związków, by pozostać przy zdrowych zmysłach. Ale wygląda na to, że zanim się w tej sprawie opamiętamy, staniemy się konglomeratem rywalizujących ze sobą, samotnych konsumentów, dla których posiadanie jak największej ilości pieniędzy i jak największej ilości transakcji będzie jedynym celem bytowania na tej planecie.

Z badań psycholożki Kathleen Vohs wynika, że ci, którzy nastawiają się na zarabianie pieniędzy, przestają zwracać uwagę na relacje, nie cenią tego, co nie ma wymiaru materialnego, przekonani o swojej samowystarczalności nie potrzebują ludzi i stają się nieufni.
Rynek i konsumpcjonizm nie działają na rzecz międzyludzkich związków, bo na nich nie można zarobić. Związki więc zanikają, zamieniają się w pseudorelacje uprawiane w sieci internetowej i telefonicznej.

Godzinę temu ktoś mnie zaczepił na ulicy. Nie pamiętałem człowieka. Wiedziałem tylko, że to jakiś dobry znajomy sprzed lat. Gdy w końcu ustaliliśmy, skąd się znamy, zadzwonił mój telefon. Odruchowo odebrałem. Jak wytresowana małpa. Uznałem, że osoba, której akurat w tym momencie gdzieś tam, w innej, nie mojej czasoprzestrzeni przyszło do głowy, żeby do mnie zadzwonić i wcina mi się w niepowtarzalną chwilę mojego realnego życia, jest ważniejsza od kogoś, kogo nie widziałem od lat i z kim właśnie rozmawiam. No i prawie wszyscy tak robimy – ktoś oferuje nam żywy, realny kontakt, rozmowę, a my uciekamy w popłochu, pokazując swoim zachowaniem: „Daj mi spokój, ja tam mam ważniejsze sprawy i ważniejszych ludzi”. Komórki używamy do teleportowania się ze wszystkich niewygodnych – bo wymagających wysiłku wejścia w realny kontakt – sytuacji. Spontaniczne kontakty z ludźmi coraz częściej nas przerażają. Bo nie mamy na nie umowy, paragrafów, zabezpieczeń, bo nie wiemy, co mamy dostarczyć, co ma być nam dostarczone, ile to będzie trwać i jaki jest tego cel. Relacje wirtualne i transakcje są bezpieczniejsze.

Tylko dlatego odbieramy telefon i odpisujemy na mejle?
Starsi już prawie zapomnieli, a wielu młodszych nigdy nie zaznało poruszającego, fascynującego i wspierającego klimatu realnych spotkań z innymi ludźmi. Zamiast pobyć i porozmawiać z tymi, którzy nas otaczają, wchodzimy na Facebooka, żeby sprawdzić, ile dostaliśmy lajków za ostatni wpis. Nie wiemy, że tak budujemy swoją przyszłą samotność. Wirtualne relacje nie wymagają uważności, słuchania, ryzyka wyrażania uczuć na gorąco, refleksu, zdolności do empatii i kompromisu. Nie łączą się z ryzykiem usłyszenia bezpośrednich i krytycznych komentarzy na temat naszych spontanicznych zachowań. Jedynym ryzykiem jest to, że znikniemy z sieci, ale też w sytuacji braku rzeczywistych związków to perspektywa naprawdę przerażająca.

Sieć nie jest też wolna od transakcji.
Na domiar złego można łatwo ulec pokusie sprzedawania sieciowej, nieskrępowanej, wolnej i spontanicznej twórczości i tożsamości. Piszemy atrakcyjnego bloga, wielu go czyta i poleca, więc szybko pojawia się reklamodawca, który chce na stronie umieścić baner. A potem ktoś inny proponuje product placement. Wtedy nasza autentyczność w sieci stanie się kompletną mistyfikacją. Ilu blogerów za pieniądze zachwala jakieś ubrania, restauracje, samochody czy rowery? Komercja rządzi siecią w znacznie większym stopniu, niż nam się zdaje.

Wracając do tego, co można kupić i co chcielibyśmy mieć. Z badań wynika, że za bliskością nie tęsknią ci, którzy mają pieniądze. Oni wolą ubezpieczenia, lokaty i kredyty.
Ci, którzy nie odczuwają tęsknoty za autentycznymi i bliskimi związkami z ludźmi, z pewnością „zamulają się” jakimś erzacem. Im bardziej będziemy bezradni w nawiązywaniu więzi i budowaniu relacji, tym większa będzie nasza potrzeba ubezpieczania się na wszystkie możliwe sposoby i ewentualności. Wiadomo, że rozbudowana rodzina najefektywniej zwiększa poczucie bezpieczeństwa, które jest naszą wrodzoną potrzebą. Ale my takich rodzin nie mamy, nie mamy więc poczucia bezpieczeństwa i dlatego tak wiele reklam odwołuje się do niej, wmawia nam, że potrzebujemy ciągle czegoś nowego dla zapewnienia go sobie.

Najlepszym konsumentem jest więc singiel.
Na to wygląda. Bo człowiek im bardziej samotny, tym bardziej uzależniony od rozmaitych produktów, w tym od produktów ubezpieczeniowych. Realizując się tylko w pracy i w sieci, resztę rzeczy musimy sobie kupić. A więc musimy sobie kupić bezpieczeństwo – w postaci kamer, płotów, drzwi przeciwwłamaniowych i ochroniarzy, a także ubezpieczeń, lokat, kart kredytowych i prawników. Musimy sobie kupić rzeczywisty kontakt z drugim człowiekiem: zrozumienie, dyskrecję, lojalność i wsparcie – w postaci coachingu, mentoringu lub psychoterapii. Iluzję bycia ważnym i obdarzonym szacunkiem możemy nabyć w drogich hotelach i restauracjach. Iluzję przynależności kupujemy, słono płacąc za członkostwo w ekskluzywnych klubach. A iluzję bliskości, zachwytu, oddania, wdzięczności, intymności i miłości – na bogatym rynku usług seksualnych. W Japonii są domy publiczne, w których można sobie kupić dowolny typ relacji seksualnej, w dowolnych przebraniach i dekoracjach. Witająca cię tam osoba jest o wiele bardziej przewidywalna niż współmałżonek, a nawet kochanka. Zawsze powie to, czego zażyczył sobie klient w skrupulatnie opracowanym scenariuszu: że kocha, że tęskni, że nie może żyć bez niego, że pragnie. Bardziej przewidywalny i bezpieczny może być już tylko robot zaprogramowany na zaspokajanie naszych niedojrzałych i neurotycznych potrzeb. I nic nie musimy już z siebie dawać poza opłacaniem rachunków.

Tak konsumowana samotność kosztuje dużo. Więcej niż rodzina i dzieci. Ale mimo że nie zaspokaja ważnych potrzeb, ma dla coraz większej liczby ludzi nieodparty urok. Może dlatego, że zaspokaja naszą wrodzoną potrzebę, którą jest... lenistwo.

A może to postęp? Relacje w sieci, pieniądze na ubezpieczenie. I po co zawracać sobie głowę prawdziwą miłością czy przyjaźnią?
Rynek z pewnością byłby zadowolony. Ale na szczęście ludzie mają świadomość i niezbywalne potrzeby psychiczne. Potrzeby bycia ważnym, wybranym, upragnionym, szanowanym, bezpiecznym i kochanym w realnych związkach nie da się na dłuższą metę oszukać. Tylko do czasu możemy śnić zbiorowy sen konsumpcyjnego spełnienia i bezpieczeństwa. Prędzej czy później nasze niezaspokojone potrzeby nas obudzą. Nawet gdy się ich wyprzemy, to się odezwą w postaci dolegliwości i chorób ciała. A wtedy nie pozostanie nam nic innego, jak kupić sobie robota pielęgniarkę.

Co się dzieje z dziećmi, które patrzą na to, co wyczyniamy?
Jeśli widziały tylko nasze plecy pochylone nad laptopami, to z pewnością nie odczuwają z nami silnej więzi. Młoda, inteligentna, nowoczesna matka powiedziała mi niedawno, że jest entuzjastką maksymalnej ilości dodatkowych zajęć dla dzieci, bo to odciąga je od komputera. W trakcie rozmowy okazało się, że w domu sama spędza wiele godzin przy laptopie, bo to część jej pracy, i nie ma czasu ani pomysłu na robienie czegokolwiek z synkiem. Nawet relacje z dziećmi nabierają charakteru transakcji: „Ja ci opłacam wiele atrakcyjnych zajęć dodatkowych, dostarczam to, co najlepsze na rynku dziecięcych warsztatów rozwojowych, i muszę na to wszystko zarobić. Ty nie zawracaj mi więc głowy. Masz być fajnym dzieckiem, którym się mogę pochwalić i które szybko się uniezależni i zacznie robić karierę”. I nikt już nie pyta o bliskość, miłość, wdzięczność i szczęście.

Jak ratować siebie i swoje dzieci?
Postawić na budowanie relacji – dawać im nasz własny czas i uwagę, a nie czas i uwagę kupione dla nich od innych. Najtrudniejszym testem sukcesu w tej sprawie jest zdolność potomstwa do opieki nad chorymi i starzejącymi się rodzicami. Ale im bardziej zaawansowany technologicznie kraj, tym gorzej dzieci zdają ten test. Tam kultura transakcji najskuteczniej wypiera kulturę relacji. Powstają ogromne luksusowe getta kampusy dla starych ludzi, świetnie obsługiwanych przez fachowców, ale... Ich lokatorów nikt nie odwiedza. Bo dzieci kultury transakcyjnej swoje zobowiązania wobec rodziców realizują w zgodzie z tym, czego się od nich nauczyły: „Organizuję wam opiekę, rehabilitację i warsztaty rozwojowe dla seniorów. Muszę na to zarobić i kontynuować moją karierę. Nie zawracajcie mi więc głowy i bądźcie grzecznymi staruszkami”. Warto pamiętać, że dzieci są jak walizka: co włożysz, to wyjmiesz.

Pieniądze pomagają nam pokonać lęk, samotność. A więc może przytulanie tych, którzy wszystko przeliczają, sprawi, że przestaną myśleć tylko o kasie?
Dobra intuicja. Okazuje się, że gdy jesteśmy już wystarczająco bogaci, a zarazem zmęczeni i wypaleni, to zaczynamy się rozglądać za sensowną inwestycją w relacje. Stąd coraz większe powodzenie coachingu, mentoringu, treningów interpersonalnych, szkoleń i warsztatów rozwijających miękkie, psychologiczne kompetencje, a także grup terapeutycznych i psychoterapii indywidualnej. Wprawdzie wygląda to na kupowanie relacji, ale dla wielu to konieczny początek uświadomienia sobie prawdziwych potrzeb. Dzięki inwestycji w relacje możemy się obudzić z odrętwienia i poczucia pustki, przypomnieć sobie z całą mocą, że prawdziwe i głębokie związki z ludźmi są naszym największym kapitałem i zabezpieczeniem. Ci, którzy choć raz doświadczyli, że to nasycony uwagą czas spędzany z bliskimi jest największym dobrem, zawsze o tym będą pamiętać.

  1. Psychologia

Jak pomóc dziecku odnaleźć własną drogę?

Jeśli ktoś podąża za tym, co ma dla niego sens i budzi jego entuzjazm, odnajdzie się w każdych warunkach. I przede wszystkim w tym powinno się pomagać młodym ludziom. (Fot. iStock)
Jeśli ktoś podąża za tym, co ma dla niego sens i budzi jego entuzjazm, odnajdzie się w każdych warunkach. I przede wszystkim w tym powinno się pomagać młodym ludziom. (Fot. iStock)
W trosce o przyszłość dzieci wielu rodziców wywiera na nich presję wyboru studiów, które zagwarantują im dobrą pracę. Tymczasem miniony rok pokazał iluzoryczność takiego podejścia. Jak zatem wspierać dziecko w planowaniu jego przyszłości? O wskazówki poprosiliśmy wykładowcę akademickiego i pisarza Mikołaja Marcelę.

Rok temu rozmawialiśmy o tym, jak mądrze wspierać decyzje nastolatków dotyczące wyboru zawodowej drogi. Jak pandemia zmieniła twoją perspektywę?
Pandemia zmieniła sposób, w jaki patrzymy na wiele kwestii. To, co wydawało się niemożliwe jeszcze rok temu, zostało wprowadzone w życie z dnia na dzień: zdalna edukacja, zdalna praca na szeroką skalę, przeniesienie naszego funkcjonowania do sieci w jeszcze większym stopniu niż wcześniej. To doświadczenie wywrze wpływ na kształt rynku pracy, a przez to na myślenie o wyborze zawodowej drogi życiowej. Pandemia nauczyła nas, że – by przypomnieć słowa amerykańskiego futurologa Alvina Tofflera – w XXI wieku najważniejszą zdolnością w pracy i poza nią będzie zdolność do uczenia się, oduczania i uczenia się na nowo. Warto więc wspierać młodych ludzi w ich wyborach i tworzyć im warunki do wyrabiania w sobie tej zdolności.

W jaki sposób?
Pozostawiając im jak największą autonomię działania, wspierając, gdy zajdzie taka potrzeba, i prowadząc z nimi otwarty dialog. Próba planowania młodym ludziom ich przyszłości z pewnością nie jest najlepszym rozwiązaniem. Jak widzieliśmy w ostatnim czasie, jedno wydarzenie może bardzo poważnie zmienić kształt naszej rzeczywistości. Do tego dochodzą takie procesy, jak postępująca automatyzacja i rozwój uczenia maszynowego, które jeszcze bardziej namieszają w świecie w najbliższych latach. Jeśli jednak ktoś podąża za tym, co budzi jego entuzjazm i co ma dla niego sens, odnajdzie się w każdych warunkach. I w tym przede wszystkim powinno się pomagać młodym ludziom.

Teoria autodeterminacji sugeruje, że mamy trzy podstawowe potrzeby psychiczne: kompetencji, autonomii i bycia z innymi ludźmi. Jeśli są one zaspokojone, jesteśmy zmotywowani, produktywni i szczęśliwi. Jeśli nie możemy ich zaspokajać, jesteśmy zdemotywowani, nieefektywni w działaniu i nieszczęśliwi.

Wrócę jeszcze do pandemii i wynikających z niej ograniczeń kontaktów. Czy dla młodzieży naprawdę dużo się w związku z tym zmieniło, czy jako dorośli wyolbrzymiamy problem?
Zmieniło się bardzo dużo. U niektórych są to zmiany na lepsze, u niektórych na gorsze. Ograniczenie kontaktów źle zniosły osoby, które są ekstrawertyczne, to musiał być dla nich duży problem, choć myślę, że wielu nastolatków sobie całkiem dobrze poradziło, patrząc na młodych ludzi w okolicach, w których mieszkam. Na dobre wyszło to tym, którzy męczyli się w szkole.

Czyli komu?
Na przykład introwertycy – dla nich to pewnie świetny czas. Myślę, że skorzystały również osoby, które mają w domu przestrzeń do samorozwoju i których rodzice mają mało rygorystyczny stosunek do edukacji. Znam wielu młodych ludzi, którzy w ostatnich miesiącach odkryli nowe zainteresowania, podjęli się projektów, które odkładali, bo nigdy nie było na nie czasu.

Największy wpływ pandemia ma jednak na edukację jako taką. Jestem przekonany, że po jej zakończeniu nie będzie już powrotu do dawnej szkoły. I dobrze.

Uważasz, że szkoła cyfrowa to błogosławieństwo? Znam opinie, że to przekleństwo...
Jak dla mnie błogosławieństwo, choć oczywiście wszystko zależy od konkretnego przypadku. Przeniesienie „modelu pruskiego” do Internetu to koszmar – zarówno dla nauczycieli, jak i uczniów. Siedzenie po siedem godzin przed ekranem i słuchanie przemawiających nauczycieli nie ma oczywiście żadnego sensu i jest stratą czasu. Natomiast wykorzystanie możliwości, jakie daje edukacja cyfrowa, konkretnych narzędzi i zasobów w sieci – to już zupełnie inna historia.

Zresztą powinniśmy zacząć zupełnie inaczej myśleć o Internecie i świecie cyfrowym w kontekście edukacji, i nie tylko. Temu zagadnieniu razem z Zytą Czechowską, Nauczycielką Roku 2019, poświęciliśmy naszą nową książkę „Jak nie zgubić dziecka w sieci. Rozwój, edukacja i bezpieczeństwo w cyfrowym świecie”.

I jak widzicie nastolatki? Czy życie online ograniczyło ich zainteresowania?
Nie sądzę. Młodzi ludzie już od dawna nie dzielą świata na ten online i ten offline. Uczą się i rozwijają swoje zainteresowania dzięki Instagramowi czy Redditowi, oglądając filmy na YouTubie, słuchając piosenek i podcastów na Spotify. I grają w gry, gadając przy tym na Discordzie. Warto mieć to wszystko na uwadze, kiedy krytykujemy młodzież za to, że siedzi zbyt długo w Internecie. Podobnie jak należy pamiętać o korzyściach, jakie płyną chociażby z gier komputerowych. W ostatnich dekadach bardzo często demonizowaliśmy wpływ gier na umysły młodych ludzi, niemniej grając w nie, uczą się bardzo wielu rzeczy.

Czas okołomaturalny to moment, gdy rodzice szczególnie wywierają wpływ na decyzje dotyczące przyszłości nastolatków. Teraz, gdy siedzimy w domach, cierpliwości do siebie mamy coraz mniej. Czy którymkolwiek rodzicom udaje się w ogóle powstrzymać od sterowania dziećmi?
Myślę, że nawet całkiem sporej grupie rodziców to się udaje. Nie widzę żadnego sensu w wywieraniu presji w takich kwestiach. W poprzednich książkach pisałem sporo o tym, jak jest to szkodliwe w dłuższej perspektywie.

Ostatni rok pokazał, że nie ma w obszarze zawodowym niczego stałego. Jakie wnioski powinni z tego wysnuć rodzice nastolatków?
Że nikt nie wie, co przyniesie przyszłość i jakie zawody będą wtedy potrzebne, a jakie znikną z rynku. Yuval Noah Harari w książce „21 lekcji na XXI wiek” przekonuje, że warto inwestować w rozwijanie podstawowych umiejętności, które nazywa „4K”.

Od czego to skrót?
Komunikacja, kooperacja oraz kreatywne i krytyczne myślenie. W przyszłości kluczowe będą też zdolność do samokształtowania siebie, konsekwentnego rozwoju osobistego oraz umiejętność wymyślania planu na siebie, także pod względem zawodowym.

A jak młodych uczyć tego „wymyślania siebie”?
By młodzi mogli się tego wszystkiego nauczyć, muszą mieć jak najwięcej czasu i przestrzeni dla siebie. Obecnie czasach to jedna z najtrudniejszych rzeczy do zrobienia, ale według mnie rodzice powinni przede wszystkim odpuścić sobie bycie idealnymi rodzicami i pozwolić dzieciom prowadzić ich własne życie.

Dziś niemal wszyscy rodzice przyszłych studentów chcą, żeby ich dzieci wybrały kierunki studiów związane z IT, ostatecznie grami komputerowymi. Czy to mas sens?
Ma to sens w przypadku osób, dla których IT i gry komputerowe są ważne w życiu. Z drugiej strony obawiam się, że dla wielu z nich – zwłaszcza tych bardzo zaawansowanych – studia mogą się okazać rozczarowaniem. Natomiast nie ma to sensu w przypadku osób, które zupełnie się tym nie interesują. Jeśli nastolatek kocha pisać, niech przyjdzie do nas na sztukę pisania na Uniwersytecie Śląskim. Jeśli chce walczyć o prawa zwierząt w przyszłości, niech zdaje na prawo. Jeśli kocha malować, niech wybierze Akademię Sztuk Pięknych, a jeśli fascynuje go biologia – biologię.

Niech każdy robi to, co jest mu bliskie i do czego czuje się stworzony, a nie studiuje to, co „powinno się” studiować. Wtedy naprawdę będziemy mieli lepszy świat i szczęśliwszych ludzi. Według mnie to jest bardzo proste i w sumie zastanawiam się, jakim cudem możemy o tym dalej dyskutować.

Czy naprawdę warto zachęcać dziecko, żeby było pisarzem, aktorem czy filozofem? Życie online sprawiło, że zaczynamy myśleć, że sztuka to grafika komputerowa, a koncertem jest transmisja z czyjejś kuchni. Szybko zgubiliśmy potrzeby kulturalne.
Nie wiem, czy to zły czas dla poetów i filozofów – sam jestem m.in. magistrem filozofii i nie jest mi z tym źle, a nawet całkiem mi to pomaga. A co do potrzeb kulturalnych, mam wrażenie, że oglądamy, słuchamy i czytamy więcej niż kiedykolwiek wcześniej. To też kwestia wymyślenia niektórych rzeczy na nowo, otwierania się nowych przestrzeni. Różne instytucje proponują rozwiązania, o których do tej pory pewnie nie myślały. Ostatnio widziałem billboard Opery Śląskiej, która zaczęła oferować usługę VOD.

Pamiętajmy, że koniec jest zawsze nowym początkiem. Dlaczego nie pomyśleć o potencjale aktorstwa na YouTubie czy TikToku? Judi Dench w czasie lockdownu zaczęła tworzyć viralowe nagrania na TikToku ze swoim wnukiem. Myślę, że to też może być nowe otwarcie dla kultury i sztuki, czego chyba coraz bardziej potrzebowaliśmy w ostatnich latach.

Mikołaj Marcela, dr nauki humanistycznych, nauczyciel akademicki, współautor i współkoordynator kierunku sztuka pisania na Uniwersytecie Śląskim. Pisarz i autor tekstów piosenek.

  1. Psychologia

Czy uda się, jeśli spróbujemy drugi raz?

Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? (Fot. iStock)
Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? (Fot. iStock)
Dawna miłość to delikatny języczek naszych uczuć. Dotyka tego, co w nas intymne. Ale czy to znaczy, że jest możliwe drugie miłosne rozdanie dla tej samej pary? Pytamy psychoterapeutę Roberta Rutkowskiego.

Spotkać się czy nie z dawną miłością, która właśnie wróciła z zagranicy, rozwiodła się, zadzwoniła po latach – przecież mamy poukładane życie? Czy to miłość czy tylko wspomnienia? Czy nam się uda, jeśli drugi raz spróbujemy?
To wcale nie najważniejsze z pytań, jakie można sobie w takiej sytuacji zadać. Skupiając się jednak na szukaniu odpowiedzi na nie, łatwo pominąć to, co najważniejsze. Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? Zanim spotkam się – lub nie spotkam z dawna miłością, trzeba najpierw spotkać się z samym sobą! Spotkanie to nam się jednak nie uda, jeśli będziemy przed nim uciekać w romanse z i te z przeszłości i te nowe. To droga do zatracenia. Aby być gotowym na dobry związek, trzeba być gotowym na samego siebie. Pokochać siebie. A często mijają lata, a my ani razu nie staniemy przed lustrem, żeby się sobie przyjrzeć.

To zaboli, podczas gdy wino z dawną miłością może uskrzydlić!
Samopoznanie zaczyna się od bólu, to prawda. Wynika on z zajęcia się tym, co się w moim życiu wydarzyło: czemu porzuciłem, zdradziłem, pozwoliłem odejść? Skąd się wzięły te moje zdrady, kłamstwa, przemoc, udawanie? Ale to tylko pierwszy krok, niezbędny do tego, by pojawiło się zrozumienie: dlaczego tak postąpiłem, czemu mnie to spotkało? To ważne, bo tylko wtedy, kiedy rozumiem, mogę sobie wybaczyć. A nie wybaczając sobie, nie stworzę dobrego związku z drugim człowiekiem.

Po co grzebać się w przeszłości, co było minęło! Możemy spróbować jeszcze raz!
I jeszcze raz przeżyć ten sam koszmar? W latach 90. byłem w burzliwej i atrakcyjnej relacji. Ale pewnego dnia wracam do domu, a tam moja partnerka grzebie w szafie. Myślałem, że układa rzeczy, ale ona zapytała, czy mógłbym jej pomóc spakować się, bo przeprowadza się do Piotrka. Zupełnie otępiały pomogłem nawet wynieść walizki. Potem bardzo tęskniłem, cierpiałem. Kiedy po roku, jak już nie było między nami żadnej relacji, zadzwoniła w sprawie naszego psa, pomyślałem, że jej chodzi o mnie, bo też tylko 12 miesięcy po ważnym związku, to za mało, żeby oprzytomnieć, choćbyśmy się rzucili w wir pracy, czy nowych relacji. No więc będąc jeszcze nadal pogrążony w iluzji miłości do niej, zacząłem z nią żyć, co zakończyło się zupełną katastrofą. Ja, oczekiwałem tamtej jej, sprzed roku. A ona po nieudanym związku, zmieniła się. Ja odwrotnie – nadal byłem taki jak przed naszym rozstaniem, a więc taki jaki ją rozczarowałem, skoro odeszła do innego. No, ale i ona przez chwilę myślała, że to co do mnie czuje, to miłość, a to był tylko … emocjonalny ślad dawnych uczuć. Jej rozczarowanie szybko odżyło i znów zostałem porzucony.

Powroty czasem się udają. Znajoma jest od kilku lat z kimś, kogo zawsze z wzajemnością, choć platonicznie kochała. Jak twierdzi, było to możliwe dlatego, że dorosła, przestała być lekkomyślna i nieobliczalna.
Jeśli się spotkamy, tak jak mówiłem, sami ze sobą, to wtedy realne staje się nierealne. To jednak rzadkość. Paradoks zmiany polega na tym, że nie można z przeszłości iść w przyszłość, pomijając teraźniejszość. Czyli: nie jesteśmy w stanie wpływać pozytywnie na swoją przyszłość, jeśli nie zaakceptujemy siebie tu i teraz, nie wybaczymy sobie. Poczucie winy, ból odrzucenia, jakie dźwigamy, wciąż rozpatrując, co mogliśmy zrobić, ile zmarnowaliśmy – nic nie dają. Nic nie zmarnowaliśmy! Wszystko to była lekcja.

Piękne słowa, ale…
Nie tylko słowa. Widzę po swoich pacjentach, że pierwszy krok, to dać sobie prawo do bycia takim, jakim jestem: pogubionym, niepoukładanym, płaczącym w gabinecie psychoterapeuty. Te chusteczki tu, na stoliku, to nie dekoracja. Częściej używają ich zresztą mężczyźni niż kobiety.

I bywa, że właśnie z powodu dawnej miłości?
Tak. Jako młokos poznałem dziewczynę, w której się zakochałem i byłem przez jakiś czas. Niestety, rozstaliśmy się, bo ja byłem niedojrzały. I musiałem sam przejść psychoterapie, do pewnych rzeczy dojrzeć, żebyśmy mogli - kiedy się znów spotkaliśmy - być razem. I teraz ta kobieta jest moją żoną, mamy dziecko i jesteśmy szczęśliwi. Ale dużo czasu mi zajęło to, żebym zrozumieć, że ten chłopiec, który nadal we mnie mieszka, dowartościowuje się kolejnymi romansami, i że to go ogranicza, jest jak każde inne uzależnienie. Że kolejne romanse są dla niego jak heroina, a więc to jego śmierć na raty. Prawdziwe życie to wolność od uzależnień…

Różne są jednak miłosne powroty. Może wrócić ktoś, z kim nigdy nie byliśmy blisko. Albo z kim mieszkaliśmy, a nawet byliśmy małżeństwem… Czy przy drugim rozdaniu, któraś z tych miłości ma większe szanse?
Jeśli tylko do kogoś wzdychamy, oczy za nim wypatrujemy i o nim fantazjujemy, to ta nasza miłość raczej nie wytrzyma konfrontacji z rzeczywistością. A to dlatego, że stan oczarowania miłosnego polega na idealizowaniu. I taki nieprawdziwy obraz ukochanej osoby zachowa nasz mózg. A że wydeptaliśmy tym wzdychaniem i fantazjowaniem tzw. ścieżkę neuronalną w naszym mózgu, kiedy więc tylko zobaczymy obiekt naszej fascynacji, mózg odpali stare emocje i poczujemy to same euforyczne uniesienie, jak wtedy kiedy gapiliśmy się na nią czy za niego na szkolnym korytarzu. Jednak, jak obliczyła pewna amerykańska badaczka, Nancy Kalish z California State University w Sacramento, statystycznie nic z tego nie będzie. Właśnie dlatego, że mamy zbyt wygórowane oczekiwania.

Fantazja pryska kiedy spotykamy realnego człowieka?
Tak, bo przez te lata nie „kochaliśmy” prawdziwego człowieka, z jego wadami i niedoskonałościami, ale wymyślony obraz, ideał! A miłość nie ma nic wspólne z ideałem! W pięknej scenie „Buntownika z wyboru” terapeuta zwierza się studentowi, że tęskni za zmarłą żoną, która – przez sen … puszczała bąki! I to jest miłość. Nie jest to zapach róż, czy skomplikowane frazy poetyckie. To praktyka dnia codziennego. Dlatego, wracając do pytania – łatwiej reaktywować miłość, kiedy było się razem, miało to szare życie: ona budziła się rano bez makijażu, a on stłukł jej kubek. Bo to znaczy, że coś głębszego się między nami pojawiło. Życie czasem jednak niesie takie scenariusze, że mimo to ludzie bliscy rozstają się: bo on za dużo pracował, albo ona dała się oczarować innemu.

„Nie kupował mi ani leków, ani kwiatów. Nie było go od czasu studiów, a mój mąż był” – powiedziała moja przyjaciółka, kiedy nagle zjawił się „mężczyzna jej życia”. Czy odrzuciła miłość?
Miłość, to obecność. Mówisz o dojrzałości, o decyzji podjętej przez osobę dojrzałą. A możemy też mówić o dojrzałym i niedojrzałym uczuciu. Niedojrzałe porusza się w przestrzeni teoretycznej. Czyli on mógł nawet przez te lata uważać, że ją kocha. Ale to była tylko teoria. Teoria bez praktyki? Bywa świetna, porywająca! Umysł potrafi tworzyć fantastyczne koncepcje. Ale co nam po nich, jeśli życie i tak wszystkie je zweryfikuje? Dojrzałe uczucie porusza się w przestrzeni praktyki i dlatego powrót do wyśnionej miłości sprzed lat okazuje się zazwyczaj wielkim rozczarowaniem.

Poczucie więzi z tym, z kim jestem, jest takie kobiece. Mężczyzna spróbuje zdobyć tę, która kiedyś mu odmówiła, choćby miał żonę i dzieci.
I co dalej? Wróci do żony? No właśnie… Mężczyzna może się łatwo przekonać, czy jest mężczyzną. Męskość to wierność. I to mówi ci facet, który do tego stwierdzenia dojrzewał trzy czwarte swojego życia. Ale teraz nie mam kłopotu z decyzją. To kwestia wartości. Ale też rozsądku, bo sam wiem, że poczułem się wolnym człowiekiem, dopiero kiedy przyrzekłem swoje obecnej żonie wierność i jej dotrzymuję.

Ale kiedy się spotykamy z narzeczonym ze studiów, czujemy się tak jakbyśmy znów mieli te 20 lat, więc idziemy z nim na wino zamiast z mężem – choć byliśmy umówieni do kina i choćby on nawet już pod tym kinem stał! A więc może to miłość nami kieruje? To szaleństwo to jej najlepszy dowód?
Czujemy się na 20., ale mamy znacznie więcej. I to jest pierwsza prawda. Druga pomaga zrozumieć, co się z nami zadziało i dlaczego nie warto nazywać tego z punktu miłością. Otóż każdy z nas, niezależne od wieku, ma w sobie irracjonalne pragnienie, by zrobić coś szalonego, by narozrabiać. Pragniemy tego nawet po siedemdziesiątce, bo w głębi siebie zawsze mamy dziecko. No, ale dziecięce chęci u dorosłego, mogą łatwo stać się przebranym w krótkie spodenki destruktorem. Nabrojenie może więc być piękne, dopóki nie przekroczymy, pozwalając sobie na nie, poczucia bezpieczeństwa drugiego bliskiego nam człowieka. Nie obudzimy jego lęku. A więc zadajmy sobie pytanie, czy pędząc na spotkanie z dawna miłością kogoś nie krzywdzę? Kaptur na głowie, żeby nikt nie widział, i marsz do hotelu po seks z dawną partnerką – to słabe. Zostawienie męża pod kinem? Sama sobie odpowiedz… Miłość ma w sobie element wolicjonalny, czyli świadomej decyzji. A więc ten z kim jestem i którego znam, czy tamten z przeszłości i idealizacji? Sprawy zamknięte takimi powinny pozostać. Inaczej skazujemy siebie i drugiego człowieka na szarpaninę.

Zazwyczaj opowiadamy o miłości z punktu widzenia zakochanych, nie patrzymy z perspektywy tych, którzy są z nimi…
Mówi się, że jeśli w naszym związku nie układa się, to wtedy ulegniemy czarowi dawnej miłości. Nie zawsze, bo to po sutym obiedzie mamy ochotę na deser, a potem rozglądamy się jeszcze za czymś słonym. Taką mamy naturę i to ona pcha nas do tego, żeby się nam chciało przeżywać coś na odwyrtkę… Dawna miłość to delikatny języczek uczuć. Można je poznać, ale nie zaczynać od spotkania z dawną miłością. Bo ten ktoś może liczy na twój powrót, a ty tylko sobie chcesz powspominać, czy poczuć się jak dwudziestolatka. Jeśli wiesz że ten ktoś cię kocha, nie spotykaj się. Bo sama twoja obecność możesz zadawać ból nadal kochającemu…

Na jak długo wystarcza nam miłości, jeśli się nie spotykamy?
To zależy, jeśli zakochaliśmy się w gwieździe rocka, po pół roku zazwyczaj nam mija. Ale jeśli, kiedyś powiedzmy w studenckich czasach, widywaliśmy się często, to ten człowiek może stać się naszą obsesją. I nawet gdy zaczniemy żyć z kimś innym, jak kochankowie, pozostaje wzorcem choćby urody. Możemy sobie z tego nie zdawać sprawy, ale jeśli to była blondynka z długimi włosami, taka zapewne będzie nasza żona. Ponieważ, jak mówiłem, nasz mózg pamięta wszystko, to gdy nagle spotykamy dawną miłość - wszystko wraca. Mózg uruchamia dawne uczucia tak jakby zapalił światło w dawno nieotwieranym pokoju. Tyle, że to oczarowanie, fantazja, które tam żyją, niewiele mają wspólnego z człowiekiem, który teraz staje na naszej drodze. Niewiele też z nami samymi, takimi jakimi dziś jesteśmy.

Zdarza się, że ona, dumna z męża i dzieci, przeczyta na Facebooku wyznanie danego partnera i myśli: co nim kieruje? Na co liczy? Co czuje? Po co to pisze? Czy to miłość?
Może nie dał wtedy rady i dlatego jej szuka? Chce, żeby pojawiła się szansa na odzyskania dobrego zdania o sobie? Na to by tym razem sprostał sytuacji. Albo wrócił, by tak naprawdę zawalczyć ze swoimi poczęciem winy i wstydu. No i jest ryzyko, że znów może odejść, jak tylko zaspokoi swoją potrzebę dowartościowania albo zmazania winy. Po prostu bywa, że ktoś w przeszłości szuka „prawdziwej” miłości po burzliwym rozwodzie, bo wmówił sobie, że się nie udało, bo nadal kochał kogoś z przeszłości. A jakby zadałby mu to najważniejsze pytanie: czy kocha siebie i czy chce spędzisz swoje życie z kimś, kto jest mu najbliższy, czyli ze sobą?

  1. Psychologia

Gdy widzę pole do negocjacji, widzę więcej – na czym polegają negocjacje?

Negocjacje - przykłady z życia, które pomagają inaczej spojrzeć na wiele spraw. (fot. iStock)
Negocjacje - przykłady z życia, które pomagają inaczej spojrzeć na wiele spraw. (fot. iStock)
Wszędzie widzi pole do negocjacji, to pozwala jej marzyć. Uważa, że jednym z najgorszych rozwiązań jest kompromis, a politycy nie są dobrymi negocjatorami. Wygrać w negocjacjach z własnymi dziećmi to według psycholożki Ewy Kastory ponieść porażkę. Słowo „nie” oznacza dla niej: teraz nie, bo wszystko, co zdarzy się za chwilę, jest przyszłością, a negocjuje się zawsze przyszłość. Na czym polegają negocjacje? I jakie mogą być przykłady negocjacji w życiu codziennym?

Na czym polegają negocjacje? Można negocjować codzienność?
Trudno mi znaleźć taki obszar życia, który nie jest związany z negocjacjami. Wszędzie tam, gdzie są ludzie, trzeba uzgadniać swoje decyzje z innymi. Jest cały obszar możliwości, który ludzie odrzucają już na samym początku, właśnie dlatego, że nie widzą pola do negocjacji. Wchodzą do hotelu i widzą złotą tabliczkę z napisem, że o godzinie 12 kończy się doba hotelowa. 90 procent uznaje, że doba hotelowa kończy się o 12. Bez względu na to, czy mają samolot o 20, czy o 16, zaczynają sobie organizować rzeczywistość tak, by od 12 siedzieć w holu. Na początku trzeba zobaczyć pole do negocjacji, pójść i poprosić o przechowanie bagażu, dostęp do łazienki, a najlepiej, by doba hotelowa trwała dłużej.

Czego nie da się negocjować?
Wyłącznie obszaru wartości. Nawet konstytucję można negocjować, czyli najważniejszy zbiór praw. Gdy widzę pole do negocjacji, w ogóle widzę więcej. Za każdym razem, gdy traktuję cenę w salonie samochodowym lub gdziekolwiek indziej jako niezmienną rzeczywistość, osłabiam własną tendencję do kreowania rzeczywistości. Tak samo jest z rolami w rodzinie, to pewna umowa podlegająca zmianom. W życiu biznesowym widzenie wszędzie pola do negocjacji pozwala marzyć, bo to oznacza wchodzenie na nowy rynek bez ograniczeń. Bo jeszcze nie wiem, czy się nie da. Coś fantastycznego dzieje się na świecie, nie myślę ograniczeniami, jakie istnieją w Polsce, obawą, że istnieje bariera językowa. Raczej kombinuję, co zrobić, by splot decyzji poszczególnych osób pomógł mi być tam, gdzie pragnę.

Gdzie są granice?
Tam, gdzie mogę komuś zrobić krzywdę. Ale filozofia negocjacji zakłada, że ludzie są dorośli. I gdy dochodzi do jakiejkolwiek transakcji, obie strony muszą po jej zakończeniu czuć się lepiej niż przed. Bo przecież inaczej by do transakcji nie doszło. A to, czy ja się czuję sto razy lepiej, a ta druga strona tylko pięć razy lepiej, jest kłopotem drugiej strony. Jesteśmy dorośli i nawet po skończeniu transakcji możemy przecież rozmawiać dalej.

Negocjacje traktujesz jak pracę?
Tak. Wstaję i ćwiczę wytrwałość. Zadzwonię jeszcze raz, pójdę tam jeszcze raz, porozmawiam jeszcze raz. Ale negocjacje to również zabawa. Jestem na urlopie, negocjuję, za ile z dziećmi przejedziemy się po morzu na dmuchanym bananie. Daję im w ten sposób przekaz, że nawet jak nie masz, staraj się mimo to i sprawdź. Oczywiście, nie negocjuję odjazdu pociągu na kolei. Ale lubię poszerzać granice swojego wpływu. Moja córka przez długi czas chciała wyjechać do Stanów, co kilka miesięcy temat wracał, zależało jej bardzo. Słyszała ode mnie, że jest za młoda, że się nie zgadzam. W pewnym momencie już jako pełnoletnia poprosiła o rozmowę. Powiedziała, że sama jej mówiłam, że „nie” oznacza „teraz nie”. Odświeżyła temat, przekonała mnie, pojechała do Stanów, a ja byłem z niej dumna. W życiu tysiące razy słyszymy „nie”, a to, jak i ile razy możemy się podnieść po usłyszeniu odmowy, decyduje o sprawstwie.

Zawsze ignorujesz pierwszą odmowę?
Nie. Czasami zwycięża szacunek do odmowy. Czasami pojawiają się negocjacje problemowe, czyli wtedy, gdy dwie strony szukają rozwiązania, które może usatysfakcjonować wszystkich negocjujących. Przychodzi do mnie klient i mówi, że chce szkolenie za 5 tys. zł, a ono kosztuje 10 tys. Pozycyjne negocjacje są wtedy, gdy mówię 7 500. To jest kompromis, a z nim jest tak, że wszyscy są i tak niezadowoleni. Problemowo negocjuję, gdy pytam ich, po co im to szkolenie, okazuje się, że oni chcą się przygotować do negocjacji z ważnym klientem. Proponuję im, że wejdę do ich zespołu, zrobię to za 5 tys. zł plus prowizję od sukcesu.

Jakie są jeszcze przyklady negocjacji? Unikasz kompromisów?
To adekwatne rozwiązanie w sytuacji negocjacji pozycyjnych. Gdy kupuję papier do biura, to ekonomicznie jest wysłać zapytania do dostawców, wybrać najtańszą ofertę, zadzwonić, wynegocjować obniżkę 20 proc. i koniec transakcji. Nie ma potrzeby spotykać się, nie ma potrzeby relacji. Ale w codzienności, pracy z bliskimi tak nie można. Negocjacje problemowe wymagają inwestycji czasu, zaufania. Jestem gotowa to robić na parkingu pod domem, gdzie codziennie stawiam auto, ale nie na wakacjach, wtedy mogę iść na kompromis.

A nie boisz się, że tak wyuczysz swoje dzieci negocjacji, że niczego nie uda ci się od nich... wynegocjować?
Przeciwnie, to by była sama przyjemność. To, co stanowi o umiejętnościach negocjacyjnych, jest na ogół uniwersalną umiejętnością, taką jak dążenie do celu. Do tego dochodzi niezłomność, wspomniana wytrwałość, nieobrażanie się, cierpliwość, dbanie o samopoczucie drugiej strony, to wszystko pomaga nie tylko negocjować, ale żyć.

A co z emocjami, nie trzeba ich schować, negocjator może powiedzieć, że jest wściekły?
Mówienie o emocjach nie jest zabronione, ale trzeba z tym uważać. Czasami lepiej jest powiedzieć: „To mnie zaskoczyło, wróćmy do tego jutro”. Albo: „Ta propozycja jest dla mnie bardzo trudna”. Można też powiedzieć: „Jestem wściekła, proszę o przerwę”. Nie jest najmądrzejsze negocjować pod wpływem dużych emocji, bo można wtedy złożyć niekorzystną dla siebie propozycję. Na pewno negocjator nieświadomy tego, co czuje, działa przeciwko sobie, samoświadomość jest potrzebna. Czasami lepiej powiedzieć, że coś mnie złości, chcę to sprawdzić, niż przeczekać wylew emocji i odejść od stołu. Skutecznym narzędziem jest odroczenie reakcji.

Co to znaczy?
Umiejscowienie siebie pomiędzy akcją a reakcją, nie bycie bezwolnym. Obserwowanie tego, co się dzieje dookoła mnie i wewnątrz. Na przykład podczas negocjacji ktoś mnie prowokuje albo obraża, to jest akcja. Zanim pojawi się reakcja, dobrze zabrać sobie trochę czasu na sprawdzenie tego, co naprawdę chcę osiągnąć i co mogę stracić, reagując impulsywnie. Dlatego Szkołę Negocjacji rozpoczynam treningiem interpersonalnym. Moje reakcje bywają najsilniejszą barierą. Ktoś coś mówi, ja się wściekam i chcę szybko reagować. Do tego dochodzi wrodzona w nas presja, żeby odpowiedzieć na zadane pytanie. Walczę z tym. Na każde pytanie zawsze mogę odpowiedzieć po czasie, uprzejmie informując mojego rozmówcę, że potrzebuję chwili do namysłu. To zaszłość ze szkoły, pani się pyta i kto szybciej podniesie rękę, ten inteligentniejszy. A to nie tak. Ważna jest zasada słonia, to znaczy – nigdzie się nie śpieszyć. Nawet kiedy idę na bardzo trudną rozmowę, ważne spotkanie, powtarzam sobie w myślach: „Nie musisz tam nic powiedzieć”.

A zdarza ci się negocjować pozycyjnie z własnymi dziećmi?
Tak, bo dzieciom potrzebne są granice, a ja nie zawsze muszę tłumaczyć dlaczego, chociażby wtedy, gdy wytłumaczyłam już to dziesięć razy. Rzadko jednak negocjuję w relacjach pozycyjnie, bo będąc z kimś blisko, szukam rozwiązań. Nawet gdy ustalam godzinę powrotu dziecka do domu. Interesuje mnie nie tylko czas, ale – jak wróci, z kim i to, by dziecko zrozumiało, dlaczego mi zależy, by było wcześniej.

Mówienie dziecku: „Nie, bo nie, i koniec”, to nie są przykłady negocjacji pozycyjnych?
Zachowując się w ten sposób, narażam się na to, że swoje decyzje będę musiała wielokrotnie powtarzać. Głównym zadaniem rodzica jest uczyć dzieci życia, jeśli nie mówimy im, dlaczego coś robimy albo po co, to trudniej im będzie samym znajdować rozwiązania. Dobrze jest, by dzieci zachowywały się tak, jak chcemy, nawet wtedy gdy nas nie ma w pokoju, a to jest możliwe tylko wtedy, gdy jesteśmy z nimi w relacji. Szczególnie podczas negocjowania decyzji, które oceniamy jako błahe i drobne, a dla nich są bardzo istotne. Jeśli dziecko siedzi prosto przy stole na obiedzie rodzinnym, ale u kolegi już nie, to prawdopodobnie nie rozumie, dlaczego ma to robić.

Przegrałaś kiedyś w negocjacjach z dziećmi?
Użycie słowa „przegrać” jest wbrew mojemu myśleniu o negocjacjach. Możemy dojść do porozumienia lub nie. Jeśli moje dzieci przegrały w negocjacjach ze mną, to i ja przegrałam. Jeśli postawiłam na swoim, ale mam obrażony cały dom, to nikt nie wygrał, to się prawie nigdy nie opłaca.

Dzieci są dla ciebie partnerami podczas negocjacji, mimo że masz więcej doświadczenia, władzy, wiedzy?
W świecie zawodowym podczas biznesowych negocjacji na ogół ktoś ma więcej władzy, doświadczenia, wiedzy i wciąż możemy być partnerami. Czasami negocjuję ze słabszej, czasami z silniejszej pozycji, ale skoro siedzę z kimś przy stole, czy to z rodziną, czy klientem, znaczy to, że jest jakiś obszar, w którym siebie nawzajem potrzebujemy. Jeśli mam przewagę, to nie znaczy, że mi nie zależy.

Uczysz negocjacji, ale czy nie jest tak, że część umiejętności składających się na negocjacje jest wrodzona?
Oczywiście. Dzieci negocjują od małego, wymagają, tupią, obrażają się, potem trzaskają drzwiami, przymilają się, sprawiają prezenty, wypróbowują różne narzędzia wywierania wpływu. Pomimo naturalnych skłonności można się w negocjacjach szkolić, zdobywać nowe doświadczenia i umiejętności. Źródłem sukcesu jest umiejętność zobaczenia jak największej ilości perspektyw w danej sytuacji. To zwiększa możliwe manewry, zrozumienie dla drugiej strony, kreowanie nowych rozwiązań.

Kiedy opłaca się przerwać negocjacje, odejść od symbolicznego stołu? Masz przykłady z życia?
Jest coś takiego jak pułapka konsekwencji. Negocjator wie, że jak popełni błąd, to może się z niego wycofać. Jeśli przeszarżował, może wrócić na stare miejsce. Nie ma nic złego w stwierdzeniu: „Przesadziłem, pomyliłem się, żałuję, przepraszam, czy możemy wrócić do tej rozmowy”. Czasami, odchodząc od stołu, sprawdzam granicę, dowiaduję się, czy ci po drugiej stronie nie blefują, ryzykuję tyle, że być może za chwilę będę musiała wrócić, wycofać się z decyzji.

A co, jeśli okaże się, że nie ma powrotu?
Jeśli odchodzę na krótką chwilę, prawie zawsze jest powrót. To na pewno nie może być stała strategia negocjacyjna, bo wtedy traci się wiarygodność. Ale daję sobie prawo do pomyłek.

Nigdy nie miałaś poczucia, że straciłaś twarz?
Nie, w negocjacje nigdy nie angażuję twarzy. Ważne jest oddzielanie ludzi od problemu. Jeśli ktoś podczas negocjacji mówi mi, że jestem niekompetentną idiotką, mogę powiedzieć, że rozumiem, iż złożona propozycja nie odpowiada na oczekiwania, zobaczmy, co trzeba by zmienić. Nie zależy mi na tym, by ten człowiek uważał mnie za mądrą, godną, chcę coś osiągnąć. A dla wielu ludzi kluczowe jest to, jak wypadną, a nie – czy wypadną.

Tak jak w świecie polityki?
Sprawa, o którą walczą, jest tylko ułamkiem tego, na czym im tak naprawdę zależy, czyli pozostanie na scenie. Polityk, który jak każdy dobry negocjator przemilczałby, wysłuchał, zrozumiał drugą stronę, skazałby się na niezaistnienie. Bo przeczekaliby tak trzy spotkania i nikt by ich nie zaprosił na kolejne, oni nie mogą zapomnieć o nadrzędnym celu, którym jest utrzymanie władzy. Gdy to stracą, już niczego nie osiągną. Gdy Pawlak podczas rozmowy z Tuskiem wstał od stołu przy negocjacjach emerytur, użył narzędzia z negocjacji pozycyjnych, czego nie robi się w sytuacji pozostawania z kimś w relacji, do której trzeba będzie wrócić. Stało się to narzędziem pokazowym, a nie negocjacyjnym.

A dobre przykłady negocjacji ze sceny politycznej?
Okrągły stół. Ludzie, którzy wcześniej mówili sobie, że się powieszą na latarniach, usiedli do stołu, schowali swoją dumę, swoje odsiedziane lata w więzieniu. I rozmawiali. Wiedzieli, że dokonanie rachunku krzywd nie doprowadzi do rozwiązania.

Bo negocjuje się przyszłość?
Gdy zaczynasz negocjować przeszłość, skazujesz się na porażkę. Negocjuje się zawsze przyszłość. Tak jest nie tylko w polityce, ale w każdej codzienności, w rodzinie, przyjaźni, miłości, w rysowaniu marzeń.

Ewa Kastory: psycholożka i trenerka rekomendowana przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne, certyfikowany coach ICC, absolwentka Université Des Sciences Humaines de Strasbourg oraz Uniwersytetu Warszawskiego.