1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Samotność - ucieczka od czegoś i do czegoś. Czy życie samotnika jest naprawdę dobre?

Samotność - ucieczka od czegoś i do czegoś. Czy życie samotnika jest naprawdę dobre?

Samotność może być egzystencjalnym ciężarem, ale nie musi być destrukcyjnym cierpieniem. (Fot. Getty Images)
Samotność może być egzystencjalnym ciężarem, ale nie musi być destrukcyjnym cierpieniem. (Fot. Getty Images)
Ludzie dojrzali godzą się na pewną dozę samotności po to, żeby dokonywać wewnątrz niej odpowiedzialnych rozstrzygnięć. Samotność może być egzystencjalnym ciężarem, ale nie musi być cierpieniem – mówi psychoterapeuta, profesor Bogdan de Barbaro.   

Mówi się, że samotność to choroba naszych czasów. Jest aż tak źle?
O rzetelne uogólnienie można byłoby się pokusić wtedy, gdyby się żyło w różnych czasach. W tym sensie nadaję się do rozmowy na ten temat, bo żyłem w różnych epokach, doświadczyłem moderny i postmoderny. Może to powierzchowna diagnoza, ale za tak zwanej komuny więzy międzyludzkie były silniejsze, ludzie odwiedzali się bez zapowiedzi, pomagali sobie. Teraz są mniej otwarci, a więzi międzyludzkie słabną. Taką cezurą zmiany wydaje się rok 1989. W tym okresie zbiegły się różne rewolucje: polityczna, społeczna, technologiczna, obyczajowa. Zachłysnęliśmy się wtedy wolnością, technologiami…

…i skupiliśmy na walce o różne dobra, zaniedbując relacje.
Patrząc na współczesność z perspektywy socjologicznej czy kulturowej, można powiedzieć, że niewątpliwie żyjemy w czasach konsumpcjonizmu, hedonizmu. Wartość szybko egzekwowanej przyjemności jest znacznie większa niż niegdyś. Możliwe, że w czasach ponowoczesnych trudniej jest odróżnić wolność od swawoli, że zatarła się różnica między tymi pojęciami. Tymczasem prawdziwa wolność jest sprzężona z odpowiedzialnością, a swawola, choć przecież rdzeń słowotwórczy w tych pojęciach jest podobny, to wolność bez odpowiedzialności. Do tego dochodzi wzmacnianie podziałów na MY i ONI. Ten podział istniał od dawna, ale w komunizmie więcej ludzi konsolidowało się wokół MY, tego głębszego, ufundowanego na wartościach.

Samotność to cierpienie spowodowane poczuciem, że nie jestem w żadnym MY?
Można tak powiedzieć. Przy czym krąg MY może mieć różny promień: może być diadą, na przykład dwojgiem partnerów, może być rodziną, a nawet, jak to przywołał w amerykańskim Kongresie Lech Wałęsa, narodem.

Może być też MY facebookowym.  
MY facebookowe jest zapośredniczone przez technologię. Widziałem fotografię przedstawiającą grupę nastolatków w muzeum na tle obrazu Rembrandta. Przyszli oglądać dzieła mistrzów, a siedzą i esemesują, każdy zapatrzony w swoją komórkę. Wydawałoby się, że przeżywają MY podwójnie: w grupie, w której przyszli do muzeum, i z osobami, z którymi esemesują. Ale to MY może być wtedy spłaszczone, powierzchowne. Bo trudno jest zastąpić bezpośredni, żywy kontakt, jaki na przykład mam teraz z panią, kiedy rozmawiamy, patrzymy na siebie, wypowiedziana przez panią myśl dociera do mnie, rodzi jakąś moją myśl, którą się z panią dzielę. Natomiast kultura obrazkowa rozcieńcza to Buberowskie JA – TY. Ale nie chciałbym narzekać na dzisiejsze czasy. Nie chcę też, żeby powstało wrażenie, że MY ma wyprzeć JA. Chociaż MY, czyli ja-w-relacji, trzyma się mocno. Konstrukcjoniści społeczni, na przykład Kenneth Gergen, wyrazili kiedyś takie przekonanie: nawet jeżeli zaginie JA, to zostanie JA relacyjne. Teza, że JA istnieje tylko w relacji, wydaje mi się ciekawa. To oznacza, że tylu mnie, w ilu relacjach jestem, bo jestem kimś innym, kiedy rozmawiam z panią, kim innym, gdy za chwilę będę rozmawiał z synem itd.

A  JA wewnętrzne?
Też nie jest jedno. Może być we mnie mój surowy ojciec, moja czuła matka, rywalizujący ze mną brat, oczekujący ode mnie heroizmu dziadek. We mnie są ich „głosy”. I tak jak palce gitarzysty mogą potrącić tę czy inną strunę, tak sytuacja, rozmowa z kimś mogą uruchomić ten, a nie inny głos. Czym innym jest zatem samotność w znaczeniu emocjonalnym, uczuciowym, a czym innym w znaczeniu społecznym. Można być społecznie niesamotnym, mieć dużą rodzinę, mnóstwo znajomych, a być wewnętrznie samotnym. I można być singlem, a nie być samotnym i być w dobrym kontakcie z samym sobą. Samotność jest więc pojęciem wieloznacznym, słów zaczynających się od rdzenia „samo-” w Słowniku języka polskiego jest chyba ze dwie strony. Czyli to ważne pojęcie.

Jednym ludziom łatwiej współtworzyć MY, innym trudniej. Gdzie tkwi przyczyna?
To, jacy jesteśmy, zależy między innymi od tego, co się z nami działo w dzieciństwie, czy mieliśmy bezpieczne więzi. Jeżeli czułem się kochany, to w dorosłości jestem nie tylko gotów do bliskości, ale także umiem wchodzić w związki. Jeżeli natomiast moje pierwsze doświadczenia z rodzicami były, jak to określają badacze więzi, pozabezpieczne, na przykład chaotyczne czy lękowe, to w moim dorosłym życiu mogę mieć trudność w relacjach, choć pewnie też tęsknotę za niesamotnością. Upraszczając – to, jak bardzo czuję się samotny w dorosłości, zależy od tego, jak bardzo byłem samotny w dzieciństwie, a to, jak bardzo byłem samotny jako dziecko, zależy między innymi od stylu wychowania, którego częścią jest bliskość. Bezpieczna lub nie.

Co jeśli rodzice nie dali nam tej bliskości? 
Przestrzegałbym przed ich obwinianiem. Rodzi się pytanie: Czy opis trudnego dzieciństwa, wyrządzonych krzywd zostawię na poziomie opisu, czy będę go używał po to, żeby wejść w rolę skrzywdzonego? Jeżeli wejdę w rolę skrzywdzonego, na przykład przez surowego ojca albo zimną matkę, to wtedy będzie mnie krzywdzić ten opis, a nie matka czy ojciec. Niekiedy w psychoterapii pracujemy nad tym, że owszem, doznałeś krzywdy w dzieciństwie, ale teraz już tamtej krzywdy sprzed lat z tobą nie ma, tylko jest znaczenie, jakie temu nadajesz. Możesz się w tej krzywdzie rozgościć i schować. Ale to nic ci nie daje, tylko zabiera sprawczość. Może odbierać także gotowość do ryzyka wejścia w związek. Bo bywa, że rozpamiętujący krzywdy człowiek kieruje się przekonaniem, często nieuświadomionym, że skoro matka mnie skrzywdziła, to ty, kobieto, też mnie skrzywdzisz, no więc nie zaryzykuję związku. Natomiast jeśli oddzielę to, co było, od tego, co jest teraz, to mam szansę zobaczyć, że, owszem, matka nie dała mi czułości, że boję się kobiet, ale też że zależy mi na bliskości, więc zaryzykuję, zrobię krok ku. Oczywiście, to bardziej złożone, bo niewykluczone, że taki mężczyzna będzie szukał kobiety, która mu przypomina chłodną matkę. W każdym razie bardzo ważne jest, aby odróżniać przeszłość od teraźniejszości. W przeciwnym razie zachowujemy się jak ktoś, kto nie zdjął kamizelki kuloodpornej, którą założył na wojnie, gdy świszczały kule, mimo że już dawno nastał pokój.

Wielu młodych ludzi żyjących na maksa twierdzi, że samotność to ich wybór. 
Życie w pośpiechu, intensywne może być satysfakcjonujące, jeśli ktoś lubi ekscytację, wyścig. Nie można takiemu komuś powiedzieć: „Nie rób tego”. Ale można go przestrzec przed niebezpieczeństwem spłycenia życia, przed zmniejszeniem szansy na głęboki związek. Wierzę, że głęboki związek ma wartość niezwykłą. Może single tak bardzo miłują wolność jako fundamentalną wartość, bo według nich perspektywa więzi jest perspektywą więzienia. Więź i więzienie mają wspólny rdzeń. Jako mąż, a jeszcze bardziej jako ojciec, mam mniej wolności, niż miałem jako narzeczony. Ludzie się na to nie godzą i pewnie dlatego w Europie około 30 procent małżeństw się rozwodzi, a we Francji czy w Kalifornii – nawet ponad połowa.

Samotność z wyboru to nie pójście na łatwiznę? 
Zamieniłbym „pójście na łatwiznę” na „lęk przed głęboką więzią”.

Skąd ten lęk?
Między innymi stąd, że w dzieciństwie nie zaznaliśmy bezpieczeństwa, a jak już o tym wspomniałem – wtedy rodzi się wzorzec więzi. Jeżeli byłem bity przez rodziców, to nie wchodzę w bliski związek, bo boję się, że będę bity.

Taka samotność nie wydaje się do końca wyborem.
Raczej, jakby powiedzieli psycholodzy, racjonalizacją. To znaczy – mówię, że to mój wybór, ale pod spodem jest lęk przed bliskością. Inna przyczyna obawy przed wchodzeniem w bliski związek może być związana z tym, że dzisiaj w zasięgu ręki jest przyjemność bezpośrednia i krótkotrwała. Tymczasem długotrwały związek wymaga trudu. A po co mam się trudzić, skoro mogę korzystać z przyjemności?

Socjolog José Ortega y Gasset powiedział, że miłość to samotność we dwoje.
Można rozumieć to zdanie na dwa sposoby. Pierwszy – że czasem dwie osoby tworzą diadę, do której nikogo nie wpuszczają, jest MY i reszta świata. A drugi – że ludzie mogą być razem, spać razem i czuć się samotni. W każdej parze niezbędna jest równowaga między razem a osobno. Są ludzie, którzy wolą to „razem”, i jeżeli trafią na partnera, który lubi „osobno”, to toczą grę polegającą na tym, że jedno goni, bo chce bardziej razem, a drugie ucieka, bo chce bardziej osobno. No i obydwoje mają poczucie krzywdy, jedno, bo czuje się osaczane, a drugie, bo czuje się opuszczane. W wersji optymalnej dobrze byłoby uzgodnić, ile ma być tego razem, ile osobno, czyli mówiąc górnolotnie: ile miłości, a ile wolności.

Ludzie tego nie uzgadniają.
Myślę o behawioralnym uzgodnieniu. To znaczy, że jedno ustąpiło drugiemu albo polubiło to, co lubi drugie. Albo znaleźli jakieś wyjście pośrednie, obustronnie satysfakcjonujące. Ale to rzeczywiście duży problem, z mojej praktyki wynika, że wątek „gonię – uciekam” jest obecny w ponad połowie par, które są w terapii. W tych związkach nie ma zgody co do proporcji między razem a osobno. Bo jak jest za blisko, to jest za duszno, jak jest za daleko, to jest zbyt samotnie. To uciekanie i gonienie ma często postać wahadła: ten, kto goni, doprowadza do tego, że uciekający jeszcze bardziej ucieka. Wtedy goniący się obraża, no to uciekający wraca, potem znów ucieka. Jeżeli ludzie nie włączą refleksji na temat ich relacji, ten taniec może trwać latami.

 Jak się dogadać?
Najwięcej szans ma dogadanie się jest na początku, kiedy związek ufundowany jest na energii pragnienia, czy to erotycznego, czy uczuciowego. Kłopot pojawia się często wraz z przyjściem na świat dziecka. Oto najczęstszy schemat: Kobieta, która pragnie bliskości z mężczyzną, a tego nie dostaje, zagarnia dziecko. Mąż czuje się opuszczony, więc chowa się na przykład w komputer albo w pracę zawodową, no to ona jeszcze bardziej idzie w związek z dzieckiem. A mąż jeszcze bardziej się wycofuje, jest zły na żonę, która śpi teraz z dzieckiem, i na dziecko, co mu zabrało żonę. Pojawia się sprzężenie zwrotne, które może tę negatywną wersję rozwijać.

Kobiety chyba częściej czują się samotne.
Nie znam na ten temat statystyk ani badań, spodziewałbym się, że więcej jest samotnych mężczyzn. Przewagą kobiet jest to, że mają kontakt z uczuciami i dysponują większą empatią. Niektórzy wiążą to z oksytocyną, której kobieta ma więcej niż mężczyzna. Ale mężczyźnie trudniej o bliskość, czułość nie tylko z powodów hormonalnych, ale także kulturowych, bo gdyby okazał uczucia, a zwłaszcza swoją delikatność, to uważany byłby za mięczaka. Chodziło pani o to, że kobiety mogą czuć się częściej samotne w tym sensie, że nie dostają tego, czego chcą?

Tak, ale myślę, że i kobiety, i mężczyźni chcą teraz mieć wszystko natychmiast.
Taka w nas, dorosłych, dziecinność. Bo jedną z cech ludzi niedojrzałych jest właśnie to, że chcą natychmiastowego zaspokojenia potrzeb. Natomiast osoba dojrzała potrafi odroczyć to spełnienie.

Może więc dzisiaj ludzie nie są tak samotni, tylko tak niedojrzali?
Możliwe, że jedno pociąga za sobą drugie, że człowiek niedojrzały będzie sobie radził z samotnością poprzez rozrywkę albo bliskość powierzchowną, albo poprzez ucieczkę w świat wirtualno-narkotykowy.

Parafrazując Fromma, można powiedzieć, że samotność bywa ucieczką OD czegoś albo DO czegoś. Można uciec OD związku, a można uciec DO idei, pracy, pasji.
Rzeczywiście. Jeśli osoba, która realizuje się DO, na przykład w pasji, ma partnera, który to rozumie, ich związek może dobrze funkcjonować. Ale czasem ludzie nie chcą zrozumieć partnera, wolą go wymienić na nowego. Kiedy jakieś urządzenie nie działa tak, jak byśmy chcieli, to albo staramy się je naprawić, albo je wyrzucamy i kupujemy nowe. A żeby całość znów zadziałała, czasem wystarczy wymienić małą część. Warto rozróżniać elementy wymienialne od niewymienialnych. Związek może być niewymienialny, tylko trzeba nad nim pracować.

Ale przed samotnością do końca się nie uchronimy. 
To prawda. Samotni jesteśmy w obliczu śmierci, cierpienia, pytań ostatecznych. Niekiedy ma znaczenie to, że ktoś bliski trzyma za rękę. Ale ten ktoś nie przeżyje za nas choroby, śmierci. Są sytuacje graniczne, w których decyzja musi być podjęta przez nas samych. Gdy ktoś mnie pyta o radę, czy powinien zrobić tak, czy inaczej, mówię: „Odpowiedź musisz znaleźć w samotności, nikt nie może wziąć odpowiedzialności za twoją decyzję”. Do odpowiedzialnej wolności potrzeba samotności, ludzie dojrzali godzą się na pewną dozę samotności po to, żeby dokonywać odpowiedzialnych rozstrzygnięć. Bez tego się nie da. Samotność może być egzystencjalnym ciężarem, ale nie musi być destrukcyjnym cierpieniem.

Sposobem na samotność może być po prostu wyjście do ludzi?
To niełatwe. Między tęsknotą za kontaktami a kontaktem jest poważna przeszkoda w postaci blokady emocjonalnej, na przykład takiej, że boję się ludzi, nie ufam im, obawiam się wyśmiania, bo na przykład nie cenię siebie. Czasami zachęcamy człowieka, żeby zrobił coś, co mu pozwoli zrealizować potrzebę, ale zapominamy, że między frustracją z niezrealizowanej potrzeby a zrealizowaną potrzebą są różne emocjonalne trudności, na przykład lęk przed ludźmi.

Wtedy trzeba zacząć od pracy nad sobą?
Tak, od zorientowania się, skąd ten lęk pochodzi. Możliwe, że powstał w dzieciństwie i dzisiaj nie jest już adekwatny do kontekstu.

Bogdan de Barbaro profesor, psychiatra, psychoterapeuta, superwizor psychoterapii i terapii rodzin. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Dziwny czas, czyli rok w pandemii

Karolina Korwin Piotrowska, Natalia de Barbaro, Michał Rusinek (Ilustracje Agata Nowicka)
Karolina Korwin Piotrowska, Natalia de Barbaro, Michał Rusinek (Ilustracje Agata Nowicka)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Mija dokładnie rok od wybuchu globalnej pandemii. Zdarzenia, które w takiej skali i postaci nie miało jeszcze miejsca w historii. Czego nas pozbawiło, a co nam dało? Co w nas zmieniło, w czym utwierdziło? Do czego zainspirowało? Pytamy naszych rozmówców, ale i siebie…

Jest Pani gotowa?

Karolina Korwin Piotrowska, dziennikarka, krytyczka filmowa. W Antyradiu prowadzi program „Najgorsze państwo świata” (razem z Michałem Figurskim) i „Kino na podsłuchu”, a na antenie Canal+ –„Aktualności filmowe+”. Jej najnowsza książka, „Reset. Świat na nowo” to 16 rozmów na temat pandemii.

Ilustracja Agata Nowicka Ilustracja Agata Nowicka

Dokładnie w środę, na dwa dni przed wprowadzeniem pierwszego lockdownu, moja terapeutka spytała: „I jak, pani Karolino? Jest pani gotowa?”. Uniosłam brwi, zdziwiona, o co mnie właściwie pyta. „Bo ja jestem o panią spokojna. Pani jest na wojnie przez całe życie, więc będzie to dla pani sytuacja absolutnie naturalna. Świetnie sobie pani poradzi” – usłyszałam. Rzeczywiście, sytuacja kryzysowa to u mnie, z różnych względów i na różnych poziomach, sytuacja stała, czym się zwykle nie chwalę. A że jestem chora na serce od dziecka, to też nie mam specjalnego problemu ze słuchaniem lekarzy. Ja dzięki nim żyję, więc jeśli mówią mi: „rób to i to”, to ja tego nie kwestionuję.

Lista zakupów

Już jakiś czas temu postanowiłam, że będę kupować mniej ciuchów, więc jedyne, w co się obkupiłam, to rośliny. Mój balkon przerodził się w ogród botaniczny. Zrobiłam to z myślą o tym, że będę miała o co dbać, ale też że będę miała naturę blisko siebie, jeśli nie będę mogła wychodzić. Postanowiłam, że ta moja nora czy jaskinia, jaką stał się dom, będzie od teraz jak najbardziej funkcjonalna. Kupiłam sobie wreszcie porządny laptop – w końcu to moje podstawowe narzędzie pracy – i solidny telewizor, żeby oglądać na nim dobre filmy. A parę filmów i książek bardzo mi w tym czasie pomogło. Plus praca. I kilka ważnych osób. No i psy. Pamiętam, jak po raz pierwszy nagrywaliśmy w reżimie sanitarnym „Aktualności filmowe+”, wszędzie unosił się zapach środków do dezynfekcji, a my, zamaskowani i zestresowani, po raz pierwszy stawialiśmy stopę na niepewnym gruncie. Ale i tego się nauczyłam. Podobnie jak robić wywiady przez Skype’a, który musiałam w tym celu na nowo aktywować. Gdyby ktoś mi rok temu powiedział, że całą książkę tak napiszę, tobym się w głowę puknęła. Przed marcem nie wiedziałam nawet, że istnieje coś takiego jak Zoom. Trochę gorzej było przy drugim lockdownie, bo praca weszła mi do domu. W tej chwili na moim stole jest konsola radiowa i mikrofon, bo nadaję z kuchni. Ostatni raz w radiu byłam, w sensie fizycznym, w październiku. Naszej porannej audycji słucha ponad milion ludzi, nie możemy sobie pozwolić na chorowanie, tym bardziej że i ja, i Michał Figurski jesteśmy w grupie ryzyka.

Ludzie i psy

Był moment kilkudniowej słabości, zaczęłam bardzo tęsknić za ludźmi, za tym, żeby się do nich przytulić. Ja nie jestem specjalnie dotykalska, ale okazało się, że lubiłam ścisnąć komuś dłoń, dotknąć, a nie strzelać „żółwika”. „Czy wszystko masz? Czy czegoś potrzebujesz?” – już pierwszego dnia dostałam kilka takich SMS-ów i kilka też sama wysłałam. Na szczęście zawsze w lutym robię duże zakupy do domu, miałam więc zapas papieru toaletowego i herbaty, no i trzy kilo kawy. Jedyne, co w tym czasie zamówiłam w ilościach hurtowych, o czym zresztą piszę w książce, to 30 kilo karmy. Musi być specjalistyczna – dla psa z chorą trzustką, a to nie jest artykuł podstawowej potrzeby. Kurier, który mi ją przyniósł, dziwił się: „Pani, co się tu dzieje? Wszyscy po 30 kilo karmy kupują!”. Zaskoczył mnie ogrom dobroci, empatii i wyczulenia na innych. Przekonałam się po raz kolejny, że ludzie, nawet w najbardziej haniebnych okolicznościach, potrafią być fajni, bezinteresowni. I dowcipni. Polska specyfika, czyli szukanie dowcipu nawet na dnie piekła, znów mnie rozczuliła, obyśmy tego nigdy nie zatracili. Kto by przypuszczał, że będę mojego Lolka wypożyczała na spacery, bo ktoś mi napisze na Facebooku: „Pani Karolino, jesteśmy sąsiadami, widuję panią pod blokiem. Dałaby mi pani jednego ze swoich psów, bardzo bym chciał iść do parku. Rodzina daleko, sam w domu siedzę”. Lolek wrócił zadowolony i wybiegany, pan – jak sądzę – też. Psy okazały się paszportem na wolność. W Hiszpanii założono stronę ułatwiającą wypożyczanie czworonogów, była tam nawet charakterystyka „kandydatów”: „Pedro, osiem kilo, lubi biegać”. W Nowym Jorku zabrakło zwierząt w schroniskach, bo się okazało, że ludzie mają wreszcie czas, przestrzeń i ogromną potrzebę, by się nimi zająć. Bardzo sobie ceniłam, że z „psią obstawą” mogłam chodzić po mojej dzielnicy bezkarnie. Wyrabiałam z nimi co najmniej 10 tysięcy kroków dziennie.

Wirtualne siostrzeństwo

Okazało się też, że mam ludzi, na których naprawdę mogę liczyć, jest ich może z pięciu, ale są. Nie chcę mówić, że kwestie bytowe są drugorzędne, ale nawet moi znajomi, którzy po 20 latach prowadzenia restauracji musieli zwinąć interes, przyznali, że w tym czasie najbardziej liczyło się to, kogo miałeś przy sobie. Twoja „ludzka baza”. Ja na przykład po raz pierwszy poznałam, co to siostrzeństwo. Jedna z moich koleżanek założyła babską grupę samopomocową na Fejsie, nie chcę mówić o niej zbyt dużo, bo jest fajna i tajna. Dziewczyny codziennie rano pisały w niej posty, robiły głupie zdjęcia i opowiadały, co się u nich w życiu dzieje. Zobaczyłam wtedy po raz pierwszy, jak bardzo można nie dawać sobie rady z odosobnieniem, lękiem czy tęsknotą. Zrozumiałam, że dla wielu osób to, co się dzieje, jest początkiem końca świata, i nie ma się z czego śmiać. Oni tak to przeżywają i trzeba im pomóc przez to przejść. Czasem dobrym słowem, a czasem głupim memem. To było miejsce, w którym każda z nas mogła napisać: „Jest mi fatalnie”, i wtedy inne się zbiegały, by jej wysłuchać, pocieszyć. Nie wiedziałam, że potrafię tak bardzo wyjść do ludzi. I że kiedy się na to zdobędę, zostanie to bardzo dobrze przyjęte. Grupa nadal działa.

Co dalej?

Mam dużo młodych fanów, którzy studiują w Azji. Dwoje z nich na początku lutego wysłało mi filmiki, one potem pojawiły się w dokumencie o Wuhan, który pokazała w TVN24 Ewa Ewart – mówię o filmikach ukazujących wymarłe miasto, ciała leżące na ulicy i ludzi siłą wciąganych do karetek. Inna fanka, która jest studentką medycyny we Włoszech, wysłała filmik, który zrobiła pielęgniarka na oddziale covidowym w Lombardii. To była jedna z najbardziej wstrząsających rzeczy, jakie widziałam w życiu. Po raz pierwszy zrozumiałam, co to jest za choroba. Nie wyobrażałam sobie, że tak może wyglądać OIOM. Wtedy zaczęłam sobie dawkować newsy ze świata, bo wiedziałam, że to mnie dobije. Szukałam jednak autorytetów: filozofów, socjologów, pisarzy czy specjalistów takich jak profesor Krzysztof Simon, którego uwielbiam za to, że nigdy nie ściemnia. Szukałam ludzi, którzy pomogliby nam to wszystko ogarnąć, bo miałam przeczucie, że kiedy nauczymy się już żyć w zamknięciu, to będziemy potrzebować odpowiedzi na pytania ogólne: Co dalej? Jak to teraz będzie wyglądało? Co to zmieni w moim życiu? My już weszliśmy w ten zakręt, przed którym ostrzegano nas od kilku dobrych lat, i za chwilę, za rogiem ukaże się nam nowa rzeczywistość. Trzeba mieć piękne wspomnienia o świecie, który był. Kolekcjonować zdjęcia, filmy i emocje. Bo on już nie wróci. Mam na myśli świat nadmiernej konsumpcji, kultu przyjemności, bezrefleksyjnych podróży. Nadeszło to wielkie zapowiadane bum. Musimy przestać mówić o zbliżającej się katastrofie ekologicznej, ona już trwa. Pomyślmy lepiej o tym, co zrobić, by pokolenie dzieci, które teraz znów poszło do szkoły, za kilkadziesiąt lat miało wodę w kranach. Wreszcie do mainstreamu przedostało się pojęcie „emigracja klimatyczna”, podczas gdy emigrujących „za wodą” są już tysiące. Idą trudne czasy, wymagające od nas solidarności, empatii, poświęceń i wysiłku. Bardzo bym chciała, by też przeformatowały nasze myślenie. Wszyscy jesteśmy tu tylko na chwilę i bez Ziemi sobie nie poradzimy, za to ona bez nas da sobie znakomicie radę.

ŻYCIE W KILKU SŁOWACH

Michał Rusinek, literaturoznawca (wykłada na Uniwersytecie Jagiellońskim), tłumacz (z języka angielskiego), pisarz (dla dzieci i dla dorosłych), prezes Fundacji Wisławy Szymborskiej. W ostatniej książce „Zero zahamowań” analizuje teksty piosenek disco polo.

Ilustracja Agata Nowicka Ilustracja Agata Nowicka

Przede wszystkim zorientowałem się, że do tej pory prowadziłem bardzo podróżniczy tryb życia: spotkania autorskie, wywiady – nagle wszystko to przeniosło się do Internetu. Starałem się zawsze wykorzystywać każdy dłuższy weekend i kilka tygodni wakacji na wyjazdy – tym razem nic z tego. Początki były trudne, jak po odstawieniu jakiejś używki. Ale udało mi się zrobić porządek w szufladzie ze skarpetkami oraz – a to już niebagatelny sukces – w książkach. No i napisałem i przetłumaczyłem dzięki temu więcej niż zwykle. Lockdown to raj dla grafomanów. Jestem gadżeciarzem, więc z początku wirtualne spotkania bardzo mi się podobały (teraz mam już ich dość; człowiek, który za dużo czasu spędza na Zoomie, zmienia się w zoombie). Kupiłem sobie porządny mikrofon, lampę diodową, dodatkowy router, gdyby zerwało mi połączenie internetowe (bo Internet jest teraz na wagę prądu). Całą rodziną staraliśmy się (i staramy nadal) wspierać lokalne zaprzyjaźnione restauracje. Kłopot w tym, że jedzenie zamawiane do domu zwykle przyjeżdża chłodnawe, więc przez ten czas, by tak rzec, nie jemy potraw gorących (co jest ponoć zdrowsze). Nieszczególnie lubię fizyczny kontakt z innymi, ale brakuje mi zajęć ze studentami w trybie stacjonarnym. Okropnie brakuje mi też kawiarni i restauracji, bo rozmowy przy kawie czy lunchu zupełnie inaczej przebiegają niż na Zoomach czy Teamsach. Obawiam się, że kiedy minie pandemia, będziemy się obcałowywać i ściskać na ulicach bez opamiętania.

Widzimy się? Słyszymy się?

Pandemia zmieniła zupełnie nasz sposób codziennego funkcjonowania. Pracę i szkołę trzeba było przestawić na tryb zdalny. Funkcjonującą w języku „telekonferencję” zastąpiono krótszym i bardziej precyzyjnym słowem „online”, które nie doczekało się polskiej wersji. Ba, stało się nawet rzeczownikiem: „Oddzwonię za chwilę, mam online” – mówimy przecież. Zamiast prośby, byśmy się spotkali w rzeczywistości (choć teraz nie wiadomo, gdzie by to miało być, skoro kawiarnie zamknięte), nie mówimy już o „realu”, ale o „offlinie”, jakby to był stan odmienny od życia normalnego, czyli online’owego. Zresztą owe online’owe spotkania rozpoczynamy nie od „dzień dobry”, lecz od pytania: „Widzimy się? Słyszymy się?” – które pełni funkcję toposu otwierającego wypowiedź. Na pożegnanie machamy do siebie infantylnie rękami, nawet po obronach doktoratów (wiem, co mówię). Kilka tygodni temu miałem spotkanie autorskie – oczywiście online – z dziećmi. W pewnej chwili coś niebacznie nacisnąłem i jedno z dzieci wykrzyknęło: „Proszę pana! Jest pan zmutowany!”. Zamarłem, bo wprawdzie jestem tak zwanym ozdrowieńcem – to także jedno ze słów minionego roku – ale wizja zakażenia się ponownie mutacją wirusa lekko mnie niepokoi, podobnie jak wizja siebie jako mutanta. Tymczasem chodziło o to, że wcisnąłem klawisz „mute” i wyłączyłem sobie mikrofon.

Quarantini i covidiota

Zwykle wydarzenia historyczne, nawet jeśli są dookreślane przymiotnikiem „światowy”, mają ograniczony zasięg. Tymczasem pandemia dotknęła nieomal wszystkie kraje (oficjalnie tylko 12, między innymi: Korea Północna, Turkmenistan, Samoa czy Wyspy Salomona, nie odnotowało żadnych przypadków zakażenia koronawirusem, ze względu na ich izolację wynikającą z polityki czy położenia geograficznego). Zatem nie ma się co dziwić, że we wszystkich językach pojawiły się nowe wyrazy związane z pandemią, pozwalające nam wszystkim nazwać to, co się wokół nas (i z nami samymi) dzieje. Nazwanie jest zarazem oswojeniem, to znaczy sprowadzeniem nieznanego, nie do końca zrozumiałego zagrożenia do czegoś znanego. Ale z czym porównać pandemię, jakiej jeszcze nie było? Język pandemii podszyty jest metaforyką i leksyką militarną: z wirusem się „walczy”, służby medyczne są „na pierwszym froncie”, o szpitalach jednoimiennych mówiono „lazarety”, szczepionki nazywane są „jedyną skuteczną bronią” w tej walce, a obronę przed ekonomicznymi skutkami pandemii ma zapewnić „tarcza antykryzysowa”. „Przyłbice” są wprawdzie o wiele mniej skuteczne niż maseczki, ale brzmią – zwłaszcza w uszach Polaka wychowywanego w kulcie oręża – dumnie i militarnie. Przestaliśmy się dzielić na społeczeństwa czy narody, a zaczęliśmy być „stadami”, kiedy zaczęło się mówić o „odporności stadnej”. Do dyskursu publicznego weszło sporo terminologii medycznej. Oprócz wspomnianych – i brzmiących dość tajemniczo – szpitali jednoimiennych pojawiły się „wymazy” oraz dwuznaczny przymiotnik „wymazany”; dwuznaczny, bo „wymazani górnicy” mogli się poczuć nieswojo. Z języka matematyki (i statystyki) weszło – jakże przez nas pożądane – „wypłaszczanie”. Profesor Jerzy Bralczyk, usłyszawszy je, lekko się skrzywił i stwierdził, że on się na razie zaokrągla. To zresztą dotyczy wszystkich nas, bo znacznie mniej się ruszamy. Z językowego lamusa powróciła „kwarantanna”. Nie udało nam się spolszczyć słowa „lockdown”, bo w polskiej „izolacji” brakuje elementu zamknięcia. Paradoksal­nie stwierdzenie „jestem pozytywny” zaczęło oznaczać coś negatywnego, bo pozytywny wynik testu na COVID-19. Niefortunne pod względem językowym było, moim zdaniem, wzywanie do zachowania „dystansu społecznego”. W dobie pandemii powinniśmy zachowywać dystans fizyczny, natomiast pielęgnować relacje społeczne za pośrednictwem dostępnych nam mediów. Choćby po to, by – jak to wymyślili Anglicy – wypić razem (każdy przed swoim ekranem) „quarantini”, czyli aperitif w stanie kwarantanny, a jeśli ktoś wzbraniał się przed alkoholem, to mógł się poddać „kawantannie”, czyli wspólnemu piciu kawy. Pojawiło się też – i to w wielu językach – określenie „covidiota”. Z założenia wykluczające, okazało się jednak paradoksalnie jednoczące. „Covidiotami” nazywa się bowiem „koronasceptyków” i „antymaseczkowców”, czyli tych, którzy uważali, że pandemia jest faktem wyłącznie medialnym. Oni natomiast stosują to określenie wobec tych, którzy w pandemię wierzą i starają się przed nią zabezpieczyć. Innymi słowy, wszyscy w jakimś sensie jesteśmy „covidiotami”.

Memy i dziadersi

Na język w Polsce w ubiegłym roku wpłynęły też oczywiście protesty po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. Dodajemy, że były to prawdopodobnie najliczniejsze protesty w całej historii Polski. Ich język był zupełnie inny niż język jakichkolwiek dotychczasowych manifestacji. Po pierwsze dlatego, że uczestniczki protestów, doprowadzone do furii, dały tej furii wyraz, przekraczając granice tego, co w patriarchalnym społeczeństwie kobiecie językowo uchodzi. Głównym hasłem było: „Wypierdalać”, a jeśli ktoś z oburzeniem pytał, czemu jest tak mocne (ja uważam, że mocniejsze było: „Obyś, chuju, wdepnął w lego”), to mógł przeczytać napis na innym transparencie: „Zaniepokojona to ja byłam w 2016”. Większość haseł miało charakter rewolucyjny, na przykład: „Kobiety zniosą wszystko. Najpierw was z piedestału” albo „Wody odeszły, rodzimy rewolucję”. Wiele zawierało odniesienia literackie, na przykład: „Annuszka już rozlała olej”, czy wręcz biblijne: „Zło bobrem zwyciężaj”. Po drugie, język tych protestów był inny dlatego, że ich uczestnicy byli głównie bardzo młodzi. To był ich pierwszy protest. Protest nie tylko przeciwko orzeczeniu TK, lecz także przeciwko meblującym im świat dziadersom („Jedyni starsi panowie, których mam ochotę słuchać, to Przybora i Wasowski”). Protest wyrażony ich językiem, zawierającym aluzje do ich świata: do memów, gier komputerowych, seriali, ale i do lektur szkolnych, nad którymi jeszcze niedawno przysypiali: „Słuchaj, dzieweczko! Ona NIE słucha” czy „Za dużo zdrowasiek szkodzi zdrowiu i życiu. Rozalka”. Zdarzały się też odwołania do tekstów piosenek – na przykład Maanamu (czyli zespołu słuchanego zapewne przez ich dziadków): „To jest ten wiatr, co rozgoni”. Kreatywność językowa tych protestów była niebywała (absolutnie fenomenalnym hasłem było: „Podmiot nie zgadza się z orzeczeniem”) i mam nadzieję, że hasła, które w czasie nich niesiono na zwykłych kartonach, doczekają się naukowych analiz. Ważniejsze jest jednak, że na tych transparentach doszło do swego rodzaju językowej rewolucji. A rewolucje – te niejęzykowe – zawsze zaczynają się od języka.

CO MAM W SPIŻARNI?

Natalia de Barbaro, psycholożka, socjolożka, trenerka umiejętności społecznych. Prowadzi warsztaty dla kobiet „Własny pokój” oraz sesje coachingowe. Właśnie ukazała się jej książka „Czuła przewodniczka. Kobieca droga do siebie”.

Ilustracja Agata Nowicka Ilustracja Agata Nowicka

Kiedy słyszę pytanie: „Czego nauczył mnie ten rok pandemii?”, pierwsze, co się we mnie pojawia, to opór. Przeciwko czemuś, co może przesadnie, ale jednak nazwałabym terrorem rozwojowym. Wciąż mamy poczucie, że trzeba się nieustannie uczyć, rozwijać, ulepszać. Czasem przybiera to wręcz postać kompulsji. Dlatego wydaje mi się ważne, by dać sobie także zgodę na to, żeby ten rok niczego nas nie nauczył. Już samo to, że mamy go za sobą, że przez niego przeszliśmy, jest wystarczające, by czuć coś w rodzaju zadowolenia, satysfakcji, a nawet dumy. I dać sobie też prawo do zmęczenia. Bo przecież pandemia nadal trwa, wciąż jest elementem naszego doświadczenia.

Za czym nie tęskniłam

Jak już pokonam w sobie ten pierwszy opór, to myślę, że, chcąc nie chcąc, rzeczywiście dużo się podczas tego roku nauczyłam. Pandemia dla wielu z nas miała spory rys inwentaryzacyjny. Na zasadzie: co mam w spiżarni? I nie mam tu na myśli tylko zapasów żywnościowych. Patrzysz, z czym zostajesz, kiedy nie masz zapełnionego kalendarza, perspektyw rozrywek, wyjść czy podróży. Ja przekonałam się, że mam bardzo dużo. Po pierwsze, mam właściwie napisaną, tylko jeszcze nie „wypisaną” książkę. Gdyby nie lockdown, przypuszczam, że nawet by to do mnie nie dotarło, bo byłabym zbyt zajęta bieżącymi zadaniami. Jak już siadłam, skończyłam ją w dwa miesiące. Po drugie, zobaczyłam, że parę rzeczy mam w życiu fajnie ustawionych. Mieszkam w domu, który lubię, mam fajny związek i dobrą relację z synem. Poczułam też jeszcze mocniej, jak bardzo kocham swoich rodziców. Zobaczyłam też, że im wokół jest ciężej, tym jest mi trudniej sięgnąć po to, co jest dla mnie zdrowe. Najchętniej siedziałabym tylko na Netflixie albo scrollowała Fejsa. Przełamuję się, żeby wyprowadzać się na spacer, w miarę zdrowo jeść i raz na jakiś czas wejść na matę do jogi. Zrozumiałam, czego już nie chcę robić. Jako osoba zajmująca się szkoleniami i warsztatami rozwojowymi ciągle byłam w drodze. Podczas pandemii przekonałam się, że w ogóle nie tęsknię za podróżami służbowymi. Zdecydowałam, że będę mniej jeździć i znacznie mniej latać, także ze względu na ślad węglowy. Za to bardzo tęskniłam za podróżami dla przyjemności, za zwykłym uściśnięciem rodziców – mam nadzieję, że dzięki szczepieniom wkrótce to się uda. No i bardzo mi brakowało twarzy innych ludzi: pani ze sklepu, taksówkarza czy pasażera w tramwaju. Nawet nie sądziłam, że to tak bardzo składa się na moją codzienność.

Życie jest życiem

Był taki moment, w którym poczułam, że jestem oto w środku tej sławetnej „czarnej godziny”, na którą tyle odkładałam pieniędzy, i… przekonałam się, że nie jest ona tak czarna, jak zwykłam o niej myśleć. Gdyby ktoś rok temu opisał w jednym okrutnym akapicie to, co się wydarzy w 2020 roku – że z powodu śmiercionośnego wirusa będziemy zamknięci w domach, nie będziemy mogli się spotykać z przyjaciółmi, odwiedzać starszych członków rodziny, a praca przeniesie się do Internetu, jeśli w ogóle będziemy mieli pracę – to pewnie pomyślałabym, że tego nie wytrzymamy. Tymczasem dałam radę. Przypomina mi to pewne badania z udziałem osób lękowych. Proszono ich, by opisali to, czego boją się najbardziej i jak się spodziewają, że sobie wtedy poradzą. Następnie prowadzono obserwację, która przyniosła dwa bardzo ciekawe wnioski. To, czego badani się spodziewali, urzeczywistniało się bardzo rzadko. A jeśli już się wydarzało, to się okazywało, że radzili sobie dużo lepiej, niż obstawiali. Ja też mam wrażenie, że poradziłam sobie lepiej, niż mogłabym się spodziewać. Nie lubię mówić: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”, ale przyznaję, jest w tym zdaniu jakiś kawałek prawdy. To, co się zdarzyło, jakoś mnie zbudowało. Podczas tego roku często nachodziły mnie myśli o poprzednich pokoleniach i momentach kryzysowych, które były ich doświadczeniem. Zaczęłam sobie przypominać opowieści mojej ciotki i babci o wojnie. Pokazywały mi dróżkę i mówiły: „Tędy chodziłyśmy do szkoły, potem szkołę zamknęli, a potem znów otworzyli”. I naszła mnie refleksja, że życie jest zawsze życiem.

Lęk i przemoc

Z kolei buddyści mówią, że życie nie jest bezpieczne i nigdy nie było. W tym roku sobie o tym przypomnieliśmy. Jak zauważył mój przyjaciel, jest tak, jakby ludzie nagle się ocknęli i zaczęli biegać po swoich mieszkaniach, krzycząc: „Jestem śmiertelny”. Strach przed COVID-19 był i jest uzasadniony, ale mam poczucie, że równocześnie kanalizował inne lęki. Sprejując preparatem dezynfekującym kilka razy dziennie ręce czy klamki, w jakimś sensie daję sobie poczucie, że zapewniam sobie bezpieczeństwo w ogóle. A przecież jednocześnie codziennie wsiadam do samochodu czy wychodzę na ulicę, czyli robię rzeczy potencjalnie niebezpieczne. Inne zagrożenia nie zniknęły i nie znikną. Moim największym rozczarowaniem tego czasu są media newsowe. Straszenie stało się naczelną zasadą wielu serwisów informacyjnych, gazet i portali. Ktoś uznał, że ważniejsze jest, by ludzie klikali, niż by się mniej bali. Od marca robię zdjęcia najbardziej bulwersujących nagłówków, przygotowuję o tym duży tekst. To zaledwie fragment: „Profesor Flisiak: Epidemia wygaśnie latem. Delikatna stabilizacja w każdej chwili może się jednak załamać”. „Sanepid pyta o miejsca na zbiorowe pochówki na cmentarzach. Chce pilnej odpowiedzi”. „W epidemicznych prognozach trudno dziś szukać otuchy. Scenariusze są czarne”. Nie przypadkiem ludzie mówią o potrzebie odłączenia się od newsów, o detoksykacji, bo to jest toksyna. I przemoc psychiczna. Ludzi łatwo jest przestraszyć. Mamy złudzenie, że „banie się” jest czynnością zapobiegawczą. Tak ma działać to słynne: „Zadzwoń, jak dojedziesz”. A dopóki nie zadzwonisz, ja będę w czujności, która chroni ciebie na drodze. To nie logika, ale myślenie magiczne. W wersji łagodnej jest nim trzymanie kciuków za sportowca. Dziś coraz częściej pozwalamy sobie nie wiedzieć, jaka jest aktualna liczba zakażonych i zgonów, pomijamy ten nieodłączny refren naszej pandemicznej codzienności. I ta postawa, to odcięcie od informacji – staje się przestrzenią naszej osobistej wolności.

Tworzy się historia

Wielokrotnie podczas tego roku mówiłam sobie: „O tym będą kiedyś pisać w podręcznikach”. Niezwykłe jest w tym doświadczeniu, jak ono naraz separuje i łączy. Jest w nim też element triumfu ludzkiego umysłu: w ciągu roku do obiegu trafiła skuteczna szczepionka. Mam ogromny podziw dla ludzi, którym udało się tego dokonać: wszystkich, którzy dołożyli do tego choć jedną cegiełkę. Oczywiście jest to owoc pracy pokoleń naukowców i naukowczyń. Widziałam niedawno zdjęcia osób czekających na pierwszą dawkę i przyznam, że się wzruszyłam, bo była to dla mnie naprawdę doniosła chwila. Wiele było takich momentów: widok pustej bazyliki Świętego Piotra i papieża samotnie odprawiającego mszę wielkanocną, czysta woda w kanałach weneckich, ale też strajki kobiet w Polsce. Dla mnie to, co działo się u nas jesienią, było najbardziej poruszającym doświadczeniem społecznym od 1989 roku. Miałam poczucie, że poprzez nasze zbiorowe „grzeczne już byłyśmy” zmieniło się powietrze i nastąpiły nieodwracalne zmiany. Czuję, że po tym już nic nie będzie takie samo. Policzyłyśmy się. Przy naszym boku stanęli też mężczyźni. Rośniemy w siłę i nic tego nie zatrzyma. Jestem przywiązana do tego, co nazywa się niekiedy elementem energii kobiecej, czyli by patrzeć na świat w skali mikro. Uważam, że do tej pory żyliśmy – i nadal żyjemy – w przerośnięciu energii makro, czyli mówimy o zmieniającym się społeczeństwie, pytamy o nadchodzące trendy. Ja wolałabym takie dywagacje zamieniać na pytania osobiste. Czy ty coś zmienisz? Czy ja coś zmienię? Ale też niekoniecznie musimy coś zmieniać. Może lepiej: Co od teraz będzie inaczej? I to pytanie chciałabym skierować do każdej osoby, która nas teraz czyta.

Więcej przemyśleń na temat pandemii znajdziecie w książce Karoliny Korwin Piotrowskiej „Reset. Świat na nowo”, Wydawnictwo Mando.

Fot. materiały prasowe Fot. materiały prasowe

  1. Psychologia

Dlaczego boimy się samotności? Czy warto przed nią uciekać w pierwszy lepszy związek?

Czego się boisz? Co się pojawia, kiedy jesteś sama? Dlaczego własne towarzystwo jest dla ciebie źródłem cierpienia? (Fot. iStock)
Czego się boisz? Co się pojawia, kiedy jesteś sama? Dlaczego własne towarzystwo jest dla ciebie źródłem cierpienia? (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Lęk przed byciem samą często popycha nas do desperackiego poszukiwania partnera. Albo do trwania w kiepskich relacjach... Tymczasem oswojona samotność to przestrzeń, którą można wypełnić na swój sposób. Także związkiem, który nie będzie odruchową ucieczką od samotności.

Większość z nas boi się samotności, co zrozumiałe. Jesteśmy istotami społecznymi, mamy potrzeby przynależności, bezpieczeństwa, akceptacji, inni ludzie są nam niezbędni do życia. Lęk przed samotnością budzi motywację do tworzenia nowych więzi i pielęgnowania już istniejących. Badania wykazują, że chroniczna samotność wpływa destrukcyjnie na nasz organizm. Osłabia system odpornościowy, zwiększa wrażliwość na ból, prowadzi do depresji, u osób starszych zwiększa ryzyko przedwczesnej śmierci. Zatem samotność rozumiana jako brak bliskich relacji z innymi to stan, który niewątpliwie warto zmienić. Problem polega na tym, jak to zrobić.

Samotność w związku

Elwira, lat 39, ma za sobą wiele krótkotrwałych związków, z których żaden nie skończył się ślubem, choć ona była na to gotowa od pierwszej randki. Teraz znowu jej związek zbliża się do końca. – Czy ja naprawdę tak dużo oczekuję, czy ciągle trafiam na jakichś popaprańców? – wybucha. – Chodzi mi tylko o to, żeby założyć rodzinę, to chyba normalne, prawda? Mam 39 lat, niedługo będzie za późno na dziecko, a Tomek zachowuje się tak, jakby mu było wszystko jedno! Nadal nie przeniósł się do Warszawy, widujemy się dwa, trzy razy w miesiącu, nie oświadczył się, choć wie, że mi na tym zależy. Niby próbujemy zrobić dziecko, ale w tych warunkach to pewnie nigdy się nie uda!

Dlaczego właśnie Elwira przyszła mi do głowy, gdy piszę o samotności? Przecież ona nigdy nie była sama. Gdy kończy jeden związek, natychmiast znajduje nowego chłopaka. A jednak w gruncie rzeczy jest samotna. Nie ma przyjaciółek, nie wchodzi w bliskie relacje z kobietami, bo uważa, że nie można im ufać. Nie zależy jej na przyjaźni, tylko na ślubie. Elwira ma jeden scenariusz na życie i jak najszybciej chce go zrealizować. Nie traci czasu na poznawanie nowego partnera i budowanie związku, od początku znajomości wie, czego chce, mężczyzna ma tylko spełnić jej oczekiwania. Ale nie spełnia.

– Powiedziałam mu, żeby poszedł do psychologa, a on twierdzi, że nie jest mu to potrzebne – opowiada. – A może jest coś, nad czym ty chciałabyś popracować? – pytam, bo w końcu na tym polega moja rola. – Nad tym, jak to zrobić, żeby zaczęło mu bardziej zależeć! Już podczas pierwszej wspólnej nocy zapytałam go, czy jest gotów się przeprowadzić, bo ja mam świetną pracę i mieszkanie, więc się nie ruszę. Odpowiedział, że tak. Minął rok, a on nie znalazł pracy w Warszawie i wcale nie wiem, czy naprawdę szuka! Nawet nie chce ze mną wyjechać na wakacje, bo tam, gdzie ja chcę jechać, to dla niego za drogo! Chciałam, żeby przyjeżdżał w każdy weekend, ale szkoda mu czasu i pieniędzy, choć na początku przyjeżdżał. Już dawno bym z nim zerwała, ale tak strasznie boję się samotności. – Przecież w tym związku też jesteś samotna – wolę się upewnić, czy dobrze zrozumiałam. – No tak, przez niego! Gdyby umiał podjąć decyzję, miałabym już rodzinę! – A gdyby jego nie było, to przez kogo byłabyś samotna?

Życie bez mężczyzny

Elwira długo się broni przed poszukaniem problemu w sobie. W końcu jednak zaczyna dostrzegać, że nie nawiązuje bliskich relacji nawet z mężczyznami, z którymi jest w związku. Próbuje ich nakłonić do czegoś, na co oni nie mają ochoty, ale ona nie chce tego widzieć. W dzieciństwie czuła się bardzo samotna, mama faworyzowała młodszą siostrę, do Elwiry miała ciągle pretensje, ojciec też odnosił się do niej krytycznie. Elwira miała nadwagę, więc czuła się gorsza od rówieśników. Często była obiektem ich żartów, nie chcieli się z nią bawić, nikt nie wybierał jej do swojej drużyny w grach zespołowych. Potem wyrosła na atrakcyjną kobietę, świetnie funkcjonuje zawodowo, ale lęk przed odrzuceniem i niskie poczucie wartości pozostały. Nie chce konfrontować się z tymi uczuciami i może właśnie to uniemożliwia jej tworzenie bliskich relacji. Chodzi jej jedynie o wyjście za mąż, które ma być dowodem, że wszystko jest z nią w porządku, bo bez mężczyzny czuje się bezwartościowa. – Boję się, że będę sama do końca życia i skończę jak postać z dramatu „Koncert życzeń” Yany Ross – wyznaje z płaczem.

Widziałam ten spektakl, w którym bohaterka nie mówi ani słowa, bo nie ma do kogo. Jest kompletnie samotna. Prowadzi zdrowe życie, wszystko ma pod kontrolą, dobrze zorganizowane i tylko nie wiadomo, po co się krząta, trudno znaleźć sens takiego życia. I w końcu z niego rezygnuje, przytłoczona samotnością, z której nie szuka wyjścia.

„Gdy nachodzi cię ból samotności, stań z nią twarzą w twarz, przyjrzyj jej się, nie próbuj uciekać. Jeżeli uciekniesz, nigdy jej nie zrozumiesz i zawsze będzie czyhała na ciebie za rogiem” – te słowa Jiddu Krisznamurtiego już kiedyś przytaczałam, bo wierzę w ich słuszność. Warto zapytać siebie, przed czym uciekamy. Czego się boisz? Co się pojawia, kiedy jesteś sama? Dlaczego własne towarzystwo jest dla ciebie źródłem cierpienia? Tylko spotkanie z demonami stwarza szansę na uwolnienie się od nich, nie ucieczka.

Oswoić samotność

Od samotności uciekamy niemal odruchowo. Gdy ją poczujemy, sięgamy po telefon, wchodzimy na Facebooka, włączamy ulubiony serial, zaczynamy robić coś, by ją zagłuszyć – każdy z nas ma swoje sposoby, by uciec od siebie. Nie chcemy być sam na sam ze swoimi uczuciami. Ale problem powraca i znów musimy uciekać.

Karolina, lat 29, pracuje nad doktoratem, prowadzi zajęcia ze studentami i mieszka z rodzicami, którzy są źródłem jej cierpienia. – Jestem na ich utrzymaniu, ale to normalne, kiedy się pisze doktorat, na uczelni zarabiam za mało. A oni traktują mnie, jakbym była nieudacznikiem, a nie ich powodem do dumy! Za to są dumni z mojej siostry, tylko dlatego, że wyszła już za mąż, jakby to była jakaś zasługa. Ja nie tracę czasu na zajmowanie się facetami, tylko ciężko pracuję. Rodzice mnie lekceważą, ale ja im pokażę, kiedyś będą musieli mnie docenić! Wszystkich ich przerosłam, im się nawet nie śniło o doktoracie, moja siostra też woli pieluchy niż karierę!

Karolina nie ma chłopaka i nigdy nie miała, ma kilka koleżanek, żadnej przyjaciółki. Twierdzi, że nie chce tego zmieniać, bo to by ją odciągało od pracy naukowej, która jest dla niej najważniejsza. Karolina nie ucieka od samotności, lecz się w niej pławi. Wypracowała świetne mechanizmy obronne, by czuć się lepszą od innych i nie mieć kontaktu ze swoimi uczuciami. A jednak szuka pomocy, od miesięcy przychodzi na spotkania.

– Co jest pani potrzebne, pani Karolino, skoro wszystko jest dobrze, tylko rodzice niezbyt udani? Tego pewnie nie zdołamy zmienić. – No chyba nie jest dobrze, jak pani myśli? Chyba coś jest ze mną nie tak? – z jej pytania przebija niepewność. – Co panią niepokoi najbardziej?

– Mama twierdzi, że bez nich sobie nie poradzę, a oprócz rodziców nie mam nikogo na świecie – Karolina wybucha płaczem. W końcu nawiązuje kontakt ze swoimi uczuciami. Ze sobą. Bez tego trudno tworzyć relacje z innymi.

Uciekamy od samotności lub uciekamy w nią z lęku przed światem, ale żadna z tych opcji nam nie służy. Samotność warto oswoić właśnie po to, by móc budować dobre związki z innymi.

Wyszła po polsku książka Julii Cameron, autorki światowego bestsellera „Droga artysty”. Już sam tytuł brzmi optymistycznie: „Nigdy nie jest za późno na nowy początek”. Książka adresowana jest do osób na emeryturze, ale i wcześniej warto z niej skorzystać. Cameron pokazuje, jak wiele można zdziałać w samotności. Proponuje konkretne rytuały, które pozwalają na nawiązanie kontaktu z samą sobą, wyrażenie własnych uczuć, budzenie kreatywności, poznanie i spełnienie własnych pragnień. Nie po to, by zapchać samotność, ale by żyć pełnią życia. Kiedy jesteśmy w kontakcie ze sobą, łatwiej nam nawiązać kontakt z innymi i czuć się częścią świata.

Gdy przestajemy uciekać przed samotnością, staje się ona mniej przerażająca. Powstaje przestrzeń, którą możemy wypełnić tak, jak chcemy. Możemy odkryć, na co mamy ochotę, czego pragniemy. Budzić swoje zainteresowania. Dbać o stare relacje i nawiązywać nowe.

W naszej kulturze związek wydaje się najlepszą, a może wręcz jedyną drogą ucieczki przed samotnością. Szukamy partnera, który ma być naszą „drugą połową”, bez niego czujemy się niepełne i samotne. Liczymy na to, że partner wypełni nasze emocjonalne dziury. A gdy już jesteśmy w związku, boimy się rozstania, trwamy w nim, nawet jeśli jest toksyczny.

Lęk przed samotnością odbiera nam wolność wyboru. Warto się z nim uporać, żeby nie być „skazaną na związek”, by umieć żyć i rozwijać się bez niego.

  1. Psychologia

Bliskość - czy można się bać czegoś, czego wszyscy pragniemy?

Tylko trudno dbać o innych, jeżeli sami o siebie nie zadbamy. (Ilustracja Marianna Sztyma)
Tylko trudno dbać o innych, jeżeli sami o siebie nie zadbamy. (Ilustracja Marianna Sztyma)
Ludzie unikający bliskości powtarzają ten sam życiowy refren, który powoduje, że tak naprawdę dążą do rozpadu związku, a nie do jego spojenia – mówi psychoterapeutka Sylwia Sitkowska.

Czy to nie paradoks, że boimy się czegoś, czego wszyscy pragniemy?
To rzeczywiście paradoks, ale lęk przed bliskością nie bierze się znikąd. Jednym ze sposobów jego zrozumienia jest teoria więzi Johna Bowlby’ego, lekarza psychoanalityka. Otóż doszedł on do wniosku, na podstawie badań, że jeżeli pierwsza nasza relacja z najważniejszą osobą była bezpieczna, przewidywalna, pełna miłości, szacunku, to najprawdopodobniej bliskie relacje w dorosłości będą podobne.

Lęk przed bliskością się wtedy nie pojawi?
Będzie adekwatny do sytuacji. Bo każdy z nas czasami się boi, że zostanie skrzywdzony przez drugą osobę. A to dlatego, że oddając się w pełni drugiemu człowiekowi, odsłaniamy „miękki brzuszek”, a związek może nas uszczęśliwić, ale też zranić. Według Bowlby’ego, ludzie z doświadczeniem pierwszej bezpiecznej relacji są w stanie zaakceptować ewentualne trudności, wliczyć w koszty to, że czasami będzie nudno, czasami wesoło, a czasami zwyczajnie. Ale mimo to będziemy się wspierać.

A jeżeli pierwsza więź była pozabezpieczna?
Wtedy nawet mały kryzys może być interpretowany jako koniec świata, może spowodować olbrzymie cierpienie. Lęk przed bliskością, przed porzuceniem może się przejawiać w bardzo wielu różnych, czasami dziwnych zachowaniach.

Na przykład?
Możemy na przykład być bardzo zaangażowani w relację, czuć, że nam na niej zależy, ale przez to, że boimy się porzucenia, nie okazywać naszych prawdziwych emocji. Czyli z jednej strony deklarować, że chcemy tworzyć dobry związek, ale jednocześnie swoim zachowaniem tego nie potwierdzać. Jest coś takiego jak pakiet zachowań, które tworzą dobry związek, na przykład: okazywanie sobie czułości, przytulanie się, robienie czegoś dla drugiej osoby, wyciąganie ręki na zgodę, przebaczanie. Wiele par rozbija się o to, że jedna strona myśli: „Potrzebuję więcej czułości”, a druga: „Jak mu okażę czułość, to mnie skrzywdzi i porzuci”.

Jak rozpoznać, że boimy się bliskości? Czy rozkochiwanie i porzucanie to jeden z syndromów?
Takie zachowanie, o jakim pani mówi, może oczywiście wynikać z lęku przed bliskością, ale może być też przejawem osobowości chwiejnej czy seksoholizmu. W lęku przed bliskością jest dużo obaw przed zranieniem, myślenia, że trzeba uważać na partnera, budować mur nas oddzielający albo specjalnie zabiegać o niego, zasłużyć na jego miłość. Jeżeli złapiemy się na budowaniu tego muru, na postawie ucieczkowej z relacji, to warto zastanowić się, czy nie cierpimy na lęk przed bliskością. Najważniejsza jest tu motywacja. Boję się, że ktoś mnie skrzywdzi, porzuci? Więc ja pierwsza go sobie obrzydzę, porzucę – to może być przejaw lęku przed bliskością.

A obawa kobiet przed odsłonięciem się, bo uważają się za niewystarczająco godne miłości?
Takie przekonanie żywią też mężczyźni, jest ono mocno związane z poczuciem własnej wartości. Miałam kiedyś w terapii utytułowanego profesora, który uważał się za głupiego i przez całe życie bał się, że prawda wyjdzie na jaw. Te wyimaginowane braki kompensował sobie zdobywaniem kolejnych tytułów, a mimo to miał poczucie, że swoje osiągnięcia zawdzięcza szczęściu, a nie pracy.

Skąd bierze się takie poczucie?
Na przykład z tego, w jaki sposób byliśmy traktowani jako dzieci. Bo dzieci przyjmują opinie matki, ojca, ciotki czy nauczyciela na swój temat jako fakt i potem wkraczają w dorosłość, patrząc na siebie ich oczami. Kiedyś dość powszechnie uważano, że dzieci i ryby głosu nie mają. Jeżeli dziecko wyrażało swoją opinię, było sobą, to uznawano je za niegrzeczne. I oto wyrasta piękna kobieta, która myśli o sobie, że jest niegodna miłości i nie wie dlaczego. Czuje, że w związku nie może pozwolić sobie na bycie sobą, bo to kojarzy jej się z etykietką niegrzecznej dziewczynki, a takiej – uważa – nikt nie pokocha. Partner nie musi formułować żadnych oczekiwań, to ona tkwi w gorsecie swoich własnych wyobrażeń, jaka powinna być, żeby zasłużyć na miłość. A jeżeli myśli o sobie, że jest niefajna, to nic dziwnego, że inni też mogą tak o niej myśleć.

Jest pani współautorką książki „Niekochalni”? Co to znaczy „niekochalny”? Ten, kto nie daje się kochać, czy ten, kto tego nie potrafi?
I jeden, i drugi. Jeżeli ktoś nie da się pokochać, to też może oznaczać, że nie umie kochać, te wektory działają w dwie strony. Niekochalność to dla mnie taka powtarzająca się melodia, którą nazywam refrenem życiowym. Zmienia się zwrotka – partner, a ja znowu śpiewam ten sam refren, który powoduje, że związek okazuje się niesatysfakcjonujący, że tak naprawdę dążę do jego rozpadu, a nie do jego sklejenia. Jestem niekochalna, bo nawet jeżeli bardzo chcę pokochać i być kochaną, to pakiet zachowań, który noszę, powoduje, że nie potrafię utrzymać uczucia. Trudno kochać, jeżeli nie było się kochanym w mądry sposób przez najbliższe osoby. Czasami powtarzam moim klientkom, że zmiana męża nic nie zmieni, jeśli w kolejny związek wniesiemy swoje nieprzepracowane problemy.

Dlatego pracę nad lękiem przed bliskością trzeba zacząć od siebie?
Tak, trzeba zacząć od pracy nad swoim poczuciem wartości, nad miłością własną, choć może brzmi to jak wyświechtany frazes. Głęboko jednak wierzę, że jeżeli jesteśmy dobrzy dla siebie, to czujemy się lepiej ze sobą i możemy dać dużo więcej dobrego osobom dookoła nas. Proponuję zacząć od uszczęśliwiania siebie – i nie myślę tu o płytkim pojmowaniu szczęścia, konsumpcjonizmie, zaspokajaniu własnych zachcianek bez względu na potrzeby bliskich czy o takiej postawie, że moje zdanie ma być na wierzchu i mam dbać tylko o siebie. Ludzie czasem mają takie wyobrażenie, że dbać o siebie to znaczy nie myśleć o świecie. Nie, cały świat jest też szalenie ważny, człowiek nie jest samotną wyspą, jest istotą stadną, więc warto dbać o innych. Tylko trudno dbać o innych, jeżeli sami o siebie nie zadbamy.

A może pomocne okaże się związanie z partnerem o bezpiecznym stylu przywiązania?
Na ogół osoby o bezpiecznym stylu przywiązania wybierają ludzi podobnych do siebie. Badania pokazują jednak, że jeżeli wiążę się z osobą o innym stylu, to jest szansa, że mogę przejąć jej styl przywiązania, a ona – mój. Na przykład ktoś o stylu unikającym może przejąć styl bezpieczny, ale może też być odwrotnie. Tak więc jest szansa, że życie nam trochę pomoże lub trochę zaszkodzi. Ale myślę, że dużo bardziej budujące będzie uświadomienie sobie problemu i wzięcie sprawy w swoje ręce. Czyli zmierzenie się z tym, że co prawda chcę mieć dobry związek, ale jednocześnie siedzę w telefonie, nie poświęcam uwagi mojemu partnerowi, robię sceny zazdrości, nie celebruję okazji do świętowania czy jestem ciągle zajęta pracą i nie mam dla niego czasu. W pracy nad sobą można się wesprzeć moją nową książką „Dzieciństwo do poprawki”, w której opisuję, w jaki sposób popracować nad swoim dzieciństwem, żeby zmodyfikować wtłoczone nam wtedy schematy.

Czy nie uważa pani, że pandemia pogarsza sytuację ludzi bojących się bliskości? Mają teraz świetne alibi, żeby się do nikogo nie zbliżać.
Dla osób, które nie mają partnera i boją się nawiązywania relacji, zamknięcie w domu to rzeczywiście dobra wymówka. Ale co z tymi, którzy zostali zamknięci w domu razem ze swoimi partnerami? Oni mogą unikać bliskości w sposób niebezpośredni: poprzez siedzenie przy komputerze, telewizorze, w telefonie. Unikać się można, nawet mieszkając w kawalerce z dzieckiem i psem, bo unikanie się nie musi być jedynie fizyczne, dużo trudniejsze jest to emocjonalne. Najbardziej dojmującą samotność odczuwa się wśród ludzi. Słyszę często w terapii: „Mam męża, żonę, ale czuję się samotny”, i to jest najgorsza samotność.

Jak powszechny jest lęk przed bliskością?
Badania mówią, że dwie trzecie z nas ma bezpieczny styl przywiązania, czyli nie jest źle. Chociaż gdy uświadomimy sobie, że co trzeci z nas prezentuje styl pozabezpieczny, to już przejmuje trwogą. Natomiast patrzyłabym na ten problem szerzej. Każdy z nas czasami, nawet jeżeli ma bezpieczny styl przywiązania, z obawy przed odrzuceniem, zranieniem może przejawiać zachowania, które oddalają go od drugiej osoby. Pamiętajmy, że związek i emocje z nim związane to kontinuum. Mało osób pozostaje gdzieś na krańcach krzywej Gaussa, czyli albo w ogóle nie nawiązuje bliskich relacji, albo ma jednego partnera emocjonalnego oraz fizycznego przez całe życie. Raczej jesteśmy gdzieś pomiędzy, z różnym natężeniem lęku przed bliskością i różnymi zachowaniami ten lęk przejawiającymi.

Coraz więcej jednak ludzi, szacuje się, że w Polsce to już około jednej czwartej dorosłych, wybiera życie w pojedynkę. Czy za takimi wyborami stoi lęk przed bliskością?
Nie stawiałabym tutaj znaku równości, ale jestem przekonana, że bardzo duża grupa singli ma problem z lękiem przed bliskością. Miałam w terapii osoby, które deklarowały, że jako single czują się świetnie, ale prędzej czy później dochodziliśmy do takiego momentu, kiedy ujawniał się lęk przed byciem samemu, ale też lęk przed byciem w związku. Dlatego zawsze proponuję, żeby zdejmować z siebie te „łuski”, którymi się przykryliśmy, i sprawdzać, co tak naprawdę motywuje nas do takiego czy innego zachowania. Bo proszę mi wierzyć, przez lata prowadzenia psychoterapii widzę, jak duże i dobre zmiany można dzięki niej wprowadzić w swoje relacje z innymi. Pamiętam pana, który przyszedł do mnie, bo cierpiał na trudną, widoczną chorobę i chciał się pozbyć wstydu i lęku z nią związanego. Twierdził, że związek jest poza jego zasięgiem i on się z tym pogodził. Ale gdy zaczęliśmy pracować, to okazało się, że ów pan bardzo potrzebował bliskości. Po półtora roku terapii poznał panią, mają dzieci, tworzą fajny związek.

A wracając do singli. Myślę, że ogromna rzesza świadomie podejmuje taką decyzję. Wiedzą, co tracą, a co zyskują. Część z nich ma za sobą trudne doświadczenia w relacjach, więc dochodzą do wniosku, że nie chcą się wiązać, bo to jest trudne, a do tego czasami boli, wolą spotkać się z kimś raz na jakiś czas w miłych okolicznościach niż decydować się na codzienność z drugą osobą. Bo przecież życie razem to nie sielanka. Bywa, że jest pięknie, ale też bywa bardzo trudno. Jeżeli więc jestem singlem i jest mi z tym okej – to nic na siłę. Ale jeżeli jestem singlem, bo boję się, że mi znów nie wyjdzie, więc chciałabym i boję się, to może warto nad tym popracować.

Lęk w relacji to jednak nie wyrok.
Zgadzam się. Nikt nie jest ideałem, każdy czasem zachowuje się niefajnie czy nawet krzywdząco dla drugiej strony. Coś odburknie, wkurzy się. Takie jest życie, warto to zaakceptować, jeśli nasza relacja ma też dobre strony. Nawet w dobrym związku przeplatają się zażyłość i separacja, zależność i wolność, bycie blisko i daleko, gorsze i lepsze dni. I wszyscy od czasu do czasu odczuwamy lęk przed odrzuceniem. I to nie musi być lęk przed bliskością, który na ogół przejawia się zachowaniami rujnującymi związek. Ale nawet wtedy można go przepracować. Pod warunkiem że tego chcemy. 

Sylwia Sitkowska, psycholożka i psychoterapeutka z Przystani Psychologicznej, współautorka książki „Niekochalni”, autorka „Dzieciństwa do poprawki”, prezeska Fundacji „Terapeutyczna”.

  1. Psychologia

Kto nie potrafi obronić swoich granic?

Jakie cechy mają ludzie nieasertywni? Na czym polega asertywność w praktyce? (fot. iStock)
Jakie cechy mają ludzie nieasertywni? Na czym polega asertywność w praktyce? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nadwrażliwość, samotność, brak kontroli nad emocjami, problemy w relacjach - mogą wskazywać na brak asertywności. Co jeszcze charakteryzuje osoby nieasertywne? W jaki sposób stać się człowiekiem, który w sposób nieraniący innych potrafi być sobą? - wyjaśnia Jarosław Józefowicz, psychoterapeuta.

Jak można opisać ludzi nieasertywnych? Ich postawę często nazywamy nieśmiałością, wycofaniem. Są zbyt ulegli, nie bronią swoich granic, pozycji, praw.

Są mało elastyczni? Z jednej strony mogą być nieelastyczni. Ktoś taki nie ma wewnętrznej pewności. Próbuje uzyskać ją z zewnątrz, na przykład przestrzegając jakiegoś regulaminu w pracy i nie odstępując od niego na krok. Albo przyswoi sobie zasady zachowania w towarzystwie i, choć będzie miał na to ochotę, nigdy nie wskoczy na stół, żeby zatańczyć. Zawsze będzie pilnował reguł. Ale z drugiej strony człowiek nieasertywny może wydawać się elastyczny, otwarty na różne propozycje, tymczasem jest to postawa uległa. Tak naprawdę ludzie wiele na nim wymuszają, bo on nie potrafi się obronić.

Zdarza się też, że osoby nieasertywne w sposób niekontrolowany wyrażają złość, a nawet agresję. Często tak to wygląda. Ludzie mający trudności z asertywnością są przyzwyczajeni do nie zważania na swoje uczucia, do ich ignorowania. W związku z tym nie reagują na bieżąco, gdy ktoś na przykład próbuje ich wykorzystać. Można powiedzieć, że w momencie kiedy są krzywdzeni, nie zauważają tego. Jednak poczucie skrzywdzenia w nich pozostaje i po iluś podobnych doświadczeniach wybucha z wielką siłą, często nieadekwatnie do sytuacji. Na przykład ktoś pobije tego, kto się wepchnął do kolejki. Sytuacyjnie - agresja i złość są nadmierne, nieuzasadnione, jeżeli jednak spojrzy się na ich historię, stają się bardziej zrozumiałe.

Nieasertywni mają problemy w nawiązywaniu satysfakcjonujących kontaktów. Powiem więcej - mogą w ogóle mieć problem z nawiązywaniem kontaktów. W relacjach często są wykorzystywani, więc w pewnym momencie samoistnie przychodzi decyzja o wycofaniu się. Jest to jedyna skuteczna metoda, żeby nie cierpieć.

Są samotni. Tak, samotni, wyobcowani. Nie mogą się odnaleźć wśród ludzi, ponieważ nie potrafią skutecznie się obronić. Osoby nieasertywne chcą być akceptowane, bo same siebie nie akceptują. I wydaje im się, że droga do tego wiedzie przez spełnianie żądań otoczenia. Myślą w ten sposób - jeżeli zrobię to, co ktoś ode mnie chce, to będzie mnie lubił, coś za coś. Ale w pewnym momencie zauważają, że to działa tylko w jedną stronę, że jest układ niesprawiedliwy, pochyły. A więc z jednej strony są mili, zgodni, z drugiej wycofują się, bo boją się że zostaną wykorzystani czy odrzuceni. W ten sposób wysyłają sprzeczne sygnały, ich zachowanie jest niejednorodne, nie wiadomo czego po nich oczekiwać. To sprawia trudność otoczeniu, które zaczyna ich unikać. W konsekwencji samotność puka do drzwi.

Nieasertywni są nadwrażliwi? Na ogół tak, bo zewsząd wypatrują zagrożenia. Tego doświadczyli w dzieciństwie. Nie wiedzieli z której strony spadnie cios - czy to będzie ton głosu, uderzenie, złe słowo, czy stanie się to za minutę, czy dopiero za dwa dni. Dobrze widzieć ich trudną sytuację.

Dobrze jest mieć świadomość swoich atutów. To kolejny bardzo, bardzo istotny punkt. Wszyscy mamy swoich wewnętrznych krytyków. Jednak natężenie ich działalności to rzecz indywidualna. W przypadku osób mało asertywnych głos krytyczny jest zazwyczaj bardzo nasilony. „Bombarduje” negatywnymi komunikatami, na które reagują z pozycji małej dziewczynki lub małego chłopca. Są niepewni siebie. Myślą o sobie, że ich zdanie jest mało warte, więc nie będą go wyrażać, wycofują się. Jeżeli natomiast zdadzą sobie sprawę z całej puli bogactwa wewnętrznego i zewnętrznego, do  świadomości dotrze, jak ważni są dla siebie. Wtedy będą też ważni dla innych.

Atuty ma każdy z nas, kwestia czy umiemy je dostrzec. Chociażby to, że jesteśmy Europejczykami i żyjemy w takich a nie innych warunkach. W ramach programów rozwojowych Akademii Psychologii Zorientowanej na Proces organizowane były wyjazdy do Afryki czy Azji, gdzie spotykaliśmy się z prawdziwą biedą i zacofaniem. Wtedy można zrozumieć to, czego na co dzień się nie dostrzega - jaki to wielki przywilej życia w Europie. Inny przykład to wykształcenie. Czy potrafię docenić, że mam zasób wiedzy, intelektu, sprawności komunikacyjnej? Takich, wydawałoby się oczywistych atutów każdy z nas ma wiele. Ludzie asertywni zdają sobie z nich sprawę niejako automatycznie, między innymi na nich opiera się ich siła i umiejętność adekwatnego reagowania. Natomiast ludzie mający trudności z asertywnością często nie umieją siebie docenić, wydaje im się, że nie są dość dobrzy.

Jeżeli ktoś miałby ochotę, może zrobić krótkie ćwiczenie - wypisać 20 przywilejów, jakimi cieszy się w życiu. Warto je co pewien czas powtarzać.

Co jeszcze może zrobić ktoś nieasertywny, żeby poprawić jakość swojego życia? To są działania wielotorowe i długotrwałe. Najprościej zacząć od przyjrzenia się temu, co utrudnia relacje na poziomie komunikacyjnym. Do asertywności należy posługiwanie się komunikatami, mówiącymi o swoich stanach emocjonalnych. Jeżeli doznajemy trudnej reakcji na czyjeś zachowanie, dobrze jest to sobie uświadomić i powiedzieć o tym - że mi się to nie podoba, że trudno mi z tym, że jest mi przykro.

Druga rzecz - w sytuacji, gdy nie akceptujemy czyichś działań, mówimy o nich, nie krytykując osoby. Przykładowo, jeśli ktoś nadużył naszego zaufania, nie mówimy mu, że jest niesłowny i że nie można na niego liczyć, tylko na przykład: „Miałem trudności, bo długo nie oddawałeś mi pieniędzy, które ci pożyczyłem”. Żeby taki poziom komunikacyjny mógł zaistnieć, trzeba umieć zobaczyć co nam przeszkadza, czyli mieć kontakt ze swoimi uczuciami. Tutaj dochodzimy do głębszego poziomu. Chodzi o rozpoznawanie i nazywanie emocji, które mnie dotyczą. Zwykle posługujemy się określeniem - jestem zdenerwowany, wściekły, zły a jak jest fajnie, to najczęściej w ogóle emocji nie zauważamy. Tymczasem jest mnóstwo odcieni uczuć, które przeżywamy. Z tym zadaniem trudniej jest samemu się uporać. Dlatego zachęcam do chodzenia na warsztaty rozwojowe czy pracę terapeutyczną.

Jakie mogą być efekty pracy nad asertywnością? Uświadomienie sobie, że świat nie jest zagrażający. Zwiększona potrzeba i umiejętność otwarcia się na ludzi. Reagowanie adekwatnie do sytuacji, a nie z miejsca obrony. Wyrażanie złości, kiedy jest ku temu powód. Pełniejsza komunikacja z ludźmi, czyli umiejętność opowiedzenia o swoich potrzebach, odczuciach, usłyszenia drugiej strony, co pozytywnie wpływa na jakość relacji. Ludzie nieasertywni stoją na krańcach - albo agresji i złości, albo wycofania i uległości. Asertywna postawa jest bardziej na środku. I do niej warto dążyć.

Jarosław Józefowicz, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog. Prowadzi terapie indywidualne, par i małżeństw, pracuje z dziećmi, rodzinami, grupami, organizacjami. Prowadzi treningi psychologiczne, grupy i warsztaty, zajęcia rozwojowe.

  1. Psychologia

Psychologiczne podłoże odczuwania samotności

Co, według badaczy, jest powodem tego, że czujemy się samotni? (fot. iStock)
Co, według badaczy, jest powodem tego, że czujemy się samotni? (fot. iStock)
Samotność doskwiera tak wielu ludziom, że warto przyjrzeć się, co na jej temat mówią badania.

Jak podkreśla Sławomir Prusakowski, psycholog i trener biznesu z Uniwersytetu SWPS: Samotność jest nam czasem potrzebna. Jednak samo poczucie osamotnienia może być efektem braku znajomości własnych potrzeb i trudnym doświadczeniem. Badanie przeprowadzone na Uniwersytecie Kalifornijskim wykazało, że 76% dorosłych czuje się samotnie.

Co może być powodem samotności według badaczy?

Po pierwsze – okoliczności i sposób w jaki żyjemy. Zbyt duża ilość bodźców i przeciążenie informacjami powodują tak duże zmęczenie u niektórych osób, że w następstwie wycofują się one z interakcji społecznych.

Kolejnym powodem samotności może być brak przestrzeni na autorefleksję, która umożliwia nam określenie swoich potrzeb. Jeżeli wokół nas jest chaos, to bardzo trudno jest usłyszeć, co dzieje się w środku nas. A jeśli sami nie odkryjemy swoich potrzeb, trudno nam będzie odnaleźć je w relacjach społecznych.

Innym zjawiskiem, które może być powodem samotności jest obawa, że nie znajdziemy akceptacji w oczach drugiej osoby. Z lęku przed odrzuceniem podejmujemy paradoksalny wybór: wolimy samotność niż odrzucenie.

We wspomnianych badaniach podjęto próbę zdiagnozowania tego, co różni osoby samotne od tych, które nie odczuwają bycia samemu w sposób negatywny. Okazało się, że osoby, które nie czują się samotnie charakteryzują się tak zwaną życiową mądrością. Składa się na nią 6 obszarów i związane z nimi codzienne praktyki:

  • wiedza o życiu – przyglądanie się mu i uważne doświadczanie go,
  • umiejętność zarządzania emocjami – ćwiczenie kontrolowania własnych reakcji na emocje,
  • empatia i współczucie – umiejętność przyjmowania perspektywy innych ludzi,
  • wgląd w siebie – samotność i cisza sprzyjają autorefleksji, która jest kluczowa do budowania relacji z innymi ludźmi,
  • akceptacja różnorodności – akceptując różnych ludzi i różne sytuacje, łatwiej jest nam nawiązać kontakt z innymi,
  • zdolność do efektywnego podejmowania decyzji – nie wystarczy rozumieć, że się jest samotnym i nie wystarczy wiedzieć, jakie ma się potrzeby – trzeba zacząć działać.
Rozwijając te cechy, możemy sprawić, że zminimalizujemy nasze poczucie osamotnienia. Samotność będziemy mogli potraktować jako okazję do zatrzymania się, poświęcenia sobie uwagi i nauczenia się umiejętności, które mogą nam pomóc budować wartościowe i silne relacje z innymi ludźmi – komentuje Sławomir Prusakowski, psycholog.

Źródło: materiały prasowe Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu