1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Matką nie będę. Bezpłodność i bezdzietność okiem Katarzyny Miller

Matką nie będę. Bezpłodność i bezdzietność okiem Katarzyny Miller

Kobiecość to nie jest tylko rodzenie dzieci, ich wychowywanie i kochanie, ale przede wszystkim bycie człowiekiem - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Getty Images)
Kobiecość to nie jest tylko rodzenie dzieci, ich wychowywanie i kochanie, ale przede wszystkim bycie człowiekiem - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Getty Images)
"Matką nie będę". Ale to nie znaczy, że nie możesz wieść ciekawego życia, którego ważną częścią stanie się bycie potrzebną innym dzieciom – przekonuje Katarzyna Miller, która tym razem mierzy się z tematem bezpłodności i bezdzietności.

Gdy ktoś cię pyta, czemu nie masz dzieci, co mu odpowiadasz?
Jeśli jest autentycznie tego ciekawy – a to można wyczuć – zawsze szczerze odpowiadam, czemu podjęłam taką decyzję, bo uważam, że jest to bardzo ważna odpowiedź. Spotkałam kilka kobiet, które odpowiadają na to pytanie podobnie jak ja, i poczułam się, jakbym poznała siostry. Ale gdy widzę, że ktoś mi chce tym dopiec, dokopać – to też mówię prawdę, ale inaczej. Na przykład: „Tak zdecydowałam, jest to wyłącznie moja sprawa i nic ci do tego. Mam do tego prawo”. Oczywiście mam też prawo powiedzieć, że nie chcę o tym mówić albo że w ogóle nie chcę z tym kimś rozmawiać, jeśli jest dla mnie nieprzyjemny. W ogóle nie muszę udzielać żadnej odpowiedzi. Dla osób, które mają niskie poczucie własnej wartości, to jest problem i takim pytaniem – zwłaszcza zadanym w złej wierze, na zasadzie „Co z tobą jest nie tak?” – można im bardzo dokopać. Dużo kobiet czuje, że musi się wtedy z czegoś tłumaczyć, usprawiedliwiać, przepraszać.

Czyli ta twoja szczera odpowiedź brzmiałaby jak?
Że już jako bardzo mała dziewczynka postanowiłam, że nie będę miała dzieci, bo nie chciałam im robić tego, co zrobiła mnie samej moja matka. Co nie zmienia faktu, że bardzo lubię dzieci i bardzo mnie interesuje, co można z nimi i dla nich robić. Uważam, że są naszą przyszłością, dlatego trzeba dbać o to, by ludzie je mieli, bo chcą je mieć, i by wiedzieli, jak je wychowywać, żeby torować im w życiu drogę. Dziecko jest błogosławieństwem, ale każde dziecko, nie tylko moje.

Ty nie masz dzieci, bo tak postanowiłaś. Wiele kobiet nie ma dzieci, bo nie mogą ich mieć z przyczyn czysto biologicznych. Bezpłodność i niepłodność uznawane są za choroby cywilizacyjne. Kobiety, które na nie cierpią, mówią, że czują się, jakby odebrano im szansę i prawo do podjęcia decyzji w tej ważnej sprawie.
Może na początku zróbmy małe rozróżnienie. Bezpłodność i niepłodność to są rzeczy bliskie sobie, kiedy albo mężczyzna, albo kobieta nie mogą mieć dziecka. Natomiast bezdzietność to jest stan nieposiadania dziecka. Z jakiej przyczyny – to już bywa różnie. Można nie posiadać dziecka ze względu na kłopoty biologiczne, a można z powodu podjętej decyzji lub przypadku losowego, w wyniku którego traci się dziecko.

Przyjmuje się, że bezpłodność jest stanem permanentnym, niepłodność jest chwilowa, choć też nie zawsze...
Ja bym powiedziała, że nie ma tu reguł, bezpłodność też często okazuje się chwilowa. Przecież lekarze orzekają według swojej wiedzy i danych, jakie mają na dzień dzisiejszy. Jeśli ludziom się guzy nowotworowe cofają, a specjaliści potem mówią: niemożliwe – to znaczy, że jest coś, co wykracza poza nasze pojęcie i medyczne terminy.

Która z tych sytuacji jest największym kryzysem lub życiową traumą? A może zjawiskiem najbardziej ciekawym dla ciebie jako psychoterapeutki?
Powiem o zjawisku, które uważam za najbardziej niebezpieczne. Jest nim szaleństwo, zwłaszcza kobiet, które za wszelką cenę chcą mieć własne dziecko. Bo dla wielu ludzi nie ma życia bez posiadania dziecka. Po prostu sobie tego nie wyobrażają. Nawet niekoniecznie dlatego, że bardzo chcą zostać rodzicami, tylko dlatego, że dzieci się ma. Oczywiście dla przetrwania ludzkiego gatunku dzieci są wręcz niezbędne, co więcej, są one wielką szansą dla świata i darem dla nas, ale…

…niekoniecznie muszą być naszym przedłużeniem?
Dziecko to osobny twór. Indywidualna osoba. Oczywiście może być tak, że trafi się ród, w którym jest wielu malarzy, inżynierów czy chemiczek, które przekazują sobie talenty z pokolenia na pokolenie, i wtedy rzeczywiście widać jakiś ciąg, sztafetę. Ale znam też przykłady umęczania dzieci przez zmuszanie ich do przejęcia schedy porodzicielskiej.

Obserwuję wiele kobiet, które dostają jakiegoś fioła, gdy się okazuje, że może nie będą mogły mieć własnych dzieci. I staraniom o to, by jednak się udało, podporządkowują wszystko, czyli właściwie popadają w obsesję. Kiedy szczęśliwie zajdą w ciążę, obsesja rozrodczości się kończy, a zaczyna obsesja dbania o dziecko. Jest tak wychuchane, tak wyczekiwane i tak ważne – że staje się największym osiągnięciem kobiety. Zaczyna się nadopiekuńczość. Bo ktoś, kto ma obsesję, ma tendencję do niebycia rodzicem zdroworozsądkowym i ciepłym. Nie chcę nikogo obrażać, chodzi mi jedynie o to, byśmy zdali sobie sprawę z tego, że jeśli do czegoś będziemy przykładać nadmierną wagę, to nam się cała osobowość chybnie w tę stronę i rzeczy przestaną mieć właściwe proporcje. No ale tak się dzieje, kiedy para spłodzi dziecko, urodzi i je ma. Gdy się nie udaje – bardzo często związki się rozpadają. Ponieważ przymus zrobienia dziecka góruje nad wszystkim – koniec z przyjemnością z seksu, koniec z dowolnością i spontanicznością. „Tego nie jedz, bo zaszkodzi na plemniki, teraz wyjdź z zebrania, bo owuluję”. Po czym znowu nic. Mężczyznom bardzo szybko przestaje się chcieć, o wiele częściej niż kobietom, a do tego każdy facet przestaje pożądać partnerki, która nie jest nastawiona na niego i bycie razem, tylko na zapłodnienie.

Częste są też świadectwa takich historii – znamy je z książek, filmów, ale i medycznej praktyki –  że para stara się miesiącami lub latami, bezskutecznie, a kiedy odpuści, da za wygraną – nagle staje się cud...
Jedynym dobrym podejściem jest odpuszczenie. Oczywiście nie chcę powiedzieć, że gdy odpuścimy, to na pewno zajdziemy w ciążę, bo takiej gwarancji nie ma. Chciałabym tylko, by ludzie otworzyli się na to, że dzieci można też adoptować, można stworzyć rodzinny dom dziecka, to nie zawsze musi być dziecko z naszej krwi. Nie wiem, czemu tak wielu ludzi uważa, że tylko moje dziecko jest wartościowe. Zwróćmy uwagę na to, że przekonanie o wyższości własnej krwi jest dominujące jedynie w dość prymitywnych kulturach. Ja myślę tak, jak myślą nie tylko humaniści, ale ludzie mądrzy i doświadczeni − że wszystkie dzieci są nasze.

A czym byś wytłumaczyła fakt, że dopiero kiedy kobieta odpuszcza, udaje jej się zajść w ciążę?
Ludzki organizm pokazuje to, co przejawia się w bardzo wielu sferach życia, że jeżeli traktujesz coś spokojnie, z dystansem, który jest życzliwy, czyli bez czarnych myśli, bez straszenia się i bez histerii – to wszystko samo się układa. I tak się układa, jak ma się ułożyć. Przecież nie wszyscy będą mieć dzieci. Cóż, takie jest życie. Na siłę nic nie wskóramy. Złoty środek zawsze jest najlepszym rozwiązaniem. Czyli: będę szczęśliwa, jeśli urodzę dziecko, ale jeśli nie, i tak będę wiodła dobre, ciekawe życie, którego ważną częścią może być to, że stanę się potrzebna innym dzieciom.

Znam też takie przypadki, że czasem para nie może mieć dzieci, rozstaje się z tego lub z innego powodu, a potem każde ma dziecko z kimś innym, mimo że oboje byli niepłodni. Tak jakby, mimo deklaracji, podświadomie nie chcieli mieć dziecka akurat z tą osobą.
Można jeszcze powiedzieć, że dusza ludzka wybrała, że do tych rodziców przyjdzie, a do tych nie. To oczywiście wersja new age, najbliższa teorii reinkarnacji, czyli wiary hinduistycznej, która mówi, że dusza wybiera bramę, przez którą wejdzie, i taki dom, w którym będzie mogła rozwiązywać problemy nierozwiązane w przeszłym życiu.

Dla wielu kobiet niemożność urodzenia dziecka jest jednak ciosem prosto w ich kobiecość.
Wiem, i to jest przykre. Tak samo jak cudowne jest to, że macierzyństwo nierozerwalnie wiąże się z kobiecością, że to była zawsze nasza „specjalność” i nie dało się nas w tym zastąpić. Z jednej strony wielki stąd nasz triumf i chwała, z drugiej – wielki ciężar i rola obarczona wieloma oczekiwaniami społecznymi. Kobiecość to nie jest tylko rodzenie dzieci, ich wychowywanie i kochanie, ale przede wszystkim bycie człowiekiem. Czasem patrzę z żalem lub ze współczuciem na to, jak kobiety rozpaczają: „Jakie będzie moje życie bez dziecka?“. No jakie? Takie samo, jak teraz. Skoro ci się nie podoba, jak jest, to znaczy, że twoje życie jest puste, że ty jesteś pusta. A skoro sama jesteś pusta, to co dasz temu dziecku?

„Miłość. Całą miłość, jaką w sobie mam”.
Ale to wtedy nie będzie miłość, tylko uzależnienie. Bo to jest głód.

Mówimy tu już o skrajnej postawie, o obsesji na punkcie posiadania dziecka, ale wróćmy jeszcze do momentu, kiedy starasz się o dziecko, robisz więc badania, i nagle dowiadujesz się, że nie możesz mieć dzieci. Jakby coś zostało ci zabrane…
Są różne typy kobiet. Na przykład takie, które od dziecka chcą mieć potomstwo, lubią swoje młodsze rodzeństwo, opiekują się nim chętnie –  w przeciwieństwie do tych, które są do tego zmuszane – bawią się lalkami w dom, szyją im ubranka, zaglądają w każdy wózek i marzą, żeby i im się takie szczęście przytrafiło. Dla takiej kobiety informacja o tym, że jest bezpłodna, jest jak cios. Oczywiście, że bardzo cierpi i jest jej smutno. Ale taka fajna dziewczyna może być przecież przedszkolanką albo zastępczą mamą.

Niedawno w telewizji śniadaniowej widziałam parę, która przeżyła tragedię utraty dziecka tuż po porodzie. Kiedy byli jeszcze w rozpaczy, dowiedzieli się, że tego samego dnia w tym samym szpitalu przyszło na świat dziecko z zespołem Downa, które matka porzuciła. Postanowili je zaadoptować.
A to są takie wspaniałe dzieci! Cudowna historia. Tylko brać z nich przykład.

Ale żeby to zrobić, trzeba wyjść poza swój ból.
Właśnie. Trzeba wyjść z tego zaklętego kręgu egotyzmu. Nie egoizmu, który jest nam wszystkim potrzebny, tylko egotyzmu, czyli takiej postawy, że ja nie widzę, że inni ludzie to są tak samo ważne jednostki jak ja i że ich świat jest dla nich tak samo ważny jak mój świat dla mnie. Nie musisz od razu adoptować dzieci. Możesz prowadzić zajęcia dla nich, zostać wolontariuszką w fundacji, która je wspiera. Jest w co ręce włożyć, tylko trzeba przekroczyć swoje ego i, jak mówisz, swój ból.

Pamiętam, jakie wrażenie zrobiła na mnie bohaterka filmu „Lion. Droga do domu”, grana przez Nicole Kidman, a wzorowana na prawdziwej postaci, która świadomie zrezygnowała z posiadania własnych dzieci na rzecz adopcji tych osieroconych. Uważała, że świat jest wystarczająco przeludniony, by powoływać na niego kolejne istoty, lepiej zająć się tymi, które już są.
Szanuję i podziwiam taką postawę. Myślę, że gdyby była powszechniejsza, świat inaczej by wyglądał. Moje, moje, moje – to wieczne moje. Jakaś plaga „moizmu” nas ogarnęła. Albo to słynne: „Nie bij chłopca, bo się zgrzejesz”. Nie ma w tym refleksji, opamiętania, dystansu, dorosłości. Oczywiście rozumiem wyjątkowość sytuacji, że to dziecko wyjęto z mojego brzucha, że nosiłam je dziewięć miesięcy pod sercem i czułam bicie jego serca; piękne są przekazy o tym, że dziecko oddycha razem z matką, a kiedy po porodzie kładzie się noworodka na brzuchu matki, to wtedy on się uspokaja – to wszystko bardzo do mnie przemawia. Marzy mi się, by ludzie mieli dzieci, bo tego pragną, a nie dlatego, że to się robi. Też uważam, że jesteśmy przeludnieni. Ktoś z moich znajomych skontrował kiedyś: „Ale Europa się wyludnia, bo mamy za mały przyrost naturalny”. No to co? Będzie trochę mniej Europejczyków. Zajmujmy się najpierw z szacunkiem tymi, których mamy. To, że dzieci przychodzą na świat, bo są oczekiwane, jest wspaniałe dla reszty ich życia i dla świata, ale jeśli są uważane za pomazańców bożych, to jest to dla nich, ale i dla świata, bardzo szkodliwe.

Jednym z wymiarów tego, że nie mogę mieć dzieci, jest to, że jest już za późno.
Ten zegar tykający bardzo straszy dziewczyny. Często słyszę takie słowa: „Ja właściwie nie wiem, czy chcę mieć dzieci, ale zegar biologiczny tyka. Kiedy się za 10 lat obudzę, to będę żałować, że nie urodziłam dziecka, bo nie miałam z kim albo nie było na to dobrego czasu”. No ale to dla kogo masz mieć to dziecko? Dla siebie czy dla świata? „Bo ja jestem sama. A jeśli mam dziecko, to nie jestem sama”. Na szczęście jak takie dziecko skończy 18 lat, to będzie mogło wreszcie odejść od mamy, która uważa je prawie za swoją własność.

A sądzisz, że zmienił się dziś stosunek społeczeństwa do kobiet lub par bezdzietnych?
Zdecydowanie tak. Oprócz takich zatwardziałych jednostek, które uważają, że jest jedyne dobre podejście na świecie, czyli zero seksu przed ślubem, a potem szybko spłodzić ileś dzieci i pilnować, żeby z nikim się przed ślubem nie puszczały – to jest taka wielość różnych opcji związków, w jakich można być, że zrobiliśmy się bardziej otwarci na różnorodność. Nawet ci konserwatywni muszą uznać, że nie od ich podejścia zależy, co ludzie będą robili ze swoim życiem.

Ale jednak nie wierzą tym, którzy mówią, że bez dzieci są szczęśliwi.
Misiu, chude też mówiły, że mi nie wierzą, że jestem gruba i szczęśliwa. Jeżeli ktoś przez całe życie ukrywa się ze swoim lękiem i jest ściśnięty w środku jak kopytko, to kiedy widzi kogoś, kto chodzi i się cieszy, to po pierwsze trafia go szlag, a po drugie nie wierzy. Bo on tego nie zna. Poza tym, jaka jest ogromna swoboda, gdy nie ma się dzieci.

Coraz częściej się mówi i pisze o tym, że posiadanie dzieci nie zawsze gwarantuje spełnienie i szczęście.
Jedno ci gwarantuje: że będziesz zawsze ponosiła odpowiedzialność za dziecko, dopóki ono nie dorośnie. Ale jeśli nie umie się wziąć odpowiedzialności za siebie, to odpowiedzialność za dziecko jest strasznym ciężarem. Bo tak w ogóle poczucie odpowiedzialności za siebie jest wspaniałe. To fantastyczny stan. Szalenie go sobie cenię. Odkąd poczułam, że jestem naprawdę za siebie odpowiedzialna, ileś kamieni spadło mi z barków. Za to nigdy nie chciałam mieć dzieci – najpierw, tak jak mówiłam, dlatego, że nie chciałam zrobić dziecku tego, co zrobiła mi moja mama, a potem poczułam, że jest mi bardzo dobrze w takim życiu. I proszę bardzo, można mnie wyklinać od egoistek, ale ja spłaciłam dług macierzyństwa, i to jak!

Choć jesteś bezdzietna, to jesteś matką.
Ja jestem nawet wszechmatką (śmiech). Mam na myśli wszystkie dziewczyny i chłopców, wobec których byłam odpowiedzialna, wielu pomogłam metaforycznie urodzić się na nowo. Niektóre dziewczyny pytają mnie nadal: Czy możesz przez jakiś czas być moją mamusią? Odpowiadam im zawsze, że będzie to dla mnie wielki zaszczyt i przyjemność. Chwalę je za to, co robią i jak się zmieniają, one to przyjmują, cieszą się z tego i coraz bardziej się oduzależniają ode mnie. A potem na przykład dostaję kartki lub listy z podziękowaniami – za to, że są teraz kimś, kim zawsze chciały być. Czuję wtedy dumę matki.

A czy uważasz, że to, czy mamy dziecko, czy nie, kiedy je będziemy mieć, z kim i ile dzieci – to nasza prywatna sprawa i innym nic do tego? A i my nie powinniśmy wchodzić z butami w życie innych?
Przede wszystkim powinniśmy dawać innym i sobie prawo do prywatności. Z drugiej strony czasem matki mają rację, kiedy mówią córkom: „Nie z tym facetem”, tylko one to źle robią, bo im zabraniają, a to zawsze działa na odwrót.

Czyli jaki najlepiej mieć stosunek do posiadania dzieci?
Otwarty. I warto wiedzieć, czy chcemy je mieć. Jeżeli nie chcemy – nie miejmy sobie za złe i nie uważajmy, że przez to nie jesteśmy kobiece. Tak samo jak nie przestaję być kobieca, gdy mam menopauzę, jestem dziewicą czy lesbijką. Jest ileś rodzajów kobiecości, tak jak jest ileś rodzajów męskości i ileś rodzajów androgyne. Wykorzystujmy to, co dostajemy od natury, a nie wiecznie to przerabiajmy. Fajnie, że medycyna ratuje życie, tylko że przez to ludzie są coraz słabsi, choć coraz dłużej żyją.

Dużo par narzeka na to, że ciągle są indagowane: A kiedy dzieci? Macie już dom, pracę, na co czekacie? Mówią, że nie wiedzą, co odpowiadać.
Trzeba odpowiadać bardzo złośliwie. To jedna z rzeczy, których też uczę: jeśli ktoś ci dokucza, jest wobec ciebie inwazyjny – oddaj tak, żeby mu się odechciało. Jeżeli ciocia ci mówi: „No a kiedy dziecko?“. „Wtedy, ciociu, kiedy zmądrzejesz. I przestaniesz się zachowywać wobec mnie nieładnie”. I już. Zostaw ją z tym. Ale ciocia się obrazi. Właśnie ma się obrazić. I odczepić. Grzeczne dziewczynki tak nie powiedzą, dlatego cierpią. A ciocie się panoszą. Wujkowie zresztą też.

Moje koleżanki mówią czasem, że są zapraszane na przyjęcia dla rodziców z dziećmi i źle się tam czują, bo są jedyne bez dziecka.
Ale skoro ktoś je tam zaprosił, to znaczy, że je tam chciał. Więc niech się bawią i dobrze czują. Niech powiedzą: „Jakie macie fantastyczne dzieci, jakimi jesteście wspaniałymi matkami! Jak dobrze, że to za mnie robicie”.

Poza tym jakimi fajnymi ciociami mogą dla tych dzieci być.
Dzieci mają ogromne pragnienie fajnych cioć. Mało tego, są często przez takie ciocie ratowane. Sama byłam, więc wiem, co mówię.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

W czym tkwi źródło naszych codziennych frustracji?

Pośpiech to główna przyczyna coraz częstszych problemów związanych z samopoczuciem.(Fot. iStock)
Pośpiech to główna przyczyna coraz częstszych problemów związanych z samopoczuciem.(Fot. iStock)
Co jest źródłem naszego codziennego stresu oraz co do tego mają pośpiech i poczucie humoru – mówi psycholog dr Anna Braniecka.

Podobno Polki są coraz bardziej wkurzone.
Rzeczywiście, mówi się ostatnio o coraz większej nerwowości kobiet, szczególnie młodych i z dużych miast. To znamienne, bo świadczy o sporych zmianach w społeczeństwie. Kobiety przez wiele stuleci pełniły role pokornych towarzyszek życia, stale zadowolonych strażniczek domowego ogniska. To było niewyobrażalne, żeby mogły wyrazić swoją negację. Podejmowane przez nie próby demonstrowania frustracji czy niezadowolenia były przez społeczeństwo karane, więc się nie opłacały.

Teraz to wszystko się odwróciło. Dlaczego? Po pierwsze, wreszcie „wolno” nam nie mieć dobrego humoru, sprzeciwiać się zastanemu porządkowi. Po drugie, mamy ku temu więcej powodów. Współczesna kobieta spotyka się z rozlicznymi oczekiwaniami społecznymi. Ma być atrakcyjna, opiekuńcza, a jednocześnie skuteczna w tym, co robi. Rozwijać się zawodowo, uczyć się języków obcych, robić szkolenia, być aktywna towarzysko, a jednocześnie spędzać czas z dzieckiem i mężem. Te wszystkie zadania są bardzo trudne do pogodzenia, a niekiedy stoją w stosunku do siebie w sprzeczności. Co gorsza, kobiety często uwewnętrzniają je, czyli traktują jako własne, i wpadają w pułapkę spełniania cudzych oczekiwań. Stąd rodzą się napięcie i frustracja. Na przestrzeni krótkiego okresu nie jest to szkodliwe, ale jeśli trwa zbyt długo, powoduje wyczerpanie psychiczne i fizyczne, które manifestuje się rozdrażnieniem, nerwowością, tym ciągłym wkurzeniem.

I wtedy drobna rzecz może doprowadzić do stanu wrzenia…
Tak, bo staje się iskrą zapalną, za sprawą której dochodzi do wybuchu tłumionego – czasem miesiącami czy latami – gniewu. Ta impulsywna reakcja nie wynika z danego bodźca, czyli np. z tego, że ktoś zostawił brudny kubek, że zakupy są niezrobione, tylko jest efektem skumulowania wcześniejszych stresów.

Ewolucyjnie jesteśmy przystosowani do intensywnych reakcji autonomicznego układu nerwowego, wyrażających się w komunikacie: „walcz albo uciekaj”, które powodują mobilizację całego organizmu. Tyle tylko, że w minionych tysiącleciach człowiek musiał mobilizować się bardzo rzadko, może raz na tydzień, raz na miesiąc – w obliczu bezpośredniego zagrożenia życia. Teraz uruchamiamy tę atawistyczną reakcję zbyt często, nawet kilka razy dziennie. Kiedy spóźniamy się do pracy, kiedy kolejka w sklepie jest za długa, kiedy z kimś wchodzimy w konfrontację… A nasz organizm nie jest do tego przystosowany. Dlatego po kilku dniach czy miesiącach takiego pobudzania jesteśmy bardziej podminowani.

Można powiedzieć, że frustracja czy złość to sygnał, że robię coś, co nie jest w zgodzie ze mną?
Tak, i zachęcam wtedy do obserwacji swojego ciała i uczuć. Emocje mają swoje funkcje, także informacyjne. Jeśli ciągle jestem podenerwowana, powinnam spytać siebie, co mnie tak uwiera, że nie mogę się uspokoić.

Autor książki „Pochwała powolności” Carl Honoré pisze, że wszystkiemu winien pośpiech dzisiejszych czasów.
Zgadzam się z nim. Pośpiech to główna przyczyna coraz częstszych problemów związanych z samopoczuciem. Wiecznie za czymś goniąc, przeceniamy wagę pilności niektórych spraw, bagatelizując te najważniejsze. Organizując swój czas, trzeba zawsze pamiętać o tym, by wybierać do realizacji najpierw rzeczy ważne (jak kontakt z dzieckiem, spotkania z bliskimi ludźmi, odpoczynek czy realizowanie istotnych, długoterminowych celów), a potem rzeczy pilne (sprzątanie, zakupy, praca „na wczoraj”). Nieumiejętność ustalania priorytetów to ważny problem dzisiejszych czasów, tym bardziej że często idzie za tym trudność z podejmowaniem decyzji.

A codziennie mamy ich do podjęcia kilka, o ile nie kilkanaście.
Właśnie. Kiedyś człowiek żył w małych społecznościach, od urodzenia wiedział, jak będzie wyglądało jego życie, jakie role ma do wypełnienia, i był spokojny. Teraz mamy większą wolność, mnóstwo możliwości, ale nie bardzo wiemy, jak z nich skorzystać. Mądrość dawnych pokoleń kształtowała się przez stulecia, dlatego ludzie czuli się bezpieczniej, wypełniając przekazywane im skrypty. Oczywiście, lepiej mieć możliwość wyboru i decydowania o sobie, ale dzisiejsze pokolenia płacą za to określoną cenę – obciążenia decyzjami. Nic dziwnego, że niektórzy postanawiają z niczego nie rezygnować, nie wybierać i mieć wszystko. Ale to jest niemożliwe i też rodzi frustrację.

No dobrze, z jednej strony słyszymy, żeby wyrażać siebie, nawet w gniewie, nie tłumić złych emocji, z drugiej strony kosztuje nas to wiele nerwów.
Wyrażając złość, wyrzucamy ją z siebie, ale też w pewien sposób pielęgnujemy. Przeżywając wiele negatywnych emocji, wprowadzamy siebie w negatywny stan, zapominając o pozytywności. A według Barbary Fredrickson, jednej z czołowych przedstawicielek psychologii pozytywnej, by człowiek rozkwitał życiowo, powinien doświadczać pewnej proporcji emocji pozytywnych do negatywnych. Według niej ta proporcja wynosi 3:1, czyli żeby czuć się dobrze, powinniśmy na jedną emocję negatywną przeżywać trzy pozytywne, co nie jest wcale takie proste. Okazuje się, że tylko 25 proc. ludzi tak potrafi. Negatywność stale wkrada się do naszego życia, jest bardziej zauważalna. Pozytywność jest subtelniejsza, czasem niedostrzegalna. Łatwo ją zepchnąć, pominąć i skupić się na negatywności. Ale doświadczając za często negatywności, utrudniamy sobie doświadczanie szczęścia i spokoju.

Psycholog Wayne W. Dyer twierdzi, że antidotum na gniew jest wyeliminowanie myśli „Gdybyś tylko był bardziej taki jak ja”.
Rzeczywiście, osoby spokojne, odporne na złość, mają zdolność do decentracji, czyli potrafią sobie wyobrazić położenie drugiej osoby i przyjąć, że jej nastawienie, jej rozumienie danej sprawy może być zupełnie inne niż ich. Z kolei ludzie, którzy mają skłonność do złości, skupiają się na swoim punkcie widzenia i reagują wzburzeniem, kiedy inni zachowują się inaczej niż oni. Umiejętność radzenia sobie ze złością, ale też z rozczarowaniem, to w dużym stopniu umiejętność przyjęcia perspektywy drugiej osoby i jej uszanowania.

Dyer wspomina też o poczuciu humoru…
Tak, humor jest jak najbardziej wskazany, zwłaszcza taki, który polega na dystansowaniu się do swojego „ja”, czyli na umiejętności śmiania się z samych siebie. Jednak kiedy już wejdziemy w stan silnego podenerwowania, trudno nam dostrzec komizm sytuacji. Dlatego poczucie humoru warto stosować prewencyjnie, posługiwać się nim często, wręcz nawykowo, aby zyskać zdrowy dystans do trudnych, stresujących zdarzeń.

Obecnie coraz bardziej popularne są rodzaje oddziaływań bazujące na dalekowschodnich systemach filozoficzno-religijnych. Na przykład stosowanie różnych interwencji opartych na uważności umysłu, czyli Mindfulness. To bardzo dobry sposób wyciszania się, uspokajania, zwiększania świadomości i akceptacji swoich przeżyć. Jest on w dużym stopniu oparty na regularnych praktykach medytacyjnych. Problemem współczesnego człowieka jest bowiem funkcjonowanie w trybie działania, czyli ciągłego redukowania niespójności pomiędzy tym, jak jest, a jak chcemy, żeby było, czyli między stanem realnym a stanem pożądanym czy oczekiwanym. Myślimy: „Dlaczego nie jest tak, jakbym chciała?”, „Co zrobić, żeby było inaczej?”. Praktyka uważności mówi o tym, żeby zrezygnować z trybu działania i przerzucić się na tryb bycia. Czyli być obecnym w rzeczywistości – nie rozważać, czy nam się podoba czy nie, po prostu przeżywać ją taką, jaka jest. Badania pokazują, że nauczenie się takiego funkcjonowania, opartego na dostrzeganiu każdej chwili, bez ciągłego oceniania i wybiegania myślami w przyszłość, może przynieść ogromne korzyści dla naszego zdrowia psychicznego.

  1. Psychologia

Droga kobiety do odkrycia własnej mocy – od zachwytu męską siłą do zejścia w głąb kobiecości

Ból wielu pokoleń kobiet nosi w sobie każda z nas. Każda musi przeżyć go po swojemu i odkryć swoją moc – kobiety zrodzonej z kobiety. (Fot. iStock)
Ból wielu pokoleń kobiet nosi w sobie każda z nas. Każda musi przeżyć go po swojemu i odkryć swoją moc – kobiety zrodzonej z kobiety. (Fot. iStock)
Droga kobiety do odkrycia własnej mocy wiedzie od zachwytu męską siłą, poprzez pustkę biorącą się z tęsknoty za utuleniem w pełnych miłości opiekuńczych ramionach, aż do zejścia w głąb kobiecości. I tę drogę każda z nas musi przejść sama, kierowana wskazówkami serca i duszy – przekonuje psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz.

Byłam typową córeczką tatusia, jego najstarszym synem – jak lubił o mnie mówić. Młodszy brat nie miał ze mną szans, musiał zostać po stronie matki. Pod jej opiekuńczymi skrzydłami, przez lata rozwijał swoją wrażliwość, delikatność, energię twórczą. W tym czasie ja trenowałam wyczynowo sport, dostałam się na oblegany wydział i zaczęłam szybko robić karierę, a ojciec każdego dnia tłumaczył, że „dam radę, bo jeśli nie ja, to kto” – wiele silnych, niezależnych kobiet mogłoby opowiedzieć tę historię jako swoją. Małe dziewczynki, które porzuciły słabe, zależne od mężów matki i przeszły na stronę silnych ojców. Zamieniły odkrywanie i pielęgnowanie kobiecej mocy na zdobywanie i podtrzymywanie męskiej siły, co z założenia jest niemożliwe.

Podróż zaczyna się od konfliktu

W dzisiejszych czasach ciężko jest nam zrezygnować z roli córki ojca – kobiety osiągającej sukcesy – tłumaczy Maureen Murdock, autorka książki „Podróż Bohaterki”. Książka ta to historia kobiecej podróży rozpoczynającej się porzuceniem matki, bo „jest słaba i żałosna, a ojciec jest silny”, dalej mamy wędrówkę w poszukiwaniu męskiej siły, odczucie pustki na szczycie, zejście do podziemi kobiecości i wreszcie integrację tego, co kobiece i męskie w każdej z nas. A to staje się możliwe, kiedy ponownie odkryjemy siebie jako córki matki.

„Pęka nam serce, kiedy uświadamiamy sobie głęboką ambiwalencję, jaką naznaczona jest nasza relacja z matką. Nie możemy nic poradzić na to, że równocześnie kochamy ją i mamy do niej żal” – pisze Murdock. To smutna historia, która ciągnie się od pokoleń; losy kobiet próbujących łączyć kobiecą wrażliwość z męską siłą, pęd do wolności i niezależności z potrzebą opiekowania się, instynkt macierzyński z karierą zawodową… Czy da się to pogodzić?

Odczucie wewnętrznej pustki

Rola matki jest najbardziej trwała ze wszystkich ról, właściwie jest nieodwoływalna – przekonuje Joanna Stopyra-Fiedorowicz, autorka książki „La Mamma”. Od początku swojego własnego macierzyństwa próbowała zerwać ze stereotypami, że matka – nawet jeśli jest umęczona i nieumalowana – powinna być nieustająco w dobrym humorze oraz bez przerwy dostępna dla dziecka. Nic dziwnego, że małe dziewczynki z ciekawością zerkają w stronę tatusia, gdy elegancko ubrany wychodzi rano do pracy, w której robi mnóstwo bardzo ważnych rzeczy, podczas gdy mama… wiadomo. Autorka ,,La Mammy” podjęła własny wybór: „Po prostu chciałam być mamą, która się rozwija i realizuje, mamą, która zarabia; mamą, która wraca do formy; mamą, która jest zadbana. To były moje decyzje, które miały swoje konsekwencje i swoją cenę”. To prawda, cena za godzenie ról zawsze jest wysoka. Połączenie roli matki i pracownika to odwieczny konflikt tych kobiet, które decydują się na macierzyństwo i karierę.

Czas narodzin dziecka jest często również czasem powrotu do własnej matki. „Razem z macierzyństwem dostajesz dostęp do tej części macierzyństwa twojej mamy, do której wcześniej nie miałaś” – pisze Stopyra-Fiedorowicz. To prawda. Nawet jeśli nie mamy dzieci, przez lata, ciągle na nowo próbujemy znaleźć dostęp do matki – kobiety, która przez dziewięć miesięcy nosiła nas pod sercem. Tej pierwotnej więzi nie da się zerwać, choć można ją boleśnie nadszarpnąć. To w relacji z matką jest klucz do naszej kobiecej mocy.

„Kocham swoją pracę i kocham swoją rodzinę, ale chciałabym, żeby ktoś się mną zajął” – czytamy w „Podróży Bohaterki”. Córeczka tatusia w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że potrzebuje kogoś kochającego i opiekuńczego, kto wysłuchałby zmartwień, wymasował obolałe stopy, docenił sukcesy i zmniejszył ból porażek. Jednym słowem, tęskni za wewnętrzną opiekuńczą matką, którą kiedyś porzuciła. Zdaniem Murdock, oddzielenie od osobowej matki jest dla córki szczególnie intensywnym procesem, ponieważ musi postawić granicę między sobą a tą, która jest taka sama jak ona.

Wiele z nas pragnie żyć swobodniej i bardziej niezależnie niż nasze matki, ale czujemy, że wybranie takiego życia jest przeciwko miłości pomiędzy nami i matką. Ciężar tego konfliktu domaga się znalezienia winnego i… wybór najczęściej pada na matkę. Obwinienie i przez to kolejne jej porzucenie to zdrada nie tylko kobiety, która dała nam życie, ale także samej siebie. Konsekwencją tego aktu jest odczucie pustki, którą Murdock opisuje jako zgaśnięcie wewnętrznego ognia: ,,Po co to wszystko? Dlaczego czuję się taka pusta? Osiągnęłam każdy cel, który sobie wyznaczyłam, a jednak czegoś wciąż mi brakuje. Z jakiegoś powodu czuję, że się sprzedałam, że się zdradziłam, że porzuciłam jakąś część siebie samej, której nie umiem nawet nazwać”.

Odczucie pustki to jeden z początkowych etapów podróży bohaterki, ale bardzo znaczący. W dzisiejszych czasach wiele z nas, po zachłyśnięciu się realizacją zawodową, zgodnie ze scenariuszem dla córeczek tatusia, zaczyna odczuwać tęsknotę za czymś bliżej nieokreślonym i pustkę – ssąco-gniotący ból, który umiejscawia się w różnych częściach ciała.

Wszystko będzie dobrze

Kiedy dopuścisz do siebie tę tęsknotę, poczujesz i przeżyjesz ból pustki, z pokorą przyjmiesz słabość i swoją bezsilność – pewnego dnia, gdzieś w głębi serca usłyszysz głos: „Wszystko będzie dobrze”. Te magiczne słowa brzmią autentycznie jedynie w ustach kobiety. Tęsknimy za nimi wszyscy bez wyjątku, także silni mężczyźni. Kiedy podczas sesji zdarza mi się poczuć, że to właśnie chwila na te słowa, a pacjent dopytuje: „Obiecujesz?”, wiem, że bez względu na płeć, jest to ważny moment konfrontacji z własną słabością, a jednocześnie moment przyznania się do potrzeby dostania opieki – którą może dać tylko matka.

Zdaniem Murdock dla kobiety tak zaczyna się etap podróży: schodzenie w głębiny po to, by odzyskać te części samej siebie, które odszczepiły się w momencie odrzucenia matki i ,,roztrzaskania lustra kobiecości”. Aby odbyć tę podróż, musisz, jak pisze Murdock, być może po raz pierwszy w życiu, odłożyć na bok swoją fascynację intelektem oraz grami umysłu kulturowego i zapoznać się ze swoim ciałem, swoimi emocjami, swoją seksualnością, swoimi obrazami, swoimi wartościami oraz swoim umysłem. To jest święta podróż. Kobieca pustka może być uzdrowiona przez wewnętrzne połączenie, integrację wszystkich swoich części, „złożenie na powrót ciała matki-córki”, czyli uleczenie wewnętrznego rozłamu pomiędzy tobą samą a twoją kobiecą naturą.

Najważniejszy moment jest wtedy, kiedy całą sobą poczujesz, że to nie matka jest źródłem twojej pustki, to nie z jej powodu przeszłaś na stronę ojca, nie w niej powinnaś szukać winy. Twoja matka dała ci wszystko, co miała, była najlepszą matką dla ciebie.

Twoja matka być może również przeszła swój proces walki o męską siłę kosztem kobiecej mocy. Prawdopodobnie również doświadczyła swoich tęsknot, poznała ból pustki, a na dodatek czuła, że ty – jej córka jesteś skazana na podobną drogę. „W dniu, w którym moja mama została babcią, w jej ciele dopełniło się kontinuum pokoleniowe. W jej ciele mieszkają córka, matka i babcia (…). Stając się matką młodej matki, konfrontujemy się z tym, czego nie dałyśmy naszym córkom” – pisze Joanna Stopyra-Fiedorowicz. Ten ból wielu pokoleń kobiet nosi w sobie każda z nas. Każda musi przeżyć go po swojemu i odkryć swoją moc – kobiety zrodzonej z kobiety.

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

Zapraszamy do dzielenia się swoimi opowieściami o budzeniu mocy. Czekamy na listy od kobiet, które odkryły swoje własne metody pracy z mocą, również te, które pracują w tym temacie z innymi kobietami. Piszcie na adres sens@grupazwierciadlo.pl.