1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Usłysz mnie. Co zrobić, żeby konflikt nie niszczył?

Usłysz mnie. Co zrobić, żeby konflikt nie niszczył?

Jeśli przynajmniej jedna osoba w konflikcie zacznie słuchać, pojawia się szansa na rozwiązanie. (Ilustracja Przemysław Trust Truszczyński)
Jeśli przynajmniej jedna osoba w konflikcie zacznie słuchać, pojawia się szansa na rozwiązanie. (Ilustracja Przemysław Trust Truszczyński)
Mówi się, że to czas leczy rany. Rany leczy dialog, uważne słuchanie. Ludzie nie radzą sobie z konfliktami dlatego, że nie umieją dialogować i nie potrafią słuchać – mówi trenerka i terapeutka Zofia.

Boimy się, że konflikty w bliskich relacjach oznaczają początek końca relacji. Słusznie?
Nie. Konflikty są nie tylko nieuniknione, ale potrzebne. Gorsza jest obojętność, milczenie. Konflikt to dowód, że chcemy relacji żywej, autentycznej, a nie udawanej i pełnej przymusu, czyli takiej, że ja – w imię świętego spokoju – zrobię to, co ty chcesz, i odwrotnie.

Czyli konflikt oznacza, że nasza relacja nie umiera.
Ona się rozwija, wzmacnia, a my w niej też wzrastamy. Chcemy być szczęśliwi z kimś, a jednocześnie chcemy pozostać sobą, nie stłamszeni, zlani i pomieszani z tą osobą. Konflikt pomaga nam się wyodrębnić, zobaczyć siebie samych i podjąć wspólnie wyzwanie, jakim jest bycie razem.

Co jest wtedy najważniejsze?
Dialog. O tym, co się nie podoba, co jest dla kogoś trudne i co chce zmienić, o niezaspokojonych potrzebach. W książce „Dialog zamiast kar” zdefiniowałam dialog jako rozmowę o rozmawiających. Dialog nas odróżnia, jest nas dwoje: ten, kto mówi, i ten, kto słucha, autor i słuchacz, i każdy mówi o sobie. A zarazem dialog nas łączy, bo dowiadujemy się czegoś ważnego o sobie nawzajem, czego chcemy, co nam się podoba, a co nie. Jakie są są nasze granice. W bliskich relacjach te granice się stykają, a potrzeby są nieustannie w ruchu, raz zaspokajane, a innym razem nie. Raz u mnie, raz u ciebie. Jak w tańcu. W konflikcie dialog jest jak wołanie: „Usłysz mnie, zależy mi na tobie i naszej relacji, więc mówię ci, co mi się nie podoba i gdzie chcę zmiany!”. Kiedy ktoś coś mówi, nawet oskarżając innych, nadal mówi o sobie.

Taki obrazek: on krzyczy na nią, że czegoś nie zrobiła. Co to da, że ona wie, że ten krzyk jest o nim?
Da to, że ona nie weźmie tego „do siebie”. Już ta świadomość chroni ją i pozwala jej usłyszeć jego niezaspokojone potrzeby oraz przyjąć postawę: Oddzielam się od oskarżeń, nie mieszam się z nimi. Mogę wybrać, czy będę nadal słuchać, czy też wolę ochronić siebie, na przykład wychodząc i mówiąc, że nie chcę tego słuchać teraz, zwłaszcza wypowiadanego tym tonem i w takim stylu.

Łatwo powiedzieć. Jak się nie odwinąć krzykiem, gdy słyszysz: wariatka!?
Kiedy ktoś tak do mnie mówi, prawdopodobnie jego ból w relacji ze mną jest wielki, a zarazem on nie wie, jak inaczej o tym mówić, niż „uderzając” mnie słowami. To nadal jest o nim, o jego cierpieniu i niemocy w komunikowaniu siebie. Prawdopodobnie także o tym, że dotąd i ja nie potrafiłam tego cierpienia usłyszeć.  Wypowiadamy czasem mocne, raniące słowa. I zamiast sobie pomagać, niszczymy siebie i swoje związki.

Co zrobić, żeby konflikt nie niszczył?
Nauczyć się dialogu, który zaczyna się od słuchania tego, co ktoś chce mi powiedzieć. Kiedy mnie oskarża i krytykuje, a ja pamiętam, że – bez względu na to, jakich słów używa – mówi o swojej frustracji, to po prostu go słucham i nie oceniam. A on czuje się wtedy widziany, ważny. Dynamika i struktura dialogu w konflikcie jest w istocie bardzo prosta: gdy wiem, że druga strona mówi o swoim bólu, i ja słucham jej z uwagą, to ten ból przestaje uwierać, ranić. Jeżeli się wkręcam, zaczynam się bronić, to ten ból się zwiększa.

Ludzie na ogół się bronią. To chyba naturalne?
W konflikcie mamy tendencję do szukania winowajcy, w sobie albo w drugim. Zamiast zająć się problemem, zrzucamy go – jak gorący kartofel – na czyjeś kolana. A on dalej pomiędzy nami krąży. Założenie, że druga osoba chce mi powiedzieć o sobie, pomaga mi ją wysłuchać.

To wielka sztuka, wyżyny miłosierdzia. Trudne.
Uważam, że wszyscy jesteśmy do tego zdolni. Wręcz nie możemy funkcjonować w relacji bez świadomego dialogu. Wystarczy, że przynajmniej jedna osoba w konflikcie zacznie słuchać, pojawia się szansa na rozwiązanie.

Rozwiązaniem konfliktu jest kompromis?
Nie, kompromis to zamrożenie konfliktu. Rozwiązaniem jest kontakt: ja słyszę ciebie, ty mnie i mamy taką relację, że możemy być ze sobą, trochę mniej się raniąc. W bliskich relacjach nie da się uniknąć wzajemnych zranień. Chodzi o to, żeby się o nie zatroszczyć. Bez konfrontacji, ze współczuciem i w dialogu. Załóżmy, że potrzebujesz wolności, którą daje ci auto. A macie tylko jedno. Zawieracie kompromis: ty jeździsz tego dnia, on innego. A co jeśli pilnie potrzebujesz samochodu w „jego” dniu? On mówi: „Inaczej się umawialiśmy”. Ty: „Jesteś bezduszny!”. Zaczynacie kolejny konflikt o szanowanie umów lub o to, czy twoje pilne sprawy są wystarczająco pilne dla niego. Założeniem kompromisu jest czyjeś ustępstwo, brak ustępstwa jednego, obojga albo ugoda. Założeniem dialogu jest wzajemna troska o siebie, żeby potrzeby obu stron były zaspokojone lepiej, w większej równowadze.

To powiedzmy, krok po kroku, jak to osiągnąć.
Pierwszy, prosty i najważniejszy krok w konflikcie: wziąć głęboki oddech, nie reagować szybko. Na treningach uczę też dialogu odzwierciedlającego. Ktoś (autor) mówi: „Jak mogłeś kupić chleb, a nie kupić masła?!”. Słuchacz powtarza dokładnie słowa autora: „Pytasz mnie, jak mogłem kupić chleb, a nie kupić masła”. Ćwiczenie polega na powtarzaniu, nie parafrazowaniu, bo parafrazując, zastanawiam się, jakimi słowami oddać to, co powiedział autor, a nie słucham go. W efekcie używam innych słów niż te, które wybrał. Wprowadzam więc dodatkową narrację, choć to on jest autorem, a nie ja. Uważne słuchanie i odzwierciedlanie, na które decydują się obie strony konfliktu, pomaga zobaczyć siebie wzajemnie i spowalnia dialog.

Słuchanie słuchające – o takie chodzi?
To bardzo dobre sformułowanie. Nie chodzi o interpretację albo mieszanie słuchania z mówieniem. Powtarzam często: żeby słuchać, potrzebujesz tylko uszu, nie potrzebujesz głowy i ust. Jeśli ktoś mówi: „Jesteś głupia”, moja głowa myśli: „Może faktycznie jestem głupia? Zaraz mu dam popalić!”. Ja to nazywam mieszaniem się w autorstwo kogoś innego. Żeby słuchanie miało wysoką jakość, pytam autora, czy dokładnie odzwierciedlam to, co mówi, czy o to właśnie mu chodzi. Może coś skorygować albo dodać. I słucham go tak długo, jak tego potrzebuje. Nazywam to słuchającym lustrem. Czasem takie słuchanie sprawia, że ludzie kończą swoje dialogi słowami „kocham cię”.

Po wysłuchaniu przychodzi czas na moją wypowiedź. Jak ją zacząć?
Zapytać: „Czy jesteś gotowy, żeby usłyszeć teraz mnie?”. Bo aby słuchać, musimy być na to gotowi. W konflikcie bardzo często ludzie przekrzykują się, wszyscy chcą być usłyszani, ale nikt nikogo nie słucha. Ból eskaluje i wymyka się ze struktury dialogu, gdzie obowiązuje kolejność. Ten, kto mówi, mówi, a kto słucha, słucha. Tylko wtedy cierpienie może się ujawnić i ukoić. Mówi się, że czas leczy rany. Nie, sam czas nie leczy. A jeżeli nie są uleczone, to w konflikcie się otworzą. Rany leczy dialog, uważne słuchanie. Ludzie nie radzą sobie z konfliktami dlatego, że nie umieją dialogować i nie potrafią słuchać.

A potrafią mówić?
Też nie. Bo trzeba pamiętać, żeby mówić o sobie, o swoich uczuciach i potrzebach.  Chodzi o to, żeby  się wypowiedzieć, wyrazić, co czuję, myślę, kim jestem dziś, tu i teraz i jak się mam, będąc z tobą. Czy będąc z tobą, czuję się dobrze także jako ja, taka, jaka jestem.

Dlaczego uważne słuchanie i mówienie sprawia nam trudność?
Bo jako dzieci byliśmy wychowywani do posłuszeństwa, ale nie byliśmy słuchani. Dzieci, od których wymaga się przede wszystkim, żeby słuchały innych, tracą odwagę i zaufanie do siebie i swoich uczuć i potrzeb. Kiedy troszczymy się o ich rozwój i słyszymy je, one cały czas mówią o sobie: ja chcę, ja nie chcę, lubię, nie lubię. I stopniowo nabywają zdolności przenoszenia uwagi także na innych. Żeby odnaleźć się w dialogu i komunikacji, uczmy się od dzieci mówienia o sobie.

My, kobiety, często mówimy o sobie, ale dla samego mówienia, żeby podtrzymać kontakt (w lingwistyce nazywa się to funkcją fatyczną języka). Takie mówienie też ma sens?
Oczywiście. Potrzebujemy po prostu pogadać, zobaczyć się w oczach innych. Daje nam to poczucie bezpieczeństwa i pomaga się regulować, kiedy doświadczamy stresu i przeciążenia. Trwała, elastyczna, wciąż odnawiana i wzmacniana na co dzień relacja z drugim człowiekiem to najważniejsza potrzeba, która chroni nasze życie. Można nazwać ją miłością. Michaił Bachtin mówił, że miłość jest dialogiczna, „nie ma dialogu bez miłości, tak jak nie ma miłości w izolacji”.

I tak jak bez dialogu nie ma rozwiązania konfliktu. Potrzebujemy dialogu, w którym słuchamy i wyrażamy siebie najpełniej jak potrafimy, nie na oślep, bez świadomości i struktury. Dlatego uważam, że uczenie dialogu powinno być obowiązkową praktyką w szkołach i wszędzie, gdzie ludzie ze sobą przebywają. Tak samo jak popularyzowanie dialogu i dialogicznego wsparcia dla tych, którzy przechodzą kryzysy i konflikty. I jeszcze jedno, kiedy doświadczamy trudności w relacjach, zdrową i naturalną reakcją jest szukanie pomocy u innych ludzi, nieuwikłanych w nasz ból, którzy nie będą wchodzić w koalicje: z nami lub przeciw nam, nie będą próbowali za nas rozwiązywać naszych problemów, ale nas usłyszą. Potrzebujemy takiej pomocy nie tylko od profesjonalistów, mediatorów i terapeutów, ale od naszych bliskich i przyjaciół. Nie bójmy się prosić o wsparcie.

Zofia Aleksandra Schacht-Petersen
, certyfikowana trenerka Porozumienia bez Przemocy oraz Family Lab, terapeutka, propagatorka filozofii wychowania Jespera Juula, założycielka Szkoły Empatii i Dialogu oraz Równo-Ważni – centrum rozwoju relacji i terapii traumy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Rozumienie zamiast zrozumienia

Rozumienie polega na tym, żebyśmy umieścili w naszym systemie pojęć, emocji, pragnień, dążeń itd. to, co prezentuje druga osoba. (Fot. Getty Images)
Rozumienie polega na tym, żebyśmy umieścili w naszym systemie pojęć, emocji, pragnień, dążeń itd. to, co prezentuje druga osoba. (Fot. Getty Images)
Porozumienie jest raczej cudem niż realnością. Dlatego proponuję inny cel: rozumienie. Jeśli ono zakiełkuje, pojawia się szansa na poprawę relacji – mówi filozof, profesor Leszek Koczanowicz z Uniwersytetu SWPS.   

Różnimy się, ale żyjemy razem, więc powinniśmy się jakoś dogadać. Dlaczego nie potrafimy?
Chcę powiedzieć jasno, że nie za bardzo wierzę w pełne porozumienie. Ono jest raczej cudem niż realnością. Normalnym stanem, co potwierdza literatura, psychologia, socjologia, wydaje się raczej konflikt, ścieranie się interesów. Porozumienie jest niemożliwe z jednego powodu – dlatego że i tak wszystko odnosimy do siebie, że nie jesteśmy w stanie z siebie zrezygnować. Już Jezus w słynnym kazaniu na górze Synaj powiedział: kochaj bliźniego jak siebie samego, a nie: kochaj siebie samego jak bliźniego swego. Zakładał zatem, że każdy z nas jest w naturalny sposób egocentryczny.

Ale od czego mamy rozum?
Politolodzy zauważają zgodnie, że przekonania polityczne nie są racjonalne. Ludzie mogą, oczywiście, przedstawiać takie czy inne argumenty, ale one tak naprawdę mało kogo przekonują. To znaczy: te argumenty są potwierdzeniem albo też radykalnym zaprzeczeniem tego, co ludzie już i tak z góry wiedzą, do czego są przekonani. Podobnie jest w życiu małżeńskim, co potwierdzają psychoterapeuci zajmujący się terapią par. Otóż okazuje się, że ludzie kierują się bardzo mocno schematami życiowymi, w psychologii nazywa się je skryptami albo utrwalonymi postawami. I w zasadzie bardzo trudno jest je przełamać, być może nawet to niemożliwe.

To brzmi strasznie pesymistycznie.
Raczej realistycznie. Zaproponowałem politykom, ale ta propozycja może odnosić się do ludzi w ogóle, żeby przyjęli inny cel: rozumienie, a nie porozumienie. Moim zdaniem najważniejsze jest to, żeby spróbować zrozumieć drugą stronę mimo dzielących nas różnic, czasem bardzo głębokich.

Na czym to rozumienie ma polegać?
Na tym, żebyśmy umieścili w naszym systemie pojęć, emocji, pragnień, dążeń itd. to, co prezentuje druga osoba. My się nie musimy z tym zgadzać, powinniśmy jednak dopuścić to do siebie. Do takiej koncepcji zainspirowały mnie rozmowy z ludźmi, między innymi z moją żoną, która opowiedziała mi o tym, jak była zszokowana, kiedy jako młoda dziewczyna usłyszała od koleżanki:  „Rozumiem cię, ale tego nie akceptuję”. Mojej żonie wydawało się, że jak się kogoś rozumie, to znaczy, że trzeba to zaakceptować. Ale nie na tym polega rozumienie. Ważne jest, po pierwsze, samo otwarcie się, chęć wejścia w dialog, słuchanie drugiej osoby. To już jest wyraźne przełamanie, bo oznacza wyjście poza samego siebie, próbę umieszczenia w sobie kogoś innego. Po drugie, to nigdy nie jest proces bez konsekwencji. Przyjmując argumenty kogoś innego, otwierając się na inne racje, trochę także zmieniamy siebie. Ale na ogół nie jest to radykalna zmiana, choć, oczywiście, i takie się zdarzają, gdy na przykład ludzie nagle się na coś nawracają, co psychologowie nazywają konwersją. Generalnie jednak takie otwarcie się na drugą osobę, jeżeli ten proces jest niezakłócony, ma charakter spirali, to znaczy raz mówi interlokutor, a my słuchamy, a potem odwrotnie. No i jeżeli obydwie strony zaakceptują ten proces, to można go ciągnąć właściwie w nieskończoność.

Załóżmy nawet, że wzajemnie się rozumiemy, nikt jednak nie ma zamiaru ustąpić. Co dalej?
Z punktu widzenia mojej koncepcji jedno rozwiązanie jest takie, że ktoś po prostu narzuci swoje zdanie, a inni się mu podporządkują. Jedni chętnie, inni niechętnie. W większości przypadków jest to wygodne. Drugie wyjście, bardziej optymistyczne, polega na tym, że wszyscy nawzajem zaczynają rozumieć swoje postawy, że się zastanawiają: „Dla niego to niesłychanie ważne, a czy dla mnie również?”. Mechanizm takiego rozumienia, które nazywam za rosyjskim filozofem Michaiłem Bachtinem refleksyjnym, wydaje mi się kluczowy w relacjach międzyludzkich.

Bać się różnorodności?
Zdecydowanie nie, to cecha demokracji. Jedność natomiast jest cechą systemów totalitarnych. Demokracja to ciężki system do życia, bo nic nie jest z góry określone. Dlatego po jakimś czasie dochodzi do głosu mechanizm zmęczenia różnorodnością, tęsknota za porządkiem, twardą ręką. Jak wynika z badań socjologicznych, postawy niedemokratyczne wielu Polaków wynikają właśnie ze zmęczenia różnorodnością. Jedna z moich doktorantek trafnie określiła demokrację jako system neurotyczny, bo wymaga od nas akceptacji punktów widzenia absolutnie nam obcych. W systemie totalitarnym wszyscy mówią tym samym głosem, co najwyżej narzekają po kątach. No, ale wiemy, że systemy totalitarne się nie sprawdzają.

Także te domowe.
Oczywiście. Do czego bowiem doprowadza narzucona jedność? Do unieszczęśliwienia rodziny albo do jej rozpadu. Poszanowanie różnorodności jest po prostu zdrowsze. I wzbogaca obie strony. Jeżeli kobieta ustępuje mężowi z miłości, bo na przykład rozumie, że on tak został wychowany, to on to doceni, a potem też będzie starał się ją zrozumieć, a wtedy z kolei ona to doceni. Tu nie chodzi o wymianę, ale o samo rozumienie drugiej strony. Jeśli ono zakiełkuje, to życie małżeńskie, społeczne, polityczne ma szansę rozkwitnąć.

Leszek Koczanowicz profesor doktor habilitowany, filozof z Wydziału Zamiejscowego Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu. Zajmuje się filozofią współczesną, teorią polityczną, filozofią polityczną, a także metodologią nauk społecznych. Wykładał na Uniwersytecie w Buffalo i na Columbia University w Nowym Jorku. Autor m.in. książki „Wspólnota i emancypacje: spór o społeczeństwo postkonwencjonalne”. Laureat konkursu „Mistrz” Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

 

  1. Psychologia

Zrozumieć siebie. Czy wiesz, czego chcesz?

Znajomość własnych wartości to, inaczej mówiąc, samoświadomość, umiejętność bycia autentycznym, bez względu na to, jak jest to odbierane przez otoczenie. (Ilustracja Getty Images)
Znajomość własnych wartości to, inaczej mówiąc, samoświadomość, umiejętność bycia autentycznym, bez względu na to, jak jest to odbierane przez otoczenie. (Ilustracja Getty Images)
Powiedz mi, co dla ciebie ważne, a powiem ci, kim jesteś. Znajomość własnego systemu wartości to klucz do szczęścia!

Kiedy po podjęciu ważnej decyzji odczuwasz satysfakcję i wewnętrzny spokój, oznacza to, że zrobiłaś to w zgodzie ze sobą. Jeśli bliżej ci do frustracji – zignorowałaś rzeczy dla siebie istotne. Pytanie: czy wiesz, co jest dla ciebie ważne? Czy może kierujesz się cudzym systemem wartości? Robisz coś, bo tak trzeba, bo tak wypada? Większość z nas nie myśli na co dzień o rzeczach naprawdę głębokich. Koncentrujemy się raczej na sprawach bieżących. Stąd zwykle podejmujemy decyzje, z których nie do końca jesteśmy zadowoleni, godzimy się na rzeczy, których potem żałujemy. Rada? Dotrzeć do własnego systemu wartości. I kierować się nim w życiu.

Poznaj swoje wartości

– Powodów, dla których dobrze znać swoje wartości, jest cały szereg – mówi coach Łukasz Wieczorek. – Po pierwsze, pomagają dokonywać wyborów. Na przykład kiedy chcesz zrobić krok do przodu w karierze, a obecna praca nie spełnia żadnego z punktów na liście twoich wartości, to mało prawdopodobne, abyś się w niej spełniała. Wybór okazuje się prosty – jeżeli chcesz się realizować, musisz zmienić miejsce zatrudnienia. Druga kwestia to umiejętność filtrowania. Jeśli nie jesteś pewna, jak zareagować na osobę, problem czy możliwość – po prostu zdajesz się na swoje wartości. Po trzecie i najważniejsze, znając swoje priorytety, zwiększasz poczucie szczęścia.

Gdy dostosujesz codzienne działania, decyzje i zachowania do swoich wartości, poczujesz, że wszystko przychodzi ci bez wysiłku, że jesteś w stanie „swobodnego przepływu”, tzw. flow. To stan, w którym zapominasz o świecie zewnętrznym, o upływającym czasie, nie wybiegasz myślami do przodu, nie analizujesz wciąż na nowo przeszłości – przeżywasz życie dokładnie w tym momencie, kiedy się ono wydarza. – W dużym skrócie, wartości umożliwiają pozbycie się z życia tego, co do niego nie pasuje, oraz włączenie do życia tego, co pasuje – mówi Łukasz Wieczorek.

Odwaga i autentyczność

Znajomość własnych wartości to, inaczej mówiąc, samoświadomość, umiejętność bycia autentycznym, bez względu na to, jak jest to odbierane przez otoczenie. Życie zgodnie ze swoją hierarchią wcale nie musi oznaczać stanu niekończącej się radości. Czasami wręcz przeciwnie. Dlatego bycie autentycznym wymaga odwagi i determinacji.

Każdy człowiek jest inny i prawdopodobnie każdy ma swój unikalny zestaw priorytetów. Całkiem możliwe też, że co innego dla każdego znaczą. Dla jednej osoby największą wartością jest na przykład wolność i rozumie to jako niezależność finansową, dla innej to też jest wolność, ale postrzega ją bardziej jako niechęć do stałych związków. Dlatego tak ważna jest głębsza analiza – co dana wartość oznacza dla ciebie.

Bywa również, że jedna z wartości jest w opozycji do systemu wartości bliskiej osoby. I jeśli dana relacja jest istotna, potrafimy zaprzeczać własnym priorytetom lub nawet je wypierać. Niektórzy są w stanie w ten sposób żyć latami. Ale czy czują się spełnieni? Zbyt długie czy zbyt częste trwanie w stanie nieautentyczności prędzej czy później doprowadza do napięć, do poczucia braku wewnętrznej równowagi, harmonii.

– Konflikt z ideałami powoduje stres i kosztuje dużo wysiłku – mówi Łukasz Wieczorek. – Energia, którą pochłania oddalanie się od własnych zasad, wyczerpuje, czyniąc życie walką.

Lista wartości

Ustalenie kompletnej listy wartości może na początku wydawać się trudne. Pomoże ci w tym poniższe ćwiczenie. Wymaga skupienia i wykonania go bez pośpiechu. Możesz skorzystać z gotowej listy wartości wskazanych przez psychologów, np.:  miłość, akceptacja, wolność, bezpieczeństwo. Wybierz z niej to, co wydaje się dla ciebie ważne, i na tej podstawie stwórz swoją listę. Owszem, jest szansa, że należysz do grona szczęściarzy, którzy nie mają problemu z określeniem, co jest dla nich ważne, jednak większość z nas ma. Działamy w wypracowanym schemacie, iluzorycznej strefie komfortu, realizujemy marzenia, nie wiedząc nawet, czy są naprawdę nasze, czy może zapożyczoną wizją z najnowszej reklamy.

Symptomem, że podążasz za niewłaściwymi celami, jest to, że czujesz się nie do końca szczęśliwa, chociaż teoretycznie nie masz ku temu powodów. Kiedy myślisz o własnym życiu, wszystko wydaje się w porządku, jednak ty wciąż odczuwasz wewnętrzne napięcie, frustrację, niewyjaśnioną tęsknotę. Być może początek roku to najlepszy czas, żeby przeanalizować, czego pragniesz? W którym kierunku zmierzasz?

Oczywiście, nie należy popadać w skrajność. To zrozumiałe, że niekiedy sami rezygnujemy z czegoś, co jest dla nas ważne, na rzecz kogoś bliskiego. Jest jednak różnica w tym, czy robimy to świadomie, czy też błądząc po omacku w życiowych meandrach. Poza tym ustalanie wartości nie jest jednorazowym zadaniem. Z biegiem lat hierarchia będzie się zmieniać. To, co było ważne dla dziecka (miłość, poczucie bezpieczeństwa), zmienia się, kiedy stajemy się nastolatkami (wolność, niezależność) i będzie się zmieniać z upływem czasu. Stąd warto do tego tematu powracać, aby „być ze sobą na bieżąco”.

  1. Psychologia

Sztuka umiejętnego słuchania. Czy to potrafisz?

Podczas nauki uważnego słuchania warto skoncentrować się na świecie swoich odczuć bardziej niż myśli. (Ilustracja: iStock)
Podczas nauki uważnego słuchania warto skoncentrować się na świecie swoich odczuć bardziej niż myśli. (Ilustracja: iStock)
Słowa, słowa, słowa… Ludzie mówią ich do nas tysiące, połowę z nich puszczamy mimo uszu. Zagłębiamy się w swoich myślach, przekonaniach, nastrojach. Sztuka umiejętnego słuchania wymaga cierpliwości, ale jest jedyną drogą do autentycznych relacji.

Ile razy w życiu zdarzyło ci się, że ktoś cię słuchał? Tak naprawdę? Bez przerywania, bez rozpraszania, bez kończenia zdań za ciebie, bez pospieszania? Najczęściej jesteśmy słuchani pozornie i doskonale to czujemy, chociaż nie zawsze jesteśmy tego w pełni świadomi. Wystarczy, że podczas rozmowy twoja przyjaciółka pisze SMS-a, a koleżanka z pracy sprawdza skrzynkę e-mailową, i już wiesz, że twoje zdanie nie jest istotne dla rozmówcy. Umiejętność uważnego słuchania jest podstawą dobrych relacji, zarówno prywatnych, jak i zawodowych.

Budowanie relacji jest zjawiskiem biologicznym i psychologicznym, procesem w znacznie większym stopniu emocjonalnym niż intelektualnym. Dlatego podczas nauki uważnego słuchania warto skoncentrować się na świecie swoich odczuć bardziej niż myśli.

Na czym polega dobry kontakt?

Oznacza całkowitą koncentrację na rozmówcy. Gdy jej brakuje, między pracownikiem a szefem lub między dwojgiem znajomych nie pojawia się zaufanie. A kiedy nie ufamy sobie, nie jesteśmy w stanie wnosić do tej relacji autentyzmu. Nie ma porozumienia, które wynika z prawdziwego słuchania. Kiedy rozmówcy są na siebie uważni, przyjmują podobną postawę ciała: nachylają się do siebie, zbliżają, niemal równocześnie poruszają w podobny sposób. Dlatego podczas rozmowy delikatnie sprawdzaj, czy jesteś dopasowana do drugiej osoby postawą ciała, a także głośnością, szybkością i energią mówienia. Neurobiologia potwierdza, że w czasie autentycznego, dobrego kontaktu aktywują się te same miejsca w mózgu obu osób (neurony lustrzane). Wówczas język ciała samoistnie podąża za odczuciami i wyraża zgodność z tym, co czuje rozmówca.

Oznaki niedopasowania to sytuacje, w których np. jedno z was siedzi rozparte w fotelu, a drugie wyprostowane, ty mówisz głośno, a twój rozmówca szepcze, unikacie kontaktu wzrokowego lub robi to jedno z was, ty mówisz szybko i dużo, a koleżanka niewiele. Gdy zauważysz symptomy niedopasowania, zadaj sobie pytanie, co jest tego przyczyną. Jeśli tracisz uważność, postaraj się skoncentrować na rozmówczyni, nawiązując z nią kontakt wzrokowy. Jeżeli to ona unika słuchania, zapytaj: „Widzę, że czujesz się niekomfortowo. Co się dzieje?”.

Dowody na słuchanie

Jednym z najbardziej konstruktywnych sposobów na danie dowodu, że uważnie słuchaliśmy, jest podsumowanie, czyli krótkie zebranie tego, co ktoś do nas powiedział. Nie chodzi tu jednak o mechaniczne powtórzenie konkretnych słów, ale przytoczenie esencji wypowiedzi przy jednoczesnym braku interpretacji czy wydawania opinii. Podsumować można także wtedy, kiedy wypowiedź rozmówcy trwa już długo lub pogubiliśmy się z powodu dygresji. Jest to elegancki sposób przerwania drugiej osobie. Oto kilka przydatnych zwrotów: „Podsumowując…”, „Jak rozumiem, mówisz, że…”, „Trochę się zgubiłam, czy mogę w tym miejscu podsumować, co powiedziałeś?”. Zawsze kończ pytaniem: „Czy dobrze rozumiem?”. Nawet gdy okaże się, że niezbyt dobrze podążyłaś za wypowiedzią, okażesz zaangażowanie i chęć zrozumienia. To najważniejszy sygnał świadczący o uważnym słuchaniu.

Mając poczucie, że jest ktoś, kto słucha, rozumie i okazuje wsparcie, chętnie budujemy z tą osobą relację. Czujemy się silniejsi i mocą tą chcemy się dzielić.

  1. Psychologia

Uważne słuchanie - można się tego nauczyć

Efektywnie i empatycznie możemy słuchać tylko wtedy, kiedy zakładamy, że między nami a rozmówcą jest równość.(Fot. iStock)
Efektywnie i empatycznie możemy słuchać tylko wtedy, kiedy zakładamy, że między nami a rozmówcą jest równość.(Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Bywa, że na pozór słuchamy kogoś, ale wcale nie słyszymy, co do nas mówi. A przecież szczera rozmowa to najlepszy, jeśli nie jedyny sposób, aby więź między nami była silna i wciąż żywa.

Duże uszy

Jeśli zdajesz sobie sprawę, że słuchanie nie jest twoją mocną stroną albo po prostu masz trudności, żeby skoncentrować się na konkretnym rozmówcy, wyobraź sobie, że twoje uszy rosną, rosną i stają się wielkie. Metody NLP dowodzą, że takie wyobrażone ogromne uszy zbierają więcej informacji. Ćwiczenie jest proste, ale skuteczne.

Zamiana ról

Efektywnie i empatycznie możemy słuchać tylko wtedy, kiedy zakładamy, że między nami a rozmówcą jest równość. Jeśli myślisz, że wiesz lepiej, a ktoś stoi od ciebie niżej, koncentrujesz się głównie na tym, żeby udowodnić swoją wyższość. Kiedy z kolei uważasz partnera rozmowy za mentora, słuchasz go bałwochwalczo i nie masz odwagi, by wyrazić własne zdanie. Ćwiczenie polega na tym, żeby usiąść naprzeciw siebie z rozmówcą, patrząc sobie w oczy. Najpierw załóż, że to ty jesteś wielka, a ten ktoś jest nikim. Ważne jest, żebyś poczuła energię takiej rozmowy. Potem zmieniacie role. A na koniec poczujcie, że jesteście sobie absolutnie równi. O takie odczucia podczas rozmowy chodzi.

Uwaga na emocjach

Uważne słuchanie polega głównie na tym, że przestajemy koncentrować się na sobie: na swoich myślach, poglądach, odczuciach. Pomoże ci w tym następujące ćwiczenie: Usiądźcie naprzeciwko siebie. Wyobraźcie sobie, że znajdujecie się na oświetlonej scenie. Niech twój rozmówca zacznie mówić. Dobrze jest wybrać jakiś temat, który jest naprawdę ważny dla niego. Teraz wyobraź sobie, że światła sceny skierowane są na ciebie. On mówi z zaangażowaniem, ale to ty jesteś w centrum zainteresowania. Najważniejsze jest to, co ty czujesz, kiedy słyszysz wypowiadane słowa. Nie koncentrujesz się na jego wypowiedzi, ale na własnych reakcjach. A teraz zmiana. Po trzech, czterech minutach zacznijcie jeszcze raz. Rozmówca niech powie ponownie o czymś, co jest dla niego istotne, ale tym razem twoja postać ginie w mroku. To na niego skierowane są wszystkie światła sceny – to on jest ważny. Słuchasz każdego słowa, odbierasz stany emocjonalne twojego rozmówcy, koncentrując się wyłącznie na nim. Utrzymaj się w tym nastroju, słuchając tak uważnie, jak tylko potrafisz.

Parafraza

Kolejny krok to powtórzenie tego, co usłyszałaś w kilku zdaniach. Pomagaj sobie sformułowaniem: „jeśli dobrze cię zrozumiałam…”, „z tego, co powiedziałeś, wnioskuję…”. Mimo wszystko nie zdziw się, jeśli druga strona nie w pełni zgodzi się z tym, co mówisz.

Joanna Godecka life coach, praktyk integracji Oddechem i Integrującej Obecności, www.joannagodecka.pl

  1. Zwierciadło poleca

Polityka dzieli, ale czy musi? Rozmowa z prof. Krystyną Skarżyńską

Profesor Krystyna Skarżyńska poszukuje
Profesor Krystyna Skarżyńska poszukuje "okoliczności łagodzących" dla politycznych sporów. (Fot. Forum)
Co może sprawić, że zamiast się kłócić albo unikać rozmowy, zdołamy się zrozumieć? Zaufanie? Szacunek? Podmiotowość? Profesor Krystyna Skarżyńska poszukuje "okoliczności łagodzących" dla politycznych sporów.

Polityka i sposób jej uprawiania na pewno wpływają na codzienne relacje międzyludzkie. Jak?
Nie mam prostej odpowiedzi na to pytanie. Związki między polityką a emocjami i zachowaniem się obywateli mogą być bardzo różne. Czy jest coś takiego, co widzą wszyscy (choć może inaczej interpretują, zależnie od sympatii i wiedzy o świecie)? Czymś dość powszechnie odbieranym jest ogólny klimat uprawiania polityki – jego dwie „wersje”: względny spokój, kompromis i włączanie do rozwiązywania problemów ludzi z różnych opcji politycznych albo walka z przeciwnikami politycznymi plus protesty różnych grup społecznych. Im bardziej przeciwnik staje się wrogiem i im bardziej rozszerza się krąg osób uznawanych za wrogów, tym wpływ polityki na relacje międzyludzkie, na funkcjonowanie instytucji publicznych, samorządów lokalnych, mediów staje się wyraźniejszy.

I ludzie zaczynają od polityki stronić?
Nie do końca. Polityka zaczyna wtedy dotykać wszystkich obywateli, także tych, którzy nie interesują się nią albo celowo chcą od niej uciec, bo wydaje im się brudna, niemoralna, zakłamana. Można próbować ograniczyć „pole rażenia” polityki, udając się na „emigrację wewnętrzną”, rezygnując z kariery zawodowej, uciekając w Bieszczady (wiele osób tak robiło w trudnych latach PRL), wyjeżdżając z kraju; ale niepokój czy poczucie straconych szans rozwoju, zmarnowanego talentu lub rozbicia rodziny – pozostają.

Wszyscy – chcąc nie chcąc – stajemy się „stronami konfliktu”.
Tak. Dodatkowo gdy jawna agresja słowna, groźby, fałszywe oskarżenia, odbieranie głosu stają się chlebem codziennym – następuje w społeczeństwie wzrost gotowości do posługiwania się agresją w codziennym życiu. „Ryba psuje się od głowy”: skoro władza nie kontroluje swoich wrogich emocji, a media bez oporu je multiplikują, to i ja, zwykły człowiek, też nie muszę uważać na to, co mówię i czy kogoś to boli.

Czy ten proces przekłada się także na relacje z najbliższymi? Polityka w agresywnym wydaniu może dotknąć rodzin?
Może. Ostry konflikt polityczny (zwłaszcza polaryzacja polityczna – podziały w wielu różnych sferach życia) może prowadzić albo do próby wyraźnej separacji od polityki przy rodzinnym stole i w małżeńskim łóżku, albo do gwałtownych kłótni, psujących relacje z bliskimi lub tylko świąteczny nastrój, a czasem powodujących zerwanie kontaktów na długie miesiące.

Bo taka wojenna dyskusja nie jest próbą przekonania do swoich poglądów, ale walką o udowodnienie racji.
Rzadko się zdarza – ale jednak jest to możliwe – spokojna rozmowa z żoną, ojcem czy teściową o tym, dlaczego bliska mi osoba ma tak różne od moich poglądy czy oceny danej partii. To nie jest prawda, że emocje zawsze blokują myślenie. Nowe badania przekonują, że gdy o sprawach wzbudzających emocje zaczynamy myśleć, odwołując się do własnych wartości i kryteriów moralnych, nasze myślenie jest logiczne i może doprowadzić do porozumienia. Moje „obserwacje uczestniczące” pozwalają dodać jeszcze jeden czynnik, od którego zależy, czy rozmowa osób o rozmaitych poglądach politycznych poprowadzi do rodzinnej kłótni,  czy do rozwoju: im w rodzinie więcej wzajemnego szacunku i uznawania podmiotowości każdego jej członka, tym mniejsze jest ryzyko podejmowania rozmów o polityce. Myślę, że tak jest nie tylko w rodzinie…

Także wśród przyjaciół i partnerów w pracy.
Od przyjaciół oczekujemy podobieństwa poglądów w ważnych dla nas  sprawach. Co więcej, im jakaś kwestia jest dla nas bardziej istotna, tym nawet niewielka odmienność poglądu przyjaciela staje się denerwująca, budzi niepokój. Często podejmujemy próbę przekonania przyjaciela do naszego stanowiska, wyolbrzymiając różnice, nawet sprowadzając je do absurdu. Przyjaciela to złości, rozstajemy się w gniewie, trudno potem o poważną rozmowę. To nie jest dobra strategia dla osiągnięcia konsensusu. Zwłaszcza wśród osób, dla których polityka i kwestie ideologiczne są bardzo ważne, stanowią część ich tożsamości.

A w pracy?
Tutaj też bywa różnie. Gdy konflikt polityczny między różnymi grupami społeczeństwa jest rozlany i wszechogarniający, pojawiają się tendencje faworyzowania „swoich” (przy okresowych ocenach, zleceniach ważnych i wysoko płatnych zadań, ustalaniu terminów urlopów itp.). Nie zawsze są to decyzje świadome, choć bywają i takie. Z drugiej strony – wiadomo, że środowiska wewnętrznie zróżnicowane (także pod względem orientacji politycznej) są bardziej twórcze niż środowiska jednorodne. Spojrzenie na rozwiązywany problem z różnych perspektyw światopoglądowych czy politycznych (np. lewicowej i prawicowej, liberalnej i konserwatywnej) często przynosi dobre efekty. Jednak wiele zależy od osobowości i kultury bycia współpracowników – czyli tak jak w rodzinie. Gdy w zespole jest osoba, która codziennie mówi o swojej orientacji politycznej czy preferencji partyjnej i podkreśla jej „wyższość moralną” – trudno o dobrą współpracę.

Dzisiaj jest już tak, że polityka staje się kwestią nie tyle poglądów, ile systemu wyznawanych wartości. Zgadza się pani z taką konstatacją?
W wielu kwestiach poglądy są wyrazem uznawanych przez daną osobę kryteriów oceny dobra i zła (czyli zasad moralnych). Ale czasem wypowiadamy poglądy, które nie są ich pochodną.  Są raczej wynikiem tego, że były często powtarzane w mediach lub przez ważną dla nas osobę, albo wyrażają nasze emocje.

Słowo „dialog” ma dziś jakąś wartość w rzeczywistości politycznej?
Wypracowywanie wspólnych stanowisk wobec konkretnych spraw jest możliwe przy spełnieniu pewnych warunków. Jednym z nich jest uważne słuchanie „drugiej strony”, brak pośpiechu, równe traktowanie wszystkich uczestników sporu (np. dawanie wszystkim tego samego czasu na prezentowanie stanowiska), korzystanie z wiedzy ekspertów. Badania psychologów z Uniwersytetu Humanistycznospołecznego SWPS, prowadzone kilka lat temu, pokazały, że nawet w tak spornych sprawach, jak sposób prowadzenia edukacji seksualnej w szkołach czy miejsce budowania osiedlowej spalarni śmieci, można dojść do porozumienia między ludźmi o skrajnie różnych poglądach na te tematy. Co więcej, nawet w tych grupach, w których nie doszło do uzgodnienia wspólnego stanowiska, uczestnicy debat nabrali przekonania, że warto dyskutować.

Żeby móc z kimś dyskutować sensownie, prowadzić dialog,  potrzebne jest zaufanie – trzeba ufać, że ktoś  nas nie oszuka.
Rola zaufania w życiu społecznym i w polityce to temat rzeka. Ale to nie jest kategoria polityczna, tylko psychologiczna, która dla polityki ma znaczenie i jest w polityce wykorzystywana.

Zaufanie w polityce to coś innego niż w zwykłym życiu?
Jest co najmniej kilka rodzajów zaufania: do bliskich (rodziny, przyjaciół, bliskich znajomych), zaufanie zgeneralizowane (czyli wyjściowa postawa wobec osób, których nie znamy osobiście lub mało znamy, wyrażająca się przekonaniem, że „ludzie w ogóle” zwykle są w porządku, nie mają intencji, by nas oszukać czy w inny sposób skrzywdzić – można więc im ufać), oraz zaufanie do instytucji publicznych (służby zdrowia, szkoły publicznej, administracji, sądów, policji, mediów, partii politycznych). Setki badań prowadzonych w różnych krajach świata wskazują, że zgeneralizowane zaufanie oraz zaufanie do takich instytucji publicznych, jak parlament, partie polityczne, wolne wybory, wiąże się z akceptacją zasad liberalnej demokracji przedstawicielskiej.

Czasami zaufanie zastępuje zrozumienie.
Tak, zaufanie i nieufność – ponieważ są często używanymi, a więc łatwo dostępnymi kategoriami myślowymi – często wpływają na postawy wobec takich ogólnych działań politycznych, co do których ludzie nie mają dużej wiedzy. Polityka prowadząca do wzrostu nieufności i polegająca na straszeniu społeczeństwa przynosi poważne skutki negatywne zarówno dla relacji międzyludzkich, jak i międzygrupowych i międzynarodowych. Daniel Bar-Tal wprowadził do psychologii termin „mentalność oblężonej twierdzy”. Pokazuje, jak emocja strachu, często pojawiająca się w publicznym dyskursie, wywołuje szeroko podzielane przekonania, które są destruktywne dla całego społeczeństwa.

Strach paraliżuje społeczeństwo i uskrzydla polityków...
Oczywiście! Utrwalone poczucie zagrożenia zawęża społeczną perspektywę. Prowadzi do oczekiwania przyszłych zagrożeń na podstawie zapamiętanych ( a czasem błędnie zinterpretowanych) doświadczeń, obniża trafność analizy teraźniejszości, koncentruje uwagę na zagrożeniach, dostrzega je na każdy kroku. Wzmaga to nieufność do potencjalnych przeciwników i w końcu prowadzi do przemocy wobec tych, których za zagrożenie uważa (choć realnych jego oznak nie ma). Politycy nie mogą społecznych zagrożeń lekceważyć, ale nie powinni ich eskalować. Budowanie nadziei społecznych nie polega na myśleniu życzeniowym i nierealistycznym optymizmie polityków; raczej wymaga przedstawiania atrakcyjnych i realistycznych programów osiągania ważnych dla społeczeństwa celów. Niestety, politycy często mają tendencję uważać, że ich osobiste marzenia i cele są powszechnie podzielane. Im dłużej są przy władzy, tym silniej są o tym przekonani.

Krystyna Skarżyńska, prof. dr hab., psycholożka, pracuje w SWPS, zajmuje się postawami wobec agresji w życiu publicznym, rozumieniem wolności i rolą zasad moralnych w polityce. W listopadzie ukaże się jej książka „My. Portret psychologiczno-społeczny Polaków z polityką w tle” (Scholar).