1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Poczucie winy – doznanie, które zmusza do refleksji

Poczucie winy – doznanie, które zmusza do refleksji

Poczucie winy jest jak źle ustawiony wewnętrzny drogowskaz. (fot. iStock)
Poczucie winy jest jak źle ustawiony wewnętrzny drogowskaz. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Poczucie winy jest jak ćmiący ból zęba. Da się z nim żyć, ale niezbyt przyjemnie. Nic dziwnego, że oczekujemy od terapeuty, aby nas od niego uwolnił. Niestety, poczucia winy zwykle nie da się usunąć bez zmiany sytuacji. A tej musimy dokonać sami.

Mariola, 29 lat, elegancka kobieta w niezłym samochodzie, studiuje już trzeci kierunek. – Nie wiedziałam, co chcę robić w życiu, studiowałam ochronę środowiska i zarządzanie, ale to nie dla mnie. Wreszcie znalazłam to, o co mi chodzi. Właściwie od dziecka chciałam być lekarką, ale nie miałam odwagi. Nie wierzyłam w siebie. A teraz jestem już na trzecim roku, zaraz będzie z górki – opowiada radośnie o swoich sukcesach, których sama się nie spodziewała. Pochodzi z małej wioski, w jej rodzinie nikt nie studiował, a ona, proszę!

Mieszka w stolicy, jeździ samochodem, będzie lekarką, ma z czego być dumna. Ale całą przyjemność zepsuła jej niedawno starsza siostra. – Nawrzeszczała na mnie, że wpędzam matkę do grobu – Mariola ma łzy w oczach. – A wpędza pani? – Skądże! Mama powinna się cieszyć. Ja jej to wszystko wynagrodzę, jak skończę studia, ale teraz jeszcze nie mogę, te studia są wymagające, mama obiecała, że będzie mi pomagać, dopóki się uczę. Ja trochę pracuję, ale mało, bo muszę wkuwać.

Od słowa do słowa sytuacja staje się jasna. Mariola zarabia na osobiste wydatki. Mieszkanie i całą resztę opłaca mama, starsza pani na emeryturze, bo Mariola jest późnym dzieckiem. Dotąd wszystko było w porządku, ale mama zachorowała i konieczne są wydatki na leczenie. Mama nadal pomaga Marioli, ale dziewczyna wie, że robi to swoim kosztem. Nie starcza jej pieniędzy na życie. Mariolę bardzo to martwi, ale co ma zrobić? Przecież nie przerwie studiów. Zresztą ta inwestycja w córkę się mamie opłaca, bo jak Mariola skończy studia i zacznie zarabiać, to mamie nie zabraknie niczego. Ale siostra Marioli nie przyjęła tego argumentu.

„Boję się, że nie zdążysz się mamie zrewanżować” – powiedziała, burząc tym samym spokój sumienia Marioli. Mariola jest zła na siostrę, która skończyła tylko zawodówkę i nie rozumie jej aspiracji. Ale gdzieś pod tą złością kryje się poczucie winy, które podpowiada Marioli, że nie jest w porządku, żyjąc do tej pory na koszt mamy. Bardzo by chciała, żebym ją uwolniła od tego poczucia. Niestety, to nie w mojej mocy. Nie mam wpływu na czyjeś sumienie. Wiem tylko, że warto je traktować jak drogowskaz. Zamiast przysypywać poczucie winy złością na siostrę, lepiej znaleźć rozwiązanie sytuacji. Bo czy jedynym sposobem na ukończenie wymarzonych studiów jest życie na koszt matki emerytki?

Mariola zaczyna szukać innych sposobów i okazuje się, że można je znaleźć. Wystarczy więcej pracować albo sprzedać samochód, albo… Ale nawet gdyby się nie dało nic wymyślić, czy mamy prawo żyć na cudzy rachunek? A jeśli już się na to decydujemy, jakieś koszty musimy ponieść. Choćby w postaci poczucia winy, które informuje nas, że nie jesteśmy w porządku.

40-letnia Maria od roku ma kochanka i poczucie winy, że zdradza męża. Od roku mierzy się z decyzją: porzucić męża czy kochanka? Bez rezultatu. Bo co ma wybrać? Może chociaż powiedzieć mężowi? To oznaczałoby koniec ich małżeństwa, zniszczenie domu, który daje dzieciom poczucie bezpieczeństwa, a na to Maria nie może się zgodzić. Zerwać z kochankiem?

Za nic! Całe życie marzyła o wielkiej miłości i on jest właśnie spełnieniem tych marzeń. Czuły, delikatny, troskliwy. Gotowy czekać na to, co Maria zdecyduje. A Maria miota się i cierpi, ale wciąż nic nie postanawia. Dlaczego? Wszystko wskazuje na to, że już wybrała. Bezpieczny dom i od czasu do czasu cudowne spotkanie z kochankiem. Gdyby nie to, że Maria ma poczucie winy, byłaby szczęśliwa. Niestety, poczucie winy jest wpisane w tę sytuację. Przypomina Marii, że to, co robi, nie jest w zgodzie z jej wartościami, wśród których wierność i uczciwość zajmują wysoką pozycję.

Za każdy wybór płacimy jakąś cenę. Także wtedy, gdy pozornie wcale nie dokonujemy wyboru. I może dobrze, że nie ma od tego ucieczki, bo wtedy stracilibyśmy coś bardzo cennego – informację o tym, jak oceniamy to, co sami robimy. Poczucie winy z powodu niewierności to pewnie mniejszy koszt niż rozwalenie domu albo rezygnacja z wielkiej miłości. Ale liczenie na to, że można mieć wszystko, nic za to nie płacąc, to już przesada. Choć bywa, że poczucie winy zwodzi na manowce. Zwłaszcza wtedy, gdy nie wynika ono z naszych, lecz z cudzych przekonań.

Monika, 37 lat, matka trójki dzieci, od 8 lat nie pracuje zawodowo, żeby móc się nimi zajmować, ale jest coraz bardziej nieszczęśliwa, co strasznie złości jej męża. – Każda kobieta chciałaby być na jej miejscu! – wygłasza mąż z przekonaniem. – Mamy piękny dom, na który zarabiam, ona ma tylko wychowywać dzieci. Nie oczekuję, że będzie mi za to dziękować, ale mogłaby chociaż być zadowolona, że stworzyłem jej takie warunki!

Ale Monika nie jest, choć bardzo by chciała. Obwinia siebie, że widocznie jest złą żoną i matką, skoro zajmowanie się domem i dziećmi nie jest tym, o co jej chodzi. A powinno. – Dlaczego powinno? – pytam. – Bo to jest powołanie każdej kobiety! – odpowiada mąż, który nie ma w tej sprawie żadnych wątpliwości. – Pani też tak uważa? – pytam dalej. – Wiem, że dla dzieci najlepiej, żeby były z matką. Ale to już trwa ósmy rok. Chciałabym iść do pracy, mieć swoje życie – odpowiada Monika. – To nie jest twoje życie? – pyta mąż i Monika natychmiast czuje się winna. Wcale nie dlatego, że jest złą matką, choć w pierwszej chwili tak jej się wydaje. Ale tak naprawdę czuje się winna, że nie potrafi się wpasować do cudzego obrazka, do którego od lat dzielnie się dostosowuje. To nie ma nic wspólnego z tym, jaką jest matką.

Poczucie winy może trzymać nas w miejscu albo sprawić, że kręcimy się w kółko. Tak jak źle ustawiony drogowskaz. Dlatego warto sprawdzić, czy na pewno my go stawiamy. Jeśli tak – nie ma rady, trzeba się z nim liczyć, zamiast się tłumaczyć i usprawiedliwiać. Jeśli nie – warto szukać własnej drogi, która zwykle różni się od cudzych wizji.

[newsletterbox]

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Perfekcjonizm, poczucie winy i wstyd – złodzieje kobiecych orgazmów

Poczucie winy to jeden z aspektów samokrytyki. Odbiera nie tylko radość z życia, ale również z seksu (fot. iStock)
Poczucie winy to jeden z aspektów samokrytyki. Odbiera nie tylko radość z życia, ale również z seksu (fot. iStock)
Wiele z nas poczuwa się do winy na przykład w kwestiach związanych z macierzyństwem, pracą, związkiem czy własnymi rodzicami. Delikatne wyrzuty sumienia są jak najbardziej zdrowe i mogą nam wyjść na dobre, motywując do pracy nad pewnymi kwestiami. Każda z nas musi się tego czasem podjąć. Ale kiedy poczucie winy zaczyna ciążyć lub przekształca się we wstyd, warto zawołać: koniec zabawy – pisze Marja Kihlström w swojej książce „Daj sobie prawo do przyjemności. Rzecz o orgazmie, kobiecości i nie tylko.”

Rzadko która kobieta myśli, że wymaganie od siebie – na przykład – idealnego porządku w domu może wywoływać poczucie wstydu i prowadzić do problemów ze szczytowaniem. Amerykańska badawczyni Brené Brown zaobserwowała, że kiedy dążymy w swoim życiu do ideału, w pewnym momencie niechybnie musimy zmierzyć się również ze wstydem. Perfekcjonizm wypływa z chęci spełnienia cudzych oczekiwań dotyczących tego, kim jesteśmy i jak dobrze radzimy sobie z powierzonymi zadaniami. Poczucie nieadekwatności i wstyd oddalają nas od innych ludzi, zasłaniając nasze „ja” ciemną kotarą – którą może być również związek. Wstyd pożera autentyczność, co może sprawić, że czujemy się odizolowane nie tylko od innych, ale i od siebie. Możemy odczuć go jako uścisk w piersi czy dziwny nieuświadomiony dreszcz – wstyd to mocno cielesne doznanie. Na tym etapie dobrze jest się na chwilę zatrzymać i zastanowić, kto wywiera na nas presję bycia idealną – my same czy może ktoś inny? Dla kogo cały czas sprzątamy? Czy potrafimy nauczyć się traktować same siebie i swoje życie bardziej łaskawie? Czy warto, żebyśmy zabiegały o koronę najlepszej kochanki, zaniedbując przy tym siebie i symulując orgazmy?

Dążenie do doskonałości może wiązać się też bezpośrednio z seksualnością. Możemy pragnąć idealnego ciała, próbować nauczyć się perfekcyjnej techniki miłosnej czy chcieć stać się idealną kochanką. Robiąc to, automatycznie zapominamy o sobie, marginalizujemy własne uczucia, oddalamy się od swojego „ja”. Chcemy tylko zadowolić innych. A jeśli nie poświęcimy orgazmom należnej uwagi, szybko zaczną nam uciekać. W dłuższej perspektywie zaspokajanie partnera kosztem własnych pragnień i potrzeb może prowadzić do spadku libido.

Psychoterapeutka Leena Hattunen porównała kiedyś seksualność do jedzenia pierożków karelskich. Jak ty to robisz? Starannie, widelcem, nie chcąc niczego zabrudzić – czy palcami, robiąc przy tym odrobinę bałaganu? Czy jedząc, zastanawiasz się, jak pierożek smakuje? Jak się czujesz, kiedy masło, którym jest posmarowany, topi się i rozpływa na twoich wargach? Czy zatrzymujesz się, żeby czerpać z tej chwili radość – czy raczej skupiasz całą uwagę na tym, by porządnie wszystko zjeść, jakbyś wykonywała jakieś zadanie?

W imię burzenia pozorów doskonałości warto zapomnieć o idealnych orgazmach. Orgazmy będą przychodzić i odchodzić, a w każdym z nich będzie coś wyjątkowego. Nie istnieje żaden „orgazm idealny”, nie można ich hierarchizować. Poza tym – nie chodzi przecież tylko o sam akt szczytowania, ale też o doświadczanie rozkoszy przed nim. Dlaczego miałybyśmy cieszyć się samym celem, skoro można czerpać przyjemność z całej podróży? Ciągłe oczekiwanie, poszukiwanie coraz to lepszych orgazmów wywołuje niezadowolenie, co tylko jeszcze bardziej wszystko komplikuje. Warto w zamian doświadczać tego, co nieidealne, otworzyć umysł na wszystko, co nas spotyka. Zwykły seks późnym wieczorem we wtorek może się okazać właśnie tym momentem, kiedy niczym nie będziemy się stresować, damy radę po prostu odpuścić. I nagle ziemia się zatrzęsie, a sąsiedzi za ścianą zaczną zachodzić w głowę, co się dzieje.

Jak pisze w liście 26-letnia kobieta:

Czasami mam wrażenie, że polowanie na orgazm rujnuje cały stosunek. Marzą mi się szybkie numerki na stole w kuchni, ale one nie pozwalają na szczytowanie. Do tego potrzeba dużo czasu i pracy. Wydaje mi się niesprawiedliwe, że mąż zawsze dostaje to, czego chce – a ja nie. Męski orgazm jest miarą współżycia – kiedy nadchodzi, seks musi się skończyć. To niesprawiedliwe nie tylko wobec mnie czy w moim własnym związku – ale wobec całej populacji kobiet, we wszystkich związkach heteroseksualnych. Marzę o tym, żeby dochodzić podczas stosunku. I choć próbuję już od lat, ciągle nie widzę rezultatów. Koniec końców, jestem jednak zadowolona, że w jakiś sposób jest mi przynajmniej choć trochę przyjemnie. W sumie seks to nie tylko sam orgazm.

Jeżeli jesteśmy bezwzględne, wymagające i krytyczne wobec siebie, najczęściej podobnie traktujemy również innych. Wstyd niszczy naszą zdolność do odczuwania empatii i współczucia wobec innych ludzi. Jednocześnie rozluźnia stworzone już więzi. W bliskiej relacji takie zachowania są szczególnie destrukcyjne i prowadzą do różnego rodzaju problemów. Bo jak masz objąć i pocieszyć zmęczonego partnera, kiedy sama się biczujesz, żeby dać ze wszystkim radę? Zdolność do empatii odgrywa niezwykle ważną rolę w związkach, które obie strony odczuwają jako szczęśliwe. Kiedy poprzez własne doświadczenia potrafimy ujrzeć daną sytuację z punktu widzenia drugiej osoby, ta czuje się wysłuchana i zauważona – wszystko dzięki empatii. Warto zresztą popracować też nad własną odpornością na wstyd – bo nigdy nie uda nam się kompletnie usunąć go z własnego życia. A jak dowiodła w swoich badaniach Brené Brown, empatia to na uczucie wstydu najlepszy lek.

Obniż poprzeczkę, ucząc się empatii wobec samej siebie. Zacznij od tego, żeby zaakceptować możliwość niepowodzenia. Nie próbuj już być osobą, której według ciebie spo­dziewają się inni – zamiast tego zatrzymaj się i posłuchaj, co mówi ci własne serce. Bądź dla siebie łagodna – nie zawsze wystarczy ci czasu czy siły, żeby utrzymać dom w perfekcyjnym porządku. Na urlopie też spuść nieco z samodyscypliny. Nikt nie dochodzi do orgazmu za każdym razem, a presja może to jeszcze bardziej utrudnić. To normalne.

Zastanów się i napisz na kartce:

  • Czy jest jakaś dziedzina życia, w której usilnie dążysz do perfekcji?
  • Czy boisz się niepowodzenia?
  • W jakich sytuacjach związanych z seksem zdarzyło ci się doświadczyć wstydu?
  • Czym to się objawiło?
  • Jak mogłabyś popracować nad zwiększeniem swojej tolerancji na wstyd?
  • Przypomnij sobie chwilę, kiedy okazałaś sobie więcej współczucia. Jak możesz się pocieszyć w trudniejszych momentach?
Fragment pochodzi z książki „Daj sobie prawo do przyjemności”.

  1. Psychologia

Najstraszniejsze słowa świata

Słowa mają moc,zwłaszcza jeśli padają z ust bliskich. Mogą dodawać skrzydeł, albo je podcinać. (Fot. iStock)
Słowa mają moc,zwłaszcza jeśli padają z ust bliskich. Mogą dodawać skrzydeł, albo je podcinać. (Fot. iStock)
Powinnaś, powinieneś... w tych słowach pobrzmiewa „wina”. Czy jest to wyrzut stawiany przez kogoś, kto do ciebie mówi: „jesteś mi coś winien?” A może to słowo oznacza: „jeśli nie zrobisz tego, czego od ciebie oczekuję, będziesz czuł się winny?

Wróćmy na chwilę do czasów dzieciństwa. Ktoś - być może nauczyciel, być może rodzic, a być może twój rówieśnik, powiedział: „powinieneś być w tym dobry”. I nie ma znaczenia czy chodziło o matematykę, pobicie rekordu w biegu na sto metrów, czy zdobycie akceptacji innych. A co, kiedy nie udało ci się to, co „powinno” ci się udać? Czy wraz z tym, że się „nie udało”, nie pojawiło się czasem poczucie winy?

„Powinieneś", czy też „powinnaś" to, moim zdaniem, jedno z najstraszniejszych słów świata. To, kiedy je słyszymy jest tak samo ważne jak to, od kogo. Bo cóż ono bowiem oznacza? To, że ktoś wie lepiej, co jest dla nas dobre. Co powinniśmy robić, a czego nie. W czym powinniśmy być dobrzy, a za co nie powinniśmy się zabierać.

Warto się przyjrzeć temu co się kryje pod spodem. Moim zdaniem jest to za każdym razem projekcja - ludzie projektują na nas swoje własne lęki i ograniczenia. Obdarzają nas swoimi własnymi wzorcami kulturowymi, kreując mniej czy bardziej udane kopie samych siebie. „Nie powinnaś tak wyglądać” mówi matka do córki, szykując ją do udziału w konkursie kilkuletnich miss, co odbiera tej dziewczynce dzieciństwo pełne brudu za paznokciami, przytulania przypadkowo napotkanego kota i zrolowanych podkolanówek. „Nie powinnaś” zachowywać się jak Pippi Långstrump, a „powinnaś” jak księżna Monaco. „Nie powinieneś” zachowywać się jak chcesz, a powinieneś tak, jak przystało na syna adwokata, lekarza czy szanowanego w dzielnicy pana Stasia.

Powyższy model wtłacza nam w głowę dwubiegunowy schemat: oto są rzeczy dla nas odpowiednie i nieodpowiednie. I nagle ten, wydawałoby się niewinny i słuszny edukacyjno-społecznie schemat, odwraca się przeciwko nam, kiedy jako czterdziestolatkowie z pewnym przerażeniem konstatujemy, że to, czemu poświęciliśmy swoje zawodowe życie nie jest nawet namiastką tego, czym powinniśmy się zajmować. Ja na przykład - by obnażyć przed tobą drogi Czytelniku to, że i mnie ten mechanizm nie oszczędził - „powinienem” zostać inżynierem. Tak mi podpowiadali rodzice i nauczyciele przedmiotów ścisłych, do których podobno miałem spory talent. No i co z tego, że dokładnie trzydzieści lat temu zdałem celująco pisemną oraz ustną maturę z matematyki? Czy sięgnąłem do tej dyscypliny w swoim życiu choć raz? A przecież „powinienem” sięgnąć! Tyle, że jakoś przez następnych trzydzieści lat nie byłem i wciąż nie jestem tym „sięgnięciem” zainteresowany!

Zwróć uwagę jak często ten mechanizm gości w naszym życiu. Od marketingowego: „powinien pan skorzystać z naszego ubezpieczenia”, po społeczny dyktat: „by potwierdzić swoją użyteczność, powinien pan założyć rodzinę, wybudować dom i posadzić drzewo”. A kiedy odpowiesz „może ja nie chcę sadzić drzew?” usłyszysz: „powinieneś wiedzieć, dlaczego w naszej kulturze to nie może być dobra odpowiedź"…

 Jarosław Gibas, coach, trener

 

  1. Psychologia

Wyrzuty sumienia - co zrobić, gdy zatruwają nam życie?

By wyrzuty sumienia nie blokowały naszej miłości do siebie i innych, i abyśmy mogli je dostrzec, powinniśmy pamiętać, że wszystko, czego pragniemy dla innych, musimy najpierw dać sobie, życzyć sobie jak najlepiej. (Fot. iStock)
By wyrzuty sumienia nie blokowały naszej miłości do siebie i innych, i abyśmy mogli je dostrzec, powinniśmy pamiętać, że wszystko, czego pragniemy dla innych, musimy najpierw dać sobie, życzyć sobie jak najlepiej. (Fot. iStock)
Spotkałam się kiedyś ze stwierdzeniem, że wyrzuty sumienia to głos duszy, który podpowiada nam, że zrobiliśmy coś nie tak, jak powinniśmy lub, że czegoś nie zrobiliśmy, a poczuwaliśmy się do powinności. Czy wyrzuty sumienia to konstruktywny drogowskaz, czy raczej, trzymający nas w szachu, efekt wychowania w jakiejś strukturze społeczno-kulturowej oraz dla tej struktury?

Wyrzuty sumienia to sygnał płynący z naszego układu nerwowego. Sygnał powstaje na skutek stresu wywołanego przez dysonans tego, czego byśmy chcieli, z tym co się stało. Informuje nas, że coś poszło „nie tak”.

Cała nasza siła naprawcza tkwi w odpowiedniej reakcji na tę sytuację dysonansu.

Wyobraźmy sobie sytuację ojca, który spóźnia się na występ dyplomowy swojej córki w szkole muzycznej. Wścieka się na siebie, że zatrzymał się na stacji benzynowej i kupił sobie butelkę wody oraz na to, że nie wybrał dłuższej, ale być może przez to mniej zakorkowanej trasy. Ma wyrzuty sumienia, które odbierają mu całą radość z tego, że jego córka właśnie obroniła dyplom. Pochłaniają go krytyczne myśli na swój temat, przyznaje, że zawiódł samego siebie…. Zawiódł samego siebie… Nastrój udziela się całej rodzinie.

Jak zatem reaguje ojciec? Gniewem, obwinianiem, pretensjami, krytykowaniem samego siebie, przez co utrudnia, wręcz uniemożliwia swój autentyczny kontakt z córką. Córka chce nadal dzielić z ojcem swoją radość, ale ojciec nie jest w stanie dzielić z nią nic innego, jak tylko swój smutek, rozczarowanie. Spotykają się dwa światy… nazwę je, celowo nad wyraz: świat cnoty i świat występku.

Córka pełna radości, dumy i wdzięczności sobie, rodzicom, nauczycielom za swoje muzyczne wykształcenie nie dostaje od ojca tego, na co liczyła. Próbuje uspokoić jego wyrzuty sumienia. Atmosfera jednak odbiega od tej, której życzyłaby sobie cała rodzina.

A gdyby odwrócić reakcję ojca?

Spóźnia się, przyjeżdża w momencie, w którym córka właśnie schodzi ze sceny, ale mimo to postanawia dać jej to, czego ona od niego się spodziewa i czym on sam zdecydował się z nią podzielić. Nie są to wyrzuty sumienia z powodu spóźnienia, nie są to też emocje z tym związane, jak wspomniana złość, rozczarowanie. Ojca rozpiera duma i radość, że może dzielić z córką tak wyjątkową dla niej chwilę. Atmosfera skupia się na celebrowaniu chwili.

Zobaczmy, jak łatwo możemy sterować swoją reakcją na dane wydarzenie, na które mamy większy czy mniejszy wpływ. Wzajemne rozliczanie się ludzi, czy też rozliczanie samych siebie, zwłaszcza poprzez porównania, prowadzi do powstania blokad, które uniemożliwiają harmonijny przepływ cnót, takich jak: dobroć, życzliwość, miłość, troska, opanowanie, łagodność.

Jeśli ktoś czytał List do Galatów z Nowego Testamentu, to jest w nim wyraźnie powiedziane, że przeciw takim cnotom (jak te wyżej wymienione) „nie ma prawa”. Co to oznacza? To znaczy, że jeśli rezultatem danej reakcji będą powyższe cnoty, wówczas żadna zasada nie ma mocy. W tym przypadku ważniejsze było współuczestniczenie w radości dziecka, aniżeli robienie sobie, czy komukolwiek wyrzutów z powodu spóźnienia. Radość, miłość, życzliwość zostałyby podtrzymane i pomnażane.

By wyrzuty sumienia nie blokowały naszej miłości do siebie i innych, i abyśmy mogli je dostrzec, powinniśmy pamiętać, że wszystko, czego pragniemy dla innych, musimy najpierw dać sobie, życzyć sobie jak najlepiej… Tym bardziej, gdy chcemy aby nasze pragnienia miały moc sprawczą, uzdrawiającą i autentyczną.

Kogo cieszy w 100 proc. nawet wielki podarunek od najbliższej osoby, gdy jego ofiarowaniu towarzyszą wypowiedziane z żalem słowa: „mnie się nie udało, mi nikt nie dał, nie pomagał, ale ja Tobie dam”?

Pamiętajmy również o tym, by nie wzmagać wyrzutów sumienia, nie wzmacniać ich mocy poprzez częste powtarzanie ich przeciwko sobie. Jeśli z czymś walczymy, staje się to coraz silniejsze. Tylko akceptacja danego stanu lub faktu (jak spóźnienie w tym przykładzie), refleksja nad intencją (chcę dzielić wraz z córką radość), odpowiednie nastawienie, wybaczenie sobie, pozwala na otwarcie się na uzdrawiającą moc płynącą nie z „prawa”, z zasad, ustaleń, regulaminów, czy planów, ale z miłości do siebie i innych.

Dbając o cnotę dobroci, życzliwości, miłości, opanowania w swoim sercu, wypełniamy nimi serca innych, nie dokładając im trosk.

Po co komuś prawo, które zabija, zamiast dawać lepsze życie? Prawo wypełnia się doskonale w cnocie miłości.

  1. Psychologia

Diagnoza z ciała. Czym są choroby psychosomatyczne i jak je terapeutyzować?

Somatyzowanie to nie to samo co hipochondria, która sterowana jest lękiem powodującym urojone dolegliwości. Choroby psychosomatyczne są jak najbardziej prawdziwe, tylko medycyna nie zna na nie recepty. (Fot. iStock)
Somatyzowanie to nie to samo co hipochondria, która sterowana jest lękiem powodującym urojone dolegliwości. Choroby psychosomatyczne są jak najbardziej prawdziwe, tylko medycyna nie zna na nie recepty. (Fot. iStock)
Tajemnicze, niezbadane, niewyjaśnione… Niektóre dolegliwości zdrowotne nie znajdują potwierdzenia w wynikach. Skoro wszystko jest w normie, to dlaczego pacjent cierpi? Czym są choroby psychosomatyczne i jak je terapeutyzować? 

Migrena po stresującym zebraniu, ból brzucha przed egzaminem, chrypka przed wystąpieniem publicznym – wielu z nas doświadczyło takich reakcji organizmu choć wydawać by się mogło, że właściwie nic nam nie dolega. Zatem skąd – jeśli nie z możliwej do nazwania choroby – się biorą?

Jak pisze neurolożka i neuropsycholożka Suzanne O'Sullivan w książce „Wszystko jest w twojej głowie”, choroby psychosomatyczne, „które rodzą się w umyśle i spektrum ich objawów jest ograniczone jedynie kreatywnością ludzkiego umysłu” mogą się manifestować nawet przez paraliż, drgawki czy niemal każdy rodzaj niepełnosprawności. „Pomyślcie teraz o dowolnym objawie fizycznym – możecie być pewni, że gdzieś jest osoba, której umysł wyprodukował ten objaw” – dodaje.

Czym więc jest choroba psychosomatyczna? To taka dolegliwość zdrowotna, której nie są w stanie wyjaśnić żadne badania diagnostyczne. Choć przyjmuje objawy łudząco podobne do opisanych przez medycynę jednostek chorobowych, jej przyczyny nie są na pierwszy rzut oka znane. Wyniki laboratoryjne jasno wskazują, że pacjent powinien być zdrowy, z jakiegoś tajemniczego powodu jednak nie jest. Takie przypadki zdarzają się częściej niż mogłoby się wydawać. Jak pisze dr O'Sullivan, która na co dzień pracuje w londyńskim National Hospital for Neurology and Neurosurgery, według niemieckich badań z 2011 roku na zaburzenia psychosomatyczne cierpi 22 proc. ludzi korzystających z podstawowej opieki medycznej. Z kolei badania brytyjskie, obejmujące niewyjaśnione objawy medyczne zgłaszane w poradniach przyszpitalnych, mówią nawet o 50 proc. pacjentów w analogicznej sytuacji.

Autorka książki przywołuje najbardziej nieprawdopodobne historie osób, cierpiących np. na napady rzekomopadaczkowe, z dnia na dzień zapadających w śpiączkę albo tracących władzę w nogach. Zauważa, że pacjenci, u których wykryto choroby psychosomatyczne, bardzo często nie chcą zaakceptować diagnozy. Dla nich oznacza to jedno – lekarze uważają, że ich dolegliwość jest wymyślona, a oni mają zaburzenia psychicznie. Tymczasem somatyzowanie to nie to samo co hipochondria, która sterowana jest lękiem powodującym urojone dolegliwości. Choroby psychosomatyczne są jak najbardziej prawdziwe, medycyna nie zna tylko na nie recepty. Paradoksalnie największe szanse na wyzdrowienie daje po prostu zaakceptowanie diagnozy. Czasem objawy mijają jak ręką odjął, gdy pacjent zgodzi się przyjąć werdykt lekarza. Czasem trzeba nad nimi popracować w gabinecie psychoterapeuty, by dotrzeć do sedna problemu. Sęk w tym, że nie zawsze się to udaje.

O'Sullivan opisuje pacjentkę, która straciła wzrok. Ślepota zbiegła się w czasie z oskarżeniem jej męża o pedofilię. Chora dosłownie nie była w stanie dostrzec jego winy, jak również uznać, że jej choroba ma z nią związek. Mogła wyzdrowieć, ale zamiast tego wolała „zamknąć oczy” na to, co działo się wokół niej.

Kiedy ciało krzyczy

Jeśli nie usłyszysz szeptu ciała, to wkrótce usłyszysz jego krzyk – mawiają terapeuci zajmujący się pracą z ciałem, którzy w swojej praktyce zajmują się ludźmi zmagającymi się z chorobami psychosomatycznymi. – Ciało poprzez ból sygnalizuje nam, co musimy zrobić, by być bliżej siebie. Tak naprawdę nas wspiera.

Przekierowując uwagę do miejsca, które boli, zmusza nas do zadawania pytań o przyczyny choroby, a tym samym zajęcia się sobą – tłumaczy Dorota Hołówka, terapeutka pracy z ciałem, współzałożycielka Polskiego Stowarzyszenia Somatic Experience i organizatorka międzynarodowej konferencji pracy z ciałem w psychoterapii „Sapere”.

Czasem dolegliwości są na tyle skomplikowane, że trzeba nad nimi długo pracować w gabinecie terapeuty. Jednak w wielu przypadkach możemy sami siebie uzdrowić, bez pomocy z zewnątrz, po prostu zadając sobie zwykłe i proste pytanie: „co sygnalizuje mój ból?”. Większość z nas będzie od razu wiedziała, o co chodzi.

Niekiedy za chorobą stoją sprawy, o które się nawet nie podejrzewamy. Wtedy warto im się przyjrzeć z pomocą terapeuty. – Miałam kiedyś pacjenta, który od lat leczył się na kolana. Nic mu nie pomagało i w końcu lekarze wysłali go do psychiatry. Stamtąd trafił na moje warsztaty. Dał się zaprosić do spontanicznego ruchu, w którym cały czas się do kogoś schylał. Zapytałam, czy wie do kogo. Okazało się, że do ojca, który był prostym człowiekiem. Mój pacjent czuł się od niego lepszy, bardziej uduchowiony, mądrzejszy. Przeprowadziłam go przez wewnętrzną pracę, w której przeprosił ojca i pozwolił mu urosnąć w swoich oczach, zaś sam stał się mniejszy. Pojawiła się energia wdzięczności i miłości, zaś dolegliwości bólowe minęły – opowiada Dorota Hołówka.

Ekspertka wyjaśnia, że z emocjami powiązane są nie tylko choroby psychosomatyczne, wobec których medycyna jest bezradna. – Moje doświadczenie pokazuje, że wiele chorób, które można zdiagnozować laboratoryjnie i na które są leki, również powiązanych jest z psychiką. I poprzez pracę terapeutyczną jesteśmy je w stanie wyleczyć. Znam wiele przypadków osób, które latami mierzyły się z chorobą, a po wykonaniu kilku ćwiczeń umysłowych z dnia na dzień odstawiły leki – mówi. – Niedawno miałam pacjentkę, która od wielu lat funkcjonowała na silnych lekach przeciwbólowych z powodu dolegliwości kręgosłupa. Pracowałyśmy z niewyrażoną złością. Przed oczami stanął jej obraz sprzed lat: siedziała przy biurku i ktoś mówił do niej coś, co ją zabolało. Zalała ją fala gniewu, która dosłownie nie pozwoliła jej się podnieść. Zaprosiłam ją do ruchu, by popracować z tym wspomnieniem, a następnie do wykrzyczenia słowa, które wtedy ugrzęzło jej w gardle. Praca była niesamowicie mocna i autentyczna. Godzinę później kobieta stwierdziła, że ból minął. Wiem, że ten stan się utrzymał. Bóle kręgosłupa były spowodowane niewyrażoną przed laty złością i dopiero jej odblokowanie pozwoliło się ich pozbyć.

Ze złością na ty

Złość, ta niewyrażona, to jedna z głównych przyczyn chorób psychosomatycznych. Peter Levine, twórca terapii Somatic Experiencing, jednej z metoda uwalniania traum poprzez pracę z ciałem, twierdzi, że by przejść z zablokowanej emocji i dotrzeć do prawdy o sobie, zawsze trzeba się najpierw skontaktować z własnym gniewem. Wszystkie choroby psychosomatyczne są wyrazem zaburzeń autonomicznego układu nerwowego. Są związane z nieuświadomionym lękiem, napięciem i stresem. Ciało choruje, bo nie chcemy dopuścić do siebie trudnych emocji. Wysyła nam niejako sygnał, byśmy w końcu zajęli się sobą i pozwolili sobie na przeżywanie.

– Wszystko, co jest zapisane jako traumatyczne, bolesne i co sprawia ciału dyskomfort, jest związane z wysoką aktywacją układu współczulnego (odpowiedzialnego za reakcję walki lub ucieczki pod wpływem stresu) i niską przywspółczulnego (odpowiedzialnego za regenerację i powrót do równowagi). Im bardziej jesteśmy nakręceni przez układ współczulny, tym trudniej przywspółczulnemu sprawić, że wyhamujemy. Pojawia się stres, który wywołuje problemy ze snem, permanentne zmęczenie. Stąd już tylko o krok od chorób psychosomatycznych – tłumaczy Dorota Hołówka i zwraca uwagę , że system nerwowy wybiera te przestrzenie w ciele, które są najczęściej aktywowane w stresującej sytuacji. I tak jeśli na przykład ktoś nie ma prawa wyrazić własnego zdania, będzie somatyzować w okolicach gardła lub krtani. Gdy wychowuje się z alkoholikiem, który jest nieprzewidywalny i agresywny, somatyzacja może wystąpić w okolicy rąk odpowiedzialnych za odepchnięcie agresywnej osoby. Z kolei – jak wyjaśnia terapeutka – bóle barków mogą być związne z braniem na siebie nadmiernej odpowiedzialności czy może z niedojrzałym rodzicem, a choroby autoimmunologiczne – ze złością skierowaną przeciwko samemu sobie. Nie bez powodu nazywa się je chorobami z autoagresji.

– Choć niektórym wyda się to kontrowersyjne, szansą na wyleczenie może być kontakt z… nienawiścią, do której nie dawaliśmy sobie prawa – mówi Dorota Hołówka. Także o raku mówi się, że wpływ na jego pojawienie się może mieć nasze życie wewnętrzne. Na jakiej zasadzie? – Nowotwory bywają rezultatem długotrwałego konfliktu wewnętrznego, często wręcz transgeneracyjnego. W przypadku kobiet może być to na przykład służenie mężczyznom, zapoczątkowane przez babkę, kontynuowane przez matkę i wreszcie przeze mnie samą – zaznacza ekspertka. Często ów konflikt jest tak daleko posunięty, że nie jesteśmy już w stanie zobaczyć, że działamy wbrew sobie. Jesteśmy wręcz dumni ze swojego postępowania, za to mamy coraz mniej sił i energii życiowej.

– Rak przychodzi niejako z pomocą, staje się sygnałem, że dłużej tak nie możemy żyć. Zresztą wiele osób, które wyszły z choroby, zmienia swoje życie. Żyją bliżej siebie i natury. Jeśli zrozumieją przesłanie, jakie niosła ich choroba, stają się potem szczęśliwsze. Ale choć wiele wskazuje na to, że konkretne emocje wywołują konkretne dolegliwości, nie jest to jednak regułą. Pracując z klientem, nigdy z góry nie zakładam, co mu dolega – puentuje Dorota Hołówka.

Zdrowie w głowie

Na koniec pojawia się pytanie. Skoro to umysł powoduje chorobę, czy jesteśmy w stanie uzdrowić się siłą umysłu, wyobrażając sobie z całych sił, że jesteśmy zdrowi?

Zdaniem terapeutki same wizualizacje nie wystarczą, trzeba je połączyć z odpowiednim stanem emocjonalnym. Wtedy – dzięki neuroplastyczności mózgu, która jest potwierdzona naukowo – możemy osiągnąć zamierzony rezultat . Jeśli pomyślimy o czymś, co było dla nas trudne i co jest przyczyną naszej choroby, a jednocześnie wprowadzimy ciało w stan spokoju i rozluźnienia, są spore szanse, że rzeczywiście ono nastąpi. Natomiast jeśli na poziomie emocjonalnym wciąż będziemy pełni lęku i napięcia, nie ma co liczyć, że się cokolwiek zmieni.

Dorota Hołówka porównuje to do sytuacji, gdy kobieta marzy o udanym związku, jednak podświadomie mężczyźni kojarzą jej się z agresją, narcyzmem, egoizmem. – Dopóki nie przepracuje tego na poziomie emocjonalnym, nie ma szansy, że cokolwiek się zmieni. Wciąż będzie spotykała takich, którzy potwierdzą to, co o nich myśli. Rozluźnienie i uspokojenie to ten moment, kiedy przeprogramowuje się mózg. To nasza szansa na uzdrowienie – wyjaśnia.

Czym grożą nieprzepracowane emocje?

W 1950 roku Franz Alexander, amerykański psychoanalityk węgierskiego pochodzenia, uznawany za twórcę psychosomatyki, wyodrębnił siedem chorób, w których wpływ emocji na ich pojawienie się jest najbardziej wyraźny. To tzw. chicagowska siódemka, składają się na nią:

1. Choroba wrzodowa żołądka – tylko w 8 na 10 przypadków odpowiedzialna jest za nią bakteria Helicobacter pylori. 20 proc. pacjentów nie jest zarażonych tą bakterią, zaś przyczyny choroby pozostają nieznane.

2. Nadciśnienie tętnicze – doświadczanie silnych emocji prowadzi do wyraźnego skoku ciśnienia.

3. Atopowe zapalenie skóry – jego patogeneza do tej pory nie została poznana. Wykwity skórne pojawiają się zwłaszcza w sytuacjach zwiększonego napięcia.

4. Nadczynność tarczycy (choroba Gravesa-Basedova) – kłopoty z tarczycą związane są z rejonem gardła, a więc niemożnością sprzeciwu, krzyku, stawiania granic.

5. Reumatoidalne zapalenie stawów – intensywność bólu zwiększa się pod wpływem napięcia, zdenerwowania, lęku.

6. Astma oskrzelowa – ataki astmy nasilają się podczas stresu, co może być porównywane do tłumionego płaczu w dzieciństwie

7. Nieswoiste zapalenie jelit (choroba Leśniewskiego-Crohna) – swój początek często ma równolegle z urazem psychicznym lub trudną sytuacją życiową. Na NZJ częściej zapadają też osoby wysoko wrażliwe. Współczesna medycyna dopisuje do tej listy m.in.: chorobę wieńcową, migreny, choroby autoimmunologiczne, w tym chorobę Hashimoto, i zaburzenia snu.

  1. Psychologia

Wybaczanie to proces. Co zrobić, by nie trwać w żalu?

Wybaczenie przynosi wolność. Nieraz jednak towarzyszy nam przekonanie, że nie wszystko można przebaczyć, bo rany są zbyt głębokie. Czy tak jest naprawdę? (fot. iStock)
Wybaczenie przynosi wolność. Nieraz jednak towarzyszy nam przekonanie, że nie wszystko można przebaczyć, bo rany są zbyt głębokie. Czy tak jest naprawdę? (fot. iStock)
Dookoła przebaczania narosło wiele nieporozumień a także mitów związanych z niewłaściwym podejściem do tematu. Dr David Stoop, amerykański psycholog, psychoterapeuta i doradca rodzinny wyjaśnia je w zrozumiały dla każdego sposób. Na początek warto sobie uświadomić, że przebaczenie dla nikogo nie jest proste.

Z jakimi przekonaniami na temat przebaczania warto się rozstać?

Nieporozumienie nr 1 - Nie można wybaczyć, zanim winowajca nie okaże skruchy. Nieporozumienie nr 2 - Kiedy wybaczasz - musisz zapomnieć. Nieporozumienie nr 3 - Zawsze musisz pojednać się z człowiekiem, któremu przebaczyłeś.

Co właściwie sprawia, że pewne rzeczy są niewybaczalne?

Gdy człowiek dokonuje rozrachunku ze swoją przeszłością i zmaga się ze swymi zranieniami, jako niewybaczalne określa zazwyczaj te czyny, które są dalekie od normalności i łamią podstawowe zasady moralne - występują przeciwko najsilniej ugruntowanym przekonaniom i są zadane nam przez kogoś, kogo obdarzaliśmy zaufaniem i miłością. Osoba, która dopuściła się takiego czynu, nawet jeśli już nie żyje, znajdzie się na naszej czarnej liście z powodu tego, co zrobiła lub zaniedbała. Morderstwo, molestowanie seksualne, zdrada małżeńska, aborcja, gwałt, rozwód, znęcanie się fizyczne, porzucenie - to przykłady, które wyraźnie łamią zasady społeczne.

Przebaczenie a konflikt wartości

Przebaczenie zawsze dotyczy moralnego wymiaru życia. Odnosi się do naszej świadomości dobra i zła, uczciwości i sprawiedliwości. Wiąże się także z uprzytomnieniem sobie, czym jest miłość, współczucie i litość. Gdy ktoś rani nas swym czynem, który pojmujemy jako niewybaczalny, przynajmniej kilka z tych wartości zostało sponiewieranych. Doświadczamy wtedy wewnętrznego konfliktu. Gdy kochana osoba nas zdradza, domagamy się satysfakcji. Doznajemy także wewnętrznego rozdarcia, ponieważ inna część naszego bytu uczuciowo wiąże się z tą osobą, współczuje jej znalezienia się w takiej sytuacji i pragnie dla niej litości. Nieuchronnie rodzi się w nas złość wywołana napięciem między tymi dwoma sposobami rozumowania, nieustająco rywalizującymi o przewagę. Jeśli skłaniamy się ku przebaczeniu, czujemy że musimy zaprzeczyć naszej wizji sprawiedliwości i uczciwości. Jednakże nie przebaczając, zaprzeczamy naszemu zrozumieniu miłości i współczucia. Nie ma łatwego wyjścia z tej niewygodnej sytuacji. Gdy ktoś nas rani i znieważa, nie chodzi tylko o złamanie jakichś norm, ale czujemy, że coś niezwykle ważnego uległo unicestwieniu - nasze poczucie niewinności. Nasze serce rozdziera pytanie - jak coś takiego mogło się wydarzyć? Wtedy naturalne pragnienie sprawiedliwości kieruje się w stronę rewanżu, który może nas tylko zostawić z nawracającym poczuciem pustki.

Rewanż nigdy nie przyniesie satysfakcji, gdyż nigdy nie może zastąpić tego, co zostało utracone. Stare chińskie przysłowie mówi: „Ten, kto szuka odwetu, powinien wykopać dwa groby.”

10 prawd o przebaczeniu

  1. Gdy wybaczasz, nie musisz zapomnieć.
  2. Dobrze jest poczuć gniew, kiedy wybaczasz.
  3. Powinieneś przestać żywić negatywne uczucia wobec osoby, której wybaczasz.
  4. Nie musisz starać się przebaczać natychmiast i zupełnie.
  5. Przebaczenie nie dokonuje się samo. Ból sam nie zniknie. Musi być poprzedzone wyborem, który prowadzi nas poprzez ten proces. Czas nie uleczy rany, tylko ją na trochę znieczuli.
  6. Kiedy przebaczasz, trzeba się przyznać do uczucia nienawiści do osoby, która nas zraniła. Wtedy można to uczucie uwolnić z siebie. Jeśli mu zaprzeczasz, tkwi w tobie.
  7. Przebaczając, nie pobłażamy szkodliwym czynom i złu. Głębia naszego smutku i gniewu bezpośrednio odnoszą się do rozmiaru niesprawiedliwości, z jaką przyszło nam się zmierzyć. Tylko rozpoznając nasz ból, smutek i gniew, jesteśmy gotowi posunąć się naprzód na drodze przebaczenia. Wybaczenie w żadnym wypadku nie zwalnia z odpowiedzialności sprawcy. Jedynie umożliwia nam umorzenie długu, jaki jest nam ten ktoś winien. My sami stajemy się przez to uwolnieni od oczekiwań wynagradzania nam strat, które ponieśliśmy.
  8. Przebaczenie jest zarazem decyzją i procesem. Wymaga czasu.
  9. Warto wybaczyć, nawet jeżeli druga osoba nie jest skruszona. Jeśli twoje wybaczenie zależy od woli skruchy drugiej osoby, jesteś zamknięty w pozycji ofiary, a druga osoba trzyma kontrolę nad tą sytuacją.
  10. W procesie przebaczania warto otworzyć się na perspektywę duchową.

Pułapki braku przebaczenia - droga do stania się zgorzkniałym

Trwanie w żalu, gniewie, poczuciu winy, które powodują przewlekły stres - wiąże się z niemożnością wybaczenia sobie lub innym. Można tu wymienić kilka objawów
  1. Emocjonalne zamknięcie
  2. Depresja
  3. Obwinianie się i zaprzeczanie
  4. Oskarżanie i usprawiedliwianie
  5. Obsesja na punkcie zdarzenia
  6. Zawstydzenie
  7. Poszukiwanie rewanżu
  8. Izolacja i wycofanie

Co dzieje się z naszym ciałem, kiedy nie wybaczamy?

Żyjemy wówczas w ciągłym stresie, prowadzącym zdecydowanie do wypalenia, zarówno fizycznego, jak i emocjonalnego. Kiedykolwiek odczuwamy przedłużający się stres lub napięcie i zmagamy się z długotrwałym gniewem, podwyższony poziom hormonów ma wpływ na serce, układ nerwowy i odpornościowy organizmu, co w konsekwencji czyni nas bardziej podatnymi na nowotwory. Objawami tego we wczesnej fazie są bóle głowy, skurcze mięśni, problemy ze snem, trawieniem, wrzody oraz oczywiście depresja. Według raportu Duke University Mediacal School z 1995 roku, zabójcą numer jeden w USA nie był rak, choroby serca, AIDS ani żadna ze zwykle cytowanych przyczyn śmierci. Zamiast koncentrować się na chorobach, naukowcy badali postawy i emocje, a jako zabójcę numer jeden określili skłonność do nieprzebaczania.

Prawdopodobnie największą korzyścią płynącą z przebaczenia, jest okazja do odnowienia związków międzyludzkich. Przebaczenie jest podstawowym warunkiem do osiągnięcia sukcesu i zadowolenia. Lekarze, terapeuci i uczeni widzą w przebaczeniu skuteczne narzędzie terapii, które przynosi bardzo pozytywne efekty.

Na podstawie książki „Wybaczyć niewybaczalne”, David Stroop, Wydawnictwo WAM, Kraków 2002.