1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. W zadziwieniu - świat pełen cudów

W zadziwieniu - świat pełen cudów

Skoro zostaliśmy stworzeni z miłości i ekspresji ducha, dane jest nam nie tylko postrzegać świat fizyczny, lecz także doświadczać tego, co nazywamy cudem. (Fot. Heritage)
Skoro zostaliśmy stworzeni z miłości i ekspresji ducha, dane jest nam nie tylko postrzegać świat fizyczny, lecz także doświadczać tego, co nazywamy cudem. (Fot. Heritage)
Niektórym nie zdarzają się nigdy, inni – jak pisał Stephen King – widzą je wszędzie. Cuda wydają się pochodzić nie z tego świata, a jednak nasi rozmówcy przekonują, że codzienność aż od nich błyszczy.

Światło z semafora

Katarzyna Miller, psychoterapeutka, psycholożka, filozofka, autorka i współautorka poradników rozwojowych, najnowszy „Poznaj siebie. Karty emocji” ukazał się pod koniec listopada.

Po wszystkim, co przeżyłam i czego doświadczyłam, mogę z całą pewnością powiedzieć, że wierzę w cuda. Te małe i te wielkie. Wierzę, że kiedy ktoś robi coś prawdziwie, uczciwie i do głębi, całym sobą, sercem i wszystkim, czym dysponuje – dzieją się cuda. Przetestowałam to w życiu. Wielokrotnie. Nie chodzi o to, że drzewo w zimie wypuści liście, bo ja tak sobie życzę. Tylko że coś się mieści w życiu, a jednocześnie jest prawie ideałem. Cudem jest to, że idziesz jakąś ścieżką i ona raptem robi się niewidoczna, zamazana, a ty musisz gdzieś brnąć, szukać, utytłać się, aż wreszcie dochodzisz do jakiegoś miejsca i okazuje się, że tam właśnie miałaś dojść. To też stan harmonii – totalnej – i spełnienia. To rozpłynięcie się w zachwycie nad światem. To wreszcie moment, w którym coś się domyka, staje się doskonałe. Myślę, że zapracowałam sobie na pewne cuda, dostałam je za to, że byłam w czymś wytrwała, konsekwentna, wierna czemuś, a czasem i pokorna. Poza tym dostawałam od ludzi – dostaję i mam nadzieję, że jeszcze będę – rzeczy, które wydają mi się cudem. Ludzie czasem robią takie cuda, że aż nas zatyka, do czego są zdolni. Sami siebie nierzadko zatykamy, do czego jesteśmy zdolni – zarówno w dobrym, jak i złym. Na przykład podczas moich wypadków – a przeżyłam dwa groźne wypadki samochodowe, z których nikt nie miał prawa się uratować – za każdym razem żegnałam się z życiem, serdecznie i ciepło, dziękując za to, że się tyle nażyłam (nawet nie przypuszczałam, że będę tak spokojna).

Są też cuda natury, zupełnie nieoczekiwane i za darmo. Od razu przed oczami stają mi te wszystkie niesamowite miejsca, które podziwiałam. Na przykład jak płynęłam pierwszy raz nad rafą koralową – aż nie mogłam pomieścić w sobie tego cudu. Że oto tu, pod moim ciałkiem, w wodzie, w której płynę, dzieją się takie rzeczy. Kto to wymyślił i zrobił takie piękne? Kiedyś z Edkiem byliśmy w Śródborowie, szliśmy sobie lasem, była zima i właśnie zapadał zmrok. Puchaty śnieg leżał na wszystkim, a powietrze miało kolor szarawoniebieskawy, wchodzący w szafir. Wtedy nagle zapalił się semafor przy torach. Ogromny, okrągły, w kolorze malinowej landryny. Puszczał błyski na śnieg i na niebo. To było tak niesamowite, że oboje zamarliśmy. To nie był cud natury, ale techniki, który odbył się w naturze. Czasem cuda dzieją się w grupie terapeutycznej – kiedy na nowo rodzi się dorosły człowiek. To cud tak samo wielki jak ten, kiedy rodzi się dziecko. Zdarzają się tam też olśnienia, kiedy ktoś robi niemalże przewrót kopernikański i nagle widzi wzór swojego życia z zupełnie innej strony. Otworzył swój umysł, uważność, świadomość – już nie będzie nigdy ofiarą tego, co z nim robiono. Pięknie pisze o tym Katarzyna Nosowska w „Powrocie z Bambuko”. W pewnym momencie zrozumiałam, że cuda, o których czytamy w Biblii, są po prostu metaforą. Jezus nie zamienił wody w wino, ale sprawił, że była tak dobra jak wino. Albo przejście przez Morze Czerwone – szedł cały naród, wszyscy mieli jedno marzenie, jedno pragnienie i jedną myśl, by dojść do Ziemi Obiecanej, i byli w tym tak autentyczni, że mieli poczucie, jakby się przed nimi morze rozstąpiło. Ja też miewałam takie poczucie. Dochodziłam do jakiegoś miejsca, momentu, do jakiegoś brzegu – i nic, dalej nie pójdę. A potem wracałam i coś się zmieniało – ja, inni albo sytuacja – i nagle mogłam... Tak więc cuda nam się i zdarzają, i sami je tworzymy. Bo one wszystkie dzieją się dzięki przepływowi energii. Tak jak w medycynie chińskiej, która mówi, że kiedy dbasz o siebie i jesteś zdrowa, to energia w tobie płynie w taki sposób, że całe ciało czuje się żywe i radosne. A jak masz pozatykane różne miejsca, to energia się zatrzymuje. Cudem jest wtedy, że jak cię coś tak całkowicie zachwyci, to wszystko przestaje cię boleć. Co najłatwiej zrozumieć ludziom już trochę starszym, bo jak byłam młoda, to trzy noce nie spałam i też było okej, a teraz już wiem, jak to jest, kiedy coś mnie przestaje nagle boleć. Cud normalnie! Ale cudem wydaje mi się także coś takiego: leży babcia na łożu śmierci, pożegnała się ze wszystkimi bliskimi, obdarowała ich, czym mogła, przeżegnała się, zamknęła oczy i odeszła. Bez lęku, bez jęku, bez chwytania kogoś w panice za rękę. Bardzo to podziwiam.

Pierwszy oddech

Jeannette Kalyta, położna z ponad 30-letnim stażem, autorka książki „Położna. 3550 cudów narodzin”, prekursorka nowych trendów w położnictwie.

Mam wspaniały zawód, i to jest bezsprzeczny cud. Zostałam zainspirowana, zaszczepiona położniczą ideą jako mała dziewczynka, chociaż wtedy nie miałam pojęcia, że przelotne spotkanie może wpłynąć jakkolwiek na moje życie. Miałam około sześciu lat. Byłyśmy z mamą na zakupach, gdy nagle mama dość energicznie pociągnęła mnie za rękę, aż zabolało mnie całe ramię. Dzisiaj, patrząc na ten moment z perspektywy wielu lat, mogę śmiało powiedzieć, że pociągnęła mnie ku przeznaczeniu. Mama dostrzegła w tłumie przechodniów znajomą kobietę. Pamiętam jej granatowy, gruby, długi sweter i dość postawną sylwetkę. Powiedziała: „Jeannette, to pani Janina, położna. Ona pierwsza cię widziała i dotknęła. Zapamiętaj ją”. Mówiąc to, mama miała łzy w oczach. A kobieta uśmiechnęła się do mnie ciepło i czule. Miała w twarzy coś anielskiego. Już nigdy więcej jej nie spotkałam. Ale byłam pewna, że dla mamy była kimś bardzo ważnym, a zawód położnej musi być niezwykły. Przez całe lata, a szczególnie gdy stawałam się młodą kobietą, chodziło za mną pytanie: czym naprawdę jest poród? Czułam, że tkwi w nim jakaś tajemnica i cud. Po latach mogę już powiedzieć, że doświadczam tego cudu na co dzień. Nic się nie dzieje przez przypadek. Nawet na pierwszy rzut oka trudne sytuacje, jakie nas spotykają, okazują się dobre i kierują nasze życie na inne, lepsze tory. Przeznaczenie czy cud? Za każdym razem gdy sięgam po telefon i chcę zrobić zdjęcie, mam poczucie, że chcę utrwalić i zatrzymać jakiś cud. Piękny kwiat, krajobraz, uśmiech czy radość rodziców patrzących w oniemieniu na swoje nowo narodzone dziecko. Zbieramy takie chwile tworzące nasze wspaniałe życie. Cuda często nam umykają, bo jesteśmy zajęci praniem, gotowaniem, pracą czy zakupami. Zmęczenie zamazuje nam obraz. Ale warto zobaczyć cuda nawet w chwili wyczerpania, nierzadko ze łzami w oczach. Każda dobra, mała rzecz to cudowny moment, który warto świętować. Staram się mieć otwarte oczy. Jakiś czas temu szukałam tytułu do warsztatów dla położnych i nagle pierwsze litery słów: Ciało, Umysł, Duch, ułożyły mi się w CUD – wiedziałam, że to dobra droga. Kocham ten moment, gdy dziecko opuszcza łono matki i trzymam je przez chwilę na rękach. Uwielbiam tę niepowtarzalną energię, która wypełnia wtedy pokój. Noworodki nie zawsze płaczą, czasami wyglądają, jakby budziły się z cudownego snu. Gdy rodzi się dziecko w dobrym stanie, choć ostatnie minuty porodu na to nie wskazywały, czuję pokorę, radość i ogromną wdzięczność. Skoro zostaliśmy stworzeni z miłości i ekspresji ducha, dane jest nam nie tylko postrzegać świat fizyczny, lecz także doświadczać tego, co nazywamy cudem. Nie marnujmy tego daru. Cudu nie można wyczekiwać, on się po prostu zdarza i najważniejsze, żeby dostrzec choćby najmniejszą zmianę w sobie.

Sennie padający śnieg

Adam Robiński, pisarz, dziennikarz, fascynat przyrody, autor nagradzanych książek „Hajstry. Krajobraz bocznych dróg” oraz „Kiczery. Podróż przez Bieszczady”.

Cud to pojęcie, którego zwykle używamy, by opisać coś wyjątkowego i niepospolitego, tymczasem zdaje mi się, że chodzi o rzeczy zwykłe i powszechne, niemające nic wspólnego z kościelno-religijną nomenklaturą. To zresztą uderzające, że współcześnie „cud” i „świętość” kojarzą się nam wyłącznie i jednoznacznie z człowiekiem. Święte są dziś wytwory człowieka – budynki, przedmioty, szczątki, prawa – lub sami ludzie. Niektórzy stają się święci jeszcze za życia. A co z resztą? Jakiś czas temu rozmawiałem z islandzkim pisarzem Andrim Magnasonem. Przekonywał mnie, że ludzkie podejście do świata pozaludzkiego jest tak wypaczone, że nie ma już dla nas świętych miejsc, świętej ziemi. Takiej, którą nawet chciwy inżynier zostawi w spokoju. Te słowa padły w kontekście islandzkiego interioru, ale możemy je oczywiście przenieść na polski grunt i wskazać choćby Puszczę Białowieską, jakiś czas temu również niszczoną bez żadnej głębszej refleksji, albo cięte na potęgę lasy bieszczadzkie. Potwornie to wszystko egoistyczne z naszej strony. Co za uzurpacja! Dlatego jeśli ktoś pyta mnie o świętość lub cud, przewrotnie szukam tych pojęć na antypodach ogólnie pojętego rozumienia – wszędzie tam, gdzie człowieka nie ma, a wszystko toczy się bez jego udziału. Jednym z takich cudów była dla mnie miniona wiosna, wiosna roku pandemii, którą wszyscy podziwialiśmy zamknięci w domach, przez szybkę. Z własnych kuchni i sypialni widzieliśmy gdzieś tam na niebie powracające z daleka gęsi czy zieleniące się drzewa. Tak wiele nas omijało! Człowiek zniknął z krajobrazu, a przyroda i tak wiedziała, co robić. Nie potrzebujemy zresztą pandemii, by zamiast się udzielać i gadać, po prostu patrzeć i słuchać. Kucnąć nad stawem i patrzeć na bobry. Stanąć na skraju łąki i słuchać jeleni. Gapiąc się w fale Bałtyku, dumać nad niezwykłością świata waleni. Albo po prostu wypatrywać gwiazd. Tak naprawdę świat przewija się nam przed oczami jak film przyrodniczy na jakimś Netflixie. Najbardziej niesamowite w tym wszystkim jest to, że jest za darmo, nie potrzebuje reklamy, nikt nam tego świata natury nachalnie nie wciska. To jest nasza wspólna bańka. Być może trochę przesadzam z tym wyjmowaniem z układanki człowieka. Bo przecież cudem jest też nawiązywanie międzygatunkowych interakcji. Z domowym kotem, ale i z dzikim zwierzęciem na jego terytorium. Trzeba mu spojrzeć w oczy, żeby zobaczyć inną inteligencję. Kilka tygodni temu nad Morzem Północnym obserwowałem, jak foki z podziwem patrzą na kitesurferów. Wystawiały głowy z wody wyraźnie zafascynowane tymi ogromnymi latawcami, które śmigały nieopodal. Wodziły za nimi wzrokiem. Niesamowite przeżycie. A więc ta niesamowitość jest często pospolita. Jak wschód słońca oglądany w wyjątkowym miejscu. Na przykład na środku morza. Z wielkiej czerni nagle zaczynają się wyłaniać kolory: najpierw wszystko robi się błękitne, a potem przechodzi w październikową szarość. Nadejście kolejnego dnia jest cudem. Być może świat sprowadza się właśnie do tych kolejnych wschodów słońca i nadchodzących wiosen, a nam nie pozostaje nic innego niż im świadkować. Podziwiać formujące się chmury albo sennie padający śnieg. Być może nic poza tym nie ma? Trudno być non stop otwartym na takie bodźce, kiedy na co dzień otaczają nas ściany, beton i szum zakorkowanych miast. Ale ktoś mi kiedyś opowiedział o zielonej godzinie – raz w tygodniu, nieważne, deszcz czy upał, jedzie z rodziną do lasu. Tylko po to, żeby w nim pobyć. Traktuje to jako obowiązkowe zajęcie pozalekcyjne, takie, z którego nie rezygnuje się, „bo mi się nie chce”. Chyba dobrze narzucić sobie taką dyscyplinę. Żeby nie było jak w wierszu Szymborskiej, w którym podmiot liryczny przyznaje się do złego sprawowania we wszechświecie: „Przeżyłam całą dobę nie pytając o nic, nie dziwiąc się niczemu”. No więc cuda i dziwy są wszędzie dookoła, a naszym obowiązkiem jest je podziwiać.

Nasz ptaszek

Beata Sadowska, dziennikarka z ponad 25-letnim doświadczeniem, biegaczka, twórczyni platformy Mentalist.pl.

Bardzo lubię słowo „cud” i często go używam. Podobnie jak słowo „marzenie”. Często mówię tak o ludziach – że są cudem. Ujmują mnie w nich proste gesty, jak ten naszego francuskiego sąsiada, który podczas pandemii za każdym razem kiedy smażył dla swoich wnuczek crêpes, czyli francuskie naleśniki, zostawiał kilka na parapecie – dla naszych dzieci. Najbardziej wierzę w małe wielkie cuda, drobnostki, które sprawiają, że życie staje się magiczne. Cudem jest dla mnie to, że się codziennie budzę, bo przecież nikt mi tego nie zagwarantował. Lubię sobie rano powiedzieć: „Dziękuję. Super, że znowu jestem”. Mam taki rytuał, że wstaję godzinę przed tym, zanim obudzi się cały dom. I tę godzinę poświęcam tylko sobie. Robię ćwiczenia oddechowe, rytuały tybetańskie i kawę – z kardamonem, cynamonem, goździkami, odrobiną kurkumy oraz oleju kokosowego (tłuszcz wspomaga przyswajanie kurkuminy i nie wypłukuje magnezu). To, że mogę się w tym czasie pogapić przez okno, że nikt niczego ode mnie nie chce ani ja nie chcę niczego od nikogo – to jest dla mnie właśnie cud. Zdarza mi się nazywać cudem lub magią to, że spotykam różnych ludzi na mojej drodze. W dorosłym życiu o wiele trudniej – przynajmniej z mojego punktu widzenia – się zaprzyjaźnić. Mam więc przyjaciół głównie z podwórka czy podstawówki, ale czasem pojawi się ktoś, z kim jest mi nieprawdopodobnie po drodze, bo podobnie myślimy albo coś mnie w nim ujmie. A zwykle ujmuje mnie to, że ktoś jest dobrym człowiekiem. Wrażliwym. Że mówi, a nie krzyczy. Dziś liczy się przebojowość, dla mnie równie wielką siłą jest delikatność. Tacy ludzie są cudem. Wierzę w to, że jak bardzo czegoś chcemy, to świat nam sprzyja. Oczywiście, marzeniom trzeba pomagać, a czasem pomaga właśnie cud. Zawsze marzyłam o tym, by mieszkać pośród natury. To się nie wydarzyło ot tak, ale się wydarzyło. W jakiejś części dzięki całej mojej rodzinie, ale też dzięki mnie samej. Musiałam się zmierzyć z moimi wewnętrznymi demonami, wiele planów i pragnień zawiesić na kołku. Dzisiaj mam dwa domy, jeden w Warszawie, drugi w Chamonix [więcej o nim w rubryce Kobieta we wnętrzu – przyp. red.] – gdzie nagrywam wykłady i prowadzę warsztaty, ale wiodę tam raczej życie na uboczu, z dala od wielkiego świata.

Pamiętam, jak którejś nocy obudziłam się z wielkim ciężarem na klatce piersiowej. Pomyślałam: „O co mi chodzi? Jestem zdrowa, nie mam większych zmartwień czy stresu, skąd te zaciskające się kleszcze?”. Dotarło do mnie, że to jest moje ego, które mówi rozkosznie: „Ciebie już nie ma, nikogo nie interesujesz. Nie pojawisz się już na żadnej okładce”. I tak jak mnie to przeraziło, tak mnie rozśmieszyło. Przecież ja już z nikim się nie ścigam, a jednak mam głęboko zaszczepiony jakiś określony model kariery i sukcesu. Pomyślałam sobie: „Jaki to jest wielki cud, że mogę to nazwać i powiedzieć: »do widzenia«”. I gdy wypowiedziałam to na głos, ego poszło precz. To my tworzymy najpiękniejsze cuda. Dowód? W naszym domu w górach mamy duże okno. Na początku się nie zorientowaliśmy, że dla ptaków to jest przestrzeń, której nie widzą – wydaje im się, że to nadal niebo. Teraz na szybie są odpowiednie naklejki, ale zanim to się stało, mieliśmy dwie bardzo przykre dla nas i dla dzieci sytuacje. Pierwszego ptaszka udało się odratować, ale dwa kolejne nie miały tyle szczęścia. Jeden z nich wieczorem jeszcze żył, ale rano znalazłam go martwego. Pomyślałam sobie, że mogę go albo wynieść i zakopać w lesie, mówiąc dzieciom, że nocą odleciał, albo dać im ważną lekcję tego, jak funkcjonuje natura. Chłopcy są jeszcze mali – jeden ma 4,5 roku, drugi – 7 lat, a to było prawie rok temu – ale coś mi podpowiadało, że są na to gotowi. Powiedziałam im więc, że ptaszek nie przeżył i że musimy zrobić mu pogrzeb i się z nim pożegnać. Kiedy już zasypaliśmy grób ziemią i ułożyliśmy na nim kamyki, powiedziałam chłopcom: „Zobaczycie, że jak będziemy wracać, to usłyszycie, że ptaki śpiewają. Jeden z nich będzie właśnie tym naszym ptaszkiem. I w ten sposób nam podziękuje. Bo taki jest krąg życia, że odchodzimy, a potem wracamy. I nasz ptaszek wróci jako piękny, silny ptak”. W drodze powrotnej rzeczywiście rozległ się świergot, a chłopcy wykrzyknęli: „Mamo, słyszymy go, to nasz ptaszek. Jest już młody i silny”. I wiecie co, ja też go usłyszałam.

Genialne ciało

Alexander Poraj-Żakiej, mistrz zen, dyrektor duchowy Centrum Uważności i Medytacji „Benediktushof” w Holzkirchen, współinicjator powołania niemieckiej Fundacji Mądrość Wschodu i Zachodu oraz Polsko-Niemieckiej Fundacji Willigisa Jägera.

Kwestia cudów nie sprowadza się do pytania o to, czy one się zdarzają, czy nie, tylko o to, co ja pod pojęciem cudu rozumiem. A faktem jest, że w moim życiu, ale też w życiu każdego z nas, zdarza się mnóstwo sytuacji, które są – w sposób zagrażający lub wspaniały – nieplanowane, niewyobrażalne i niewytłumaczalne. To może być na przykład spotkanie, które wszystko zmienia. I może ono dotyczyć sfery zawodowej, osobistej, zdrowotnej lub na przykład rozwiązania problemu, z którego wcześniej nie widziałem wyjścia. Kiedyś, kiedy byłem prezesem sieci szpitali, mieliśmy poważny kryzys finansowy, staliśmy właściwie na skraju bankructwa i nie było racjonalnie ani czasu, ani sposobów na to, by temu przeciwdziałać. Uważaliśmy, że wykorzystaliśmy już naprawdę wszystkie szanse. I nagle pewne spotkanie otworzyło nam oczy na zupełnie nowy sposób finansowania, którego nie braliśmy wcześniej pod uwagę, bo nie mieliśmy o nim zielonego pojęcia. I nie tylko uratowaliśmy się przed bankructwem, ale też dzięki okolicznościom, które nastąpiły potem i które też nie były do przewidzenia – staliśmy się nie tylko dobrą, ale i całkiem rentowną firmą. Mógłbym więc powiedzieć, że w moim życiu zdarzyły się w ciągu roku dwa cuda. Jak ja sobie je tłumaczę? Myślę, że jako ludzie nie jesteśmy w stanie ogarnąć kompleksowości i złożoności rzeczywistości, która nas otacza. Nasz sposób patrzenia, odczuwania tego, co się dzieje, ale i wynikającego z tego działania, jest tak ułomny wobec zaawansowania procesów, jakie zachodzą na świecie, że wpływ na ten świat mamy tak naprawdę marginalny. Weźmy taki przykład: nasz organizm, który nie komunikuje nam 99,99 proc. wszystkich reakcji, jakie w nim zachodzą. Nie informuje nas o tym, że likwiduje właśnie 100 tysięcy komórek i zastępuje je nowymi i może w związku z tym będzie kilka lepszych. Żadna komórka naszego organizmu nie wysyła nam komunikatów na temat tego, co robi lub co będzie robić. Całe bardzo skomplikowane systemy w naszym organizmie działają non stop, być może dzięki temu, że my nie wiemy, o co chodzi, bo gdybyśmy wiedzieli, to może byśmy to spieprzyli. A to przecież tylko nasz organizm, który rzekomo tak znamy. Życie jest na tyle mądre, że nie mówi nam większości rzeczy, ponieważ nasz sposób wkraczania i ingerowania w to, co się dzieje, kończy się przeważnie katastrofą. Ten promilek promila tego, co nam się wydaje, że możemy zrobić, na razie jako ludzkość wykorzystaliśmy i wykorzystujemy w tak tragiczny sposób przeciwko sobie i życiu, że nie możemy powiedzieć, iż to przynosi komukolwiek jakąś korzyść. Jesteśmy na najlepszej drodze do uświadomienia sobie, że od dłuższego czasu wykańczamy możliwości naszego istnienia, obchodząc się z naturą tak, jak się obchodzimy. O wojnach i pożogach już nie wspominając. Dlatego lubię mówić, że my jesteśmy cudem i żyjemy w cudzie, bo całe życie to jest jeden wielki cud. W takim znaczeniu, że jest tajemnicą, niezgłębioną, nie do ogarnięcia i nie do zrozumienia przez nasze umysły, łącznie ze wszystkimi maszynami. W obliczu tego cudu wszystkie inne tracą na znaczeniu. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze