1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. W zadziwieniu - świat pełen cudów

W zadziwieniu - świat pełen cudów

Skoro zostaliśmy stworzeni z miłości i ekspresji ducha, dane jest nam nie tylko postrzegać świat fizyczny, lecz także doświadczać tego, co nazywamy cudem. (Fot. Heritage)
Skoro zostaliśmy stworzeni z miłości i ekspresji ducha, dane jest nam nie tylko postrzegać świat fizyczny, lecz także doświadczać tego, co nazywamy cudem. (Fot. Heritage)
Niektórym nie zdarzają się nigdy, inni – jak pisał Stephen King – widzą je wszędzie. Cuda wydają się pochodzić nie z tego świata, a jednak nasi rozmówcy przekonują, że codzienność aż od nich błyszczy.

Światło z semafora

Katarzyna Miller, psychoterapeutka, psycholożka, filozofka, autorka i współautorka poradników rozwojowych, najnowszy „Poznaj siebie. Karty emocji” ukazał się pod koniec listopada.

Po wszystkim, co przeżyłam i czego doświadczyłam, mogę z całą pewnością powiedzieć, że wierzę w cuda. Te małe i te wielkie. Wierzę, że kiedy ktoś robi coś prawdziwie, uczciwie i do głębi, całym sobą, sercem i wszystkim, czym dysponuje – dzieją się cuda. Przetestowałam to w życiu. Wielokrotnie. Nie chodzi o to, że drzewo w zimie wypuści liście, bo ja tak sobie życzę. Tylko że coś się mieści w życiu, a jednocześnie jest prawie ideałem. Cudem jest to, że idziesz jakąś ścieżką i ona raptem robi się niewidoczna, zamazana, a ty musisz gdzieś brnąć, szukać, utytłać się, aż wreszcie dochodzisz do jakiegoś miejsca i okazuje się, że tam właśnie miałaś dojść. To też stan harmonii – totalnej – i spełnienia. To rozpłynięcie się w zachwycie nad światem. To wreszcie moment, w którym coś się domyka, staje się doskonałe. Myślę, że zapracowałam sobie na pewne cuda, dostałam je za to, że byłam w czymś wytrwała, konsekwentna, wierna czemuś, a czasem i pokorna. Poza tym dostawałam od ludzi – dostaję i mam nadzieję, że jeszcze będę – rzeczy, które wydają mi się cudem. Ludzie czasem robią takie cuda, że aż nas zatyka, do czego są zdolni. Sami siebie nierzadko zatykamy, do czego jesteśmy zdolni – zarówno w dobrym, jak i złym. Na przykład podczas moich wypadków – a przeżyłam dwa groźne wypadki samochodowe, z których nikt nie miał prawa się uratować – za każdym razem żegnałam się z życiem, serdecznie i ciepło, dziękując za to, że się tyle nażyłam (nawet nie przypuszczałam, że będę tak spokojna).

Są też cuda natury, zupełnie nieoczekiwane i za darmo. Od razu przed oczami stają mi te wszystkie niesamowite miejsca, które podziwiałam. Na przykład jak płynęłam pierwszy raz nad rafą koralową – aż nie mogłam pomieścić w sobie tego cudu. Że oto tu, pod moim ciałkiem, w wodzie, w której płynę, dzieją się takie rzeczy. Kto to wymyślił i zrobił takie piękne? Kiedyś z Edkiem byliśmy w Śródborowie, szliśmy sobie lasem, była zima i właśnie zapadał zmrok. Puchaty śnieg leżał na wszystkim, a powietrze miało kolor szarawoniebieskawy, wchodzący w szafir. Wtedy nagle zapalił się semafor przy torach. Ogromny, okrągły, w kolorze malinowej landryny. Puszczał błyski na śnieg i na niebo. To było tak niesamowite, że oboje zamarliśmy. To nie był cud natury, ale techniki, który odbył się w naturze. Czasem cuda dzieją się w grupie terapeutycznej – kiedy na nowo rodzi się dorosły człowiek. To cud tak samo wielki jak ten, kiedy rodzi się dziecko. Zdarzają się tam też olśnienia, kiedy ktoś robi niemalże przewrót kopernikański i nagle widzi wzór swojego życia z zupełnie innej strony. Otworzył swój umysł, uważność, świadomość – już nie będzie nigdy ofiarą tego, co z nim robiono. Pięknie pisze o tym Katarzyna Nosowska w „Powrocie z Bambuko”. W pewnym momencie zrozumiałam, że cuda, o których czytamy w Biblii, są po prostu metaforą. Jezus nie zamienił wody w wino, ale sprawił, że była tak dobra jak wino. Albo przejście przez Morze Czerwone – szedł cały naród, wszyscy mieli jedno marzenie, jedno pragnienie i jedną myśl, by dojść do Ziemi Obiecanej, i byli w tym tak autentyczni, że mieli poczucie, jakby się przed nimi morze rozstąpiło. Ja też miewałam takie poczucie. Dochodziłam do jakiegoś miejsca, momentu, do jakiegoś brzegu – i nic, dalej nie pójdę. A potem wracałam i coś się zmieniało – ja, inni albo sytuacja – i nagle mogłam... Tak więc cuda nam się i zdarzają, i sami je tworzymy. Bo one wszystkie dzieją się dzięki przepływowi energii. Tak jak w medycynie chińskiej, która mówi, że kiedy dbasz o siebie i jesteś zdrowa, to energia w tobie płynie w taki sposób, że całe ciało czuje się żywe i radosne. A jak masz pozatykane różne miejsca, to energia się zatrzymuje. Cudem jest wtedy, że jak cię coś tak całkowicie zachwyci, to wszystko przestaje cię boleć. Co najłatwiej zrozumieć ludziom już trochę starszym, bo jak byłam młoda, to trzy noce nie spałam i też było okej, a teraz już wiem, jak to jest, kiedy coś mnie przestaje nagle boleć. Cud normalnie! Ale cudem wydaje mi się także coś takiego: leży babcia na łożu śmierci, pożegnała się ze wszystkimi bliskimi, obdarowała ich, czym mogła, przeżegnała się, zamknęła oczy i odeszła. Bez lęku, bez jęku, bez chwytania kogoś w panice za rękę. Bardzo to podziwiam.

Pierwszy oddech

Jeannette Kalyta, położna z ponad 30-letnim stażem, autorka książki „Położna. 3550 cudów narodzin”, prekursorka nowych trendów w położnictwie.

Mam wspaniały zawód, i to jest bezsprzeczny cud. Zostałam zainspirowana, zaszczepiona położniczą ideą jako mała dziewczynka, chociaż wtedy nie miałam pojęcia, że przelotne spotkanie może wpłynąć jakkolwiek na moje życie. Miałam około sześciu lat. Byłyśmy z mamą na zakupach, gdy nagle mama dość energicznie pociągnęła mnie za rękę, aż zabolało mnie całe ramię. Dzisiaj, patrząc na ten moment z perspektywy wielu lat, mogę śmiało powiedzieć, że pociągnęła mnie ku przeznaczeniu. Mama dostrzegła w tłumie przechodniów znajomą kobietę. Pamiętam jej granatowy, gruby, długi sweter i dość postawną sylwetkę. Powiedziała: „Jeannette, to pani Janina, położna. Ona pierwsza cię widziała i dotknęła. Zapamiętaj ją”. Mówiąc to, mama miała łzy w oczach. A kobieta uśmiechnęła się do mnie ciepło i czule. Miała w twarzy coś anielskiego. Już nigdy więcej jej nie spotkałam. Ale byłam pewna, że dla mamy była kimś bardzo ważnym, a zawód położnej musi być niezwykły. Przez całe lata, a szczególnie gdy stawałam się młodą kobietą, chodziło za mną pytanie: czym naprawdę jest poród? Czułam, że tkwi w nim jakaś tajemnica i cud. Po latach mogę już powiedzieć, że doświadczam tego cudu na co dzień. Nic się nie dzieje przez przypadek. Nawet na pierwszy rzut oka trudne sytuacje, jakie nas spotykają, okazują się dobre i kierują nasze życie na inne, lepsze tory. Przeznaczenie czy cud? Za każdym razem gdy sięgam po telefon i chcę zrobić zdjęcie, mam poczucie, że chcę utrwalić i zatrzymać jakiś cud. Piękny kwiat, krajobraz, uśmiech czy radość rodziców patrzących w oniemieniu na swoje nowo narodzone dziecko. Zbieramy takie chwile tworzące nasze wspaniałe życie. Cuda często nam umykają, bo jesteśmy zajęci praniem, gotowaniem, pracą czy zakupami. Zmęczenie zamazuje nam obraz. Ale warto zobaczyć cuda nawet w chwili wyczerpania, nierzadko ze łzami w oczach. Każda dobra, mała rzecz to cudowny moment, który warto świętować. Staram się mieć otwarte oczy. Jakiś czas temu szukałam tytułu do warsztatów dla położnych i nagle pierwsze litery słów: Ciało, Umysł, Duch, ułożyły mi się w CUD – wiedziałam, że to dobra droga. Kocham ten moment, gdy dziecko opuszcza łono matki i trzymam je przez chwilę na rękach. Uwielbiam tę niepowtarzalną energię, która wypełnia wtedy pokój. Noworodki nie zawsze płaczą, czasami wyglądają, jakby budziły się z cudownego snu. Gdy rodzi się dziecko w dobrym stanie, choć ostatnie minuty porodu na to nie wskazywały, czuję pokorę, radość i ogromną wdzięczność. Skoro zostaliśmy stworzeni z miłości i ekspresji ducha, dane jest nam nie tylko postrzegać świat fizyczny, lecz także doświadczać tego, co nazywamy cudem. Nie marnujmy tego daru. Cudu nie można wyczekiwać, on się po prostu zdarza i najważniejsze, żeby dostrzec choćby najmniejszą zmianę w sobie.

Sennie padający śnieg

Adam Robiński, pisarz, dziennikarz, fascynat przyrody, autor nagradzanych książek „Hajstry. Krajobraz bocznych dróg” oraz „Kiczery. Podróż przez Bieszczady”.

Cud to pojęcie, którego zwykle używamy, by opisać coś wyjątkowego i niepospolitego, tymczasem zdaje mi się, że chodzi o rzeczy zwykłe i powszechne, niemające nic wspólnego z kościelno-religijną nomenklaturą. To zresztą uderzające, że współcześnie „cud” i „świętość” kojarzą się nam wyłącznie i jednoznacznie z człowiekiem. Święte są dziś wytwory człowieka – budynki, przedmioty, szczątki, prawa – lub sami ludzie. Niektórzy stają się święci jeszcze za życia. A co z resztą? Jakiś czas temu rozmawiałem z islandzkim pisarzem Andrim Magnasonem. Przekonywał mnie, że ludzkie podejście do świata pozaludzkiego jest tak wypaczone, że nie ma już dla nas świętych miejsc, świętej ziemi. Takiej, którą nawet chciwy inżynier zostawi w spokoju. Te słowa padły w kontekście islandzkiego interioru, ale możemy je oczywiście przenieść na polski grunt i wskazać choćby Puszczę Białowieską, jakiś czas temu również niszczoną bez żadnej głębszej refleksji, albo cięte na potęgę lasy bieszczadzkie. Potwornie to wszystko egoistyczne z naszej strony. Co za uzurpacja! Dlatego jeśli ktoś pyta mnie o świętość lub cud, przewrotnie szukam tych pojęć na antypodach ogólnie pojętego rozumienia – wszędzie tam, gdzie człowieka nie ma, a wszystko toczy się bez jego udziału. Jednym z takich cudów była dla mnie miniona wiosna, wiosna roku pandemii, którą wszyscy podziwialiśmy zamknięci w domach, przez szybkę. Z własnych kuchni i sypialni widzieliśmy gdzieś tam na niebie powracające z daleka gęsi czy zieleniące się drzewa. Tak wiele nas omijało! Człowiek zniknął z krajobrazu, a przyroda i tak wiedziała, co robić. Nie potrzebujemy zresztą pandemii, by zamiast się udzielać i gadać, po prostu patrzeć i słuchać. Kucnąć nad stawem i patrzeć na bobry. Stanąć na skraju łąki i słuchać jeleni. Gapiąc się w fale Bałtyku, dumać nad niezwykłością świata waleni. Albo po prostu wypatrywać gwiazd. Tak naprawdę świat przewija się nam przed oczami jak film przyrodniczy na jakimś Netflixie. Najbardziej niesamowite w tym wszystkim jest to, że jest za darmo, nie potrzebuje reklamy, nikt nam tego świata natury nachalnie nie wciska. To jest nasza wspólna bańka. Być może trochę przesadzam z tym wyjmowaniem z układanki człowieka. Bo przecież cudem jest też nawiązywanie międzygatunkowych interakcji. Z domowym kotem, ale i z dzikim zwierzęciem na jego terytorium. Trzeba mu spojrzeć w oczy, żeby zobaczyć inną inteligencję. Kilka tygodni temu nad Morzem Północnym obserwowałem, jak foki z podziwem patrzą na kitesurferów. Wystawiały głowy z wody wyraźnie zafascynowane tymi ogromnymi latawcami, które śmigały nieopodal. Wodziły za nimi wzrokiem. Niesamowite przeżycie. A więc ta niesamowitość jest często pospolita. Jak wschód słońca oglądany w wyjątkowym miejscu. Na przykład na środku morza. Z wielkiej czerni nagle zaczynają się wyłaniać kolory: najpierw wszystko robi się błękitne, a potem przechodzi w październikową szarość. Nadejście kolejnego dnia jest cudem. Być może świat sprowadza się właśnie do tych kolejnych wschodów słońca i nadchodzących wiosen, a nam nie pozostaje nic innego niż im świadkować. Podziwiać formujące się chmury albo sennie padający śnieg. Być może nic poza tym nie ma? Trudno być non stop otwartym na takie bodźce, kiedy na co dzień otaczają nas ściany, beton i szum zakorkowanych miast. Ale ktoś mi kiedyś opowiedział o zielonej godzinie – raz w tygodniu, nieważne, deszcz czy upał, jedzie z rodziną do lasu. Tylko po to, żeby w nim pobyć. Traktuje to jako obowiązkowe zajęcie pozalekcyjne, takie, z którego nie rezygnuje się, „bo mi się nie chce”. Chyba dobrze narzucić sobie taką dyscyplinę. Żeby nie było jak w wierszu Szymborskiej, w którym podmiot liryczny przyznaje się do złego sprawowania we wszechświecie: „Przeżyłam całą dobę nie pytając o nic, nie dziwiąc się niczemu”. No więc cuda i dziwy są wszędzie dookoła, a naszym obowiązkiem jest je podziwiać.

Nasz ptaszek

Beata Sadowska, dziennikarka z ponad 25-letnim doświadczeniem, biegaczka, twórczyni platformy Mentalist.pl.

Bardzo lubię słowo „cud” i często go używam. Podobnie jak słowo „marzenie”. Często mówię tak o ludziach – że są cudem. Ujmują mnie w nich proste gesty, jak ten naszego francuskiego sąsiada, który podczas pandemii za każdym razem kiedy smażył dla swoich wnuczek crêpes, czyli francuskie naleśniki, zostawiał kilka na parapecie – dla naszych dzieci. Najbardziej wierzę w małe wielkie cuda, drobnostki, które sprawiają, że życie staje się magiczne. Cudem jest dla mnie to, że się codziennie budzę, bo przecież nikt mi tego nie zagwarantował. Lubię sobie rano powiedzieć: „Dziękuję. Super, że znowu jestem”. Mam taki rytuał, że wstaję godzinę przed tym, zanim obudzi się cały dom. I tę godzinę poświęcam tylko sobie. Robię ćwiczenia oddechowe, rytuały tybetańskie i kawę – z kardamonem, cynamonem, goździkami, odrobiną kurkumy oraz oleju kokosowego (tłuszcz wspomaga przyswajanie kurkuminy i nie wypłukuje magnezu). To, że mogę się w tym czasie pogapić przez okno, że nikt niczego ode mnie nie chce ani ja nie chcę niczego od nikogo – to jest dla mnie właśnie cud. Zdarza mi się nazywać cudem lub magią to, że spotykam różnych ludzi na mojej drodze. W dorosłym życiu o wiele trudniej – przynajmniej z mojego punktu widzenia – się zaprzyjaźnić. Mam więc przyjaciół głównie z podwórka czy podstawówki, ale czasem pojawi się ktoś, z kim jest mi nieprawdopodobnie po drodze, bo podobnie myślimy albo coś mnie w nim ujmie. A zwykle ujmuje mnie to, że ktoś jest dobrym człowiekiem. Wrażliwym. Że mówi, a nie krzyczy. Dziś liczy się przebojowość, dla mnie równie wielką siłą jest delikatność. Tacy ludzie są cudem. Wierzę w to, że jak bardzo czegoś chcemy, to świat nam sprzyja. Oczywiście, marzeniom trzeba pomagać, a czasem pomaga właśnie cud. Zawsze marzyłam o tym, by mieszkać pośród natury. To się nie wydarzyło ot tak, ale się wydarzyło. W jakiejś części dzięki całej mojej rodzinie, ale też dzięki mnie samej. Musiałam się zmierzyć z moimi wewnętrznymi demonami, wiele planów i pragnień zawiesić na kołku. Dzisiaj mam dwa domy, jeden w Warszawie, drugi w Chamonix [więcej o nim w rubryce Kobieta we wnętrzu – przyp. red.] – gdzie nagrywam wykłady i prowadzę warsztaty, ale wiodę tam raczej życie na uboczu, z dala od wielkiego świata.

Pamiętam, jak którejś nocy obudziłam się z wielkim ciężarem na klatce piersiowej. Pomyślałam: „O co mi chodzi? Jestem zdrowa, nie mam większych zmartwień czy stresu, skąd te zaciskające się kleszcze?”. Dotarło do mnie, że to jest moje ego, które mówi rozkosznie: „Ciebie już nie ma, nikogo nie interesujesz. Nie pojawisz się już na żadnej okładce”. I tak jak mnie to przeraziło, tak mnie rozśmieszyło. Przecież ja już z nikim się nie ścigam, a jednak mam głęboko zaszczepiony jakiś określony model kariery i sukcesu. Pomyślałam sobie: „Jaki to jest wielki cud, że mogę to nazwać i powiedzieć: »do widzenia«”. I gdy wypowiedziałam to na głos, ego poszło precz. To my tworzymy najpiękniejsze cuda. Dowód? W naszym domu w górach mamy duże okno. Na początku się nie zorientowaliśmy, że dla ptaków to jest przestrzeń, której nie widzą – wydaje im się, że to nadal niebo. Teraz na szybie są odpowiednie naklejki, ale zanim to się stało, mieliśmy dwie bardzo przykre dla nas i dla dzieci sytuacje. Pierwszego ptaszka udało się odratować, ale dwa kolejne nie miały tyle szczęścia. Jeden z nich wieczorem jeszcze żył, ale rano znalazłam go martwego. Pomyślałam sobie, że mogę go albo wynieść i zakopać w lesie, mówiąc dzieciom, że nocą odleciał, albo dać im ważną lekcję tego, jak funkcjonuje natura. Chłopcy są jeszcze mali – jeden ma 4,5 roku, drugi – 7 lat, a to było prawie rok temu – ale coś mi podpowiadało, że są na to gotowi. Powiedziałam im więc, że ptaszek nie przeżył i że musimy zrobić mu pogrzeb i się z nim pożegnać. Kiedy już zasypaliśmy grób ziemią i ułożyliśmy na nim kamyki, powiedziałam chłopcom: „Zobaczycie, że jak będziemy wracać, to usłyszycie, że ptaki śpiewają. Jeden z nich będzie właśnie tym naszym ptaszkiem. I w ten sposób nam podziękuje. Bo taki jest krąg życia, że odchodzimy, a potem wracamy. I nasz ptaszek wróci jako piękny, silny ptak”. W drodze powrotnej rzeczywiście rozległ się świergot, a chłopcy wykrzyknęli: „Mamo, słyszymy go, to nasz ptaszek. Jest już młody i silny”. I wiecie co, ja też go usłyszałam.

Genialne ciało

Alexander Poraj-Żakiej, mistrz zen, dyrektor duchowy Centrum Uważności i Medytacji „Benediktushof” w Holzkirchen, współinicjator powołania niemieckiej Fundacji Mądrość Wschodu i Zachodu oraz Polsko-Niemieckiej Fundacji Willigisa Jägera.

Kwestia cudów nie sprowadza się do pytania o to, czy one się zdarzają, czy nie, tylko o to, co ja pod pojęciem cudu rozumiem. A faktem jest, że w moim życiu, ale też w życiu każdego z nas, zdarza się mnóstwo sytuacji, które są – w sposób zagrażający lub wspaniały – nieplanowane, niewyobrażalne i niewytłumaczalne. To może być na przykład spotkanie, które wszystko zmienia. I może ono dotyczyć sfery zawodowej, osobistej, zdrowotnej lub na przykład rozwiązania problemu, z którego wcześniej nie widziałem wyjścia. Kiedyś, kiedy byłem prezesem sieci szpitali, mieliśmy poważny kryzys finansowy, staliśmy właściwie na skraju bankructwa i nie było racjonalnie ani czasu, ani sposobów na to, by temu przeciwdziałać. Uważaliśmy, że wykorzystaliśmy już naprawdę wszystkie szanse. I nagle pewne spotkanie otworzyło nam oczy na zupełnie nowy sposób finansowania, którego nie braliśmy wcześniej pod uwagę, bo nie mieliśmy o nim zielonego pojęcia. I nie tylko uratowaliśmy się przed bankructwem, ale też dzięki okolicznościom, które nastąpiły potem i które też nie były do przewidzenia – staliśmy się nie tylko dobrą, ale i całkiem rentowną firmą. Mógłbym więc powiedzieć, że w moim życiu zdarzyły się w ciągu roku dwa cuda. Jak ja sobie je tłumaczę? Myślę, że jako ludzie nie jesteśmy w stanie ogarnąć kompleksowości i złożoności rzeczywistości, która nas otacza. Nasz sposób patrzenia, odczuwania tego, co się dzieje, ale i wynikającego z tego działania, jest tak ułomny wobec zaawansowania procesów, jakie zachodzą na świecie, że wpływ na ten świat mamy tak naprawdę marginalny. Weźmy taki przykład: nasz organizm, który nie komunikuje nam 99,99 proc. wszystkich reakcji, jakie w nim zachodzą. Nie informuje nas o tym, że likwiduje właśnie 100 tysięcy komórek i zastępuje je nowymi i może w związku z tym będzie kilka lepszych. Żadna komórka naszego organizmu nie wysyła nam komunikatów na temat tego, co robi lub co będzie robić. Całe bardzo skomplikowane systemy w naszym organizmie działają non stop, być może dzięki temu, że my nie wiemy, o co chodzi, bo gdybyśmy wiedzieli, to może byśmy to spieprzyli. A to przecież tylko nasz organizm, który rzekomo tak znamy. Życie jest na tyle mądre, że nie mówi nam większości rzeczy, ponieważ nasz sposób wkraczania i ingerowania w to, co się dzieje, kończy się przeważnie katastrofą. Ten promilek promila tego, co nam się wydaje, że możemy zrobić, na razie jako ludzkość wykorzystaliśmy i wykorzystujemy w tak tragiczny sposób przeciwko sobie i życiu, że nie możemy powiedzieć, iż to przynosi komukolwiek jakąś korzyść. Jesteśmy na najlepszej drodze do uświadomienia sobie, że od dłuższego czasu wykańczamy możliwości naszego istnienia, obchodząc się z naturą tak, jak się obchodzimy. O wojnach i pożogach już nie wspominając. Dlatego lubię mówić, że my jesteśmy cudem i żyjemy w cudzie, bo całe życie to jest jeden wielki cud. W takim znaczeniu, że jest tajemnicą, niezgłębioną, nie do ogarnięcia i nie do zrozumienia przez nasze umysły, łącznie ze wszystkimi maszynami. W obliczu tego cudu wszystkie inne tracą na znaczeniu. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dajmon - potencjał, który dusza pragnie ujawnić

Zdaniem znanego psychologa, James'a Hillman'a, wezwanie dajmona towarzyszy nam przez całe życie, choć może kierować nim w bardzo subtelny, niekoniecznie spektakularny sposób. (fot. iStock)
Zdaniem znanego psychologa, James'a Hillman'a, wezwanie dajmona towarzyszy nam przez całe życie, choć może kierować nim w bardzo subtelny, niekoniecznie spektakularny sposób. (fot. iStock)
Kiedy świat rzuca kłody pod nogi, myślimy zwykle, że jest w nas jakiś defekt. Skupiamy się na docieraniu do traum i ich leczeniu. Psycholog James Hillman twierdzi, że powinniśmy zrobić coś innego. Odzyskać świadomość powołania, powodu, dla którego żyjemy.

Kiedy byłam mała, moja matka...”, „Miałam 10  lat, kiedy mój ojciec”... Zazwyczaj postrzegamy życie przez pryzmat tego, co nas dotychczas spotkało. A gdyby tak przyjąć, że na nasze życie większy wpływ niż dawne dramaty ma przyszłość, cel? Przenieść uwagę na to, kim mamy się stać? Taką śmiałą tezę postawił (zmarły przed laty) amerykański psycholog James Hillman.

On sam stał się wybitnym badaczem, twórcą psychologii archetypowej i oryginalnej teorii żołędzia, autorem bestsellerowych książek (m.in. „Kod duszy”). No i swego rodzaju heretykiem psychologii. Otwarcie polemizował z tymi, którzy gloryfikują dawne traumy. Chcą za wszelką cenę je uzdrowić, więc wciąż się na nich skupiają. Uważają, że skoro mieli tzw. toksycznego rodzica, są gorsi, wymagają naprawy. Tak naprawdę chodzi nie tylko o psychologię, ale o konwencjonalne postrzeganie życiorysu, które sprawia, że nasze „tu i teraz” jest zdeterminowane przez przeszłość. Hillman rzucił wyzwanie takiemu podejściu. Utrzymuje, że nasze życie nie jest określone przez dzieciństwo, tylko przez sposób, w jaki o nim myślimy i mówimy.

Więc jakby to było, gdyby porzucić destrukcyjne mity? Odwrócić przyjęty porządek rzeczy? Ujrzeć swoje życie jako już spełnione i dzięki temu rozpoznać właściwy kierunek? „Jeśli jakaś fantazja trzyma naszą współczesną cywilizację w żelaznym uchwycie, to ta, która głosi, że wszyscy jesteśmy dziećmi naszych rodziców i kluczowym czynnikiem decydującym o naszym losie jest zachowanie naszej matki czy ojca” – grzmi Hillman. Jego zdaniem psychologia rozwojowa zjada własny ogon: przyczynia się do pogłębiania trudnych emocji w rodzicach, dzieciach, terapeutach... Nawołuje, by porzucić mentalność ofiary. Przestać skupiać się na przeszłości, a zacząć szukać swojego przeznaczenia.

Dajmon, czyli powołanie

„Przed państwem następny uczestnik, młoda dama nazwiskiem Ella Fitzgerald... Panna Fitzgerald zatańczy przed nami... Chwileczkę, chwileczkę. Co się stało, skarbie...? Proszę państwa, drobna korekta. Panna Fitzgerald zmieniła zdanie. Nie będzie tańczyć, lecz zaśpiewa...”. To wydarzenie miało miejsce podczas Wieczoru Amatorów w Harlem Opera House w Nowym Jorku. Ella Fitzgerald miała wtedy 16 lat. Po wykonaniu piosenki trzy razy bisowała. Wygrała. Co sprawiło, że przed występem w ostatniej chwili zmieniła zdanie? – pyta Hillman. Czyżby doznała czegoś w rodzaju objawienia, że to śpiew jest jej przeznaczeniem? Czy to był ten moment, kiedy do głosu (dosłownie!) doszedł dajmon?

Ukuta przez Hillmana teoria żołędzia zakłada, że każdy z nas od początku nosi w sobie coś unikalnego. Coś, co „pragnie się ujawnić i zostać w pełni przeżyte”. Żołądź to zarodek dębu, zawiera całą jego esencję. My też rodzimy się z danym nam z góry potencjałem, rodzajem powołania. Można je ignorować, unikać go – wcześniej czy później i tak upomni się o swoje. To powołanie Rzymianie nazywali geniuszem (genius), a starożytni Grecy dajmonem. Platon uważał, że każdy z nas przychodzi na świat wezwany. A reprezentujący późny platonizm Plotyn – że sami wybraliśmy sobie rodziców, ciało i okoliczności, w jakich się urodziliśmy. Jeśli przyjąć optykę Hillmana, tych wyborów dokonuje dajmon. Autor „Kodu duszy” upodobał sobie ten termin, choć chętnie używa też takich, jak los, charakter, dusza, powołanie, przeznaczenie. W każdym razie dla Hillmana liczą się tajemnica i mit. Wizja kreująca ludzki los. W tym ujęciu czynnikiem uzdrawiającym jest po prostu sens życia.

To, co mówi Amerykanin, nie jest bynajmniej nowe. Tyle że Hillman przedstawia swoje teorie jako badacz, psycholog. Notabene uczeń Junga, choć nieortodoksyjny. Ukształtowany w duchu psychoanalizy, nawołuje: przestań analizować to, co minione! Zwróć się do wnętrza i znajdź tam prawdę o sobie. Pyta: dlaczego psychologia nie miałaby zajmować się w swoim głównym nurcie tym, co kiedyś nazywano opatrznością? Twierdzi, że „żołądź widzi, wie, przynagla i nakłania”. To on stoi za nagłymi porywami serca, ale też za frustracją i tęsknotą. Wyposaża nas w uczucie wyjątkowości. Opiekuje się nami, prowadzi... To za jego sprawą – uważa Hillman – małe dzieci ni stąd, ni zowąd prezentują światu swoją wyjątkowość.

Wiedzieć, czego się chce…

W książce „Kod duszy” James Hillman przytacza różne przykłady działania dajmona. Mówi, że niektóre dzieci pod jego wpływem odważnie wychodzą do świata, jak choćby mały Mozart (korzystając zazwyczaj z pomocy mentora), podczas gdy inne próbują mu się opierać. Światowej klasy skrzypek Yehudi Menuhin zażyczył sobie skrzypce już na czwarte urodziny. I dostał – blaszane, dla dzieci. Wybuchnął płaczem, rzucił nimi z wściekłością o podłogę. Interesował go prawdziwy instrument, nie zabawka! Tak jak Menuhin od początku wiedział, czego chce, francuska pisarka Sidonie-Gabrielle Colette wiedziała, czego nie chce. Jako dziecko, z uporem godnym lepszej sprawy, odmawiała nauki pisania. A jednocześnie od początku wykazywała fascynację narzędziami związanymi z jej powołaniem. Gromadziła bibułę, różnokolorowe ołówki, kałamarze, obsadki ze stalówkami w różnych rozmiarach... Wycofana, obserwowała literackie próby ojca. Hillman mówi, że „jej przeznaczenie przyglądało się światu i czekało”. Ona sama – że te opory uchroniły ją przed literackim falstartem. Jakby musiała najpierw nasiąknąć atmosferą, która potem przeniknęła jej powieści (w dużej mierze autobiograficzne).

Na początku jest wizja. Ledwie wyczuwalna, z czasem zaczyna napierać. Upomina się, by zostać urzeczywistniona. Gdyby tak – zamiast studiować historię choroby – psychologowie umieli odczytać historię człowieka, rozpoznać jego dajmona! – wzdycha Hillman. Dajmon chce być widziany i podziwiany. Dlatego tak ważne jest bezwarunkowe uznanie własnego geniuszu. Często takie uznanie przychodzi od innych osób. To rola nauczycieli, mentorów, wychowawców. Może to być też jakaś szalona ciotka, ekscentryczny sąsiad. Ktoś nietuzinkowy. Ktoś, kto przejawia w swoim zachowaniu nieskrępowaną fantazję. Kto w nas wierzy. Zdaniem Hillmana rodzice mają wobec dzieci inne zadania (związane z wykarmieniem, opieką) i nie można wymagać, by przejrzeli je na wylot. Ważne, by zostawili uchylone drzwi dla dajmona dziecka, a przynajmniej tolerowali jego pasję. Żeby pamiętali, że ulubiona zabawa malucha to jego przyszły zawód.

Kontakt ze światem

Jak przystało na naukowca, James Hillman nie był medialną postacią. Jego występ w „Ophray Winfrey Show” w 1996 roku nie należał do szczególnie błyskotliwych. A mimo to psycholog dostał po tym programie wiele listów z podziękowaniami. Ludzie uznali jego teorię za przełomową. Pisali, że wreszcie czują ulgę. Że to takie wyzwalające... Wcześniej tkwili uwięzieni w schematach, wspomnieniach. Rodzice usłyszeli, że mogą przestać się zadręczać poczuciem winy wobec dzieci. Dorosłe dzieci – że życie jest w ich rękach.

„Im bardziej jestem przeświadczony o tym, że moja natura pochodzi od moich rodziców, tym mniej jestem otwarty na inspirujący wpływ wszystkiego, co znajduje się wokół mnie” – przekonuje Hillman. Więc jeszcze raz: wyjdź z domu rodziców, do świata. To on jest twoim prawdziwym domem!

Żeby odzyskać głęboki kontakt ze światem, w pewnym sensie „wzrastamy w dół”, w świat materii. Taka jest droga żołędzia. Przychodzimy na świat głową w dół, żeby z czasem stanąć na własnych nogach. Angażujemy się w sprawy tego świata, wchodzimy z nim w interakcje. Niektórzy chcą być zauważeni tak bardzo, że ich relacja z dajmonem staje się dysfunkcyjna. Starają się zrealizować za wszelką cenę jego wizję, nie licząc się z nikim i niczym. Co się wtedy dzieje? W człowieku zaczyna kiełkować ziarno megalomanii. Hillman nazywa je wręcz „złym nasieniem” (tak też tytułuje cały obszerny rozdział swojej książki, poświęcony Hitlerowi). Dajmon, który pokazuje swoją mroczną stronę, staje się siłą destrukcyjną. Demonem.

A co z tzw. nijakością? Według Hillmana każdy wyposażony jest w dajmona. Nawet osoby, które postrzegamy jako całkiem przeciętne. Wezwanie dajmona towarzyszy nam przez całe życie, choć może kierować nim w bardzo subtelny, niekoniecznie spektakularny sposób. Wszyscy jesteśmy „wezwani” – dajmon pomaga przekraczać ustalone granice. Na przekór społecznym uwarunkowaniom, przyczynowości i genetyce. Czy choćby tak cenionemu tu i ówdzie zdrowemu rozsądkowi.

W praktyce…

No cóż, teorię żołędzia trudno praktykować. To teoria... Hillman nie podpowiada, co z nią zrobić. „Nigdy nie napisałem nic, co byłoby chociaż trochę praktyczne” – wyznawał z niekłamaną dumą w wywiadach. Zgodnie z własnymi deklaracjami chce raczej inspirować, „rewolucjonizować” i ekscytować.

Zdaniem Hillmana to, jak wyobrażasz sobie życie, ma ogromny wpływ na wiele rzeczy. Choćby na to, jak wychowujesz dzieci. Jak reagujesz na różne symptomy czy okoliczności. Wreszcie – jak radzisz sobie ze starzeniem się czy nieuchronnością śmierci.

Jak więc wyobrażasz sobie swoje życie? Czy gotowa jesteś przyjąć, że sama je wybrałaś? Dlaczego właśnie takie, dlaczego tu, dlaczego z tymi ludźmi? Jakie jakości i umiejętności pozwoli ci przejawiać? Czego potrzebuje twój dajmon? Jak może to dostać? Czy jesteś gotowa mu to dać? Czy jesteś gotowa dać to światu, sobie?

Jeden z nauczycieli niedualizmu, Adyashanti (wbrew imieniu rodak Hillmana) proponuje takie ćwiczenie: przez tydzień wyobrażaj sobie, że jesteś tu z własnego wyboru, z powodu miłości, jaką chciałaś wnieść do tego świata. I na wszelki wypadek dodaje: „Nie twierdzę, że tak jest, po prostu sprawdź, jak się z tym czujesz”.

  1. Psychologia

Źródło radości jest w każdym z nas. Rozmowa z Katarzyną Miller

Aby doświadczyć prawdziwej radości, należy zdrowo traktować siebie, nie ganić się za pomyłki i gratulować sobie sukcesów - zaleca psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Aby doświadczyć prawdziwej radości, należy zdrowo traktować siebie, nie ganić się za pomyłki i gratulować sobie sukcesów - zaleca psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Jest w każdym z nas, choć nie zawsze mamy do niego łatwy dostęp. To nasze źródło radości. Dzięki niemu umiemy dostrzec promień słońca w najciemniejszej rozpaczy. Psychoterapeutka Katarzyna Miller radzi, jak wyćwiczyć umiejętność bycia dzieckiem.

Podczas jednego z naszych live'ów ktoś spytał cię, dzięki czemu zachowujesz pogodę ducha, nawet w ciężkich czasach. Odpowiedziałaś: "Dzięki małym radościom".
Dzięki małym radościom, czemuś śmiesznemu i dzięki poczuciu humoru - dzięki temu całemu zakresowi uśmiech znów pojawia mi się na twarzy. Nawet kiedy jestem bardzo zdołowana, a zobaczę coś zabawnego albo słodkiego (bo co najbardziej lubią dziewczynki? małe kotki, małe pieski i małe dzieci) - już poprawia mi się humor. Ale to może być też piękny obraz przyrody albo nastrojowa muzyka. Oczywiście człowiek w trudnych momentach traci czasem inteligencję i zapomina, czym się ratować. Ale kiedy sobie przypomni i na przykład puści sobie piękną ścieżkę muzyczną, od razu jest różnica. No puść sobie na przykład takiego Kacpra Kuszewskiego, jak w programie "Twoja twarz brzmi znajomo" udaje Marię Callas. Pan Kacper powinien mnie chyba uznać za honorową przewodniczącą jego fan clubu. Bo każdemu, kogo spotkam, każę oglądać go w tej roli. Sam jest w niej niebywale piękny i niebywale pięknie śpiewa. Bardzo wielu artystów w tym programie mnie zachwyciło.

I kiedy tak słuchasz pana Kacpra...
...zapominam absolutnie o wszystkim. W ogóle gdy słucham muzyki, zapominam o wszystkim. Zaczynam tańczyć albo się naglę wzruszę w taki przyjemny, tkliwy sposób. Tkliwość to już nie jest taki czarny dół, prawda? Mieści się w niej pewna doza radości, nawet jeśli główna nuta brzmi smutno. Muzyka bywa tak piękna, że można się popłakać. Dobrze też robi na smutek wzruszający, mądry film. Bo mój stan rozpływa się w czymś wspólnym, ludzkim.

Płacz potrafi być dobry i oczyszczający, niekiedy jest nawet konieczny. Natomiast stanem, którego bardzo nie lubię, o czym zresztą już kiedyś ci mówiłam, jest rozpacz. To dla mnie najgorsze uczucie. Nie lęk, a rozpacz. Zdarza mi się czasami, ale na szczęście nie tak często, żeby się załamać.

Na dnie takiej rozpaczy czasem trudno dojrzeć światło...
A skąd się bierze ta "nieprzepuszczalność"? Jak zwykle z przyzwyczajenia, z wyuczonego nawyku. Jeśli byliśmy zmuszeni, by w dzieciństwie długo ćwiczyć przystosowywanie się do: lęku, poniżenia, zagrożenia, bezsilnej złości czy osamotnienia - to mamy na sobie taki kożuch albo grubą, zbitą pierzynę, w dodatku sfilcowaną. Ohydne, prawda? I ta pierzyna oddziela nas od wszystkiego innego. Mogę uderzać w pierzynę albo głaskać ją czule, bez znaczenia, bo ty nic nie czujesz. A jeśli widzisz kogoś, kto się śmieje i cieszy, to uważasz, że albo udaje, albo "nie ma żadnych problemów". A przecież nie ma ludzi bez problemów! Tylko komuś tak poszkodowanemu czy uszkodzonemu na emocjach trudno uwierzyć, że to możliwe, żeby ktoś miały problemy i, mimo to, się cieszył...

Wiesz, jaką radość ogromnie lubię odczuwać? Kiedy ktoś, kto przyszedł do mnie na terapię w kołdrze albo zbroi (kołdra jest nawet lepsza do pracy niż zbroja, bo ktoś w zbroi czuje się silny, a w kołdrze jest tylko zamulony), po pewnych czasie zaczyna się czuć inaczej. Na przykład pierwszy raz czuje brak lęku albo radość właśnie... I mówi: "Niemożliwe! Naprawdę to czuję".

Historyczny moment, należy go zapisać w kalendarzu i na zawsze zapamiętać. Oczywiście trzeba też wiedzieć, że ten moment nie będzie trwał długo, bo to zaledwie pierwszy promień słońca. Niektóre dziewczyny mówią: "Całe dwa tygodnie byłam szczęśliwa, ale potem mi niestety przeszło". Na co ja odpowiadam: "Kochana, to jest i tak bardzo długo, doskonały wynik, to znaczy, że świetnie się przyjęło". No ale to nie może trwać i trwać. Skoro latami były rozpacz i smutek. Teraz trzeba się skupić na ćwiczeniu wprawiania się w ten nowy, dobry stan i na utrwalaniu go. Istnieje na to dużo procedur i sposobów. A jednym z zadań jest pilnowanie, by - kiedy wracasz do starych myśli - mówić sobie: "Stop, to już minęło. Jestem w innym miejscu, znam już inny stan". Masz świadomie "przełączać się" na zdrowe traktowanie siebie, nie ganić się za pomyłki i gratulować sobie sukcesów.

Dwie bardzo ważne rzeczy, których nauczyłam się od Krishnamurtiego: nie usprawiedliwiać się i nie potępiać siebie. Zamiast tego: poznawać siebie, rozglądać się po sobie i cieszyć się ze wszystkiego, co znajdziesz; czy to będzie wspaniałe, czy to będzie trudne. Cieszyć się z tego, bo to pokazuje, jakie bogactwo masz w sobie.

Kilkuletnie dzieci mojej przyjaciółki, kiedy wpadają w rozpacz, to jest to rozpacz bezbrzeżna...
Bo dzieci mają taką umiejętność, że są całe w tym, co czują. I na przykład rozpaczają, bo wyjeżdżają po feriach od babci. To nic, że za tydzień znów ją zobaczą, dla dziecka każdy wyjazd jest jak na zawsze, tak bardzo są w "tu i teraz".

...ale ta rozpacz w jednej chwili mija, bo ktoś się poślizgnął albo dał małego kociaka do ręki.
Łzy jeszcze lecą, ale już się pojawia uśmiech. I na tym polega bardzo przydatna, także dorosłym, umiejętność bycia dzieckiem. Bo my dzieckiem - wewnętrznie - jesteśmy do końca życia, tylko nie wszyscy z tego korzystamy. Nie wszyscy mamy do tego dojście, a często też sobie na to nie pozwalamy, bo nie wypada. Albo myślimy: "Obrywałam jako dziecko, nie będę już dzieckiem". Bo może jeśli się śmiałaś, to mogłaś w twarz dostać. A kiedy tatuś być wściekły, to lubił mówić "I co się tak, bachorze, śmiejesz? Zaraz ci zetrę ten uśmiech z twarzy". Nic dziwnego, że takie dziecko zamyka śmiech na trzy spusty. No albo się buntuje totalnie i obrywa, bo to też czasem jest metoda na to, by zwrócili na mnie uwagę.

Radość zawsze pochodzi od naszego Wewnętrznego Dziecka?
Tak, bo dziecko jest od uczuć, od ruchu, od siły witalnej. Mówi się o niektórych ludziach: "rusza się, chodzi, ale jakby był nieżywy". Bo ma w sobie zatłuczone lub schowane Wewnętrzne Dziecko.

Co robisz, gdy ktoś taki do ciebie przychodzi?
Tacy ludzie zwykle do nikogo nie chodzą, bo nie wierzą, że to w ogóle jest coś warte. A jeśli przychodzą, to znaczy, że ich Dziecko się w nich jeszcze kołacze. Że czegoś jednak pragnie, w coś jeszcze wierzy, na coś jeszcze czeka. Że jest w nich nadzieja. I tę nadzieję trzeba ukochać i uszanować, bo to najzdrowsza część. Moje podstawowe myślenie o pomocy jest takie, że ponieważ nas ludzie zatruli, to i ludzie nam muszą pomóc się odtruć.

Jest taka scena w filmie "Buntownik z wyboru", kiedy bohater grany przez Matta Damona po raz pierwszy przychodzi do psychologa, którego gra Robin Williams. Williams przegląda jego kartotekę, w której są opisane wszystkie rodziny zastępcze, które go krzywdziły, oraz rozboje których się dopuszczał. Mówi: "To wszystko nie jest twoją winą". Chłopak wzrusza ramionami: "Wiem". "To wszystko nie jest twoją winą" - powtarza psycholog. "Wiem" - mówi już trochę zły chłopak. "To wszystko nie jest twoją winą" - powtarza psycholog, tak długo, aż widać, że pancerz chłopaka opada.
Ten terapeuta z "Buntownika..." to świetna postać, bardzo go lubię i cenię. Opowiem ci moment z mojej terapii. Mówię mojemu terapeucie, że byłam po raz kolejny na wigilii u mamy, gdzie po raz kolejny bardzo źle się czułam. Na co on pyta: "A po co tam jeździsz?". "Jak to, po co? Do domu się jeździ, dlatego, że jest to dom, no i to była wigilia". A on dalej pyta: "Po co? Po co?". Tak długo pytał, aż powiedziałam: "Po wpierdol. Jeżdżę tam po wpierdol. Bo to znam".

Ja i miliardy innych osób musieliśmy się w dzieciństwie po prostu zgodzić na to, co nas spotkało, bo nie mieliśmy innego wyjścia. To taka "strategia na przetrwanie", i ona długo z nami zostaje. To są te wszystkie zbroje, kołdry, maski, fasady. Czasem to są prześliczne, wesołe maski, jak domowa maskotka. Niby podskakuje, na kolankach siada, wszystkim coś miłego powie, zatańczy, zaśpiewa - ale to nie jest prawdziwa radość. Domowa maskotka gra, bo wie, że za to będą głaski albo że dzięki temu nie oberwie. Ciężka praca z czegoś takiego potem się wyrwać.

Takiej osobie trudniej jest dotrzeć do prawdziwej radości?
Strasznie trudno, bo najpierw musi przejść przez prawdziwy smutek i rozpacz, no i zrozumieć okrutną prawdę: "To ja tyle energii, cały swój potencjał ładowałam w TO?".

Joe Biden, amerykański prezydent, doświadczony przez życie rodzinnymi tragediami, kiedy był jeszcze wiceprezydentem, wygłosił mowę do rodzin zmarłych policjantów, w której powiedział, że obiecuje im, że kiedyś spojrzą na zdjęcie syna czy męża, którego teraz żegnają, i się uśmiechną - to będzie znaczyło, że wracają do życia. Radość zwraca nas ku życiu?
No jeśli była to tak wielka tragedia, to tak, na pewno jest to dowód na to, że wychodzimy z mroku. Podobnie jeśli się było w depresji i nagle człowiek zaczyna się znowu rozglądać: na coś ma ochotę, coś mu się podoba. Ludzie sobie często wyrzucają tę pierwszą radość po stracie kogoś kochanego, bo przecież jak można się cieszyć, kiedy go już nie ma? Ale to znak, że jest w nich wola życia. Tamto życie się skończyło, ale przecież ich trwa.

A poczucie humoru? Czymś różni się od doświadczania radości?
Radość jest emocją, poczucie humoru jest bardziej związane z rozumieniem czegoś, z sensem, znaczeniem, pojmowaniem takiej cudownej cechy życia, jaką jest paradoks. Moim zdaniem poczucie humoru to głównie widzenie paradoksów czy tego, o czym uwielbiam mówić, a mianowicie jedności przeciwieństw.

Poczucie humoru nieraz nas ratowało podczas tej pandemii.
Co prawda jest teraz mniej dowcipów opowiadanych z ust do ust, bo ludzie się rzadziej ze sobą spotykają, ale ile memów, ile rysunków i parodii krążących w Internecie! To nasza fajna cecha narodowa. Mnie jest strasznie żal ludzi, którzy mówią: "Z tego się śmiać nie wolno". I dlatego opowiem dowcip o papieżu Janie Pawle II, który właśnie trafił do nieba. Święty Piotr poklepał go po ramieniu i powiedział: "Rozumiem, że musiałeś być bardzo święty na ziemi, ale tu jest niebo, więc powiedz mi: czy jest coś, o czym marzyłeś, a ci się nigdy nie spełniło? Jeśli tak, to tutaj to dostaniesz. Na co papież: "Jest coś takiego. Czerwona corvetta. Marzę o tym, że kiedy do niej wsiądę i przycisnę gaz do dechy, to nikt mnie nie prześcignie". Na co Piotr wręcza mu kluczyki. Jan Paweł wsiada i pędzi, aż mu piuskę zwiewa. Nagle mija go jakiś lansiarski motor z głośnym wiuuuuu. Papież wraca do Piotra rozgoryczony: "Piotrze, przecież obiecałeś. Miałem być najszybszy, a tu minął mnie facet na motorze w czarnej skórze z rozwianym włosem". "A, wybacz, kompletnie zapomniałem, to syn szefa". W niebie jak w życiu.

Ciężko dogadać się z kimś, kto ma inne poczucie humoru, prawda?
Jeśli śmiejesz się z kimś z tego samego, to już wiesz, że odnalazłeś kogoś ze swojej paczki. No i kto ma największe branie u bab? Ten, kto je rozśmieszy. To nas rozbraja. Bo kiedy się śmiejesz, to przestaje cię boleć. Dlatego uwielbiamy ludzi, którzy potrafią nas rozbawić.

Najlepszym przykładem na to jest film "Nietykalni", gdzie spotyka się dwóch bohaterów. Jeden na wózku, ale bogaty, drugi biedny, ale z jakim biglem w sobie. Ten drugi jest pielęgniarzem pierwszego, ale robi więcej, ratuje mu życie. Bo wprowadza do tego życia radość.
Wystarczy, że pomyślę o tym filmie, a już śmiać mi się chce. Ile jest w nim cudownych scen!

Moja ulubiona to ta, kiedy bohater grany przez Omara Sy goli François Cluzeta i jednocześnie próbuje go rozbawić.
Fajna! Ja kocham scenę w samochodzie, kiedy goni ich policja. Pociąga nas radość innych, bo z takimi ludźmi jest nam po prostu łatwiej, przeważnie są tolerancyjni i mają krótką pamięć (śmiech).

A czy my sami możemy zwiększyć swoją podatność na odczuwanie radości? Oglądając takie filmy? Przebywając z takimi ludźmi?
Oczywiście. Jest też mnóstwo procedur czy ćwiczeń, które stosuje się w terapii i na warsztatach służących temu, żeby człowiek wyszedł ze swoich starych kolein i zaczął myśleć inaczej. Wizualizacje, ćwiczenia dla ciała, praca z głosem... I bardzo ważna wskazówka: spróbuj zrobić coś inaczej. Idź inną drogą do pracy, zamów coś innego w restauracji, odpowiedz wściekłemu klientowi inaczej niż zwykle... Albo taka zabawa: Co możesz zrobić z żelazkiem, oprócz prasowania? Do czego jeszcze możesz użyć gazety? Im więcej zastosowań, tym lepiej. Bo radość i poczucie humoru mają wiele wspólnego z kreatywnością.

No i bardzo polecam rozwijanie kontaktu z Wewnętrznym Dzieckiem. Weź zdjęcie samej czy samego siebie z dzieciństwa, na którym się uśmiechasz. Powiedz coś miłego do tej dziewczynki czy tego chłopczyka, przypomnij sobie, jak się wtedy czuli. Zachowaj ten obraz w sobie. No i baw się z małymi dziećmi, to wspaniali nauczyciele radości.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. "Instrukcja obsługi toksycznych ludzi" czy "Daj się pokochać, dziewczyno" (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło). 

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o żalu – karty emocji Katarzyny Miller

Żal pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. (Fot. iStock)
Żal pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. (Fot. iStock)
To uczucie zwykle ściąga nas w dół i każe ciągle spoglądać w przeszłość, ale można też podejść do niego konstruktywnie. Kiedy żałujemy, wiemy przynajmniej, co było dla nas ważne. Oto kolejna karta emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk. 

Żal...

...pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. Zwykle żałujemy, że czegoś nie zrobiliśmy albo wprost przeciwnie - że właśnie zrobiliśmy. Bliskim bratem żalu jest poczucie winy, dlatego często lubią chodzić razem. Taka para zwykle działa podwójnie dołująco, bo im bardziej zapętlamy się w krytykowaniu siebie, tym bardziej żałujemy. Zwykle tuż po jakimś zdarzeniu najbardziej żałujemy tego, co zrobiliśmy, z perspektywy czasu - bardziej boli nas coś, czego zaniechaliśmy: nie pojechaliśmy w tamtą podróż, nie zagadaliśmy do tamtego chłopaka czy nie spróbowaliśmy jeszcze raz podejść do egzaminu. Paradoksalnie, im mamy większy wachlarz możliwości, tym większe pole do popisu dla żalu. Kiedy niewiele rzeczy zależy od nas, nie mamy do siebie pretensji i nie wyrzucamy sobie po latach własnej opieszałości czy złego wyboru. Można też powiedzieć, że im większa wyobraźnia i skłonność do idealizacji, tym odczuwany żal może być intensywniejszy. Bo przecież nie mamy dowodów na to, jak inaczej potoczyłoby się nasze życie, my tylko projektujemy je we własnej głowie. Odczuwanie żalu zależy więc jedynie od nas. Możemy też czuć żal do kogoś (np. do rodziców), że nie odnosił się do nas tak, jak tego potrzebowaliśmy, za porzucenie, za krzywdzące potraktowanie.

Po co nam to uczucie?

Żal nie musi nas skłaniać do podcinania własnych skrzydeł, a do ich rozwijania. Jest bowiem informacją - otrzymaną od samego siebie - że stać nas na więcej, że mamy w sobie niewykorzystany potencjał. Żal może być konstruktywny, jeśli zdamy sobie sprawę z tego, o jakiej niespełnionej potrzebie nas informuje. Wtedy łatwiej zmotywować się do tego, by naprawić błędy z przeszłości (oraz unikać ich w przyszłości), a także by zmienić kierunek swojego życia.

Zadania:

  • Czego w życiu najbardziej żałujesz? Poświęć chwilę na zastanowienie się nad tym, a nawet zrobienie listy. To bardzo ważne zadanie, które wcale nie ma na celu zdołowania cię. Kiedy ujrzysz czarno na białym, czego ci żal, dowiesz się, co ma dla ciebie największą wartość. Jeśli najbardziej żałujesz porzucenia studiów artystycznych - to już wiesz, że czujesz się źle, bo nie realizujesz się twórczo w swoim życiu. Dobra wiadomość jest taka, że nawet teraz możesz to zmienić.
  • Jeśli żal jest uczuciem, które nierzadko ci towarzyszy, prawdopodobnie zbyt często wybiegasz myślami w przyszłość albo sięgasz do przyszłości. Za mało jest cię w twojej teraźniejszości, która jest przecież piękna i ważna, głównie dlatego, że dzieje się teraz i nigdy już się nie powtórzy. Pomyśl o wszystkich rzeczach, które obecnie możesz zrobić - od najbardziej prostych, jak zjeść coś dobrego czy pójść na spacer, po te bardziej wymagające, ale przecież też możliwe: powiedzieć komuś, że go kochasz; przeprosić za coś, co kiedyś zrobiłeś. Ćwicz się we wzbudzaniu w sobie uczucia wdzięczności - to skuteczny sposób na przywołanie dobrego samopoczucia.
  • Jedna sprawa, kiedy ogarnia nas żal na myśl o czymś, co nam się nie udało; inna - gdy żałujemy utraty czegoś lub kogoś, na który to fakt nie mieliśmy żadnego wpływu. Jeśli nadal cierpisz z powodu czyjegoś odejścia, śmierci czy wyjazdu; jeśli opłakujesz utracone dzieciństwo czy młodość - jedyną wskazówką będzie praktyka akceptacji i zgody na to, co jest, bo jest.
Więcej w zestawie z książeczką: "Poznaj siebie. Karty emocji", Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło, do kupienia na zwierciadlo.pl/sklep.

  1. Styl Życia

"Śpiewam, bo lubię". Katarzyna Miller zaczyna nową przygodę

Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Miniony rok? Nie był wcale taki zły, choć nie obyło się też bez trudnych rozliczeń z samą sobą. A kiedy już przyszedł spokój i pogodzenie, Katarzyna Miller ruszyła jak burza. Czego dowodem jest płyta „Choćby tylko na chwilę”, na której śpiewa – tak, tak – swoje własne piosenki. O tym, co psycholożce (w pewnym wieku) wypada, a co nie, rozmawia z Joanną Olekszyk.

Jak się czujesz, Kasiu?
A różnie, bo są różne części mojego czucia się. Jedna jest bardzo miła i związana z tym, że niedługo ukazuje się moja płyta. Druga, też miła, bierze się z tego, że jestem z siebie dumna, bo trzymam dietę. Trzecia jest smutna, bo mi się ta dieta trochę nudzi i na razie mam tak zwane plateau i już nie spadam z wagi. Ale czwarta jest taka, że wiem, że się nie poddam!

No to masz niezły bukiet uczuć, jak to piszemy w książce „Poznaj siebie. Karty emocji”! Podekscytowanie, znużenie, duma, zadowolenie...
Zgadza się, a do tego jeszcze dobrze czuję się u siebie w domu. Lubię być w moim mieszkaniu, podoba mi się, jak jest urządzone i jakie jest. Czyli kolorowe i naćkane, jak to u mnie.

A jaki był dla ciebie miniony rok? Jak się czułaś?
Nie był wcale zły. Zdaję sobie sprawę, że niektórym ludziom jest strasznie trudno i bardzo im z tego powodu współczuję, zwłaszcza tym, którzy stracili pracę albo którym padły firmy. Ja jednak patrzę na to, co było dobre. Na przykład poznałam moją firmę muzyczną – Life Art Group i chłopaków, z którymi zrobiłam płytę. Kolejne moje książki powychodziły, inne się powoli nakręcają. Ta pandemia mi się przydała. To, że przestałam wyjeżdżać na różne warsztaty na terenie całej Polski, początkowo mnie zmartwiło, a zaraz potem ucieszyło, bo byłam zmęczona i przepracowana, choć to bardzo lubię. Poczułam nawet ulgę, że przez jakiś czas nikt się do mnie nie odzywał zawodowo, bo wszyscy byli  skupieni na kwarantannie. Przeczytałam wtedy tyle kryminałów jak nigdy, a kryminały lubię, tylko do tej pory miałam na nie za mało czasu.

Ja wyznaję zasadę, że zawsze znajdzie się czas na kryminał. Choćby cztery stroniczki dziennie.
Dla mnie kryminał to lektura na wolny czas – urlop, wakacje. No, a teraz sobie wreszcie do woli poleżałam. Leżenie i czytanie, choć muszę dodać, że jednak przeważnie nie kryminały czytam, to jest w ogóle sytuacja, do której dążę w życiu. Czyli: wszystko pozałatwiać, by się położyć i czytać. Potem jednak dotarło do mnie, że jest pusto na ulicach, nie ma moich ukochanych knajp i ukochanego kina. No i nie ma spotkań, eventów, promocji książek czy płyt. Ja jestem mocno imprezowa. Lubię być zapraszana jako uczestnik i jako widz.

Potwierdzam!
Jestem i introwertyczna, i ekstrawertyczna. Pół na pół, na zmianę. Gdy posiedziałam w domu, to zapragnęłam wyjść. A że nie było dokąd, zrobiło mi się smutno. I ponieważ, poza fajnymi wyjątkami, byłam głównie ze sobą, zaczęłam się w siebie zagłębiać. Weszłam na poziom dość poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie.

Z czego się rozliczałaś?
Z siebie samej, ze wszystkiego, co wydarzyło się w moim życiu. Przeszłam proces, który jest bardzo potrzebny do zmiany wewnętrznego nastawienia i zmiany życia, czyli: najpierw musisz zaakceptować to, że czegoś nie możesz, a dopiero potem już możesz. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale postanowiłam sobie rzecz cudowną: że nie będę mieć do siebie o nic pretensji. Bo nie robię nic złego. I tego też uczę ludzi. Po prostu wybaczyłam sobie, to niesamowicie ważne.

I kiedy tak sobie poprzeżywałam, to potem poszłam jak burza. Dostałam energii, wróciła pogoda ducha, wszystko się zaczęło samo układać. Co jest dowodem na to, że to był dobry rachunek sumienia, i uczciwy. Niektórym trudno uwierzyć, że trzeba zaakceptować siebie, jak mówię, bez celofanu i kokardki, czyli taką, co to nie potrafię, nie wychodzi mi, źle się z czymś czuję czy źle myślę. Taką siebie trzeba przyjąć, w dodatku z czułością. Po tym wszystkim zrobiłam rzeczy, których wcześniej nie potrafiłam. I zrobiłam to w sposób konsekwentny. Wiem, że nie odpuszczę.

Doświadczyłaś momentów przełomowych...
W dodatku tak się cudnie poskładało – dla niektórych to śmieszne, a niektórym bliskie – że one zbiegły się z przesileniem dnia z nocą, z końcem kalendarza Majów, z rozpoczęciem ery Wodnika... Cieszę się, że weszliśmy w erę Wodnika, a pożegnaliśmy erę Ryb. Ryby jako znak zodiaku są łatwo uzależniające się, Wodnik zaś – towarzyski, wesoły, lotny, twórczy. W zodiaku chińskim był to rok Szczura, który też jest trudnym znakiem, ale weszliśmy teraz w rok Bawoła – bardziej pozytywnego, mocniejszego i pewniejszego od poprzednika. Era Wodnika jest wspaniała, cały świat wiąże z nią wielkie nadzieje. Ci, którzy się zajmują astrologią, bardzo się na te zmiany cieszą; ja astrologią się nie zajmuję, ale lubię ją i szanuję, jest dla mnie dobrą metaforą wielu spraw. I też mam nadzieję, że w tej nowej erze zmądrzejemy, staniemy się bardziej twórczy i społecznie uświadomieni. Chciałabym, by okazało się, że pandemia dała nam szansę na przemyślenia.

Niektórzy mówią, że to był najwspanialszy rok w ich życiu...
Ja nie powiem, że był najwspanialszy, bo właściwie nie wiem, który był najwspanialszy. Zawsze jestem zdania, że najcudowniejszy moment to ten, w którym jestem teraz. Nawet jeśli mi jest smutno.

A utożsamiasz się ze swoim znakiem zodiaku? Jesteś, zdaje się, Wagą...
Owszem, podoba mi się jej opis. Wagi są bezstronne, widzą zawsze oba końce tego samego problemu, dlatego spokojnie mogę pracować z parami, bo zawsze jestem po obu stronach. Ale czasami mi to „wyważenie” przeszkadza, bo z jednej strony – racja, ale z drugiej strony... (śmiech) Dużo bardziej mnie to męczy przy małych decyzjach niż przy dużych. Już wstać czy jeszcze poleżeć? I to nęci, i to kusi. Lubię to, że jestem Wagą. W całym naszym zachodnim zodiaku jest pierwszym znakiem, który zwraca się ku społeczności, a nie ku sobie – dla mnie to było zawsze szalenie ważne, by tworzyć wspólnoty. Ale co mnie naszło na te ezoteryzmy w naszej rozmowie, to nie wiem...

Wszystko przez erę Wodnika, tak sądzę.  Idźmy dalej tym tropem – kim jesteś w chińskim horoskopie?
Dzikiem. Bardzo łagodny, o dziwo, znak. Ja jestem dość mocna i potrafię się złościć, a świnia jest bardzo ciepła. No, ale ciepła też umiem być, lubię i bywam. Świnia w wielu aspektach jest podobna do Wagi. Waga jest dyplomatyczna, artystyczna. W numerologii jestem Trójką, a to totalny artysta. I lubi tworzyć dobrą atmosferę.

Z tą ezoteryką nie jesteś osamotniona, w tym roku nastąpił prawdziwy rozkwit zainteresowania astrologią.
I bardzo słusznie. Skoro przeszedł przez świat jeden wielki marsz czegoś dziwnego – bo pandemii nie uważam za rzecz straszną, są gorsze problemy i choroby – to chcemy to jakoś zrozumieć, wyjaśnić sobie i odnaleźć się w tym. Każda podpowiedź jest dobra – również ta prosto od gwiazd. A może gwiazdy są mądrzejsze od nas, ludzi?

W ubiegłym roku miałam kilka razy takie poczucie, że oto na naszych oczach dzieje się historia i że to doświadczenie jednoczące wszystkich.
Wojny też były wspólnymi doświadczeniami, i dżumy także. Widzę to jako przypomnienie: „zdajcie sobie sprawę, że jesteście równi, niezależnie od stanu majątkowego, pozycji społecznej i urody”. Bo każdego może capnąć. Choć podobno jednak nie każdego. Słyszałam, że ludzi z grupą krwi 0 RH- koronawirus bierze mniej, a ja taką mam.

A jak radziłaś sobie w tym roku z tym, że nie do końca od ciebie zależało, co ci się uda zrobić, a co nie? Wakacje, plany zawodowe – wszystko było odwoływane.
Jednych rzeczy nie zrobiłam, ale w ich miejsce zrobiłam coś innego. To dla mnie było od początku jasne, że kiedy jedno wypada, to robi się miejsce na coś innego. Jest tylko to, co jest. Marzenie jest marzeniem, jest planem, który wyjdzie albo nie. Oczywiście trzeba je mieć – i marzenia, i plany – bo człowiek lubi eksplorować siebie „na przyszłość”, ale tej przyszłości nie ma, więc my nie wiemy, która z tych rzeczy, co je chcemy, może się spełnić. I tak część się spełnia. A część nas zaskakuje. Jeśli będziemy nastawieni na sztywno, to nie przyjmiemy tych fajnych niespodzianek. Wróżki, tasując karty, mówią często taki tekst: „co cię spotka, co ci serce zaspokoi”. A może cię zaspokoi coś, czego się nie spodziewasz?

To jak było z płytą „Choćby tylko na chwilę”? Jej nagranie było twoim marzeniem?
Te piosenki, tak jak i wiersze zresztą, właściwie same do mnie przyszły. Napadły na mnie. Bez żadnej mojej prośby czy świadomej intencji. Ja jestem natchnieniowiec – coś mi się układa w głowie, gada do mnie, a kiedy mi się spodoba, to zapisuję. Czasami niestety gada w nocy i jeśli nie zdążę zapisać, to rano najczęściej już nie pamiętam. Pierwsza piosenka, która na mnie napadła, jest zresztą pierwszą na płycie, nazywa się „Spokój”. To było już dość dawno temu i w dodatku nie miało nic wspólnego z moim życiem. Po prostu pojawiła mi się taka opowieść o ludziach, którzy żyją ze sobą i właściwie nic innego sobie nie dają, poza poczuciem bezpieczeństwa. Są razem, a nie sami. „Nie ma klęsk, nie ma wzlotów, nie ma rozstań, powrotów, nie ma nic, tylko spokój”.

Pięknie…
„Nasze dni już bez zdarzeń, nasze oczy bez łez, nasze sny już bez marzeń, nasze ciała – bez serc”. Kiedy się słyszy te słowa, to ten spokój nie jest już taki beztroski, prawda?

Ale śpiewasz to takim błogim i przyjemnym głosem...
Bo w tym głosie jest łagodna akceptacja tego, że czasem tak żyjemy. Bardzo wielu ludzi tak żyje. I to wcale nie jest najgorsza wersja. Spokój to jest bardzo dużo. Wiele osób prosi mnie o „Dojrzałą miłość”, sama też lubię tę piosenkę. Z kolei „Pamięć” jest dla mnie ważna dlatego, że moje dwie przyjaciółki w odstępie paru miesięcy straciły ukochanych mężów – a nie każdy, kto ma męża, może powiedzieć, że jest on „ukochany” – i były w takiej żałobie po nich, że byłam w tym z nimi. To jest piosenka, która bardzo mnie obchodzi. „Otwieram książkę, twoją ostatnią i spać nie idę, by nie spać samotnie”. Wzrusza mnie to. Ale piszę też o tym, że czasem faceci sobie myślą, że pieniądze to wszystko. A to nieprawda. W „A mogło być coś z tej miłości” śpiewam razem z Maćkiem Szulcem. Tekst jest przewrotny, a puenta pozytywna.

Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński) Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)

Te piosenki przychodzą do ciebie od razu z melodią?
Niektóre tak. Na przykład „Idę w ciebie jak w tango” to jest mój dar od Bozi, w ogóle wszystkie są darami od Bozi, książki zresztą też. Stałam wtedy pod prysznicem i nagle, ku swojemu zaskoczeniu, zaśpiewałam: „Idę w ciebie jak w tango” w rytmie tanga właśnie. „O kurde! Ale fajne” – pomyślałam.  I zaraz poszło dalej: „Idę w ciebie jak w dym, moja ręka w twojej, ja i ty to rym”. Jak to cudnie iść tak w kogoś, prawda?! Później oczywiście musiałam trochę popracować nad tekstem, pomogła mi w tym Bela Olejnik. A potem zaśpiewała na promocji mojej pierwszej książki „Chcę być kochana tak jak chcę”. W ogóle paru fajnych aktorów i aktorek śpiewało wtedy moje piosenki. Pierwszy raz zaryzykowałam, że zaprezentuję je ludziom. A później one się już układały masowo. Siedziałam na przykład na koncercie w „Jazzowni”, cudownym klubie, którego już nie ma, a który mieścił się na Rynku Starego Miasta i w którym też sama występowałam; słuchałam sobie muzyki i w trakcie „napisał” mi się „Babski blues”. Coś zagrało, coś mi w duszy zaśpiewało, i ciach. Calutki tekst poszedł na serwetkę. Mówię, że to są nagrody, dary od mojej Pani Bozi, bo to jest dla mnie najlepsza wersja tego, co nad nami jest – czy to jest Nadświadomość, czy to jest Absolut, czy energia boska.

Pani Bozia?
Moja Pani Bozia. Moja osobista! Bardzo ją kocham i bardzo ją szanuję. Jest piękna, eteryczna, a jednocześnie bardzo prawdziwa.

Pewnie do tego ruda...
A nie mam pojęcia! Nie wznoszę wzroku tak wysoko! Pokornie się do niej modlę i nieustannie jej dziękuję, a i czasem proszę o pomoc, kiedy trzeba. Ostatnio proszę też moją mamę, i przyszła do mnie we śnie, tak bardzo ciepło. To jeden z ważnych przełomów w moim życiu, który nastąpił właśnie w ubiegłym roku. Mama  przyszła do mnie wtedy, kiedy zrobiłam coś bardzo ważnego, w dodatku przyszła razem z moją przyszywaną ciocią Zosią, czyli swoją przyjaciółką, którą bardzo kochałam. Siedziały sobie ze mną i były dla mnie bardzo dobre. To ważny sen. Wracając do mojej Pani Bozi, jest kochana i spełnia moje marzenia, choć czasami trzeba na nie poczekać. A piosenki same się piszą i, mam nadzieję, same mnie wybierają. Miałam okres, kiedy pisałam tzw. psychokicze. Dawałam też wtedy występy, które nazywałam „Psychokicz i liryka”.

Jakiś fragment?
„Marzę, by ciebie pomścić i zabić potrafię, uderzę wiele razy, grzech nie ma znaczenia, niechaj się spełnią drogi mego przeznaczenia”. Czyż to nie piękne? No taki kicz, że hej! „Czerwona suknia” na nowej płycie pochodzi właśnie ze zbiorów moich „psychokiczów”. To od nich się wszystko zaczęło – kiedy już się ośmieliłam śpiewać „psychokicze”, to słyszałam od ludzi: „Jakie to fajne!”. I chcieli więcej. Kilka razy śpiewałam w Kazimierzu Dolnym i na Kazimierzu w Krakowie, ale też w „Saloniku poetów” w Gdańsku czy w „Nowym Świecie” i „Pożarze w burdelu” w Warszawie. I w paru prywatnych klubach. Największa publiczność „naraz” była na promocji mojej książki – 350 osób u Porazińskich. Wszystko wtedy było pierwsze – pierwsza książka, pierwsze piosenki. Mnóstwo emocji!

Nie stresowałaś się?
Ależ oczywiście, że się stresowałam! A jednocześnie byłam tak podekscytowana. Misiu, przecież jako psychoterapeutka występuję od lat...

Co innego robić taki psychologiczny stand up, a co innego śpiewać!
Jestem psychoterapeutką, która pracuje nad sobą. A praca nad sobą dotyczy wszystkiego: głosu i emisji też. Chodzi o to, żeby mnie słyszano i słuchano, żeby moje ciało było swobodne, nawet jeśli jest grube i się niektórym nie podoba. Jako psychoterapeutka po przejściach mogę dużo: mogę się jednocześnie stresować i cieszyć.

Dziś nikogo już nie dziwi, że psycholog czy coach wychodzi na scenę i bawi publiczność do łez. Ty, jakieś 30 lat temu, byłaś tego prekursorką.
Dziękuję. Zawsze mówię i na poważnie, i na śmiesznie...

A teraz do tego jeszcze śpiewasz! Śpiewająca psycholożka – tego jeszcze nie było!
No to już jest. A w dodatku śpiewająca psycholożka w tym wieku (śmiech).

W Wikipedii podają, że jestem rocznik '62. I proszę bardzo, nie będę tego prostować. Choć nie jest to prawda. Czasami się przyznaję, choć nie zawsze mi się chce.

Ale chce ci się śpiewać. To pewne. Czy tą płytą rozpoczynasz karierę muzyczną?
Nie mam pojęcia, co nią rozpoczynam! Choć nie, jedno wiem, rozpoczynam nową przygodę. Moja praca też jest wielką przygodą. I nieustającą. To, że mnie dużo ludzi czyta, że na ulicy padają mi w ramiona i dziękują, że im życie uratowałam – jest wprost rozkoszne. Dziękuję mojej Pani Bozi, że mam taką robotę. I naprawdę czuję, że po to żyję. Wiem, że mam pomagać. Ludziom, którzy się gubią. Pierwszy raz to poczułam, kiedy zaczęłam pracować z alkoholikami. I zawsze o ludziach myślę nie, że są nie tacy jak trzeba i ja mam ich naprawić, tylko że jeszcze sami siebie nie odnaleźli. Wracając do płyty, chciałabym, by te piosenki po prostu się ludziom spodobały. Kiedy pierwszy raz dałam do przeczytania swoje wiersze mojej grupie terapeutycznej, to zaraz dziewczyny zaczęły je przepisywać, bo to „było o nich”. Jak ja się ucieszyłam! Raz przyszła do mnie studentka na gender studies, na których miałam wykłady, i przyprowadziła koleżankę. Usłyszałam, że mój tomik uratował ją od samobójstwa. „Pani mnie wtedy tak podtrzymała, tak ucieszyła, że warto żyć” – powiedziała. Wyobrażasz sobie, co ta dziewczyna mi dała za prezent?!

To o czym ty tam pisałaś?
Pisałam po prostu całą prawdę, dobre i smutne rzeczy też. Pierwszy wiersz był o tym, że można mi wszystko zrobić, również można mnie zabić, ale jestem.

„Byłam, bo chciałam” – śpiewasz na nowej płycie.
W ostatniej piosence. Cała płyta się kończy tymi słowami: „Byłam, bo chciałam”. Ale czasami nie chciałam być, więc rozumiem, że ludzie też czasem nie chcą. Można rozmawiać ze mną i o śmierci, i o samobójstwie, i o żałobie. Ja to wszystko znam...

Czyli mówisz, że wydajesz tę płytę nie tylko dla swojej przyjemności...
Przede wszystkim dla swojej przyjemności! Ale dla cudzej, mam nadzieję, też. Niektórzy mówią, że na nią czekają. Wiem, że będą również tacy, co powiedzą: „A czegóż to się jej zachciewa na stare lata?!”. I mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza, póty próbowania. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać. Ile mamy na to dowodów! Znam DJ Wikę, boską dziewczynę, znam Mazurównę – laska, że paść można. I Irenkę Santor – niech nam króluje po wsze czasy! Jest Ula Dudziak, Barbara Krafftówna. Danuta Szaflarska – niestety niedawno nas opuściła, ale co to była za kobieta! Grała do ostatniej chwili, błyszcząc intelektem. Długo by wyliczać!

Mnie mniej interesują ci, którym twoja płyta się nie spodoba, bardziej ci, którzy dzięki niej przestaną myśleć, że w pewnym wieku nie wypada. Zwłaszcza jeśli jest się psycholożką, urzędniczką, prawniczką, nauczycielką...
A jakie nauczycielki dzieci lubią najbardziej? Te, którym wypada! Niektóre kobiety po sześćdziesiątce mówią mi, że one nie pójdą na kurs, bo się wstydzą, że czegoś nie potrafią. Ale w takim razie ja bym nigdy nie wzięła się do pisania do gazet. Kiedy mi to kiedyś zaproponowano, dostałam ostrego pietra, bo przecież  NIGDY TEGO NIE ROBIŁAM. Ale na szczęście pewien przyjaciel spytał mnie: „Kasia, czytasz gazety?”. „Czytam”.  „Masz poczucie, że czasem ludzie bełkot piszą?”. „Mam”. „I się nie wstydzą”. Wiesz, że mnie tym przekonał?

Co jest wyznacznikiem tego, że trzeba za czymś iść? Że sprawia przyjemność? Że jest komuś potrzebne?
Że to cię rozwija. Śpiewałam jako dziecko i dużo tańczyłam, bo to kochałam. Tata raz mi powiedział, że fałszuję, więc się zawstydziłam i śpiewałam tylko na ogniskach i koloniach. I sama sobie. Ale śpiewanie było zawsze moim marzeniem. Kiedy mnie pytano, jaki dar chciałabym mieć, to odpowiadałam: piękny głos. Taki, który by się niósł po wielkiej sali koncertowej. Jak Barbra Streisand. Choć podobają mi się też niskie, czarne głosy, jakie miały Aretha Franklin czy Billie Holiday. A teraz LP. No ale zdawałam sobie sprawę, że nie mam takiego. Choć czasem ktoś powie, że ładny. No i nut nie znam. Muzycy mi zapisują to, co wyśpiewam. Mówisz, że się ośmielam. Z moimi przyjaciółkami piosenkarkami chodzimy po knajpach i czasem im mówię: „Mam nową piosenkę” – i śpiewam ją na głos. Wtedy mili ludzie wokół biją brawo, i to jest przeurocze. A one mi wtedy mówią: „My byśmy tak nigdy nie zaśpiewały”. „No bo wy jesteście profesjonalistki, a kim jestem ja? Wesołą amatorką, to i się ośmielam”.

Myślisz sobie: „A co ja mam do stracenia!”?
No pewnie. Przecież na tym nie zarabiam, bo zarabiam gdzie indziej.

A czemu właśnie teraz?
Ostatnio tak sobie pomyślałam: „Tyle lat ciężko pracuję i jestem zmęczona. Od czasu do czasu dam jakiś występ, ale do tego trzeba się też przygotować, no i ktoś musi mnie zaprosić, bo żebym sama coś zaproponowała, to nawet nie mam głowy i przestrzeni”. Więc mówię do przyjaciół: „A może to już sobie odpuszczę?”. A oni na to: „Czyś ty zwariowała? Przecież kiedy o tym mówisz, to masz gwiazdy w oczach. Ty masz to robić, i koniec”. Albo pytają: „A czemu ty płyty nie masz?”. „A co to ja za piosenkarka jestem, żeby płytę mieć?”. „Ale masz przyjemny głos i przede wszystkim twoje piosenki są o czymś”. I pomyślałam sobie: „Kurde, mają rację”. Powiem ci tak: śpiewam, bo lubię. A kiedy mnie jeszcze o to proszą, to jestem tak ucieszona, że nie czekam na dodatkową zachętę.

Co chciałabyś powiedzieć ludziom tą płytą?
Że warto kochać. Życie, siebie, ludzi. Oczywiście nie da się kochać bez przerwy, nie jestem naiwną nastolatką i nie wierzę w romantyczną miłość, o co dziewczyny mają do mnie czasem pretensje, ale wierzę w miłość jako pozytywną postawę wobec życia. Kiedy kochasz, zdajesz sobie sprawę, że są rzeczy straszne i smutne, że na niektóre nie mamy wpływu i musimy się z tym pogodzić, ale też na wiele spraw – mamy. A już na pewno mamy wpływ na to, jak traktujemy siebie i innych. I na to, czy sobie pozwolimy się śmiać, tańczyć, malować, pisać wiersze, dziergać, lubić niektórych szczególnie i cieszyć się... Proszę sobie wstawić w to wykropkowane, co komu potrzeba.

Płyta "Choćby tak na chwilę", wyd. MTJ, muzyka: Maciej Szulc, Wojciech Stec, słowa: Katarzyna Miller.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o szczęściu

Poczucie szczęścia nie jest produktem przypadkowego i przemijającego wydarzenia, a stałym stanem wewnętrznym, jedynie w niewielkim stopniu zależnym od tego, co się wokół nas dzieje. (Fot. iStock)
Poczucie szczęścia nie jest produktem przypadkowego i przemijającego wydarzenia, a stałym stanem wewnętrznym, jedynie w niewielkim stopniu zależnym od tego, co się wokół nas dzieje. (Fot. iStock)
Aby znać siebie, trzeba znać i akceptować swoje emocje. Ale też mieć o nich podstawową wiedzę. Umieć je nazwać, rozróżnić i rozpoznać. I umieć je przeżyć. W nowym cyklu „Porozmawiajmy o emocjach” chcemy zachęcić was do lepszego poznania swoich własnych stanów emocjonalnych, pracy nad nimi oraz rozmowy o nich w bliskim gronie. Pomogą nam w tym karty emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk.

Aby znać siebie, trzeba znać i akceptować swoje emocje. Ale też mieć o nich podstawową wiedzę. Umieć je nazwać, rozróżnić i rozpoznać. I umieć je przeżyć. W nowym cyklu „Porozmawiajmy o emocjach” chcemy zachęcić was do lepszego poznania swoich własnych stanów emocjonalnych, pracy nad nimi oraz rozmowy o nich w bliskim gronie. Pomogą nam w tym karty emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk.

Szczęście to...

Dobrostan psychiczny, poczucie spełnienia, bycia na swoim miejscu, na właściwej drodze, sensu i celu życia. To całkowita akceptacja siebie i świata. Cudowny, a zarazem jeden z najbardziej tajemniczych i nieodgadnionych stanów. Jak mówią badania, można czuć się szczęśliwym, jednocześnie będąc smutnym, doświadczając straty czy tęskniąc za czymś. Poczucie szczęścia jest bowiem czysto subiektywnym doznaniem, każdy może odczuwać je na swój sposób. Jest spersonalizowane i właściwe tylko osobie, której dotyczy, niczym odcisk jej palca. Poczucie szczęścia nie jest produktem przypadkowego i przemijającego wydarzenia, a stałym stanem wewnętrznym, jedynie w niewielkim stopniu zależnym od tego, co się wokół nas dzieje. Można czuć się szczęśliwym dzięki czemuś, ale też pomimo czegoś.

Po co nam to uczucie?

Informuje nas o tym, że realizujemy swój potencjał, swoją życiową misję. Że jesteśmy w zgodzie ze swoimi potrzebami, celami i wartościami. Daje nam siłę, by żyć, ale też by kochać i zachwycać się światem. Pozwala nam na akceptację wszystkiego, co się nam przydarza. Uwalnia nas od trosk, frustracji i złości. Przynosi wewnętrzny spokój.

Zadania

  • Czy czujesz się szczęśliwy? Tu i teraz? W tym właśnie momencie? Z tym, co masz, kim jesteś, co osiągnąłeś? Z ludźmi, którzy cię otaczają? Jeśli nie – jak sądzisz, co ci w tym przeszkadza?
  • Dążenie do szczęścia stało się dziś trendem, wręcz przymusem. To o tyle błędne podejście, że szczęście jest niejako produktem ubocznym naszych działań i rozwoju wewnętrznego. Nie warto do szczęścia dążyć, lepiej skupiać się na tym, by wykorzystywać w pełni szanse, jakie nam daje życie i realizować swój potencjał, a kto wie – może wtedy szczęście samo do nas przyjdzie.
  • Choć szczęścia nie można przywołać pstryknięciem palców, można jednak robić rzeczy, które nas uszczęśliwiają. Podróżowanie, gotowanie, pomaganie innym, poświęcanie się swoim pasjom, spędzanie czasu z tymi, których kochasz – co to byłoby w twoim przypadku?
Więcej w zestawie z książeczką „Poznaj siebie. Karty emocji”, Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło.