1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Głębsza rzeczywistość - rozmowa z jezuitą Piotrem Kropiszem

Głębsza rzeczywistość - rozmowa z jezuitą Piotrem Kropiszem

Potrzebujemy rzeczy z innego porządku, jakiejś właśnie cudowności, niewytłumaczalności. (Fot. Heritages Images/Free)
Ktoś uzna dane wydarzenie za przypadek czy szczęśliwy traf, a ktoś inny za boską interwencję. Jezuita Piotr Kropisz mówi, że cuda to zawsze przestrzeń osobistej wiary.

Czytamy o nich w Biblii, co chwilę słyszymy o współczesnych cudach uznanych przez Watykan i z mediów wiemy, że to jest dość skomplikowany administracyjny proces. Z drugiej strony ludzie cudem nazywają też ukazanie się im wizerunku Maryi na szybie czy murze…
Ileś z tego, co jest uznane za cuda, ma rzeczywiście instytucjonalne potwierdzenie, ale nie ma cudu bez wiary. Jeśli zaś chodzi o miejsce cudu w Kościele – począwszy od tego, co jest zapisane w Ewangeliach, a na tym, co jest dziś, kończąc – to ono jest cały czas takie samo. Czyli absolutnie niecentralne, ale uzasadniające głębszą rzeczywistość. Sam Jezus mówił przy okazji uzdrowienia paralityka: „Żebyście wiedzieli, że mam władzę odpuszczania grzechów, mówię ci: wstań”. Bo w centrum religii katolickiej jest ta pewność i obietnica, że nawet jeśli ktoś ma złamane życie i jest przekonany, że nie ma już dla niego żadnej szansy– to zawsze może wrócić i zacząć od nowa, zawsze jest ktoś, kto mu przebaczy. Te wszystkie historie o cudach, które czytamy w Ewangeliach i które dzieją się współcześnie, te wszystkie szczególne interwencje Pana Boga – to jest coś, co się może wydarzać i się wydarza, ale rzadko, szczególnie i wyjątkowo, jako potwierdzenie tego największego cudu, jakim jest życie, i to na wieczność.

Choć w Kościele cuda nie zajmują centralnego miejsca, to w życiu osób wierzących – już niekoniecznie...
Mogą szukać nie tyle cudów, ile cudowności – ekscytować się Maryją ukazującą się na szybie i rymowanymi przepowiedniami. Nie nam to oceniać jednak, bo to przestrzeń osobistej wiary. Ktoś uzna dane wydarzenie za przypadek czy szczęśliwy traf, a ktoś inny za boską interwencję. I to nie muszą być wcale tak niesamowite rzeczy, jak to, że ktoś całe życie nie słyszał, a teraz w cudowny sposób odzyskał słuch. Z mojej praktyki towarzyszenia osobom w domu rekolekcyjnym wyniosłem wiele historii cudu, który można opisać tak: „Wydawało mi się, że się nie wygrzebię z tej sytuacji, że to mnie zniszczy, a w pewnym momencie zdarzyło się coś wspaniałego”. Albo ktoś powie: „To cud, że ja tej osobie przebaczyłam, bo wydawało mi się, że to będzie zżerać mnie przez całe życie”. U osoby wierzącej łaczy się to zwykle z przekonaniem: „Ktoś mi w tym pomógł”. To nie była tylko moja wewnętrzna siła.

Czy cud jest zawsze przeżyciem duchowym?
Chyba bałbym się to aż tak zdefiniować.

Ale porusza w nas ten bardziej duchowy pierwiastek?
Zgadza się. Tylko moim zdaniem zdrową chrześcijańską duchowością będzie właśnie nieszukanie takich cudowności. One się nam oczywiście przydarzają, ale dobrze, by nie były koniecznie „chciane” czy wyczekiwane. Cofnijmy się do Ewangelii – Jezus przy okazji wielu cudów prosił: „Ale nie mówcie tego innym. Zachowajcie to dla siebie”. On wcale nie chce, by jego cuda były czymś, co skupia uwagę. Choć i tak skupiały, bo skoro jesteśmy głodni, a on może rozmnożyć chleb, to jest coś!

Niektórzy zaczęli się bardziej interesować swoją duchowością właśnie po takich cudownych wydarzeniach. Czyli z jednej strony cuda są dla tych, którzy wierzą, ale też dla całej reszty – po to, by uwierzyli.
Tak właśnie prawdopodobnie działo się w przypadku Jezusa. To było pierwsze, co do niego przyciągało ludzi, a on potem odwracał od tego wzrok, bo nie to było najważniejsze. Mówił: „Istotniejsze jest to, co stanie się twoją duchową ścieżką, twoją praktyką”. Przecież ci wszyscy, których Chrystus uzdrawiał, nie żyli wiecznie. Na coś w końcu umierali. Nie cuda w ich przypadku były sensem, ale to, by uwierzyli, że jest coś pozamaterialnego, większego niż wszystko to, co sprawdzalne i mierzalne. Powiedziałbym, że cud może być świetnym początkiem, ale też pułapką – jeśli zatrzymamy się tylko na nim, a nie na tym, do czego się odnosi. Cud jest błyszczący, świecący i spektakularny. Jest jak fajerwerk. Łatwo się nim zachwycić i na nim zafiksować. Dla wielu osób staje się drogą na skróty. Małżonkowie w kryzysie, zamiast zawalczyć o swoje życie czy pracować nad relacją, wolą się pomodlić, by Bóg załatwił to za nich. I niech się modlą gorliwie, ale bez zrzucania odpowiedzialności za to, co należy do nich.

Żyjemy w bardzo stechnologizowanych czasach, czasach rozumu. Kiedyś cudem nazywano wszystko, czego nie udało się wytłumaczyć naukowo. Dziś pozostały w tej kategorii chyba tylko cuda medyczne, kiedy, jak to piszą gazety, „lekarze rozkładają ręce”. Coraz mniej wierzymy w cuda? Sądzę, że my wcale nie jesteśmy tak racjonalni, jak by się wydawało. Potrzebujemy rzeczy z innego porządku, jakiejś właśnie cudowności, niewytłumaczalności. Kiedy podsumowuję swój dzień podczas wieczornej modlitwy, to zaczynam od tego, co zalecał założyciel mojego zakonu Ignacy Loyola – popatrzenia z wdzięcznością na dobro mijającego dnia. Dziękuję wtedy za te wszystkie małe cuda, które się dziś zdarzyły. To ożywia człowieka. My, jezuici, zachęcamy ludzi, by codziennie zauważali w swoim życiu takie niesamowite rzeczy, czasem spektakularne jak cuda medyczne, ale zazwyczaj zwykłe, wydawałoby się, zdarzenia, które sami interpretujemy jako cuda. Czyli doświadczam czegoś, co można by uznać za przypadek, ale serce podpowiada mi co innego. I wtedy pojawia się naturalna wdzięczność, więc też otwartość na to, żeby widzieć więcej dobra.

Nie szukam cudowności, ale ją dostrzegam, gdy przychodzi w codzienności.
A jakich cudów pan doświadcza w życiu?
Ja akurat mogę efektownie odpowiedzieć na to pytanie. Mam chorobę, która teraz jest już zaleczona, ale z powodu której jakiś czas temu dawano mi rok albo najwyżej 10 lat życia, a minęło 20 i pewnie umrę na coś innnego. Muszę na siebie uważać i się regularnie badać, ale w wersji optymistycznej tamtych rokowań – od jakichś 10 lat powinieniem już nie żyć. To jest spektakularny cud, ale też nie ma on dla mnie takiego znaczenia w codzienności jak te wszystkie drobne sprawy, w których potrafię zobaczyć coś nadzwyczajnego. Całe życie jest cudem, a nawet jeśli się pogubiliśmy, nigdy nie jest za późno na nowy początek.

Nadchodzą święta Bożego Narodzenia, chyba najbardziej przez nas lubiane. Prawdopodobnie w tym roku będą inne niż zwykle, pełne trudnych emocji i spędzone z dala od bliskich. Jak mimo to otworzyć się na ich cudowność?
Tak, to będą święta, które wiele osób przeżyje w zewnętrznej formie w nieoptymalny sposób – bo na przykład rodzina się nie spotka w takim gronie jak zawsze. Pewnie, że można mówić sobie, że to nie tak miało wyglądać, ale ja radziłbym skupić się na tym, za co mogę być wdzięczny. Dla osób wierzących to czas przeżywania tajemnicy Boga, który staje się człowiekiem. Nie jestem zostawiony sam. Nie muszę się Boga bać. A mnóstwo osób, z różnych przyczyn, ma wbite w głowę, że Bóg jest sprawiedliwy, ale srogi i kontrolujący. Pewnie Boże Narodzenie jest tak popularne dlatego, że trudno się lękać tego maluszka w pieluchach. Ale jest w tym też prawda teologiczna – przyglądamy się Bogu, który jest nam bliski. Wydaje się, że niemowlak nic nie może zrobić, ale miłością będzie zmieniał świat. Jeśli tegoroczne święta nie będą takie, jakie chcieliśmy, pamiętajmy, że Maryja i Józef też nie tak mieli spędzić te narodziny. Nie w tym miejscu, nie w takich okolicznościach, nic nie było takie, jakie miało być, a zarazem było święte. I będzie, jeśli sobie na to pozwolimy. 

Piotr Kropisz jezuita, rekolekcjonista, kierownik duchowy, wieloletni duszpasterz akademicki, aktywny na YouTubie i Facebooku.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze