1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Postanowienia noworoczne - jak je zrealizować? Radzi lifecoach

Postanowienia noworoczne - jak je zrealizować? Radzi lifecoach

Silne poczucie bezpieczeństwa, pozwala na zdobywanie nowych doświadczeń wymagających odwagi. (Fot. iStock)
Silne poczucie bezpieczeństwa, pozwala na zdobywanie nowych doświadczeń wymagających odwagi. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 13 Zdjęć
Na początku nowego roku zastanawiamy się nad tym, co nas czeka, snujemy marzenia, robimy plany... Dokonujemy też bilansu poprzedniego roku, starając się wychwycić rzeczy do zmiany. Joanna Godecka, lifecoach, proponuje kilka ważnych ćwiczeń, które pomogą te sprawy przemyśleć i ułożyć je sobie nie tylko w głowie, ale również w sercu.

Na początku nowego roku zastanawiamy się nad tym, co nas czeka, snujemy marzenia, robimy plany... Dokonujemy też bilansu poprzedniego roku, starając się wychwycić rzeczy do zmiany. Joanna Godecka, lifecoach, proponuje 12 ważnych ćwiczeń, które pomogą te sprawy przemyśleć i ułożyć je i w głowie i w sercu. Znajdziesz je w galerii zdjęć.

 

 

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wewnętrzny krytyk - czy da się go zwalczyć?

Nie musisz być ofiarą swojego wewnętrznego krytyka. Możesz go poskromić w stosunkowo prosty sposób. (Fot. iStock)
Nie musisz być ofiarą swojego wewnętrznego krytyka. Możesz go poskromić w stosunkowo prosty sposób. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Wciąż ostrzega, a raczej straszy. Pogania i zabrania. A ty słuchasz i cierpisz. I jeszcze uważasz, że wszystkie te osądy i pretensje wymyślasz ty. Pora rozpoznać i pokonać wroga!

Gremlin to chochlik rozreklamowany przez film z 1984 roku „Gremliny rozrabiają”. Rok wcześniej Amerykanin Rick Carson napisał książkę „Poskrom swojego Gremlina” – o tym, jak samemu zejść sobie z drogi. Czym jest Gremlin w jego rozumieniu? Można, dla uproszczenia, nazwać go Wewnętrznym Krytykiem, ale w ujęciu Carsona ta postać (dość straszna, choć opisana z humorem) ma większą władzę i zakres działań. Poza krytykowaniem sabotuje, oponuje, wtrąca się i ogólnie utrudnia. Carson nazywa wręcz Gremlina złośliwym tyranem, przyczajonym w cieniu umysłu, narratorem w twojej głowie. Zwykle jest dość tchórzliwy, nadgorliwy i zachowawczy. Nie musisz być jego ofiarą. Możesz go poskromić w stosunkowo prosty sposób. Bez rozlewu krwi.

Kciuk w oku

Katarzyna Balcerowicz, coach i anglistka, przeczytała książkę Ricka Carsona, jeszcze zanim została przetłumaczona na język polski. – Zachwyciłam się tą prostą metodą, od razu zaczęłam ją stosować. Dowiedziałam się, że Rick przyjeżdża do Warszawy. Spotkaliśmy się, od razu mi zaufał. Zgodził się, żebym propagowała ten temat w Polsce – opowiada.

Na bazie książki Carsona Katarzyna Balcerowicz opracowała pięciogodzinne Warsztaty Poskramiania Gremlinów. Kameralne, otwarte na wymianę między uczestnikami. Najpierw więc krótko mówimy o sobie, ale tak, by udzielić odpowiedzi na pytanie: „W czym jestem dobry?”. Ktoś mówi o swoich kompetencjach zawodowych, ktoś o tym, jak świetnie spełnia się w roli mamy... Ale Gremlin już podniósł łeb i zaczął sygnalizować swoje wątpliwości: „Trochę więcej skromności! Czy to wypada tak się chwalić? I czy aby na pewno jest czym?”. Chodzi o to, żeby usłyszeć jego głos, ale się z nim nie utożsamiać, stworzyć pewien byt, który oddzielimy od siebie. – To pozwoli złapać dystans do tego, co się dzieje w głowie – mówi prowadząca. – Z czasem możemy wytrenować się tak, że będziemy mieć z tego niezłą zabawę.

Żeby przeprowadzić wyraźną granicę między sobą a Gremlinem, a w rezultacie oddzielić się od niego, próbujemy ustalić, czym nie jesteśmy. Na początek śmiała teza: nie jesteśmy naszym ciałem, bo przecież ono bez przerwy się zmienia i rzadko która komórka przeżywa więcej niż siedem lat. Nie jesteśmy też naszymi myślami, osądami i opiniami (a tym bardziej opiniami innych). Nie jesteśmy naszym zawodem, pracą, rolą społeczną. Naszymi zasadami, pragnieniami, potrzebami, emocjami. Naszym obrazem siebie czy gustem. Nie jesteśmy nawet naszymi działaniami (czy zaniechaniami). Co zostaje? Rick Carson mówi o „naturalnym ty”, które jest mądre i trzyma klucz do naszego szczęścia, Katarzyna Balcerowicz – o „czystej świadomości”.

– Po przyjściu na świat byliśmy taką właśnie świadomością. Była w nas ciekawość, otwartość i dużo radości życia. Potem zaczął się proces wychowania, uniformizacja. Pojawiły się głosy mówiące, co wypada, a co nie. One wciąż dźwięczą w naszych głowach. Ważne, żeby je wyłapać – mówi trenerka. – Jak? To proste: jeśli czujesz się z jakąś myślą niewygodnie, to Gremlin!

Skoro nie jesteśmy naszymi myślami, a one wciąż kiełkują w naszych głowach, znaczy, że ktoś kiedyś zasiał ziarenko... Można to badać, sprawdzać, ale równie dobrze odstąpić od takiego śledztwa – sugeruje Katarzyna Balcerowicz. I powtarza, za Carsonem, że uprawianie szkodliwych myśli to jak wkładanie sobie kciuka w oko: – Kiedy zorientujesz się, że coś takiego robisz, nie zastanawiasz się, gdzie się tego nabawiłaś, nie idziesz do lekarza, żeby poskarżyć się na syndrom wkładania sobie kciuka w oko. Po prostu go wyjmujesz.

Szczur w kącie

Żeby rozpoznać obsesje Gremlina, dobrze jest go sobie zwizualizować. Gremlin Katarzyny Balcerowicz wygląda jak modliszka i ma na imię Seweryna. – To imię mojej nauczycielki od geografii, która wciąż była niezadowolona z moich osiągnięć. Mówiła: „Nie wykorzystujesz swojego potencjału” – wyjaśnia. – Nigdy nie dowiedziałam się, jakie to skarby krył ten stracony potencjał. Dziś wiem, że potencjał jest tym, co realizujemy. Cała reszta, różne wymyślne „mogłabyś”, to tylko gruszki na wierzbie.

Gremlin nosi w sobie całą masę przekonań, których się kurczowo trzyma, np.: „Nie da się zaakceptować czy pokochać ciebie taką, jaka jesteś naprawdę”, „Cierpienie uszlachetnia”, „Szybko to dobrze, wolno to źle” czy „Porządne dziewczyny nie lubią seksu”. Nie ma sensu prowadzić z nim zażartych debat – ostrzega Rick Carson. Chyba że precyzyjnie wyznaczysz sobie czas takich zapasów, np. trzy minuty i ani sekundy więcej. Jeśli nie będziesz się pilnowała, Gremlin cię wchłonie. To, co możesz zrobić, to zauważać jego obecność. Nakręcający się monolog, napięcie w ciele, zautomatyzowane działania, mroczne wizje, eskalujące emocje... – To jak oświetlić buszującego w kącie szczura – porównuje Katarzyna Balcerowicz. – Zastyga, zamiera, okazuje się, że boi się bardziej od nas. Ważne, żeby w całym tym poskramianiu nie było wysiłku, spinania się, walki, bo może się pojawić głos: „Jestem tak beznadziejna, że nawet z Gremlinem nie mogę sobie poradzić”. Ja potrzebowałam pół roku, żeby przestać się wdawać w dyskusje. Ponoć to niewiele. Byłam z siebie dumna, do dnia, w którym postanowiłam odpowiedzieć sobie szczerze na pytanie, dlaczego nie czuję się dobrze. Odkryłam, że on wciąż we mnie gada, tyle że znacznie ściszył głos!

Pytania na telefon

Podstawowe narzędzie pogromcy Gremlina to – obok reflektora świadomości – oddech. Głębokie, świadome oddychanie (z brzuchem podnoszącym się przy wdechu i opadającym przy wydechu) pomaga zdystansować się do Gremlina, czyli do niewygodnych myśli, emocji. Wrócić do tego miejsca, w którym jesteśmy naturalni, prawdziwi, silni. Podczas takiego oddychania dobrze jest skupić się na odczuwaniu powierzchni skóry, będącej naturalną granicą. Poczuć jej temperaturę, dotyk ubrania... Inny sposób to zadawanie sobie w ciągu dnia pytań: Jak się czuję? O czym myślałam? Co czułam w związku z tymi myślami? Co czuję w ciele? Gdzie jestem spięta? Gdzie rozluźniona? Czego teraz potrzebuję?

Skoro już udało ci się nie odwołać kolejnej randki po tym, jak dopadła cię myśl o zbyt wypukłym czole, wykluczającym cię z listy atrakcyjnych, może by pójść krok dalej? Carson zachęca, żeby bawić się opcjami. Mogłabyś na przykład, parodiując głos Gremlina, rozwinąć szkodliwą myśl do granic absurdu – wygłosić krytykę swojego czoła tak zjadliwą, że na koniec nie pozostanie ci nic innego, jak wybuchnąć śmiechem. Możesz też wygłosić monolog afirmacyjny o urodzie wypukłych czół. Możesz też, oczywiście, zapuścić sobie grzywkę... Najważniejsze to zauważać, oddychać i wybierać.

  1. Psychologia

Idealny partner - czy istnieje naprawdę?

Większość badaczy ludzkich zachowań skłania się jednak ku twierdzeniu, że kobiety poszukują partnerów, którzy byliby przede wszystkim silni, odpowiedzialni i zaradni, by mogli zapewnić środki niezbędne do życia dla nich i ich potomstwa. (Fot. iStock)
Większość badaczy ludzkich zachowań skłania się jednak ku twierdzeniu, że kobiety poszukują partnerów, którzy byliby przede wszystkim silni, odpowiedzialni i zaradni, by mogli zapewnić środki niezbędne do życia dla nich i ich potomstwa. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Brunet, 183 cm wzrostu, oczy brązowe. Mogą też być niebieskie. Rozumie twoje troski i humory, kocha i potrafi pięknie o tym mówić. Jest inteligentny i czuły, tryska dowcipem. Ale czy istnieje naprawdę?

Kogo pragną kobiety? Jest wiele teorii. Jedna mówi, że swojego przeciwieństwa, inna – że podobieństwa. Jeszcze inna, że kobiety instynktownie wybierają na partnerów mężczyzn podobnych do ich ojców. Socjologowie wspominają o zgubnym wpływie mass mediów na nierealistyczne wyobrażenia na temat tego, jak powinien wyglądać i zachowywać się idealny partner czy kochanek, a ewolucjoniści twierdzą, że zarówno człowiek pierwotny, jak i żyjący współcześnie, kieruje się – niekoniecznie uświadomionym – pragnieniem przekazania swoich genów.

Większość badaczy ludzkich zachowań skłania się jednak ku twierdzeniu, że kobiety poszukują partnerów, którzy byliby przede wszystkim silni, odpowiedzialni i zaradni, by mogli zapewnić środki niezbędne do życia dla nich i ich potomstwa. Psycholog David M. Buss pociesza wprawdzie, że zarówno kobiety, jak i mężczyźni oczekują od partnera zafascynowania, postawy miłości, zrównoważenia emocjonalnego, dojrzałości i niezawodności – czyli wszystkich tych cech, które pozwalają zbudować trwały i szczęśliwy związek. Badacz par i autor książki pt. „Jak zaczyna się miłość? Pierwsze trzy minuty” – Michael Lukas Moeller nie ma jednak wątpliwości: kobiety najczęściej wybierają mężczyzn o dobrej sytuacji materialnej i pozycji społecznej. Przy czym nie kierują się bynajmniej zawartością ich portfela, ale takim zestawem cech osobowości, które wskazywałyby na większą zaradność życiową, czyli: inteligencja, pewność siebie, dojrzałość, przedsiębiorczość. I dodaje, że ten trend utrzymuje się nawet pomimo coraz większej emancypacji – kobiety, które same są niezależne i przebojowe, potrzebują mężczyzn, którzy dotrzymają im kroku.

– Można odnieść wrażenie, że na przestrzeni lat czy nawet wieków niewiele się zmieniło w kwestii oczekiwań, jakie mamy wobec idealnych partnerów. Kobiety nadal chcą przede wszystkim, by mężczyzna, z którym się zwiążą, zapewniał byt i bezpieczeństwo – komentuje psycholog Adriana Klos. – Kiedy jednak bliżej przyjrzymy się ostatnim badaniom, dostrzeżemy niewielkie przesunięcie, wynikające zapewne ze zmiany ich statusu społecznego. W porównaniu ze swoimi prababkami współczesne kobiety są bardziej przebojowe i zorganizowane, nie zależy im już tak bardzo na tym, by mężczyzna miał dużo pieniędzy i władzę, bo same mogą sobie to zapewnić. Teraz bardziej chodzi im o to, by mężczyzna był partnerem, rozumiejącym je i współodczuwającym, na dodatek z poczuciem humoru, żeby się z nim nie nudziły.

Czuły, ale nie łagodny

Oto, jaki obraz wyłania się z coraz częściej przeprowadzanych badań. Czuły, inteligentny, odpowiedzialny, troskliwy, uczciwy, szczery, dojrzały – to zestaw cech idealnego mężczyzny, jakie podały użytkowniczki jednego z portali randkowych. Najmniej pociągający wydał im się partner, który jest: praktyczny, logiczny, łagodny, oszczędny, rzetelny, dokładny, systematyczny i zręczny.

Inteligencja, poczucie humoru oraz atrakcyjny wygląd to cechy, które z kolei uznali za najistotniejsze. Szukamy partnerów sympatycznych, troskliwych i kochających. Istotna jest również wierność, wyrozumiałość, szczerość i czułość. Czuły (znowu!), namiętny, rozumiejący potrzeby kobiet – oto Pan Idealny według Polek, które wzięły udział w badaniu na zlecenie Mattel Poland, producenta plastikowego ucieleśnienia dziewczęcych marzeń – Kena. Pytane kobiety marzą głównie o partnerze do rozmowy. Dobrze, gdyby był też wysokim (183 cm) brunetem o niebieskich lub brązowych oczach.

Idealny mężczyzna powinien być – i tu nie ma zaskoczenia – odpowiedzialny, inteligentny i mieć poczucie humoru. Umieć pocieszyć, ale i rozśmieszyć, no i jak najczęściej mówić „kocham”. Wszystko brzmi cudownie, tylko czy jedna osoba jest w stanie pomieścić w sobie tyle cech? – Im bliższy człowiek, tym większe oczekiwania, że spełni nasze potrzeby i większe ryzyko, że tak się nie stanie. Nikt nas nie zadowoli w pełni, nawet rodzona matka – przestrzega psycholog Adriana Klos.

Podążanie za ideałami jest szczytne, ale co, jeśli okaże się, że są nierealne? Czy to nie stanie się przyczyną odrzucenia kogoś „wystarczająco dobrego”, bo nie jest „dokładnie taki, jak marzyłam”? Z drugiej strony, czy warto iść na kompromisy i wiązać się z kimś, kto nie do końca odpowiada oczekiwaniom, ale się stara? Psycholog radzi, by zacząć od tego, by inaczej konstruować listę priorytetów.

– Zamiast wypisywać cechy, jakie powinien mieć mój wymarzony czy moja wymarzona, lepiej zastanowić się nad tym, na czym mi naprawdę zależy w życiu. Jak sobie wyobrażam swoją przyszłość, jakie wartości cenię. Czy chcę mieć dzieci, czy wolę mieszkać w mieście czy na wsi, czy chcę wziąć ślub czy żyć „na kocią łapę”, na co chcę odkładać pieniądze… – i szukać kogoś, kto ma zbieżne zapatrywania. Oczywiście drobne odstępstwa w mniej ważnych kwestiach są dopuszczalne, gorzej, gdy partner czy partnerka odstaje w tych najważniejszych – temperamentalnych czy światopoglądowych – mówi Adriana Klos. Bo ideał to ktoś, kto po prostu pasuje do naszej bajki.

Kwestia wiary?

Coś na pocieszenie. Naukowcy z University of Sheffield przeprowadzili ciekawe badanie. Wspólnie z badaczami z University of Montpellier we Francji zapytali grupę ok. 116 heteroseksualnych par, jak powinien wyglądać idealny partner, a następnie za pomocą specjalnego programu komputerowego porównali zmodyfikowane zdjęcia „ideałów” z portretami ich rzeczywistych „drugich połówek”. Okazało się, że wszyscy partnerzy życiowi są innego wzrostu, wagi i masy ciała, niż chcieliby badani. Mężczyźni woleliby, aby ich partnerka była szczuplejsza, niż jest w rzeczywistości, kobiety z kolei ucieszyłyby się, gdyby ich partner miał bardziej potężny wygląd. Czego to dowodzi? Że marzymy o męskich mężczyznach i kobiecych kobietach, ale wybieramy… no właśnie, osoby mniej lub bardziej zbliżone do tego ideału. Tylko czy im bliżej gwiazd, tym będziemy bardziej szczęśliwi?

Tak – jeśli wierzymy, że trafiliśmy na ideał. To już wynik innych badań, opublikowanych na łamach „Psychological Science”. 193 pary co 3 miesiące przez 3 lata wypełniały ankietę, w której opisywały charakter partnera, oceniając jego pozytywne i negatywne cechy.

Na koniec opisywały, w jakim stopniu ich ideał powinien się nimi odznaczać. Wyniki były jednoznaczne: osoby, które nie idealizowały swojej „połówki” na początku związku, po trzech latach trwania badań były mniej zadowolone ze swojego małżeństwa. Ci, którzy byli przekonani, że ich ukochany czy ukochana ma w sobie wszystkie cechy, jakich pragnęli (nawet jeśli nie do końca było to zgodne z prawdą) wprost przeciwnie – radośnie utwierdzali się, że trafili w dziesiątkę.

Jaki z tego wniosek? Jeśli w liście do Mikołaja chcesz poprosić o Pana Idealnego, skup się na tym, co chciałabyś z nim robić, jakie wieść życie, jakie wartości powinien wyznawać. Dorzuć do tego jakiś szczegół, który cię najbardziej kręci, czyli błyszczące oczy, zgrabną sylwetkę, niski głos lub silne ręce. Zaklej kopertę, wyślij list, a potem – jak już rozpakujesz prezent – uwierz z miejsca, że to właśnie Ten!

  1. Psychologia

Odkładanie rzeczy na później - jak pokonać ten nawyk?

Odkładanie jest pewną przypadłością charakteru, z której ciężko wyjść. (Ilustracja: iStock)
Odkładanie jest pewną przypadłością charakteru, z której ciężko wyjść. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Czy zdarza ci się zmieniać termin na późniejszy? Czy może przekładasz pewne sprawy na jutro i pojutrze? A może myślisz tak też o wymarzonych wakacjach czy zamieszkaniu w nowym miejscu, jak będzie to cudowne, kiedy najpierw zgromadzisz pieniądze, zmienisz pracę, wyślesz dzieci do pierwszej klasy? Ile razy potem to nigdy nie nadchodzi?

„Odkładacze” - do tej kategorii zaliczamy się w takich sytuacjach. Ja sama czasem jestem „odkładaczem”. Wiele osób odkłada na później aplikowanie na wymarzone stanowisko czy realizowanie jakiegoś swojego planu. Ciągle czują się nie gotowi, nie dość dobrzy, za mało przygotowani. Jedna osoba przez sześć lat pracuje byle gdzie, bo nie może się zdecydować na zmianę. Inna składa projekt unijny i w ostatnim momencie rezygnuje. Ktoś chce wysłać maila, ale cały czas link na jego stronie nie jest gotowy i stronę trzeba jeszcze poprawiać. Kolejna osoba myśli, że jak zrobi kolejny kurs, to już będzie mogła zacząć. Ale potem orientuje się, że może jeszcze jeden kurs by się przydał albo jeszcze coś.

Miałam tak z nauczeniem się nowego języka. Mówiłam sobie, że może później będę mieć więcej czasu albo że najpierw trzeba zająć się czymś innym. Mijało parę miesięcy, a ja nadal stałam w miejscu. W końcu powiedziałam sobie: „dziś zaczynam” i zaczęłam. Wiadomo, że na początku jest trudno, bo trzeba się przyzwyczaić do nowej aktywności, która wydaje się trochę nienaturalna i wcale nie taka przyjemna. Po pewnym czasie widać jednak efekty. Każdy, kto włoży ileś czasu w naukę języka, zrobi postępy. Tak jest ze wszystkim - trzeba zacząć i systematycznie kontynuować. Pewnego dnia pojawi się poczucie biegłości. Zależnie od typu nowej czynności, po dniach, miesiącach, latach praktyki, ale pojawi się. Spójrz w tył, ile czasu już straciłeś i nie trać go więcej.

Cokolwiek nowego robimy, jest to zmiana w naszym trybie życia i na początku pojawia się często poczucie, że jest się nie na miejscu, nie tam, gdzie przyzwyczailiśmy się być. Nawet wzięcie ślubu może być trudnym z początku przejściem, jeżeli wiąże się z całkowitą zmianą trybu życia. Nie mówiąc już o urodzeniu dziecka, kiedy już nic nie jest takie jak dawniej, bo mały człowiek organizuje wszystko wokół siebie. To jest też powód, dlaczego ludzie zwlekają nie tylko z obowiązkami, które ze swej natury bywają trochę uciążliwe, ale też z realizacją marzeń. Wydawałoby się, że to świetna rzecz wybudować domek na wsi albo pojechać sobie w daleką podróż do Indii i wspaniale się o tym myśli. Jednak okazuje się, że wydaje to nam się za dużą zmianą, żeby tak zaraz to zrobić. To jest charakterystyka postępowania „marzycieli” lub „odkładaczy marzycieli”, którzy marzą o czymś, co będzie później, żeby umilić sobie chwilę teraźniejszą, która nie jest aż taka przyjemna. Jak wielu „marzycieli” spełnia swoje marzenia?

Odkładanie jest pewną przypadłością charakteru, w którą jak się wpadnie, to ciężko wyjść, bo już tyle rzeczy odłożyliśmy, że nawet nie wiadomo, od czego zacząć nasze działanie. Jeżeli jednak podejmiesz tę decyzję, że „od dziś”, to wtedy zastanów się, co jest dla ciebie teraz najważniejsze, od czego chcesz tak właściwie zacząć. I zacznij. Nawet jeżeli na początku będzie to szło „jak po grudzie”, to po paru tygodniach zobaczysz efekty swojego nowego działania. A jak spojrzysz wstecz, od razu poczujesz się lepiej po dokonaniu zmiany. Plan wykrystalizuje się w trakcie. Przy odkładaniu polecam najpierw zacząć, a potem tworzyć plan, bo inaczej będziemy tak długo planować, że nie zaczniemy. I do dzieła!

  1. Psychologia

Jak rozmawiać z facetem zamkniętym w sobie? Dlaczego mężczyźni nie lubią dawać znać o swoich emocjach?

Mężczyźni często uciekają przed problemami i unikają trudnych lub przekraczających ich możliwości emocjonalne sytuacji. (Fot. Getty Images)
Mężczyźni często uciekają przed problemami i unikają trudnych lub przekraczających ich możliwości emocjonalne sytuacji. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 15 Zdjęć
Jaskinia to przestrzeń, w której nikogo poza mężczyzną nie ma. Każdy, kto tu wejdzie, jest intruzem – ostrzegają poradniki. Ale psychoterapeuta Zbigniew Miłuński twierdzi, że właśnie przekraczając granice wyznaczone przez drugiego człowieka, tworzymy związek.

Jaskinia to przestrzeń, w której nikogo poza mężczyzną nie ma. Każdy, kto tu wejdzie, jest intruzem – ostrzegają poradniki, które radzą, co robić, gdy facet nie umie rozmawiać. Ale psychoterapeuta Zbigniew Miłuński twierdzi, że właśnie przekraczając granice wyznaczone przez drugiego człowieka, tworzymy związek.

Nie znam kobiety, która choć raz w trakcie trudnej rozmowy nie zobaczyła pleców mężczyzny i nie usłyszała: „Nie chcę o tym mówić”. Ten irytujący sposób dawania nogi mężczyźni nazywają „zamykaniem się w jaskini”. A poradniki usprawiedliwiają zamkniętego w sobie faceta tym, że robi coś naturalnego i ma do tego prawo. Nie, to nie jest naturalne. Mężczyźni w ten sposób unikają trudnych czy przekraczających ich możliwości emocjonalne sytuacji, uciekają przed problemami. Postępując tak, zrywają relacje i ich partnerki mogą czuć się zaniepokojone. Kobiety czasem też tak robią, różnica tkwi jednak w tym, dlaczego to robią. Mężczyźni zawsze mieli wyższą rangę społeczną i według nich do dziś nie muszą się wieloma sprawami zajmować. Od uczuć począwszy. Z drugiej strony  – jak pisze Terrence Real w „Jak mam do ciebie dotrzeć?” – chłopcy wcześniej odsunięci od intymnego kontaktu z matką i wychowywani jako ci, którzy mają sami sobie radzić, nie okazują uczuć. Już w wieku kilku lat są mniej niż dziewczynki ekspresyjni i skłonni do kontaktu. A co za tym idzie – w dorosłym życiu uznają, że wyjście z relacji jest bardziej męskie i właściwsze niż znoszenie uczuć, które odbierają jako zagrażające męskości.

Mężczyźni bronią więc opresyjnej wizji męskości, a kobiety gryzą palce, wierząc, że gdy oni „jaskiniują”, one muszą ogarnąć emocje? Czy istnieje skuteczny sposób na to, jak dotrzeć do faceta, który nie chce rozmawiać? To zależy od tego, w jaki sposób mężczyzna oddala się z miejsca dyskusji czy kłótni. Nie zawsze jest to ucieczka. Zdarza się, że wychodzi właśnie dlatego, że chce zadbać o relacje. Mówi: „Przepraszam cię, kochanie, za sekundę powiem, zrobię coś złego i dlatego muszę wyjść, przebiec cztery razy dookoła domu, wrócę za 45 minut i będziemy dalej rozmawiać”. I to jest w porządku. On wie, że nie daje rady być w tej chwili tutaj z nią, i dla dobra relacji potrzebuje przerwy. To męskie zadbanie o sytuację, o siebie i o kobietę. Partner powiedział, po co idzie i kiedy wróci. A to zmienia sytuację, bo ona wie, na czym stoi. Mężczyźni chcą być użyteczni – dawać rozwiązania. A on je znalazł – wie, co zrobić, by nie wybuchnąć, i gdzie poszukać rozwiązania konfliktu. A jeśli po powrocie zacznie rozmowę na temat, który się zarysował, zanim odszedł, to zachowa się wręcz podręcznikowo.

To byłaby sytuacja idealna, ale najczęściej facet zamknięty w sobie nie wraca do tematu, bo uważa, że skoro on ochłonął, to kobieta pewnie też, więc już wszystko w porządku. Pamiętam taką parę z terapii: ona była wściekła na męża, a on miły, delikatny. Więc gdy ona zaczynała tyradę, zmieszany mówił: „Przepraszam, ale muszę do toalety”, i wychodził. A ona dalej – do pustego krzesła. Po czym wracał: „Przepraszam, już jestem”, a wtedy ona zaczynała od początku. Więc on po chwili: „Przepraszam, ale muszę...”. Aż w końcu ja nie wytrzymałem i powiedziałem: „Stary, przestań wypuszczać dołem, zacznij górą”. Wtedy on pierwszy raz jej powiedział, czego chce. To był początek ich wspólnej pracy nad związkiem. Ciekawe i tajemnicze jest to, że w pary łączą nas nie tylko nasze marzenia, ale i ograniczenia. W psychologii procesu mówimy o progach, czyli granicach tożsamości. Dajmy na to: ona ma próg na słuchanie, a on na mówienie, co czuje i czego potrzebuje. Ona jest ekspresyjna, on unika konfliktu. Jest im ze sobą wygodnie, co wcale nie znaczy, że są blisko. Kiedy zaczną rozmawiać, przekraczać swoje progi, mają szansę pogłębić związek. Wychodząc poza sferę komfortu, odkryć coś nowego o sobie, że np. dobrze jest słuchać.

Rozumiem rozmawiać, ale czy gdy facet zamyka się w sobie, warto biec za nim do jaskini?   Jeśli on chce się oddalić, niech idzie, ale nie jest wcale oczywiste, że zawsze trzeba szanować granice partnera i nie wpychać się za nim do jego świata. Bycie w relacji polega na tym właśnie, że niekiedy należy przekraczać granice. Pamiętając więc, że on może powiedzieć „nie”, idź za nim, jeśli czujesz, że to dobre dla waszego związku. Nie z lęku, że on odejdzie na dobre. Bo jeśli to lęk decyduje o tym, co robisz, to nie ty jesteś podmiotem swego życia. Ale jeśli czujesz, że to wam pomoże rozwiązać problem – idź. Na tym polega wnoszenie siebie do związku. A jeśli siebie do niego nie wnosisz, to cię w nim nie ma. To piękne, kiedy kobieta potrafi wejść do męskiej jaskini, bo to wymaga od niej przekroczenia egoizmu, poczucia żalu i krzywdy. Ważne tylko, by nie robiła niczego, co narusza jej godność, bo wtedy już nie mówimy o miłości. Jest taki świetny rysunek Michała Czyża, terapeuty. Są na nim dwa ludziki, które łączy jeden dymek: „Od dawna już się nie ranimy!”. Nie ranimy się, a więc nie jesteśmy w relacji, bo relacja polega na tym, żeby wnosić nie tylko te łatwe, ale i trudne uczucia, zostawiając partnerowi czy partnerce miejsce, żeby także mógł wnieść siebie, swoje reakcje, potrzeby. Warto żyć świadomie, rozmawiać: „Ja mam tak... A ty? Czego byś potrzebował?”. To podręcznikowe, w praktyce trudne, ale na tym polega komunikacja.

Jeśli dbamy o to, żeby nie przekraczać granic, nie ranić się, to też niewiele nas łączy? Super, jeśli wszystko idzie gładko, ale w życiu – prędzej lub później – pojawiają się trudności. Jeżeli nie wnosimy siebie do relacji, to stajemy się osobnymi wyspami. Zaczyna się od tego, że sam ze sobą się nie komunikuję i marginalizuję te kawałki siebie, które mi nie pasują, są trudne czy bolesne. Tak długo, jak nie nauczę się dogadywać ze sobą i z tym, co mi pasuje i nie pasuje we mnie, prawdopodobnie nie uda mi się dobrze komunikować z drugim człowiekiem.

Mój przyjaciel mówi: „Jestem w doskonałej relacji z wieloma ludźmi, ale nie jestem z nimi blisko. Z żoną kłócimy się, ale życia sobie bez niej nie wyobrażam”. Właśnie. Stan doskonałej harmonii i jedności jest możliwy tylko w niebie. Na Ziemi jesteśmy prawdziwi i różne rzeczy nas bolą. Możemy je wspólnie omawiać, bo jak się razem przechodzi przez to, co boli, to buduje się związek. Dbanie o status quo może spowodować, że związek nie będzie byciem razem. Znasz pewnie osoby, które zapytane o relacje odpowiadają: „Jest OK”, w bezosobowy sposób, ze smutkiem. Pod tym OK ukrywa się zniechęcenie, przygnębienie. Rezygnacja z czegoś, co jest dla mnie ważne, dobre. Może to radykalne podejście, ale moim zdaniem związek istnieje, kiedy jestem w nim obecny. Wnoszę siebie i robię miejsce dla drugiej osoby, bo jestem jej ciekawy. Ale nie marginalizuję swoich potrzeb, bo prędzej czy później złość wyjdzie na wierzch, choćby w publicznym upokarzaniu, wbijaniu szpili. Jeśli nie zdobędę się na odwagę, aby być sobą od początku, będę pokazywać tylko ten kawałek eksportowy, to nie mam szansy na zbudowanie bliskości. Może burzliwej, ale takiej, w której mam poczucie, że jestem sobą. Pewnie to nie dla każdego. Wielu ceni spokój i stabilizację. Rozumiem to i szanuję, ale nie polecam.

Zamknięty w sobie facet mówi: „Chcę być sam”, i wybiega, a ja za nim, do jego jaskini, żeby budować relację. Co mnie tam czeka? Bywa, że jeśli mężczyzna się z czymś mierzy, z czymś sobie nie radzi, a kobieta będzie obok niego, to on poczuje, że nie jest z tym ciężarem sam. Wszyscy potrzebujemy wsparcia w trudnych chwilach. Mężczyzna często nie umie nazwać tego, czego chce, ale czasem chce, by kobieta go przytuliła. Gdzieś tam w środku potrzebuje tego samego co ona, czyli poczuć, że nie jest sam, kiedy się boryka z trudnościami. W tej potrzebie mogą się naprawdę spotkać. Jeśli więc kobieta pójdzie za mężczyzną i go obejmie, a on się nie odsunie, to znaczy, że zrobiła to, czego potrzebował. Pewna koncepcja mówi, że większość ludzi w dzieciństwie przeżywa zbyt wczesne odstawienie od matki, a to powoduje, że i mężczyźni, i kobiety jako ludzie dorośli są pełni pretensji do partnerów. Ale pracę należy zacząć od kobiet. Wyleczyć ich wczesnodziecięce porzucenie, nauczyć tego, by porzuciły pretensje i żądania. Wtedy one są w stanie kochać partnerów, a oni – dzięki tej miłości – mogą uzdrowić swoje wczesnodziecięce porzucenie.

Facet nie umie rozmawiać i znowu kobiety mają coś do roboty. W tym, że kobieta, która kocha, może uzdrowić mężczyznę, jest coś kluczowego. Moc kobiety, a zwłaszcza matki, jest potężna. Brak lub niedostatek matczynej miłości ma daleko idące skutki. Widzę to i w mężczyznach, i w kobietach. Badania dowodzą, że ten deficyt uderza w chłopców bardziej. Na szczęście mamy dostęp do matczynej miłości nie tylko przez osobę, która była fizyczną matką, ale też przez choćby kontakt z energią Ziemi.

Wracając do twojego pytania, jeśli kobieta kocha i kieruje nią miłość i do siebie, i do swojego partnera, to będzie umiała odkryć to, co najlepsze dla obojga. Podobnie z mężczyzną, ale zwykle droga do tego miejsca miłości – i do siebie, i do partnerki – w przypadku mężczyzn jest trudniejsza do przebycia. Mężczyźni kulturowo są między dwoma progami. Jeden próg jest na wrażliwość. To ten system przekonań, że chłopaki nie płaczą. Drugi to próg na siłę, która utożsamiana jest z dominacją i przemocą. A to sprawia, że wielu mężczyzn wyrzeka się swojej sprawczości, wyrzekając się przemocy. Samo odzyskanie dostępu do wrażliwości nie wystarczy. Konieczne jest, by mężczyźni odzyskali dostęp do siły, która nie jest przemocą. Głęboki kontakt ze sobą jest im w tym niezbędny. Dopiero kiedy przejdą przez te progi, są zdolni do tego, by pokochać siebie.

Czyli gdy facet zamyka się w sobie, jaskinia to kontakt ze sobą? Tak. Bycie w kontakcie ze sobą cały czas. Ale brakuje nam czasu na trawienie tego, co przeżywamy, taką liczbą bodźców jesteśmy codziennie bombardowani. Rządzą też nami: skuteczność, użyteczność, produktywność, więc nawet w wolnym czasie stawiamy sobie zadania: jeździmy na rowerze, medytujemy, zamiast poleżeć na trawie i popatrzeć w niebo. Nie umiemy robić „nic”, a więc nie spotykamy się ze sobą, czyli z najważniejszą osobą.

Co się dzieje, kiedy „nic” się dzieje? Straszne rzeczy na początku, bo każde pięć minut bez planowania, co za chwilę zrobię, jest udręką. A „nic” jest bezcenne, bo w nim trawimy to, co przeżyliśmy. To sedno jaskini. Pewnego dnia siedziałem w domu i nic nie robiłem, więc mogłem zobaczyć, co się dzieje w mojej głowie. A tam leciał film, który obejrzałem poprzedniego dnia. Banalna historia o gliniarzach z Nowego Jorku. Scena po scenie. Był to akurat czas, kiedy zastanawiałem się nad granicami odpowiedzialności za uczucia innych. No i patrzyłem w okno i oglądałem w mojej głowie ten film... Gdy doszedłem do kluczowej sceny, zrozumiałem, że pada w niej odpowiedź na moje pytanie. Poprzedniego wieczoru tego nie złapałem. Był więc powód, dla którego to się działo, a ja byłem na tyle otwarty na to, co dzieje się w mojej głowie, żeby zauważyć to, co chciało do mnie dotrzeć. Gdybym zajął się czymś innym, przeoczyłbym tę odpowiedź.

Robienie „nic” może być też jałowym „zawieszeniem się”. To co innego niż jaskinia. Czegoś jest w życiu za dużo i dlatego się wyłączasz. Potrzebujesz wsparcia, a nie samotności. Rozróżnić to nicnierobienie od jałowej pustki można po tym, jak się czujemy. Jeśli „nic” nas buduje, to znaczy, że jest dobre. Jeśli nie, problem jest gdzie indziej i nie ma co siedzieć samemu w ciszy. To wszystko jest też tajemnicze. Pamiętam jednego z uczestników moich warsztatów, który jak się zajęcia zaczynały, zasypiał, a budził się na przerwę. Po czym zasypiał, jak zaczynaliśmy pracę. I tak przez dwa lata. Zadziwiające, ale jego życie się zmieniało. Zasypianie to sygnał progu. Mówi: to, co się dzieje, to za dużo, ale jest mi to potrzebne, bo nie odchodzę, tylko wracam.

Zbigniew Miłuński, filozof i terapeuta psychologii procesu. Pracuje jako psychoterapeuta, trener, konsultant w zakresie rozwoju osobistego, komunikacji interpersonalnej, rozwiązywania konfliktów. Prowadzi autorskie warsztaty rozwoju osobistego, w tym warsztaty dla mężczyzn.

  1. Styl Życia

Balet dla dorosłych. Na pierwszych lekcjach nie uczymy ciała, tylko głowę

 (Fot. Natalia Świdlicka/ materiały prasowe White Pointe Shoes)
(Fot. Natalia Świdlicka/ materiały prasowe White Pointe Shoes)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Jej przygoda z baletem zaczęła się w wieku 21 lat. Dziś jej instagramowy profil „White Pointe Shoes” obserwuje prawie trzydzieści tysięcy osób. To zapisana w obrazach i słowach historia młodej dziewczyny, która postanowiła zrealizować swoje marzenie i przekonać innych, że nie ma czegoś takiego jak „nienadawanie się” do sportu. Rozmowa z Dominika Nahajowską - promotorką baletu dla dorosłych. 

Jej przygoda z baletem zaczęła się w wieku 21 lat. Dziś jej instagramowy profil „White Pointe Shoes” obserwuje prawie trzydzieści tysięcy osób. To zapisana w obrazach i słowach historia młodej dziewczyny, która postanowiła zrealizować swoje marzenie i przekonać innych, że nie ma czegoś takiego jak „nienadawanie się” do sportu. Rozmowa z Dominika Nahajowską - promotorką baletu dla dorosłych. 

W dzieciństwie chciałam zostać baletnicą, moja mama zabrała mnie nawet do Poznania do szkoły baletowej, ale nie zdecydowała się zostawić swojego dziecka w internacie. Gdy trafiłam na twojego bloga, moje dziecięca marzenia odżyły, ale pomyślałam sobie, że mam 37 lat i może to już za późno. Na balet rekreacyjny, czyli tak zwany balet dla dorosłych nigdy nie jest za późno! Nie ma ograniczeń wiekowych czy wymagań fizycznych. Nie ważne ile masz lat i jaką masz kondycje, możesz stanąć przy drążku i poczuć się jak baletnica. Trochę Ci opowiem, jak to wyglądało kiedyś. Jedyny balet, z jakim mogłaś się spotkać, to balet zawodowy, do którego dzieciaki trafiały po zdanym przesłuchaniu do szkoły baletowej. I albo się dostawały, czyli całe życie wiązały z tańcem, albo ich przygoda kończyła się w tym miejscu. Dzisiaj już jest inaczej – tak jak nie musisz być zawodowym kolarzem, żeby mieć przyjemność z jazdy na rowerze, czy zawodowym kulturystą, żeby przychodzić na siłownie, tak samo nie musisz być baletnicą, żeby stanąć przy drążku. Szkoły czy zajęcia z baletu dla dorosłych przechodzą prawdziwe odrodzenie – głównie za sprawą Mary Helen Bowers, która przygotowywała Natalie Portman do roli Czarnego łabędzia, a potem swoim treningiem rzeźbiła ciała Aniołków Victoria’s Secret.

Wchodząc na sale, przeżyjesz taką samą lekcje, jakiej codziennie doświadczają tancerze baletu, choć oczywiście dostosowaną do twoich możliwości.

W jakim wieku są ludzie na takich zajęciach dla amatorów? Nie będę tam najstarsza, bo to jakoś tak głupio. Bez obaw, balet dla dorosłych jest dla dorosłych. Z moich obserwacji wynika, że średnia wieku to 25-45 lat, chociaż oczywiście zdarzają się też osoby starsze. Jedna z moich koleżanek, która zresztą potem występowała w zespole amatorskim, zaczęła tańczyć w wieku 40 lat. Dzieci dorosły i postanowiła wreszcie zawalczyć o to, co całe życie chodziło jej po głowie. Wiem, że w wielu szkołach tańca są zajęcia z baletu dla seniorów 60+.

Napisałaś, że zawsze czułaś się wykluczana ze sportu, bo byłaś za chuda, mizerna, bo zajęcia z wychowania fizycznego nie należały do twoich ulubionych. Co się stało, że w wieku 21 lat postanowiłaś pójść na zajęcia z baletu, a nie na salę fitness? Wcześniej próbowałam fitnessu, jogi czy pilatesu, ale czułam że to nie dla mnie. W torebce latały karnety z „jedną pieczątką”, bo wolałam stracić pieniądze niż się męczyć. Byłam pewna, że po prostu mam słomiany zapał. Na salę baletową trafiłam przypadkiem – dostałam bilety na spektakl od znajomej, pierwszy raz w życiu usiadłam na widowni Opery. Zakochałam się. Byłam absolutnie zachwycona tym, do czego jest zdolne ludzkie ciało, ale też bijącymi ze sceny emocjami.

Wróciłam do domu i zaczęłam szukać informacji o obsadzie. Odkryłam, że jeden z tancerzy prowadzi zajęcia dla dorosłych amatorów. Poszłam i przepadłam. Dzisiaj mam 30 lat, wiele w moim życiu się zmieniło, ale na salę baletową ciągle wracam. Chyba jednak nie mam słomianego zapału.

Jak wyglądały twoje początki?  Ile czasu zajęło ci dojście do poziomu, no właśnie, o jakim poziomie można mówić w przypadku dorosłych osób, które zaczynają? Początki zazwyczaj są ciężkie i tak samo było w moim przypadku, chociaż balet sprawiał mi tyle radości, że specjalnie o tym nie myślałam. Chciałam tańczyć. Nie przejmowałam się tym, czy wychodzi, czy nie, byłam gotowa się potykać i przewracać, żeby w końcu się nauczyć.

Nie da się jednak ukryć, że byłam w fatalnej kondycji – studiowałam dwa kierunki, więc głównie się uczyłam, nie byłam rozciągnięta, cały czas bolały mnie plecy. Gdyby nie balet, pewnie do dzisiaj by tak zostało.

(Fot. Natalia Świdlicka/ materiały prasowe White Pointe Shoes) (Fot. Natalia Świdlicka/ materiały prasowe White Pointe Shoes)

„Na pierwszych lekcjach baletu nie uczymy ciała, tylko głowę”. Balet zaczyna się w głowie? Tak i to na wielu płaszczyznach. Po pierwsze, trzeba pokonać wstyd i uprzedzenia, i na takich zajęciach się pojawić. Uwierzyć, że dasz sobie radę, a nawet jak nie dasz, to nikt cię za to nie zabije. Następny mit – że nauczyciele (pedagodzy) są niemili, albo że mogą kogoś wyrzucić, jak się nie sprawdzi. Jasne – wyjątki się zdarzają, ale najczęściej takie osoby szybko kończą swoją pedagogiczną karierę. W większości przypadków pedagog to osoba, która lubi przekazywać wiedzę i pomagać podopiecznym. Czasem sama jestem pod wrażeniem ich cierpliwości.

Druga rzecz, to walka z ciałem, bo dla niego balet to nowość. Nowy ruch, którego trzeba się nauczyć, przyswoić. Nauczyć trzeba się również wyrozumiałości i motywowania samego siebie, niepoddawania się po pierwszej porażce. Sukces jest nagrodą dla tych, którzy mają siłę próbować do skutku. Nie muszę ci mówić, że to się potem przekłada na wszystkie dziedziny życia.   

Czego będę uczyć się na pierwszych zajęciach? Czy muszę być już rozciągnięta, czy tego wszystkiego będę się uczyć od podstaw? Od absolutnego zera. Przychodząc na zajęcia nie musisz mieć żadnych umiejętności. Na pierwszych lekcjach nauczysz się podstawowych figur (pas) przy drążku. Każda ma swój cel : otwarcie bioder, wzmocnienie nóg itd. Poznasz też nazewnictwo, teorie, technikę. Będzie ciekawie.

Na co powinnam zwrócić uwagę szukając zajęć baletu dla dorosłych? Przede wszystkim na to, czy na sali są drążki – jeśli chcesz spróbować „prawdziwego baletu” będę niezbędne. Cześć szkół prowadzi też zajęcia w stylu body balet, czyli balet na macie, ale to nie do końca to, czego chcesz spróbować. Warto też przyjrzeć się pedagogowi – czy jest empatyczny, czy tłumaczy jasno, czy koncentruje się na podstawach. Jak mówiłam wcześniej, bywają różne przypadki i szkoda czasu na te negatywne osoby. Poza tym, czuj się jak w domu.

Czy będę tańczyć na pointach? W czym w ogóle ćwiczy się na początku? Pointy to następny, zazwyczaj wyczekiwany, etap nauki. Jak tylko twoje ciało będzie gotowe, nie ma przeciwskazań żebyś zaczęła! Ten moment u każdego przychodzi indywidualnie, uzgadnia się to z pedagogiem – dla jednego będzie to po trzech-czterech miesiącach, dla drugiego rok od rozpoczęcia nauki, ale nie jest tak, że jest to nieosiągalne. Na pierwsze zajęcia wystarczą bawełniane skarpetki, jak ci się spodoba – baletki ze sklepu baletowego.

Skoro jesteśmy przy stroju, to w czym powinnam ćwiczyć, jeśli na pierwszych zajęciach nie widzę się jeszcze w body i białych rajstopach? Sama długo się przekonywałam do białych rajstop… ale w nich najlepiej widać, jak pracują mięśnie nóg. W balecie strój ma swoje znaczenie – musi być taki, żeby pedagog widział twoje stopy, kolana, linię bioder, plecy. Jeśli zakryjesz się dresem od stóp do głów, nie będzie w stanie cię poprawić. Jednak dopasowana koszulka i legginsy też załatwią sprawę. Na sali pojawiają się osoby ubrane bardzo różnie – od typowo baletowych outfitów po zupełną awangardę. Na pewno nie  będziesz się wyróżniać, zresztą każdy i tak patrzy pod swoje nogi – jak już ustaliłyśmy, balet mocno zajmuje głowę.

A można ćwiczyć w domu, na przykład korzystając z twoich zajęć na YouTube? Moje treningi to głównie rozciąganie i wzmacnianie „pod balet”. Baletu jako takiego bez nadzoru w domu nie polecam, bo bardzo łatwo nabawić się złych nawyków, a one mogą prowadzić do kontuzji. Zresztą cała magia polega na stawaniu przy drążku. W domowej wersji dobrze sprawdzają się, wymyślone podczas lockdownu zajęcia na tzw. zoomie – czyli my widzimy pedagoga, a pedagog nas.

(Fot. Natalia Świdlicka/ materiały prasowe White Pointe Shoes) (Fot. Natalia Świdlicka/ materiały prasowe White Pointe Shoes)

Pewnie często słyszysz to pytanie, ale czy balet to kontuzjogenna dyscyplina, czy nie ma różnicy między nim, a zajęciami fitness? Zdjęcia pokrzywionych od point stóp hulają w Internecie, a „Czarny Łabędź” nadal zbiera żniwa. Wiadomo – każdy sport zawodowy, a tak można traktować balet, niesie za sobą pewne ryzyko, ale rekreacja mało kiedy jest szkodliwa, w końcu ruch to zdrowie. Balet dla dorosłych to fajna, bezpieczna forma ruchu, która często pomaga nam w typowo środowiskowych dolegliwościach – wzmacnia plecy, likwiduje garbienie, usprawnia ciało. Nie ma się czego obawiać, aczkolwiek różnica moim zdaniem jest na korzyść baletu. Na żadnych zajęciach z fitnessu nigdy nie czułam się tak „zaopiekowana” przez pedagoga, jak zawsze jestem na balecie.

Jakie korzyści, oprócz satysfakcji i nauki czegoś nowego, daje ci balet? A jakich korzyści można jeszcze oczekiwać od pasji? Mam wrażenie, że zapomnieliśmy, co oznacza słowo „rekreacja”, czyli robienie czegoś dla przyjemności. W życiu robimy masę rzeczy, których nie lubimy, ale które coś nam dają – np. praca, niektóre relacje towarzyskie. Czas sobie przypomnieć, że istnieją też rzeczy, które warto robić dla czystej przyjemności. Dbać o równowagę między „muszę”, a „chcę”. To właśnie może dać ci balet.