1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Inteligencja emocjonalna - jak zarządzać emocjami 

Inteligencja emocjonalna - jak zarządzać emocjami 

Gdy czujesz, że tracisz kontrolę - zatrzymaj się i wsłuchaj w swoje emocje. Jaką emocję czujesz? Nazwij ją. (Fot. iStock)
Gdy czujesz, że tracisz kontrolę - zatrzymaj się i wsłuchaj w swoje emocje. Jaką emocję czujesz? Nazwij ją. (Fot. iStock)
Wielu z nas nie potrafi panować nad swoimi emocjami, co przekłada się na relacje z innymi, atmosferę w domu, wyniki w pracy. Zestresowani rodzice powielają utarte schematy wychowania, w których nie ma miejsca na rozwijanie inteligencji emocjonalnej u dzieci.  Traci na tym każda ze stron.

Każdy z nas ma dni, w których czuje, że wszystko wymyka się spod kontroli. Nad niczym nie panuje i najchętniej zapadłby się pod ziemię, albo zniknął na kilka dni. Ciągłe wrażenie przytłoczenia i natłoku pracy, wywołuje w nas ogromny stres i poczucie bezsilności. Albo co gorsze - wybuch napięcia.

Ale są też tacy, którzy pomimo licznych przeciwności losu każdego dnia są pełni energii i optymistycznie patrzą w przyszłość, a wszystkie napotykane na swojej drodze problemy potrafią przekuć w sukces.

W czym tkwi sekret? W poziomie inteligencji emocjonalnej i umiejętności zarządzania własnymi emocjami. Inteligencja emocjonalna to zbiór określonych kompetencji, dzięki którym łatwiej człowiekowi funkcjonować w społeczeństwie. Można do nich zaliczyć cztery główne umiejętności: rozpoznawanie emocji i ich rozumienie, wykorzystywanie ich potencjału w działaniu i myśleniu, empatyczne ich wyrażanie oraz korzystne regulowanie. Wysoki poziom inteligencji emocjonalnej przekłada się na lepsze radzenie sobie w sytuacjach konfliktowych czy stresujących, a także wpływa na tworzenie zdrowych relacji międzyludzkich.

Zarządzanie emocjami, a dzieciństwo  

Właściwego rozpoznawania emocji warto uczyć już małe dzieci. Powinno się też tłumaczyć, dlaczego dana emocja się w ogóle pojawiła. Pamiętajmy, aby rodzice mieli wspólną definicję dla opisywania znaczenia emocji. Dzieci uczą się poprzez naśladownictwo, dlatego tak ważne jest, by mieć świadomość, że nasze komunikaty i reakcje stanowią dla nich przykład i wzór do naśladowania. Rolą rodziców, dziadków, pierwszych nauczycieli w żłobku czy przedszkolu jest nie tyle nauczenie ich czym są w ogóle emocje i dlaczego ich doświadczamy, ale przede wszystkim swoją postawą, pokazywanie właściwych reakcji na nie.

Tak samo jest w przypadku dorosłych. Chociaż umiejętność zarządzania swoimi emocjami teoretycznie powinien mieć opanowaną każdy z nas, to jednak wiele osób miewa z tym trudności. Dzisiaj większość z nas chce regulować emocje, omijając inną ważną umiejętność jaką jest wyrażanie, czyli empatyczne pokazanie tego, jak się czuje. Samo wyregulowanie emocji nie wystarczy do dobrej komunikacji a wręcz może ją  utrudniać.

Rodzice mający problemy w tym obszarze nie będą w stanie przekazać niezbędnej wiedzy dziecku, aby potrafiło ono, w dorosłym już życiu, wyrażać i odczytywać emocje we właściwy sposób. Na szczęście inteligencja emocjonalna nie jest cechą genetyczną i można ją kształtować przez całe życie.

Inteligencja emocjonalna, a jakość życia

Dobrze rozwinięta inteligencja emocjonalna może w znaczący sposób wpłynąć na jakość naszego życia, związków z innymi, naszą samoocenę i postrzeganie samych siebie, a nawet na naszą motywację i zaangażowanie w pracy. Powinna to być umiejętność, którą rozwija się w przedszkolu czy szkole, tak jak uczy się pisania i czytania. W ten sposób można  kształcić dzieci tak, aby wyrosły na ludzi świadomych siebie, swojej wartości, pewnych siebie, ale przede wszystkim – zwyczajnie szczęśliwych.

Osoba inteligentna emocjonalnie to przede wszystkim taka, która jest świadoma swoich emocji, uważnie je obserwuje i pokazuje je innym, w czytelny i bezpieczny sposób, aby inni wiedzieli jak dokładnie ona się czuje. Kiedy jest potrzeba  zmniejszenia swojego pobudzenia emocjonalnego używa takich sposobów, który przede wszystkim jest skuteczny i “zdrowy” dla niej samej. Taka osoba nie tłumi w sobie uczuć, nie krzywdzi innych używając agresji pasywnej czy fizycznej, ponieważ każda pojawiająca się emocja jest dla niej konkretnym komunikatem. Na co dzień chcielibyśmy otaczać się właśnie takimi osobami, które swoją postawą i umiejętnością empatycznego podejścia do każdej emocji powodują, że czujemy się przy nich  po prostu bezpiecznie. Takie osoby jasno komunikują innym swój smutek, powody pojawienia się złości czy gniewu, widać jak zmniejszają zbyt intensywną radość. Potrafią również okazać ogrom wsparcia, empatii i zawsze nas wysłuchają, a przede wszystkim wiemy, jakiej reakcji możemy się po nich spodziewać. Swoją postawą sprawiają, że mamy pewność, że żadna kłótnia czy inna sytuacja konfliktowa z ich udziałem nie zamieni się w burzę słów, wyścig krzyków, obwiniania, szukania winnego i plotkowania.

Warto też pamiętać, że starając się o pracę potencjalny szef nie będzie tolerował wybuchów złości czy krzyków, które bardziej pasują do nastolatka wkraczającego w okres dorosłości, a nie przyszłego pracownika międzynarodowej korporacji. Jego oczekiwania dotyczyć będą tego, aby pracownik jasno i empatycznie wypowiadał się na temat powodu swojej złości. Żyjemy w dynamicznych czasach, w których zdolność do jasnego komunikowania swoich potrzeb, radzenia sobie ze stresem, rozwiązywania sytuacji konfliktowych, czy umiejętność pracy w zespole niejednokrotnie bardzo różniących się od siebie ludzi często bywają ważniejsze niż faktyczny poziom wykształcenia potwierdzony uzyskanymi dyplomami.

Zawsze jest dobry czas na rozwój emocjonalny

Inteligencję emocjonalną możemy rozwijać niezależnie od wieku, czy posiadanego wykształcenia. Pierwszym krokiem ku zmianie jest uświadomienie sobie swojego problemu, przyznanie się przed samym sobą, że nie potrafimy panować nad swoimi emocjami i reakcjami na różne sytuacje. Przerasta nas to, nie wiemy jak się zachować, jak zareagować, a co najważniejsze – jak odwrócić naszą uwagę od bodźców, które wywołały w nas niepożądane emocje. Gdy przez lata tłumiliśmy w sobie wszystkie emocje, bo tak zostaliśmy wychowani i żyliśmy w przeświadczeniu, że przyznanie się do odczuwania danej emocji jest złe lub nie na miejscu, albo nikt wcześniej nam nie pokazał jak w zdrowy sposób radzić sobie z narastającą w nas złością czy poczuciem bezsilności, to sami nie będziemy w stanie sobie pomóc. Niezbędne będzie wsparcie specjalistów.

Jednym ze skutecznych rozwiązań może być trening rozwoju inteligencji emocjonalnej, podczas którego uczestnicy uczą się zarządzać swoimi emocjami. Jest on dopasowany do indywidualnych potrzeb danej osoby, co weryfikują poprzedzające go testy sprawdzające m.in. aktualny poziom wszystkich kompetencji. Każdego dnia możemy również ćwiczyć naszą inteligencję emocjonalną za pomocą krótkich ćwiczeń wyrabiających w nas określone nawyki i uważność na reakcje naszego organizmu.

Z rozwijaniem inteligencji emocjonalnej powinno być tak, jak z nabywaniem każdej nowej umiejętności. Żeby nie zniechęcić się brakiem znaczących rezultatów warto zacząć od małych kroków, dzięki którym powoli zaczniemy w sobie wyrabiać nawyk pewnej uważności na reakcje naszego organizmu i emocje temu towarzyszące.

Pomocne wskazówki:

1. Gdy czujesz, że tracisz kontrolę - zatrzymaj się i wsłuchaj w swoje emocje. Jaką emocję czujesz? Nazwij ją.

2. Co się dzieje z twoim ciałem, kiedy ją odczuwasz, w którym miejscu najbardziej odczuwasz daną emocję?

3. Co wywołało tę emocję? Dlaczego ją odczuwasz?

4. Jak powinieneś wyrazić tę emocję, aby nie krzywdziła innych, ale była dla nich czytelna?

5. Co możesz zrobić, aby zmniejszyć jej siłę?

6. Co możesz zrobić, aby zmienić swój nastrój?

(Fot. archiwum prywatne) (Fot. archiwum prywatne)

Marzena Martyniak – psycholog, specjalista w dziedzinie rozwoju inteligencji emocjonalnej, stowarzyszony partner International Society of Emotional Intelligence (ISEI). Autorka polskiej wersji SEL (Social Emotional Learning) oraz unikalnego programu edukacyjnego Land of Emotions.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Odchodzę… i co dalej? W jaki sposób kończymy relacje?

Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Koniec w relacjach z ludźmi jest zawsze trudniejszy niż początek. Na liście najbardziej stresujących wydarzeń w naszym życiu rozwód zajmuje drugie miejsce po śmierci współmałżonka. A zwolnienie z pracy trzecie. Tym większą więc sztuką jest odejść bez strat po obu stronach. Tylko czy to w ogóle możliwe?

Sposób, w jaki się rozstajemy, więcej mówi o nas niż to, jak rozpoczynamy znajomość albo pracę. Wszyscy to wiemy. Jednak gdy przychodzi się rozstać, puszczają wszelkie hamulce. Jeszcze niedawno kochający się ludzie skaczą sobie do oczu, a dotąd zadowoleni pracownicy nasyłają na pracodawcę kontrole, idą „na chorobowe”, kopiują i wynoszą z firmy bazy danych. Mało kto traktuje rozstanie jako krok naprzód, jako zmianę, dzięki której można się rozwinąć i czegoś nauczyć.

Końca wojny nie widać

Ewa (nauczycielka, lat 35) i Piotr (handlowiec, lat 32) rozstają się już cztery lata. Od momentu, kiedy Ewa złożyła pozew o rozwód, odbyło się pięć rozpraw (nie licząc pojednawczej) i jak na razie nie ma finału. Ewa żąda rozwodu z orzeczeniem o winie męża.

Ewa: – Zdradzał mnie przez całe trzy lata, kiedy byliśmy razem, o czym dowiedziałam się oczywiście ostatnia. Niech się przyzna, że to on rozwalił nasz związek. A Piotr przyznać się do winy nie zamierza. Owszem, zdradził, ale to był według niego tylko incydent, za który zresztą żonę przeprosił.

Piotr: – Nie można karać na tysiąc sposobów za jeden czyn. Ewa wyrzuciła mnie z domu, zażądała rozwodu i odszkodowania, nie dopuszcza mnie do córki. A niech powie, dlaczego ją zdradziłem! Sama się o to prosiła!

Ewa: – On ma argument – zdradziłem, bo nie chciałaś ze mną spać. A to nie tak. Bardzo źle znosiłam ciążę, przez cztery miesiące musiałam leżeć plackiem, wymiotowałam. Po urodzeniu Gabrysi przeszłam depresję poporodową. A on wtedy spotykał się z tamtą kobietą!

Każde z nich robi wszystko, żeby dowieść, że racja jest po jego stronie. Niczym innym teraz nie żyją. Zbierają przeciwko sobie dowody, namawiają świadków do zeznań, utrudniają sobie nawzajem życie. I on, i ona doskonale wiedzą, jak najmocniej dopiec drugiemu – posługując się dzieckiem. Dosłownie wydzierają sobie Gabrysię (ma pięć lat) z rąk. Któregoś dnia Piotr odebrał ją z przedszkola i nie chciał oddać Ewie. Wezwała policję. Teraz wnioskuje o ograniczenie ojcu praw rodzicielskich. A na wszelki wypadek nie posyła córki do przedszkola, małą opiekują się dziadkowie. Ewa jest skrajnie wyczerpana, od wielu miesięcy na lekach antydepresyjnych. Piotr nie jest już z tą trzecią, zmienia partnerki, z nikim nie chce się wiązać. Liczy na to, że ułoży sobie nowe życie, gdy zakończy stare. Ale końca wojny nie widać.

Zostańmy przyjaciółmi!

Kinga (42 lata, anglistka) i Sławek (również 42, politolog i informatyk) od dwóch lat są po rozwodzie. Poznali się na drugim roku studiów. On wywiesił kartkę, że poszukuje tłumaczki dla zespołu, którego koncert przygotowywał, ona zaoferowała pomoc. Wybuchła wielka miłość. Ewa rozpoczęła nawet drugie studia na naukach politycznych, żeby mogli być jak najbliżej. Szybko wspólnie zamieszkali. Na ostatnim roku wzięli ślub, dwa lata potem zostali rodzicami Kuby. Razem pracowali (założyli firmę informatyczną), robili zakupy, gotowali, sprzątali, odpoczywali. Znajomi mówili o nich: „Ci do siebie przyklejeni”.

Coraz lepiej im się powodziło, firma się rozrastała. Trzy lata temu zatrudnili kilkoro nowych pracowników, w tym kolegę Sławka z liceum. Niedługo potem, po raz pierwszy w czasie 19 lat znajomości, wyjechali oddzielnie: on w interesach do Krakowa, ona, razem z kilkoma pracownikami firmy, na branżowe targi do Poznania.

Kinga: – Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało. Po prostu zakochałam się i już. W Jacku. Serce zabiło mi mocniej, jak tylko zobaczyłam go po raz pierwszy. Ale nową miłość dopuściłam do głosu dopiero na tym wyjeździe. Może dlatego, że nie było obok mnie Sławka. Potem sprawy potoczyły się błyskawicznie. On wyprowadził się z domu, wniósł pozew o rozwód. Nie było orzekania o winie, podziału majątku przed sądem i walki o syna.

Sławek: – Wszystko uzgodniliśmy. Dom jest dla Kingi i syna, dla mnie konto i samochód. Niedawno zresztą kupiłem obok ich domu działkę, będę się budował. Firmę nadal prowadzimy razem.

Kinga: – Dla dobra syna bardzo zabiegałam o to, abyśmy pozostali przyjaciółmi. I chyba się udało. Mamy już swoje nowe związki, często spotykamy się całymi rodzinami, nasze dzieci się lubią. Ostatnio byliśmy wszyscy razem na wakacjach.

Ponieważ brzmi to tak pięknie, że aż nieprawdziwie, usiłowałam dowiedzieć się, jak w tym czworokącie czują się nowi partnerzy Kingi i Sławka. Odmówili rozmowy.

Pani już tu nie pracuje

Krystyna w ubiegłym roku obchodziła 55. urodziny i 35-lecie pracy w pewnej znanej firmie. Przeszła drogę od sekretarki do dyrektorki administracyjnej. Przeżyła ośmiu prezesów, kilkunastu kierowników. Przez wszystkich chwalona jako sumienna, pracowita, oddana firmie. Nie zdziwiła się więc, gdy jej bezpośredni przełożony oznajmił: „Ubierz się elegancko i 10 maja jedź do centrali”. Pewnie dadzą mi nagrodę, pomyślała, bo 10 maja firma miała świętować jubileusz. W przeddzień Krystyna poszła do fryzjera i kosmetyczki. Tamto majowe popołudnie pamięta do dziś. Wyciągnęła z szafy markową garsonkę, szpilki, założyła sznur pereł. – I jeszcze wróciłam po aparat, żeby jakiś ślad po tej uroczystości został. Spodziewałam się nagrody, bo to była okrągła rocznica, a firma miała się czym chwalić. Wchodzę uśmiechnięta do biura prezesa, a on bez żadnych wstępów wręcza mi zwolnienie. I podniesionym tonem mówi: „Od jutra już tu pani nie pracuje”. Po czym przez pół godziny perorował, jakim to on był dobrym szefem, co on to dla firmy zrobił, jak długo tolerował ludzi ze „starego rozdania”, czyli między innymi mnie. Gdy otworzyłam usta, żeby powiedzieć, co o tym myślę, przerwał mi: „Rozmowę uważam za zakończoną”. Co miałam robić, uniosłam się honorem i podpisałam.

Okazało się, że na jej miejsce zatrudniono młodą dziewczynę, jak się plotkuje, kochankę prezesa. Zmieniono tylko nazwę jej stanowiska. Krystyna wniosła sprawę do sądu. Wie, że ma małe szanse na wygraną, bo wypowiedzenie przecież podpisała. Walczy tylko o swoją godność.

Pomocne lektury: Jakub Jabłoński „Rozwód. Jak go przeżyć?”, W.A.B. 2008; Marshall B. Rosenberg „Rozwiązywanie konfliktów poprzez porozumienie bez przemocy”, Jacek Santorski & Co 2008; Martin E.P. Seligman „Prawdziwe szczęście”, Media Rodzina 2008; Maciej Bennewicz „Coaching, czyli restauracja osobowości”, G&J 2008.

  1. Psychologia

Metoda rodzinnej interwencji – jak pomóc bliskiej osobie wyjść z uzależnienia, kryzysu lub depresji?

Zdaniem dr. Vernona Johnsona, autora interwencji rodzinnej, osobie uzależnionej można pomóc jedynie poprzez miłość, rozumianą jako troskę, wsparcie i odpowiedzialność. (Fot. iStock)
Zdaniem dr. Vernona Johnsona, autora interwencji rodzinnej, osobie uzależnionej można pomóc jedynie poprzez miłość, rozumianą jako troskę, wsparcie i odpowiedzialność. (Fot. iStock)
Interwencja rodzinna to skuteczny sposób, by pomóc bliskiemu, który popadł w uzależnienie, kryzys lub depresję. Pokazuje, jak zapewnić go o miłości oraz zachęcić do zwrócenia się po profesjonalne wsparcie. 

Marta, czterdziestoletnia, drobna kobieta, zgłosiła się do instruktora terapii uzależnień Macieja Kiełbasińskiego z prośbą o pomoc rok po śmierci ojca jej męża. – Początkowo myślałem, że chodzi o uzależnienie, bo w sytuacji kryzysu mężczyźni często szukają pocieszenia w alkoholu, narkotykach, seksie czy hazardzie. Jednak po rozmowie z Martą okazało się, że najbardziej niepokoi ją izolacja męża, jego konflikty z synami, matką, bratem – relacjonuje Kiełbasiński. – „Rozumiem, że jest mu ciężko, ale od roku obchodzimy się z nim jak z jajkiem, akceptujemy jego potrzebę samotności, wyręczamy w domowych obowiązkach, pocieszamy, wspieramy, jest coraz gorzej” – tłumaczyła mi pacjentka. Długo zastanawiałem się, czy nie odesłać jej do terapeuty rodzinnego, jednak w trakcie rozmowy zrozumiałem, że problemy rodziny Marty są rzeczywiście bardzo zbliżone do problemów rodzin, w których występuje uzależnienie – opowiada instruktor terapii uzależnień.

Po śmierci ojca mężczyzna przechodził przez typowe etapy żałoby. Najpierw pojawiło się zaprzeczenie, potem etap poszukiwania winnego, targowanie się z losem, aż wreszcie depresja, która przeciągała się coraz dłużej, jak w wielu podobnych wypadkach, kiedy osoba doznająca dotkliwej straty nie potrafi się z nią pogodzić. Marek, do tej pory silny mężczyzna, troskliwy ojciec, wyrozumiały syn, dający wsparcie mąż – pogrążył się w samotności i apatii. Najgorsze było to, że nie przyjmował żadnej pomocy. Pocieszające słowa żony traktował ironicznie: „Skąd ty możesz wiedzieć, co ja czuję?”, nie reagował na propozycje rozmowy: „Daj mi spokój, to moja sprawa”, przestał odbierać telefony od matki i brata. Coraz częściej agresywnie odnosił się do synów. Zaczął zaniedbywać służbowe obowiązki. Kiedy przez kilka dni znowu nie pojawił się w pracy, jego szef zadzwonił do żony i zagroził, że go zwolni. Wtedy Marta zdecydowała się zgłosić do terapeuty.

– Gdy powiedziała, że postanowiła dłużej nie tłumaczyć nieobecności męża w pracy, nie pocieszać w nieskończoność teściowej, która każdego dnia płakała do słuchawki, że straciła nie tylko męża, ale też syna – stwierdziłem, że warto spróbować metody rodzinnej interwencji – podsumowuje Maciej Kiełbasiński.

Stanowczo i z miłością

Bez względu na to, czy problem dotyczy uzależnienia, kryzysu, bolesnej straty, depresji czy choroby somatycznej, rodzina jest gotowa zrobić wszystko, żeby pomóc. Jednak to „wszystko” oznacza często: nieustanne roztrząsanie problemu, prośby i groźby, pocieszanie, przywoływanie do porządku („weź się w garść”), chęć wybawienia na przemian z ignorowaniem, przekupstwo lub szantaż, nagradzanie i karanie, aż wreszcie zniechęcenie, bezradność, wściekłość i odrzucenie. Nie ma co się oburzać, zwłaszcza na tę ostatnią fazę – w końcu trudno jest pomóc komuś, kto pomocy nie przyjmuje. W konsekwencji osoba w kryzysie czuje się coraz bardziej wyizolowana, podejmuje coraz bardziej rozpaczliwe, często destrukcyjne, próby radzenia sobie z problemem, który w rezultacie powoduje rozpad całej rodziny.

Zdaniem dr. Vernona Johnsona, autora interwencji rodzinnej, osobie uzależnionej można pomóc jedynie poprzez miłość, rozumianą jako troskę, wsparcie i odpowiedzialność. Jak się okazuje, ta metoda może być stosowana z powodzeniem również w sytuacji, kiedy jeden z członków rodziny przeżywa kryzys, z którym ani on sam, ani jego bliscy nie potrafią sobie poradzić. To starannie zaplanowany i dobrze zorganizowany proces, podczas którego członkowie rodziny łączą się, by z miłością, ale i stanowczością skonfrontować osobę z tym, co się z nią dzieje, oraz z koniecznością zgłoszenia się do profesjonalisty.

Interwencja, wbrew pozorom, bardziej dotyczy członków rodziny niż osoby, której dotknął problem. Najważniejsze jest to, co bliscy chcą zrobić lub czego robić już dalej nie zamierzają. Mocą sprawczą interwencji jest wykorzystanie siły grupy. Z kilku powodów. Po pierwsze, konfrontacja jeden na jeden z osobą pogrążoną w cierpieniu, nieradzącą sobie z emocjami, bywa mało skuteczna. Cierpienie bliskich zwykle odbiera realne argumenty, a osoba w kryzysie często bywa niezłym manipulatorem (racjonalizuje, zaprzecza problemowi). Po drugie, w trakcie interwencji osoba z problemem zostaje zapewniona o tym, jak bardzo jest kochana i ważna, ma szansę dowiedzieć się (w atmosferze szczerości i zrozumienia, bez złości, obwiniania i szantażu), jaki wpływ jej problem ma na pozostałych członków rodziny, oraz przekonać się, że najbliżsi nie zamierzają dłużej stwarzać jej komfortowych warunków do pogrążania się w kryzysie i izolacji. Ma zapewnione wsparcie, pod warunkiem że zgłosi się po pomoc do profesjonalisty. Jeśli tego nie zrobi, zostanie z problemem sama.

Od 80 do 85 proc. podjętych interwencji kończy się sukcesem. Dzieje się tak z kilku powodów:

  • rodzina jednoczy się dzięki zdobytej wiedzy i otwartej komunikacji,
  • osoba w kryzysie dowiaduje się, jak bardzo jest kochana i ważna,
  • członkowie grupy mają okazję, żeby wyjaśnić, jaki wpływ wywiera na nich (i na całą rodzinę) kryzys osoby mającej problem,
  • osoba w kryzysie dowiaduje się, że rodzina wesprze ją podczas terapii, ale też przestanie wspierać, gdy nie zgłosi się do psychologa.

Dobry plan to podstawa

– Interwencja nie jest skomplikowanym procesem, ale wymaga starannego zaplanowania i przygotowania – tłumaczy instruktor terapii uzależnień. Trzeba zwrócić uwagę na kilka elementów:

Stworzenie zespołu

Zespół interwencyjny powinien liczyć od trzech do pięciu członków. Dobrze, żeby byli to ludzie, których osoba z problemem kocha, szanuje, potrzebuje i lubi. W zespole mogą być członkowie rodziny, przyjaciele, nawet pracodawca. Ważną sprawą jest współpraca zespołu interwencyjnego: wszyscy powinni uzgodnić jednakowe stanowisko i czerpać informacje z tego samego źródła – dlatego wybór terapeuty czy psychologa musi być uzgodniony wcześniej, żeby nie było różnych zdań w czasie interwencji. Jeszcze dokładniej trzeba dobrać osoby do grupy.

– Kiedy Marta zadzwoniła do teściowej i opowiedziała jej o planowanej interwencji, zorientowała się, że starsza pani nadal czuje złość i obwinia syna o to, że się od niej odwrócił – opowiada Maciej Kiełbasiński. – Doradziłem jej, by wykluczyła ją z zespołu interwencyjnego, bo teściowa nie była gotowa na takie działania. Ważne jest również, by nie włączać do zespołu osób, które nie oprą się pokusie przedwczesnego poinformowania osoby z problemem o interwencji. Tak było chociażby w przypadku 10-letniego syna Marka i Marty.

Interwencję należy traktować jak projekt, a nie spotkanie towarzyskie. Wszystkie problemy warto zapisywać, tak jak przy organizacji ślubu. Pamięć jest zawodna, a w przypadku interwencji nie można o niczym zapomnieć.

Wybór miejsca

Najlepszy będzie teren neutralny – osoba z problemem będzie czuła się mniej pewnie i trudniej jej będzie odmówić przyjęcia pomocy. Może to być dom kogoś z rodziny lub przyjaciela, ale nie miejsce publiczne np. restauracja czy kawiarnia. Po wybraniu miejsca warto się skoncentrować na wymyśleniu wiarygodnego powodu, by ściągnąć głównego zainteresowanego.

– Marta powiedziała mężowi, że przyjaciel rodziny zaprasza ich na kolację – opowiada Kiełbasiński. – Kiedy razem z mężem i starszym synem dotarli na miejsce, zastali tam Kacpra z żoną i brata Marka z bratową.

Interwencję najlepiej przeprowadzić w pomieszczeniu, w którym jest wystarczająco dużo przestrzeni, by wszyscy mogli usiąść wokół (w środku kręgu nie powinny znajdować się żadne przedmioty czy meble). Osobę w kryzysie najlepiej posadzić w takim miejscu, aby obok niej siedzieli ci, których darzy wyjątkowym szacunkiem i bardzo kocha. Nikt nie powinien opuszczać swojego miejsca przed zakończeniem interwencji.

Wskazanie lidera grupy

Lider spełnia rolę gospodarza, rzecznika i przewodnika. Najczęściej jest to krewny, przyjaciel lub kolega, którego osoba w kryzysie darzy największym szacunkiem, ktoś, kogo nie będzie chciała rozczarować. Nie zawsze słusznym jest, by rolę lidera spełniał ktoś najbliższy emocjonalnie, np. partner – może to bowiem utrudnić proces. Podczas interwencji tylko lider komunikuje się z osobą w kryzysie: prosi ją, by przyjęła pomoc, odpiera jej kontrargumenty, zaczyna spotkanie i je kończy… Niedopuszczalna jest sytuacja, w której zespół wdaje się w spontaniczną dyskusję, bo to pozbawia grupę mocy, a interwencja kończy się klęską.

– Marta doszła do wniosku, że liderem ich grupy powinien być Kacper – dobry przyjaciel Marka – opowiada Maciej Kiełbasiński.– Przez rok od pogrzebu ojca Kacper był jedyną osobą, z którą Marek od czasu do czasu rozmawiał. Rodzice Kacpra od dawna nie żyli, a poza tym sam jakiś czas temu korzystał z pomocy terapeuty. Był więc najbardziej wiarygodny.

Bardzo ważne jest, by w trakcie interwencji lider był spokojny i opanowany, a także pamiętał, że podstawowym celem interwencji jest okazanie miłości, szacunku, a nie uderzanie w godność osoby w kryzysie.

Napisanie listu

Ponieważ w trakcie interwencji zwykle pojawiają się silne emocje i trudno jest zebrać myśli, najlepszym sposobem jest napisanie (przez każdą osobę biorącą udział w interwencji) listu (na półtorej do dwóch stron) skierowanego do osoby w kryzysie i składającego się z trzech części:

– Przesłania miłości. To najważniejsza część listu. Zwykłe: „kocham cię” nie wystarczy. Trzeba sięgnąć do wspomnień i powiedzieć, dlaczego tę osobę kochasz, ile dla ciebie znaczy, co czułeś i za co jesteś jej wdzięczny, np.: „Kiedy się rozwodziłem, byłeś obok mnie i wspierałeś. Twój optymizm stawiał mnie na nogi. Dziś jestem tu dla ciebie.”

– Części dotyczącej problemu. W tym fragmencie musisz uważać, żeby nie wylać na papier gniewu, jaki czujesz do osoby w kryzysie (np. za to, że zwleka z pójściem do terapeuty), trzeba też powstrzymać się od krytyki. Nie używaj skrajnych wyrażeń, takich jak: „udręczona”, „przerażony” czy „wściekła”, a zastąp je słowami: „zmartwiona”, „przestraszony”, „zła”. Na przykład: „Kiedy zamykasz się w sobie, czuję się osamotniona i bezradna. Martwię się o twoje zdrowie. Nasz syn nie rozumie całej sytuacji i często płacze w nocy, bo boi się, że stanie się coś złego.”

Podaj trzy konkretne zachowania osoby w kryzysie, które dotknęły rodzinę w ciągu ostatnich trzech miesięcy, np.: „W poniedziałek w zeszłym tygodniu nie poszedłeś do pracy. Twój szef zadzwonił do domu i czułam się winna, kłamiąc mu, że musieliśmy wyjechać do rodziny”.

– Zakończenia. Powtórz, jak bardzo ci na tej osobie zależy, zapewnij o twoim wsparciu i poproś, aby przyjęła oferowaną jej pomoc, np.: „Nie mogę sobie wyobrazić życia bez ciebie. Nie chcę cię stracić i zrobię wszystko, aby cię wesprzeć. Czy przyjmiesz pomoc, jaką ci dzisiaj ofiarujemy? Twoja kochająca siostra.”

Zakreślenie granic

– Kulminacyjnym momentem interwencji jest reakcja osoby w kryzysie na przyjęcie oferowanej pomocy – mówi Kiełbasiński. – Jeśli odmówi pomocy, lider grupy daje znak, by każdy z uczestników przeczytał, przygotowane na piśmie, granice swojej wytrzymałości.

Wytyczając je, należy pamiętać, by robić to z miłości do bliskiej osoby, a nie z chęci odwetu. Celem nie jest zawstydzenie osoby w kryzysie, tylko jasne przedstawienie tego, co poszczególni członkowie robili, podświadomie pogłębiając kryzys bliskiej osoby, a czego teraz robić już nie będą, np. usprawiedliwianie nieobecności w pracy czy przejmowanie na siebie domowych obowiązków. Osoba, której chcesz pomóc, ma sama ocenić, co jej się bardziej opłaca i dokonać wyboru. W czasie czytania „granic wytrzymałości” trzeba też zwracać uwagę na ton głosu, żeby nie było w nim złości ani wahania.

Gdyby utrzymanie postanowień zawartych w „granicach wytrzymałości” stanowiło problem, trzeba wykorzystać siłę, jaką stanowi grupa, i wzajemnie się wspierać.

Interwencja sprowadza się wprawdzie tylko do jednego posiedzenia, ale bardzo istotnego i wyznaczającego początek trudnej podróży. Osoba w kryzysie może przyjąć pomoc i propozycję zgłoszenia się do terapeuty lub nie.

– Marek zgodził się pójść do psychologa – opowiada Maciej Kiełbasiński. – Marta była u mnie jeszcze dwa razy, kilkakrotnie rozmawialiśmy przez telefon. Moje wsparcie polegało głównie na tym, by z miłości nie dała się kolejny raz zmanipulować Markowi i nie odstąpiła od „granic wytrzymałości”, jakie przekazała mężowi. Kiedy masz poczucie, że nie będziesz w stanie dotrzymać swoich obietnic, poszukaj wsparcia wśród uczestników interwencji.

Terapia okazała się skuteczną metodą i mężczyzna zaczął wychodzić z kryzysu.

Jak odpierać kontrargumenty osoby w kryzysie:

Nie pójdę się leczyć, bo nie mam po co. Jestem zdrowy.

Reakcja: „Nie prosimy cię o to, żebyś oceniał, czy jesteś zdrowy czy nie. Chcemy tylko, abyś poddał się ocenie specjalisty, wykwalifikowanego psychologa. Jeżeli nie jesteś chory, dowiesz się o tym pierwszy. Niech specjalista oceni, jak jest naprawdę.”

Sami macie problem i jesteście chorzy, nie będziecie mi mówić, co mam robić.

Reakcja: „Ale dzisiaj właśnie rozmawiamy o twoim problemie i próbujemy pomóc akurat tobie. Nie chodzi tutaj o to, czy ktoś jest chory czy nie, ale o to, co się z nim w trakcie tej choroby dzieje.”

Nie mogę się leczyć, bo będzie mi to przeszkadzać w mojej pracy i ją stracę.

Reakcja: „Rozmawialiśmy z twoim szefem, zgodził się na to, żebyś dostał urlop lub zwalniał się na wizyty u terapeuty. Opuszczone godziny odpracujesz”

Warto przeczytać: Jeff i Debra Jay, ,,Miłość przede wszystkim. Metoda interwencji w terapii uzależnień od alkoholu i innych substancji psychoaktywnych”, Media Rodzina 2008

  1. Psychologia

Mindfulness na trudne czasy. Rozmowa z Zuzanną Ziomecką, trenerką uważności

Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce
Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce "Wyspa spokoju. Jak mindfulness pomaga w trudnych sytuacjach" trenerka Zuzanna Ziomecka. (Fot. Michał Wargin)
Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z naszego życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W dzisiejszych czasach to rzecz bezcenna. Zuzanna Ziomecka tłumaczy, jak praktyka mindfulness może pomóc również w podejmowaniu trudnych decyzji.

W swojej najnowszej książce piszesz, że paradoksalnie praktyka mindfulness przygotowała cię na falę niespodziewanych zdarzeń: nagłą utratę pracy i śmierć ukochanej babci. Sądzisz, że bez tego nie dałabyś sobie wtedy rady?
Nie wiem, czy nie dałabym sobie rady, ale na pewno dałabym sobie radę gorzej. Mindfulness pomaga, bo buduje mentalną formę. Tak samo jak budujemy kondycję fizyczną po to, by kiedy ucieknie nam autobus, móc go szybciej dogonić, zamiast zaczynać ćwiczyć dopiero na przystanku, gdy on już odjeżdża. Z mindfulness jest bardzo podobnie. To praktyka, która wzmacnia odporność psychiczną i zapobiega temu, by rozmaite życiowe problemy wzbudzały w nas bardzo destrukcyjną reakcję.

Ja doświadczyłam tego podczas masażu dźwiękiem. Wprowadził mnie w stan tak wielkiego spokoju, że wszystko, co potem spadło na mnie w ciągu dnia, przyjmowałam z anielską cierpliwością, a zwykle takie sytuacje wytrącały mnie z równowagi. Mindfulness powoduje, że w ogóle nie dochodzi do wzburzenia czy po prostu powrót do równowagi jest szybszy?
To zależy. Reakcja stresowa zwykle dodaje nam dużo energii do działania – walki lub ucieczki – ale żeby to zrobić, musimy ją skądś zabrać. Ośrodek, który ponosi podczas stresu największą stratę, to nowoczesna część mózgu zwana korą przedczołową. W stresie tracimy dostęp do tego obszaru, a to on jest odpowiedzialny za nasze najważniejsze kompetencje, wiedzę i umiejętności. W nim mieści się pamięć, zdolność do sprawnego komunikowania, umiejętność analizy, kreatywność, uczenie się, empatia... I nagle ciach, stres nam to zabiera. Utrzymanie dobrej „formy uważnościowej” poprzez regularną praktykę powoduje, że ta reakcja odpala się rzadziej albo w mniejszej skali, czyli nie tracimy rozumu w obliczu stresu. Są jednak takie sytuacje losowe, których nie sposób nie przeżywać. Gdy dzieje się coś, co przewraca nasze życie do góry nogami, jak śmierć kogoś bliskiego, choroba czy choćby właśnie utrata pracy – na to nie ma magicznego pstryczka.

Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W takim stanie nie reagujemy automatycznie, czyli nie wchodzimy w utrate koleiny, które sprawiają, że zachowujemy się tak, że później żałujemy. A stres albo nie pojawia się wcale, albo pojawia się, ale jesteśmy w stanie go lepiej opanować.

Opowiedz o swojej osobistej historii z mindfulness. Jak rozumiem, wszystko zaczęło się w 2013 roku, a czynnikiem zapalnym był artykuł w „Przekroju”, który wtedy prowadziłaś, na temat tego, jak radzą sobie ze stresem wizjonerzy z Doliny Krzemowej.
Nasz artykuł w „Przekroju” był pierwszym dużym tekstem w ogólnokrajowych mediach na temat mindfulness. Napisała go dziennikarka z działu nauki, która była bardzo zainteresowana tym, w jaki sposób ćwiczenia mentalne wpływają na organizację i strukturę mózgu. Faktycznie wtedy najgłośniej i najczęściej mówili o tym przedsiębiorcy z Doliny Krzemowej, którzy pracowali nad ważnymi innowacjami pod ogromną presją czasu. Śledziłam ich poczynania i odwoływania do praktyki uważności od jakiegoś czasu w magazynach, którymi byłam wtedy zafascynowana, jak „Wired” czy „Fast Company”. To były pisma, które traktowały przedsiębiorców i start-uperów niczym gwiazdy rocka. A hasło „mindfulness” przewijało się nagminnie. Intrygowało mnie więc od dawna, ale dopiero tekst w „Przekroju” pomógł mi lepiej zrozumieć, czym owo mindfulness jest. Poza inspiracją czerpaną od innych, bardzo lubię rozumieć, jak coś działa. To mi daje dużą motywację. Dlatego moja książka jest pełna wyjaśnień naukowych oraz historii praktyków.

Mamy masę dowodów na to, że dzięki praktykowaniu uważności ciało migdałowate w mózgu zmniejsza swoją objętość i staje się mniej reaktywne na zdarzenia stresowe. Mamy też dowody na to, że praktycy mindfulness podejmują bardziej świadome i lepszej jakości decyzje. Mamy nawet dowody na to, że lepiej radzą sobie z konfliktami w rodzinie, związkach czy pracy. Tych badań jest ponad sześć i pół tysiąca. W książce zebrałam 12 historii z życia różnych osób pokazujących, że to nie są wnioski oderwane od rzeczywistości, tylko prawdziwe zmiany, których można doświadczyć w życiu codziennym i w trudnych momentach.

Czyli nie bez powodu panuje opinia, że medytacja, a zwłaszcza medytacja mindfulness, która wydaje się najłatwiejsza „w obsłudze”, jest dziś lekarstwem na wszystkie bolączki.
Nie jest! Nie! Mindfulness nie rozwiązuje żadnego problemu, ale w obliczu każdego pomoże ci lepiej poradzić sobie z sobą. Problem nie zniknie, ale ty będziesz silniejsza, bardziej opanowana, mądrzejsza. W tym sensie jest pomocny we wszystkich trudnych i zwykłych okolicznościach, bo daje kontakt ze sobą, pokazuje wyraźnie, co się dzieje i pozwala działać świadomie i rozsądnie, zamiast impulsywnie i odruchowo.

Najbardziej ze wszystkich korzyści, o których piszesz, zainteresowała mnie pomoc w podejmowaniu decyzji. Jest kilka powodów, dla których bywa to dla nas trudne. Po pierwsze, nie wiemy, jakie będą ich skutki, więc wyrzucamy sobie po czasie, że podjęliśmy złą decyzję, że mogliśmy kogoś spytać albo że za szybko zareagowaliśmy. Mindfulness sprawia, że podejmujemy lepsze decyzje czy że nie mamy do siebie potem o nie pretensji?
Magia tkwi w samym procesie, bo na to mamy wpływ. Możemy pracować nad uważnym podejmowaniem decyzji, co jest trochę inną rzeczą niż jej konsekwencje. To, co się wydarzy potem, zależy od wielu czynników, nie do końca takich, które kontrolujemy.

Jak w tym procesie może nam pomóc uważność?
Może nam dać przekonanie, że nie pominęliśmy niczego ważnego w rozważaniach, nie zachowaliśmy się pochopnie i że decyzja, którą podjęliśmy, nie jest oderwana od tego, kim jesteśmy i do czego zmierzamy w życiu. To są najważniejsze kwestie, które warto wziąć po uwagę przy dokonywaniu trudnych wyborów. I one nie są dla nas dostępne, gdy włącza się napięcie i poczucie presji czasu, które odbierają nam cierpliwość. Mamy wtedy potrzebę, by działać szybko. Dlaczego? By rozładować nagromadzoną w ciele energię, którą stres nam dostarcza. Dlatego tak trudno jest słuchać innych oraz siebie, gdy jesteśmy zdenerwowani. Trudno się skupić, zdystansować, pomyśleć, bo ciało przede wszystkim łaknie działania. Jakiegokolwiek działania.

Regularna praktyka uważności przywraca cierpliwość – pozwala spokojnie się zastanowić, dać sobie czas i przestrzeń na to, by obejrzeć sprawę z różnych stron. Te różne strony to na przykład sprawdzenie, jak ludzie, którym ufam, a którzy nie są dokładnie tacy jak ja, widzą tę sprawę. Nasze postrzeganie rzeczywistości jest biologicznie dość wąskie i ograniczone. Dlatego im więcej mądrych i zaufanych osób powie nam, jak one to widzą, tym szerszy obraz zobaczymy.

Druga rzecz, która jest bardzo wartościowa, to słuchanie trzewi albo inaczej: brzucha, albo jeszcze inaczej: intuicji, które ja rozumiem jako dostęp do naszych wcześniejszych doświadczeń. Wszystkie są zapisane w specjalnym „katalogu”, do którego nie mamy świadomego dostępu. Jest tylko jedno połączenie z nim i ten kabelek biegnie do ciała, nie do świadomego umysłu. Kiedy w tym katalogu dochodzi do rozpoznania pozytywnego wzorca np. „O, to jest podobne do fajnej sytuacji, której kiedyś doświadczyłam”, to ciało reaguje radością na wybór, który przypomina tamten z przeszłości. W drugą stronę to działa tak samo – jeśli podobny wybór w przeszłości skończył się dla nas źle, to ciało będzie mówiło: „Nie, nie tędy droga”. Intuicja jest bardzo pomocnym źródłem informacji.Kłopot w tym, że nie działa, kiedy mamy do czynienia z sytuacją, z którą nie mamy wcześniejszych doświadczeń. Wtedy nie pojawiają się sygnały od intuicji, tylko zwykłe lęki czy pragnienia, które nie zawsze są dobrymi doradcami. Uważność pomaga zatrzymać się i zauważyć takie sygnały z ciała oraz stwarza sposobność, by odczytać, co mogą oznaczać.

Ostatnia rzecz, jaką daje mindfulness, to przestrzeń do przemyśleń bardziej osobistych. Związanych z tym, co ja chcę osiągnąć w życiu, kim chcę być i jakie są moje wartości. Bo dokładnie ten sam wybór u kogoś innego może skutkować odwrotną decyzją niż u mnie, i nadal być dobrym wyborem. Każdy z nas trochę inaczej nawiguje przez życie i do czegoś innego zmierza. Kiedy to wszystko rozpatrzymy, to właściwie nie będziemy musieli podejmować już żadnej decyzji. Ona sama się podejmuje, bo wszystko stanie się jasne. To piękny moment. I okazuje się, że najlepsze, co musisz zrobić, by wybrać właściwie dla siebie, to posiedzieć w ciszy.

Zachęcasz też do poszukania zdania, które określa naszą misję, czegoś w rodzaju życiowego motta, do którego możemy się odwołać w trakcie podejmowania decyzji.
Nie nazwałabym tego mottem, bo to słowo kojarzy mi się z cytatem z kalendarza ściennego czy ze szkolnego zeszytu. Długo zresztą szukałam słowa, by określić, co mam na myśli. Po angielsku jest idealne – purpose, które można przetłumaczyć jako powołanie lub sens twojego życia. I faktycznie jest tak, że jeśli mamy ułożone, odkryte i zdefiniowane, do czego w życiu dążymy, to trudne decyzje stają się o wiele łatwiejsze do podjęcia.

Jednym z przekleństw naszych czasów jest mnogość wyboru. Mamy tyle możliwości. Możemy mieszkać praktycznie w każdym miejscu na świecie, robić wszystko, o czym marzymy, bo stosunkowo łatwo jest się przebranżowić. Do tego jest tyle mężczyzn i kobiet, z którymi moglibyśmy być, tyle przepisów na to, co moglibyśmy ugotować... Jeżeli nie mamy swojego azymutu, swojej gwiazdy północnej, według której nawigujemy w życiu, to zaczynamy hasać od Sasa do Lasa. Być może ostatecznie wylądujemy w fajnym miejscu i z fajną osobą, a może nie. Bez znalezienia swojego sensu w życiu, oddajemy wszystko w ręce losu.

W pandemii musimy podjąć mnóstwo decyzji, które kiedyś wydawały się proste. Dokąd pojechać z dziećmi na wakacje? Czy odwiedzić rodziców? Dziś nie wiemy, czy to bezpieczne dla nich i dla nas. Żyjemy w trudnych czasach i do tego dochodzą jeszcze trudne okoliczności. Jak sobie z tym radzić?
Ostatni rozdział mojej książki jest chyba dla mnie najważniejszy, bo traktuje o trudnościach, na które nie mamy wpływu; o problemach, których naszymi decyzjami czy zachowaniami nie jesteśmy w stanie rozwiązać. Pandemia jest dobrym przykładem.

Jedną z najgłębszych zmian, jakie mindfulness oferuje praktykom, jest umiejętność bycia w niepewności. Jakie to teraz ważne, prawda? Nigdy nie byliśmy w obliczu tak wielkiego znaku zapytania jak teraz, gdy niepokój jest ukryty pod właściwie każdą decyzją. Zgoda na „nie wiem” powoduje, że jesteśmy w stanie znaleźć spokój mimo niepewności. Może się wydawać, że jedno wyklucza drugie, bo niepokój i trudne emocje, jak strach, gniew czy smutek, mają tendencję do dominowania naszego doświadczenia. Nie lubimy ich, powodują cierpienie i bardzo trudno z nimi funkcjonować. Praktyka mindfulness sprawia, że te stany stają się mniej bolesne. One cały czas są, ale obok nich jest też spokój, opanowanie i świadomość, że to minie. Bo główna obserwacja na temat tego, jaka jest rzeczywistość, jest właśnie taka: wszystko jest ulotne, zmienne. Myśl, którą mam i która w tej chwili wydaje się taka pilna, też zniknie. I to samo dotyczy emocji. Nawet te najbardziej bolesne też w końcu znikają. Ta świadomość daje siłę i odwagę, by je znosić, bez histerycznej próby pozbycia się ich natychmiast. Uważność pomaga dźwigać, jest dodatkową parą rąk, które cię podtrzymują, gdy jest ci źle i czujesz, że już nie dajesz rady.

Kiedy patrzysz się na siebie sprzed dziesięciu lat i na siebie teraz – jaką największą zmianę dostrzegasz?
Jest jedna rzecz, która wychodzi na prowadzenie, rzecz z poziomu meta. Ja kiedyś byłam pusherką, czyli osobą, która ciągle popycha rzeczy do przodu. Miałam poczucie, że muszę ciągle wymuszać na rzeczywistości wysłuchanie mnie albo wzięcie pod uwagę mojej perspektywy. Więc wywierałam nacisk: na ludzi, na szklane sufity, na rozmaite ściany i mury. Dzięki mindfulness zauważyłam, że ta tendencja, która – jak uważałam – służyła mi zawodowo, stała się moją cechą charakteru. Często narzucałam swoją wolę, a nawet wymuszałam różne rzeczy – w moich relacjach z partnerem, z dziećmi, ale też z rzeczywistością. Bo kiedy sobie coś wymyśliłam, to za wszelką cenę chciałam to zrealizować. Nie zwracałam uwagi na to, czy to jest potrzebne, czy ktoś jest tym w ogóle zainteresowany. Zrobiłam w życiu tyle rzeczy, których nikt nie potrzebował, tylko dlatego, że mi się podobały! Wiele razy waliłam głową w mur, nie widząc, że obok są drzwi. Teraz działam inaczej. Staram się wkładać energię w rzeczy, które są potrzebne, i słuchać tego, co do mnie wraca. To bardzo wiele zmienia. Dziś często dostaję informację zwrotną: „To było dla mnie ważne, coś mi dało”. Czuję się w lepszym kontakcie z rzeczywistością i ludźmi wokół mnie. I napędza mnie nadzieja, że robię rzeczy, które są nie tylko dobre dla mnie, ale też dla świata.

Nie jesteś już pusherem, a kim?
Tancerką. Nawet moja działalność gospodarcza tak się nazywa. „Zuzanna Ziomecka tańczy”.

Zuzanna Ziomecka, dziennikarka i trenerka specjalizująca się w rozwoju zdolności przywódczych. Jest wiceprezesem Polskiego Instytutu Mindfulness oraz dyrektorem w WellCome Institute, gdzie tworzy autorskie programy rozwojowe dla międzynarodowych firm. Wcześniej prowadziła i redagowała takie projekty, jak „Aktivist”, „Gaga” czy „Przekrój”.

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o zachwycie – karty emocji Katarzyny Miller

Zachwyt to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Jest też mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły. (Fot. iStock)
Zachwyt to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Jest też mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły. (Fot. iStock)
Wyrywają się z naszych ust, a nawet wprost z serc, kiedy odurza nas jakiś widok, zapach, dźwięk lub dotyk. Bo zachwyt ma wiele wspólnego ze zmysłami, z ich budzeniem, ale i traceniem. A nie każdy jest na to gotowy. Pora na kolejną kartę emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk.

Zachwyt…

…to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Mówi się przecież o mdleniu z zachwytu, o byciu posągiem zachwytu czy cielęcym zachwycie. Zachwyt wprawia nas więc w stan odurzenia, oczarowania kimś lub czymś do tego stopnia, że tracimy przytomność, rozum czy możliwość ruchu – zastygamy oniemiali, zaskoczeni, a nawet wstrząśnięci tym, że coś może na nas tak silnie pozytywnie oddziaływać. Zachwyt jest mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły – kiedy jesteśmy w stanie zachwytu, są one wytężone do granic możliwości i w pełni zaspokojone. Zachwyt jest emanacją radości i przyjemności, ale też ma w sobie chęć podporządkowania się temu, co nas zachwyca, oddania się temu kompletnie we władanie, a nawet uznania swojej mniejszości wobec obiektu wzbudzającego w nas to uczucie.

Po co nam to uczucie?

Ukazuje nam bogactwo i piękno otaczającego świata, ale też naszego świata wewnętrznego. Pokazuje, że coś może spełniać wszystkie nasze wymagania zarówno estetyczne, jak i intelektualne, poruszać każdy z naszych zmysłów. Duża w tym rola naszej woli – zachwyt pojawia się bowiem wtedy, gdy to my uznamy coś za idealne, mamy więc moc, by samemu się wprawiać w ten stan.

Zadania

  • Przypomnij sobie, co ostatnio wprawiło cię w największy zachwyt albo co zwykle cię w niego wprawia? Sztuka? Muzyka? Przyroda? A może ktoś? Zastanów się, co sprawia, że się czymś zachwycasz. Czy zawsze jest to ten sam element?
  • Jak zwykle wyraża się twój zachwyt? Poprzez wow? Okrzyk? A może przymknięcie oczu i głębokie westchnienie? Czy to uczucie jest tak silne, że tobą włada, czy może jest intensywne, ale na tyle, by cały czas być go świadomym?
  • Czy łatwo się czymś zachwycasz? Czy jesteś w stanie wzniecić w sobie to uczucie w obliczu elementów swojego codziennego życia: zachowania bliskiej ci osoby, krajobrazu mijanego w drodze do pracy, smacznego obiadu? Jeśli nie, spróbuj…

Więcej w zestawie z książeczką: „Poznaj siebie. Karty emocji”, Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło, do kupienia na sklep.zwierciadlo.pl.

  1. Psychologia

Są ludzie, którzy wysysają z nas całą energię…

Musimy obserwować z kim czujemy się dobrze, kto nam dobrze życzy i cieszy się z naszych sukcesów, a kto zwyczajnie nam nieżyczliwie zazdrości. (Fot. iStock)
Musimy obserwować z kim czujemy się dobrze, kto nam dobrze życzy i cieszy się z naszych sukcesów, a kto zwyczajnie nam nieżyczliwie zazdrości. (Fot. iStock)
Po spotkaniach z wampirami energetycznymi czujemy się puści, zlęknieni, niezadowoleni. Niby wszystko jest ok, ale jednak towarzyszy nam to negatywne uczucie.

Każdy ma w sobie pewien wewnętrzny spokój lub jego brak. Przebywając z jakąś osobą odczuwamy (czasem nieświadomie) jej emocje. Jeżeli ktoś sam się źle czuje ze sobą, to często bycie w jego towarzystwie też jest nieprzyjemne. Może byłaś na spotkaniu z osobą, która jest po prostu bardzo nieszczęśliwa.

  • Czasami spotykamy się z kimś, kto nam psuje nastrój lub sprawia, że czujemy się wewnętrznie ciężko, a jednak wciąż utrzymujemy kontakt z takimi osobami, bo nauczyliśmy się bagatelizować te uczucia w sobie i tym samym poświęcamy siebie.
  • Jeżeli ktoś sprawia, że czujesz wewnętrzny dyskom- fort po spotkaniach, to po prostu nie spotykaj się z tą osobą i wybierz inny sposób spędzenia wolnego czasu.
  • Jesteśmy też otoczeni ludźmi, którzy nie czują się spełnieni i są zazdrośni o innych ludzi – za ich wygląd, za sylwetkę, za życie uczuciowe i stan majątkowy, za karierę i zdrowie. Wtedy to, co zaczynamy odczuwać jest ich zazdrością.
  • Często tacy ludzie wyolbrzymiają sobie to, co mamy, snują przekonanie, że dostaliśmy to i owo za darmo, że mamy więcej, lepiej, że mamy szczęście. Często uśmiechają się do nas, ale wewnątrz nich jest złość i zawiść.
  • Zastanów się też, jak się czujesz przed spotkaniem z taką osobą. Może nie chcesz się spotkać, masz złe przeczucia lub niechęć, ale racjonalizujesz sytuację i poddajesz się.
  • Trzeba umieć powiedzieć: „Nie!”.
  • Musimy obserwować z kim czujemy się dobrze, kto nam dobrze życzy i cieszy się z naszych sukcesów, a kto zwyczajnie nam nieżyczliwie zazdrości.
  • Może też być tak, że z taką osobą dobrze dogadujesz się jedynie po alkoholu? Albo innych używkach? A na trzeźwo nie macie o czym rozmawiać? To też jest oznaka toksycznej relacji.
  • Są osoby nastawione tylko na branie. Spotykają się niby towarzysko, ale pod tym zawsze kryje się interes. Tacy ludzie mają w głowie: „Co ona może dla mnie zrobić?”. Wówczas całe spotkanie zmierza do tego, żeby stworzyć intymną relację i wreszcie porozmawiać o interesach. Taka osoba może cię słuchać, komplementować, śmiać się z twoich historii, ale wciąż czeka na moment, kiedy będzie mogła opowiedzieć, czego potrzebuje. Po takim spotkaniu czujesz się dziwnie, niby było dobrze, a jednak masz w sobie niesmak i zmęczenie. Trzeba słuchać swoich uczuć. Nawet jeżeli taka osoba nosi perfekcyjne maski, to ty będziesz czuć, że coś jest nie tak.
  • Są kolory, które utrudniają drugiej osobie pochłania- nie energii. Jest to złoto, srebro, czerwień i wszystko, co się świeci. Wtedy masz taką barierę ochronną i możesz czuć się mniej zjedzona po takim spotkaniu.
  • Często osoby zbyt otwarte, zbyt szczere i wrażliwe mogą po prostu zasilać osobę, która daje mniej i wykorzystuje fakt, że ktoś jest dobry i przyjacielski.
  • Zastanów się, komu opowiadać o swoich sprawach i sekretach. Nie każdy jest osobą, która ma dobre serce i będzie odwzajemniała taką inwestycję.

Fragment książki „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”. Rozmawiją: Katarzyna Miller i Suzan Giżyńska.

Katarzyna: Spotkałam się ostatnio ze znajomym, którego nie znałam zbyt dobrze, ale jednak lubiłam go. Zrobił na mnie kiedyś dobre wrażenie, wręcz byłam oczarowana jego energią, pozytywnym nastawieniem, sposobem bycia, poczuciem humoru i w ogóle aurą, jaką wokół siebie roztaczał.
Nastawiłam się więc na kolejne spotkanie bardzo pozytyw- nie, dużo po nim oczekiwałam. Gdy do niego doszło, kolega rzeczywiście był miły, wesoły i przyjemny, ale jednak mnie rozczarował. Opowiadał mnóstwo niestworzonych historii, gadał wręcz totalne głupoty. Stało się tak, że po spotkaniu z nim czułam się kompletnie przemęczona, wyssał ze mnie całą energię i doszłam do wniosku, że nie chcę więcej się z nim widzieć. U mnie to jest bardzo rzadkie.

Suzan: Co się w takim razie stało?

Katarzyna: Jest takie mądre powiedzenie: „Jeżeli chcesz mieć zepsute życie, miej oczekiwania”. Tak było w tym przypadku. Nastawiłam się niepotrzebnie. Człowiek mądry wie, że nigdy nie wie, co się zdarzy.

Suzan: A jakie miałaś oczekiwania?

Katarzyna: Że będzie super. Że jest interesującym człowiekiem i zadba o to, by było fajnie i wesoło. Rzeczywiście, w jakimś stopniu o to dbał, ale stało się też coś takiego, że nie miałam ochoty więcej się z nim spotkać. Dla mnie to jest nawet trudne do wyjaśnienia, bo nie zdarza mi się często.

Muszę tutaj też zaznaczyć, że to było spotkanie bardziej biznesowe niż przyjacielskie. Kolacja była dosyć rozbudowana, za- mówiliśmy dużo rzeczy. Byliśmy we trójkę i nagle ten znajomy oznajmił, że musi pilnie wyjść, bo ma coś ważnego do załatwienia. Wybiegł z restauracji, nie płacąc nawet za siebie rachunku.

Byłam rozczarowana. Poczułam się tak, jakby przyjechał co najmniej Brad Pitt i nie mógł nawet postawić kobiecie kotleta tylko kazał za siebie płacić, a ja w dodatku powinnam się czuć zaszczycona faktem, że mogłam uregulować rachunek wielmożnego pana.

Suzan: Rzeczywiście, to niefajna sytuacja.
Jest coś w energii ludzi. Myślę, że są ludzie, którzy są księżycem, a są tacy, którzy są słońcem.

Katarzyna: To prawda, ale nie chodzi o słońce i księżyc, a o dobro i zło. Księżyc nie jest ani zły, ani dobry, tak samo jak słońce. Istnieje dobra intencja, dobre działanie, uczciwe i szczere, ale istnieje też zła intencja, pokrętne i fałszywe działanie. Nie- którzy skrzywdzeni ludzie uważają, że należy im się nie wiadomo co, a w dodatku zapominają, że skrzywdzeni są prawie wszyscy. Nie przeszkadza im to sądzić, że ich sytuacja jest najważniejsza. Zdobywca natomiast uważa, że otoczenie ma go nosić na rękach, bo coś osiągnął więc on teraz jest najważniejszy. Alkoholik, który nie pił tydzień, myśli, że rodzina powinna go wozić w złotej karocy.

Znasz takich ludzi? Ja mnóstwo. Roszczeniowość buduje się stopniowo. Od małego. Dzieci muszą mieć zdrowe granice. Albo mają za dużo, albo za mało i wtedy wyrastają na roszczeniowych ludzi.

Suzan: Zawsze wiesz, kiedy ktoś chce od ciebie ssać energię?

Katarzyna: Nie zawsze, choć często to czuję i potrafię się wtedy wycofać, ale czasami, jak w przypadku tego kolegi ze spotkania, nie umiem tego przewidzieć.