1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Fake newsy i algorytmy - jaki mają na nas wpływ?

Fake newsy i algorytmy - jaki mają na nas wpływ?

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Dylemat społeczny". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Zamiast obserwować świat, coraz częściej poznajemy go za pośrednictwem Internetu, w którym ekscytujące fake newsy rozchodzą się dużo szybciej niż nudnawe fakty, więc i przynoszą większe zyski. A pandemia tylko wzmaga to zjawisko. Jak w tym wszystkim zachować trzeźwość osądu i własne zdanie – zastanawia się psycholożka Hanna Samson.

Z moją przyjaciółką Kasią rozmawiamy niemal codziennie o tym, co dzieje się w Polsce i na świecie, wymieniamy się aktualnościami i właśnie słowo „wymieniamy” jest tu kluczowe. Obydwie czytamy te same gazety, odwiedzamy te same portale, a co ważniejsze – obydwie jesteśmy na Facebooku, mamy wielu wspólnych znajomych, ale zwykle któraś z nas ma jakiś news, o którym nie wie druga. Jak to możliwe? Nawet gdybyśmy miały wszystkich tych samych znajomych i równocześnie przeglądały aktualności, to i tak widziałybyśmy coś innego, bo każdy z nas ma na Facebooku własną rzeczywistość podsuwaną przez algorytmy.

Usłużny algorytm

Pamiętacie film „Truman Show”? Jak to możliwe, że Truman tak długo nie miał pojęcia, że żyje w sztucznym świecie? Takie pytanie możemy także zadać sobie. To, co widzimy, traktujemy jako rzeczywistość, więc czemu mielibyśmy ją podważać? Zwłaszcza że rzeczywistość osób z naszego kręgu znajomych jest podobna, więc łatwo uznać, że świat wygląda właśnie tak. W tym świecie informacje są dla nas filtrowane, a inni się z nami zgadzają. Jeśli nie – możemy łatwo ich wyrzucić z grona znajomych. Kłopot w tym, że to nie my to kontrolujemy, a sztuczna inteligencja. To ona decyduje o tym, jakie treści dostajesz.

Od czasu do czasu kierowana ciekawością wchodzę na stronę mojej kiedyś bliskiej znajomej, która nie jest moją znajomą na Facebooku, ale jej posty są publicznie dostępne. Wchodzę tam i nie mogę się nadziwić. Ona naprawdę tak myśli? Niemożliwe! Ona naprawdę w to wierzy? Chociaż ostatnio akurat nie wierzy. Nie wierzy w koronawirusa, bo nawet jeśli jest, to niczym się nie różni od grypy. Więc o co chodzi z tą pandemią? Pewnie też znacie te teorie spiskowe, że chodzi o to, żeby nas zniewolić i przy okazji szczepionki, która i tak jest zabójcza sama w sobie, wszystkich zaczipować. Trzeba walczyć, nie wolno się poddawać przymusowi noszenia maseczek, niech widzą, że tak łatwo im z nami nie pójdzie! Kto ma widzieć, nie wiem, ale za to ja widzę, że na te wszystkie koncepcje moja znajoma ma wiele dowodów, które utwierdzają ją w poglądach. A to wywiady z profesorami, a to wykresy różne od tych, które ja znam, a to wypowiedzi medyków zupełnie inne od tych, które słyszę. Skąd ona to bierze? Jak to skąd?

Facebook jej usłużnie podsuwa, wie, co ją zatrzymuje i budzi emocje, więc proszę, masz następne posty z tej serii. Po drugiej stronie wielu naszych konfliktów znajdują się ludzie, do których docierają zupełnie inne informacje niż do nas.

Walka o uwagę

Na Netflixie od niedawna można obejrzeć dokument „Dylemat społeczny” i warto poświęcić na niego czas. W filmie pokazane są krótkie rozmowy z republikanami i demokratami ze Stanów Zjednoczonych. Jedni i drudzy myślą o sobie nawzajem, że tamci zagrażają krajowi, że są bezmyślni i tak dalej. Podobnie jest w naszym kraju i w wielu innych. Narasta polaryzacja społeczeństw, jeszcze nigdy nie byliśmy tak podzieleni, przeżywamy emocje, które oddalają nas od siebie, ale za to trzymają nas skutecznie online. Algorytmy walczą o naszą uwagę.

Na Twitterze fake newsy rozchodzą się sześć razy szybciej niż fakty, bo fakty rzadko są tak ekscytujące. Fałszywe informacje generują więc większe zyski, nic dziwnego, że jest ich coraz więcej. „Dezinformacja dla zysku” to nowy model biznesowy, który może rosnąć w siłę, jeśli nie uda się tego poskromić.

Facebook to świetne narzędzie perswazji, rozsiewanie manipulacyjnych treści jest wyjątkowo łatwe. Politycy mogą wykorzystywać go do celów propagandowych, a my mamy coraz mniejszy wpływ na to, kim jesteśmy i w co wierzymy. A co, jeśli nikt z nas nie będzie wierzył w prawdę? Firmy technologiczne stworzyły narzędzia do destabilizowania i niszczenia społeczności. Do tworzenia dwóch stron, które się nawzajem nie słyszą i nie ufają sobie. Ten, kto więcej zapłaci, może siać kłamstwo i wywoływać wojny kulturowe. Aby rozmawiać ze sobą i szukać kompromisów, musimy podobnie widzieć świat. Ale zamiast patrzeć na świat, coraz częściej patrzymy w ekran.

W książce „Nie czyń zła. Jak Big Tech zdradził swoje ideały i nas wszystkich” autorka Rana Foroohar przedstawia wyniki badań z 2016 roku, z których wynika, że dotykamy swojego telefonu komórkowego średnio 2617 razy dziennie! „Sprawdzasz maile, zanim się wysikasz czy podczas sikania? Innych opcji nie ma” – stwierdza żartobliwie jeden z bohaterów „Dylematu społecznego”. Ale czy to na pewno jest żart? Z badań przedstawianych przez Foroohar wynika, że dla 79 proc. użytkowników smartfonów najważniejszą rzeczą, którą robią w ciągu 15 minut po przebudzeniu się, jest zajrzenie do smartfona. Jedna trzecia Amerykanów twierdzi, że prędzej zrezygnowałaby z seksu niż z telefonu. Zgodnie z raportem Goldman Sachs przeciętny użytkownik spędza 50 minut dziennie na Facebooku, 30 minut na Snapchacie i 21 minut na Instagramie.

Nie da się ukryć, że Internet uzależnia równie mocno jak nikotyna czy alkohol. I wpływa na naszą produktywność, zdolność koncentracji uwagi przez dłuższy czas, a przede wszystkim na relacje z ludźmi.

Dane sprzedam

Rozmawiałam niedawno z dziewczyną, która nie korzysta z mediów społecznościowych i mogłoby się zdawać, że jest wolna od wpływów algorytmów. W którymś momencie zapytała, czy wierzę w koronawirusa. Zainteresowałam się tym, skąd się biorą jej wątpliwości, a ona okazała się znawczynią teorii spiskowych.

– Skąd wiesz to wszystko? – zapytałam. – Dostaję maile, wchodzę na różne portale, wyszukuję rozmaite rzeczy – odpowiedziała. – Mam wiele źródeł informacji.

Ale czy na pewno? Nawet poza mediami społecznościowymi nasze działania w Internecie są obserwowane. Nawet poza nimi jesteśmy zamknięci w bańkach filtrujących, ponieważ jeżeli na coś klikamy, sztuczna inteligencja podsuwa nam później treści zbliżone do tych, które oglądaliśmy. Stoi za tym założenie, że właśnie taka zawartość nas zainteresuje i skłoni do oglądania kolejnych rzeczy wraz z reklamami, które im towarzyszą. Również pozornie obiektywne wyniki wyszukiwania wcale takie nie są. Reklamodawcy mogą płacić za lepszą widoczność reklam, dzięki czemu na pierwszych miejscach widzimy to, co chcą, żebyśmy widzieli. Wyniki wyszukiwania nawet takich haseł, za które trudno sobie wyobrazić, żeby ktoś płacił, jak na przykład „ocieplenie klimatu”, są różne w zależności od tego, gdzie przebywasz. Jedni na pierwszych miejscach znajdą teksty o tym, że takie zjawisko nie istnieje, inni dowiedzą się o zagrożeniach, które ze sobą niesie. Nie jest to oczywiście ślepy traf. Platformy internetowe są zaprojektowane w taki sposób, abyśmy jak najdłużej z nich korzystali. Cała armia programistów, inżynierów, psychologów nieustannie pracuje nad tym, by skłonić użytkowników, aby spędzali coraz więcej czasu w Internecie.

„Kiedy wszechwładne firmy technologiczne robią wszystko, byśmy nie rozstawali się z naszymi urządzeniami, wcale nie chodzi im o nasze myśli, a raczej o dane, które tworzą nasz profil konsumencki, o zebrane w jedną całość informacje na temat wieku, lokalizacji, stanu cywilnego, zainteresowań, pochodzenia, wykształcenia, przekonań politycznych, historii zakupów i wielu innych. Następnie sprzedają te informacje firmom trzecim zajmującym się marketingiem, które mogą je potem odsprzedać dowolnej liczbie innych podmiotów chcących dotrzeć do nas ze swoim przekazem – od sprzedawców detalicznych do osób w Rosji, które chcą wpłynąć na wynik wyborów. Mogą one zostać następnie użyte w precyzyjnie celowanych kampaniach reklamowych lub agregowane w celu stworzenia superszczegółowej prognozy trendów społecznych i konsumenckich, które dla nabywających je podmiotów przedstawiają nieocenioną wartość” – czytam we wspomnianej już książce „Nie czyń zła”.

Już wiedzą

Powszechne chipowanie, którego obawiają się wyznawcy teorii spiskowych, nie jest już potrzebne. Internet wie o nas więcej niż my sami o sobie. Jesteśmy produktem sprzedawanym reklamodawcom.

Rana Foroohar pisze, że w 2018 roku Tim Cook, dyrektor generalny Apple’a, w wystąpieniu przed przedstawicielami Unii Europejskiej przyznał, że rewolucja Big Tech ma swoją mroczną stronę. „Nie powinniśmy wybielać konsekwencji. Trzeba powiedzieć jasno, że mamy do czynienia z inwigilacją. Wciąż rosnące zbiory danych dotyczących użytkowników służą jedynie do zarobienia jeszcze większych pieniędzy przez firmy, które je zbierają” – mówił. I nic się nie zmieniło. Nasze dane są wciąż zbierane, a my utwierdzamy się w swoich poglądach i… coraz gorzej się czujemy.

Internet wpływa na nasze zdrowie psychiczne, a jeszcze bardziej na zdrowie naszych dzieci, ale to już inna sprawa, którą warto potraktować poważnie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Demokrację trzeba odebrać politykom - rozmowa z profesorem Marcinem Królem

Demokracja to nie jest kwestia większości, ale reguł, a przede wszystkim wartości, a najważniejsza z nich jest wolność i oprócz niej solidarność, równość, braterstwo. (Fot. iStock)
Demokracja to nie jest kwestia większości, ale reguł, a przede wszystkim wartości, a najważniejsza z nich jest wolność i oprócz niej solidarność, równość, braterstwo. (Fot. iStock)
Gdyby rządzenie przez narzucanie innym swojej woli oceniać racjonalnie, to okazałoby się, że to w ogóle nieskuteczna metoda. Nie motywuje podwładnych do wysiłku, nie mówiąc o współpracy. Dlaczego mimo to ludzie chcą zdominować innych? Jaki widzą w tym sens? – odpowiada profesor Marcin Król, filozof polityki.

Artykuł archiwalny - "Zwierciadło" 2017

Odpowiedź na te pytania jest zasadna tylko wtedy, gdy przyjmiemy, że ludzie są racjonalni w swoim postępowaniu. Jednak od niesłychanie dawna wiemy, że ludzie są przede wszystkim, a co najmniej również, targani namiętnościami. Te namiętności kierują człowiekiem niezależnie od stanowiska, jakie sprawuje, wykształcenia, czasów, w których żyje. Grę namiętności widać u Szekspira, tak było w starożytnym Rzymie, tak jest dzisiaj. U każdego, bez względu na to, czy ten ktoś został kierownikiem poczty, czy wybrano go na premiera, może się ujawnić chęć dominacji nad innymi.

Dlaczego u jednych się ujawnia, a u innych nie?
Jednoznacznej odpowiedzi nie ma. To, czy chcemy dominować, czy nie, zależy po prostu od ludzkiej natury. Jestem głęboko przekonany, że z natury jesteśmy różni, także w pojmowaniu władzy. Churchilla zupełnie nie interesowało dominowanie nad ludźmi ani wtedy, gdy był premierem, wielkim przywódcą, ani kiedy już nim nie był. Jego interesowało załatwianie spraw, które uważał za słuszne dla kraju, a ludzi traktował niesłychanie życzliwie, no, chyba że się zirytował. Z drugiej strony – wybitna postać, zresztą współczesna Churchillowi, czyli de Gaulle, był człowiekiem niesłychanie mądrym, rozsądnym, a jednocześnie miał wielką potrzebę absolutnej dominacji nad innymi. Kiedy na wygnaniu w Anglii zakładał pierwsze biuro Komitetu Wolnych Francuzów, było ich raptem sześciu na krzyż, ponieważ de Gaulle już wtedy tak bardzo chciał dominować, że skądinąd wybitny Jean Monnet, jeden z założycieli wspólnej Europy, nie mógł z nim współpracować, nie wytrzymał jego władczości. Psychologia pewnie szuka przyczyn takich zachowań w dzieciństwie tych osób, ja natomiast myślę, że wpływ na to ma po prostu charakter.

Psychologowie mówią, że winna jest też poniekąd sama władza, która radykalnie zmienia ludzi.
To prawda, znamy takie przykłady, że normalny, spokojny, przyzwoity człowiek, postawiony na ważnym stanowisku, używa tej władzy bez opamiętania. Ale ja chciałbym zauważyć jeszcze inne zjawisko, w pewien sposób wyjaśniające przyczynę władzy, która pojawia się także w bliskich relacjach. Otóż czasami ludzie przejawiają chęć poddania się dominacji tak zwanej silnej władzy, to zjawisko zarówno teoretyczne, jak i praktyczne. W różnych badaniach socjologicznych ludzie przyznają, że lubią silną władzę, natomiast dość krytycznie odnoszą się do słabej. Przy czym słaba władza to według nich ta nienarzucająca jedynie słusznych rozwiązań, tylko proponująca wspólne działania, otwarta na dialog. Natomiast silna narzuca rozwiązania, decyduje, co jest dobre, a co złe. Powstało złudzenie wspierane przez polityków, że silna władza lepiej rządzi niż słaba. Tymczasem nie ma na to żadnych dowodów. Ani w historii filozofii, ani w historii w ogóle. Ta teza jest na pewno nietrafna, natomiast prawdą jest, że istnieje grupa ludzi, którzy chcą być zdominowani, którzy lubią silną władzę, stanowcze decyzje, jednoznaczne sytuacje.

Co im się w takiej władzy podoba?
To, że sami mogą uciekać od decydowania. Tacy ludzie wolą, żeby ktoś im narzucał decyzje, niż żeby sami mieli je podejmować. To, niestety, częste zjawisko. W Ameryce od dawna istnieją ruchy wodzowskie, na przykład tak zwane grupy białych rasistów, na których czele stają samozwańczy wodzowie, a ludzie im salutują, uważając ich za półbogów, od których oczekują wskazówek, co mają robić, jak żyć. To bardzo niebezpieczne zjawisko w życiu społecznym.

Może się bierze z kompleksów?
Trochę tak, ale dla mnie istotniejsze jest to, dlaczego ludzie dają na takie rządzenie przyzwolenie. Oczywiście, część się buntuje, ale znaczna część temu przyklaskuje, i to jest moim zdaniem wyjątkowo groźne w demokracji. Pojawiają się często głosy, które mnie strasznie irytują, a mianowicie, że w demokracji większość ma rację. To nonsens! Demokracja to nie jest kwestia większości, ale reguł, a przede wszystkim wartości, a najważniejsza z nich jest wolność i oprócz niej solidarność, równość, braterstwo.

Większość nie ma racji, tylko ma powierzoną – na pewien czas – przez resztę troskę nad tymi wartościami. Koniec kropka. Większość nie ma prawa narzucać swoich wartości. One są w demokracji wspólne, na tym w ogóle polega demokracja, w przeciwnym razie moglibyśmy po prostu uznać, że ten, kto wygrał i ma większość, robi, co chce, i jest pozbawiony kontroli.
Powoływanie się na to, że coś trzeba przeprowadzić tylko dlatego, że chce tego większość, jest groźne. Ważne, żeby przestrzegać wartości, które są naczelne dla demokracji. Oczywiście, sposoby realizacji tych wartości mogą być bardzo różne, bo na tym polega problem, że nie wiemy dokładnie, jak osiągać wolność, sprawiedliwość, równość, dobrobyt, więc się o to spieramy, natomiast o same te wartości się nie spieramy, bo one stanowią fundament demokracji. Jeżeli większość podejmuje decyzje, które zagrażają wolności, to znaczy, że większość nie ma racji, najzwyczajniej w świecie.

Od władzy, jakiejkolwiek, także w relacjach, powinno się wymagać więcej?
Nie wiem, czy więcej, ale powinno się wymagać przede wszystkim respektowania wartości demokratycznych, o ile, oczywiście, chcemy żyć w demokratycznych państwach, społeczeństwach, rodzinach. W demokracji władza, owszem, ma prawo wpływać na rzeczywistość, rozwiązywać problemy, ale nie ma prawa wpływać na wartości, bo te są wspólne dla wszystkich ludzi szanujących demokrację. Władza nie jest od majstrowania wartościami, władza jest od sposobów dochodzenia do nich, bo na to się zgodziliśmy, przyjmując demokrację.

Dzięki psychologii już wiemy, że autorytarne dominowanie w relacjach międzyludzkich się nie sprawdziło. Jak przełożyć tę wiedzę na skalę społeczną, polityczną?
Napisałem na ten temat książkę „Pora na demokrację”. Uważam, że obowiązujący ostatnio typ ustroju demokratycznego się przeżył, trzeba szukać innych rozwiązań.

Jakich?
Ba, jakbym wiedział, tobym powiedział. To się nie dzieje w głowie kogokolwiek, tylko w ruchach społecznych, które muszą doprowadzić do tego, że demokracja przestanie być instytucjonalna, partyjna, a zacznie być oddolna, bardziej żywa, radosna. To nieprawda, że wybory są świętem demokracji, są zwieńczeniem bezwzględnej partyjnej walki. To smutne, że oddajemy głos i bardzo niewielu z nas czyni to z entuzjazmem. I dopóki nie przywrócimy takim aktom jak głosowanie rzeczywistej wartości, nie tylko racjonalnej, ale i emocjonalnej, innymi słowy – dopóki demokracja nie będzie radością, dopóty nie wiemy, po co ona jest. Dlatego uważam, że trzeba demokrację odebrać politykom, to zresztą już zaczyna się dziać, także w Polsce, czego przykładem jest ruch Razem. Zmiana to kwestia czasu, podejrzewam, że bez miękkiej rewolucji się nie obejdzie, trzeba polityków po prostu przepędzić.

Co pan by powiedział rządzącym?
Żeby pamiętali – można rozumieć to religijnie, a można i nie – że świat jest łez padołem, że mimo różnic musimy żyć razem. Niech politycy nie próbują dostarczać nam szczęścia, niech dostarczą autobusów na przystankach o właściwej godzinie. Władza nie powinna nas uszczęśliwiać, tylko organizować i ułatwiać ludziom życie.

Marcin Król profesor, filozof polityki, historyk idei, wykładowca akademicki, publicysta, przewodniczący rady Fundacji im. Stefana Batorego.

  1. Psychologia

Dr Tomasz Sobierajski i jego prognoza dla społecznych relacji

Ilustracja: iStock
Ilustracja: iStock
Fala rozwodów, a może powrót do tradycyjnych ról w związkach? Solidarność czy jednak granie do własnej bramki? Większy szacunek dla lekarzy, a mniejsze uwielbienie dla piłkarzy? Jak zmieni nas pandemia jako społeczeństwo? Oto krótka prognoza socjologa dr. Tomasza Sobierajskiego.

"Na naszych oczach rozwiewa się jak dym paradygmat cywilizacyjny który nas kształtował przez ostatnie 200 lat: przekonanie, że jesteśmy panami stworzenia, możemy wszystko i świat należy do nas" - napisała Olga Tokarczuk. Jak myślisz, co zmieniło się w tym czasie i co jeszcze się zmieni w naszych relacjach?
Na pewno do tej pory żyliśmy w przeświadczeniu, że nasz dobrostan będzie tylko rósł. Okazało się, że to nieprawda. Zachodni, kapitalistyczny świat w ciągu kilku dni runął jak domek z kart, a dysproporcje pomiędzy bogatymi a biednymi jeszcze bardziej się pogłębiły.

Kto mógł się w tej sytuacji odnaleźć najlepiej?
Ludzie, których styl życia niewiele się zmienił, pracujący w samotności, jak pisarze, artyści czy malarze. A także ci, którzy mają duże pieniądze. Natomiast większość z nas żyła na średniej stopie, miała kredyty, zero oszczędności i była przyzwyczajona do funkcjonowania poza domem. Wydaje mi się też, że najtrudniej było się odnaleźć w tym zamknięciu rodzinom mieszkającym na małych przestrzeniach bez chociażby skrawka ogródka.

A co z osobami żyjącymi w pojedynkę? Przecież samotność jest odczuwalna niemalże tak samo jak ból fizyczny.
Samotność nie jest tożsama z byciem samemu, prowadzeniem pojedynczego gospodarstwa domowego. Czasem samotność może nam dużo bardziej dokuczać w domu pełnym ludzi. Przebywanie z bliskimi 24 godziny na dobę, w zamkniętej przestrzeni, bez możliwości oddechu i odsapnięcia – to jest niebywale trudne i wyczerpujące. Szczególnie kiedy w tym zamknięciu są z nami dzieci, i to te najmłodsze, którym nie da się jeszcze wielu rzeczy wytłumaczyć i które niesamowicie przejmują emocje swoich opiekunów, także niepokój i lęk. Na to nakładają się jeszcze fazy buntu dziecka.

Czy te ciężkie doświadczenia są w stanie nas czegoś nauczyć? Terapeutka Ewa Woydyłło-Osiatyńska uważa, że cierpienie niczego nas nie uczy. 
Nie mam co do tego złudzeń, że większych – w rozumieniu globalnym – społecznych zmian po izolacji nie będzie. Jako ludzkość nie staniemy się lepsi. Po pierwsze, dlatego że trwało to za krótko. A po drugie, w większości wypadków jednak zbyt mocno nas nie przeczołgało. Szybko będziemy chcieli zapomnieć o tej traumie. Zmiany będą następować dopiero wskutek pogłębiającego się kryzysu ekonomicznego.

Uważasz, że społecznie ta sytuacja nie jest w stanie nas niczego nauczyć? A jednak pierwszy raz to dotknęło nas wszystkich - bezpośrednio i namacalnie.
Z jednej strony ta sytuacja dotyczyła wszystkich, ale w różnym stopniu. Nie każdy stosował się do izolacyjnych zaleceń. Było wiele osób, które uważały, że wirus to kłamstwo i ktoś zarabia na tym pieniądze. Inni spędzali odosobnienie na wyciszeniu, jodze, opalaniu się na tarasie. W tym samym czasie jeszcze inni ludzie tracili pracę i dorobek życia. Nie byliśmy wcale równi i w tym samym stopniu poddani izolacji. Tak jak podczas powodzi jest ktoś, kto ma dom położony niżej i woda zabierze mu wszystko, tak problemem tego, który ma dom na górce, będzie jedynie zalana droga i to, że nie może przez kilka dni pojechać na zakupy.

Wydaje mi się, że generalnie jako Polacy nie potrafimy współpracować, każdy gra do własnej bramki. Obudzi się w nas poczucie wspólnoty?
Nie zgadzam się z tym, że nagle nastąpi przełom w świecie zachodnim i z kultury „ja” gładko przejdziemy do kultury „my”. Niemniej jako Polacy możemy być z siebie dumni, bo niejednokrotnie pokazywaliśmy, że jesteśmy skłonni do pomocy i współpracy. Jeśli coś w Polsce działa pod kątem społecznej solidarności, to tylko dzięki oddolnej pracy ludzi, a nie wsparciu państwa.

Wiele straciliśmy: pracę, wolność, sens, plany, cele, tożsamość, być może kogoś bliskiego. Jak się z tego podnieść i odnaleźć sens w tej sytuacji? 
Jestem zwolennikiem przeżywania żałoby. W sytuacji, w której dotyka nas trauma, powinniśmy dać sobie szansę na to, żeby odreagować. Niestety, świat sprzed pandemii negował żałobę. Uważano ją za nietaktowaną i niefajną. Trzeba było szybko stanąć na nogi, iść dalej, nie myśleć o tym, co złe, szukać nowej szansy, nowej drogi. Nie mogłem już tego słuchać. Przecież my, ludzie, składamy się z emocji. Jeżeli ktoś stracił pracę lub kogoś bliskiego, to mówienie: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”, jest jedną z najgłupszych rzeczy, jakie można w takiej sytuacji powiedzieć. To tak, jakby powiedzieć drugiej osobie: „Nie liczę się z twoimi emocjami, z tym, co w tej chwili przeżywasz. Masz wziąć tyłek w troki i zacząć działać”. To jest nieludzkie! Mamy prawo przeżyć żałobę tak, jak chcemy. U jednych potrwa ona krócej, u innych dłużej. To jest nam bardzo potrzebne po to, żebyśmy z nowymi możliwościami, nową energią, nowym myśleniem weszli w kolejny moment życia.

Myślisz, że zmieni się nasz stosunek do dbania o zdrowie?
Pod kątem systematycznego dbania o siebie – nie sądzę. Nawet jeśli będzie już szczepionka na koronawirusa, znajdzie się mnóstwo osób, które nie będą chciały się zaszczepić. Za to docenimy pracę lekarzy, pielęgniarzy, psychologów, ale też kurierów, nauczycieli, artystów. Mniej będziemy cenić na przykład piłkarzy, którzy – jako grupa zawodowa – są w sytuacji pandemii i izolacji właściwie bezużyteczni.

Głodni bliskości rzucimy się do kontaktu z drugim człowiekiem - do kina, na spotkania, na które nie mieliśmy czasu? Czy raczej będziemy izolować się od innych z lęku?
To jest już kwestia osobowościowa, są ludzie, którzy będą jeszcze bardziej głodni dotyku i bliskości. Ale są też germofobicy, z dużym lękiem przed zarazkami, bakteriami, infekcją, którzy będą trzymać innych na większy dystans. Pojawiają się pomysły dotyczące tego, żeby zrezygnować z podawania ręki na powitanie. Nie uważam, że to dobry pomysł, to nasz kod kulturowy, a co ważniejsze, nasza normalność, do której będziemy chcieli jak najszybciej wrócić, żeby znów poczuć się bezpiecznie.

Jak to wszystko wpłynie na nasze relacje rodzinne? Rodziny z dziećmi będą się szykować na rok bez dziadków i grup wysokiego ryzyka w obawie o ich zdrowie?
Myślę, że medycyna przyjdzie nam z pomocą i nauczymy się reguł nowego wspólnego bycia. Ta sytuacja pokazała zresztą, że jesteśmy zwierzętami społecznymi. Inni ludzie są nam bardzo potrzebni do codziennego, higienicznego (w sensie psychicznym) funkcjonowania.

A jeśli chodzi o związki, wspominałeś o tym, że to właśnie rodziny miały teraz najcięższy czas. Sądzisz, że będzie więcej rozwodów, niż dzieci?
To, czy w związku pojawi się kolejne dziecko, zależy do tego, czy w domu jest już jakieś. Uważam bowiem, że funkcjonowanie w izolacji z maluchem jest najlepszym środkiem antykoncepcyjnym. Myślę, że będzie więcej rozwodów. Ale spróbujmy znaleźć w tym jakiś pozytyw. To, że małżeństwo się rozpada, zawsze jest przykre. Jednak na skutek tej izolacyjnej intensyfikacji przeżyć i spędzanego wspólnie czasu zły związek na pewno zakończy się szybciej. Dzięki temu ludzie nie będą się unieszczęśliwiać przez resztę życia.

Co z ludźmi w podwójnych związkach?
Podwójne życie nigdy nie ustaje, to głębsza, charakterologiczna kwestia. Oczywiście są czasem przykre sytuacje, jak w przypadku mojej znajomej, która ma męża i kochanka. Teraz jest w wielkiej rozpaczy, bo jeden i drugi zbankrutował... A jej głównym kryterium wyboru tych panów na towarzyszy życia była grubość portfela. Co za pech!

To idźmy dalej: jak to wpłynie na nasz sposób randkowania, Tindera i inne aplikacje?
Jeżeli ktoś tylko będzie chciał, to zawsze przeskoczy przez płot. Natomiast co na pewno się zmieni, to podejście do wykorzystania nowych technologii, które w izolacji podtrzymują więzi społeczne, a nie prowadzą do ich erozji, jak powszechnie uważano.

Sądzę, że ta sytuacja jeszcze mocniej pogłębi nierówności między płciami. Kryzys dotknie mocniej kobiety, to one opiekowały się słabszymi, rodzicami, dziećmi... Generalnie najbardziej dostanie się tym, którzy są niżej w hierarchii społecznej: kobietom, seniorom, migrantom, ubogim, osobom wymagającym wsparcia...
Ta sytuacja jeszcze mocniej uświadomiła mi, że tylko kobiety mogą zmienić nasz świat na lepsze. Nie ma innej drogi. Niestety, wyczuwam podobne tendencje jak i ty, czyli odgórne polityczne dążenie do cofnięcia ruchu emancypacyjnego kobiet o kilkadziesiąt lat. Być może to dobry moment na czwartą falę feminizmu? Dlatego potrzebujemy teraz niebywale silnej, solidarnościowej pracy kobiet i mężczyzn, żeby tak się nie stało.

Jak myślisz, co może być teraz tym nowym priorytetem, wartością dla społeczeństwa, zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn? 
Chciałbym, żeby izolacja spowodowała, że największą wartością staną się dla nas inni ludzie i relacje z nimi. Czyli to, o czym zapomnieliśmy w pogoni za pieniądzem. W czasie izolacji nasze rozmowy z bliskimi – rodziną, przyjaciółmi – wydłużyły się i nie traktujemy tego jako zmarnowanego czasu. Okazało się, że właśnie to daje nam największą siłę.

dr Tomasz Sobierajski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego, specjalista z zakresu socjologii zdrowia, socjologii edukacji i wakcynologii społecznej.

  1. Psychologia

Objawy depresji u mężczyzn – dlaczego trudno im prosić o pomoc?

W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny (fot. iStock)
W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny (fot. iStock)
W dobie współczesnych przemian gospodarczych, kulturowych i społecznych Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) alarmuje, że na zaburzenia związane z depresją cierpi ok. 350 mln ludzi na świecie. Depresja staje się powoli jedną z cywilizacyjnych chorób, która dotyka zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Mężczyznom jednak trudniej przyznać się, że sobie z czymś nie radzą i zaakceptować własne słabości. Jak wygląda depresja mężczyzn z perspektywy metody Gestalt? - wyjaśnia psychoterapeuta Krzysztof Pawłuszko.

Niestety, pomimo wielu doniesień świadomość społeczna dotycząca depresji i możliwości jej leczenia jest wciąż niewielka. Moje doświadczenie pracy jako terapeuty pokazuje, że zwykle ludzie szukają informacji lub pomocy dopiero w momencie, kiedy oni sami lub ich bliscy zaczynają cierpieć z powodu depresji. Często jest to już głęboki stan powodujący trudności w codziennym funkcjonowaniu i pełnieniu ról społecznych. Wówczas chcą jak najszybciej pozbyć się problemu i wrócić do normalnego trybu życia.

W pracy terapeutycznej z klientami doświadczającymi depresji wielokrotnie miałem wrażenie, że traktują siebie jak samochód, a mnie jak mechanika, oczekując szybkiej naprawy lub recepty na to, jak sami mogą siebie naprawić. Jest to przykład pokazujący, jak bardzo ludzie nie chcą mieć styczności z tym problemem. Dotyczy to w dużej mierze mężczyzn, którym bardzo trudno przyznać się do własnych trudności i sięgnąć po pomoc. A wynika to wyraźnie z kontekstu kulturowo – społecznego.

Od dziecka chłopcom narzucane są zasady i normy (w podejściu Gestalt zwane introjektami), mające na celu przygotowanie do życia w dorosłości. Główny nacisk jest w nich położony na rozwój sfery racjonalnej. Chłopiec ma być przecież w przyszłości głową rodziny. Sfera emocjonalna i cielesna jest przez rodziców skutecznie blokowana, pomijana lub zawstydzana. Chłopcom nie wypada płakać, złościć się czy smucić (choć powoli to się zmienia). Tym bardziej przeżywać różne popędy cielesne (np. seksualność, agresję), ponieważ wykraczają wtedy poza granice ustalonych norm i są niegrzeczni.

Dziecko, żeby przyswoić i wyrobić się w realizacji tego rodzaju przekazu kulturowo – społecznego, jest zmuszone usztywnić swoją naturalną ekspresję oraz odciąć się od sfer, które nie są mile widziane. W konsekwencji rozwija mechaniczny sposób obchodzenia się ze sobą, który później kontrolowany jest przez racjonalność. Kojarzę to z zainstalowanym oprogramowaniem komputerowym, które dba, by komputer sprawnie i bez zarzutu spełniał swoje funkcje. Analogicznie jest z głową mężczyzny skoncentrowanego w tym kontekście na realizacji szeregu ról, norm, obowiązków, zadań i celów - jak maszyna.

W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny. Jest to bardzo częste doświadczenie mężczyzn zgłaszających się na terapię. Siła przekazu kulturowo – społecznego jest wówczas tak duża, że pogłębia proces utraty równowagi. Zwykle mężczyźni nie są tego procesu świadomi.

Doświadczają trudnych do wyjaśnienia objawów. Na poziomie racjonalnym: problemów z pamięcią i koncentracją. Na poziomie cielesnym: zmęczenia, bólu głowy, ciągłego stanu napięcia i stresu. Na poziomie emocjonalnym: obniżonego nastroju, drażliwości, stanu złości i zdenerwowania, braku odczuwania przyjemności i zainteresowania. Na poziomie codziennych zachowań: trudności z zasypianiem, aktywnością seksualną, codzienną aktywnością i pełnieniem ról społecznych. Na poziomie społecznym: chęcią wycofania się z kontaktów i ukrycia. Czasem wymienionym objawom towarzyszą choroby somatyczne wynikające z wieloletniego tłumienia emocji. Są to m.in. choroby układu sercowo - naczyniowego, układu odpornościowego, pokarmowego, dolegliwości bólowe w różnych obszarach ciała.

Bardzo często mężczyźni łączą te objawy z trudnościami lub niepowodzeniami w pracy, zbyt długo trwającym przeciążeniem zawodowym, brakiem możliwości wzięcia urlopu, nie rozwiązanym konfliktem w relacji partnerskiej czy prowadzeniem niezdrowego trybu życia. Poszukują wówczas różnych sposobów poradzenia sobie z sytuacją lub jej odreagowania. W tym celu sięgają po alkohol, leki przeciwbólowe i nasenne, narkotyki, hazard, internet, gry komputerowe, sporty ekstremalne czy siłownię. W rezultacie pogłębiają swój stan i dochodzą po pewnym czasie do tzw. ściany. Nie wiedzą, co i w jaki sposób mogłoby im pomóc. Niektórzy mężczyźni, pomimo wstydu i oporu, przyznają się sami przed sobą, że potrzebują pomocy. Zazwyczaj wtedy decydują się również sięgnąć po pomoc innych ludzi, w tym pomoc terapeutyczną.

W terapii Gestalt depresja nie jest traktowana jako objaw, którego trzeba się za wszelką cenę pozbyć np. za pomocą leków czy technik terapeutycznych. Depresja jest postrzegana jak czubek góry lodowej widoczny nad powierzchnią wody. Pod powierzchnią znajduje się jej większa część (sedno problemu), powodująca stan depresji. Część, o której myślę, składa się z różnych czynników. Jeśli pomijamy te czynniki i skupiamy się na redukcji objawów choroby, w konsekwencji doprowadzamy do jej nawrotu w przyszłości.

Koncepcja Gestalt proponuje inną drogę, ktora polega na spotkaniu z tym, co pod powierzchnią i uświadomieniu sobie czynników powodujących depresję. Jest to proces wymagający czasu i zaufania, że przyniesie oczekiwane rezultaty. Wsparcie farmakologiczne jest wówczas zwykle działaniem wspierającym ten proces - ze względu na jego intensywność i głębokość. W trakcie terapii szokujący dla klientów jest paradoks, że doświadczenie depresji ich ratuje. Nigdy wcześniej nie pozwoliliby sobie na zatrzymanie się i zweryfikowanie, czy ich dotychczasowy sposób funkcjonowania jest zdrowy. Depresja jest tym wydarzeniem, które odsłania fakt odcięcia się od siebie i twórczego przystosowania, żeby sprostać wymaganiom kulturowo - społecznym. Ukazuje szereg sztywnych schematów postępowania, reagowania i myślenia oraz rozwinięte mechanizmy obronne różnego rodzaju.

Klient odkrywa w terapii, że depresja jest jego nieświadomą odpowiedzią manifestującą, że dłużej w dotychczasowy sposób nie może i nie chce funkcjonować, ponieważ jest to dla niego destrukcyjne. Zaczyna również odkrywać swoje prawdziwe Ja, rozwijać świadomość własnej emocjonalności i procesów cielesnych, stopniowo odzyskiwać równowagę oraz bardziej świadomie decydować, w jaki sposób chce funkcjonować. Przy tym uczy się w codziennych sprawach sięgać po wsparcie innych ludzi, nie postrzegając tych sytuacji jako wyraz słabości czy osobistej porażki.

Terapia Gestalt jest więc zupełnie innym spojrzeniem na problem depresji. Nie tylko tej doświadczanej przez mężczyzn, ale także kobiety. Stwarza możliwość świadomego przejścia procesu depresji oraz trwałego rozwiązania tego problemu.

Krzysztof Pawłuszko, certyfikowany psychoterapeuta i trener w Instytucie Terapii Gestalt, European Association for Gestalt Therapy, European Association for Psychotherapy oraz Polskim Towarzystwie Psychoterapii Gestalt. Jest również psychoterapeutą szkoleniowym terapeutów będących w procesie szkolenia w nurcie Gestalt.

  1. Psychologia

„Domyśl się, czego mi trzeba!” – żądania i pretensje zatruwają związek

Formułowanie konkretnych próśb i komunikowanie życzeń nie jest w żadnym obszarze życia tak ważne, jak w zaspokajaniu potrzeby miłości i intymności. (fot. iStock)
Formułowanie konkretnych próśb i komunikowanie życzeń nie jest w żadnym obszarze życia tak ważne, jak w zaspokajaniu potrzeby miłości i intymności. (fot. iStock)
Nasze wyobrażenie o miłości jest żądaniem i pretensją: „Domyśl się, czego mi trzeba!”, „Zgadnij, zanim ja sam się tego dowiem!”. Ciągle szukamy kogoś, kto spełni nasze życzenia. To najbardziej destruktywna strategia w związkach miłosnych – twierdził Marshall Rosenberg, twórca Porozumienia bez Przemocy.

„Dlaczego nigdy mi tego nie mówiłaś?!” „Cały czas ci to powtarzam!” Tomek Bagiński, trener, coach stosujący Porozumienie bez Przemocy w mediacjach dla par, te dwa zdania nazywa absolutną klasyką. – On mówi i ona mówi. Dwa monologi, które nie mogą stać się dialogiem, bo oni nie słyszą siebie nawzajem, chcą się z czymś przebić, ale nie wiedzą jak, więc ja tłumaczę to wszystko na język uczuć i potrzeb – opowiada Tomek. – I wspieram, to znaczy pytam: „Co usłyszałaś?”; „Co powiedziała twoja partnerka?”. Pomału zaczynają siebie słuchać, uczą się tego. Na przykład kobieta mówi: „chcę, żeby on zmienił pracę!”. Ale pod tym kryją się potrzeby kontaktu i wspólnoty; aby mężczyzna spędzał więcej czasu w domu, żeby byli bliżej siebie.

Ola i Tomek Bagińscy metodę Porozumienia bez Przemocy poznali trzy lata temu. Ola stworzyła właśnie Fundację Świadomego Rozwoju, która propaguje działania oparte na tej metodzie. Są razem od 13 lat, mają dwoje dzieci – 6-letniego Kacpra i 4,5-letnią Martę. Nowa droga odmieniła ich życie rodzinne.

Potrzebuję czułości. A ty?

W swoich książkach i na wykładach Marshall Rosenberg zwracał uwagę na dziwną rzecz: prawie każdy z nas jest przekonany, że jeśli ktoś nas kocha, to na pewno wie, czego potrzebujemy. Nasze wyobrażenie o miłości jest żądaniem i pretensją: „domyśl się, czego mi trzeba!”. „Zgadnij, zanim ja sam się tego dowiem!” To najbardziej destruktywna strategia w związkach miłosnych.

Miłość i intymność są podstawowymi potrzebami. Formułowanie konkretnych próśb i komunikowanie życzeń nie jest w żadnym obszarze życia tak ważne, jak w zaspokajaniu potrzeby miłości i intymności.

W książce „Rozwiązywanie konfliktów poprzez porozumienie bez przemocy” Rosenberg dzielił się własnymi doświadczeniami: „Jako mężczyzna byłem tak samo mało świadomy własnych potrzeb jak moja partnerka, ponieważ nie miałem w ogóle pojęcia, jakie mam potrzeby. Jeśli nie były one spełnione, to czekałem, aż moja partnerka zatroszczy się o mnie. A jeśli tego nie robiła, to miała poczucie, że robi coś źle. Ja się wycofywałem, a ona pytała: »Marshall, o co chodzi?«. Odpowiadałem: »O nic«. Nie wytrzymywała tego długo i otrzymywałem to, co chciałem. To bardzo proste, ale ma wysoką cenę. Pomału, ale konsekwentnie człowiek staje się uczuciowym analfabetą, emocjonalnym idiotą. Nie uczy się mówić: »Mam właśnie wielką potrzebę kontaktu i czułości. A ty?«. Oczekiwałem od kobiety, aby znała moje potrzeby lepiej niż ja sam! To ona powinna dbać o zaspokojenie moich potrzeb. Kiedy tego nie robiła, byłem wściekły. Zawsze miałem wokół siebie kochane kobiety, które wiedziały, czego potrzebuję, i dawały mi to. I im lepsze w tym były, tym bardziej niezdolny, ograniczony i bezrozumny byłem ja”.

Usiądźmy z przyjaciółmi

Ola i Tomek naukę porozumiewania się bez przemocy porównują do gry na pianinie: najpierw ćwiczysz gamę, ręce są mało elastyczne. Ale z czasem z tych gam zaczyna układać się kawałek muzyki, potem dłuższy, aż w końcu płynie melodia.

– Najpierw uczyliśmy się być ze sobą w kontakcie, utrzymać stan otwarcia i przepływu, współobecności – mówi Ola. – To wcale nie jest łatwe, gdy pojawia się różnica zdań, a przede wszystkim silne emocje, złość, pretensje. Sztuka polega na tym, aby z jednej strony być przy sobie, czyli być świadomym, o co mi chodzi, co czuję i czego potrzebuję, a jednocześnie być w kontakcie z bliską osobą: „Czego on potrzebuje?”. Dotrzeć do tego, że moje i twoje jest tak samo ważne.

– „No tak, ale jeśli zgłoszę jej swoją potrzebę, to co o mnie pomyśli. Przecież mężczyzna ma sobie radzić bez gadania. Otwierając się, wystawiam się na strzał”. Tak często myślą mężczyźni – mówi Tomek.
– „Chcę się z nim czymś podzielić. Ale on nie słucha, od razu radzi, zrób tak i tak. A ja nie potrzebuję rady. Chcę powiedzieć, co jest dla mnie ważne w tej chwili”. Tak na ogół reagują kobiety – mówi Ola. – Nie mogę cię usłyszeć, bo sama chcę być usłyszana. Jeśli cię wysłucham, to będzie znaczyć, że się z tobą zgadzam. A wtedy uznasz, że masz rację, i nie wysłuchasz mnie! Te obawy są źródłem nieporozumień, napięć, urazów i pretensji. Czujemy się bezradni, więc się zamykamy, i w końcu chcemy się rozwodzić.

Twierdzą, że w związkach potrzebujemy raz na jakiś czas usiąść i porozmawiać, co się z nami dzieje, a jeśli się nie słyszymy, to poprosić o pomoc przyjaciół, bo dobrze, jak ktoś popatrzy z zewnątrz. Oni na szczęście mają przyjaciół zaznajomionych z Porozumieniem bez Przemocy, więc korzystają z mediacji.

Opowiadają o takiej sytuacji: jakiś czas temu byli razem na kilkudniowym warsztacie dla kobiet i mężczyzn. Wieczorem ktoś z uczestników obchodził imieniny, było wino, świętowanie, luźna atmosfera. Dystans między ludźmi zdecydowanie się zmniejszył. – Zobaczyłam, jak kobiety dotykają pleców Tomka – opowiada Ola. – Opanowały mnie silne emocje, bunt, sprzeciw i ból. Ale on nie reagował, pozwalał się dotykać. Wróciliśmy do domu, próbowaliśmy rozmawiać. Trzy godziny trudnej, ciężkiej rozmowy! Bez efektów. Monologowaliśmy, nie mogliśmy się usłyszeć. W końcu doszłam do wniosku, że nie możemy być razem, bo skoro ja nie chcę go zmieniać, a nie mogę zaakceptować jego zachowania, to znaczy, że nie mogę być w tym związku. Poszliśmy na mediacje.

– Wreszcie mogliśmy usłyszeć siebie nawzajem – opowiada Tomek. – Mówiłem Oli, że jest dla mnie ważna i poszukamy rozwiązań, które dadzą jej poczucie bezpieczeństwa. Znaleźliśmy takie rozwiązanie: następnym razem, gdy coś podobnego się wydarzy, a ona poczuje się zagrożona, miała powiedzieć nazwę naszej ulubionej kawiarni, wtedy ja zareaguję. Nic takiego od czasu tej mediacji się nie zdarzyło, jednak ja stałem się bardziej uważny.

Artykuł archiwalny. Aleksandra Bagińska, psycholożka, z pomocą Tomasza, nadal prowadzi Fundację Świadomego Rozwoju. Tomasz Bagiński propaguje metodę Kręgów Naprawczych. W Fundacji prowadzi zajęcia oparte na PbP – w szczególności dotyczące konfliktów czy sytuacji mediacyjnych.