1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Obłaskawić tyrana. Jak zapanować nad nadgorliwym umysłem?

Obłaskawić tyrana. Jak zapanować nad nadgorliwym umysłem?

Umysł to genialny produkt naszego mózgu. Stworzony po to, by pomagać, jednak ciągle nam bruździ i miesza szyki. W efekcie żyjemy pod presją, w poczuciu gorszości i niedostatku, tworzymy czarne scenariusze i fantazjujemy o szczęściu, które jest jedynie mrzonką. (Fot. iStock)
Umysł to genialny produkt naszego mózgu. Stworzony po to, by pomagać, jednak ciągle nam bruździ i miesza szyki. Dlaczego to robi? Czy nie gramy w jednej drużynie? Owszem – i on stara się, jak może, żeby służyć nam zawsze i wszędzie. Sęk w tym, że bywa nadgorliwy i dominujący. Dlatego, aby wieść w miarę spokojne i szczęśliwe życie – trzeba nad nim zapanować.

Jego funkcja od początku była jasna: miał nam zapewnić przetrwanie, chronić przed niebezpieczeństwem. Musiał więc być bardzo czujny, wypatrywać zagrożenia. I stał się wyspecjalizowanym oceniaczem, który nieustannie sprawdza: Dobre – złe? Bezpieczne – niebezpieczne? Pomocne czy szkodliwe? Kiedyś ostrzegał przed wilkiem czy niedźwiedziem, dziś uderza na alarm w zgoła innych okolicznościach: przewiduje utratę pracy, odrzucenie, ośmieszenie, porażkę. Węszy podstęp, nawet kiedy nie ma najmniejszego zagrożenia dla naszego życia czy zdrowia. Rezultat? Marnujemy mnóstwo czasu na zamartwianie się rzeczami, które prawdopodobnie nigdy się nie zdarzą.

Ale to nie wszystko. Terapeuta ACT, dr Russ Harris, autor książki „Pułapka szczęścia”, zwraca uwagę, że w minionych epokach warunkiem przetrwania człowieka była przynależność do grupy. Wykluczenie z niej oznaczało śmierć. W naszym mózgu wciąż tkwi lęk przed takim scenariuszem – stąd potrzeba ciągłego sprawdzania swojej pozycji w grupie i porównywania się z innymi. Czy jestem przydatny? Czy dość się staram? Czy mnie akceptują? Ileż energii tracimy, zabiegając o aprobatę innych i próbując się „naprawić”, przystosować, przypodobać! Ale też tropiąc własne wady i niedociągnięcia... To nie ma końca! Zawsze znajdą się lepsi od nas – mądrzejsi, piękniejsi, silniejsi, bogatsi – zwłaszcza że poprzez powszechny dostęp do mediów liczba osób, z którymi możemy się porównywać, jest przytłaczająca. Podsumowując: żyjemy pod presją, w poczuciu gorszości i niedostatku, tworzymy czarne scenariusze i fantazjujemy o szczęściu, które w tych warunkach jest jakąś mrzonką... Ratunku!

W kole kontroli

Zanim zajmiemy się wychodzeniem z pułapki, poznajmy ją nieco lepiej, żeby mieć świadomość, gdzie utknęliśmy. Poznajmy mity dotyczące szczęścia. Pierwszy, jaki przywołuje Russ Harris, mówi:
„Szczęście jest naturalnym stanem wszystkich istot ludzkich”
Cóż, statystyki dotyczące depresji, prób samobójczych, zaburzeń psychicznych niekoniecznie to potwierdzają... Nie oszukujmy się: szczęście w czystej postaci jest rzadkością. Jeśli wierzysz, że inni są szczęśliwi, tylko tobie z jakiegoś powodu się nie udaje – jesteś w pułapce.

Drugi mit jest konsekwencją pierwszego:

„Skoro nie jestem szczęśliwy, coś musi być ze mną nie tak”
Przy takim założeniu cierpienie psychiczne wydaje się odstępstwem od normy, chorobą albo (zasługującą na potępienie) słabością. A przecież jest ono elementem ludzkiego losu!

Trzeci mit brzmi niegroźnie, ale może przysporzyć wielu frustracji:

„Żeby zmienić swoje życie na lepsze, musimy wyeliminować z niego trudne emocje”
Wyeliminować? Bardzo nierealistyczna wizja. Trudno cokolwiek zmienić, dokądkolwiek dojść bez doświadczenia po drodze niemiłych doznań – choćby niepokoju, zniecierpliwienia...

I wreszcie czwarty mit, będący kropką nad „i” oraz nakazem nad nakazami:

„Kontroluj swoje myśli i uczucia”
To żądanie niemożliwego! Po prostu nie jesteśmy w stanie tego zrobić, a na pewno nie w takim stopniu, jak byśmy sobie tego życzyli. Tym, co podlega kontroli, są nasze zachowania – myśli, uczucia rządzą się innymi prawami. Wizualizacje, afirmacje, autohipnoza? Cóż, mogą wpływać na samopoczucie, przynieść chwilową ulgę, ale nie usuną negatywnych myśli czy emocji – twierdzi Harris. One wracają, a my czujemy się nieskuteczni, przegrani, może nawet źli... Mity dotyczące szczęścia „wplątują nas w walkę z naszą własną, ludzką naturą, a z nią nie możemy wygrać” – uważa terapeuta. Pułapka rodzi się z tej walki.

Na czele całej rozgrywki stoi, oczywiście, nasz umysł z jego obsesją kontroli. Jest wielki – trudno temu zaprzeczyć. Zdolny do planowania, organizacji, skomplikowanych analiz, uczenia się. Dzięki niemu jesteśmy w stanie kształtować otaczający nas świat, rozwiązywać wiele złożonych problemów. Ale wewnętrzny świat działa inaczej. To, co miało być rozwiązaniem, często staje się tu dodatkowym problemem. Załóżmy, że sięgasz po alkohol, żeby poprawić sobie nastrój, a następnego dnia czujesz się jeszcze gorzej. Do tego uzależniasz się. Albo, w lęku przed odrzuceniem, unikasz ludzi, zaczynasz prowadzić samotnicze życie i... czujesz się odrzucony przez wszystkich. Nie da się ukryć: nasze strategie kontroli (oparte najczęściej na walce lub ucieczce) zawodzą. Wielu psychologów mówi przy tej okazji o mechanizmie unikania doświadczenia. Russ Harris nazywa go po prostu błędnym kołem. „Unikanie doświadczenia jest główną przyczyną depresji, lęków, uzależnienia od narkotyków i alkoholu, zaburzeń odżywiania i wielu innych problemów natury psychologicznej. Tak właśnie wygląda pułapka szczęścia: by doznać szczęścia, staramy się unikać niechcianych uczuć lub je eliminować – ale im mocniej się staramy, tym więcej ich wywołujemy”.

Naszła mnie myśl...

Umysł jest porywającym bajarzem. Zawsze ma jakąś historię na podorędziu. Co więcej – bardzo logiczną, wiarygodną, przekonującą. Kiedy przedstawia nam swój ogląd sytuacji, poparty rozlicznymi argumentami, trudno mu nie wierzyć. Sęk w tym, że większość audycji, które nadaje w trybie ciągłym, ma dość negatywny wydźwięk. Zwykle dowiadujesz się z nich, że nie dasz rady albo w ogóle jesteś do niczego. Być może największą pułapką, w jaką wpada ludzkość (wręcz przekrętem na skalę światową!), jest dawanie wiary myślom. Uznajemy je za ważne, prawdziwe, cenne albo i mądre. Czy takie są? Owszem, niektóre z nich mogą być użyteczne, a nawet genialne. Zwykle łatwo to zweryfikować – o ile potrafimy zachować wobec nich dystans. Takie zdystansowanie to jedna z cenniejszych życiowych umiejętności.

Jak to zrobić? Sposobów jest wiele. Zamiast „kupować” coś, co objawia ci umysł (zwłaszcza gdy rzecz dotyczy osądów pod twoim adresem), możesz stwierdzić: „Naszła mnie myśl, że...”. Albo wyśpiewać ją na wybraną melodię (najlepiej kilka). Nie wdajesz się w dyskusje, po prostu bawisz się słowami. Bo w końcu tym jest myśl – ciągiem słów. Pomocne bywa też nazwanie opowieści umysłu. Ach, to ta o fajtłapie! Ta jest o brzyduli, leniu, ta o niedawaniu rady, a ta o życiu do bani. Znam, znam... Może się pojawiać i znikać, kiedy chce, podczas gdy ty robisz swoje – to, co lubisz i cenisz. Jesteś trochę jak celebryta, o którym opowiadają niestworzone historie, a ty je ignorujesz. No, chyba że wolisz zajmować się sprostowaniami... W zdystansowaniu nie chodzi o kontrolę, tylko o akceptację. Nie znaczy to, że mamy lubić swoje myśli czy uczucia; ważne, by przestać z nimi walczyć. Nie szarpać się z własnym umysłem, uwolnić się spod jego tyranii. Przy okazji możesz poczuć się lepiej, ale potraktuj to jako skutek uboczny, nie główny cel – ostrzega Russ Harris. „Jeśli spodziewasz się, że zdystansowanie się do jakiejś myśli pomoże ci się jej pozbyć, to przygotuj się na rozczarowanie; znowu dałeś się złapać programowi kontroli i uwięzić w pułapce szczęścia. Musisz zaakceptować swoje myśli, a nie pozbywać się ich”.

Szach-mat, pas

To, że nie możemy ufać własnemu umysłowi, że tak często dajemy się mu wyprowadzić w pole – jest dość deprymujące. To jakbyśmy korzystali z oprogramowania, które nie do końca sprawdza się w dzisiejszej rzeczywistości, a nie da się go zaktualizować. Do czego się odwołać? Terapia ACT wprowadza ważne rozróżnienie: na myślące „ja” (czyli umysł) i „ja” obserwujące. To drugie jest aspektem ludzkiej świadomości, do niedawna ignorowanym przez psychologię. Tymczasem – jak zapewnia Russ Harris – uzyskanie dostępu do tej części siebie pozwala na głębsze przekształcenie relacji z niepożądanymi myślami i uczuciami. Jak już wiemy – myślące „ja” ocenia, ostrzega, dyskutuje, krytykuje, analizuje, porównuje, wyśmiewa, oskarża. Obserwujące „ja” natomiast jest ciche. Rejestruje wszystko bez wartościowania. Niczego nie odrzuca. Jest niezmienne, zawsze obecne, ale ponieważ nie raczy nas opowieściami, nie zauważamy go. Zapominamy o nim (o ile w ogóle zdajemy sobie sprawę z jego istnienia). Co za strata!

Obserwujące „ja” odpowiada za koncentrację i świadomość (bywa też utożsamiane z tą ostatnią). Dzięki niemu możemy z łatwością przenosić uwagę na to, co dla nas naprawdę ważne. Oznacza to, że nie musisz podejmować wysiłków, by wyłączyć stację, w której nadaje umysł, czy zmienić audycję na bardziej optymistyczną. Zamiast tego dokonujesz swoistego przesunięcia: coś jest na pierwszym planie, a coś w tle, niczym poszum wiatru za oknem. Nie będziesz chyba szarpać się z wiatrem?

Jak nawiązać kontakt z obserwującym „ja”? Russ Harris poleca technikę dziesięciu głębokich, wolnych oddechów. Wykonując je, obserwuj klatkę piersiową, brzuch, ramiona, ruch powietrza. Niech myśli i obrazy wędrują w tle, jak przejeżdżające samochody. Za każdym razem, gdy jakaś myśl będzie chciała zabrać cię na wycieczkę, wróć łagodnie do obserwacji. Praca z oddechem to dobry punkt wyjścia do bardziej zaawansowanych praktyk. Weźmy rozszerzenie (więcej w ramce poniżej): robimy je, by przygotować miejsce dla nieprzyjemnych uczuć, doznań i potrzeb. Nawet jeśli są ogromne, ty jesteś większy! Dając im przestrzeń, przekonasz się, że nie są takie straszne. I że – po osiągnięciu punktu szczytowego – gotowe są opaść, odejść. Jak by to było otworzyć się na nie, zamiast spinać? Obserwować je, objąć oddechem, a potem uwolnić?

Obserwujące „ja” jest też kluczowe w procesie, który autor „Pułapki szczęścia” nazywa połączeniem. Chodzi o kontakt z chwilą obecną, angażowanie się w to, co właśnie robimy. Nie trzeba chyba przekonywać, że umysł nie jest tu dobrym pośrednikiem – raczej odcina nas od rzeczywistości. Obserwujące „ja” pozwala nam utrzymać więź ze światem i bieżącym doświadczeniem (ćwiczenie na połączenie znajdziesz w ramce na poprzedniej stronie).

Na koniec jeszcze jeden mit – dotyczący samooceny. Russ Harris zwraca uwagę, że samoocena to nic innego jak zbiór myśli na własny temat. Opinii, bo na pewno nie faktów! Tak naprawdę to opinia myślącego „ja”. Chcesz mieć wysoką samoocenę? Musisz przedyskutować temat z umysłem, sprawdzić, co się da wynegocjować. A potem udowadniać, że jesteś dobry, inteligentny, kompetentny... Zdaniem terapeuty przypomina to niekończącą się partię szachów. Figurami są twoje myśli i uczucia: „dobre” (białe) i „złe” (czarne). Atakujesz białymi pionkami („dostałem podwyżkę”, „chodzę regularnie na siłownię”), a czarne przypuszczają kontratak, wysuwając swoje argumenty. A gdyby tak wyjść z tej gry? „Opowieść o tym, że nie jesteś wystarczająco dobry, będzie do ciebie nieustannie powracać, bo tak właśnie wyewoluował ludzki mózg. Chcesz do końca życia z tym walczyć?” – pyta Harris. A może mógłbyś przestać patrzeć na siebie jak na białe czy czarne figury i uznać, że jesteś czymś więcej – że bliżej ci do niezaangażowanej w walkę szachownicy? Pewnie domyślasz się, do czego prowadzi ta metafora... Tak, do obserwującego „ja”! „To akceptacja w swojej najczystszej postaci” – pisze Harris. Nie można go skrzywdzić, obrazić, umniejszyć. Chcesz się do niego dostroić? Skup się na doznaniu, które jest akurat twoim udziałem, obserwuj je z ciekawością. Umysł będzie się wtrącać, komentować, wciskać swoje opowieści. Jeśli złapiesz się na tym, że mu wierzysz, zrób krok do tyłu i obserwuj – radzi terapeuta. Teraz wystarczy, że skupisz się na postaci obserwatora, i będziesz mógł zobaczyć prawdziwego siebie.

„Piątka” - ćwiczenie na połączenie

To ćwiczenie ma pomóc ci zająć centralną pozycję w otoczeniu i połączyć się z nim. Wykonuj je po kilka razy dziennie, zwłaszcza wtedy gdy zauważysz, że błądzisz myślami albo zanadto koncentrujesz się na swoich uczuciach. Dzięki niemu szybko powrócisz do tu i teraz.
  • Przerwij to, co akurat robisz.
  • Rozejrzyj się i wybierz z otoczenia pięć przedmiotów.
  • Wytęż słuch i zarejestruj pięć odgłosów.
  • Zwróć uwagę na pięć rzeczy mających kontakt z twoim ciałem.
Źródło: Dr Russ Harris, „Pułapka szczęścia”, Studio Astropsychologii

Rozszerzenie

Pomyśl o czymś, co budzi twój niepokój albo wywołuje napięcie. Skup się na problemie, aż poczujesz się nieswojo.

Krok 1: Obserwacja. Skoncentruj się na doznaniach ciała. Przeskanuj je, określ, co czujesz i w których miejscach. Poszukaj doznania, które najbardziej ci przeszkadza, przyjrzyj mu się uważnie. Zwróć uwagę, gdzie się zaczyna, a gdzie kończy. Jaki ma kształt? Jak głęboko sięga? W którym miejscu jest najsilniejsze, a gdzie najsłabsze? Jest lekkie czy ciężkie? Ciepłe czy chłodne? Pozostaje w bezruchu czy się porusza?

Krok 2: Nabranie tchu. Zacznij od kilku głębokich oddechów – im będą wolniejsze, tym lepiej. Zadbaj, by każdy oddech kończył się całkowitym opróżnieniem płuc (pomoże to ciału się rozluźnić). Oddychaj powoli i głęboko, wyobrażając sobie, że dmuchasz na to doznanie. Poczuj, jak twój oddech je opływa, jakbyś tworzył dodatkową przestrzeń wewnątrz ciała. Daj mu trochę miejsca.

Krok 3: Uwolnienie. „Uwolnienie” oznacza, że pozwalasz doznaniu istnieć, chociaż wcale ci nie odpowiada. Gdy twój umysł zacznie komentować to, co robisz, podziękuj mu i wróć do obserwacji. Oczywiście, może pojawić się potrzeba walki z danym doznaniem albo odepchnięcia go od siebie. Rozpoznaj ją, ale nie angażuj się. Wróć do dręczącego cię doznania. Nie próbuj go wyeliminować ani zmienić. Jeśli zmieni się samo z siebie, to dobrze. Jeśli nie – też dobrze. Celem nie jest modyfikowanie go ani wymazywanie. Masz pozwolić, żeby istniało, nawet jeśli za nim nie przepadasz.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze