1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jaki jest stosunek psychologii do tzw. zjawisk magicznych? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Jaki jest stosunek psychologii do tzw. zjawisk magicznych? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Badania wykazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi. (Ilustracja: iStock)
Badania wykazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Duchy, cuda, zjawy, wampiry – są jedynie wytworem naszej fantazji czy emanacją tego, co niepoznane? Choć nauka im zaprzecza, to ludzkie doświadczenie mówi, że coś jest na rzeczy. A co ze stanami odmiennej świadomości? Halucynacje czy przejaw naszej głębi? O to wszystko Joanna Olekszyk pyta psychoterapeutę Wojciecha Eichelbergera.

Czytałam badania, które pokazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Z innych źródeł wiem, że coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi – przebudzeń, kontaktów z wyższą jaźnią. Przychodzą z tym do psychoterapeuty? Jaki jest w ogóle stosunek psychologii i psychoterapii do rzeczy, które zwykliśmy nazywać magicznymi czy wymykającymi się racjonalnemu osądowi?
Poruszyłaś tu dwie różne sprawy. Obszar szczególnych ludzkich doświadczeń, które nazywamy doświadczeniami transcendentnymi albo mistycznymi, stawiających pod znakiem zapytania naszą egocentryczną i oddzieloną od świata tożsamość – to zupełnie inna sprawa niż wiara w duchy, cuda czy zabobony. I to bardzo mocno trzeba tu podkreślić. Tym bardziej że doświadczenia transcendentne – w przeciwieństwie do zabobonów, były badane w ramach psychologii akademickiej. A przynajmniej paru naukowców starało się dowiedzieć, o co w nich chodzi.

Pierwszym był Abraham Maslow, który wymyślił znaną piramidę potrzeb, a na jej szczycie umieścił potrzebę samorealizacji, czyli subiektywne doznanie spełnienia i zrozumienia prawdziwej, wspólnej wszystkim i wszystkiemu istoty. Maslow tego nie wymyślił, tylko przyjrzał się bacznie ludziom deklarującym, że przydarzyło im się doświadczenie, które radykalnie odmieniło ich sposób przeżywania siebie, a także relacji z innymi ludźmi i ze światem. U części badanych pojawiło się ono spontanicznie przy okazji jakichś religijnych praktyk, u innych w trakcie zwykłych codziennych działań, a u jeszcze innych podczas nadzwyczajnie trudnych albo nadzwyczajnie radosnych okoliczności. Maslow dociekliwie i skrupulatnie przepytał wiele takich osób i stwierdził, że we wszystkich relacjach powtarzają się te same elementy. To skłoniło go do wniosku, że repertuar możliwych ludzkich przeżyć zawiera w sobie także to, co nazwał doświadczeniem szczytowym (ang. peak experience), innymi słowy: doświadczeniem samorealizacji, które korzystnie, głęboko i na trwałe zmienia nasze postrzeganie siebie i świata. Przepytywani przez Maslowa ludzie deklarowali, że stali się bardziej radośni, empatyczni, otwarci, wolni od dotychczasowych lęków i napięć. Wszystko to potwierdzało, również skrupulatnie przepytane, otoczenie badanych.

Niektórzy takie stany osiągali po zażyciu psychodelików. Takie przypadki też badano.
Wkrótce po badaniach Maslowa nastąpiła era LSD i innych psychodelików, więc wielu badaczy zajęło się zagadnieniem zmian świadomości i percepcji pod wpływem tych środków. Ale nie minęła dekada i badania te, a także próby wdrażania ich do procesów terapeutycznych w psychiatrii, z tajemniczych powodów, zostały zakazane. Jeden ze znanych badaczy fenomenu zmian ludzkiej percepcji pod wpływem LSD uznał to za zjawisko typowe dla naszego obszaru kulturowego: niemal powszechnie akceptujemy substancje obniżające świadomość – czyli sprawiające, że naszym postrzeganiem i zachowaniem zaczynają kierować potrzeby i emocje uznawane powszechnie za niższe, jak agresja, niekontrolowana seksualność, ryzykanctwo i różnorakie fobie – natomiast zakazujemy substancji podwyższających wibrację świadomości, czyli sprawiających, że naszym zachowaniem mogą zacząć kierować potrzeby i uczucia uznawane powszechnie za wyższe, takie jak: empatia, wrażliwość, zachwyt, wdzięczność, wszechogarniająca miłość. Do pierwszej grupy środków badacze zaliczyli alkohol, substancje typu „speed”, takie jak: kokaina, amfetamina, heroina, ecstasy i wszelkiego rodzaju dopalacze. Do drugiej byli skłonni zaliczyć marihuanę, psylocybinę, LSD i DMT. Badania nie zostały zakończone, więc nie jest pewne czy wszystkie wymienione substancje z grupy drugiej mają zbawienny wpływ na ludzką świadomość, ale obserwacja badaczy wydaje się trafna.

I co pokazywały tamte badania?
Że stany odmiennej świadomości czy doświadczanie rzeczy lub zdarzeń „nie z tego świata” to całkiem realne zjawisko i że dość często się zdarza. Dziś jest mnóstwo relacji na ten temat, nie tylko w literaturze religijnej, ale też świeckiej. Temat ten jakiś czas temu ponownie podjął amerykański badacz Mihály Csíkszentmihályi, autor koncepcji „przepływu”, czyli flow. W psychiatrii głównym prekursorem tego nurtu badań jest czeski profesor psychiatrii Stanislav Grof. Ale wszystko to nadal odbywa się na marginesie nauki. A to wielka szkoda, bo druga klasa zjawisk, od których zaczęłaś naszą rozmowę, czyli wiara w duchy, klątwy i zabobony – wiąże się z tym, że nauka nie chce się poważnie zainteresować pierwszym tematem. A drugi z góry dyskwalifikuje i redukuje do problemu wykształcenia ludzi, którzy tak myślą i czują – nazywając to wszystko przejawami „ciemnoty”.

Tyle nauka, a co mówi psychoterapia?
No właśnie. Tu prawie wszystko zależy od szkoły terapeutycznej. Obecnie na rynku psychoterapii dominują szkoły, których metody są oparte na naukowych rozstrzygnięciach, a wyniki dają się zmierzyć. Najważniejsze z nich to racjonalna terapia zachowań (RTZ) i szkoła poznawczo-behawioralna. Ale jak wszystkie inne podejścia terapeutyczne, one też mają swoje ograniczenia wynikające z przyjęcia metodologii zapewniającej twarde dowody. A przecież tajemnica człowieka, jego świadomość i potencjał transcendencji nie mieszczą się w tak zawężonej perspektywie. Na szczęście oprócz tych nurtów istnieją szkoły psychoterapii, które swoje źródła mają w psychologii głębi. Jak sama nazwa wskazuje, sięgają one w głąb ludzkiego umysłu, w obszary nieznanego i niezrozumiałego, którymi ani nauka, ani terapie racjonalne czy poznawczo-behawioralne nie chcą i nie potrafią się zajmować, na zasadzie: „badajmy tylko to, co da się obiektywnie zmierzyć, a to, czego obiektywnie zmierzyć się nie da, uznajmy za nieistniejące”. Z tego powodu cały obszar cienia, czyli tego, co w nas nieświadome, jest poza kręgiem zainteresowania nauki. Ale wkrótce trzeba będzie się tym zająć.

Sprawdźmy więc, jak sobie z tym radzi psychoterapia głębi. Powiedzmy, że przychodzi do gabinetu człowiek…
…który jest przekonany, że prześladują go jakieś duchy, czyli niematerialne istoty niewidoczne dla zmysłów przeciętnego człowieka. Psychologia głębi uznaje tego typu opowieść za przejaw działania obronnego mechanizmu projekcji. Czyli wszelkie niewidzialne straszydła, duchy itp. uznaje się za wyprojektowane przez człowieka – i przedstawione w zaczerpniętej z lokalnej kultury czy narracji formie – elementy jego własnej nieświadomości. Wtedy można zaprosić pacjenta do następującego eksperymentu: „Wyobraź sobie, że jesteś tą postacią, której się boisz. Wejdź w jej skórę i położenie, i pozwól jej mówić twoimi ustami. Powiedz, czego chce, jak się czuje, jakie ma motywy, co myśli, co widzi? Chodzi o to, by pacjent zaczął zdawać sobie sprawę z projekcyjnego charakteru postaci, która go prześladuje, i w końcu ją uwewnętrznił – czyli zintegrował ze swoim świadomym „ja”. W ten sposób każdy wyprojektowany przez nas potwór czy duch z czasem może się stać na przykład zrozumiałym zlepkiem naszych własnych potrzeb i emocji związanych z odrzuceniem przez matkę. Tu się kłania święta zasada psychoterapii, że to, co uświadomione i zintegrowane, przestaje rządzić naszym zachowaniem i naszym życiem. A to, co wyprojektowane na zewnątrz i nieuświadomione, blokuje nasze dojrzewanie i rozwój. Nie da się wtedy dotrzeć do szczytu piramidy Maslowa.

Mówisz o projekcjach dotyczących czegoś, czego się boimy. A jeśli widzimy i czujemy rzeczy, których trochę się boimy, a które pociągają, jak kontakt ze zmarłą osobą?
Nie sposób uczciwie rozstrzygnąć, czy to, że komuś pojawił się duch, że widział go na własne oczy lub silnie odczuwał jego obecność, jest obiektywną prawdą czy projekcją. Na pewno jest subiektywną prawdą tego człowieka. Może warto wreszcie podjąć dzisiaj w rzetelnych badaniach hipotezę duchów. Podejmowano już w tej sprawie nieudolne próby pod koniec XIX wieku w eksluzywnych klubach spirytystycznych.

Idąc tropem, który opisałeś wcześniej, wytłumaczeniem takich doświadczeń mogłyby być niezakończone relacje ze zmarłą osobą. Nadal nosimy ją w sobie nieświadomie, więc ją uzewnętrzniamy w postaci zjawy?
To trafna intuicja. Psychoterapeuta głębi będzie zachęcał pacjenta do badania takiego zdarzenia albo na podstawie hipotezy projekcji, albo niezałatwionego konfliktu, poczucia winy bądź wyrzutów sumienia.

Niektórzy mówią, że ukazujące się zmarłe osoby dają im cenne wskazówki – psycholog głębi mógłby to zinterpretować tak, że jakaś mądra część ich samych w ten sposób do nich przemawia. Ale ponieważ sobie by nie uwierzyli, uwierzą zmarłemu, do którego mieli zaufanie…
Właśnie tak. Czyli przekaz ducha zmarłej osoby może w tym wypadku okazać się naszym własnym wyprojektowanym przeczuciem, a może nawet przejawianiem się nierozpoznanego jeszcze w sobie wewnętrznego mędrca.

Rzeczy, które nie sposób objąć rozumem, są więc produktem naszej świadomości, a raczej nieświadomości. Część z nas się ich boi, a część jakoś oswaja. Są ludzie, którzy codziennie rozmawiają z duchami bądź widzą aurę innych i jest to dla nich coś bardzo powszedniego i cennego.
Znam wielu takich ludzi, a ponieważ nie jestem ograniczony jakimś dogmatem naukowym i nic, co ludzkie, nie jest mi obce, więc staram się również takie zjawiska i relacje o nich poznawać. Wiele z tych osób potrafi przekazać różne wartościowe informacje z tego, co nazywają światem duchów, a który w ich optyce jawi się jako świat równoległy. Niektóre instytucje – choćby policja – korzystają od czasu do czasu z pomocy tych szczególnie wyposażonych ludzi, zwanych jasnowidzami.

A jednak wszystko to jest nadal spychane w zabobon. Na szczęście ma szerokie ujście w popkulturze: w horrorach, fantastyce, ale też w literaturze pięknej i baśniach.
Szczególnie dzieci są wrażliwymi i entuzjastycznymi odbiorcami takich treści. Zapewne dlatego, że ich umysły nie są jeszcze do końca kulturowo zaprogramowane, więc nie zdają sobie sprawy, że czegoś nie należy widzieć lub o czymś nie należy mówić ani o to pytać. Dzieci często widzą duchy, mają prorocze sny albo twierdzą, że pamiętają swoje poprzednie życie. Jakby przeczuwały, że w umyśle i dla umysłu wszystko jest możliwe.

Ostatnio rozmawiałam z pewnym pięciolatkiem o wampirach i jego mama poprosiła mnie: „Dodawaj, że wampiry są tylko w bajkach”. Ale ja tego wcale nie jestem pewna. Oczywiście nie mam na myśli tego, że chodzą po świecie bladolicy mężczyźni, którzy wysysają z nas krew, tylko że wampir to jedna wielka metafora kogoś toksycznego. Mamy określenie „wampiryzm emocjonalny”.
Tak, używa się go w psychoterapii. Dla mnie wampir jest metaforą przerażonego perspektywą śmierci ludzkiego ego, przekazywanym z pokolenia na pokolenie marzeniem wiecznego istnienia w idealnie zakonserwowanej, doczesnej formie. Nawet kosztem życia bez słońca. To ucieleśnienie pragnienia nieśmiertelności, bycia niezniszczalnym w tym jednym ciele, w tej jednej postaci, która nigdy się nie starzeje. Z tej perspektywy żyjemy dziś w wampirycznej kulturze. Nikt się nie chce zestarzeć, nikt nie chce umrzeć, wszyscy chcemy być agresywni i skuteczni, nie wahamy się bogacić oraz karmić krwawicą i wysiłkiem innych. Pewnie dlatego wampiry są teraz tak mocno obecne w popkulturze, bo nasze systemy ekonomiczne i polityczne często, zapewne nieświadomie, czerpią z etosu wampira.

Na poziomie indywidualnym wampir jest symbolicznym przedstawieniem cech psychopatycznych – uwodzący, inteligentny, skuteczny, piękny, ale jednocześnie bezwzględny i niezdolny do miłości. Psychopaci są w tej chwili największymi bohaterami popkultury. W tym sensie wampiry naprawdę istnieją wśród nas i, niestety, mają tak dobre samopoczucie, że nie przychodzi im do głowy przyjść na terapię. Gdyby jednak ktoś taki przyszedł na terapię, usłyszałby ode mnie: „Jesteś wampirem z urojenia. Porozmawiajmy o tym”.

Bardzo mnie cieszy, że psychoterapia jest otwarta na taki rodzaj pracy.
Psychoterapeuta nie powinien się bać niczego, niezależnie od tego, czy ktoś przychodzi do niego z wampirem, duchem, diabłem, czy z Panem Bogiem, bo przecież i tak się może zdarzyć. W życiu człowieka mamy bowiem do czynienia nie tylko z projekcją wypartego cienia, ale również z projekcją wypartego światła.

Do terapeuty przychodzą też ludzie z Panem Bogiem?
Rzadziej do terapeuty, częściej do szpitala psychiatrycznego z diagnozą tzw. urojeń wielkościowych. Ludzie ci uważają, że są Chrystusem, Napoleonem czy jakąś inną wielką postacią. Zamiast dawać leki, warto by z nimi podyskutować. Spytać: „Dlaczego akurat Chrystus?”. Mogłoby się okazać, że mamy tu do czynienia z czymś, co można by nazwać wewnętrzną projekcją wypartego światła, którą można z czasem uwewnętrznić jako pragnienie bycia szlachetną, pomocną innym, światłą postacią albo odkryć, że ta zapożyczona wspaniała tożsamość przykrywa poczucie bezwartościowości, beznadziei i rozpaczy. Można drążyć dalej: „Skoro jest pan Chrystusem, to proszę mi opowiedzieć: Jak się czujesz, Chrystusie? Skąd się tutaj wziąłeś? Co chciałbyś powiedzieć, doradzić komuś takiemu jak ja, jak pomóc cierpiącemu światu?”. A potem, korzystając z notatek, pytałbym o każde zdanie i pogląd. Czy ten, który nosi imię i nazwisko pacjenta, też tak uważa i czy potrafi żyć w zgodzie z tym, co uważa? W końcu by się wyjaśniło, czy mamy do czynienia z wypartym światłem, czy z przykrywką rozpaczy. Choć mogłoby się okazać, że rozwiązaniem byłoby to, co sugerował w opowieści o chorym psychicznie bodajże bracie, mistyk i duchowy nauczyciel Baba Ram Dass. W czasie odwiedzin w szpitalu chory brat pyta: „Dlaczego gdy ty mówisz, że jesteś Chrystusem, to ludzie tego słuchają i jeszcze płacą za wykłady – a gdy ja mówię, że jestem Chrystusem, zamykają mnie w szpitalu?”. Na co Ram Dass: „Bo ty twierdzisz, że tylko ty jesteś Chrystusem, a ja mówię, że wszyscy jesteśmy Chrystusem, tylko nie wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę”.

Wojciech Eichelberger
, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek (w tym „Patchworkowe rodziny” Wyd. Zwierciadło), współtwórca i dyrektor Instytutu Psychoimmunologii.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Praca z procesem - metoda terapeutyczna, dzięki której zajrzysz za kulisy samego siebie

Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. (Fot. iStock)
Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. (Fot. iStock)
Praca z procesem jest przekraczaniem progu, masz więc prawo odczuwać lęk i czuć się zagubiony. Trzeba będzie podjąć wysiłek zaprzyjaźnienia się z tym, czego w sobie nie akceptujesz. Uchylić drzwi, zanim zostaną wyważone...

Człowiek żyje z pewnym wyobrażeniem o tym, kim jest, jakie są jego słabe i mocne strony, jak zachowuje się w określonych sytuacjach. Właśnie – wyobrażeniem... Za nim skrywają się zlekceważone pragnienia, nieuświadomione potrzeby, wewnętrzne konflikty. Jeśli nie dopuścimy do głosu odrzuconych, wypartych części swojej osobowości, możemy w nieskończoność zastanawiać się, czego nam brakuje, co sprawia, że czujemy się poirytowani, smutni, niespełnieni...  Metoda terapeutyczna nazywana pracą z procesem (w skrócie POP) polega właśnie na zaglądaniu za kulisy.

Podpowie ci sen

Twórcą metody jest Amerykanin Arnold Mindell – fizyk, który pod koniec lat 60. przyjechał do Europy, do Zurychu, by na tamtejszej uczelni zrobić doktorat. Miasto liczyło wówczas 800 tysięcy mieszkańców, z czego 20 tysięcy było psychologami i psychoterapeutami. Ten klimat zaczął mocno oddziaływać na Mindella: niezwykłe poruszenie, dzikie sny... Kiedy wreszcie trafił na Marie-Louise von Franz, uczennicę Carla Gustava Junga, uznał, że jego drogą jest psychoterapia. Zrobił doktorat, i owszem, tyle że z psychologii. Podążając śladami Junga, zgłębiał zagadnienia nieświadomości zbiorowej i synchroniczności, mity i archetypy, łącząc to wszystko z wiedzą z zakresu fizyki kwantowej. Przez wiele lat badał też zjawiska snu, rolę symptomów fizycznych i ich wzajemne powiązania. Z przekonaniem, że nie tylko sny, ale i dolegliwości mają nam wiele do powiedzenia... Pracując z chorymi czasami wręcz prosił ich, żeby lepiej poczuli ból, tym samym własne ciało.

Podczas jednej z takich sesji mężczyzna chory na raka żołądka przyznał, że czuje, jakby coś w jego brzuchu chciało wybuchnąć. Dodał, że zawsze miał trudności z wyrażaniem siebie, ale nigdy nie pozwoliłby sobie na wybuch... W tym  momencie przypomniał sobie sen o tym, że jest nieuleczalnie chory i że lekarstwem na jego chorobę ma być właśnie coś na kształt bomby. Dla Mindella stało się jasne: ten człowiek stłumił swoje emocje, a jego ciało i sen wyrażały potrzebę eksplozji. Ze względu na wyraźne zależności między snami a symptomami cielesnymi, Mindell nazwał swoją metodę „pracą ze śniącym ciałem”. Właściwie nie była to jeszcze odrębna metoda – wciąż odnosił swoje badania do psychologii analitycznej. Z czasem jednak zauważył, że działanie w obrębie szkoły jungowskiej staje się ograniczeniem. Chciał eksplorować nowe obszary, szukać własnych rozwiązań. Tak powstała praca z procesem.

„Ja” spotyka „nie ja”

Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. – Człowiek ma tendencję do utożsamiania się tylko z częścią doświadczeń, myśli, aspektów, inne wyrzuca poza margines. Tak tworzy się sfera „ja” i „nie ja” – tłumaczy Tomasz Teodorczyk, psychoterapeuta z Akademii Psychologii Zorientowanej na Proces w Warszawie. – Im większy rozdźwięk pomiędzy tymi dwiema sferami, tym większa nierównowaga. Odrzucone, zaniedbane aspekty, pozostające poza sferą „ja”, zaczynają się do niej dobijać, czasem bardzo gwałtownie. Chcą zostać zauważone, uwzględnione – po to, by człowiek objął całość swoich doświadczeń.

Wydarzenia, które oceniamy jako negatywne – choroby, wypadki, zdrady – zwykle zmuszają nas do zmiany i pomagają w ustaleniu nowej równowagi. Podobną rolę spełniają sny, zwłaszcza te naładowane silną energią. Te, z których budzimy się przerażeni, spoceni, poruszeni. Często pojawia się w nich jakaś postać albo zwierzę, jesteśmy gonieni, atakowani. To jakiś zmarginalizowany aspekt psychiki upomina się o przyznanie mu należnego miejsca... W języku Mindella mówi się, że mamy na pewne zachowania próg. Załóżmy, że oznajmiamy (z dumą): „Nie jestem zachłanny”. Niby wszystko w porządku, ale być może oznacza to tak naprawdę, że odmawiamy sobie jakichś dóbr, przyjemności, jesteśmy zamknięci na przyjmowanie? Nie chodzi przecież o to, żeby zacząć się rozpychać łokciami, czasem wystarczy lekkie przesunięcie na skali, większa otwartość. Postawienie sobie pytania: „co jest takiego w krytykowanej przeze mnie postawie, co mógłbym wykorzystać w swoim życiu, włączyć do swojego repertuaru zachowań?”.

Tomasz Teodorczyk lubi porównywać człowieka do wielopokojowego domu: do niektórych pomieszczeń nie wchodzimy, może nawet nie wiemy o ich istnieniu. Rozwój polega na tym, że zaglądamy do kolejnych pokoi, oswajamy je, uczymy się korzystać z nich w odpowiedni dla siebie sposób. Praca z procesem ma doprowadzić do objęcia całego domu. Bo każdy przekroczony próg to dodatkowa przestrzeń, nowe możliwości. – Większość progów jest wynikiem wychowania – mówi Teodorczyk. – Jeśli chłopcu koduje się od najmłodszych lat, że mężczyzna musi być silny, twardy, zaradny, to jego miękkie aspekty – wrażliwość, czułość – nie będą wspierane, akceptowane i możemy się spodziewać napięcia z powodu konfliktu pomiędzy dwiema rozszczepionymi częściami.

 

Próba siły

W „nie ja” zawarty jest ogromny potencjał. To energia, z której nie korzystamy, która często sprawia nam problemy, a która – włączona w obszar „ja” – może okazać się niezwykle pożyteczna, stać się naszą siłą.

Zdaniem Agnieszki Wróblewskiej, trenerki pracy z procesem, każdy z nas może uzyskać dostęp do tej siły, do osobistej mocy. – Szkopuł w tym, że ona często budzi w nas lęk, kojarzy się ze zranieniem, krzywdą – mówi Agnieszka Wróblewska. – Boimy się ludzi, którzy posługując się siłą, tracą nad nią kontrolę. A jeśli zdarzy się, że sami posłużymy się własną, mamy wyrzuty sumienia...

Jakie to mogą być sytuacje? Załóżmy, że ktoś na nas krzyknie – czujemy lęk, drżenie, opór, oskarżamy drugą osobę, że nadużywa siły. A za jakiś czas być może popełniamy podobne „nadużycie” wobec innej osoby, odgrywając się za niedawną krzywdę. Takie zdarzenia, a także nasze negatywne doświadczenia z przeszłości, sprawiają, że zaczynamy unikać siły, boimy się jej zarówno w innych, jak i w nas samych.

– Tymczasem jest też inny jej rodzaj – mówi Agnieszka Wróblewska. – Moc osobista, która nie ma nic wspólnego z tego typu przepychankami. Prawdziwa siła dodaje nam skrzydeł. Coś nas niesie, wszystko się układa. W tym sensie nie jest ona tak do końca osobista... Można to porównać z żeglarzem, który swoje pomysły na to, dokąd płynąć dopasowuje do kierunku wiatru. Może wtedy rozwinąć dużą prędkość, bez żadnego wysiłku, bez korzystania z silnika – tłumaczy trenerka. I przywołuje podstawową zasadę taoizmu wu wei (po chińsku „niedziałanie”), która mówi, że należy pozwolić rzeczom istnieć zgodnie z ich naturą, a zdarzeniom przydarzać się – podążając za ich znaczeniem. W praktyce oznacza to, że dopóki płyniemy z nurtem naszej rzeki, sprawy przyjmują pomyślny obrót, czujemy własną moc. Kiedy wypadamy z tego nurtu, zaczynają się kłopoty.

Co właściwie sprawia, że komplikujemy sobie życie, zaczynamy żłobić dodatkowe koryto? – Często bierze się to z błędnych przekonań, z presji społecznej – mówi Agnieszka Wróblewska. – Na przykład dziewczyna jest urodzoną wojowniczką, indywidualistką, ale w dzieciństwie wciąż widziała w reklamach obrazki rodzinnej sielanki, w której kobieta odgrywa rolę rozpromienionej pani domu. I zaczęła wierzyć, że tylko w takiej wersji może jako kobieta osiągnąć spełnienie. Ważne, żeby to odkryć, zdemaskować zewnętrzne źródło takich pragnień, wyjść ze stereotypu narzuconego przez innych: rodzinę, grupę towarzyską czy zawodową, społeczeństwo.

Stań się nim

Żeby spotkać się ze swoją siłą i przyjąć ją, Agnieszka Wróblewska proponuje ćwiczenie w parach. Wieloetapowe. Szukamy takiej sfery naszego życia, w której szczególnie czujemy się pozbawieni mocy, kontroli, sprawczości, i opowiadamy o niej partnerowi. Potem mamy przywołać postać tej samej płci (historyczną, baśniową itp.), obdarzoną mocą i władzą. Taką, która nas fascynuje. Opisujemy jej cechy, zachowanie, koncentrując się na sprawowanej przez nią władzy. Próbujemy wyrazić tę władczość – gestem, ruchem, dźwiękiem, wreszcie całym ciałem... To samo robimy z postacią odmiennej płci: sprawdzamy, jakie są podobieństwa i różnice pomiędzy bohaterami. I wreszcie kluczowy moment: mamy stać się drugą z badanych postaci (tą przeciwnej płci), zachowywać się, mówić, poruszać, jak ona... Czy pojawia się opór? Co powstrzymuje nas przed przyjęciem fascynującej nas energii, siły i władzy? Jak moglibyśmy ją wykorzystać? Teraz już możemy wrócić do punktu wyjścia i zadecydować, jak wprowadzić energię, z którą nawiązaliśmy kontakt, do własnego życia.

Rezultaty są zaskakujące: ktoś stał się Silvio Berlusconim po to, żeby przekonać się, jakie poczucie siły daje... poczucie humoru. Niekoniecznie wyrafinowane, grunt, że gotowe do zastosowania nawet w najtrudniejszej sytuacji. Ktoś inny miał okazję przekonać się, jak to jest być Królową Śniegu – odkrył, że taka chłodna, niewzruszona siła to znakomita przeciwwaga dla jego nadwrażliwości.

Agnieszka Wróblewska tłumaczy, dlaczego w ćwiczeniu kładzie się większy nacisk na osobę przeciwnej płci. Bo prawdopodobnie w takiej konfrontacji trafimy na większy próg – osobników innej płci trudniej jest naśladować. Także trudniej pewnie będzie nam zaakceptować, że moglibyśmy być tacy, jak oni. Tym samym mają nam więcej do zaoferowania, dają szansę na wyrażenie się w zupełnie nowy sposób.

Nie walcz, zaakceptuj

  1. Kiedy czegoś nie lubimy, zwykle chcielibyśmy to natychmiast i bezpowrotnie wyeliminować z naszego życia. Tymczasem praca z procesem mówi: zamiast z tym walczyć, spróbuj odkryć znaczenie tego zdarzenia dla swojego rozwoju, po czym zaakceptuj i zintegruj ten aspekt siebie, który domaga się twojej uwagi. Przyjrzyj się osobie, której nie znosisz – sugeruje Arnold Mindell. Po czym zadaj sobie pytanie: co mnie w niej najbardziej denerwuje? Spójrz na świat z jej perspektywy: w jakich sytuacjach ta drażniąca jakość mogłaby być przydatna w moim codziennym życiu?
  2. Możesz też zbadać swój stosunek do ziemi: sprawdź, z jakimi uczuciami patrzysz na rzeczy piękne, a jakie emocje budzą w tobie pozostałe widoki. Czy potrafisz je zaakceptować, dostrzec w nich ukryte piękno, potencjał?
  3. Ćwiczenie z książki Mindella: wyjdź na dwór i rozejrzyj się, bez pośpiechu, za dwoma przedmiotami wielkości dłoni – jednym, który ci się podoba, i drugim, do którego czujesz niechęć. Następnie rozpocznij medytację, trzymając w ręku najpierw jeden, potem drugi przedmiot. Zapisz spostrzeżenia. Obiekt, który ci się podoba, zwykle przypomina w jakiś sposób kochaną czy podziwianą osobę. Według Mindella jest on wyobrażeniem całkowitej i pełnej osobowości, do której zmierzasz w swoim procesie. Nielubiany przedmiot symbolizuje odrzucaną część ciebie – to, czego nie znosisz, a co potrzebujesz lepiej poznać.
 

  1. Psychologia

Pierwsza kobieta w życiu mężczyzny - relacja z matką ma wpływ na całe życie

Relacje syna z matką ustalają jego sformatowanie w relacjach z kobietami na resztę życia. (Fot. iStock)
Relacje syna z matką ustalają jego sformatowanie w relacjach z kobietami na resztę życia. (Fot. iStock)
Czy to prawda, że im mniej chłopiec otrzymał od matki: bliskości, czułości, troski i akceptującej miłości jako dziecko, tym bardziej będzie z nią związany jako dorosły? – pytamy psychoterapeutę Wojciecha Eichelbergera.

Relacja z matką – trudny temat. Mężczyźni niechętnie o tym rozmawiają. Zwłaszcza gdy nie jest ona dobra. Ale jakie ma znaczenie, jaka była matka, kiedy syn jest już dorosły? Ma własną firmę, jest dyrektorem albo prawnikiem…
Relacje syna z matką ustalają jego sformatowanie w relacjach z kobietami na resztę życia. Ona jest pierwszym, najważniejszym wzorcem kobiecości. Tego, jak się zachowuje, jak się wyraża, jakie ma emocje i jaką ma instrukcję obsługi. Nie trzeba dodawać, że uczy się tego wszystkiego w kontakcie tylko z jedną przedstawicielką tej różnorodnej, barwnej i niedającej się zamknąć w uogólnieniach populacji. Nabywa więc wiedzy, doświadczeń i przekonań bardzo specyficznych, uwarunkowanych i ograniczonych. Oczywiście dla jego przyszłych relacji z kobietami duże znaczenie ma też to, czy jego rodzina jest pełna i jakie uczucia cementują związek rodziców. Obserwując ich, uczy się, jak wygląda i na czym polega relacja dorosłego mężczyzny z dorosłą kobietą.

Czyli to, czym chłopiec nasiąknie w relacji z matką, decyduje o tym, jakim będzie partnerem? A jeśli nasiąknie niekochaniem?
To, co wydarza się w rodzinnym domu, ustawia chłopca na całe życie. Chyba że podejmie świadomą, trudną i wytrwałą pracę nad zmianą swojego nastawienia. Jeśli nie podda refleksji i weryfikacji tego, co odziedziczył ze swojego systemu rodzinnego, to będzie związki z kobietami budował na zasadzie: kopiuj – wklej. Na próżno też będzie szukać możliwości kompensacji tego, czego mu od matki zabrakło w dzieciństwie.

Matki moich partnerów były często zimne emocjonalnie, wymagające, oceniające, krytyczne…
Matka zimna emocjonalnie, która nadmierną krytyką i karami zamyka serce syna i demoluje jego poczucie wartości, funduje mu bardzo trudne życie w związkach. Wychowa mężczyznę, który będzie miał ukryty pod pozorem układności lub jawnie agresywny stosunek do kobiet. Choć jednocześnie jego niezaspokojone w relacji z matką potrzeby, takie jak: bliskość, czułość, troska i akceptująca miłość, sprawią, że będzie szybko i mocno uzależniał się od każdej kobiety, która go zechce, lecz która (jak się później okaże) nie będzie potrafiła go kochać…

Patrzysz na mnie i myślisz, że skoro wiązali się ze mną mężczyźni mający zimne matki, to sama mam w sobie lodową część?!
Bywają rzadkie odstępstwa od tej reguły. Ale najczęściej jest tak, że kobiety wybierające na partnerów synów oziębłych i wrogich matek, są córkami odrzuconymi przez swoje matki. Wybierają spragnionych kobiecej akceptacji, bliskości i troski mężczyzn, bo to łatwy łup. Wystarczy sięgnąć i taki miś przylepka i słodziak jest ich. Wspaniale i wesoło – ale na krótko. Szybko zaczynają się komplikacje i napięcia. Bo misio słodziak będzie od swojej kobiety oczekiwał niemożliwego, czyli tego, czego sama nie dostała od swojej matki.

I zaczyna się emocjonalna szarpanina: pretensje i szukanie dziury w całym?
Właśnie. Ratunkiem jest odżałowanie swoich frustracji i deficytów z dzieciństwa. Zadowolenie się tym, co w dorosłym związku z partnerką jest możliwe, czyli tym, co można dostać tu i teraz. Choć będzie tego tylko trochę, to jednak trochę to dużo więcej niż nic. Jeśli potrafimy być wdzięczni za „trochę”, to uleczymy starą ranę w sercu i sprawy zaczną układać się wystarczająco dobrze.

A co z matkami, które były jawnie agresywne, biły, wyzywały?
Matka jawnie nienawidząca swojego syna zapewne od ojca albo starszego brata doświadczyła przemocy i upokorzenia. Mogła też zostać w jakiś sposób seksualnie lub erotycznie wykorzystana. Takie doświadczenie – często zresztą wyparte i zapomniane – z reguły zaszczepia głęboko ukrytą, przejawiającą się na różne sposoby niechęć, a nawet nienawiść do mężczyzn. Często objawia się ona w zakamuflowany sposób jako agresja wobec syna. Szczególnie wtedy, gdy zostaje z synem sama, bo wtedy widzi w nim nieobecnego, znienawidzonego partnera i z braku właściwego obiektu wywiera nieświadomą zemstę na synu. Czasami są to wyzwiska, przemoc fizyczna, znęcanie się psychiczne. Od czasu do czasu daje synowi iskrę nadziei, że gdyby tylko się zmienił, gdyby był inny, a nie taki podobny do ojca – to byłaby szansa na to, żeby go pokochała. Tak potraktowany syn może całe życie spędzić, będąc uwikłanym w emocjonalną grę matki, i na próżno starać się, by zasłużyć na jej miłości. Prawdopodobnie nie zwiąże się na dłużej z żadną kobietą, bo będzie przekonany, że jest coś z nim nie tak, a to coś dyskwalifikuje go w oczach kobiet. Gdy matka umiera, grozi mu depresja, gdyż ostatecznie traci nadzieję na to, że kiedykolwiek usłyszy od matki upragnione: „Dumna jestem z ciebie i kocham cię”.

Mam smutną, ale nie wiem, czy w pełni uznaną obserwację życiową: im mniej matka dała, tym bardziej syn jest z nią związany.
Zgoda. Bo frustracja dziecięcej naturalnej potrzeby bycia bezwarunkowo kochanym przez matkę może na całe życie uwikłać dziecko w nadzieję, oczekiwanie i staranie się za wszelką cenę o miłość – często w trybie autoagresji, na przykład polegającej na przepracowywaniu się, podejmowaniu ryzykownych decyzji życiowych. A ewentualne partnerki zamęczał będzie dziecięcymi oczekiwaniami i potrzebami, które powinny być adresowane wyłącznie do matki, jak: potrzeba bezpieczeństwa, opieki, komfortu i przyjemności, czyli karmienia, ubierania, dawania prezentów, nieustannej obecności, pochwał, zachwytów i seksu. A ponieważ dorośli nie są w stanie zaspokoić tych dziecięcych potrzeb, niedokochany chłopiec zamienia się w chorobliwie zazdrosnego, kontrolującego, a nierzadko także przemocowego potwora.

A co z seksem? Czy mężczyźni głodni miłości matki są wierni?
Na ogół są niewierni. Doświadczenie odrzucającej matki budzi w mężczyźnie przekonanie, że nie zasługuje na miłość kobiety, że nie ma na nią szans. No bo skoro nawet matka mu tej miłości nie dała, to tym bardziej nie ma nadziei na dostanie jej od obcych, niespokrewnionych ludzi. W rezultacie taki mężczyzna, będąc w bliskiej relacji z kobietą, żyje w poczuciu zagrożenia nieuchronnym porzuceniem. Wtedy skutecznym sposobem redukowania jego lęku jest bycie w dwóch lub więcej związkach jednocześnie.

A więc wiele kobiet zamiast jednej, by uniknąć bólu?
Tak właśnie, bo szuka tylko przyjemności. Jak dziecko chce być bezwarunkowo i bez żadnych zobowiązań kochany przez kobietę. A ponieważ kobiety potrzebują też czuć się wybrane, ważne, kochane i bezpieczne i z czasem zaczynają się o to upominać, więc wówczas niedokochany przez mamę mężczyzna ucieka przed taką kobietą i biegnie tam, gdzie te oczekiwania ze strony nowej kobiety jeszcze się nie pojawiły. Czyli skacze z kwiatka na kwiatek i spija sam nektar, unikając trwałych więzi i jakichkolwiek zobowiązań. Na nieświadomym poziomie ma ambiwalentne uczucia do uwodzonych przez siebie kobiet: pragnie ich, żyć bez nich nie może, ale jednocześnie ma do nich wiele skrywanej agresji i żalu, które są obroną przed upokarzającym uczuciem wiecznego nienasyconego pragnienia kobiety i uzależnienia od jej nieustannej obecności w jego życiu.

Rozwiązanie dla takiego mężczyzny?
Tylko psychoterapia albo głębokie duchowe przebudzenie. No, może jest jeszcze szansa na zmianę, jeśli usłyszy od wielu kobiet, że ma nieadekwatne i niedojrzałe oczekiwania, że odrzuca i rani tych, którzy go kochają.

A matka nadopiekuńcza? Nie czyni chyba takiego spustoszenia w sercu chłopca?
Nadopiekuńczość to też strategia wikłania, która ma nie pozwolić synowi odejść od matki. W istocie jest obezwładniającą syna agresją. W skrajnym przypadku matka nadopiekuńcza stara się być dla syna niezbędna, ale żeby być niezbędna, musi pozbawiać go możliwości uczenia się tego, co uczyni go kiedyś niezależnym i autonomicznym. A więc prawie wszystko robi za niego i dla niego. Nie pozwala mu ścielić łóżka, sprzątać, przygotowywać posiłków, robić zakupów, grać z kumplami w piłkę, a nawet liczyć pieniędzy. Będzie z nim wszędzie chodzić: do lekarza, do apteki, na pocztę, do urzędów, kupować mu ubrania. Będzie negatywnie recenzować jego kolegów i koleżanki, a szczególnie sympatie.

Nie ma szans na to, żeby związał się z jakąś kobietą?
Może się związać tylko z taką, którą matka zaakceptuje, a więc którą będzie mogła zdominować, skontrolować. No i oczywiście będzie miała klucz do ich mieszkania. O ile oni się w ogóle od niej wyprowadzą, bo na ogół tacy mężczyźni mieszkają z matkami nawet po ślubie, instalując partnerkę w przestrzeni należącej do matki. A wtedy matka będzie im sprzątać, gotować, grzebać w szafach i uczyć partnerkę syna, jak powinna się nim opiekować.

Otrucie potrawką z muchomora to dobre rozwiązanie?
Na szczęście rzadko do tego dochodzi, bo agresja do nadopiekuńczej matki jest głęboko wyparta i na ogół nie osiąga natężenia tego, co nazywa się morderczą pasją. Ale zdarza się, że taki mężczyzna może zachować się wobec niej bardzo agresywnie, a nawet stać się…

Seryjnym mordercą kobiet?!
Czasami tak. Ale aby coś tak strasznego się z nim stało, musiałyby zaistnieć w jego życiu lub w jego systemie rodzinnym jeszcze inne silnie demoralizujące czynniki lub kompletna blokada rozumu i sumienia pod wpływem jakichś substancji odurzających.

Co jeszcze może się stać z chłopcem uwikłanym w nadopiekuńczą, agresywną matkę?
Wiele zależy od tego, jak wygląda związek tej matki z ojcem syna. Często bywa tak, że dominująca, agresywna matka doprowadza też do psychicznego wykastrowania swojego partnera, a w jej uczuciach do niego dominuje pogarda. Syn, widząc, jak matka upokarza i niszczy jego ojca, może podjąć podświadomą decyzję, że nigdy nie znajdzie się w podobnej upokarzającej sytuacji. Wówczas nabyty w jego doświadczeniu z matką uogólniony lęk przed kobietami może go skłaniać do tego, aby potrzebę bliskości, a także bycia akceptowanym i chcianym realizować w związkach z mężczyznami. Mówimy wówczas o psychogennych przesłankach do wyboru orientacji homoseksualnej.

A matki uwodzące, które pochylając się nad dorastającym synem, żeby go otulić kołdrą, półświadomie eksponują biust?
Albo siedząc w wannie, mówią do dorastającego synka: „Chodź, umyjesz mi plecy”. To zdarza się samodzielnym matkom dość często szczególnie wtedy, gdy z różnych powodów rozstały się z ojcem syna, są po bolesnych zdradach i rozwodach albo gdy wcześnie w życiu syna jego ojciec z jakichś powodów odszedł z tego świata – lecz matka zachowała jednak w swoim sercu przywiązanie. Wtedy ich syn ma szansę stać się zastępczą, a nawet lepszą wersją utraconego partnera. Lepszą, bo kochającą wiernie, zawsze i stale. Ale taka sytuacja może się stać również początkiem, zazwyczaj nieświadomej, uwodzącej gry ze strony matki, której trudno się pogodzić z tym, że kiedyś ukochany syn odejdzie do innej kobiety, ale która może też po prostu nie radzić sobie z niezaspokajanym libido. Dla syna jednak taka sytuacja jest bardzo trudna, bo piętrzy w nim potężne i sprzeczne uczucia. Dwa najważniejsze to: trwożna i zarazem wielka nadzieja na fizyczną bliskość z matką oraz lęk przed złamaniem obyczajowego tabu. Dochodzą do tego niejasne poczucie bycia manipulowanym i wykorzystywanym oraz lęk przed ośmieszeniem jego ewentualnych seksualnych prób. Tu kolejny cytat z doświadczeń moich pacjentów: „Synku, ja się teraz przebiorę w piżamę, ale nie musisz wychodzić, wystarczy, że zamkniesz oczy”. Oczywiste jest, że chłopiec zmruży oczy, ale z bijącym sercem będzie chciał przez te zmrużone oczy coś zobaczyć. Wytwarza się po obu stronach jakieś erotyczne napięcie, któremu towarzyszą silne, konfliktowe emocje.

Są na szczęście matki po prostu zachwycone swoimi synami!
Ale jeśli pochwały i zachwyty są bezkrytyczne i bezpodstawne – to taka mama wychowa narcyza, czyli mężczyznę o zaburzonym, w tym wypadku nadmiernie wysokim i nieustannie zagrożonym, poczuciu wartości własnej. Bo w głębi serca będzie przeczuwał, że został wykreowany, że nie wie, jaka jest jego prawdziwa wartość. Wszystko to sprawi, że narcyz z lęku, „że się wyda, jak mało jest wart”, będzie unikał głębokiego związku z kimkolwiek, dopuszczając do siebie tylko osoby bezkrytycznie nim zachwycone, których jednak nie będzie szanował. Grozi mu życie samotne i poświęcone nieustannej walce o zachowanie pozorów sukcesu i szczęścia. Ale gdy trudne okoliczności życia zachwieją tą fasadą, wpadnie w rozpacz i depresję.

A co czeka syna pracoholiczki, alkoholiczki, hazardzistki?
Najprawdopodobniej znajdzie sobie kobietę od czegoś uzależnioną i będzie powtarzał sytuację ze swojego dzieciństwa, która ukształtowała w nim przekonanie: „Nigdy dla nikogo nie będę najważniejszy”. W dorosłym związku będzie to usiłował przewalczyć w nadziei, że swoją kobietę bohatersko uwolni od nałogu i wtedy w końcu stanie się dla niej najważniejszy. To się jednak zazwyczaj nie udaje. A jeśli się uda, to ona odchodzi, bo brakuje wtedy spoiwa tego związku, czyli współuzależnienia.

Są mamy, które nie krzywdzą nikogo, ale są krzywdzone.
Kobieta, która daje się upokarzać partnerowi, ryzykuje, że wychowa chłopca z psychopatycznym rysem charakteru. Mówiliśmy o tym w naszym cyklu: że będąc świadkiem bezradności matki i jej cierpienia – z lęku przed ojcem – syn utożsami się z nim i przejmie pogardliwy stosunek wobec kobiet. Żona lub partnerka będzie dla niego domową niewolnicą. Od prawdziwego seksu będą kochanki, obdarowywane hojnie ciuchami i biżuterią…

Nie zapomnijmy o kochających, fajnych matkach!
Niech żyją. Wygląda na to, że jest ich na szczęście coraz więcej. To te, które są dojrzałe, poukładane, potrafią kochać, słuchać, okazywać czułość, a jednocześnie mają własne życie. To matki, które miały dobrą relację z własnym ojcem i które mogły patrzeć na udaną relację swoich rodziców i uczyć się od nich kochania. Synowie takich matek będą mieli partnerskie, uczciwe, kreatywne związki z kobietami.

Ale ci, którzy nie mieli tyle szczęścia, też mają szansę, prawda?
Przede wszystkim taki mężczyzna musi sobie zdać sprawę ze swoich trudnych uwarunkowań i bardzo chcieć zmiany. Wtedy wszystko jest do naprawienia. Ale jeśli nie pojawi się świadomość ani chęć zmiany, to i tak działa pewien bezpiecznik. Bo nawet silna niechęć i agresja do kobiet są w sercach i brzuchach mężczyzn kontrowane i mitygowane przez ogromną potrzebę czułości i bliskości. Nawet ci najbardziej przez matki skrzywdzeni zawsze pragną tego, czego nie dostali, i mają nadzieję, że kiedyś to dostaną. Tylko utrata tej nadziei może czasami zmienić ich w potwory. 

  1. Psychologia

Depresja maskowana – jak rozpoznać objawy? Rozmowa z Joanną Porembą, prezeską fundacji Melancholia

Rozmawiamy z Joanną Porembą, współzałożycielką i prezeską fundacji Melancholia, www. melancholia.org.pl. (Fot. Jacek Poremba)
Rozmawiamy z Joanną Porembą, współzałożycielką i prezeską fundacji Melancholia, www. melancholia.org.pl. (Fot. Jacek Poremba)
Przewlekłe bóle głowy lub karku, napady paniki, fobie i natręctwa, ale też zaburzenia snu czy pracy serca – pod wszystkimi tymi objawami może ukrywać się depresja. Joanna Poremba, współzałożycielka i prezeska fundacji Melancholia, wyjaśnia, jak rozpoznać ją u siebie i bliskich.

Na hasło „depresja” wielu z nas staje przed oczami obraz zmęczonego, zaniedbanego człowieka, który nie ma siły podnieść się z łóżka...
Bywa, że rzeczywiście tak to wygląda, jednak depresja może mieć rozmaite podłoże i bardzo różny przebieg, często daleki od powszechnego wyobrażenia. Przywołany przez ciebie obrazek może stanowić całą prawdę o czyjejś chorobie, ale może też nie pojawić się w ogóle lub być tylko jedną z kilku różnych faz. Fakt, że wiele osób tak właśnie wyobraża sobie depresję, wynika z uwarunkowań kulturowych, w tym opisów filmowych i literackich – wystarczy, że wspomnimy „Lot nad kukułczym gniazdem” czy „Przerwaną lekcję muzyki”. Z całą pewnością nie jest jednak jedynym ani obowiązującym sposobem przechodzenia choroby! Rzeczywiście często występuje w niej apatia i ospałość, ale równie dobrze może pojawić się nadaktywność i bezsenność. Podobnie jest z apetytem: objawem depresji może być zarówno brak apetytu, jak i nadmierne łaknienie. Bywa, że dominujące objawy są jeszcze bardziej zwodnicze. W niektórych formach depresji okazują się mylące na tyle, że sugerują występowanie zupełnie innych chorób. To tak zwane maski depresji, które sprawiają, że jest ona szczególnie trudna do zdiagnozowania.

O maskach w ostatnim czasie mówimy głównie w kontekście koronawirusa, wcześniej zaś przy okazji rozmów o teatrze i karnawale. I w teatrze, i podczas karnawału, i nawet w czasie pandemii, podczas której staramy się przechytrzyć wirusa, maska kojarzy się z odgrywaniem jakiejś roli, z oszukiwaniem otoczenia. W depresji, jak sobie wyobrażam, występuje zwykle wtedy, kiedy siebie oszukujemy, nie chcąc przyjąć do wiadomości pewnych prawd na temat otoczenia i siebie samych.
Nie nazwałabym tego oszukiwaniem, a raczej niebyciem przy sobie, pewnym brakiem uważności wobec sygnałów, które daje nam własny organizm. Nasza postawa jest bardzo często zupełnie nieuświadomiona: wywieramy na samych siebie różne rodzaje presji, nie akceptując się, a w konsekwencji nie darząc troską, czułością i uwagą. Bez kochania siebie nie da się kochać i akceptować świata. Niestety, jeśli tej uważności na siebie nie wyniesiemy z domu, jeśli rodzice nie nauczą nas korzystania z pewnych narzędzi, to w życiu dorosłym będzie nam o wiele trudniej. Na szczęście, kiedy zaczynamy ich w końcu szukać, z pomocą przychodzi psychoterapia.

Wracając do twojego pytania – wspomniany karnawał stanowił kiedyś coś w rodzaju wentylu bezpieczeństwa, okres, kiedy można było zapomnieć o konwenansach i ograniczeniach. Maska w depresji również jest wentylem. Depresja to choroba duszy i umysłu, a nasz mózg – ciągle jeszcze nie do końca poznany – nie mogąc zmieścić w głowie wszystkich napięć, „upycha” je w ciele. To, z czym sobie nie radzimy, trudne emocje zaczynają pukać do nas pod postacią przypominającą rozmaite schorzenia. Według niektórych badaczy, którym trudno odmówić pewnej racji, jeśli poświęcamy naszemu ciału wystarczająco dużo uwagi i jesteśmy wyczuleni na płynące z niego sygnały, to być może zauważymy te symptomy wcześniej. To jedna z wielu korzyści bycia w kontakcie ze swoim ciałem.

W naszej kulturze mamy raczej niską świadomość własnego ciała.
Niestety, masz rację. Nie uczy się jej w szkołach, a powinno. I nie mam tu na myśli sportu, bo aktywność fizyczna nie zawsze jest równoznaczna z kontaktem nawiązanym z ciałem. Znany amerykański psychiatra i psychoterapeuta Alexander Lowen podkreślał często, że głowa nie działa bez ciała, i odwrotnie. U współczesnego człowieka Zachodu jednak ta komunikacja między nimi nie odbywa się tak, jak powinna.

Czy lekarz, jeśli ktoś zwraca się do niego z dolegliwością somatyczną, zawsze również powinien brać pod uwagę, że ta osoba może chorować na depresję?
Byłoby to tak zwane holistyczne podejście do pacjenta, które na razie nie jest u nas powszechne, choć na szczęście nie powiedziałabym, że się nie zdarza. Lekarz z całą pewnością powinien zastanowić się, czy nie ma do czynienia z maską depresji wtedy, kiedy pacjent zrobi wszystkie możliwe badania, wyniki są dobre, a jego ciało cierpi. Warto przy tym podkreślić, że nie chodzi o wyimaginowany ból czy dyskomfort – te dolegliwości, umiejscowione w konkretnym punkcie, naprawdę się odczuwa, i po pewnym czasie może rozwinąć się z nich coś poważniejszego. Tym, co ostatecznie potwierdza, że chodziło o maskę, jest skuteczność leczenia lekami antydepresyjnymi: dolegliwości ustępują po ich zażyciu, nie zaś po preparacie, który zwykle stosuje się na chorobę imitowaną tutaj przez depresję.

Pomówmy jeszcze o stereotypowym wyobrażeniu osoby chorującej na depresję. Wielu z nas wie już, że nie zawsze objawia się ona rozpaczą, apatią i zaniedbaniem higieny. Jednak termin „maski depresji” chyba nie wszyscy słyszeli. Ja, która choruję na depresję od ponad 20 lat, nigdy nie usłyszałam tego określenia od żadnego lekarza. Dodam, że zawsze byłam bardzo aktywna, rzadko kiedy smutna, a moim głównym problemem było dojmujące uczucie lęku.
Termin „maski depresji” nie jest nowy, natomiast rzeczywiście nie wszedł do literatury przedmiotu; trudno przewidzieć, czy się to zmieni. Nie dotarł także do szerszej świadomości. Symptomy, których doświadczałaś, można jednak określić takim właśnie mianem.

Maski depresji mają rozmaity charakter. Jednym z ich rodzajów są tzw. maski psychopatologiczne – zaburzenia lękowe (lęk przewlekły lub ataki paniki, jak u ciebie), fobie oraz natręctwa. Drugą typową kategorią są symptomy fizyczne, głównie bólowe. Do najczęstszych zalicza się bóle w klatce piersiowej, kłucie serca, wrażenie duszności i ucisku; bóle głowy (np. pulsowanie, uczucie ucisku na mózg, szum w uszach) połączone z uczuciem niepokoju; nerwobóle; drętwienie, pieczenie, palenie, cierpnięcie kończyn, przepływ ciepła lub uczucie zimna; świąd skóry; zespół niespokojnych nóg; dziwne odczucia w rozmaitych narządach, szczególnie w żołądku i wątrobie. Maską depresji mogą być też zaburzenia rytmu biologicznego: snu i czuwania (problemy z zasypianiem, płytki sen, zbyt wczesne budzenie się, nadmierna senność w ciągu dnia), łaknienia (utrata apetytu lub napady głodu), problemy z miesiączkowaniem, zaburzenia erekcji. Wspomniany już Lowen mianem maski depresji określał także alkoholizm. Jak widać wachlarz możliwości jest szeroki.

Ja na przykład długo cierpiałam na coś, co wydało się być reumatoidalnym zapaleniem stawów – to też jedna z masek depresji. Drugą były męczące mnie latami dokuczliwe bóle karku – z czasem tak silne, że nie mogłam ruszyć szyją, nie byłam też w stanie zapiąć pasów w samochodzie. Lekarze rozważali nawet operację. Zamiast tego zdecydowałam się na długą fizjoterapię, która pomogła mi rozluźnić i poczuć własne ciało. Kiedy do leczenia włączono antydepresanty, dolegliwości ustały. Warto dodać, że zwykle najlepszym rozwiązaniem jest połączenie leczenia farmakologicznego z psychoterapią.

U mnie maską był lęk, u ciebie bóle karku; wymieniłaś też wiele innych możliwości. Zastanawiam się, czy – skoro znamy ich tyle – depresja maskowana nie jest częstą formą depresji?
Spotkałam się kiedyś z szacunkami, wedle których depresja maskowana może występować nawet trzy razy częściej niż inne postaci zaburzeń depresyjnych. Niestety, nie dysponujemy szczegółowymi danymi; wiele przypadków pozostaje niezdiagnozowanych, a i o „klasycznej” depresji, jak pokazuje praktyka, coraz trudniej jest mówić, bo każdy przypadek jest inny, a generalizowanie prowadzi donikąd.

W ramach działalności fundacji Melancholia publikujemy rozmowy ze znanymi osobami, które mają za sobą doświadczenie depresji – porównując te wywiady, bardzo łatwo zauważyć oczywiście pewne elementy wspólne, ale także ogromne różnice. Ktoś rzeczywiście nie wstaje tygodniami z łóżka, ktoś inny – jak na przykład reżyserka Joanna Kos-Krauze, która z wielką otwartością i szczerością opisała swoją historię – rzuca się w wir pracy, podróżuje po całym świecie, zamienia się w prawdziwego tytana. Jeden ucieka więc w sen i izolację, drugi – w pracę czy niebywałą aktywność. Ona także odcina nas od emocji – wsłuchać się w nie możemy tylko wtedy, kiedy wreszcie się zatrzymamy. Różna bywa też etiologia choroby, która może pojawić się na skutek traumatycznych doświadczeń, ale także wtedy, kiedy nie przechodzimy ewidentnego życiowego kryzysu – to odróżnia ją od zaburzeń adaptacyjnych. I znowu, w obu przypadkach może wystąpić wspomniane odcięcie emocji od ciała, co często skutkuje powstawaniem masek.

Przy okazji warto też dodać, że w Polsce rozmowa o liczbach dotyczących depresji jest w ogóle prawie niemożliwa, bo dane, które przedstawia NFZ, dotyczą tylko i wyłącznie sektora publicznego; prywatna działalność psychiatrów i psychoterapeutów nie jest w ogóle uwzględniana w oficjalnych statystykach, a to właśnie tam trafia około 60 proc. pacjentów. Nasza fundacja na przykład czerpie dane ze strony WHO.

Wiemy na pewno, że w Polsce alarmujące są statystyki dotyczące depresji wśród młodzieży. Jak wygląda kwestia masek w ich przypadku?
Podobnie jak u dorosłych, depresja maskowana u dzieci może być trudna do uchwycenia, a spektrum możliwych masek jest bardzo szerokie. Może polegać na opóźnieniu rozwoju psychicznego, intelektualnego oraz emocjonalnego. Z depresją maskowaną łączy się też często fobia szkolna, objawiająca się poprzez dążenie do izolacji. Powtarzające się bóle brzucha przed pójściem do szkoły na pewno powinny zwrócić uwagę rodziców, podobnie jak rozmaite zaburzenia zachowania (nieuzasadnione napady złości, przesadzone reakcje, obojętność, zachowania autodestrukcyjne), przewlekłe bóle głowy, arytmia serca, alergie.

Warto więc słuchać swojego organizmu oraz być czułym na sygnały wysyłane przez osoby najbliższe.
Rozmawiać – z sobą i bliskimi. Obserwować – bliskich i samego siebie. Jest takie ładne zdanie, które powiedział bodajże Oscar Wilde: „Daj człowiekowi maskę, a powie ci prawdę”. W pewnym sensie podobnie jest z naszym ciałem i duszą. Czasem nasze „ja” musi sięgnąć po maskę, żeby powiedzieć prawdę o tym, co je boli i gnębi.

  1. Psychologia

Życie w lęku nie pozwala nam na pełny rozwój

Lęk sam w sobie nie jest zły. Kłopot pojawia się wtedy, gdy indywidualny system ostrzegania człowieka ulega „przeprogramowaniu” i sprawia, że reakcje stają się nieadekwatne do sytuacji. (Fot. iStock)
Lęk sam w sobie nie jest zły. Kłopot pojawia się wtedy, gdy indywidualny system ostrzegania człowieka ulega „przeprogramowaniu” i sprawia, że reakcje stają się nieadekwatne do sytuacji. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Lęk sam w sobie nie jest zły. Spełnia istotną ewolucyjnie funkcję – informuje o zagrożeniach, każe reagować na niebezpieczeństwo. Kłopot pojawia się wtedy, gdy indywidualny system ostrzegania człowieka ulega „przeprogramowaniu” i sprawia, że reakcje stają się nieadekwatne do sytuacji.

Sebastian ma 30 lat. Kilka lat temu zrozumiał, że żyje w niewoli kompleksów i strachu, że za chwilę zniszczy swój związek. Postanowił z tym walczyć – poddał się półrocznej psychoterapii indywidualnej metodą poznawczo-behawioralną. W rozmowie z Zofią Rokitą dzieli się swoim doświadczeniem wychodzenia z lęku. Opowiada o przebiegu i efekcie terapii, którą podjął w tym celu.

Z jakim problemem zgłosiłeś się do terapeuty?
Głównie z różnego rodzaju lękami – przed odtrąceniem, wyśmianiem, upokorzeniem. Czułem, że mam ze sobą jakiś problem, ale nie wiedziałem jaki. Wtedy pomyślałem o psychoterapii. Skoro innym pomaga, może warto spróbować? Miałem 23 lata, byłem studentem geografii.

W jakich sytuacjach najczęściej dopadały cię lęki?
Wśród ludzi: na zajęciach, na spotkaniach towarzyskich. Miałem wrażenie, że jestem mało interesujący, gorszy od innych, nudny, beznadziejny... Że mnie nie akceptują, nie mają ochoty przebywać w moim towarzystwie. Z trudem przychodziło mi wyrażanie opinii, jąkałem się, głos mi drżał, serce wpadało w galop. Często zamykałem się w swoim świecie i zastanawiałem, jak inni mnie odbierają, dlaczego każda próba nawiązania z kimś bliższego kontaktu kończy się odrzuceniem. Pytanie „dlaczego” stało się moją obsesją. W głowie kłębiły się dołujące i gnębiące myśli, a takie jeszcze bardziej napędzały moje lęki. Mówiłem sobie: „Jeśli z ciebie taki palant, to nie dziw się, że inni się do ciebie nie garną”. Gdzieś w głębi nosiłem jednak przekonanie, że wcale nie musi tak być.

Dlaczego właśnie wtedy zdecydowałeś się na terapię?
W moim życiu wydarzyło się coś, co dało mi potężnego kopa, ogromnie zmotywowało, by zwrócić się po pomoc do specjalisty. Poznałem dziewczynę i po raz pierwszy naprawdę się zakochałem. Ewa też mnie pokochała. I zaczęła się udręka! Zamiast się cieszyć, żyłem w ciągłym niepokoju, strachu, że mnie porzuci. Byłem pełen myśli typu: „Jesteś frajerem, to nie może być prawda. Jak taka dziewczyna mogłaby zainteresować się facetem takim jak ty...”. Lęki przed porzuceniem stały się natrętne, czułem, że przejmują nade mną kontrolę, zbierają się nade mną niczym czarne chmury. Ciągle domagałem się od Ewy potwierdzeń, zamęczałem ją pytaniami: „Naprawdę mnie kochasz? Dlaczego mnie wybrałaś?

Czy na pewno między nami jest OK?...”. Cierpliwie odpowiadała, ale ja nie umiałem tego przyjąć. Byłem na wszystko strasznie wyczulony, nieufny, podejrzliwy. Drobne nieporozumienia jawiły się w mojej głowie jako pożegnania. Wybuchałem złością graniczącą z agresją, choć nie miałem żadnych racjonalnych powodów. Cierpiałem. Pomyślałem wtedy: „Jeśli nic z tym nie zrobię, to spieprzę związek, na którym tak mi zależy”. Zdecydowałem się na terapię. To było jak z bólem zęba: kiedy dokucza ci tak, że nie możesz wytrzymać, nie zastanawiasz się, czy pójść do stomatologa, po prostu idziesz. Podobnie jest z bólem psychicznym.

Ewa wiedziała, że zapisałeś się na terapię?
Tak i miałem jej wsparcie. Wracałem z sesji i opowiadałem, jak przebiegała. Mieliśmy wspólny cel: by było nam ze sobą jak najlepiej.

Często spotykałeś się z terapeutką?
Raz w tygodniu. Sesja trwała godzinę. To była osoba niezwykle ciepła, spokojna, czułem, że mnie słucha i rozumie. Bardzo szybko jej zaufałem i otworzyłem się przed nią.

Opowiedz, jak przebiegały sesje.
Na pierwszych spotkaniach koncentrowaliśmy się na moich zachowaniach i bieżących problemach. Terapeutka prosiła, bym opowiadał o istotnych wydarzeniach z ostatniego tygodnia i sytuacjach, podczas których zmagałem się z lękami. Potem wspólnie je analizowaliśmy. Kiedyś od progu gabinetu zacząłem opowiadać o tym, co przydarzyło mi się kilka godzin wcześniej: Szedłem ulicą i zobaczyłem moją dziewczynę w towarzystwie kolegów. Po prostu rozmawiali, ja jednak od razu pomyślałem: „No tak, oni są interesujący, a ja nudny, beznadziejny. Tracę ją”. Poczułem się zdołowany, tak, jakby mnie coś nagle przywaliło, choć w gdzieś w głębi zdawałem sobie sprawę, że nie mam sensownych argumentów, by tak się czuć.

Strach ogranicza nasze postrzeganie, powoduje, że rezygnujemy z wielu cennych rzeczy. (Fot. iStock) Strach ogranicza nasze postrzeganie, powoduje, że rezygnujemy z wielu cennych rzeczy. (Fot. iStock)

Jak terapeuta pomaga w takich przypadkach?
Słuchając, rozmawiając, analizując zdarzenia. Moja terapeutka pytała mnie: „Z jakiego powodu uważasz się za osobę gorszą od innych? Co lubi w tobie Ewa?...”. Wspólnie szukaliśmy argumentów potwierdzających moje negatywne odczucia, ale i takie, które temu zaprzeczały. Prowadziłem też tzw. zapis myśli – to jedno z głównych narzędzi terapii poznawczo-behawioralnej. Pisałem np. „jestem nieciekawy, mało atrakcyjny, głupi...”, a na drugiej kartce: „jestem wysportowany, wczoraj napisałem najlepszą pracę na roku...”. Kiedy później czytałem ten negatywny zapis, wydawało mi się, że to nie o mnie, tylko o kimś innym. Słowa na papierze brzmiały ostro, biły po oczach, jakoś do mnie nie pasowały. To jasno pokazywało, że moja pierwotna, negatywna myśl była zniekształcona. Terapeutka mówiła wtedy: „Widzisz, twierdzenie w twojej głowie jest nieprawdziwe”. Kiedyś poprosiła mnie, bym wyobraził sobie, że patrzę na siebie siedzącego na drugim krześle i powiedział, co widzę i czuję. Pamiętam, że się rozpłakałem, bo zrozumiałem, że mam przed sobą dorosłego, ciepłego, fajnego mężczyznę. Pierwszy raz uświadomiłem sobie, że noszę w głowie zniekształcony obraz siebie i sytuacji, w jakich się znajduję. Odkrywałem błędy w swoim myśleniu.

Dostawałeś jakieś „zadania domowe”? Tak – przemyśleć i przećwiczyć sytuacje oraz przetrawić wnioski. Pracą domową było też prowadzenie „zapisów myśli” po różnych niepokojących mnie zdarzeniach, samodzielne ich analizowanie i powracanie do nich, by utrwalać nowe, bliższe prawdzie mechanizmy myślenia o sobie. Wiele razy, rozkładając na składniki swoje myśli, dochodziłem do wniosku, że moje obawy nie mają sensu. Eksperymentowałem, by sprawdzić, jak jest naprawdę, np. odmawiałem czegoś dziewczynie lub przyjacielowi, a potem przekonywałem się, że mimo to nadal są przy mnie.

 
Co podczas terapii poruszyło cię najbardziej?
Powrót do przeszłości, odkrycie źródeł moich problemów. Na pewnej sesji terapeutka poprosiła mnie, żebym opowiedział o swoim dzieciństwie, latach szkolnych. Pytała, czy takie negatywne myśli pojawiały się dawniej – kiedy, w jakich sytuacjach. Czy pamiętam jakieś szczególne wydarzenia z domu, ze szkoły, ze spotkań towarzyskich, w których paraliżował mnie strach, ogarniał niepokój? Jaki rodzaj lęku był wówczas dominujący? Padło wiele pytań dotyczących przeszłości. Zrozumiałem, że moje lęki zaczęły się rodzić w podstawówce.

Co takiego się tam działo? Rządziła chuliganeria?
To zbyt delikatne określenie. Byłem w bardzo niedobrej szkole, w patologicznym środowisku. Obrzucanie nauczycieli wulgaryzmami, opluwanie ich, picie alkoholu na lekcjach, regularne walki, no i nękanie uczniów, którzy nie chcieli w tej „zabawie” uczestniczyć – to było na porządku dziennym. Znajdowałem się w grupie wyśmiewanych, napiętnowanych, w zespole maminsynków. Atmosfera w szkole była pełna agresji i nienawiści. Podczas terapii okazało się, że tu tkwił jeden z korzeni moich problemów. Doświadczenia wyniesione z podstawówki ukształtowały we mnie przekonania o własnej beznadziejności. Później wyrastały z niego chwasty w postaci różnych lęków.

A inne korzenie?
Drugi wyrósł w relacji z rodzicami. Stale mnie krytykowali, bardzo rzadko chwalili. Zwracali uwagę na moje braki, zaniedbania, a nie zauważali rzeczy dobrych. Miałem być grzecznym, mądrym i dzielnym chłopcem. I takim starałem się być: dobrze się uczyłem, nie żaliłem, ale też z niczego nie zwierzałem. Byłem jedynakiem i często zamykałem się w swoim pokoju sam na sam z kłopotami i rozterkami. Czułem się bardzo samotny, nie miałem z kim porozmawiać.

Dlaczego ten powrót do przeszłości uznajesz za tak istotny?
Bo dotarłem do źródeł tak niskiej samooceny. Zrozumiałem, dlaczego nie byłem zadowolony z nowych relacji i nie potrafiłem się nimi cieszyć – na wszystkie padał cień wcześniejszych doświadczeń, obawy, że zaraz wszystko się zepsuje, że znów zostanę odrzucony, wyśmiany. Żyłem w cieniu własnych lęków. Z negatywnymi zdarzeniami i emocjami jak z zadrami wszedłem w dorosłe życie. Latami nosiłem w sobie poczucie krzywdy, wciąż płakało we mnie ranione dziecko i nie pozwalało zobaczyć, że ludzie, którzy mnie otaczają są inni niż tamci, od których doznałem kiedyś bólu i upokorzeń. Teraz myślę o tym ze spokojem, jestem pogodzony z tym, co się stało. Opowiadając w gabinecie o swoim dzieciństwie, rodzicach, szkole, wydobyłem te negatywne wspomnienia na powierzchnię, z podświadomości do świadomości, i przyjrzałem się im z bliska. Sam bym tego nie zrobił. Terapeutka pokazała mi związek między przeszłością i teraźniejszością. Kiedy mówiłem o sprawach dla mnie trudnych, czułem, że mnie rozumie, że mi współczuje. Dzięki temu mogłem wypłakać ten żal, smutek i złość, wyrzucić to z siebie. Coraz bardziej docierało do mnie, że tamto minęło, że teraz jest już inaczej. Trochę to trwało, ale w końcu mogłem powiedzieć: „zamykam ten rozdział, chcę żyć nowym życiem”. Ewangelia głosi: prawda was wyzwoli – wydaje mi się to bardzo celne w kontekście tej terapii. Dopiero poznanie prawdy, choćby była najgorsza, może uwolnić nas i otworzyć na nowe, inne życie.

Co terapia zmieniła w twoim życiu?
Przede wszystkim inaczej się postrzegam, mam więcej wiary w siebie, pewności, bardziej się cenię. Potrafię być z drugą osobą i nie potrzebuję jej nieustających zapewnień, że między nami dobrze się układa. Potrafię brać od ludzi to, co chcą mi z siebie dać: zainteresowanie, akceptację, przyjaźń. Tego najbardziej mi w życiu brakowało. I bardzo ważne: otrzymałem narzędzia terapeutyczne. Gdy czuję, że lęki powracają, wiem, jak je okiełznać, jak sobie z nimi poradzić. Uruchamiam poznane na terapii nowe wzorce reagowania – analizuję swoje emocje, potrafię dostrzec zniekształcenia myśli. Robię ich zapis. Stosuję też techniki relaksacyjne redukujące napięcia. Mam świadomość własnych potrzeb. Nawet jeśli się przewrócę, to szybko się podniosę, bo wiem, czego się uchwycić i jak wstać.

A jak terapia wpłynęła na związek z Ewą?
Wspaniale. Wreszcie zamiast trwonić energię na rozpracowywanie moich lęków – inwestowaliśmy ją w przyjemniejsze działania. A od kilku miesięcy jesteśmy małżeństwem.

Komentarz Michała Czyżewskiego, psychologa, psychoterapeuty:

Dzieje się tak, jak np. w przypadku Sebastiana – pod wpływem wcześniejszych wydarzeń, które zachwiały poczuciem bezpieczeństwa, lub gdy najbliższe otoczenie formuje pewien sposób postrzegania siebie. Przez lata próbujemy sami radzić sobie z lękami, unikając najczęściej sytuacji, w których się pojawiają. Skutkiem tego mogą być zaburzenia codziennego funkcjonowania, np. wycofanie z życia społecznego. Strach powoduje, że nie wychodzimy z domu (bo inni źle nas ocenią), zawalamy studia (bo boimy się przystąpić do egzaminu ustnego), nie rozwijamy się zawodowo, rezygnujemy z nawiązywania bliskich kontaktów z ludźmi. Dopiero gdy brakuje sił, by dłużej uciekać przed lękiem lub staje on na drodze do osiągnięcia ważnych celów, pojawia się myśl, żeby szukać pomocy u specjalisty.

  1. Psychologia

Pragniemy sacrum, gonimy za profanum. Jak rozwijać inteligencję duchową?

Inteligencja duchowa nie zwiedzie nas nigdy. Ułatwia dialog pomiędzy rozumem a emocjami, umysłem a ciałem. Daje punkt oparcia potrzebny do rozwoju i przemiany (fot. iStock)
Inteligencja duchowa nie zwiedzie nas nigdy. Ułatwia dialog pomiędzy rozumem a emocjami, umysłem a ciałem. Daje punkt oparcia potrzebny do rozwoju i przemiany (fot. iStock)
W kulturach tradycyjnych świętością było niemal wszystko: praca, jedzenie, seks. Dzisiaj desakralizacji ulegają nawet święta. Ale z drugiej strony rozpaczliwie poszukujemy sensu życia, harmonii, czegoś trwałego i niezmiennego. Czy naszym ratunkiem jest rozwijanie duchowej inteligencji?

Piotr, lat 47, był jednym z pierwszych biznesmenów rozkręcających w Polsce rynek informatyczny. Zaczynał pod koniec lat 80. Od małego fiata, którym jeździł instalować komputery znajomym. Dość szybko przesiadł się do zachodniego samochodu, klientów indywidualnych zamienił na wielkie korporacje, w zawrotnym tempie rozwinął swoją firmę, dorobił się. W wieku 35 lat miał wszystko. Wygodny dom pod Warszawą, malowniczo położone działki na Mazurach i w Bieszczadach, luksusowy samochód, pokaźne konto w banku. Korzystał z życia – bawił się, zmieniał kobiety, jeździł po świecie. Ale nic nie sprawiało mu prawdziwej radości. Wciąż był nienasycony: próbował nurkowania, wspinaczki wysokogórskiej, nawet skoków ze spadochronem. Gdy brakowało adrenaliny, sięgał po alkohol.

– No i stało się to, co się stać musiało – wspomina. – Któregoś dnia miałem wypadek, tylko cudem z niego wyszedłem. Leżałem w szpitalu, cierpiałem, ale miałem też czas, żeby przemyśleć całe swoje życie. To były bardzo bolesne chwile, przede wszystkim dlatego, że musiałem skonfrontować się sam ze sobą, tak naprawdę po raz pierwszy zajrzeć do swojej duszy. Zobaczyłem w niej rozdzierającą pustkę. Zacząłem prowadzić długie rozmowy ze sobą, z Bogiem i po raz pierwszy ja, wychowany w wierze katolickiej, sięgnąłem do Biblii.

Dzisiaj Piotr, choć ma ugruntowaną pozycję w biznesie, żonę, troje dzieci, choć mógłby sobie pozwolić na wiele, żyje skromnie, nie pomnaża już majątku. Cały wolny czas poświęca rodzinie i pracy charytatywnej.

Podobną drogę przechodzi dziś wielu ludzi. Osiągają szczyty, ale nie czują się szczęśliwi. Szukają czegoś więcej, czasami kompletnie przewartościowują swoje życie.

Widzimy kolory, lecz nie dostrzegamy znaczenia

Jak podkreślają zgodnie filozofowie i antropologowie, życie pozbawione kontekstu sacrum doprowadziło człowieka do największego kryzysu naszych czasów, czyli do kryzysu duchowego.

Danah Zohar i Ian Marshall w „Inteligencji duchowej” piszą: „Rozum oddalił nas od przyrody, bliźnich i religii. Dokonując postępu w technologii, odrzuciliśmy tradycyjną kulturę i osadzone w niej wartości. Inteligencja racjonalna sprawiła, że mniej pracujemy, jesteśmy zdrowsi i dłużej żyjemy. Dzięki niej stworzyliśmy mnóstwo gadżetów, z których wiele zagraża naszemu środowisku i nam samym. Wciąż jednak nie wiemy, jak nadać temu wszystkiemu sens. Duchowe otępienie uwidacznia się nie tylko na Zachodzie, ale coraz częściej również w tych państwach azjatyckich, które przejęły zachodnie wzorce”.

Naukowa diagnoza naszego stanu ducha na progu nowego tysiąclecia jest bezlitosna: Dostrzegamy i przeżywamy tylko to, co bezpośrednie, widoczne i praktyczne. Jesteśmy ślepi na głębsze poziomy symboliki i znaczenia, które tworzą egzystencjalny kontekst dla otaczających nas obiektów, wykonywanych czynności i nas samych. Widzimy kolory, lecz nie dostrzegamy sensu. Optymistyczne jest tylko jedno – że coraz częściej pytamy samych siebie: O co chodzi w moim życiu? Po co mi to wszystko? Dlaczego biorę udział w tym wyścigu? Czego tak naprawdę pragnę?

Dawniej w ogóle nie zadawano by sobie takich pytań. Rytm życia narzucany przez naturę i kulturę był uporządkowany i przewidywalny. Tradycja, społeczność, w jakiej się żyło, religia – wszystko to wyznaczało niezmienne granice zachowania człowieka. Funkcjonowały jasne kodeksy moralne, a cele życia były z góry ustalone.

 
Mircea Eliade, religioznawca, filozof kultury, eseista, w książce „Próba labiryntu: rozmowy z Claude Henri Rocquetem” pisze: „Na najbardziej pierwotnym i archaicznym poziomie kultury życie ludzkie było samo w sobie aktem religijnym – odżywianie, życie płciowe, praca miały wartość sakramentu. […] W skrócie można by rzec, że świat archaiczny nie znał czynności »świeckich«: każda czynność, która miała określony sens, uczestniczyła w pewien sposób w sacrum. Świeckie były tylko czynności niemające znaczenia mitycznego, czyli niemające wzorcowych modeli. Można więc rzec, że każda odpowiedzialna i zmierzająca do precyzyjnie określonego celu czynność była dla świata archaicznego rytuałem”.

Pragniemy sacrum, gonimy za profanum

Idąc tropem myślenia Eliadego, można powiedzieć, że człowieka współczesnego odróżnia od jego dalekiego przodka doświadczenie sacrum rozumiane – za „Słownikiem etnologicznym” – jako kategoria rzeczy i działań, które są uznawane przez określoną społeczność za święte i z tej racji podlegają religijnej czci, w przeciwieństwie do tego, co codzienne, czyli profanum. Niemiecki teolog i historyk religii Rudolf Otto, aby objaśnić, w jaki sposób człowiek wierzący przeżywa świętość, Boga, wprowadził do religioznawstwa termin „numinosum” (od łac. numen – bóstwo, boskość) oznaczający coś niepoznawalnego i niewyrażalnego. To tajemnica, coś, czego nasz rozum nie jest w stanie pojąć, coś przeczuwane, ale nie rozumiane. Według Otto sacrum z jednej strony przepełnia człowieka trwogą, budzi respekt, a jednocześnie fascynuje i rodzi nieodparte pragnienie.

Dziś desakralizacji ulegają nawet święta. Wielkanoc, Boże Narodzenie traktowane są w kategoriach wydarzeń rodzinnych, świeckich, a msza, która kiedyś była rytuałem w ścisłym tego słowa znaczeniu, postrzegana jest jako coniedzielny ceremoniał bądź też uciążliwy obowiązek. Jednak, jak podkreśla Mircea Eliade, potrzeba przeżywania sacrum jest głębokim pragnieniem człowieka. Dlaczego człowiek miałby pragnąć sacrum?

Dlatego że posiada wrodzoną inteligencję duchową  – odpowiadają Danah Zohar i Ian Marshall. Według nich oprócz siedmiu rodzajów inteligencji opisanych przez Howarda Gardnera w książce „Inteligencje wielorakie” istnieje jeszcze jedna – duchowa, która jest kwintesencją człowieczeństwa. Ani bowiem inteligencja racjonalna, ani emocjonalna, ani nawet ich połączenie nie wystarczą, by w pełni opisać złożoność ludzkich zachowań  i zdolności.

Cóż to takiego owa inteligencja duchowa? To „wewnętrzna, wrodzona zdolność ludzkiego umysłu i psychiki, czerpiąca swe bogactwo z serca i wszechświata”. Tym, co przede wszystkim odróżnia inteligencję duchową od emocjonalnej, jest właśnie zdolność przemiany. O ile inteligencja emocjonalna pozwala nam rozeznać się w swoim położeniu i adekwatnie do niego zachować, o tyle inteligencja duchowa prowokuje do stawiania pytań: Czy w ogóle chcę pozostać w tej sytuacji, czy raczej zdecyduję się ją zmienić?

Autorzy „Inteligencji duchowej” podkreślają, że ten rodzaj inteligencji nie zawsze wiąże się z religią. Owszem, może się poprzez nią wyrażać, ale religijność wcale nie oznacza wysokiego ilorazu inteligencji duchowej. Co więcej – badania przeprowadzone prawie 60 lat temu przez psychologa Gordona Allporta wykazały, że doznania duchowe częściej  występują u osób niezwiązanych z największymi Kościołami.

Tęsknimy za jednością z kosmosem, a słuchamy ego

Inteligencją duchową obdarzeni byliśmy od zarania dziejów, ale dowodów na jej istnienie dostarczyły dopiero badania neuro-biologiczne w latach 90 ubiegłego wieku. Dowód pierwszy – odkrycie w ludzkim mózgu przez neuropsychologa Michaela Persingera tzw. punktu Boga. Gdy badane osoby słyszą rozmowy na tematy religijne lub duchowe, punkt ten na zdjęciach mózgu uzyskanych metodą pozytronową się rozświetla.

Dowód drugi – badania austriackiego neurologa Wolfa Singera, które wykazują, że w mózgu następuje zespalanie naszych doznań i nadawanie im znaczenia, a wszystko to dzięki „trzeciej sile”. Wcześniej znane były tylko dwie formy organizacji nerwowej mózgu: połączenia szeregowe stanowiące podłoże inteligencji racjonalnej i „różnokierunkowe”, które są podstawą inteligencji emocjonalnej. Singer wskazuje na istnienie trzeciego rodzaju myślenia, jednoczącego dwa poprzednie, którym zarządza inteligencja duchowa.

Dowód trzeci – badania nad ludzką mową amerykańskiego neurologa i antropologa Terrence’a Deacona. Dowodzą one, że język jako zjawisko charakterystyczne tylko dla człowieka, symboliczne w swej istocie i operujące znaczeniem ewoluował wraz z szybkim rozwojem płatów czołowych mózgu. Ssaki wyższego rzędu nie umieją mówić, ponieważ nie posiadają odpowiednika płatów czołowych, które powiększały się u człowieka dzięki inteligencji duchowej.

 
Co nam ona daje? Jej dwie bliźniacze siostry: racjonalna i emocjonalna, mogą czasem sprowadzić człowieka na manowce. Inteligencja duchowa nie zwiedzie nas nigdy. Ułatwia dialog pomiędzy rozumem a emocjami, umysłem a ciałem. Daje punkt oparcia potrzebny do rozwoju i przemiany. Sprawia, że jesteśmy kreatywni, kontaktuje nas z naszą twórczą spontanicznością. Pomaga nam uświadomić sobie problemy egzystencjalne, rozwiązać je albo przynajmniej pogodzić się z nimi. Sprawia, że widzimy sens naszych zmaga  z życiem. Pozwala wniknąć w istotę rzeczy, ujrzeć jedność istniejącą pomimo różnic, dotrzeć do naszych możliwości i wykorzystać je. Dzięki niej możemy wieść bogatsze życie. I wreszcie – pozwala nam odróżnić dobro od zła.

Życie wielu z nas jest dziś boleśnie pokawałkowane. Tęsknimy za tym, co poeta T.S. Eliot nazwał „dalszą jednością, głębszą wspólnotą”, ale nie znajdujemy jej ani w sobie, ani w istniejących symbolach czy instytucjach naszej kultury. Naszym ratunkiem – o co apelują nie tylko duchowi przywódcy, jak Dalajlama, papież, ale co dostrzega także coraz więcej ludzi – jest rozwijanie ducha. (Według słownika Webstera duch to „ożywiająca, życiodajna siła; to, co w odróżnieniu od materialnych elementów organizmu jest źródłem życia; tchnienie życia”).

Dalajlama wyodrębnia dwa poziomy duchowości. Pierwszy związany jest z przekonaniami religijnymi. W książce „Sztuka szczęścia” pisze: „Na świecie żyje pięć miliardów ludzi o różnych umysłowościach, w pewnym sensie potrzebujemy więc pięciu miliardów różnych religii. Wierzę, że każdy człowiek powinien wstąpić na taką ścieżkę duchową, która najlepiej pasuje do jego stanu umysłu, naturalnych skłonności, temperamentu, przekonań, wartości wyniesionych z domu i korzeni kulturowych”.

Szukamy gotowych odpowiedzi, choć powinniśmy pytać

Religijność nie świadczy o inteligencji duchowej, ale głęboka wiara przynosi ludziom wiele korzyści. Badania Instytutu Gallupa wykazały, że wierzący częściej niż niewierzący uważają swoje życie za szczęśliwe. Dowiodły również, że wiara pomaga w osiąganiu sukcesów i radzeniu sobie z kryzysami, traumatycznymi doświadczeniami, starzeniem się. Statystyki pokazują, że w rodzinach o silnych przekonaniach religijnych jest mniej przestępstw, problemów z alkoholizmem, narkomanią. Co więcej – istnieją dowody na to, że wiara może pozytywnie wpływać na zdrowie. Badania Instytutu Medycznego w Pittsburghu wykazały, że głęboko wierzący pacjenci z przeszczepionym sercem szybciej wracają do zdrowia. Z kolei inne badania dowiodły, że po operacji tętnicy wieńcowej lub zastawki prawdopodobieństwo przeżycia jest trzykrotnie większe wśród pacjentów wierzących niż niewierzących.

Każda religia daje poczucie przynależności, akceptacji. Silne przekonania religijne sprawiają, że mamy głęboką świadomość celu, do którego dążymy. Że możemy spojrzeć z dystansu na problemy życia codziennego. Jednak według Dalajlamy ważniejszy jest drugi poziom duchowości, który nazywa podstawowym, bo obejmuje najważniejsze ludzkie wartości, takie jak: dobroć, życzliwość, współczucie, troska. „Bez względu na to, jak wspaniała jest dana religia, przyjmuje ją jedynie ograniczona liczba ludzi – pisze w »Sztuce szczęścia«. – Wszyscy potrzebujemy jednak owych podstawowych wartości duchowych, bez nich życie staje się ciężkie, jałowe, człowiek nie jest szczęśliwy, cierpi rodzina, a w ostatecznym rozrachunku – całe społeczeństwo. Takie wartości jak: współczucie, tolerancja, zdolność wybaczania, opiekuńczość, są najważniejszymi wartościami duchowymi, ponieważ nie mogą współistnieć z negatywnymi stanami umysłu”.

przemia

Jak dotrzeć do owego poziomu, czyli inteligencji duchowej? Poprzez pielęgnowanie tego, co dla nas święte. Dobre uczynki. Praktyki duchowe. Te ostatnie nie mogą opierać się jednak tylko na uczestnictwie w religijnych obrzędach, nawet nie tylko na modlitwie. Według Dalajlamy praktyka duchowa to ćwiczenie, np. poprzez medytacje, odpowiedniego stanu umysłu, nastawienia do ludzi, stanu psychicznego i emocjonalnego. Czasami, aby w pełni dotrzeć do inteligencji duchowej, trzeba zaznać rozpaczy, bólu, cierpienia, straty. Wtedy doświadczamy głęboko ukrytej tęsknoty za sensem swojej ludzkiej egzystencji. Pytamy: Po co żyjemy? Dlaczego właśnie tak? Jaki ma sens nasza praca? Jak powiedział żydowski mistyk Abraham Heschel: „Gdy zadajemy pytania, jesteśmy bliżsi Boga niż wtedy, gdy mamy wrażenie, że znamy odpowiedzi”.

Korzystałam z książek: Mircea Eliade „Sacrum – mit – historia”, PIW, Warszawa 1993; Mircea Eliade „Próba labiryntu: rozmowy z Claude Henri Rocquetem”, Sen, Warszawa 1992; Danah Zohar, Ian Marshall, „Inteligencja duchowa”, Rebis, Pozna  2001; Dalajlama „Sztuka szczęścia. Poradnik życia”, Rebis, Pozna  2000; Keith Ward „Bóg”, Rebis, Pozna  2006.