1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Życie to nie regaty, żegluj przez nie we własnym tempie. Jak żyć, żeby nie dać się złym nastrojom

Życie to nie regaty, żegluj przez nie we własnym tempie. Jak żyć, żeby nie dać się złym nastrojom

Właściwie każdy człowiek, który wprowadzi się w zbyt szybki bieg – wbrew swoim biologicznym rytmom, wbrew naturalnym zmianom pór roku – zaczyna dostawać zadyszki, potykać się, upadać... (Fot. iStock)
Właściwie każdy człowiek, który wprowadzi się w zbyt szybki bieg – wbrew swoim biologicznym rytmom, wbrew naturalnym zmianom pór roku – zaczyna dostawać zadyszki, potykać się, upadać... (Fot. iStock)
Nadmierne tempo życia jest sprzeczne z ludzką naturą, przynosi złe skutki. A depresja to nasza nauczycielka, tylko bardzo okrutna, bo przychodzi często wtedy, gdy jesteśmy już wrakiem człowieka – kompletnie zużyliśmy życiową energię. Rozmowa z psycholog Ewą Woydyłło.

Artykuł z archiwalnego numeru magazynu "Sens." Przypominamy go w lutym - Miesiącu Walki z Depresją.

Świat narzuca dziś zawrotne tempo życia, pośpiech... Czy to nie sprzyja depresji? Oczywiście, że tak. Ale nie zawsze to świat narzuca takie tempo, czasami sami fundujemy sobie ten kit, goniąc wciąż za sukcesami. A one mają to do siebie, że nie tyle zaspokajają nasze potrzeby, ile stymulują nowe. Sukces jest jak narkotyk – jeśli go spróbujesz i ci zasmakuje, to sięgasz po następną dawkę. I tym sposobem stajesz się niewolnikiem gonitwy. Ten pośpiech nie musi mieć wcale fizycznego wymiaru prędkości, bo to może być siedzenie przy klawiaturze czy gotowanie, ale samo nastawienie, że ma być więcej, lepiej, szybciej... powoduje, że bierzesz udział w jakimś wyścigu, maratonie. W każde osiągnięcie trzeba włożyć dużo energii, tak więc osoba, która żyje w zawrotnym tempie, jest narażona na depresję w pierwszym rzędzie, bo zużywa energię, a nowej organizmowi nie dostarcza. Jeśli ktoś co wieczór zasuwa do dyskoteki, rano niewyspany biegnie do pracy, a potem jeszcze na areobik czy siłownię, to nawet gdy jest młody i zdrowy – w sensie psychicznym eksploatuje się. To tak jak z kopalniami – pokłady węgla mogą być bardzo bogate, ale po nieustannym wydobywaniu, wreszcie się wyczerpią.

A jeśli w moim kalendarzu – wypełnionym wprawdzie po brzegi – znajdą się oprócz obowiązków także zajęcia sportowe, kino czy pogaduszki z koleżanką? Jeśli masz kalendarz wypełniony obowiązkami codziennie od góry do dołu i to przez długi okres, to żeby nie wiem co, grozi ci wypalenie. Nawet gdy ułożysz najbardziej racjonalny grafik, w którym znajdzie się i praca, i sport, i wakacje..., ale narzucisz sobie reżim w realizacji zapisanych zadań, to jest absolutnie oczywiste, że któregoś dnia organizm wystawi ci za to słony rachunek.

Dlaczego? Bo reżim rodzi stres, a ten sprzyja depresji. W kalendarzu powinny się znaleźć wolne okienka – kiedy do nich dochodzisz, dopiero wtedy zastanawiasz się, co masz ochotę w tym czasie zrobić. Do planu zajęć należy podchodzić bez zbytniego napięcia, traktować go elastycznie. No bo co z tego, że w szczegółach zaplanujesz sobie tydzień czy miesiąc, jak nagle zadzwoni przyjaciel i powie: „słuchaj, mam wolny bilet na przegląd filmów w Kazimierzu”, a ty przecież tak bardzo kochasz kino? Co z tego, że w kalendarzu masz zapisane: środa, godz. 17 – turniej squasha, kiedy rozkłada cię temperatura i słaniasz się na nogach? Jeśli dowiedziałabym się, że przyjacielowi umarł pies i mogłabym jakoś mu pomóc, to cokolwiek by się działo, odłożyłabym coś, nie zdążyła, przesunęła termin... Zdarzają się sytuacje, które całkowicie zmieniają twój grafik. Albo okaże się, że plan jest może i dobry, ale źle dopasowany do twojej aktualnej dyspozycji psychicznej, fizycznej czy duchowej.

Aby przedstawić najlepszy obrazowy model tego, jak trzeba żyć, chętnie używam metafory nawigacji w żeglowaniu: wyruszenie z przystani i obranie sobie celu nie oznacza, że dopłyniemy do niego najkrótszą drogą. Musimy podporządkowywać swój zamiar temu, co spotka nas po drodze: rafa, wyspa, szkwał lub flauta, może też zdarzyć się jakaś usterka jachtu, którą trzeba usunąć, czasem musimy się nawet cofnąć... – mimo tych przeszkód nadal chcemy tam dopłynąć i na pewno dopłyniemy, chociaż nadkładając drogi. Ale jeśli wystartujemy w regatach, to już istnieje duże ryzyko, że będziemy narażeni na ciągły stres. Jaki stąd morał? Żegluj przez życie, ale nie czuj się jak na regatach. I jeśli Kowalski dopłynie szybciej, to świetnie. W porcie zapytasz go, jak mu się płynęło.

Kto najczęściej narzeka na spadek formy psychicznej? Z całą pewnością osoby nadmiernie ambitne. Także perfekcjoniści, którzy nie tylko lubią robić wszystko jak najlepiej, ale cokolwiek robią, chcą być w tym doskonali. A to niemożliwe, bo doskonałość jest z założenia nieosiągalna. Chodzą więc wciąż niezadowoleni. Następna cecha sprzyjająca depresji to poczucie niskiej wartości... – ludzie, których dotyka ten syndrom z powodu różnych zresztą okoliczności życiowych, cały czas usiłują coś komuś udowodnić i wtedy wkraczają w toksyczne koło. W gronie bardziej podatnych na tę chorobę są również ci, którzy noszą w sobie poczucie krzywdy i za pomocą rozmaitych osiągnięć chcą coś sobie wynagrodzić. W zawrotne tempo wciągają się również ludzie, którzy złe wzory, zasady organizowania sobie życia wynieśli z rodzinnego domu: skoro mama i tata wciąż za czymś gonili, to trudno się potem dziwić, że młodzi ludzie też pędzą przez życie. Właściwie każdy człowiek, który wprowadzi się w zbyt szybki bieg – wbrew swoim biologicznym rytmom, wbrew naturalnym zmianom pór roku – zaczyna dostawać zadyszki, potykać się, upadać... Nadmierne tempo życia jest sprzeczne z ludzką naturą. To musi pociągnąć za sobą złe skutki.

Ale świat wymusza na nas pewne zachowania... Nie, nie wymusza, on nam tylko je oferuje, a wybór, co z tej oferty weźmiemy dla siebie, zależy tylko od nas. To nie znaczy, że mamy zamykać się w pustelni, ale też nie wolno ulegać wszystkiemu, co daje współczesny świat, bo wtedy ryzykujemy, że zmęczy nas bycie sobą i pewnego dnia ockniemy się kompletnie bez sił, w stanie totalnego wyczerpania.

Jak więc iść przez życie, by się nie przewrócić? Najważniejsze: słuchać samych siebie. Trzeba mieć zdolność wyławiania informacji, które ciało, umysł i dusza przekazują poprzez uczucia i emocje, jakie się w nas pojawiają. One właśnie sygnalizują napięcia, przesadną ambicję, nadmierny wysiłek czy wybór kierunku, który de facto wcale nie jest zgodny z naszym systemem wartości, bo np. wszyscy mają po dwa samochody, to ty też chcesz – bierzesz więc dodatkowe prace, by na niego zarobić.

Musimy nauczyć się czytać w swoich uczuciach, dopuszczać do głosu tę mowę ciała i duszy, bo tylko wtedy będziemy wiedzieć, co się z nami naprawdę dzieje. Jeśli ktoś stale pędzi, to nie wie, czy mu się guzik urwał czy nie, czy skaleczył sobie nogę czy nie – dopiero jak dopędzi do celu, widzi, że ma krwawiącą ranę i bąble na stopach. Powtarzam więc, że najważniejsze to nauczyć się języka własnych uczuć.

Czasami też pomagają okoliczności zewnętrzne lub bliscy ludzie. Niekiedy właśnie im zawdzięczamy to, że w pewnym momencie zwalniamy. Na przykład mama, która powie: „oj, dziecko, chyba za dużo pracujesz” albo: „popatrz, nie widziałyśmy się już tak dawno”... A ja na to: „Mamo, bardzo chciałabym częściej się z tobą spotykać, ale mam tyle różnych obowiązków...”. I to właśnie trzeba w sobie usłyszeć. I wiedzieć, że zachodzi tutaj typowe zjawisko: mechanizm obronny odrzuca prawdę. Stawiasz przed sobą krzywe zwierciadło, które ci pokazuje rzeczywistość taką, jaką chcesz widzieć.

Ordynator mówi do pielęgniarki: „Pani Haniu, pani dzisiaj znowu w pracy?! Oj, za dużo bierze pani tych dyżurów”. A pani Hania: „Ale ja muszę kupić synowi nowe dżinsy, a córka marzy o deskorolce”, no i koło się zamyka. Bardzo często nie słyszymy, co tak naprawdę sygnalizują nam ludzie, którym na nas zależy. A właśnie poprzez słowa, jakie do nas kierują, możemy rozpoznać własne uczucia. Żeby to jednak zrobić, trzeba siebie znać i siebie słuchać.

I wiedzieć, kiedy zwolnić lub się zatrzymać? Tak. Jeśli ktoś nie umie się zatrzymać, to musi się tego nauczyć. Nie ma innego wyjścia. Tak jak musi nauczyć się angielskiego, gdy chce czytać Faulknera w oryginale. Depresja to odpowiedź duszy – na krzywdę, nadużycie, udrękę, umęczenie, odpowiedź, której nie da się nie usłyszeć. Depresja to nasza nauczycielka, tylko bardzo okrutna, bo przychodzi często wtedy, gdy jesteśmy już wrakiem człowieka, kiedy przypominamy drzewo z wypalonym pniem – kompletnie zużyliśmy życiową energię. Ale dopóki serce bije, dopóty jest szansa na ratunek. Tak więc czasem depresja nam się przydaje, bo gdybyśmy nie mieli takiego ratownika, który łapie nas mocno w kleszcze i nie pozwala zrobić kroku dalej, to pewnie byśmy ten krok zrobili i... runęli w przepaść.

Co z tego, że chciałabym popatrzeć na góry, posłuchać swoich myśli, jak wciąż muszę robić coś innego. Coś zawsze będzie kosztem czegoś. Albo kosztem siebie, albo kosztem tego, co uważam, że muszę. W pewnym momencie trzeba się zatrzymać i tak jak w każdej chorobie powiedzieć: „dziś nie pojadę do pracy, bo mam grypę”.

Jeśli damy sobie prawo, żeby się wyłączyć, zostawić, odwrócić, to poddamy się temu naturalnemu procesowi odzyskiwania siebie. Są ludzie, którzy tego nie umieją lub się boją z czegoś zrezygnować, bo uważają, że im coś przeleci, przepadnie i potem już tego nie złapią, nie odzyskają, np. że ktoś zajmie ich miejsce pracy albo przedsiębiorstwo upadnie, gdy wezmą sobie tydzień wolnego. Właśnie takie osoby najczęściej dopada depresja. A kiedy już je dopadnie, to i tak przecież nie będą mogły wstać z łóżka i pójść do pracy. To wszystko wynika właśnie z naszego wyścigu przez życie. Z tego maratonu trzeba się czasami wyłączyć, niekiedy nawet zaryzykować, że może rzeczywiście ktoś zajmie twoje miejsce, ale wtedy ty ocalisz siebie.

Jak nauczyć się czytać siebie? Wsłuchanie się we własne myśli i uczucia wymaga uwagi. Jeśli poświęcasz ją czemuś innemu, np. pracy, to oczywiście trudno obrócić ją ku sobie. Czytanie siebie następuje w harmonii, w wyciszeniu, skupieniu... – w uspokojeniu systemu nerwowego. Każdy sam musi znaleźć sposób i miejsce, w którym najlepiej siebie słyszy.

Dawniej ludzie siadali sobie co jakiś czas na przyzbie i patrzyli w dal. Wychodzili wieczorną porą pogapić się na rozgwieżdżone niebo. Podczas sprzątania domu ktoś nagle zastygał z miotłą pod brodą i trwał tak przez długą chwilę, zasłuchany we własne myśli. Takie momenty mogą być drogocennym źródłem wyciszenia i refleksji – inaczej nie sposób ich w sobie wzbudzić. Niezadowolenie z życia, które się przeradza w chandrę, przygnębienie, smutek, dół, pogorszenie nastroju – wynika tak naprawdę z tego, jak sami sobie poukładaliśmy w głowie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Poczucie winy – doznanie, które zmusza do refleksji

Poczucie winy jest jak źle ustawiony wewnętrzny drogowskaz. (fot. iStock)
Poczucie winy jest jak źle ustawiony wewnętrzny drogowskaz. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Poczucie winy jest jak ćmiący ból zęba. Da się z nim żyć, ale niezbyt przyjemnie. Nic dziwnego, że oczekujemy od terapeuty, aby nas od niego uwolnił. Niestety, poczucia winy zwykle nie da się usunąć bez zmiany sytuacji. A tej musimy dokonać sami.

Mariola, 29 lat, elegancka kobieta w niezłym samochodzie, studiuje już trzeci kierunek. – Nie wiedziałam, co chcę robić w życiu, studiowałam ochronę środowiska i zarządzanie, ale to nie dla mnie. Wreszcie znalazłam to, o co mi chodzi. Właściwie od dziecka chciałam być lekarką, ale nie miałam odwagi. Nie wierzyłam w siebie. A teraz jestem już na trzecim roku, zaraz będzie z górki – opowiada radośnie o swoich sukcesach, których sama się nie spodziewała. Pochodzi z małej wioski, w jej rodzinie nikt nie studiował, a ona, proszę!

Mieszka w stolicy, jeździ samochodem, będzie lekarką, ma z czego być dumna. Ale całą przyjemność zepsuła jej niedawno starsza siostra. – Nawrzeszczała na mnie, że wpędzam matkę do grobu – Mariola ma łzy w oczach. – A wpędza pani? – Skądże! Mama powinna się cieszyć. Ja jej to wszystko wynagrodzę, jak skończę studia, ale teraz jeszcze nie mogę, te studia są wymagające, mama obiecała, że będzie mi pomagać, dopóki się uczę. Ja trochę pracuję, ale mało, bo muszę wkuwać.

Od słowa do słowa sytuacja staje się jasna. Mariola zarabia na osobiste wydatki. Mieszkanie i całą resztę opłaca mama, starsza pani na emeryturze, bo Mariola jest późnym dzieckiem. Dotąd wszystko było w porządku, ale mama zachorowała i konieczne są wydatki na leczenie. Mama nadal pomaga Marioli, ale dziewczyna wie, że robi to swoim kosztem. Nie starcza jej pieniędzy na życie. Mariolę bardzo to martwi, ale co ma zrobić? Przecież nie przerwie studiów. Zresztą ta inwestycja w córkę się mamie opłaca, bo jak Mariola skończy studia i zacznie zarabiać, to mamie nie zabraknie niczego. Ale siostra Marioli nie przyjęła tego argumentu.

„Boję się, że nie zdążysz się mamie zrewanżować” – powiedziała, burząc tym samym spokój sumienia Marioli. Mariola jest zła na siostrę, która skończyła tylko zawodówkę i nie rozumie jej aspiracji. Ale gdzieś pod tą złością kryje się poczucie winy, które podpowiada Marioli, że nie jest w porządku, żyjąc do tej pory na koszt mamy. Bardzo by chciała, żebym ją uwolniła od tego poczucia. Niestety, to nie w mojej mocy. Nie mam wpływu na czyjeś sumienie. Wiem tylko, że warto je traktować jak drogowskaz. Zamiast przysypywać poczucie winy złością na siostrę, lepiej znaleźć rozwiązanie sytuacji. Bo czy jedynym sposobem na ukończenie wymarzonych studiów jest życie na koszt matki emerytki?

Mariola zaczyna szukać innych sposobów i okazuje się, że można je znaleźć. Wystarczy więcej pracować albo sprzedać samochód, albo… Ale nawet gdyby się nie dało nic wymyślić, czy mamy prawo żyć na cudzy rachunek? A jeśli już się na to decydujemy, jakieś koszty musimy ponieść. Choćby w postaci poczucia winy, które informuje nas, że nie jesteśmy w porządku.

40-letnia Maria od roku ma kochanka i poczucie winy, że zdradza męża. Od roku mierzy się z decyzją: porzucić męża czy kochanka? Bez rezultatu. Bo co ma wybrać? Może chociaż powiedzieć mężowi? To oznaczałoby koniec ich małżeństwa, zniszczenie domu, który daje dzieciom poczucie bezpieczeństwa, a na to Maria nie może się zgodzić. Zerwać z kochankiem?

Za nic! Całe życie marzyła o wielkiej miłości i on jest właśnie spełnieniem tych marzeń. Czuły, delikatny, troskliwy. Gotowy czekać na to, co Maria zdecyduje. A Maria miota się i cierpi, ale wciąż nic nie postanawia. Dlaczego? Wszystko wskazuje na to, że już wybrała. Bezpieczny dom i od czasu do czasu cudowne spotkanie z kochankiem. Gdyby nie to, że Maria ma poczucie winy, byłaby szczęśliwa. Niestety, poczucie winy jest wpisane w tę sytuację. Przypomina Marii, że to, co robi, nie jest w zgodzie z jej wartościami, wśród których wierność i uczciwość zajmują wysoką pozycję.

Za każdy wybór płacimy jakąś cenę. Także wtedy, gdy pozornie wcale nie dokonujemy wyboru. I może dobrze, że nie ma od tego ucieczki, bo wtedy stracilibyśmy coś bardzo cennego – informację o tym, jak oceniamy to, co sami robimy. Poczucie winy z powodu niewierności to pewnie mniejszy koszt niż rozwalenie domu albo rezygnacja z wielkiej miłości. Ale liczenie na to, że można mieć wszystko, nic za to nie płacąc, to już przesada. Choć bywa, że poczucie winy zwodzi na manowce. Zwłaszcza wtedy, gdy nie wynika ono z naszych, lecz z cudzych przekonań.

Monika, 37 lat, matka trójki dzieci, od 8 lat nie pracuje zawodowo, żeby móc się nimi zajmować, ale jest coraz bardziej nieszczęśliwa, co strasznie złości jej męża. – Każda kobieta chciałaby być na jej miejscu! – wygłasza mąż z przekonaniem. – Mamy piękny dom, na który zarabiam, ona ma tylko wychowywać dzieci. Nie oczekuję, że będzie mi za to dziękować, ale mogłaby chociaż być zadowolona, że stworzyłem jej takie warunki!

Ale Monika nie jest, choć bardzo by chciała. Obwinia siebie, że widocznie jest złą żoną i matką, skoro zajmowanie się domem i dziećmi nie jest tym, o co jej chodzi. A powinno. – Dlaczego powinno? – pytam. – Bo to jest powołanie każdej kobiety! – odpowiada mąż, który nie ma w tej sprawie żadnych wątpliwości. – Pani też tak uważa? – pytam dalej. – Wiem, że dla dzieci najlepiej, żeby były z matką. Ale to już trwa ósmy rok. Chciałabym iść do pracy, mieć swoje życie – odpowiada Monika. – To nie jest twoje życie? – pyta mąż i Monika natychmiast czuje się winna. Wcale nie dlatego, że jest złą matką, choć w pierwszej chwili tak jej się wydaje. Ale tak naprawdę czuje się winna, że nie potrafi się wpasować do cudzego obrazka, do którego od lat dzielnie się dostosowuje. To nie ma nic wspólnego z tym, jaką jest matką.

Poczucie winy może trzymać nas w miejscu albo sprawić, że kręcimy się w kółko. Tak jak źle ustawiony drogowskaz. Dlatego warto sprawdzić, czy na pewno my go stawiamy. Jeśli tak – nie ma rady, trzeba się z nim liczyć, zamiast się tłumaczyć i usprawiedliwiać. Jeśli nie – warto szukać własnej drogi, która zwykle różni się od cudzych wizji.

[newsletterbox]

  1. Psychologia

"Uważaj dziewczyno, nie zamień zawodu miłosnego w depresję!" - apeluje psycholog Ewa Woydyłło

Po rozstaniu z kimś drogim, kochanym – każdy cierpi, choć niejednakowo. Żal po stracie może być niewymownie głęboki i bolesny, ale też krótkotrwały i niespecjalnie dotkliwy. (Fot. iStock)
Po rozstaniu z kimś drogim, kochanym – każdy cierpi, choć niejednakowo. Żal po stracie może być niewymownie głęboki i bolesny, ale też krótkotrwały i niespecjalnie dotkliwy. (Fot. iStock)
Trzeba pozwolić sobie na smutek, ból, gniew..., ale powoli podnosić głowę i dostrzegać inne możliwości – psycholog Ewa Woydyłło radzi, jak żyć po bolesnej rozłące. 

„Jeszcze pół roku temu byłam taka szczęśliwa, planowaliśmy ślub, ale mój mężczyzna mnie zostawił. Od trzech miesięcy nie śpię, nie jem, zmuszam się do wychodzenia z domu... Nadal go kocham. Jak to się skończy?” – pyta młoda dziewczyna na internetowym forum... Odpowiedziałabym jej tak: Uważaj dziewczyno, nie zamień zawodu miłosnego w depresję! Postaraj się jak najszybciej powrócić do życia. Z pomocą rodziny i znajomych, swojej pracy, nauki, wypełniania obowiązków – odbuduj swoje poczucie wartości i nadzieję na przyszłość. Zaakceptuj tamto bolesne zdarzenie. Potraktuj je nie jak tragedię, lecz życiową lekcję, z której możesz się dowiedzieć czegoś ważnego o sobie i o mężczyznach. Lekcja ta przyda ci się, gdy będziesz gotowa poszukać sobie nowego narzeczonego.

Kiedy nadejdzie chwila refleksji, zastanówmy się: jakie cechy i zachowania przyciągają ludzi, a jakie odpychają? Wniosek powinien być prosty: osoba przygnębiona, z oczami pełnymi łez, zamykająca się w czterech ścianach, na pewno ma niewielkie szanse na zainteresowanie sobą ewentualnego, następnego partnera. Dlatego nie warto zbyt długo cierpieć po żadnym rozstaniu.

A co poradzić kobiecie, która pisze: „Po 10 latach związku mąż mnie zdradził i odszedł do innej. Poczułam się jak gliniany dzban uderzony kamieniem. Mamy trójkę dzieci, ale nawet one nie są w stanie przynieść mi ulgi. Nie chce mi się żyć”. Tak, to bardzo przykre, okropne! Zdrada szczególnie boli. To potrwa. Niestety, podobne przeżycia mają tysiące ludzi, ta kobieta nie jest wyjątkiem. Poradziłabym jej: „Nie trzeba rozdrapywać tej rany, lecz odwrotnie – pomóc jej się zagoić. Proszę zacząć powoli odwracać uwagę od swego bólu i skierować ją ku sprawom bieżącym. A jeżeli pani życie toczyło się tylko dla tego mężczyzny, to najwyraźniej… nie był tego wart, skoro nie potrafił dzielić z panią miłości i wspólnego życia. Takie spojrzenie na sprawę pomoże pani stopniowo przewartościować wiele rzeczy. Niech pani rozmawia o swoich uczuciach z bliskimi. Proszę też wziąć pod uwagę spotkanie z psychologiem, to pomaga spojrzeć na życie z większego dystansu, zobaczyć nie tylko to, co pani straciła, lecz także to, co zyskała z tego doświadczenia. To zaprocentuje w przyszłości”.

Każde rozstanie z bliską osobą boli, wywołuje szok i bunt. Jak sobie pomóc? Czy wypłakać emocje? Po rozstaniu z kimś drogim, kochanym – każdy cierpi, choć niejednakowo. Żal po stracie może być niewymownie głęboki i bolesny, ale też krótkotrwały i niespecjalnie dotkliwy. To zależy od siły zerwanego przywiązania: im było większe, tym trudniej pogodzić się z rozstaniem. Jak przetrwać ten stan? Cierpliwie, z szacunkiem dla własnego cierpienia, lecz bez zbytniego pogrążania się w smutku i osamotnieniu, żeby nie utkwić w cierpieniu na zbyt długo.

To znaczy, że ból jest wprost proporcjonalny do zaangażowania w związek? Dokładnie tak. Dodajmy, że liczą się tu także pewne cechy charakteru: osoby ze skłonnością do pesymizmu i użalania się nad sobą mają tendencję do nadmiernego rozdrapywania ran emocjonalnych, a więc i cierpienia po rozłące. To właśnie im najbardziej grozi depresja z powodu porzucenia, rozwodu czy zdrady. Dość ważnym czynnikiem jest też aktywność tej osoby. Ciekawa praca, szeroki krąg towarzyski, a zwłaszcza pasjonujące hobby są najlepszym remedium na życiowe rozczarowania i chwilowe osamotnienie.

Ludzie często siebie obwiniają za odejście partnera. Czy to pomaga w wyjściu z psychicznego dołka? Nie pomaga, ale jest w pewnym sensie nieuniknione. Gdy do ostatecznego rozstania już doszło, to najlepszą rzeczą jest wyciągnięcie wniosków na przyszłość. I wtedy to poczucie winy i samobiczowanie może przynieść wiedzę, jak nie postępować w związku, żeby znowu nie zakończył się rozpadem. Ale gdy już sobie to uświadomimy, to koniec z rozpamiętywaniem. Mądrzy ludzie czynią to, co przynosi dobro, a nie zło. Nadmierne obwinianie się po doznanym nieszczęściu przynosi samo zło.

Kobiety są podobno silniejsze psychicznie, ale to one po rozstaniu częściej zapadają się w sobie. Czy proces cierpienia i powracania do życia przebiega inaczej u kobiet niż u mężczyzn? Po zawodzie miłosnym czy zdradzie mężczyźni częściej rzucają się w wir pracy, pasji i dzięki temu szybciej wracają do równowagi. Ale uwaga: nie wszyscy mężczyźni! Niektórzy, dokładnie tak samo jak wiele kobiet, zamykają się w czterech ścianach, rozpamiętują, użalają się nad sobą i cierpią – cierpią w nieskończoność. Ani jednym, ani drugim nie pomaga to w zaakceptowaniu rozstania i może prowadzić do chronicznej depresji.

Po ukazaniu się artykułu, w którym rozmawiałyśmy o tym, jak żyć, by nie dać się złym nastrojom – otrzymałam kilka listów właśnie od mężczyzn. Skarżyli się na depresję z powodu porzucenia przez kobietę. Próbują z niej wyjść z pomocą psychiatrów i leków psychotropowych. Nie wiem, czy to już dowód na to, że kobiety są silniejsze psychicznie, ale w niektórych przypadkach może faktycznie tak być.

Czy szybkie zawiązanie nowej relacji to dobry sposób na odcięcie się od przeszłości i odzyskanie pewności siebie? Lepiej dać sobie trochę czasu na refleksję, odżałowanie nieudanego związku, analizę postępowania tak swojego, jak i partnera.. To potrzebne do zweryfikowania kryteriów, jakimi się kierujemy, obierając obiekt zaangażowania. Pobyć przez jakiś czas „bez pary – to dać sobie szansę na lepsze poznanie siebie – swoich potrzeb, upodobań, wymagań wobec innych... Z taką samowiedzą łatwiej będzie trafnie wybrać odpowiedniego partnera w przyszłości.

Amerykanie przeprowadzili badania tysięcy par będących w drugich lub trzecich związkach. Zdecydowana większość stwierdziła, że każdy kolejny związek był lepszy od poprzedniego. Logiczne? Oczywiście, że tak. Bo przecież w następnym związku wykorzystujemy lekcję, jaką dostaliśmy wcześniej. I to jest pocieszające, zwłaszcza dla osób, które aktualnie cierpią po jakimś rozstaniu. Chciałoby się im powiedzieć: „głowa do góry, jutro będzie lepiej! – pod warunkiem, że się postarasz, no i dokonasz dobrego wyboru...

W swojej książce „Podnieś głowę” napisała pani, że w trudnych stanach emocjonalnych – jedni szukają wsparcia, inni samotnej kryjówki. Który sposób reagowania na ból jest lepszy? Zdrowiej wyrażać przeżywane uczucia i dzielić swoje smutki z bliskimi niż dusić je w sobie. W psychologicznej arytmetyce smutek opowiedziany komuś dzieli się na dwa, a opowiedziana radość mnoży się przez dwa. Najgorsze jest samotne zapędzenie się w ślepy zaułek, z którego nie widać żadnego wyjścia. I kompletny brak pomocnej dłoni.

W jednej z moich książek przedstawiam depresję jako wielogłowego potwora – wygląda mniej lub bardziej groźnie w zależności od tego, którą głowę wystawi ze swojej kryjówki, a tę znajduje sobie w zakamarkach ludzkiej duszy. Jego legowiskiem jest samotność, a pożywieniem czarnowidztwo, egocentryzm, perfekcjonizm i bierność, a więc trujący pokarm wytwarzany przez niektóre umysły. Niekiedy uda się urwać potworowi głowę, ale wkrótce okazuje się, że depresja całkiem nie odeszła, tylko trochę się oddaliła. Rośnie w skrytości dalej i znowu wystawi łeb, tylko nieco inny. Na tym, moim zdaniem, polega chroniczność tej przypadłości. Bardzo rzadko udaje się ściąć za jednym zamachem wszystkie łby swojej depresji – tak radykalnie, że potwór zemrze, uschnie i sczeźnie.

Leczenie i późniejszy powrót do zdrowia polegają zwykle na nauczeniu się ustawicznego pilnowania swojej duszy, żeby samotność znów nie stała się legowiskiem jakiegoś psychicznego potwora, który zechce odebrać nam siły i radość życia. Co pewien jednak czas trzeba się z nim trochę pomocować, żeby – kiedy się pojawi – nie dać się pożreć żywcem. Wychodzenie z depresji porównałabym więc do walki o siebie lub może raczej do bycia w ciągłej do niej gotowości – przeciwko potworowi smutku, przygnębienia, złości, nieufności czy braku nadziei i zniechęcenia do życia.

Jak długo można „bezpiecznie” cierpieć? Nie ma reguły ani co do czasu trwania żalu po stracie, ani sposobu jego przeżywania. To sprawa indywidualna. Trzeba pozwolić sobie na ból i łzy, także gniew czy urazę, ale powoli podnosić głowę i dostrzegać inne możliwości i szanse, jakie daje życie. Zajmując się nadmiernie przeszłością, można je bowiem zaprzepaścić. Lepiej więc nie dawać sobie przyzwolenia na zbyt długie wycofanie się z życia, bo można popaść w nawyk, a ten trudno potem zmienić.

Na wszelkie życiowe trudności i załamania psychiczne proponuję patrzeć jak na wspinaczkę górską: Stojąc przed wysoką skałą, myślimy, że nie zdołamy się na nią wdrapać. Gdy jednak to się uda i staniemy na szczycie, zobaczymy ogrom piękna, rozpierać nas będzie uczucie dumy i wzruszenia... I tego nikt nam już nigdy nie odbierze. Warto! Tak samo jak porzucić użalanie się nad sobą i rozpamiętywanie nieudanego związku, bo tylko wtedy dotrzemy do miejsca, gdzie będziemy mieć szansę na przeżycie czegoś wspaniałego.

Kiedy kontakt z psychiatrą jest konieczny? Gdy uznamy, że sami nie dajemy sobie rady ze swoim smutkiem, rozpaczą, utratą chęci do życia, autodestrukcyjnymi odruchami. Przedłużająca się powyżej kilku tygodni depresja może stwarzać zagrożenie życia. Z tym nie ma żartów. Wtedy jak najszybsza wizyta u psychiatry jest absolutnie niezbędna.

Czy uważa pani, że ciosy, jakie otrzymujemy od życia, zamykają nam jedną furtkę, byśmy odnaleźli drugą, lepszą dla siebie? Właśnie tak jest! W tych słowach już pobrzmiewa optymizm, ufność i nadzieja.

  1. Psychologia

Dojrzewanie w trybie online

W czasie pandemii młodzi odkrywają efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. (Fot. Getty Images)
W czasie pandemii młodzi odkrywają efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. (Fot. Getty Images)
Wydaje się, że młodzi w pandemii mają trudniej niż my. Że skutki izolacji mogą być dla nich fatalne. Czy tak jest rzeczywiście? Michał Czernuszczyk, psychoterapeuta, uważa, że bilans nie jest wcale wyłącznie ujemny. Bo tego typu doświadczenia mogą się przekładać twórczo na życie.

Wszyscy mamy dosyć. Izolacja, brak prawdziwych spotkań, świat zredukowany do ekranu komputera. Młodzi znoszą pandemiczną samotność gorzej niż my, dorośli. Widzi to pan w gabinecie?
Widzę. Byłem zresztą zdziwiony, że młodzi ludzie są izolacją aż tak poruszeni. Czytałem badania na ten temat – zaskakująca jest dla mnie odpowiedź emocjonalna tej właśnie grupy. Mówimy o adolescentach – to czas między 14. a 24. rokiem życia. Kiedy młody człowiek jest w czasie dojrzewania, nieosadzony jeszcze w dorosłych rolach społecznych. Układ nerwowy wciąż się kształtuje. Oczywiście między 18-latkiem a 24-latkiem różnica etapu życiowego jest ogromna, ale z medycznego punktu widzenia można ich włożyć do jednej grupy. Myślałem, że skoro komunikacja online to dla nich codzienność, przestawienie się na to, że będzie jej więcej, nie sprawi im kłopotu. A jednak okazało się, że to właśnie oni najczęściej reagują lękowo.

Czyli lęk jest dominującą emocją?
Tak. To jest lęk uogólniony. Nie strach, tylko lęk, reakcja niepokoju uwarunkowana okolicznościami.

Czyli nie lęk o przyszłość, o egzaminy, o utratę miłości?
Nie. Oczywiście, jeśli zapytamy o konkretną sprawę, na przykład właśnie egzaminy, maturę, studia, mówią: „Tak, boimy się, że będziemy gorzej przygotowani, że będziemy mieć gorszy start w życie”. Jeśli zapytamy o relacje z rówieśnikami, mówią: „Tak, boimy się, że ucierpią”. Ale ten lęk rozlewa się raczej na różne dziedziny życia. Mocny jest też lęk przed chorobą, przed zarażeniem. O swoje zdrowie i życie. Młodzi ludzie wiedzą, że są w grupie stosunkowo mało narażonej, że nawet jeśli zachorują, to jest duża szansa, że przejdą zakażenie lekko albo wręcz bezobjawowo – a jednak się boją. I to zdecydowanie bardziej o siebie niż bliskich.

Nie miałam świadomości, że tak duży jest lęk przed chorobą.
Tak, i to prowadzący czasem do stanów pełnoobjawowych ataków paniki. Młodzi doświadczają też uczucia osaczenia, uwięzienia, tylko przejawia się to nie złością, lecz przestrachem.

Choć przecież każdy tego uczucia uwięzienia doświadcza.
Ja za chwilę kończę 47 lat. I kiedy opowiadam moim wczesno­nastoletnim dzieciom o swojej młodości, to mówię o tym, że wtedy telefon był rzadkością. I nie chodzi o telefon komórkowy, ale o zwykły stacjonarny. Proszę sobie teraz wyobrazić, co by było, gdyby nagle zniknęły komórki, Internet. Cechą naszych czasów jest to, że z każdym w każdej chwili można mieć kontakt. W Polsce, w innym kraju, na innym kontynencie. I my, starsi, jesteśmy nauczeni, że ten kontakt to nie jest coś oczywistego. I że nie musi być non stop. Że czasem można, a czasem nie. Wiemy to, rozumiemy, bo mamy takie doświadczenie. Oni nie, bo ich doświadczenie jest inne – każdy zawsze, w każdej chwili jest dostępny.

Ale tego im nikt nie odbiera, przeciwnie, kontakty przeniosły się do sieci, ale w tej sieci odbywają się z ogromnym natężeniem.
Tak, choć, jak się okazuje, jest pewien problem. Na początku pandemii byłem przekonany, że bez większego problemu da się kontynuować terapię online. I oczywiście robię to, ale są różnice. Esencją psychoterapii jest rozmowa – i ta się odbywa, coś jednak nam umyka. Kiedy siedzimy razem w gabinecie, widzę całą sylwetkę pacjenta, czuję bijące od niego ciepło, czasem wręcz zapach. Teraz jestem od tych bodźców towarzyszących odcięty i jednak o coś uboższy. Rozmowa osobista to coś diametralnie innego. Lockdown pokazuje nam więc pewną umowność tego pozornie nieustannego dostępu do świata, który ofiaruje sieć. Kontakt online tylko w połączeniu z możliwością osobistego spotkania jest wnoszący. Odkrywamy teraz efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. I jeśli do młodych dociera, że kontakt przez media elektroniczne jest tylko namiastką prawdziwego spotkania, to tym sroższy zawód przeżywają, im bardziej byli wcześniej w tym wirtualnym świecie zanurzeni. Są podwójnie rozczarowani. Bo muszą zrezygnować z pewnej ułudy, która dotychczas współtworzyła ich wizję świata, że ta powszechna dostępność kontaktu to podstawa. Kiedy moi rówieśnicy używają Internetu, nawet jeśli robią to bardzo sprawnie, to traktują to jednak narzędziowo. Dla młodych komunikacja online była czymś więcej niż sięganie do, umownie mówiąc, bardzo dużej biblioteki.

Brak kontaktu osobistego z rówieśnikami to jedna strona medalu. A druga – nadmiar kontaktu z domownikami. A ten nie zawsze jest dobry.
Tylko pytanie, co to znaczy dobry kontakt. Lockdown w przypadku młodych trafił w czas, kiedy zadaniem rozwojowym człowieka jest zbudowanie własnej, odrębnej tożsamości. Trudniej powiedzieć wtedy, czego się chce, łatwiej – czego się nie chce. To się kształtuje przez odrzucenie. Co, siłą rzeczy, wpływa na atmosferę w domu.

Łatwiej odrzucić, jak z tego domu można wyjść, budować siebie na zewnątrz.
Tak, jeśli można spędzać czas z rówieśnikami, znajdować u nich zrozumienie, potwierdzenie swojego stanowiska, zaprzeczenie dotyczące zasad poprzedniego pokolenia. Współprzeżywanie. Często zresztą – tu dygresja – mówi się o tym buncie jak o zjawisku negatywnym, opartym tylko na destrukcji. Ale to moim zdaniem niesprawiedliwa ocena. Spójrzmy choćby na problem klimatu. To pokolenie jest zaangażowane, właśnie oni podkreślają, że trzeba troszczyć się o Ziemię, o środowisko, o bioróżnorodność, niby przeciwzależność i bunt, a jakie konstruktywne przesłanie. Plus bezkompromisowość, o którą trudniej u starszych. Ale wracamy do tematu – zweryfikowaniu odczuć młodych służy grupa rówieśnicza. Czy kiwają głowami, czy się wykrzywiają, czy przybijają piątkę. Jest więc w nich niepewność przy wyrabianiu sobie nowych poglądów. Coś z ich życia zniknęło. Coś, co w tym momencie rozwojowym jest wręcz kluczowe. Z jednej strony deficyt kontaktów. Z drugiej – dom. Już Konrad Lorenz pisał, że stężenie osobników tego samego gatunku na małej przestrzeni grozi aktami agresji. Jeśli więc jesteśmy zmuszeni, żeby non stop zajmować tę małą przestrzeń, to wydaje się to trudny emocjonalnie, napinający czynnik, który może prowadzić do eskalacji konfliktów.

To co robić? Psychologowie mówią: rozmawiać. Ale to chyba nie takie proste. Zwłaszcza że często rozmawiać nie umiemy. Jak tu nagle wdrożyć w życie taki program?
Muszę przyznać, że mam ochotę dać radę przeciwną. Żeby niekoniecznie rozmawiać. Jeśli już jesteśmy ściśnięci w ograniczonej przestrzeni, to może dobrym pomysłem jest wejść we własną przestrzeń. Dosłownie i w przenośni. Starać się raczej oddzielać. Spójrzmy na kulturę eskimoską. Rodzina, igloo, minus 40 stopni – wyjść trudno, trzeba być razem. Tam się więc złości jawnie nie okazuje. Porównanie ekstremalne, ale zobaczmy jego użyteczną część. Kiedy jesteśmy zamknięci, ciśnienie wzrasta. Rozmowa – jeśli będzie otwarta, jeśli pojawią się treści do tej pory unikane – ma swoją cenę. I potem z efektami trzeba móc coś zrobić. Jakoś odreagować. Czy przez aktywność fizyczną, sport, czy kontakt z kimś na zewnątrz naszej domowej grupy. W lockdownie o to trudno. Ja do takich szczerych rozmów nie namawiam. Oczywiście kiedy młody człowiek zgłosi taką potrzebę, trudno odmówić, ale też warto mieć świadomość możliwych kosztów. Można natomiast spróbować pobyć we własnej przestrzeni. Poprzyglądajmy się też sobie. Swoim oczekiwaniom. Wobec siebie, wobec innych. Nie musimy ich wypowiadać, czekać na reakcję. Jest oczywiście pokusa, żeby – kiedy coś przeżywam – się tym dzielić, ale to nie jest dobry moment. A ponieważ nie ma już szczęśliwie zakazu wychodzenia z domu, to wychodźmy. Warto do tego dzieci zachęcać. Ruch na powietrzu, zwłaszcza intensywny – to może być bieganie, choć może też być zwykły spacer – naprawdę dobrze robi. Pomaga się „odtruć”, wyrzucić z siebie emocje. Dobrze robi też kontakt z naturą. Spacer w parku czy lesie ma teraz szczególną wartość.

A z praktycznego punktu widzenia – widzę, że coś złego dzieje się z dzieckiem, widzę lęk, niepokój, samotność. Rodzice – nie zawsze, ale często – są w parze, dzieci są od swojej pary czy grupy odcięte. Co robić? Zostawić?
Tu powstaje paradoksalna sytuacja. Rodzic, którego autorytet ma w tym czasie w sposób naturalny maleć, wydaje się teraz tym, który ma możliwość kojenia, dostarczania sposobów radzenia sobie z tą trudną sytuacją. Nie ma tu jednej uniwersalnej rady. Nie bardzo wierzę w to, że można się uczyć na cudzych błędach, naszym zadaniem życiowym jest nauczyć się na błędach swoich. A żeby tak się stało, musimy mieć możliwość ich popełniania. Choć może teraz sposobem będzie korzystanie z autorytetów pośrednich – pokazywanie, jak inni radzili sobie w podobnych okolicznościach. Mogą to być przykłady zaczerpnięte z literatury, filmu czy seriali. Przychodzi mi na myśl serial „Terror”, o okrętach, które utknęły w lodzie Arktyki, załogi muszą przeżyć razem w tej ekstremalnej sytuacji. Dość to okrutne, ale i realistyczne, pokazuje, że między ludźmi bywa trudno. Pomóc może nie zapewnienie, że będzie dobrze, ale powiedzenie: choć trudno, jesteśmy razem. COVID-19 uczy nas, że przeświadczenie o wszechmocy człowieka było ulotne, więc w deklaracje, że na pewno będzie dobrze, nikt myślący nie uwierzy. Dlatego warto nienatrętnie proponować jakieś wzorce.

Rozmawiamy o sytuacjach trudnych, ale nie ekstremalnych. Bywa jednak, że uaktywniają się uśpione od jakiegoś czasu problemy, jak choćby anoreksja. Zaczyna się depresja. Pojawiają się nawet myśli samobójcze. Co robić, żeby niczego nie przegapić?
Jeśli mówiłem wcześniej o niezmuszaniu do rozmowy, o wycofaniu się do własnej przestrzeni, nie miałem na myśli obojętności czy niezwracania uwagi na dziecko. Nie chcę podgrzewać kwestii zagrożenia samobójstwami, ale wiem i widzę, że zwiększa się liczba stanów okołodepresyjnych. Nie ma co zapewniać, że „będzie dobrze”, to nigdy nie działa. Depresja, którą obserwujemy teraz, to depresja sytuacyjna. Nie jest to tak dramatyczna forma choroby jak ta, która przychodzi nie wiadomo skąd i dlaczego, i jest podwójnie bolesna, bo oderwana od kontekstu. Dziś na ogół depresje pojawiają się w specyficznym, pandemicznym kontekście. Problemy najczęściej zgłaszane określam jako podwyższony poziom lęku, przejęcie tym, co będzie, wytrącenie z równowagi, zgubienie ścieżki, którą do tej pory podążaliśmy, obawy o realizację planów. Kiedy coś się dzieje, musimy reagować. Powiedzieć, że istnieje możliwość konsultacji psychologicznej czy psychiatrycznej. To na ogół przyjmowane jest fatalnie, mówię bez złudzeń, ale czasem, kiedy myśl zostanie wypowiedziana, udrażnia jakiś kanał, z którego za jakiś czas można będzie skorzystać. Wiele osób nadal myśli, że „psychiatra to dla świrów”, i ta stygmatyzująca treść powstrzymuje przed zwróceniem się do specjalisty. Ale można odwołać się do badań mówiących, że ludzie fatalnie znoszą izolację. I że są możliwe formy pomocy, czy to psychoterapia, czy farmakoterapia. Czasem wystarczy konsultacja. I świadomość, że jeśli będzie gorzej, mogę sięgnąć po leki. Czasem zapisuje się małe dawki. Depresja to nie tylko przygnębienie, to też bezsenność, drażliwość, poczucie braku sensu. Warto uświadomić sobie, że to nie jest coś bez nazwy, co dotyka tylko mnie. A jak już ma nazwę, staje się czymś konkretnym – można sięgnąć po leczenie. Z nadzieją, że, powiedzmy, w ciągu roku mamy szanse na zluzowanie obostrzeń. Może świat nie wróci w takiej formie, jaką znaliśmy, ale jakąś część naszego dawnego życia odzyskamy. Łatwiej więc sięgać po pomoc z myślą, że to przejściowe.

Mówi pan: za jakiś czas, może za rok. Ale wydaje mi się, że dla młodych rok jest w gruncie rzeczy dłuższy niż dla osoby dorosłej, dla nich inaczej płynie czas.
Także dlatego, że te lata są dla nich tak ważne, na nich potem będą budować. Dla człowieka dorosłego jeden rok tej samej pracy jest bliźniaczo podobny do innego, u adolescentów jest inaczej, klasa maturalna na przykład już się nie powtórzy.

W mediach społecznościowych rośnie też cyberprzemoc.
Ja w gabinecie mam z tym mały kontakt, choć oczywiście wiem, że to istnieje. Jest też – poza „zwykłym” ośmieszaniem, drwinami, upokarzaniem, coś, co nosi nazwę revenge porn. Polega na umieszczeniu w sieci – w ramach zemsty, odegrania się – nagrań scen intymnych. To narusza intymność, obraża, upokarza, daje poczucie wielowymiarowej zdrady, jest źródłem wstydu, a przy tym jest praktycznie nieusuwalne, czyli stale rani. Na szczęście to nie jest zjawisko powszechne. Pamiętajmy jednak, że były już samobójstwa pod wpływem hejtu w mediach społecznościowych.

Kiedy rozmawia pan z młodymi w gabinecie, widzi pan, jak ważny jest kontakt osobisty. Że dopiero uzupełnienie się światów realnego i wirtualnego stanowi całość. A czy młodzi mają tę świadomość? Czują brak? Czy jakość kontaktu w sieci też się jakoś teraz zmienia?
Widzę tu dwie skrajności. Jedna – że pojawiło się zjawisko przebywania ze sobą non stop. Mamy cały czas włączony komunikator, nasz partner po drugiej stronie ekranu jest świadkiem naszego życia, a my – jego. Ale jednocześnie zajmujemy się nie tym partnerem, lecz sobą. I niby ten kontakt trwa całą dobę, ale to właściwie nie jest kontakt. Po prostu tam ktoś jest, ale nie wchodzimy z nim w interakcję. Druga – że kontakt online intencjonalny, w parze czy w grupie, nakierowany na wymianę myśli, jest dużo słabszy. Bo nie ma tych pozawerbalnych informacji, których na co dzień nie dostrzegamy, więc nawet nie umiemy powiedzieć, że ich brak. Badania neuropsychologiczne pokazują, jak ważna jest mikromimika, takie gesty czy miny, które robimy nieświadomie, trwające tysięczne części sekundy. Przez nasz system poznawczy nie są one rejestrowane, ale przez system afektywny jak najbardziej, przez to poznajemy, jakie nastawienie do nas ma druga osoba. To w kontakcie online ginie, pozawerbalnych sygnałów kamerka w laptopie nie pokaże. To powoduje poczucie pewnej pustki, czegoś nie ma, nie wiemy nawet czego.

Czy to może coś zabrać na dobre? Młodzi stracą coś, czego już nie odbudują?
Nie wiemy, co będzie dalej. To, czego doświadczamy, to coś nowego, coś, czego się nikt nie spodziewał. Naprawdę nie wiadomo, jak się to rozwinie. Nie odważę się przewidywać. Nie mówię tylko o rzeczywistości pandemii, ale o relacjach z innymi. Czy to, że teraz są inne, coś młodym ludziom w kontakcie na przyszłość zabierze? Te relacje się zmienią? Znów: nie będę prorokować. Oczywiście gdyby się okazało, że kontakt internetowy stanie się teraz normą i zastąpi kontakt osobisty, to byłoby zubażające. Choć nie jest tak, że coś to nam amputuje – mogłoby się tak zdarzyć w przypadku noworodka, który byłby pozbawiony żywego kontaktu z opiekunami, to okaleczyłoby go emocjonalnie. Ale adolescenci mają już aparat emocjonalny wykształcony. Bezpośredni kontakt nie jest im niezbędny do przeżycia, ale na pewno jego brak nas zubaża. Może to skutkować depresją, zniechęceniem do życia.

Stracone pokolenie? Ktoś tak mi o młodych ludziach powiedział.
Nie, ja tego tak nie widzę. Powiem więcej – ja młodymi ludźmi jestem zachwycony. Uważam za niesamowite, jak potrafią się adaptować do okoliczności, korzystać z różnych form wyrazu, wystarczy spojrzeć, jak się ubierają, jak używają form, kolorów, jak są twórczy i odważni. Mają elastyczność przeżywania, która z wiekiem więdnie. Prowadzą rodzaj żywej gry ze światem, także w pandemicznych okolicznościach znajdują swoje środki wyrazu. Córka pokazała mi ostatnio komiks, który narysowała do szkolnej gazetki. Trzy obrazki. Na pierwszym postać i jej myśli, sny. Na drugim – marzenia. Na trzecim szare tło, bezlistne drzewa, człowiek pod parasolem – i podpis: „rzeczywistość”. Z jednej strony – smutek. Z drugiej – myślę, że przełożenie poczucia smutku i szarości na rodzaj sztuki to sposób twórczy i życiodajny. Jeśli tak ma wyglądać stracone pokolenie, to nie, ono nie jest stracone.

Widzę tu trochę optymizmu.
Doświadczenia związane z cierpieniem nas kształtują. Z jednej strony doświadczamy cierpienia, z drugiej – przekonujemy się, że to coś, co przemija. A czasem okazuje się czymś poza naszą kontrolą. Lockdown to pokazuje. Młodzi czują lęk, często dołącza się też poczucie winy w stosunku do starszych pokoleń, bardziej narażonych na zakażenie i skutki choroby. Tego typu doświadczenia mogą przekładać się twórczo na życie, bo widać, o co warto się starać, dlaczego warto żyć. Cierpienie konfrontuje z kwestiami egzystencjalnymi, zmusza do pewnej uwagi, refleksji, myślenia o wartości życia. Ja tak właśnie patrzę na młodych. Myślę, że oni dzięki pandemii mają też ogromną szansę. 

Michał Czernuszczyk, psycholog i psychoterapeuta certyfikowany przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne. Prowadzi psychoterapię indywidualną dorosłych i młodzieży oraz psychoterapię grupową.

 

  1. Psychologia

Depresja poporodowa - smutek nad kołyską

W ciągu pierwszego roku po urodzeniu dziecka depresja może wystąpić w dowolnym momencie, wcale nie natychmiast po porodzie. Czasami kobieta przez pewien czas jakoś się trzyma, ale w końcu sił jej braknie i przychodzi załamanie. (Fot. iStock)
W ciągu pierwszego roku po urodzeniu dziecka depresja może wystąpić w dowolnym momencie, wcale nie natychmiast po porodzie. Czasami kobieta przez pewien czas jakoś się trzyma, ale w końcu sił jej braknie i przychodzi załamanie. (Fot. iStock)
Dopada matki noworodków częściej, niż się wydaje. Nie wolno jej lekceważyć. Czym jest depresja poporodowa wyjaśnia dr Ewa Woydyłło. 

Kobieta w ciąży z niecierpliwością oczekuje na maleństwo, a potem zamiast fali szczęścia ogarnia ją przygnębienie. Jak to możliwe? To problem, który dotyka statystycznie 10–15 procent kobiet po urodzeniu dziecka, a o którym mało się mówi. Nazywa się depresja poporodowa (w skrócie PPD: Post Partum Depression) i jak każda depresja objawia się obniżonym nastrojem, zniechęceniem, smutkiem, płaczliwością, drażliwością, zaburzeniami snu. Czasami towarzyszy temu brak apetytu lub – wprost przeciwnie – wilczy apetyt. Dochodzi do tego strach i zamartwianie się o zdrowie: swoje i dziecka, czasem spadek zainteresowania maleństwem, uczucie beznadziei i bezradności. Snują się po głowie ponure myśli, np.: „nie poradzę sobie, na pewno coś robię nie tak, jestem złą matką...”.

Pierwszą książką na temat depresji poporodowej, jaką miałam w ręku, była autobiograficzna opowieść 38-letniej gwiazdy Hollywood Brooke Shields, zatytułowana „Lunął deszcz: Moja przeprawa przez depresję poporodową” (wyd. Hyperion, 2005 r.  – przyp. red.). Ta książka zapoczątkowała w USA tzw. antistigma crusade – akcję społeczną mającą na celu uwolnienie od piętna osoby dotknięte tym problemem, niesprawiedliwie potępiane przez otoczenie. Autorce chodziło o pokazanie na własnym przykładzie niepojętego dla większości ludzi załamania nerwowego matek noworodków. Brooke Shields zaszła w ciążę po długim procesie leczenia bezpłodności i urodziła zdrową córeczkę. Upragnione macierzyństwo nie sprawiło jej jednak radości. Po porodzie pogrążyła się w smutku i niechęci do wszystkiego, a zwłaszcza do zajmowania się dzieckiem. Książka wywołała wielką dyskusję, a problemem zainteresowały się nie tylko inne młode matki i ich rodziny, lecz także lekarze i terapeuci.

Czy depresja poporodowa to efekt burzy hormonalnej? Zmiany nastroju zależą od tego, co się dzieje w mózgu. To tam jest źródło tego, że czujesz się przygnębiona albo nie chce ci się wstawać i popadasz w apatię. W organizmie kobiety po porodzie rozgrywa się, tak jak pani mówi, prawdziwa burza hormonalna. W momencie przyjścia dziecka na świat następuje gwałtowny spadek poziomu estrogenu i progesteronu. Niektóre kobiety doznają podobnego stanu w okresie przedmiesiączkowym, kiedy też obniża się poziom owych hormonów, powodując pogorszenie nastroju, płaczliwość, niepokój (tzw. syndrom PMS). Po porodzie zmniejsza się również wydzielanie hormonu tarczycy, a wraz z tym następuje spadek aktywności. W momencie gdy te trzy elementy się zbiegną, obniżony nastrój gotowy. Ale rozchwianie hormonalne nie jest jedyną przyczyną depresji poporodowej.

Co jeszcze może ją wywołać? Przyczyną tego zaburzenia jest także wyczerpanie fizyczne i psychiczne położnicy. Zmęczenie ciążą, porodem, napięciem i stresem, które czasami wiąże się z rozmaitymi lękami: czy urodzi się zdrowe dziecko, czy bardzo będzie bolało, czy mąż nie odejdzie, czy zachowam urodę, czy nie stracę ładnej sylwetki, czy nie będę miała rozstępów na brzuchu... Sam poród niekiedy pozostawia nieludzkie zmęczenie. Potem następują tygodnie i miesiące, które toczą się w całkowicie innym rytmie. Jeżeli kobieta traktuje swoje nowe zadania bardzo poważnie i w niczym sobie nie odpuszcza albo nie ma nikogo do pomocy, to obowiązki zaczynają ją przerastać i może wpaść w psychiczny dół. Dziś wokół młodej matki nie stoi kilkanaście dorosłych kobiet – ciotek, nianiek czy mamek, jak to bywało dawniej. Pozostawiona sama sobie, bez doświadczenia, z całkowicie zależnym od niej maleństwem, często zwyczajnie sobie nie radzi. Kiedyś dostałam od znajomych kartkę: „Nasz Krzysio skończył trzy miesiące, a my się czujemy, jakbyśmy trzy miesiące temu wsiedli do pociągu, który nie zatrzymuje się na żadnej stacji i w dodatku nie mamy miejsc siedzących”.

Na wymienione czynniki biologiczne często nakładają się przyczyny o charakterze społecznym czy interpersonalnym. Na przykład to, czy tylko kobieta, czy także partner i cała rodzina czekali na dziecko z radością. A może było przeciwnie? Może kobieta nie ma stałego partnera, może ciąża była przygodna... To wszystko ma wpływ na to, co czuje, myśli i przeżywa matka noworodka.

Czy depresja pojawia się zaraz po porodzie? W ciągu pierwszego roku po urodzeniu dziecka depresja może wystąpić w dowolnym momencie, wcale nie natychmiast po porodzie. Czasami kobieta przez pewien czas jakoś się trzyma, ale w końcu sił jej braknie i przychodzi załamanie.

U niektórych matek pojawia się tzw. baby blues – stan przypominający depresję, ale przebiegający łagodnie i mijający samorzutnie po kilku dniach. Ale jeśli depresyjne objawy nie ustąpią w ciągu dwóch tygodni, to należy udać się do lekarza. Przedłużających się objawów depresji nie wolno lekceważyć. Lekarz powinien postawić diagnozę i zalecić odpowiednie leczenie. Są już leki przeciwdepresyjne, które może przyjmować nawet karmiąca matka, zresztą nie zawsze konieczne. Wielu kobietom skutecznie pomaga psychoterapia. Najczęściej jest prowadzona metodą poznawczą, tzn. terapeuta nie pyta o dzieciństwo, nie wchodzi w głębokie analizy, tylko sugeruje, w jaki sposób można usprawnić swoje funkcjonowanie. Najlepiej jeśli kobieta przyjdzie z partnerem, bo jest z nim na co dzień i mogą dać sobie najwięcej wsparcia. Nieporozumienia pomiędzy nimi wynikają czasem z tego, że on nie wie, co ona czuje, ona się nie domyśla, czego on by chciał... – i trzecia osoba w postaci specjalisty może im tę rozmowę o emocjach i wzajemnych oczekiwaniach ułatwić. Bo nie chodzi tylko o jakość życia kobiety, lecz także dziecka, a za to odpowiedzialni są oboje rodzice.

A jeśli ojciec dziecka gdzieś odfrunął albo nie jest gotów na taką pomoc lub uważa, że to są babskie sprawy – to takiej kobiecie trzeba zapewnić grupę wsparcia, grupę innych matek. We wspólnej rozmowie uświadamiają sobie, że w swoich problemach nie są odosobnione, że inne też przez to przechodzą.

Ale kobieta często wstydzi się albo boi komukolwiek mówić o złym samopoczuciu, żeby nie uznano jej za wyrodną matkę. Tłumaczy więc sobie: „Jestem zmęczona, niewyspana, popłaczę w poduszkę i samo przejdzie”. W końcu prawdopodobnie kiedyś przejdzie, tylko że skutki tego mogą się bardzo długo ciągnąć. Nie mówiąc już o tym, że utrata pierwszych miesięcy nawiązywania kontaktu z dzieckiem, uczenia się, jak być matką, jak przeżywać macierzyństwo – może zostać zaprzepaszczona na zawsze. Kobieta nigdy już tego nie nadrobi, więc pozostanie w niej poczucie winy, wielkiej straty, krzywdy. Leczenie depresji poporodowej jest zresztą dość proste. Bywa, że kobieta bierze udział w psychoterapii przez kilka tygodni, ale czasami wystarczy jedna wspierająca rozmowa.

Do czego może prowadzić nieleczona depresja poporodowa? Może stać się przewlekła, przerodzić w chroniczny stan pesymistyczny. Młoda matka nabierze negatywnego stosunku do siebie. Jej depresyjne stany odczuwa także dziecko – staje się nerwowe, płaczliwe, nie rozwija się harmonijnie. Wtedy ona myśli, że jest złą matką i będzie się do dziecka odnosić albo nadopiekuńczo, albo niechętnie. Narastanie obniżonego nastroju rzutuje więc nie tylko na relację matki z dzieckiem, ale i na stosunek dziecka do matki, bo ono nie dostaje od niej uśmiechu, pieszczoty, tylko irytację, złość, płacz. Wprawdzie nie rozumie słów, ale odczytuje sygnały emocjonalne, odczuwa, czy matka jest szczęśliwa, czy nie. A ponieważ depresja powoduje, że kobieta czuje się nieszczęśliwa, to u małego człowieka może pojawić się przekonanie, że to on jest źródłem tego nieszczęścia, co w jakimś sensie jest prawdą.

Jaką rolę powinni odegrać bliscy młodej matki? Domownicy nie powinni lekceważyć jej złego samopoczucia, mówiąc: „Przestań, nie marudź, tak chciałaś tego dziecka, a teraz płaczesz, daj spokój, weź się w garść, zajmij się wreszcie małym, jak na prawdziwą matkę przystało”. Bliscy powinni skierować ją do lekarza – jeśli jeden nie pomoże, trzeba iść do drugiego. Nie wolno kobiety zostawić z tym problemem samej, bo może sobie z nim nie poradzić. To jest trochę tak, jak ze złamaną nogą – jeśli nie włożysz jej w gips, to będziesz kuleć.

Kobiecie, która wychodzi z połogu, trzeba możliwie szybko pomóc powrócić do normalnego życia. Zwłaszcza jeśli do tej pory była czynna zawodowo i lubiła swoją pracę. Najpewniej, gdy decydowała się na macierzyństwo i traktowała je poważnie – przeżywała wielki stres związany z tym, czy uda jej się powrócić do tego, czym się wcześniej zajmowała. Może też pojawić się tęsknota do siebie sprzed porodu: „Byłam zgrabna, szczupła, pięknie ubrana, brałam udział w życiu publicznym, a teraz jestem non stop zajęta tylko dzieckiem i nie mam światu nic do zaoferowania”. To dołujące myśli. A jeżeli jeszcze rodzina, zwłaszcza partner, nie docenia jej w roli matki, to już samo to może spowodować depresję.

Czytałam o kobiecie, która po porodzie targnęła się na życie swego dziecka. Czy za to też należy winić depresję? Nie depresję, lecz jeszcze inny rodzaj problemu – psychozę poporodową. Dotyka kobiety, które mają do tego pewne predyspozycje, nie są przygotowane na ciążę lub bardzo ciężko ją przechodziły. Psychoza charakteryzuje się – oprócz stanów depresyjnych – także urojeniami, oderwaniem od realnego życia. Zdarza się rzadko, może jednej kobiecie na tysiąc. Będąc w stanie psychozy matka obsesyjnie myśli, żeby dziecku zrobić coś złego, lecz bardzo rzadko kończy się to tragicznie.

Pamiętam pacjentkę, która miała już dorosłe dziecko, ale w pamięci ciągłe poczucie winy: kiedy urodziła synka, cały czas uporczywie myślała o tym, żeby wyrzucić go przez balkon. Nigdy nie podjęła takiej próby, ale mówiła, że musiała być bardzo czujna i ostrożna, by tego nie zrobić. To troszeczkę przypomina lęk wysokości – ludzie, którzy cierpią na tę fobię, nie mogą wchodzić na balkon, nie dlatego, że boją się, że ten się pod nimi oberwie, tylko że spojrzą w dół i... wyskoczą. Niektóre matki cierpiące na psychozę poporodową dręczą również myśli, żeby targnąć się na własne życie. To zaburzenie schizoidalne – polega na rozszczepieniu: z jednej strony jestem sobą, a z drugiej jest coś we mnie, co mnie od tego realnego życia odrywa. To niebezpieczne, ale na szczęście dotyka niewielu kobiet.

  1. Psychologia

Depresja maskowana – jak rozpoznać objawy? Rozmowa z Joanną Porembą, prezeską fundacji Melancholia

Rozmawiamy z Joanną Porembą, współzałożycielką i prezeską fundacji Melancholia, www. melancholia.org.pl. (Fot. Jacek Poremba)
Rozmawiamy z Joanną Porembą, współzałożycielką i prezeską fundacji Melancholia, www. melancholia.org.pl. (Fot. Jacek Poremba)
Przewlekłe bóle głowy lub karku, napady paniki, fobie i natręctwa, ale też zaburzenia snu czy pracy serca – pod wszystkimi tymi objawami może ukrywać się depresja. Joanna Poremba, współzałożycielka i prezeska fundacji Melancholia, wyjaśnia, jak rozpoznać ją u siebie i bliskich.

Na hasło „depresja” wielu z nas staje przed oczami obraz zmęczonego, zaniedbanego człowieka, który nie ma siły podnieść się z łóżka...
Bywa, że rzeczywiście tak to wygląda, jednak depresja może mieć rozmaite podłoże i bardzo różny przebieg, często daleki od powszechnego wyobrażenia. Przywołany przez ciebie obrazek może stanowić całą prawdę o czyjejś chorobie, ale może też nie pojawić się w ogóle lub być tylko jedną z kilku różnych faz. Fakt, że wiele osób tak właśnie wyobraża sobie depresję, wynika z uwarunkowań kulturowych, w tym opisów filmowych i literackich – wystarczy, że wspomnimy „Lot nad kukułczym gniazdem” czy „Przerwaną lekcję muzyki”. Z całą pewnością nie jest jednak jedynym ani obowiązującym sposobem przechodzenia choroby! Rzeczywiście często występuje w niej apatia i ospałość, ale równie dobrze może pojawić się nadaktywność i bezsenność. Podobnie jest z apetytem: objawem depresji może być zarówno brak apetytu, jak i nadmierne łaknienie. Bywa, że dominujące objawy są jeszcze bardziej zwodnicze. W niektórych formach depresji okazują się mylące na tyle, że sugerują występowanie zupełnie innych chorób. To tak zwane maski depresji, które sprawiają, że jest ona szczególnie trudna do zdiagnozowania.

O maskach w ostatnim czasie mówimy głównie w kontekście koronawirusa, wcześniej zaś przy okazji rozmów o teatrze i karnawale. I w teatrze, i podczas karnawału, i nawet w czasie pandemii, podczas której staramy się przechytrzyć wirusa, maska kojarzy się z odgrywaniem jakiejś roli, z oszukiwaniem otoczenia. W depresji, jak sobie wyobrażam, występuje zwykle wtedy, kiedy siebie oszukujemy, nie chcąc przyjąć do wiadomości pewnych prawd na temat otoczenia i siebie samych.
Nie nazwałabym tego oszukiwaniem, a raczej niebyciem przy sobie, pewnym brakiem uważności wobec sygnałów, które daje nam własny organizm. Nasza postawa jest bardzo często zupełnie nieuświadomiona: wywieramy na samych siebie różne rodzaje presji, nie akceptując się, a w konsekwencji nie darząc troską, czułością i uwagą. Bez kochania siebie nie da się kochać i akceptować świata. Niestety, jeśli tej uważności na siebie nie wyniesiemy z domu, jeśli rodzice nie nauczą nas korzystania z pewnych narzędzi, to w życiu dorosłym będzie nam o wiele trudniej. Na szczęście, kiedy zaczynamy ich w końcu szukać, z pomocą przychodzi psychoterapia.

Wracając do twojego pytania – wspomniany karnawał stanowił kiedyś coś w rodzaju wentylu bezpieczeństwa, okres, kiedy można było zapomnieć o konwenansach i ograniczeniach. Maska w depresji również jest wentylem. Depresja to choroba duszy i umysłu, a nasz mózg – ciągle jeszcze nie do końca poznany – nie mogąc zmieścić w głowie wszystkich napięć, „upycha” je w ciele. To, z czym sobie nie radzimy, trudne emocje zaczynają pukać do nas pod postacią przypominającą rozmaite schorzenia. Według niektórych badaczy, którym trudno odmówić pewnej racji, jeśli poświęcamy naszemu ciału wystarczająco dużo uwagi i jesteśmy wyczuleni na płynące z niego sygnały, to być może zauważymy te symptomy wcześniej. To jedna z wielu korzyści bycia w kontakcie ze swoim ciałem.

W naszej kulturze mamy raczej niską świadomość własnego ciała.
Niestety, masz rację. Nie uczy się jej w szkołach, a powinno. I nie mam tu na myśli sportu, bo aktywność fizyczna nie zawsze jest równoznaczna z kontaktem nawiązanym z ciałem. Znany amerykański psychiatra i psychoterapeuta Alexander Lowen podkreślał często, że głowa nie działa bez ciała, i odwrotnie. U współczesnego człowieka Zachodu jednak ta komunikacja między nimi nie odbywa się tak, jak powinna.

Czy lekarz, jeśli ktoś zwraca się do niego z dolegliwością somatyczną, zawsze również powinien brać pod uwagę, że ta osoba może chorować na depresję?
Byłoby to tak zwane holistyczne podejście do pacjenta, które na razie nie jest u nas powszechne, choć na szczęście nie powiedziałabym, że się nie zdarza. Lekarz z całą pewnością powinien zastanowić się, czy nie ma do czynienia z maską depresji wtedy, kiedy pacjent zrobi wszystkie możliwe badania, wyniki są dobre, a jego ciało cierpi. Warto przy tym podkreślić, że nie chodzi o wyimaginowany ból czy dyskomfort – te dolegliwości, umiejscowione w konkretnym punkcie, naprawdę się odczuwa, i po pewnym czasie może rozwinąć się z nich coś poważniejszego. Tym, co ostatecznie potwierdza, że chodziło o maskę, jest skuteczność leczenia lekami antydepresyjnymi: dolegliwości ustępują po ich zażyciu, nie zaś po preparacie, który zwykle stosuje się na chorobę imitowaną tutaj przez depresję.

Pomówmy jeszcze o stereotypowym wyobrażeniu osoby chorującej na depresję. Wielu z nas wie już, że nie zawsze objawia się ona rozpaczą, apatią i zaniedbaniem higieny. Jednak termin „maski depresji” chyba nie wszyscy słyszeli. Ja, która choruję na depresję od ponad 20 lat, nigdy nie usłyszałam tego określenia od żadnego lekarza. Dodam, że zawsze byłam bardzo aktywna, rzadko kiedy smutna, a moim głównym problemem było dojmujące uczucie lęku.
Termin „maski depresji” nie jest nowy, natomiast rzeczywiście nie wszedł do literatury przedmiotu; trudno przewidzieć, czy się to zmieni. Nie dotarł także do szerszej świadomości. Symptomy, których doświadczałaś, można jednak określić takim właśnie mianem.

Maski depresji mają rozmaity charakter. Jednym z ich rodzajów są tzw. maski psychopatologiczne – zaburzenia lękowe (lęk przewlekły lub ataki paniki, jak u ciebie), fobie oraz natręctwa. Drugą typową kategorią są symptomy fizyczne, głównie bólowe. Do najczęstszych zalicza się bóle w klatce piersiowej, kłucie serca, wrażenie duszności i ucisku; bóle głowy (np. pulsowanie, uczucie ucisku na mózg, szum w uszach) połączone z uczuciem niepokoju; nerwobóle; drętwienie, pieczenie, palenie, cierpnięcie kończyn, przepływ ciepła lub uczucie zimna; świąd skóry; zespół niespokojnych nóg; dziwne odczucia w rozmaitych narządach, szczególnie w żołądku i wątrobie. Maską depresji mogą być też zaburzenia rytmu biologicznego: snu i czuwania (problemy z zasypianiem, płytki sen, zbyt wczesne budzenie się, nadmierna senność w ciągu dnia), łaknienia (utrata apetytu lub napady głodu), problemy z miesiączkowaniem, zaburzenia erekcji. Wspomniany już Lowen mianem maski depresji określał także alkoholizm. Jak widać wachlarz możliwości jest szeroki.

Ja na przykład długo cierpiałam na coś, co wydało się być reumatoidalnym zapaleniem stawów – to też jedna z masek depresji. Drugą były męczące mnie latami dokuczliwe bóle karku – z czasem tak silne, że nie mogłam ruszyć szyją, nie byłam też w stanie zapiąć pasów w samochodzie. Lekarze rozważali nawet operację. Zamiast tego zdecydowałam się na długą fizjoterapię, która pomogła mi rozluźnić i poczuć własne ciało. Kiedy do leczenia włączono antydepresanty, dolegliwości ustały. Warto dodać, że zwykle najlepszym rozwiązaniem jest połączenie leczenia farmakologicznego z psychoterapią.

U mnie maską był lęk, u ciebie bóle karku; wymieniłaś też wiele innych możliwości. Zastanawiam się, czy – skoro znamy ich tyle – depresja maskowana nie jest częstą formą depresji?
Spotkałam się kiedyś z szacunkami, wedle których depresja maskowana może występować nawet trzy razy częściej niż inne postaci zaburzeń depresyjnych. Niestety, nie dysponujemy szczegółowymi danymi; wiele przypadków pozostaje niezdiagnozowanych, a i o „klasycznej” depresji, jak pokazuje praktyka, coraz trudniej jest mówić, bo każdy przypadek jest inny, a generalizowanie prowadzi donikąd.

W ramach działalności fundacji Melancholia publikujemy rozmowy ze znanymi osobami, które mają za sobą doświadczenie depresji – porównując te wywiady, bardzo łatwo zauważyć oczywiście pewne elementy wspólne, ale także ogromne różnice. Ktoś rzeczywiście nie wstaje tygodniami z łóżka, ktoś inny – jak na przykład reżyserka Joanna Kos-Krauze, która z wielką otwartością i szczerością opisała swoją historię – rzuca się w wir pracy, podróżuje po całym świecie, zamienia się w prawdziwego tytana. Jeden ucieka więc w sen i izolację, drugi – w pracę czy niebywałą aktywność. Ona także odcina nas od emocji – wsłuchać się w nie możemy tylko wtedy, kiedy wreszcie się zatrzymamy. Różna bywa też etiologia choroby, która może pojawić się na skutek traumatycznych doświadczeń, ale także wtedy, kiedy nie przechodzimy ewidentnego życiowego kryzysu – to odróżnia ją od zaburzeń adaptacyjnych. I znowu, w obu przypadkach może wystąpić wspomniane odcięcie emocji od ciała, co często skutkuje powstawaniem masek.

Przy okazji warto też dodać, że w Polsce rozmowa o liczbach dotyczących depresji jest w ogóle prawie niemożliwa, bo dane, które przedstawia NFZ, dotyczą tylko i wyłącznie sektora publicznego; prywatna działalność psychiatrów i psychoterapeutów nie jest w ogóle uwzględniana w oficjalnych statystykach, a to właśnie tam trafia około 60 proc. pacjentów. Nasza fundacja na przykład czerpie dane ze strony WHO.

Wiemy na pewno, że w Polsce alarmujące są statystyki dotyczące depresji wśród młodzieży. Jak wygląda kwestia masek w ich przypadku?
Podobnie jak u dorosłych, depresja maskowana u dzieci może być trudna do uchwycenia, a spektrum możliwych masek jest bardzo szerokie. Może polegać na opóźnieniu rozwoju psychicznego, intelektualnego oraz emocjonalnego. Z depresją maskowaną łączy się też często fobia szkolna, objawiająca się poprzez dążenie do izolacji. Powtarzające się bóle brzucha przed pójściem do szkoły na pewno powinny zwrócić uwagę rodziców, podobnie jak rozmaite zaburzenia zachowania (nieuzasadnione napady złości, przesadzone reakcje, obojętność, zachowania autodestrukcyjne), przewlekłe bóle głowy, arytmia serca, alergie.

Warto więc słuchać swojego organizmu oraz być czułym na sygnały wysyłane przez osoby najbliższe.
Rozmawiać – z sobą i bliskimi. Obserwować – bliskich i samego siebie. Jest takie ładne zdanie, które powiedział bodajże Oscar Wilde: „Daj człowiekowi maskę, a powie ci prawdę”. W pewnym sensie podobnie jest z naszym ciałem i duszą. Czasem nasze „ja” musi sięgnąć po maskę, żeby powiedzieć prawdę o tym, co je boli i gnębi.