1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wychowywanie przez strach i zawstydzanie - krzywda przekazywana z pokolenia na pokolenie

Wychowywanie przez strach i zawstydzanie - krzywda przekazywana z pokolenia na pokolenie

Krzywda to jest taki stan, że byłeś przestraszony, obolały, wściekły, zraniony, oburzony, samotny i kompletnie bezsilny. (Fot. iStock)
Krzywda to jest taki stan, że byłeś przestraszony, obolały, wściekły, zraniony, oburzony, samotny i kompletnie bezsilny. (Fot. iStock)
Jeśli mały człowiek wychowuje się w domu pełnym pogody ducha i radości, to dostaje fantastyczne wyposażenie. Potem wie, że sobie poradzi, lubi i innych, i siebie. Natomiast jeśli przychodzi na świat tam, gdzie jest kupa lęku, przemocy, niepewności, to ten człowieczek doświadcza krzywdy. Cierpi. Radzi sobie, jak może, tworząc osobiste strategie przetrwania, które go jakoś chronią, ale nie są spontanicznym, zdrowym rozwojem.

Większość z nas nosi w sobie krzywdę, której źródło znajduje się w naszych domach. Myśmy się jako ludzkość nie dopracowali świadomego rodzicielstwa, czyli takiego, które korzysta z postępu wiedzy psychologicznej. Dzięki psychologii wiadomo, że człowiek jest pod ogromnym  wpływem tego, jak się go traktuje, gdy przyjdzie na świat. Robi się z tego żarty w stylu: „O, bandyta, pewnie miał trudne dzieciństwo, ha, ha”. Ale nie ma się z czego śmiać, bo to jest prawda.

Rodzice na ogół nie są z siebie zadowoleni, dumni, więc próbują się dowartościować kosztem własnych dzieci. Choćby tatusiowie, którzy powinni wychować synów w poczuciu fajności i sprawczości, mówią: „A ty ze mną nigdy nie wygrasz, kim ty jesteś przy mnie”, i ścigają się z nimi. Zamiast tego ojciec mógłby powiedzieć: „Synu, jestem z ciebie dumny”. Matki mówią często: „Ja życzę ci jak najlepiej”, ale tak naprawdę cierpią, ponieważ ich córkom żyje się łatwiej niż im samym, więc im tego zazdroszczą i wcale im dobrze nie życzą. Zbyt wielka liczba rodziców ulega przekazywanej z pokolenia na pokolenie epidemii wychowywania przez strach i zawstydzanie. Dziecko się umniejsza, bierze pod but. Krzywdą jest brak szacunku dla odrębności bytu ludzkiego, który przyszedł na świat. Krzywda to jest taki stan, że byłeś przestraszony, obolały, wściekły, zraniony, oburzony, samotny i kompletnie bezsilny. Pojawia się tam, gdzie władza, gdzie odbiera się wolność. Rodzice najczęściej nie mają władzy gdzie indziej, tylko właśnie nad dzieckiem, i nadużywają jej w sposób straszliwy, ponieważ wobec nich również jej nadużywano. Żeby zatrzymać to błędne koło, jedno pokolenie albo nawet dwa czy trzy pokolenia muszą zrobić ogromny wysiłek. Zdać sobie sprawę z tego, że w każdym z nas są pokłady takich cech czy takich możliwości, które oby się nie uruchomiły. Inny słowy, że można być jednocześnie kochającym rodzicem i potencjalnym oprawcą.

Niedawno byłam w bibliotece w pewnym małym mieście i jak zwykle zadałam pytanie zebranej publice: Kto ma szczęśliwą matkę? Nikt ze 120 kobiet i 3 mężczyzn się nie zgłosił. W Warszawie w 500-osobowych salach takie osoby się zdarzają. Mniej więcej dwie deklarują: „Moja mama jest fajna, szczęśliwa”, a kolejne dwie, trzy mówią: „A moja się uczy, bo ja już się rozwijam, i ona zobaczyła, że też może”. Co się dziwić, kiedyś książek psychologicznych nie było ani odpowiednich artykułów w pismach, teraz już są, więc kolejne pokolenia mają szansę już inaczej być potraktowane. Starsze pokolenia mają poczucie krzywdy: „Masz co jeść, masz w co się ubrać, nikt cię z domu nie wyrzuca, nam było gorzej”. To takie negatywne komunikaty, a najgorsze zdanie to: „Zobaczysz, jak będziesz miała własne dzieci”. Bo po cholerę mamy te dzieci, skoro to taki ciężar?! „Dlatego że ktoś mi musi herbatę na stare lata podać”. Nikt nie poda, jeśli będziemy postępować w ten sposób. Dziecko wyjedzie za granicę, byle być dalej od takich rodziców, i nie poda herbaty. Stan poczucia krzywdy może przynieść chwilową ulgę, kiedy się nad sobą użalamy. Jednak jeśli tkwimy w nim zbyt długo i bez samoświadomości, czasem zamienia się w strategię typu: ponieważ jestem skrzywdzona, należą mi się specjalne względy. Nie muszę się starać, nie muszę nic robić, to inni się mają starać, przeprosić mnie za tę moją krzywdę, zadośćuczynić. To bardzo częsty problem, w dodatku jedno z trudniejszych wyzwań dla terapeuty, bo ludzie nie chcą tego oddać, zapierają się kopytami. Wolą być nadal nieszczęśliwi, bo boją się, że jeżeli oddadzą to nieszczęście, nie będą mieli już praw. Potrzebują poczucia krzywdy po to, żeby żądać dla siebie korzyści. Aby poradzić sobie z taką osobą, która wymaga dla siebie specjalnego traktowania, należy bardzo wyraźnie pokazać jej granice i ich pilnować. Ona nie ma granic, więc będzie właziła, gdzie się da. Robić dobre rzeczy należy tylko tym, którzy nas o to poproszą i nam za to dziękują. Ci, którzy żądają i nie dziękują, to są roszczeniowe jamochłony. Lepiej ich unikać, ich nie da się nakarmić, zawsze będą głodni. Krzywda jest rzeczą intymną, o niej się nie rozmawia, ją się ukrywa nawet przed samym sobą, bo z taką ciągle obecną trudno żyć. Dobrze, gdyby ona została oddemonizowana, ale człowiek, który cierpi w samotności, ma poczucie, że nikt tak nie cierpi jak on. Dopiero sesje terapeutyczne, a najbardziej grupowe, pokazują, że inni też tak mają. Żeby wyrwać się z poczucia krzywdy, najlepiej zobaczyć i posłuchać innych. Wyjść z zaklętego kręgu „tylko mnie jest źle”. Lekarstwem jest zmiana perspektywy na szerszą, bo poczucie krzywdy wiąże się z tym, że widzimy tunelowo, jednowymiarowo. Dodatkowo pomaga poczucie humoru, trudne rzeczy też można obśmiać, chodzi mi o taki życzliwy, serdeczny śmiech z siebie. Jeśli trzymam się kurczowo krzywdy, to z niej nie wyjdę, nie zacznę działać, nie wezmę odpowiedzialności za siebie. A przecież mogę dostrzec, że jeżeli do dziś żyję i nie jestem wrakiem, to coś dobrego oprócz tej krzywdy dostałam, nie warto skupiać się ciągle na tym, czego mi brakowało.

Fragment książki „Życie od A do Z”, w której Katarzyna Miller po raz kolejny dzieli się z czytelnikami swoim terapeutycznym doświadczeniem. Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami ani przed podpowiadaniem konkretnych rozwiązań, ale też zachęca do autorefleksji. Nie brakuje tu jej dosadnego poczucia humoru, ciepła, a przede wszystkim – szczerości, dzielenia się bardzo osobistymi historiami. Książka powstała dzięki rozmowom z Dariuszem Janiszewskim, redaktorem „Zwierciadła”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Dzień Matki – wybrane teksty z cyklu "Jak wychowuje"

Rodzicem stajemy się w procesie wychowania dziecka. (Ilustracja: iStock)
Rodzicem stajemy się w procesie wychowania dziecka. (Ilustracja: iStock)
Z okazji Dnia Matki przypominamy artykuły archiwalne z cyklu "Jak wychowuje", w którym nasze rozmówczynie opowiadają o tym, czym jest dla nich macierzyństwo i relacja z dziećmi.

Jak wychowuje

  • Agnieszka Glińska, reżyserka, mama Franka i Janiny: „Myślę, że dzięki moim dzieciom nie zapomniałam siebie w ich wieku, że doskonale pamiętałam, co wtedy wyprawiałam. I byłoby straszliwą hipokryzją, gdybym oburzała się na to czy na tamto”.

  • Agnieszka Holland, reżyserka, mama Kasi Adamik, też reżyserki: „Bliskość między nami jest ważna, ale myślę, że równie ważna, i dla niej, i dla mnie, jest odrębność każdej z nas”.

  • Grażyna Wolszczak, aktorka, mama Filipa:Wychowanie? To stała obecność, towarzyszenie dziecku w zwykłym codziennym życiu. To całe „wychowanie” dzieje się w trakcie, mimochodem. Musi być spójne. Nie można wygłaszać górnolotnych frazesów, które nie mają zastosowania w zwykłym życiu. Wszystkie złote myśli, choćby najszlachetniejsze, wpadają jednym uchem, wypadają drugim”.

  • Gosia Dobrowolska, aktorka od wielu lat mieszkająca w Australii, matka Weroniki: „Obdarowywanie dziecka wszystkim, czego zapragnie, jest o wiele łatwiejsze niż nauczenie, jak na to zapracować. Dawać trzeba, ale wsparcie, system wartości, wzór postępowania w codziennych sytuacjach”.

  • Lidia Popiel, fotografka, mama Aleksandry: „(...) kiedy rodzi się dziecko, zmienia się nasze podejście do świata, nawet nasz charakter, więc przeorganizowanie kalendarza przychodzi naturalnie. Mówi się, że dziecko zabiera czas. A może jest tak, że ten czas mu się daje?”.

  • Paulina Krupińska-Karpiel, mama Jędrka i Tosi: „Co mi jako mamie się nie udało? Na pewno to, że czasem tracę cierpliwość i nakrzyczę na dzieci. A potem mam wyrzuty sumienia. Wtedy je przepraszam, mówię: „Nie chciałam tego zrobić”. Na co Tosia: „Wiem, mamusiu, dorośli tak czasem mają”. I rozkłada mnie na łopatki”.

  • Monika Mrozowska, mama Karoliny, Jagody, Józia i Lucjana: „Moje dzieci nie są wtajemniczane w szczegóły problemów między mną a ich ojcami. Zawsze podkreślam, że to nie ich wina. Mądre i spokojne przeprowadzenie dzieci przez rozstanie rodziców jest możliwe”.

  • Ałbena Grabowska, lekarka, pisarka, mama Juliana, Aliny, i Franka: „Zależy mi na tym, by dzieci były samodzielne, ale jestem nadopiekuńcza. Chciałabym, by same się uczyły, poznawały życie, a ciągle uważam, że to ja powinnam im coś proponować. Zależy mi na tym, żeby oglądały świat, ale boję się, że może im się stać coś złego. Tak więc jako matka składam się z samych sprzeczności”.

  1. Kultura

Książki dla dzieci – poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

Na rynku mnóstwo jest książek dla dzieci. Co z tego wybrać? Zwłaszcza, że zbliża się pierwszy czerwca. Oto podpowiedź, co warto podarować czytelnikom najmniejszym i tym trochę bardziej wyrośniętym. Tytuły mądre, zabawne, pięknie wydane. Oczywiście Dzień dziecka to tylko pretekst, bo na dobre książki zawsze jest pora.

Wychodzimy do kolegi

Samo życie – chciałoby się skomentować, jeśli jest się dorosłym i przegląda się tę stworzoną ze sporą dawką humoru książeczkę. Także dla słuchających i oglądających „Zamek” kilkulatków perypetie głównego bohatera i jego mamy na pewno będą brzmieć i wyglądać znajomo. Narratorem jest tu mały chłopiec, który wybiera się na urodziny do kolegi. Już sama scena wybierania się to mistrzostwo świata, przemyślenia narratora, czesanie, ubieranie, szykowanie prezentu, czyli tytułowego zamku: zabawkowego w kolorze czerwonym. Chłopiec osobiście go dla kolegi wybrał, ale teraz sam chciałby go mieć, mimo że ma taki sam, tylko zielony. Wreszcie przyjęcie urodzinowe kolegi. Nie chcę za wiele zdradzać, ale założę się, że i te sceny coś wam będą przypominać. Styl ilustracji Szwedki Emmy Adbåge jest z jednej strony oszczędny, z drugiej – świetnie oddają one domowy rozgardiasz, nastroje i odczucia postaci. Są tu szczegóły, które docenicie i wy, i kilkuletni odbiorcy. Wiarygodny psychologicznie, zabawny. Świetny punkt wyjścia do rozmowy z dzieckiem, na przykład o emocjach. Taki jest „Zamek”.

„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki

Na ratunek dziadkom i babciom

Ilustracje do „Dziadka Tomka” stworzył Czech Štěpán Zavřel – nieżyjący już niestety malarz, filmowiec, pomysłodawca Międzynarodowej Wystawy Ilustracji Książki Dziecięcej i założyciel Międzynarodowej Szkoły Ilustracji we włoskim Sàrmede. Można go rozpoznać po dynamicznej kresce i „gęstości” jego rysunków. Także ta zilustrowana przez niego historia jest wyjątkowa. Takiego dziadka jak dziadek Tomek chciałoby mieć chyba każde dziecko: umie robić zabawki z niczego i zawsze wymyśla nowe zabawy. Tymczasem pewnego dnia w telewizji burmistrz ogłasza komunikat: odtąd wszyscy seniorzy, dla ich własnego dobra, będą wysyłani do domu wesołej starości. Na ulicach pojawiają się „dziadkołapacze” i podczas kiedy dorośli z miasteczka oszukują się, że wszystko jest w porządku, dzieciaki w mig rozumieją, że nie jest i organizują brawurową akcję ratunkową. Zwariowane pościgi, machiny latające, a w komplecie genialny przekaz, że seniorów trzeba kochać, szanować i być po ich stronie. Po „Dziadka Tomka” na pewno warto sięgnąć, a przy okazji dodam, że słynące z pięknie wydanej literatury dziecięcej wydawnictwo Tatarak tuż przed Dniem Dziecka wypuszcza też jego niezwykły „Sen o Wenecji”.

„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak

Prezent od Einsteina

Przecież teorii względności nie da się wytłumaczyć dziesięciolatkowi! Nie da się? To druga z serii trzech książeczek, które wyjaśniają młodym czytelnikom zasady fizyki. Tym razem czytamy o takich między innymi zagadnieniach, jak czas i przestrzeń, jednostki i ich miary, prędkość światła. Jak dzieciom mówić na przykład o ujednoliconym systemie metrycznym? Można opisać i narysować średniowiecznych budowniczych, którzy wznoszą most nad rzeką. Umówili się, że most będzie miał 5 miar wysokości, budują po dwóch stronach rzeki, coraz bliżej siebie, problem w tym, że każdy z mistrzów budownictwa ma własną miarkę i kiedy w końcu dochodzi do spotkania, połowa gotowego mostu jest dużo wyższa od tej drugiej. Takie pomysłowe przykłady działają na wyobraźnię, podobnie jest z mnóstwem zawartych tu obrazków. „Teoria…” odczarowuje wiedzę, która dla uczniów trzeciej-czwartej klasy podstawówki jest podobno za trudna, można się przy okazji lektury dobrze bawić. Nie jestem pewna, czy przekona dzieciaki, które nie cierpią przedmiotów ścisłych, ale na pewno te fizyką i matematyką zainteresowane, będą miały z czytania przyjemność. Niejeden rodzic westchnie też pewnie na widok tej książki, szczerze żałując, że w wieku swojego dziecka nikt mu takiej nie sprawił.

„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada

Nazywam się Ripley, Benjamin Ripley

Jak donoszą wydawcy literatury dziecięcej, chłopaki czytają w dzisiejszych czasach mniej niż dziewczyny. Wieść głosi również, że ta właśnie książkowa seria przyczyniła się do zmniejszenia tych dysproporcji, sprytnie wciągając 10-11-letnich chłopców w czytanie. Co, jak podkreśla sam autor, nie znaczy, że po „Szkołę szpiegów” nie sięgają czytelniczki.
To amerykański bestseller z listy New York Timesa. „W związku ze śledztwem toczącym się w sprawie operacji Przyczajony Borsuk, załączam zapis z trwającego łącznie 53 godziny przesłuchania pana Benjamina Ripleya, pseudonim Tajniak, lat 12, pierwszorocznego ucznia Akademii Szpiegostwa” – czytamy na samym początku książki w pełnym od czarnych skreśleń cenzora dokumencie wysłanym z biura CIA, prowadzącego tajną placówkę, która szkoli najzdolniejsze dzieciaki, przyszłych tajnych agentów. Główny bohater Benjamin niespodziewanie dostaje do owej placówki powołanie i od tego momentu zaczynają się jego niesamowite przygody. „Szkoła…” to połączenie Jamesa Bonda, Mission Impossible z Różową Panterą czy Jasiem Fasolą, jest tu wartka akcja i błyskotliwa zabawa konwencją. Uwaga: jeśli obdarowane „Szkołą szpiegów” dziecko wciągnie się na dobre, warto wiedzieć, że to dopiero początek przygody, bo cała seria liczy sumie 9 części: u nas ukazała się pierwsza, a na lipiec zaplanowano premierę drugiej.

„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora

Borsucze opowieści

Temat ważny, autor ekspert, choć jeśli ktoś zna inne jego książki dla dzieci, wie, że będzie śmiesznie. A nierzadko bardzo śmiesznie. Tomasz Samojlik, biolog, popularyzator przyrody, a także rysownik i twórca komiksów („Tarmosię” zilustrowała akurat Ania Grzyb”), autor głośnej serii „Żubr Pompik”, komiksowej „Ryjówki przeznaczenia” czy „Norki zagłady”. Jeśli Samojlika nie znacie, a uśmiechacie się przeczytawszy te dwa ostatnie tytuły, to już wiecie, czego się po tym autorze spodziewać. Tym razem poznajemy rodzinę borsuków, same indywidua: tata, mama, przyszywany dziadek – każdy ma tu coś za uszami. A poznajemy tę oryginalną rodzinkę akurat wtedy, kiedy najmłodszą borsuczkę Tarmosię budzi z zimowego snu dziwny hałas. Na wiosnę sprawy jeszcze bardziej zaczynają się komplikować. Coś się w lesie dziwnego dzieje, tylko co? Do borsuków zaglądają, szukając schronienia, lisi imigranci z gromadką szczeniaków o wdzięcznych imionach Onomatopeja, Propedeutyka, Multiplikator i Horoskop („Mąż wybierał imiona” – wyjaśnia lisica, widząc zdziwienie Tarmosi). Bajka z pro ekologicznym morałem, w której autor przemyca sporo ciekawostek ze świata przyrody.

„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora

Mieszkańcy spod podłogi

Tym razem książka nie do czytania, a do słuchania. Klasyka literatury dziecięcej, słynna seria o Pożyczalskich, na której wychowało się już kilka pokoleń. Opowieść o maleńkiej rodzinie mieszkającej pod podłogą, w domu własnoręcznie wybudowanym i wyposażonym w przedmioty, które „pożyczyli” od pełnowymiarowych domowników. Dzięki tym bohaterom stworzonym na początku lat 50. XX wieku przez Mary Norton wiele z nas nadal łapie się na tym, że kiedy zniknie nam spinka, szpilka, naparstek, kartka z papeterii, chusteczka czy mydelniczka, odruchowo myślimy, że stoją za tym oni. Kartka posłużyła im za tapetę, mydelniczka za wannę, z okruszka chleba nastoletnia Arietta zrobiła sobie kanapkę. Czas zarazić tą genialną historią kolejne pokolenia. I właśnie jest okazja: w nowym tłumaczeniu „Pożyczalskich” czyta Edyta Jungowska. Aktorka od lat nagrywa i produkuje doskonałe słuchowiska dla dzieci, na czele z „Dziećmi z Bullerbyn”, bezsprzecznie najbardziej popularnym dziecięcym audiobookiem w naszym kraju. Pierwsza i druga część z pięciotomowego cyklu Mary Norton o losach maleńkiej rodziny, wydawnictwo miłe nie tylko dla ucha, ale i oka, bo wzbogacone o ilustracje Emilii Dziubak już są dostępne. Wkrótce kolejne.

„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska

Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham

To z wszystkich dotąd poleconych propozycja dla najmłodszych dzieci, bo już dwulatków. Napisana przez Trish Cooke, Brytyjkę z afrykańsko-karaibskimi korzeniami, osobowość telewizyjną, scenarzystkę, autorek sztuk i właśnie książeczek dla dzieci. Super, że ukazała się w Polsce, bo też mało się u nas wydaje pozycji dla dzieci, gdzie postaci miały by inny niż biały kolor skóry. Ale przede wszystkim to historia świetnie pomyślana i skonstruowana, w sam raz dla bardzo małych odbiorców. Jest tu motyw i rytm, który maluchy uwielbiają, co chwila w opowieści pojawia się ktoś nowy – dzwoni dzwonek i ten ktoś pojawia się w drzwiach. A kuku! Wujek, ciocia, babcia, kuzyni. Mamy więc element zaskoczenia, krótkie zdania, z których jedno za każdym razem się powtarza: to tytułowe „najmocniej na świecie”. Dom wypełnia się krewnymi, wesołymi, głośnymi i każdy przytula, każdy bierze na ręce, tańczy i śmieje się do dziecka, wokół którego wszystko to się toczy, dziecka uwielbianego, całowanego, kochanego „najmocniej na świecie”. Czyta się to maluchowi doskonale, a i samemu korzysta się z dobrodziejstw tej ogromnej zawartej w książeczce dawki radości i miłości.

„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry

  1. Psychologia

A co, jeśli… Dlaczego tak często towarzyszy nam lęk?

Duński filozof Søren Kierkegaard zidentyfikował strach jako uczucie, które ogarnia człowieka, kiedy spogląda w przepaść. Ryzyko jest proste: co, jeśli spadnę? Lęk z kolei powstaje na samą myśl o tym, że to ja tam stoję i spoglądam w dół, że to ja narażam się na ten widok i to ode mnie zależy, czy będę dalej patrzył – a może zrobię krok i skoczę? (fot. iStock)
Duński filozof Søren Kierkegaard zidentyfikował strach jako uczucie, które ogarnia człowieka, kiedy spogląda w przepaść. Ryzyko jest proste: co, jeśli spadnę? Lęk z kolei powstaje na samą myśl o tym, że to ja tam stoję i spoglądam w dół, że to ja narażam się na ten widok i to ode mnie zależy, czy będę dalej patrzył – a może zrobię krok i skoczę? (fot. iStock)
„A co, jeśli?” jest narzędziem, dzięki któremu myśli radzą sobie z niepewnością. Wyobrażamy sobie rzeczy, które ewentualnie mogłyby się zdarzyć lub mogą się zdarzyć. Szacujemy prawdopodobieństwo, ważymy ryzyko – pisze w książce „Co, jeśli…? Dlaczego strach i niepokój rządzą naszym życiem” Roland Paulsen, profesor socjologii.

Na przestrzeni dziejów ludzi coraz wyraźniej zajmowały kwestie a co, jeśli?. Nie dalej jak w latach 70. XX wieku szacowano, że problem natrętnych myśli dotyczy od 0,005 do 0,05 procenta ludności Stanów Zjednoczonych. Było wówczas mało prawdopodobne, że praktykujący psycholog kiedykolwiek przyjmie w swoim gabinecie pacjenta z nerwicą natręctw. W 1973 roku pewien amerykański naukowiec pisał, że to „bez wątpienia jedna z najrzadziej spotykanych form zaburzeń psychicznych”.

Obecnie Światowa Organizacja Zdrowia umieszcza zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne na liście najczęściej występujących problemów psychicznych. W większości ankiet wychodzi, że od około 2 do 3 procent mieszkańców Zachodu kwalifikuje się do postawienia tej diagnozy. Natręctwa są tylko jednym z wielu przejawów tego samego wzorca myślowego co niepokój, który zaczyna się od a co, jeśli? i skutkuje analizą ryzyka, co czyha w ukryciu. Przez lata wiele z tych a co, jeśli? dorobiło się konkretnych nazw.

  • „Co, jeśli ból głowy ma związek z zapaleniem opon mózgowych?” to hipochondria.
  • „Co, jeśli zapadająca wokół cisza wynika z tego, że nikt mnie w zasadzie nie lubi?” nazywamy fobią społeczną.
  • „Co, jeśli teraz umrę?” nosi nazwę zespołu lęku napadowego.

Z czasem doszło do rozmnożenia diagnoz, żeby oznaczyć różne wariacje na ten sam temat. Jeśli zebrać wszystkie tak zwane zaburzenia lękowe, gdzie a co, jeśli? stanowi kognitywny wspólny mianownik, to szacunkowo około jedna trzecia Europejczyków choć raz w życiu była nimi dotknięta, a w skali globalnej zaburzenia lękowe stanowią najbardziej rozpowszechnioną formę schorzeń psychicznych.

Nazywanie takich lęków „zaburzeniami” wymaga pewnej poprawki. „Zaburzenia” polegają bowiem przede wszystkim na tym, że dana osoba źle się czuje przez to swoje a co, jeśli?. Ktoś, kto myśli: „a co, jeśli nadejdzie apokalipsa zombie?” i kopie w ogrodzie bunkier, z punktu widzenia diagnostyki nie ma zaburzeń, o ile to zachowanie nie przeszkadza jemu samemu. Wręcz przeciwnie: może dorobić się społecznego uznania i oprzeć swoją tożsamość na awersji do ryzyka.

Lęk a strach

Lęk zawiera informację o sobie samym. Przeświadczenie, że ryzyko nie jest iluzoryczne, można równie dobrze nazwać świadomością. We wszelkim lęku kryje się świadomość niepewności. Tak jak zachodzi ryzyko, że słońce nie wzejdzie następnego dnia... Katastrofa może się nam przydarzyć w dowolnej chwili. To, że jakaś osoba cierpiąca na hipochondrię zwraca się do lekarza po raz siedemdziesiąty piąty, bo podejrzewa u siebie raka, nie zmienia wcale faktu, że przy siedemdziesiątej szóstej wizycie naprawdę może zostać u niej wykryty nowotwór. Jeśli wliczy się w to mniej magiczne zagrożenia: śmierci, choroby czy nieszczęścia, to prawdopodobnie choć raz w życiu przydarzy nam się coś potwornego. Prawdziwym urojeniem jest więc postrzeganie świata jako bezpiecznego.

Ale lęk nie kryje w sobie tylko świadomości o niezliczonej liczbie otaczających nas momentów ryzyka. Wiąże się też z naszymi własnymi działaniami i tym, co robimy z tymi zagrożeniami. Pod tym względem lęk różni się od strachu.

Duński filozof Søren Kierkegaard zidentyfikował strach jako uczucie, które ogarnia człowieka, kiedy spogląda w przepaść. Ryzyko jest proste: co, jeśli spadnę? Lęk z kolei powstaje na samą myśl o tym, że to ja tam stoję i spoglądam w dół, że to ja narażam się na ten widok i to ode mnie zależy, czy będę dalej patrzył – a może zrobię krok i skoczę?

W stanach lękowych kryje się nie tylko ryzyko, że coś się stanie, lecz także refleksja o nas samych. Co zrobię? Dlaczego o tym myślę? Czy tracę rozum? Wraz z tymi pytaniami mającymi na celu zgłębienie samego siebie budzi się, według Kierkegaarda, „zawrót głowy spowodowany przez wolność”.

Podobny tok myślenia uwidacznia się też w buddyjskiej nauce o bezsilności wobec anicca – prostego faktu, że nic na świecie nie jest trwałe i w końcu dochodzi do tragedii pod postacią naszej śmierci. W lęku wyraża się brak akceptacji dla przemijalności. Dostrzegamy niebezpieczeństwo i jesteśmy poruszeni swoim poruszeniem – spirala sama się nakręca, podczas gdy my staramy się znaleźć sposób na zneutralizowanie zagrożenia. W ten sposób wszelki lęk jest krążeniem natrętnych myśli między obsesją (fiksacją na punkcie tego, co nieprzyjemne) i kompulsją (próbą zneutralizowania tego, co nieprzyjemne).

Krąg myślowy przepełniony lękiem

Zainspirowani buddyzmem guru od dawna wskazywali, że to krążenie lęków nie jest patologiczne w znaczeniu „nienormalne”. Wręcz przeciwnie. Większość naszych myśli, nawet u formalnie „zdrowych” osób, krąży między dostrzeganiem przyszłych problemów a ich neutralizowaniem. Towarzyszy nam to niczym nieustanne mamrotanie w głowie. Ten szum jest tak silny, że może przesłaniać znaczenie wszelkich zewnętrznych uwarunkowań. Nie liczy się więc, gdzie jesteśmy – czy leżymy na łóżku w miękkiej pościeli i wsłuchujemy się we własny oddech, czy spotykamy się z przyjaciółmi w luźnej atmosferze, czy też obserwujemy wędrówkę zorzy polarnej po niebie. Mamrot może to wszystko obrócić w koszmar.

Trwa to jednak nadal. Niezliczoną liczbę razy powtarzamy jeden krąg myślowy i nic nie przeszkadza nam w wałkowaniu go po raz kolejny, chociaż bardziej odpowiedzialnie by było dać sobie z tym spokój. Takie mentalne, niekończące się przetwarzanie zlewa się w ten sposób z tym, co traktujemy jako swoje „ja”. Potok myśli, którym jedynie z trudem da się kierować i który różni się w zależności od niekontrolowanych wrażeń w teraźniejszości i przeszłości, staje się naszym wewnętrznym centrum. Identyfikujemy się z głosem w swojej głowie, który emanuje jakby z mózgowej dyspozytorni i tworzy historie o tym, kim jesteśmy.

Ten ból głowy od tak dawna towarzyszy człowiekowi, że my – buddyści, stoicy, filozofowie egzystencjalni, psychoanalitycy, behawioryści – zaczęliśmy go postrzegać jako coś egzystencjalnego.

Będę tu dowodzić, że ten ból wcale nie jest egzystencjalny. Nie zawsze zajmowały nas takie pytania jak to, kim „naprawdę” jesteśmy i co może się wydarzyć w przyszłości. Nasz wewnętrzny krytyk i wieczna podejrzliwość wobec samych siebie jawią się – z perspektywy historycznej – jako nowe zjawiska. Podobnie jak zajmowanie się przez nas katastrofami przyszłości.

Warto zauważyć, że około dwustu tysięcy lat temu ludzie żyli jako nomadzi. Przez długi, długi czas pokarm trzeba było zbierać codziennie. Bez rozwiniętego rolnictwa – a więc i plonów do przechowywania – nie tylko trudno było coś zaplanować na więcej niż kilka dni do przodu, ale nie miało to również sensu. W związku z luźnymi więziami społecznymi, licznymi przegrupowaniami i słabą lub nieistniejącą hierarchią zaawansowane konstrukcje „ja” nie miały na czym się oprzeć. Wszystko wskazuje na to, że u tych nielicznych, którzy w XX wieku wciąż tak żyli, nie było większego zapotrzebowania na zrytualizowane praktyki mediacyjne ani na psychodeliczną transcendencję ego. Żyli chwilą teraźniejszą.

Fragment książki „Co, jeśli…? Dlaczego strach i niepokój rządzą naszym życiem”.

Książka Rolanda Paulsena to nie tylko spojrzenie na kulturową i historyczną ewolucję lęku, ale także wezwanie do działania, by walczyć ze społeczną epidemią.

Co, jeśli zostawiłam włączone żelazko i mój dom spłonie? Co, jeśli wybrałam niewłaściwego partnera? Co, jeśli stracę pracę?

Zadając pytanie, „co, jeśli”, nasz mózg kalkuluje ryzyko, wyobrażając sobie rzeczy, które mogą się przydarzyć, ale według autora nie jesteśmy obecnie przystosowani do życia w takiej niepewności. W ciągu ostatniej dekady liczba ludzi z depresją wzrosła na całym świecie o 20 procent, a depresja jest niechlubnym numerem jeden na liście przyczyn słabego zdrowia ludzkości.

Nie zawsze tak było. Co się zmieniło? Teoretycznie sytuacja finansowa globalnie cały czas się poprawia, podobnie jak warunki życia. Jednak poziom lęku stale wzrasta i ludzie nieustannie zadają sobie pytania: „co, jeśli”.

  1. Psychologia

Nie bój się bać!

Wielu rzeczy, których życie nam dostarcza, w ogóle nie chcemy, udajemy, że ich nie ma, uciekamy przed nimi, a przede wszystkim boimy się (fot. iStock)
Wielu rzeczy, których życie nam dostarcza, w ogóle nie chcemy, udajemy, że ich nie ma, uciekamy przed nimi, a przede wszystkim boimy się (fot. iStock)
Moim pierwszym wspomnieniem jest lęk. Mam jakieś dwa lata, siedzę na nocniku i przeżywam panikę z powodu samotności i pozostawienia. Nikogo przy mnie nie ma! Teraz wiem, że pewnie niania wyszła wtedy na chwilkę do sklepu, ale dla małego to wieczność. Na szczęście drugim świadomym wspomnieniem jest zachwyt nad pięknością zielonego trawnika z żółtymi mleczami. Długo moje życie oscylowało między lękiem a zachwytem.

Jako dzieci przeżywamy wszystko po raz pierwszy. Jako gatunek dostajemy w wyposażeniu lęk egzystencjalny; przed ogromem wszechświata, przed naszą w nim maleńkością i znikomością, brakiem odpowiedzi na pytanie o sens istnienia. A jeśli się jeszcze doda do tego przeróżne indywidualne historie życiowe, pełne niezrozumień, niedokochań, strat, katastrof i udręk – musimy uszanować i docenić nasze strategie przetrwania, które pozwoliły nam dotrzeć do dnia dzisiejszego. Brawo za naszą dzielność, upór, odwagę i inteligencję w wytwarzaniu wszelkich mechanizmów obronnych!

Ale też biada nam, bo się do tych mechanizmów tak przywiązaliśmy, tak się nimi automatycznie posługujemy, że czasem nazywamy je, o zgrozo, swoją istotą! Jak wrócić do SIEBIE? Jak żyć, czerpać ze swej prawdziwej istoty, a nie z krzywych podpórek, które już się przeżyły i przeszkadzają, zamiast pomagać?

Ponieważ spotykały nas krzywdy, nauczyliśmy się im zaprzeczać, racjonalizować je, wypierać, tłumić lub odwrotnie – rościć sobie z ich powodu specjalne prawa, na zmianę usprawiedliwiać i potępiać siebie i innych.

Wielu rzeczy, których życie nam dostarcza, w ogóle nie chcemy, udajemy, że ich nie ma, uciekamy przed nimi, a przede wszystkim boimy się. Starości i starzenia się, śmierci i umierania, choroby, ubóstwa, zdrady, osamotnienia, porażki, błędu, braku wygranych, krytyki, odrzucenia, bezradności…

Będę w tym miejscu dzielić się z wami swoją wiedzą o tych lękach. Ogromnie mi zależy na tym, żebyśmy je szanowali, ale nie ulegali im, liczyli się z nimi, umieli je nazwać i przeżyć, ale nie byli ich ofiarami.

W świetnej książce A.A. Milne’a (tak, tego od Kubusia Puchatka) pt. „Dwoje ludzi” mąż co prawda kocha swoją żonę, ale jej ciągle nie docenia. Aż do dnia, kiedy biorą udział w poważnej dyskusji z przyjaciółmi o tym, co jest najważniejsze w życiu. Ktoś mówi miłość, inny pieniądze, następni zdrowie, rodzina, bezpieczeństwo… Nagle odzywa się żona: „Najważniejsze to się nie bać!”. Wszyscy milkną z szacunkiem i przyznają jej rację.

Zapamiętałam. I tę prawdę, że z orzekaniem o cudzej mądrości lepiej się nie spieszyć, i tę, jak piekielnie ważne jest NIE BAĆ SIĘ. Można mieć miłość, pieniądze, zdrowie, rodzinę i zewnętrzne bezpieczeństwo, ale jeśli czujemy lęk – zje on radość i zadowolenie ze wszystkiego.

Jest także jednak lęk zdrowy, konieczny do tego, by zachować życie. Ten, który nam nie pozwala włazić po nocy w ciemne, nieznane miejsca czy wsadzać palca w kontakt albo w ogień. Lęk mądry, bez którego bylibyśmy szaleńcami. I jest też ten lęk, do którego odwołuje się umowa społeczna i wychowanie dzieci – że zostaniemy sami, jeśli nie będziemy pasować. Władza, jaką on daje innym nad naszym życiem, jest często nadużywana i przez naszych opiekunów, i przez tych, którzy nami rządzą. Jednak nasza wrażliwość, potrzeba przynależności i bliskości pozwalają nam tworzyć społeczeństwa i wspólnoty, a także rodziny i partnerstwo. Bez tego lęku jest psychopatia.

NIE BAĆ SIĘ to znaczy móc przeżyć lęk i nie stać się jego ofiarą. Trafiłam na cudowny tekst o lęku w „Diunie” Franka Herberta. Pomaga mi zawsze. „Nie wolno się bać. Strach zabija duszę. To mała śmierć a wielkie umieranie. Stawię mu czoła. Niechaj przejdzie po mnie i przeze mnie. A kiedy przejdzie, obrócę oko mojej jaźni na jego drogę. Którędy strach przeszedł, niczego już nie będzie. Tylko ja pozostanę”.

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym

  1. Zwierciadło poleca

Odbudować relacje społeczne - rusza kampania „Szkoła-od-nowa”

Za prawdziwymi kontaktami z równieśnikami młodzież w pandemii tęskniła najbardziej. (Fot. iStock)
Za prawdziwymi kontaktami z równieśnikami młodzież w pandemii tęskniła najbardziej. (Fot. iStock)
Wraz z powrotem uczniów do szkół rusza ogólnopolska kampania społeczna „Szkoła-od-nowa”. Jej celem jest ułatwienie dzieciom i młodzieży funkcjonowania w szkole po roku przymusowej nauki zdalnej, pomoc w naprawie relacji społecznych i powrocie do zdrowia psychicznego.

Nie ma dla nas dorosłych teraz nic ważniejszego niż pomoc dzieciom i młodzieży w powrocie do równowagi psychicznej – mówi Joanna Węglarz, psycholog i pomysłodawczyni kampanii „Szkoła-od-nowa”. - Szkoła po pandemii będzie inna, ponieważ COVID-19 nieodwracalnie zmienił świat, w którym żyjemy. Nauczyciele i uczniowie muszą się dostosować do nowej szkoły, by była miejscem, które uczy i rozwija społecznie. Dlatego kilkunastu ekspertów w zakresie psychologii, pedagogiki, zdrowia psychicznego, terapeutów i wykładowców akademickich zaangażowało się w kampanię społeczną „Szkoła-od-nowa”, by dzielić się swą wiedzą z nauczycielami i rodzicami. - dodaje ekspertka.

Celem kampanii społecznej „Szkoła-od-nowa” jest zwrócenie uwagi, jak ważna jest kwestia zdrowia psychicznego oraz rozwoju społeczno-emocjonalnego dzieci i młodzieży - bycia w grupie, kontaktów z rówieśnikami i współpracy, a także podjęcie działań, które pomogą uczniom wrócić do szkoły stacjonarnej po roku przymusowej edukacji zdalnej - Rozwój umiejętności społecznych dzieci i młodzieży w czasie pandemii został zaburzony, u niektórych opóźniony albo wręcz wstrzymany. Konsekwencje tego zobaczymy tak naprawdę dopiero za kilka lat. Rzeczywistość w dalszym ciągu jest mało przewidywalna i mało optymistyczna, dlatego tak ważne jest, byśmy umieli pomóc dzieciom i młodzieży powrócić do życia w społeczeństwie i zaspokoić ich podstawowe potrzeby bezpieczeństwa, przynależności i samorealizacji, bo one w głównej mierze wpływają na prawidłowy rozwój i zdrowie psychiczne – dodaje Joanna Węglarz.

W ramach kampanii, na stronie szkola-od-nowa.pl są udostępniane bezpłatnie dla wszystkich nauczycieli, rodziców, dzieci i młodzieży m.in.:

  • nagrania wideo ekspertów dotyczące tego jak przygotować się do nauki stacjonarnej w sytuacji pandemicznej;
  • materiał na temat technik relaksacyjnych na godzinie wychowawczej;
  • scenariusze godziny wychowawczej dla szkół podstawowych, średnich oraz szkół specjalnych i oddziałów integracyjnych;
  • ebook dla nauczycieli „Jak wspierać rozwój społeczno-emocjonalny uczniów?”;
  • ebook dla rodziców „10 strategii dla wypalonych rodziców”;
  • wyniki badań na temat wpływu pandemii i nauki zdalnej na dobrostan uczniów i nauczycieli;

Badania* pokazują, że dzieci i młodzież są w złej kondycji psychicznej. Rok izolacji społecznej spowodował, że prawie 100 proc. uczniów ma problemy ze snem, blisko 80 proc. z odżywianiem, 70 proc. ma wahania nastroju, a ok. 40 proc. problemy z koncentracją. U 10% zaobserwowano symptomy depresyjne, a u 18 proc. zaburzenia psychosomatyczne (bóle głowy, brzucha, brak energii i zdenerwowanie). 60 proc. uczniów źle ocenia naukę umiejętności praktycznych podczas nauczania zdalnego, a 70 proc. mówi o pogorszeniu relacji społecznych z rówieśnikami. Ponad połowa przyznała, że czuje się przeładowana otrzymywanymi treściami, a aż 66 proc. korzysta z urządzeń elektronicznych przed pójściem spać.

*Badanie realizowane w szkołach podstawowych i ponadpodstawowych w Polsce, w okresie od  12 maja do 12 czerwca 2020 r, w trzech grupach składających się z uczniów, nauczycieli i rodziców (łącznie ok. 3000 osób), oraz badanie pod patronatem Rzecznika Praw Dziecka przeprowadzone metodą CAWI na panelu internetowym w dniach 25-28 grudnia 2020 roku na reprezentatywnej grupie ponad 2000 uczniów wieku 15-18 lat oraz rodziców posiadających dzieci w tym wieku.

Joanna Węglarz - psycholog, specjalista psychologii klinicznej, wykładowca akademicki, trener i terapeuta EMDR, posiada ponad 17 lat doświadczenia w pracy z dziećmi, młodzieżą i osobami dorosłymi.Joanna Węglarz - psycholog, specjalista psychologii klinicznej, wykładowca akademicki, trener i terapeuta EMDR, posiada ponad 17 lat doświadczenia w pracy z dziećmi, młodzieżą i osobami dorosłymi.