1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Droga do męskości. Gdzie jest granica między światem chłopca a mężczyzny?

Droga do męskości. Gdzie jest granica między światem chłopca a mężczyzny?

Oddanie szacunku synowi może być najwspanialszym darem od ojca, a jego wyrazem może być męska wyprawa i świadome wprowadzenie syna w męski, dorosły świat. (Fot. iStock)
Oddanie szacunku synowi może być najwspanialszym darem od ojca, a jego wyrazem może być męska wyprawa i świadome wprowadzenie syna w męski, dorosły świat. (Fot. iStock)
Kiedyś ojciec przeprowadzał przez nią syna, a przejście uświęcał rytuał inicjacji, ważny dla obydwu z nich. Jak jest dzisiaj? 

Artykuł archiwalny.

Wojciech Eichelberger, w książce „Zdradzony przez ojca”, zwraca uwagę na fakt, że dziewczynki przechodzą inicjację w sposób naturalny. Zaczynają miesiączkować, pojawia się krew, ból menstruacyjny – i towarzyszące mu przekonanie: „Jestem kobietą”. Niepodważalne. „Mężczyznom nic tak dramatycznego i potężnego samo z siebie się nie przydarza” – zauważa psychoterapeuta i przytacza opis inicjacji odbywającej się w prymitywnych plemionach po dziś dzień.

Od dzieciństwa chłopcom powtarza się historię, jakoby gdzieś w lesie ukrywał się okrutny potwór, który czyha tylko na okazję, by ich porwać z rodzinnego domu i zabić. I pewnego dnia rzeczywiście: nastoletni chłopcy są uprowadzani przez grupę odzianych w straszne maski, wymalowanych postaci. Nie wiedzą, że to dorośli mężczyźni z plemienia, przebrani, odgrywający tylko rolę potworów. Przez kilka dni naprawdę się boją. Ten strach, samotność, konieczność współpracy w grupie rówieśników przeciwko wspólnemu wrogowi – sprawiają, że wracają do wioski odmienieni. To już nie dzieci pod opieką matki, ale młodzi mężczyźni.

Taka inicjacja z chłopca w mężczyznę wymaga, by opiekun – np. ojciec – pozwolił synowi oderwać się od ciepłego domu, objęć mamy, by dał mu szansę spróbowania swoich sił. Czy w dzisiejszych czasach można tego dokonać? I czym zastąpić dawny rytuał inicjacji? Może dobrym pomysłem jest...

…męska wyprawa

Nordkapp. Przylądek Północny, kilkaset kilometrów za kołem podbiegunowym. Stromy klif wcinający się w wody Morza Norweskiego. Skały, wiatr, przeraźliwe zimno... I metalowy glob – kula ziemska, do której pielgrzymują turyści z całego świata. Bo Nordkapp to miejsce szczególne – koniec międzynarodowej trasy E69 i symboliczny kraniec Europy.

Połowa sierpnia, nocą temperatura spadała do minus siedmiu stopni Celsjusza. W powietrzu wirowały ogromne płatki śniegu, a oni, we trzech, trzęśli się w land roverze. Wichura biła w samochód, momentami mieli wrażenie, że po prostu przesuwa go po płycie parkingu jak drewnianą zabaweczkę.

To była prawdziwie męska wyprawa… Jarosława Kawczyńskiego, jego syna Bartka (15 lat) i przyjaciela Bartka – Michała. Pojechali na Daleką Północ, na Nordkapp. Dlaczego? Bo czasem trzeba pojechać bardzo daleko, żeby odnaleźć… bliskość.

Gdy między ojcem i synem iskrzy

Kawczyńscy mieszkają pod Warszawą – Jarek z żoną Agatą prowadzi kancelarię notarialną. Mają czwórkę dzieci, psa, dwa warany i dwa węże. Lubią wycieczki – zjeździli całą Turcję, kawał Chorwacji, włóczą się też czasami po Polsce. Starają się spędzać czas aktywnie. Pływają na canoe, jeżdżą konno, chodzą po górach.

– Mam świetny kontakt z dzieciakami. Zawsze mi się wydawało, że dobry ojciec to fajny kumpel, który proponuje synom ciekawe zajęcia – tłumaczy Jarek.

Więc proponował latanie na motolotni, ale najstarszy syn, Bartek, wolał pilotowanie małej awionetki. Tata wymyślił Aikido – Bartek wolał boksować. W rodzinie zapanowała więc konsternacja. Gdzie tu boksować? W salonie stoi pianino, a boks to sport brutalny. I tak dalej…

– Jarek chciał spełnić chłopięce marzenie. Gdyby jego ojciec dawniej zaproponował mu coś takiego, to góry przenosiłby ze szczęścia – mówi Agata i dodaje, że pomysł wyprawy dojrzał, kiedy zaczęły się napięcia między Jarkiem a Bartkiem. Kłócili się o wszystko. Wtedy Agata pomyślała, że trzeba ich wysłać na jakaś wyprawa, podczas której sami musieliby zadbać o jedzenie, nocleg..., żadne tam łóżka z czystą pościelą. Chodziło o prawdziwą przygodę, zew natury. I o to, żeby pobyli razem. Zdani tylko na swoje towarzystwo.

Wybór padł na Laponię. Jarek mieszkał tam dwa lata po zakończeniu studiów. Zapamiętał ją jako dzikie miejsce: bezkresne przestrzenie, puste drogi, które przecinają stada reniferów, lokalne knajpki z piwem i rybami, prowadzone przez rosłych właścicieli o wyglądzie Wikingów. I przyroda. Nieujarzmiona, niedostępna, piękna. Zapragnął pokazać ten świat Bartkowi.

– To miał być rodzaj sprawdzianu. Chciałem, żeby Jarek kupił bilety na prom, zrobił zakupy… coś sam załatwił. W dodatku sam by się przekonał, na ile jest odpowiedzialny, samodzielny – przyznaje Jarek.

W niedzielę zapadła decyzja, w poniedziałek siedzieli już w samochodzie, w drodze w kierunku wschodniej granicy. We trzech, z przyjacielem i rówieśnikiem Bartka, Michałem Macutkiewiczem.

Inicjacja to nie jest łatwa sprawa

Jarek nie ingerował w żadną decyzję syna. Powstrzymał się, choć język go świerzbił, gdy zobaczył, że Bartek wrzuca do plecaka… jedynie bawełniane bluzy. To prawda – w Warszawie było ponad trzydzieści stopni, ale tam daleko… Nic nie powiedział. Oczywiście, znając tereny, na które się wybierali, wiedział, że kupienie ciepłych ubrań nie będzie stanowiło problemu. Nie chciał, żeby syn drżał z zimna – chciał natomiast, żeby zrozumiał… że czas pakowania walizek przez rodziców się skończył.

Pierwszego dnia przejechali Litwę. Na nocleg chcieli zatrzymać się w Tallinie. Ale złapała ich potworna nawałnica. Droga wiodła nad samym Bałtykiem. Czasami, spomiędzy kurtyn deszczu, błyskała im jego powierzchnia: spienione fale, czarna kipiel… Woda lała się strugami po przedniej szybie. Jarek zdecydował, że będzie lepiej, gdy zatrzymają się na nocleg na pierwszym dogodnym parkingu, i prześpią w aucie.

– Ten parking był około stu metrów od morza. Fale podchodziły czasami prawie pod sam asfalt! A jaki był łoskot! W środku nocy gdzieś blisko uderzył piorun. Rankiem dopiero okazało się, że uderzył ledwie kilkadziesiąt metrów od nas – opowiada Bartek.

Chłopcy mieli niespecjalne miny, szykując się do snu – do pierwszej nocy bez prysznica i wygodnego łóżka. Dopiero wtedy zrozumieli, że to nie przelewki, a naprawdę poważna wyprawa. Może – przełomowa w ich życiu?

Jarek jeden jedyny raz pożałował tego, że tak zaufał synowi. Zatrzymali się w Finlandii – jeszcze przed kołem podbiegunowym – bo Jarek chciał pokazać chłopakom, jak wygląda przejście lasu liściastego, mieszanego w tundrę. Stanęli na poboczu, a Bartek z Michałem pobiegli w głąb lasu. I… przepadli.

– Odchodziłem od zmysłów. Plułem sobie w brodę za to bajanie o odpowiedzialności, i w ogóle. Jak ja ich znajdę? Jak spojrzę w oczy Agacie? – opowiada.

Miotał się przy aucie przez godzinę. Planował dzwonić na policję, do Polski… A tymczasem chłopcy znaleźli się sami. Przez cały ten czas doskonale wiedzieli, gdzie są – bawili się z dala od szosy, skacząc z kilkumetrowych głazów w gruby, sprężysty mech. Tak jak poprzednio podczas pakowania, Jarek znowu zagryzł zęby. Obyło się bez awantury.

Podróż po szacunek

Nocowali na Nordkapp.

– Rano chłopcy postanowili wykąpać się w Morzu Norweskim, u podnóża klifu. Temperatura oscylowała w okolicach zera… Kąpiel trwała trzydzieści dwie sekundy. Rozebrali się, wbiegli do morza i jeszcze szybciej z niego wybiegli – śmieje się Jarek.

Zwiedzili jeszcze Helsinki i Wilno, z którego przywieźli cały bagażnik chlebów (pół piekarni wzruszyło się, patrząc, jak Polacy ładują samochód po dach chlebem wileńskim).

Cała podróż trwała sześć dni, ale to wystarczyło, żeby wrócili odmienieni.

Opowiada Bartek: – Lepiej się z tatą poznałem. Spędziliśmy razem tyle dni i nocy na malutkiej przestrzeni… Czuję, że on mnie teraz traktuje inaczej niż wcześniej. Chyba ma mnie za doroślejszego. Z  jednej strony jestem szczęśliwy, z drugiej – wiem, że teraz tata oczekuje ode mnie większej odpowiedzialności. Czuję na sobie ten ciężar.

Dzięki tej podróży Jarek uzmysłowił sobie kilka spraw: – Dotarło do mnie przede wszystkim, że Bartek to zupełnie nowe pokolenie. Jak kiedyś jeździłem za granicę, zawsze miałem kompleksy: że nie znam dobrze języka kraju, w którym przebywałem, mało wiem o świecie… A to nie zawsze była prawda. Takie typowe dla Polaka poczucie niższości. Tymczasem młodzi są inni: nawiązują kontakt na równorzędnym poziomie – z Niemcem, Duńczykiem, Finem… O każdej porze dnia, nawet o północy, zalogują się do internetu, poprzełączają się między tymi serwerami i wszystko wiedzą: o której prom, ile kosztuje bilet. W tym sensie radzą sobie lepiej ode mnie – dodaje.

Dotarło do niego coś jeszcze. – W te wakacje zrozumiałem, że Bartek to już nie dziecko. Widziałem, jak patrzyły na niego dziewczyny na promie, słuchałem rozmów chłopaków… To są młodzi, jeszcze niedojrzali, ale już… mężczyźni. Dla ojca to powód do dumy!

Jarek przyznaje też, że dopiero podczas wspólnej wyprawy zrozumiał, że jego syn jest zupełnie odrębnym bytem. Że może chcieć, marzyć inaczej niż on. I że ma prawo do tej odrębności. Dla wielu to oczywistość, dla niego to było olśnienie.

Zdaniem Roberta Bly, amerykańskiego poety i autora książki „Żelazny Jan” – wielu mężczyzn żyje w przekonaniu, że nie sprawdzili się jako ludzie – a dzieje się tak dlatego, że nie czują się szanowani przez tych, których kochali, którzy byli im bliscy. W tym sensie oddanie szacunku synowi może być najwspanialszym darem od ojca – po który warto jechać setki kilometrów. Nawet na kraniec Europy.

Ojciec i syn jak alpiniści

Bardzo podoba mi się historia tej wyprawy. Pewnie też dlatego, że coraz rzadziej słyszy się o ojcach, którzy świadomie wprowadzają synów w męski, dorosły świat. A szkoda – bo to piękne opowieści. Jako terapeuta zastanawiam się: jakie korzyści może mieć młody chłopak z takiej podróży?

Na pewno cenne jest modelowanie zachowań w trakcie wspólnej wyprawy. Ojciec i syn konfrontują się z sytuacjami trudnymi, niezwykłymi, a czasem nawet nieco niebezpiecznymi, jak noclegi na parkingach czy na samym Nordkapp, w bardzo niskiej temperaturze. To jest okazja, żeby młody chłopak mógł się sprawdzić. I wygrać – świadomość, że sobie poradził, choć nie było łatwo. Ważne jest to, że podróż dzieje się jednak w warunkach kontrolowanych. Na przykład ojciec pozwala synowi popełnić błąd podczas pakowania plecaka. Bartek nie bierze ciepłych ubrań, ale Jarek wie, że te ubrania kupi się po drodze. Nie naraża syna na ryzyko, jednocześnie – pozwala mu się pomylić, nie przewidzieć czegoś. Nie wypomina mu tego, nie wytyka. To bardzo ważne, idzie za tym komunikat: „Masz prawo do błędu, ale nie przejmuj się, jestem obok”. Ja mógłbym dodać tu tylko tyle: warto następnym razem wspólnie przygotowywać listę rzeczy do zabrania, to buduje partnerstwo, poczucie wspólnoty.

Ojciec i syn – to obraz dwóch alpinistów wspinających się w górę grani. Są połączeni liną, jeden zależny od drugiego. W takim układzie trzeba ufać temu drugiemu – ale jednocześnie mieć świadomość, że i ja nie mogę się potknąć, a w razie czego muszę poświęcić zdrowie, nieraz życie, by partnera ratować. W dobrej relacji ojciec i syn też tak powinno być. Ta podróż na Daleką Północ zbudowała poczucie: międzypokoleniowej wspólnoty, wzajemnego zaufania. Z takich chłopaków jak Bartek – dzięki ojcom jak Jarek – wyrastają silni i fajni mężczyźni. Nie boją się wziąć odpowiedzialności za innych, potrafią dać bliskim poczucie bezpieczeństwa. Ale potrafią się też świetnie bawić… skacząc w tundrze z głazów w miękki mech. 

Wojciech Tomaszewski psycholog, terapeuta. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze