1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nikt nie zna nas tak dobrze, jak brat lub siostra

Nikt nie zna nas tak dobrze, jak brat lub siostra

Pojawienie się drugiego dziecka w rodzinie jest dla tego pierwszego bardzo trudnym przeżyciem. Bo nagle czuje się zdetronizowane, z dnia na dzień traci pozycję tego jedynego, kto nie musiał z nikim dzielić się mamą i tatą. (Fot. iStock)
Pojawienie się drugiego dziecka w rodzinie jest dla tego pierwszego bardzo trudnym przeżyciem. Bo nagle czuje się zdetronizowane, z dnia na dzień traci pozycję tego jedynego, kto nie musiał z nikim dzielić się mamą i tatą. (Fot. iStock)
Nikt nie zna naszych mocnych i słabych stron tak jak brat czy siostra. Przeżyliśmy razem kawał czasu w podobnych warunkach, mamy wspólne geny i doświadczenia. Nasz związek nie da się porównać z żadnym innym.

Anna, mama Filipa (10 lat), Kacpra (8) i Hani (5): – W naszym domu trwa nieustająca wojna. O wszystko: o to, kto posprząta zabawki, kto dostał więcej łakoci, kto ma pierwszy się umyć. Jestem wykończona nieustanną próbą mediacji, pocieszania skrzywdzonego i karcenia winowajcy. Nie skutkują nasze nauki i upomnienia. Zastanawiam się nawet, czy jesteśmy dobrymi rodzicami, skoro nie potrafimy sprawić, aby nasze dzieci żyły w zgodzie, żeby były dla siebie nawzajem miłe i życzliwe.

Siostrzyczka głaszcząca braciszka po główce to obrazek tyleż piękny, co nieprawdziwy. Relacje między rodzeństwem są na ogół bardzo skomplikowane. Rozpięte gdzieś między rywalizacją a współpracą, miłością a nienawiścią, zaufaniem a zazdrością. Czasami nienawiść bierze górę – i Kain zabija Abla, Balladyna – Alinę, a główny bohater filmu „Wymyk” Grega Zglińskiego umywa ręce, gdy na brata napadają bandyci.

Zazdrość i rywalizacja

Większość braci i sióstr na różnych etapach życia drze ze sobą koty. Gryzie ich z tego powodu poczucie winy – wszak powinni się kochać. Wyrzuty sumienia pogłębia przekonanie, że w innych rodzinach relacje układają się świetnie. Tymczasem konflikty między dziećmi to w rodzinach chleb powszedni. Eva Rubinstein, córka światowej sławy pianisty Artura Rubinsteina, najstarsza z czworga rodzeństwa, w jednym z wywiadów przyznaje się do trudnych relacji z najmłodszym bratem. Ma z nim sporadyczny kontakt, choć mieszkają w Nowym Jorku. Wyznaje, że konflikt między nimi istniał zawsze. Podobne przykłady można by mnożyć.

Psycholog Beata Skarżyńska: – To relacja nieporównywalna w swojej intensywności z żadną inną. Targają nią silne emocje: kłótnie, godzenie się, zazdrość, tęsknota. I to jest normalne. Co więcej – takie doświadczenia są dla dzieci ważne i im potrzebne.

Pojawienie się drugiego dziecka w rodzinie jest dla tego pierwszego bardzo trudnym przeżyciem. Bo nagle czuje się zdetronizowane, z dnia na dzień traci pozycję tego jedynego, kto nie musiał z nikim dzielić się mamą i tatą.

Marta Maruszczak w książce „Encyklopedia. Rodzice i dzieci” pod redakcją Marty Pawlus pisze, że zazdrość pojawia się od pierwszego dnia narodzin młodszego dziecka i trwa aż do dorosłości, a nawet do końca życia. Zmieniają się tylko jej formy i natężenie. Maluchy rywalizują o uwagę, czułość rodziców, czas poświęcony każdemu z nich. Kłócą się o zabawki, przysmaki, miejsce przy stole, a nawet „lepszą” rękę mamy podczas spaceru. Kilkulatki dokuczają sobie i spierają się o to, które lepiej potrafi coś robić, które jest mądrzejsze, ładniejsze, bardziej dowcipne i bardziej lubiane przez kolegów. Walczą o przestrzeń we wspólnym pokoju, prezenty, przywileje. Dorastające rodzeństwo konkuruje o przyjaciół, lepszą pozycję w grupie rówieśniczej, powodzenie u płci przeciwnej. Dorośli bracia i siostry porównują swoje pozycje zawodowe, materialne, kto ma zdolniejsze dzieci i lepszych partnerów.

Połączeni na zawsze

Rywalizacja jest kosztowna, wymaga wiele energii, pociąga za sobą nieprzyjemności, wiąże się z psychicznym dyskomfortem. Mimo to dzieci ciągle się kłócą. Co im to daje? Marta Maruszczak wylicza zalety: Na bezpiecznym domowym poligonie dzieci trenują wchodzenie w interakcje, radzenie sobie w trudnych sytuacjach, sprzeczanie się i godzenie – te umiejętności społeczne przydadzą się im potem w życiu. Konkurowanie z rodzeństwem to świetna lekcja asertywności i empatii. Uczy dochodzić swoich praw, ale i respektować prawa innych, co sprzyja rozwojowi inteligencji emocjonalnej, która odgrywa dużą rolę w odnoszeniu sukcesów życiowych. Hartuje, uodparnia na przykrości, ćwiczy refleks, umiejętności formułowania sądów i wyrażania swojego zdania. Uczy radzić sobie z silnymi emocjami (gniewem, zazdrością), zawierania kompromisów i negocjacji. Może dopingować do pracy nad sobą, do wysiłku i wytrwałości.

Rywalizacja jest więc przydatna, ale w rozsądnych granicach. Ta bezpardonowa może wyrządzić nieodwracalne szkody, prowadzić do demoralizacji, poszukiwania rozwiązań poza domem. Może determinować zachowania, uczucia i sposób myślenia o sobie samym w dorosłym wieku. Może przetrwać do końca życia i „rozlać się” na całą rodzinę, co często jest powodem konfliktów, niezgody, wzajemnej wrogości. Dlatego rywalizacji w żadnym razie nie wolno podsycać.

Zwaśnione rodzeństwo, nawet jeśli bardzo chce, nie może raz na zawsze się od siebie odciąć. Braćmi, siostrami zostaje się na zawsze. Niemiecki psychoterapeuta Bert Hellinger mówi, że każde z dzieci przynależy do rodziny pochodzenia. Według jego teorii na poziomie nieświadomym wszyscy członkowie rodziny są ze sobą połączeni – zarówno żyjący, jak i zmarli. Chociaż wszyscy jako ludzie mamy taką samą wartość, to dla „porządku rzeczy” potrzebna jest hierarchia: z rodzicami na szczycie i dziećmi w kolejności urodzenia: pierworodnym na pierwszym miejscu, urodzonym jako drugie na drugim itd. Ostatnie miejsce, które zajmuje najmłodsze dziecko, wcale nie jest najgorsze, a nawet okazuje się lepsze, bo zapewnia mu czerpanie nie tylko od rodziców, ale i od starszego rodzeństwa. Natomiast najwięcej praw ma pierworodne dziecko. Nie tylko zresztą według Hellingera – w większości kultur to je honorowało się największym majątkiem. Ale i na nie spadały największe obowiązki i odpowiedzialność za rodziców.

Czy kolejność narodzin determinuje życie?

Ronald W. i Lois A. Richardsonowie w książce „Najstarsze, średnie, najmłodsze” odpowiadają na to pytanie twierdząco. Z ich badań wynika, że pierwsze dziecko zazwyczaj identyfikuje się z wyznawanymi przez rodziców wartościami i stara się stać takim człowiekiem, jakim oni chcą go widzieć. Drugie dziecko, zwłaszcza jeśli jest tej samej płci, może być postrzegane jako nie tak „dobre” jak pierwsze – mniej kompetentne w robieniu tego, co cenią rodzice. Czasem, jeśli pierwsze dziecko dobrze radzi sobie z rolą „dobrego” (czyli spełnia oczekiwania rodziców), jego brat czy siostra starają się być zauważeni dzięki odgrywaniu roli tego „złego”. Młodsze dzieci natomiast określają siebie w zależności od tego, jakie terytorium zostało już zajęte przez starsze.

Anna, mama przyznająca się do braku pomysłu na poskromienie swojej trójki, zapewnia: – Każde z dzieci traktuję tak samo i tak samo kocham. Ale każde z nich inaczej reaguje na moje uwagi i dyscyplinujące polecenia. Im bardziej jednak się staram, tym konflikty między nimi są większe.

Autorzy książki „Najstarsze…” nie zgadzają się z podobnie jak Anna myślącymi rodzicami: To nieprawda, że traktujecie dzieci tak samo. Zmieniacie się pomiędzy ich narodzinami, zmienia się też świat i warunki, w jakich żyjecie. Dlatego dzieci wychowujecie w odmienny sposób, choć zazwyczaj nie jesteście tego świadomi.

Z kolei same dzieci zdają się to potwierdzać, domagając się jednakowego traktowania, absolutnej równości praw i obowiązków. A rodzice w odpowiedzi na te żądania – podobnie jak Anna – usiłują „dzielić wszystko po równo”. Czy to dobry kierunek? Niekoniecznie. Skrupulatne mierzenie i ważenie wszystkiego wiąże się bowiem z ciągłym porównywaniem, co rodzi jeszcze większą rywalizację i zazdrość. Tym samym rodzice zapędzają się więc w ślepą uliczkę – dzieciom ciągle bowiem za mało „równości”.

Sprawiedliwie nie znaczy jednakowo  

Marta Maruszczak uważa, że traktowanie wszystkich dzieci tak samo nie jest ani mądre, ani wskazane, ani efektywne. Po pierwsze, każde dziecko jest inne, dlatego tak też powinno się je traktować – jako jedyne i niepowtarzalne. I na przykład spędzać trochę czasu z każdym z dzieci sam na sam, mieć jakieś plany i sprawy z każdym z nich z osobna. Jeżeli nie starczy nam czasu dzisiaj, umówmy się na jutro. Po drugie, nie wolno rodzeństwa porównywać. Nic tak bowiem nie psuje relacji pomiędzy nimi jak stawianie jednego za wzór drugiemu. Wtedy to krytykowane czuje się gorsze i nie lubi tego „lepszego”. A poza tym dzieci w końcu zaczynają zachowywać się zgodnie z przypisywaną im rolą. Po trzecie, zamiast obdzielać je po równo, powinniśmy kierować się ich indywidualnymi potrzebami. Po czwarte, nie zapewniajmy, że kochamy wszystkie dzieci jednakowo, bo trąci to fałszem. „Nie musimy każdej niesprawiedliwości tłumaczyć dzieciom, używając racjonalnych argumentów. One nie przyjmują logicznych wyjaśnień, kiedy czują się rozżalone. Okażmy mu wtedy szczególną troskę i zapewnijmy, że kochamy je wyjątkowo. Ceniąc indywidualność każdego dziecka i ciągle podkreślając jego niepowtarzalność, sprawimy, że każde poczuje się tak, jakby było najważniejsze, i przestanie domagać się sprawiedliwości” – pisze Marta Maruszczak.

Rodzeństwo nie jest od wychowywania

Starsze dzieci odbierają pojawienie się na świecie brata albo siostry raczej jako stratę niż zysk. Nie widzą powodu, żeby kochać kogoś, kogo nawet nie znają. Tymczasem oczekuje się od nich zachwytu, miłości, opieki. Jeżeli wyrażają niezadowolenie, rodzice także są niezadowoleni. Taki jest początek relacji większości rodzeństw i efekty tego pierwszego doświadczenia mogą trwać długo.

Beata Skarżyńska: – Oczekiwanie, że bracia i siostry będą się od początku wspierać i opiekować sobą, jest mrzonką. W dodatku mocno dzieci obciążającą. Dzieciństwo to czas, kiedy potrzebuje się opieki, a nie opiekuje innymi, choćby rodzeństwem. Znam dorosłych, którzy mają do rodziców żal o to, że musieli zajmować się młodszym rodzeństwem. Niektórzy nie decydują się na własne dzieci, bo mają poczucie, że już się nawychowywały. Dlatego zaakceptujmy fakt, że dzieci nie chcą zajmować się młodszym rodzeństwem. Uszanujmy ich potrzebę do wyrażania swoich uczuć, do swojej prywatności, odmienności. Gdy nie będziemy go przymuszać, dziecko samo dojdzie do wniosku, że zachłanność po prostu się nie opłaca.

Życie rodzeństwa jest o wiele bogatsze niż jedynaka. We wczesnym dzieciństwie obfituje w intensywne przeżycia zarówno dobre, jak i trudne, co stwarza jedyną w swoim rodzaju szansę na rozwój. Często docenia się to dopiero w dorosłości. W ogóle dopiero wtedy zbiera się większość owoców życia w rodzinnej gromadzie. Gdy odchodzą rodzice, tylko brat i siostra są tymi osobami, które znają nas najdłużej, które wiedzą o nas najwięcej. Nawet krytyka z ich ust jest źródłem cennej wiedzy o nas. Możemy się kłócić, nie utrzymywać stałego kontaktu, ale gdy znajdziemy się w kryzysie, pierwsi przyjdą z pomocą. Dzięki rodzeństwu czujemy, że nie jesteśmy na tym świecie sami.

Lektury dla rodziców i rodzeństwa: "Encyklopedia. Rodzice i dzieci", Wydawnictwo PPu Park, A. Faber, E. Mazlish, "Rodzeństwo bez rywalizacji", Wydawnictwo Media Rodzina, J. Parker, J. Stimpson, "Rodzeństwo - rywalizacja i miłość", Wydawnictwo Rebis, R. Richardson, „Najstarsze, średnie, najmłodsze”, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Książki dla dzieci – poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

Na rynku mnóstwo jest książek dla dzieci. Co z tego wybrać? Zwłaszcza, że zbliża się pierwszy czerwca. Oto podpowiedź, co warto podarować czytelnikom najmniejszym i tym trochę bardziej wyrośniętym. Tytuły mądre, zabawne, pięknie wydane. Oczywiście Dzień dziecka to tylko pretekst, bo na dobre książki zawsze jest pora.

Wychodzimy do kolegi

Samo życie – chciałoby się skomentować, jeśli jest się dorosłym i przegląda się tę stworzoną ze sporą dawką humoru książeczkę. Także dla słuchających i oglądających „Zamek” kilkulatków perypetie głównego bohatera i jego mamy na pewno będą brzmieć i wyglądać znajomo. Narratorem jest tu mały chłopiec, który wybiera się na urodziny do kolegi. Już sama scena wybierania się to mistrzostwo świata, przemyślenia narratora, czesanie, ubieranie, szykowanie prezentu, czyli tytułowego zamku: zabawkowego w kolorze czerwonym. Chłopiec osobiście go dla kolegi wybrał, ale teraz sam chciałby go mieć, mimo że ma taki sam, tylko zielony. Wreszcie przyjęcie urodzinowe kolegi. Nie chcę za wiele zdradzać, ale założę się, że i te sceny coś wam będą przypominać. Styl ilustracji Szwedki Emmy Adbåge jest z jednej strony oszczędny, z drugiej – świetnie oddają one domowy rozgardiasz, nastroje i odczucia postaci. Są tu szczegóły, które docenicie i wy, i kilkuletni odbiorcy. Wiarygodny psychologicznie, zabawny. Świetny punkt wyjścia do rozmowy z dzieckiem, na przykład o emocjach. Taki jest „Zamek”.

„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki

Na ratunek dziadkom i babciom

Ilustracje do „Dziadka Tomka” stworzył Czech Štěpán Zavřel – nieżyjący już niestety malarz, filmowiec, pomysłodawca Międzynarodowej Wystawy Ilustracji Książki Dziecięcej i założyciel Międzynarodowej Szkoły Ilustracji we włoskim Sàrmede. Można go rozpoznać po dynamicznej kresce i „gęstości” jego rysunków. Także ta zilustrowana przez niego historia jest wyjątkowa. Takiego dziadka jak dziadek Tomek chciałoby mieć chyba każde dziecko: umie robić zabawki z niczego i zawsze wymyśla nowe zabawy. Tymczasem pewnego dnia w telewizji burmistrz ogłasza komunikat: odtąd wszyscy seniorzy, dla ich własnego dobra, będą wysyłani do domu wesołej starości. Na ulicach pojawiają się „dziadkołapacze” i podczas kiedy dorośli z miasteczka oszukują się, że wszystko jest w porządku, dzieciaki w mig rozumieją, że nie jest i organizują brawurową akcję ratunkową. Zwariowane pościgi, machiny latające, a w komplecie genialny przekaz, że seniorów trzeba kochać, szanować i być po ich stronie. Po „Dziadka Tomka” na pewno warto sięgnąć, a przy okazji dodam, że słynące z pięknie wydanej literatury dziecięcej wydawnictwo Tatarak tuż przed Dniem Dziecka wypuszcza też jego niezwykły „Sen o Wenecji”.

„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak

Prezent od Einsteina

Przecież teorii względności nie da się wytłumaczyć dziesięciolatkowi! Nie da się? To druga z serii trzech książeczek, które wyjaśniają młodym czytelnikom zasady fizyki. Tym razem czytamy o takich między innymi zagadnieniach, jak czas i przestrzeń, jednostki i ich miary, prędkość światła. Jak dzieciom mówić na przykład o ujednoliconym systemie metrycznym? Można opisać i narysować średniowiecznych budowniczych, którzy wznoszą most nad rzeką. Umówili się, że most będzie miał 5 miar wysokości, budują po dwóch stronach rzeki, coraz bliżej siebie, problem w tym, że każdy z mistrzów budownictwa ma własną miarkę i kiedy w końcu dochodzi do spotkania, połowa gotowego mostu jest dużo wyższa od tej drugiej. Takie pomysłowe przykłady działają na wyobraźnię, podobnie jest z mnóstwem zawartych tu obrazków. „Teoria…” odczarowuje wiedzę, która dla uczniów trzeciej-czwartej klasy podstawówki jest podobno za trudna, można się przy okazji lektury dobrze bawić. Nie jestem pewna, czy przekona dzieciaki, które nie cierpią przedmiotów ścisłych, ale na pewno te fizyką i matematyką zainteresowane, będą miały z czytania przyjemność. Niejeden rodzic westchnie też pewnie na widok tej książki, szczerze żałując, że w wieku swojego dziecka nikt mu takiej nie sprawił.

„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada

Nazywam się Ripley, Benjamin Ripley

Jak donoszą wydawcy literatury dziecięcej, chłopaki czytają w dzisiejszych czasach mniej niż dziewczyny. Wieść głosi również, że ta właśnie książkowa seria przyczyniła się do zmniejszenia tych dysproporcji, sprytnie wciągając 10-11-letnich chłopców w czytanie. Co, jak podkreśla sam autor, nie znaczy, że po „Szkołę szpiegów” nie sięgają czytelniczki.
To amerykański bestseller z listy New York Timesa. „W związku ze śledztwem toczącym się w sprawie operacji Przyczajony Borsuk, załączam zapis z trwającego łącznie 53 godziny przesłuchania pana Benjamina Ripleya, pseudonim Tajniak, lat 12, pierwszorocznego ucznia Akademii Szpiegostwa” – czytamy na samym początku książki w pełnym od czarnych skreśleń cenzora dokumencie wysłanym z biura CIA, prowadzącego tajną placówkę, która szkoli najzdolniejsze dzieciaki, przyszłych tajnych agentów. Główny bohater Benjamin niespodziewanie dostaje do owej placówki powołanie i od tego momentu zaczynają się jego niesamowite przygody. „Szkoła…” to połączenie Jamesa Bonda, Mission Impossible z Różową Panterą czy Jasiem Fasolą, jest tu wartka akcja i błyskotliwa zabawa konwencją. Uwaga: jeśli obdarowane „Szkołą szpiegów” dziecko wciągnie się na dobre, warto wiedzieć, że to dopiero początek przygody, bo cała seria liczy sumie 9 części: u nas ukazała się pierwsza, a na lipiec zaplanowano premierę drugiej.

„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora

Borsucze opowieści

Temat ważny, autor ekspert, choć jeśli ktoś zna inne jego książki dla dzieci, wie, że będzie śmiesznie. A nierzadko bardzo śmiesznie. Tomasz Samojlik, biolog, popularyzator przyrody, a także rysownik i twórca komiksów („Tarmosię” zilustrowała akurat Ania Grzyb”), autor głośnej serii „Żubr Pompik”, komiksowej „Ryjówki przeznaczenia” czy „Norki zagłady”. Jeśli Samojlika nie znacie, a uśmiechacie się przeczytawszy te dwa ostatnie tytuły, to już wiecie, czego się po tym autorze spodziewać. Tym razem poznajemy rodzinę borsuków, same indywidua: tata, mama, przyszywany dziadek – każdy ma tu coś za uszami. A poznajemy tę oryginalną rodzinkę akurat wtedy, kiedy najmłodszą borsuczkę Tarmosię budzi z zimowego snu dziwny hałas. Na wiosnę sprawy jeszcze bardziej zaczynają się komplikować. Coś się w lesie dziwnego dzieje, tylko co? Do borsuków zaglądają, szukając schronienia, lisi imigranci z gromadką szczeniaków o wdzięcznych imionach Onomatopeja, Propedeutyka, Multiplikator i Horoskop („Mąż wybierał imiona” – wyjaśnia lisica, widząc zdziwienie Tarmosi). Bajka z pro ekologicznym morałem, w której autor przemyca sporo ciekawostek ze świata przyrody.

„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora

Mieszkańcy spod podłogi

Tym razem książka nie do czytania, a do słuchania. Klasyka literatury dziecięcej, słynna seria o Pożyczalskich, na której wychowało się już kilka pokoleń. Opowieść o maleńkiej rodzinie mieszkającej pod podłogą, w domu własnoręcznie wybudowanym i wyposażonym w przedmioty, które „pożyczyli” od pełnowymiarowych domowników. Dzięki tym bohaterom stworzonym na początku lat 50. XX wieku przez Mary Norton wiele z nas nadal łapie się na tym, że kiedy zniknie nam spinka, szpilka, naparstek, kartka z papeterii, chusteczka czy mydelniczka, odruchowo myślimy, że stoją za tym oni. Kartka posłużyła im za tapetę, mydelniczka za wannę, z okruszka chleba nastoletnia Arietta zrobiła sobie kanapkę. Czas zarazić tą genialną historią kolejne pokolenia. I właśnie jest okazja: w nowym tłumaczeniu „Pożyczalskich” czyta Edyta Jungowska. Aktorka od lat nagrywa i produkuje doskonałe słuchowiska dla dzieci, na czele z „Dziećmi z Bullerbyn”, bezsprzecznie najbardziej popularnym dziecięcym audiobookiem w naszym kraju. Pierwsza i druga część z pięciotomowego cyklu Mary Norton o losach maleńkiej rodziny, wydawnictwo miłe nie tylko dla ucha, ale i oka, bo wzbogacone o ilustracje Emilii Dziubak już są dostępne. Wkrótce kolejne.

„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska

Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham

To z wszystkich dotąd poleconych propozycja dla najmłodszych dzieci, bo już dwulatków. Napisana przez Trish Cooke, Brytyjkę z afrykańsko-karaibskimi korzeniami, osobowość telewizyjną, scenarzystkę, autorek sztuk i właśnie książeczek dla dzieci. Super, że ukazała się w Polsce, bo też mało się u nas wydaje pozycji dla dzieci, gdzie postaci miały by inny niż biały kolor skóry. Ale przede wszystkim to historia świetnie pomyślana i skonstruowana, w sam raz dla bardzo małych odbiorców. Jest tu motyw i rytm, który maluchy uwielbiają, co chwila w opowieści pojawia się ktoś nowy – dzwoni dzwonek i ten ktoś pojawia się w drzwiach. A kuku! Wujek, ciocia, babcia, kuzyni. Mamy więc element zaskoczenia, krótkie zdania, z których jedno za każdym razem się powtarza: to tytułowe „najmocniej na świecie”. Dom wypełnia się krewnymi, wesołymi, głośnymi i każdy przytula, każdy bierze na ręce, tańczy i śmieje się do dziecka, wokół którego wszystko to się toczy, dziecka uwielbianego, całowanego, kochanego „najmocniej na świecie”. Czyta się to maluchowi doskonale, a i samemu korzysta się z dobrodziejstw tej ogromnej zawartej w książeczce dawki radości i miłości.

„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry

  1. Zwierciadło poleca

Odbudować relacje społeczne - rusza kampania „Szkoła-od-nowa”

Za prawdziwymi kontaktami z równieśnikami młodzież w pandemii tęskniła najbardziej. (Fot. iStock)
Za prawdziwymi kontaktami z równieśnikami młodzież w pandemii tęskniła najbardziej. (Fot. iStock)
Wraz z powrotem uczniów do szkół rusza ogólnopolska kampania społeczna „Szkoła-od-nowa”. Jej celem jest ułatwienie dzieciom i młodzieży funkcjonowania w szkole po roku przymusowej nauki zdalnej, pomoc w naprawie relacji społecznych i powrocie do zdrowia psychicznego.

Nie ma dla nas dorosłych teraz nic ważniejszego niż pomoc dzieciom i młodzieży w powrocie do równowagi psychicznej – mówi Joanna Węglarz, psycholog i pomysłodawczyni kampanii „Szkoła-od-nowa”. - Szkoła po pandemii będzie inna, ponieważ COVID-19 nieodwracalnie zmienił świat, w którym żyjemy. Nauczyciele i uczniowie muszą się dostosować do nowej szkoły, by była miejscem, które uczy i rozwija społecznie. Dlatego kilkunastu ekspertów w zakresie psychologii, pedagogiki, zdrowia psychicznego, terapeutów i wykładowców akademickich zaangażowało się w kampanię społeczną „Szkoła-od-nowa”, by dzielić się swą wiedzą z nauczycielami i rodzicami. - dodaje ekspertka.

Celem kampanii społecznej „Szkoła-od-nowa” jest zwrócenie uwagi, jak ważna jest kwestia zdrowia psychicznego oraz rozwoju społeczno-emocjonalnego dzieci i młodzieży - bycia w grupie, kontaktów z rówieśnikami i współpracy, a także podjęcie działań, które pomogą uczniom wrócić do szkoły stacjonarnej po roku przymusowej edukacji zdalnej - Rozwój umiejętności społecznych dzieci i młodzieży w czasie pandemii został zaburzony, u niektórych opóźniony albo wręcz wstrzymany. Konsekwencje tego zobaczymy tak naprawdę dopiero za kilka lat. Rzeczywistość w dalszym ciągu jest mało przewidywalna i mało optymistyczna, dlatego tak ważne jest, byśmy umieli pomóc dzieciom i młodzieży powrócić do życia w społeczeństwie i zaspokoić ich podstawowe potrzeby bezpieczeństwa, przynależności i samorealizacji, bo one w głównej mierze wpływają na prawidłowy rozwój i zdrowie psychiczne – dodaje Joanna Węglarz.

W ramach kampanii, na stronie szkola-od-nowa.pl są udostępniane bezpłatnie dla wszystkich nauczycieli, rodziców, dzieci i młodzieży m.in.:

  • nagrania wideo ekspertów dotyczące tego jak przygotować się do nauki stacjonarnej w sytuacji pandemicznej;
  • materiał na temat technik relaksacyjnych na godzinie wychowawczej;
  • scenariusze godziny wychowawczej dla szkół podstawowych, średnich oraz szkół specjalnych i oddziałów integracyjnych;
  • ebook dla nauczycieli „Jak wspierać rozwój społeczno-emocjonalny uczniów?”;
  • ebook dla rodziców „10 strategii dla wypalonych rodziców”;
  • wyniki badań na temat wpływu pandemii i nauki zdalnej na dobrostan uczniów i nauczycieli;

Badania* pokazują, że dzieci i młodzież są w złej kondycji psychicznej. Rok izolacji społecznej spowodował, że prawie 100 proc. uczniów ma problemy ze snem, blisko 80 proc. z odżywianiem, 70 proc. ma wahania nastroju, a ok. 40 proc. problemy z koncentracją. U 10% zaobserwowano symptomy depresyjne, a u 18 proc. zaburzenia psychosomatyczne (bóle głowy, brzucha, brak energii i zdenerwowanie). 60 proc. uczniów źle ocenia naukę umiejętności praktycznych podczas nauczania zdalnego, a 70 proc. mówi o pogorszeniu relacji społecznych z rówieśnikami. Ponad połowa przyznała, że czuje się przeładowana otrzymywanymi treściami, a aż 66 proc. korzysta z urządzeń elektronicznych przed pójściem spać.

*Badanie realizowane w szkołach podstawowych i ponadpodstawowych w Polsce, w okresie od  12 maja do 12 czerwca 2020 r, w trzech grupach składających się z uczniów, nauczycieli i rodziców (łącznie ok. 3000 osób), oraz badanie pod patronatem Rzecznika Praw Dziecka przeprowadzone metodą CAWI na panelu internetowym w dniach 25-28 grudnia 2020 roku na reprezentatywnej grupie ponad 2000 uczniów wieku 15-18 lat oraz rodziców posiadających dzieci w tym wieku.

Joanna Węglarz - psycholog, specjalista psychologii klinicznej, wykładowca akademicki, trener i terapeuta EMDR, posiada ponad 17 lat doświadczenia w pracy z dziećmi, młodzieżą i osobami dorosłymi.Joanna Węglarz - psycholog, specjalista psychologii klinicznej, wykładowca akademicki, trener i terapeuta EMDR, posiada ponad 17 lat doświadczenia w pracy z dziećmi, młodzieżą i osobami dorosłymi.

  1. Psychologia

Nie skazujmy dzieci na rywalizację. Uczmy je współpracy

Jak wykazali amerykańscy badacze, rywalizacja zabija motywację wewnętrzną: uczę się, rozwijam nie dlatego, że to jest fascynujące, tylko dlatego, żeby być lepszym od innych. (fot. iStock)
Jak wykazali amerykańscy badacze, rywalizacja zabija motywację wewnętrzną: uczę się, rozwijam nie dlatego, że to jest fascynujące, tylko dlatego, żeby być lepszym od innych. (fot. iStock)
Dlaczego wychowywanie dzieci na „czempionów”, życie ich sukcesami jest tak niebezpieczne? Dziecko zaczyna wyobrażać sobie, że zasługuje na miłość, tylko kiedy wygrywa. Również rodzice, nawet jeśli mają najlepsze intencje, niepostrzeżenie wpadają w pułapkę okazywania dziecku miłości jedynie wtedy, gdy osiągnie sukces – mówi psycholożka.

Dlaczego wychowywanie dzieci na „czempionów”, życie ich sukcesami jest tak niebezpieczne? Dziecko zaczyna wyobrażać sobie, że zasługuje na miłość, tylko kiedy wygrywa. Również rodzice, nawet jeśli mają najlepsze intencje, niepostrzeżenie wpadają w pułapkę okazywania dziecku miłości jedynie wtedy, gdy osiągnie sukces – mówi psycholożka Dorota Wiśniewska-Juszczak. Współczesny świat nastawiony jest na konkurencję, więc rodzice wychowują dzieci do rywalizacji. Argumentują: chcemy, aby umiały sobie radzić. Czy to dobra strategia?
Oczywiście, że ważne jest, aby dzieci umiały sobie w życiu radzić. Jednak co to znaczy umieć sobie radzić? Czy oznacza to umiejętność walki z przeciwnościami losu, znoszenia porażek? Czy jednak wygrywanie? A może oznacza to konkretne umiejętności? Od zdefiniowania przez nas pojęcia „radzenia sobie” zależą nasze pomysły na wychowanie…

Często radzenie sobie bywa utożsamiane z osiąganiem sukcesów, rzadziej – z dobrymi relacjami z ludźmi. Dlaczego nie doceniamy relacji?
Dla wielu rodziców sukcesy dzieci, najlepiej spektakularne, są ich sukcesami. A czy spektakularne będzie pochwalenie się: „moja córka jest lubiana w przedszkolu”? Ponieważ myśląc o sobie, koncentrujemy się na skuteczności, to na dzieci również patrzymy z tej perspektywy – żeby miały osiągnięcia, które można zmierzyć, zważyć. Natomiast kwestie związane z cechami wspólnotowymi są niewymierne, dlatego schodzą na drugi plan.

Rodzice często podsycają ducha współzawodnictwa. Czy słusznie? Czy rzeczywiście rywalizacja jest sukcesotwórcza?
Rywalizacja, jak wykazali amerykańscy badacze Deci i Ryan, zabija motywację wewnętrzną: uczę się i rozwijam nie dlatego, że to jest fascynujące, tylko dlatego, żeby być lepszym od innej osoby, grupy. Nie jesteśmy jednak w stanie funkcjonować bez porównań. Nawet nie musimy pokazywać dziecku, że na przykład Kasia jest lepsza, ono samo doskonale to widzi. Ale ono może to porównanie odebrać inaczej – że jest gorsze od innych. Myśli wtedy: nie spełniam oczekiwań rodziców, Kasia bardziej by je spełniła. I to jest niebezpieczne. Badacze już w początkach lat 80. wykazali, że skłaniani do rywalizacji uczniowie i studenci mieli gorsze wskaźniki zdrowia psychicznego.

Ale z drugiej strony nie można oszukiwać dziecka, że jest w czymś świetne, skoro nie jest.
Dziecko porównuje się z innymi i na tym też polega budowanie jego tożsamości. Ale wzmacnianie przez nas różnic nie jest potrzebne. Nam się wydaje, że to motywuje, a może być wręcz odwrotnie – może zniechęcić do działania. Trzeba pamiętać, że dzieci są bardzo różne. I może się okazać, że porównując córkę z innymi dziećmi osiągającymi sukcesy na jakimś polu, przeoczyliśmy to pole, na którym ona by się sprawdziła. Nie zauważamy tego, ponieważ koncentrujemy się bardziej na innych dzieciach niż na własnym. Porównujmy osiągnięcia dziecka z jego własnymi wynikami sprzed rozpoczęcia trenowania: kiedyś nie umiałaś skręcać na rowerze, a dziś już to potrafisz.

Córka chce tańczyć, bo koleżanka tańczy, ale córce brakuje talentu. Wyperswadować jej to zajęcie?
Nie można tego zabronić, ale można pomóc jej znaleźć jakiś inny obszar, w którym jest dobra. Ciągłe porównania z koleżanką, w których wypada gorzej, nie wpłyną dobrze na jej samoocenę. Jak pokazują badania, jeżeli w ważnej dla nas dziedzinie ktoś bliski osiąga sukcesy większe niż my, to albo pomniejszamy znaczenie dziedziny, która do tej pory wydawała się dla nas istotna, albo oddalamy się od tej osoby, aby ochronić samoocenę. Wielce prawdopodobne, że przyjaźń dziewczynek bardzo by na tym ucierpiała. Powinniśmy porozmawiać z córką na ten temat. I nawet jeśli w pierwszej chwili się zbuntuje, powie, że nie jesteśmy dla niej autorytetem, to ważna jest sama rozmowa, wysłuchanie, co ona myśli, wyrażenie naszego zdania, z którym gdzieś w głębi duszy jednak dzieci się liczą. W tym konkretnym przypadku możemy także zaproponować, żeby córka opowiadała o sukcesach koleżanki, cieszyła się razem z nią, choć to oczywiście trudne, ale możliwe.

Jednak trudniejsza dla dziecka jest chyba sytuacja odwrotna – kiedy to rodzice stymulują je do czegoś, co jest poza jego zasięgiem.
Badania pokazują, że małe dzieci bardzo łatwo stosują się do naszych instrukcji. Gdy skłaniamy je do rywalizowania, niezwykle szybko przejmują taki sposób funkcjonowania. A rywalizacja zabija wewnętrzną motywację nawet u dzieci czteroletnich. Dopiero dzieci po 12. roku życia potrafią same rozsądzić, czy chcą wchodzić w rywalizację. Natomiast maluchy, stymulowane przez nas do rywalizacji, będą rywalizować. Wynika to z ogromnej potrzeby akceptacji. Dziecko zaczyna wyobrażać sobie, że zasługuje na miłość, kiedy wygrywa. Pewnie rodzice tak nie myślą, sądzą tylko, że jeżeli będą dziecko zachęcać do ćwiczeń, pilnować, to ono będzie im potem wdzięczne. Natomiast sami nie wiedzą, kiedy wpadają w pułapkę okazywania dziecku miłości tylko wtedy, gdy osiągnie sukces.

Podsyca to szkoła, która stawia na rywalizację. O tak. Pamiętam zakończenie roku w przedszkolu mojej córki Zosi. Część dzieci dostała nagrody za rysunki, które zwyciężyły w konkursie. Zosia nie była wśród nich. Muszę powiedzieć, że doświadczyłam dwóch rodzajów uczuć. Po pierwsze, pojawiła się emocja, którą szybko chciałam wymazać z pamięci: Szkoda, że moja Zosia nie dostała nagrody. Bo to było miłe dla rodziców usłyszeć nazwisko swojego dziecka wyczytane na uroczystości. Drugie uczucie to rodzaj współczucia, gdy spojrzałam na córkę, której było z tego powodu przykro. Pytała: „a gdzie wisi mój rysunek, dlaczego nie dostałam nagrody?”. A jej rysunek nigdzie nie wisiał. Odpowiadałam wymijająco, bo widziałam, że to dla niej bardzo ważne. To dobre przedszkole, ale nawet w nim, pewnie nieświadomie, pojawiła się rywalizacja.

 
Można przecież powiesić rysunki wszystkich dzieci.
Rzeczywiście w końcu znaleziono sposób, by pokazywać również te nienagrodzone rysunki. Ale za podsycanie rywalizacji odpowiedzialni są w dużym stopniu rodzice, którzy wychowują swoje dzieci na „czempionów”. Oddają je do dobrych szkół jak do korporacji o 8 rano, a odbierają o 18. Wożą na języki, konie, aikido, aby pokazać, że ich dziecko jest najlepsze. Wydają dużo pieniędzy, ale poza tym nie mają żadnych zasług. Bo samo płacenie za zajęcia dzieci jest w gruncie rzeczy łatwe. Taka sytuacja jest podwójnie niebezpieczna, bo po pierwsze, rodzice tracą wpływ na dziecko (przejmuje je szkoła korporacja), i po drugie, zaczynają niepostrzeżenie traktować swoje dziecko przedmiotowo, jako dostarczyciela sukcesów podnoszących ich osobisty prestiż. Ducha rywalizacji podsycamy też, wypytując, jaką ocenę dostał kolega. Nawet jak tego nie skomentujemy, to nasze pytanie jest dla dziecka sygnałem, że przywiązujemy wagę do porównań, do rywalizacji.

Tymczasem tak naprawdę w pracy, poza nielicznymi wyjątkami, istotna jest współpraca. A my do tego nie przygotowujemy.
Niestety, system szkolny stawia na indywidualne osiągnięcia, a więc także na rywalizację. Profesor Czapiński trafnie zauważył, że jeśli Polacy nie zaczną współpracować, to w pewnym momencie nasz kraj przestanie się rozwijać, ponieważ indywidualne osiągnięcia już zdobyliśmy, natomiast sukcesy sportowe w grach zespołowych, budowanie dróg, mostów, kręcenie filmów wymagają pracy zespołowej, a my nie jesteśmy tego nauczeni. Współpracy bowiem trzeba się nauczyć, ona nie jest uwarunkowana genetycznie.

Pewna nauczycielka argumentowała, że zajęcia w grupie się nie sprawdzają, bo i tak pracuje tylko jedna osoba.
Uczenie zespołowe wymaga bardzo dużo pracy ze strony nauczyciela. Kilkanaście lat temu Eliot Aronson zrobił badania, które pokazują, jak współpraca może fantastycznie działać, gdy zastosuje się „system układankowy”. Polega to na tym, że każda osoba uczy się jakiejś części materiału, a potem przekazuje zdobytą wiedzę kolegom. Jeśli kolega nie pozna części, której uczą się pozostali, nie zrozumie całości. Mnie ta metoda sprawdza się od kilku lat w prawie wszystkich grupach, z którymi realizuję seminarium z psychologii społecznej.

A jak uczyć dzieci współpracy w rodzinie?
Bracia i siostry mogą na przykład wspólnie zajmować się dbaniem o porządek. Moi rodzice fantastycznie to wykorzystali. Mam brata i siostrę i każdy z nas był za coś odpowiedzialny. To powodowało, że wzajemnie się pilnowaliśmy, ale gdy czasami ktoś z nas nie mógł czegoś zrobić, umawialiśmy się, że zrobimy to za niego. Po prostu sami się dogadywaliśmy. Bo współpraca polega na tym, że jesteśmy odpowiedzialni za różne rzeczy, ale wspólnie korzystamy z owoców pracy wszystkich. Jesteśmy systemem i musimy dziecku pokazać, że jako rodzina współpracujemy, że do tego systemu każdy coś dokłada, że każdy ma w nim swoją ważną rolę do odegrania i że ten system nie będzie działał, jeżeli zawiedzie choćby jedno ogniwo. Bo to nie chodzi o to, że robimy wszystko razem, ale że każdy zrobi to, co do niego należy. I że taki podział pracy ma wymierne korzyści.

Co dziecko zachęca do takiej wymiany?
Pochwały, a nie porównywanie, że inni robią to lepiej. Mój kolega z katedry dr Konrad Maj odkrył, że do wymiany wiedzy, doświadczeń, do większej współpracy zachęca tzw. nagroda kooperacyjna przyznawana całemu zespołowi. Wyobrażam sobie, że w rodzinie z dwójką dzieci można powiedzieć: „słuchajcie, jak uda nam się w sobotę rano posprzątać dom, to po południu idziemy na lody”. Wszyscy wtedy skorzystamy w takim samym stopniu, a nie że Krzyś dostanie samochód, a Basia lalkę. Natomiast w rywalizacji zawsze ktoś wygrywa, a ktoś inny przegrywa. Są oczywiście dziedziny takie, jak sport, w które wpisana jest rywalizacja. Ale w nauce, pracy, życiu zdecydowanie bardziej sprawdza się współpraca.

Dorota Wiśniewska-Juszczak: psycholog społeczny, adiunkt w Katedrze Psychologii Społecznej i Osobowości SWPS. W pracy naukowej koncentruje się na zagadnieniach związanych z władzą i przywództwem.

  1. Psychologia

Po prostu polub swoje dziecko

Istnieją tylko dwa niezmienne i niezależne od lat kryteria pozytywnej oceny rodziców: cierpliwość i fakt, że lubisz swoje dziecko. Za to zawsze zostaniesz doceniony na każdym etapie rozwoju potomka. (Fot. iStock)
Istnieją tylko dwa niezmienne i niezależne od lat kryteria pozytywnej oceny rodziców: cierpliwość i fakt, że lubisz swoje dziecko. Za to zawsze zostaniesz doceniony na każdym etapie rozwoju potomka. (Fot. iStock)
To, co zachwyca niemowlaka – czułość i bliskość – przedszkolaka zacznie już irytować. To, co przedszkolaka pociąga – wspólna zabawa i sport – będzie żenujące dla nastolatka. Kryteria oceny rodziców zmieniają się tak szybko, jak rosną dzieci. Dobrze wiedzieć, jak być rodzicem na szóstkę, ale... nawet „trójkowi” zdamy ten egzamin. Jeśli się wzajemnie polubimy. 

Kto nie chce być rodzicem idealnym? Ocenianym przez dziecko celująco? To się może udać, bo każdy ma zadatki na idealnego rodzica, ale... dziecka w konkretnym wieku. Niektórzy spełnią się wspaniale jako rodzice niemowlaka, inni będą mieć świetne oceny w oczach nastolatka, a jeszcze inni nawiążą kontakt dopiero z dorosłymi dziećmi. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ w zależności od wieku dziecko zwraca uwagę na inne cechy rodzica i czego innego potrzebuje. Istnieją tylko dwa niezmienne i niezależne od lat kryteria pozytywnej oceny rodziców: cierpliwość i fakt, że lubisz swoje dziecko. Za to zawsze zostaniesz doceniony na każdym etapie rozwoju potomka. Jeśli chcesz być lubiany przez córkę czy syna, zwyczajnie okaż im sympatię. A oprócz tego... zobacz, co i kiedy im się podoba.

Do lat trzech: mama, co dobrze przytula

Mimo że nie potrafi jeszcze wyrazić tego werbalnie, niemowlę może być z rodzica zadowolone lub nie. W tym okresie najłatwiej być mamą czy tatą. Dla maluszka nie liczy się bowiem aparycja (ta stanie się bardzo ważna dla przedszkolaka), ani pochodzenie społeczne (istotne dla nastolatka), ani stan majątkowy, ani wykształcenie. Rodzic może być zaniedbany, niewykształcony, bezradny życiowo. Ale jeśli lubi swoje dziecko, opiekuje się nim – ono jest zadowolone. Niemowlak ocenia cię, stosując bardzo proste kryteria: czy jesteś przy nim i czy zabezpieczasz jego potrzeby fizyczne i emocjonalne. Żeby u niego „zdobyć punkty”, trzeba z maluchem być, mówić, pieścić, okazywać czułość, karmić i przewijać. To wszystko.

Przedszkolak: a mój tata psy tresuje!

„Moja mama jest bardzo ładna. Mój tatuś jest treserem psów...” – gdy dziecko idzie do przedszkola, kryteria oceny rodzica ulegają wielkiej zmianie. Nastaje czas chwalenia się swoimi rodzicami i przejmowania ich zasług. Mama powinna być zadbana, uśmiechnięta i ubierać się kolorowo. Dobrze, gdy rodzice mają ciekawe i – co ważne – zrozumiałe dla dziecka zawody (adwokat czy redaktor nie zaimponuje żadnemu dziecku w tym wieku!), ale też nie spędzają w pracy zbyt dużo czasu. Dlaczego przedszkolak nie ceni garsonek i garniturów? Bo kojarzy je właśnie z pracą, czyli ze swoją największą konkurencją. Potrafi świadomie docenić poświęcany mu czas, ale tylko na zabawę. Nie licz, że posprzątany dom, pranie i pyszny obiad spotkają się z jego uznaniem. To doceni dopiero uczeń, gdy odwiedzą go koledzy czy koleżanki. Żaden przedszkolak nie zrozumie też potrzeby robienia kariery. Możesz mu powtarzać, że robisz to dla niego, żeby kupić mu hulajnogę. Na darmo: za żadne skarby nie zaakceptuje twojego życia zawodowego – im bardziej będziesz w nie zaangażowany, tym więcej punktów ujemnych dostaniesz. Czym mu zaimponujesz?

Pomysłowością, gotowością do zabawy, luzem i spontanicznością. Dzieci w wieku przedszkolnym cenią poczucie humoru rodziców i to, że mogą z nimi uprawiać sport. Jeśli pokazujesz nowe rzeczy i miejsca, wsiadasz na kolejkę w wesołym miasteczku, uczysz je pływać i czytasz codziennie wieczorem – piątka. Przedszkolak doceni to, że organizujesz urodzinowe przyjęcia, że wymyślasz gry i zabawy dla jego kolegów, że śpiewasz piosenki, które zna z przedszkola (za to samo nastolatek przyzna ci punkty karne i uzna za „obciach”). Idealny rodzic przedszkolaka jest uśmiechnięty i skory do wspólnej zabawy. Jego dziecko nie wie jeszcze, co to znaczy „wstydzić się za kogoś”.

Uczeń: dobrze być dzieckiem eksperta

Gdy dziecko idzie do szkoły, kryteria oceny rodzica znów ulegają przekształceniu. Nic dziwnego, zmieniają się bowiem także oczekiwania rodziców wobec dziecka. Nie wystarczy już, by nie płakało, grzecznie się bawiło, było śmiałe i aktywne. Teraz jest ważniejsze, by wykazało się intelektem, bystrością, nie było gorsze od innych. Dlatego cenna staje się wiedza merytoryczna rodzica. Uczeń chce, byś rozumiał, jak działa szkoła, czyli na jaki stres jest narażony. Żebyś potrafił mu doradzić, wysłuchał go, pomógł rozwiązać problemy. Doceni też twoją lojalność i dyskrecję.

A czego nie znosi? Gdy omawiasz z kimś jego sprawy, a nawet cokolwiek o nim mówisz osobie postronnej – za to zawsze są punkty ujemne. Czas, gdy mogłeś chwalić się nim, minął. Za to w dziecku pojawia się poczucie wstydu za ciebie. Zaczyna być bardzo ważne, żebyś go nie kompromitował. Alkoholizm, kłótliwość czy nadaktywność na zebraniach szkolnych są oceniane na równi – i to bardzo negatywnie. Masz wyglądać przyzwoicie (nareszcie docenia garsonki i garnitury) i najlepiej niczym nie różnić się od innych rodziców. Twoje doświadczenie, obycie i wiedza o świecie stają się atutami. W tym okresie możesz też zyskać aprobatę dziecka, zaczynając studia, ucząc się języka czy wciągając je w jakieś hobby. Ponieważ uczeń będzie generować problemy, doceni także twoją anielską cierpliwość.

Dziecko w tym wieku zaczyna zwykle stosować jeszcze jedno kryterium: pogląd jego niekwestionowanego autorytetu. Wychowawczyni mówi, że trzeba czytać książki, a ty wolisz grać na konsoli? Punkty karne! Ukochany trener uważa, że każdy musi umieć pływać, a ty bijesz rekordy na basenie? Szóstka! Osobny przypadek: autorytetem dla dziecka są inne dzieci. Co robić? Aby zasłużyć na uznanie, masz być wyluzowany, nie zawracać mu niepotrzebnie głowy, zgadzać się na bałagan w domu i wieczne odwiedziny znajomych.

Ważna uwaga: rodzice oryginalni, „artyści” nie podobają się dzieciom w wieku szkolnym. Odmienność i indywidualizm docenią dopiero, gdy same dorosną.

Nastolatek: superstarzy bez problemów!

Mówi się, że najtrudniej być rodzicem nastolatka, ale to nieprawda. Wystarczy uświadomić sobie (lub przypomnieć własne doświadczenia), co liczy się dla dojrzewających chłopców i dziewczynek. W tym wieku dziecko usamodzielnia się emocjonalnie i intelektualnie i jest szczególnie wytrwałe w kontestacji wszystkiego, rodziców też. Metody, które sprawdzały się przy młodszych, można teraz wyrzucić, bo potrzeby psychiczne nastolatka są całkiem inne. Podświadomie pragnie przede wszystkim ćwiczyć się w samodzielności na wszelkich możliwych polach. Walkę o swą tożsamość często wiąże z koniecznością uwolnienia się od rodziców.

Czego nie wolno ci robić? Używać formuły: „to normalne, ja też przez to przechodziłem, nastolatki już tak mają”. Nastolatek ceni rodzica, który rozumie, że on jest wyjątkowy, nieprawdopodobnie skomplikowany i nietuzinkowy – bo tak właśnie się postrzega. Mama i tata powinni być też szczęśliwi, mieć własne sprawy, hobby. Po prostu: żeby się o nich nie martwić. Syn lub córka będą teraz unikali pokazywania się z tobą publicznie, czy przedstawiania cię swoim kolegom: chyba że będzie to konieczne.

Ale docenią zamożność rodziny i komfort życia, stale porównując to, co ty osiągnąłeś, z tym, co osiągnęli inni rodzice. Przy czym zupełnie nie będzie ich interesować, jak do tego doszedłeś. Za trud i znój nastolatek nie przyzna ci punktów dodatnich. Natomiast te ujemne natychmiast dostaniesz za: niezgodę na to, na co pozwalają inni rodzice, gorsze warunki życia, nadopiekuńczość i każdą próbę narzucenia swoich pomysłów lub poglądów, także nieznajomość tego, o czym on się teraz uczy. Nie miej też złudzeń, kogo obwini za brak własnych osiągnięć, swoje lenistwo i zaniedbania w nauce. Zgadłeś – ciebie! Jeszcze gdy był uczniem podstawówki, cieszył się, że go nie zmuszasz do ciężkiej pracy. Teraz nie daruje ci, że zmarnowałeś jego uzdolnienia i nie dopingowałeś do nauki. To sygnał, by nie zawsze pobłażać dzieciom. Za to nastolatek nareszcie doceni, że ma schludny dom, gorący obiad i szczęśliwych rodziców.

  1. Psychologia

Jak wychować jedynaka?

To, jaki jedynak będzie jako dorosły, zależy od jego indywidualnych cech, a przede wszystkim od tego, czy rodzice mądrze i rozważnie pokierują jego rozwojem. (Fot. iStock)
To, jaki jedynak będzie jako dorosły, zależy od jego indywidualnych cech, a przede wszystkim od tego, czy rodzice mądrze i rozważnie pokierują jego rozwojem. (Fot. iStock)
Nie trzymaj go pod kloszem, zadbaj o kontakt z rówieśnikami i daj prawo do popełniania błędów.

Tata trzyletniego Karola: – Długo czekaliśmy na synka. Od kiedy się urodził, jesteśmy przeszczęśliwi. Jedno tylko nam tę wielką radość mąci – że nie będzie miał rodzeństwa. Chuchamy na niego i dmuchamy, ale staramy się też uczyć współpracy z innymi dziećmi, dzielenia się zabawkami, co – przyznam – jest bardzo trudne, bo w domu ma przecież wszystko dla siebie. Choć wcześniej nie planowaliśmy posyłać synka do przedszkola, bo jest chorowity, teraz poważnie się nad tym zastanawiam. Uważam, że w przedszkolu mógłby się uspołecznić, nauczyć współpracy z dziećmi. Moim zdaniem, dom mu tego nie zapewni. Żona uważa jednak, że tego wszystkiego możemy go sami nauczyć.

Mama i tata na wyłączność

Coraz więcej rodzin w Polsce ma – z różnych powodów – tylko jedno dziecko. Możemy wręcz mówić o pokoleniu jedynaków. I choć wydawałoby się, że wychować jedno dziecko jest łatwiej niż dwoje czy troje, to rzeczywistość pokazuje, że sprawa jest bardziej skomplikowana, a problem – jak zwykle – tkwi w rodzicach, a konkretnie w ich dobrych chęciach.

Być jedynakiem to znaczy dostawać w rodzinie wszystko, co najlepsze. Także większą niż dzieci z rodzin wielodzietnych możliwość rozwijania swoich pasji i talentów. Rodzice mogą zapewnić jedynakowi to, czego potrzebuje. Dzięki temu ma lepszy start w dorosłe życie. Posiada też na wyłączność ich miłość, uwagę i czas. Ponieważ częściej przebywa z rodzicami, szybciej zdobywa wiedzę o świecie, ma lepszy kontakt z dorosłymi i jest odważniejszy. A to z kolei wpływa na szybsze dojrzewanie intelektualne, co wprawdzie nie zawsze znaczy także społeczne i uczuciowe. Niby wszystko pięknie, ale sytuacja bycia jedynakiem ma również pewne wady.

Zagrożenia

Rodzice mają wobec jedynaka wielkie oczekiwania. Dają mu bardzo wiele, ale także dużo od niego wymagają, co sprawia, że dziecko żyje w ciągłym stresie i ogromnej odpowiedzialności – nie tylko za siebie, ale też za rodziców, za ich samopoczucie, a na starość – za opiekę nad nimi, której nie ma z kim dzielić. Bez rodzeństwa trudniej także poznać samego siebie. Jedynak skupia się na sobie, a to często prowadzi do egocentryzmu. Dziecko, które nie musi z nikim dzielić się tym, co ma, wokół którego wszystko się kręci, może mieć w przyszłości  problem z poświęcaniem uwagi innym, a nawet wyrosnąć na narcyza lub przejawiać skłonność do zachowań aspołecznych.

Jedynacy mają też z reguły większe, niż dzieci wychowujące się z rodzeństwem, problemy z rywalizacją i rozwiązywaniem konfliktów. Gorzej dostosowują się do reguł zarówno w zabawach, jak i pracy. Chcą grać pierwsze skrzypce w grupie, dlatego bywają odrzucani przez rówieśników. Zdarza się, że przyzwyczajeni do uprzywilejowanej pozycji w rodzinie, potrafiący wymóc na rodzicach respektowanie swojej woli, narzucają ją później rówieśnikom.

I jeszcze coś: o wiele trudniej przychodzi im oddzielenie emocjonalne od mamy i taty. Z jednej strony mają więc łatwiej niż dzieci z rodzin wielodzietnych, z drugiej – trudniej, zwłaszcza w sferze emocji: wiele z nich tłumią, ponieważ żyją w przekonaniu, że nie mogą wypaść z roli, jaką wyznaczyli im rodzice, oraz częściej doświadczają samotności.

Bez zbytniego lęku i nadziei

– Rodzice jedynaka są w sposób szczególny zainteresowani jego wychowaniem – mówi psycholog Aleksandra Godlewska. – Mają tylko jedno dziecko i pokładają w nim wszystkie swoje nadzieje. Jeśli rodzice kilkorga dzieci przeżywają jakiś kłopot, niepowodzenie czy zawód związany z jednym, mogą to sobie rekompensować satysfakcją i radością z zachowania pozostałych. Dla mamy i taty jedynaka każdy sukces jest stuprocentowy, a każde niepowodzenie – całkowite.

Chcąc dla dziecka jak najlepiej, nieświadomie popełniają wiele błędów, takich na przykład, jak:

  • „Chcesz – masz”. Skoro ukochane dziecko domaga się natychmiastowego spełnienia życzenia, dla świętego spokoju mu ulegają. 
  • „Daj, pomogę ci”. Roztaczają nad nim opiekuńczy parasol nawet wtedy, gdy samo mogłoby sobie poradzić.
  • „To mi się podoba, to nie”. Nieustannie je oceniają: krytykują albo chwalą, zachwycają się nim albo pouczają.
  • „Co zamierzasz zrobić z…?”. Ingerują w każdą sferę jego młodzieńczego życia.
  •  „Chcesz jedno – dostaniesz dwa”. Aby mu wynagrodzić to, że nie ma rodzeństwa, starają się dać mu w zamian jak najwięcej – bywa więc, że dziecko skrzętnie to wykorzystuje i manipuluje nimi.
  •  „Tylko nas troje”. Trzymają je pod kloszem, izolują od świata, a to powoduje, że ma mniejsze szanse na zetknięcie się z innymi wartościami i postawami niż te, które zna z domu.
  •  „Tak się o ciebie martwię”. Towarzyszy im permanentny lęk o dziecka: bezpieczeństwo, zdrowie, naukę, przyszłość… Mają ogromne trudności z emocjonalnym oddzieleniem się od niego. Rozstanie z synem czy córką, np. z powodu wyjazdu na wakacje, studia czy stworzenia z kimś związku – bywa, zwłaszcza dla matki, bardzo bolesne. Jak sobie i dziecku tego wszystkiego oszczędzić?

Więcej swobody

Jedynactwo nie musi bynajmniej stanowić przeszkody w relacjach dziecka z otoczeniem ani negatywnie wpływać na jego umiejętności społeczne. Pod warunkiem, że jego rodzice pogodzą się z myślą, że mają... więcej (!) obowiązków niż sąsiedzi z czwórką hałaśliwych latorośli.

Wychowanie jedynaka wymaga – wbrew pozorom – większych starań i zabiegów. Rodzeństwo zwykle samo, w sposób naturalny, często poza kontrolą dorosłych, uczy się współpracy i rozwiązywania konfliktów, czyli zdobywa bardzo ważną umiejętność życia w grupie. Jedynakowi także można stworzyć do tego warunki.

Na pewno jedno trzeba sobie powiedzieć: jedynak nie musi być skoncentrowany na sobie, nie ma prawa więcej oczekiwać niż dawać, nie musi wyrosnąć na człowieka zależnego. To, jaki będzie jako dorosły, zależy od jego indywidualnych cech, a przede wszystkim od tego, czy rodzice mądrze i rozważnie pokierują jego rozwojem. O co więc powinni zadbać?

Stopniowe oddalanie

Psycholog Marta Maruszczak uważa, że najważniejsze jest to, żeby rodzice zapewnili dziecku liczne i częste kontakty z rówieśnikami. I to już od najmłodszych lat – bez względu na częstotliwość kontaktów z dorosłymi. Relacje z rodzicami, ciociami, wujkami nie mogą wypełniać jedynakowi całego życia. To robienie na siłę z dziecka dorosłego. Ono ma prawo do dziecięcych zajęć, zabaw i zachowań.

Nie można też wyręczać go we wszystkich obowiązkach. Dziecko powinno mieć zadania do wypełnienia, ale nie musi ich wykonywać perfekcyjnie. Dobrze jest pozostawić mu trochę swobody i nie oczekiwać, że będzie nam ciągle we wszystkim towarzyszyć. Trzeba też przyznać mu prawo do popełniania błędów, do wyboru kolegów, zainteresowań oraz sposobu spędzania wolnego czasu.

Marta Maruszczak apeluje do rodziców jedynaków: – Nie dopuście, żeby dziecko było dla was całym światem. Dbajcie o inne sfery swojego życia, rozwijajcie własne pasje, tak by wypełnić czas, gdy maluch się usamodzielni. Nie należy podtrzymywać relacji zależności za wszelką cenę. Dla dobra i emocjonalnego zdrowia dziecka, pozwólcie mu się stopniowo od siebie oddalać.

Warto przeczytać:

Kümpel, „Jedynak”, Wydawnictwo Lekarskie PZWL 2004, Pitkeathley, D. Emerson, „Jedynacy”, Czarna Owca 2007, Encyklopedia „Rodzice i dzieci”, Wydawnictwo Park 2002, Kasten, „Rodzeństwo. Ideały, rywale, powiernicy, Springer PWN 1997.