1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Uciekam, więc jestem - lęk przed bliskością

Uciekam, więc jestem - lęk przed bliskością

Jednym ze znaków rozpoznawczych silnego lęku przed związkiem to kończenie go w momencie, gdy wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku.(Ilustracja Marianna Sztyma)
Jednym ze znaków rozpoznawczych silnego lęku przed związkiem to kończenie go w momencie, gdy wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku.(Ilustracja Marianna Sztyma)
Wydawałoby się, że wszyscy pragniemy bliskości. Ale dla wielu z nas przytulanie się, spanie razem, wspólne mieszkanie – to za dużo. Uwiera, przeszkadza, budzi niepokój. Robimy więc wszystko, żeby nam się nie udało. Nawet gdy relacja dobrze rokuje, sabotujemy ją albo nagle zrywamy. Dobrze jest wiedzieć, co nami powoduje i czy da się coś z tym zrobić.

Kinga, 35-letnia menedżerka w gigancie IT, uśmiecha się na zdjęciach z rajskiej wyspy. W tle lazurowe niebo, plaża, bujna roślinność. Wszędzie sama. Wyjechała tam dokładnie rok temu, ten jeden jedyny raz z chłopakiem, bo zawsze wyjeżdżała w pojedynkę. Kiedy wybuchła pandemia, on wrócił LOT-em do domu, ona postanowiła zostać. Wzięła zaległy urlop, potem bezpłatny, w międzyczasie odkryła nową pasję – fotografowanie i kręcenie filmików, które wrzuca do sieci, a na nich robi za przewodniczkę oprowadzającą wirtualnie po wyspie. Oferuje także organizację pobytów i pisanie reportaży. Tak ją poznaję. Reklamuje mi swoje usługi, ale opowiada także – najpierw między wierszami, potem wprost – o sobie. Wyłania się z tych opowieści portret młodej, atrakcyjnej kobiety, która nie może znaleźć miłości, ale tak naprawdę, nie wiedzieć czemu, przed nią ucieka. Inspiruje mnie do zajęcia się na naszych łamach ludźmi, którzy boją się bliskości. Okazuje się modelowym przykładem. Mogłaby mieć każdego mężczyznę, a na dłużej nie ma nikogo. Miss klasy, obozów, roku. Wokół niej zawsze kręciło się wielu adoratorów. Każdego jednak bardzo szybko odstawiała na boczny tor. Opowiada z detalami, co było z nimi nie tak: – Jeden chłopak miał za duże dłonie, inny za głośno mówił, pamiętam takiego, którego zdyskwalifikowały zbyt wydatne usta. To dziwne, że to, co na początku mi nie przeszkadzało, a nawet mnie intrygowało, potem zaczynało wkurzać. Teraz, jak patrzę na tamtą siebie, to widzę, że interesowali mnie tylko faceci niedostępni, o których musiałam powalczyć. Ale jak tylko dali się zdobyć, od razu coś zaczynało mnie w nich drażnić. Więc mówiłam „do widzenia”. Chłopak, z którym wyjechała, naciskał, żeby zamieszkali razem, a ona oczami wyobraźni widziała wspólne życie jako więzienie, z którego nie ma ucieczki. – W sumie bardzo dobrze się stało, że tu zostałam – mówi. Bo ten czas okazał się dla mnie ratunkiem. Ale nie dlatego, że mogę być sama, tego nigdy tak naprawdę nie pragnęłam, tylko dlatego, że mam dużo czasu na przemyślenie swojego życia. Dzięki temu odkryłam, że wciąż uciekam. Jeszcze do końca nie wiem, co się za tym kryje, ale dzięki terapii powoli to odkrywam.

Jak najdalej

Lęk przed bliskością ma różne oblicza, różnie zresztą opisywane przez psychologów. Warto je poznać, bo wielu ludzi ich u siebie nie widzi. Psycholożka, psychoterapeutka i autorka książki „Jak nie bać się bliskości?” Stefanie Stahl opisuje je metaforycznie. Pierwszy typ ludzi z tym syndromem nazywa „myśliwymi”, bo są zainteresowani przede wszystkim uwodzeniem. Ale, jak pokazuje przykład Kingi, taka cecha nie jest tylko domeną mężczyzn. Myśliwi z jednej strony polują, więc ich życie naznaczone jest licznymi flirtami, romansami, nawet wieloma małżeństwami, z drugiej jednak – unikają trwałych związków. Potrafią być uroczy, pełni wdzięku, otwarci, ale także zimni i bezwzględni. Oczarowują, gdy tylko jednak „ofiara” wpadnie w ich sieć, wycofują się. Taka gra może się toczyć latami, zwłaszcza gdy „ofiara” też cierpi na lęk przed bliskością.

Drugi typ zyskał przydomek „księżniczka lub książę”. Ludzie ci mają bowiem silnie narcystyczne cechy charakteru. Zakochują się, i to często od pierwszego wejrzenia, jednak nie umieją dzielić codziennego życia z partnerem, akceptować jego słabości. Relacja według księżniczki i księcia musi być ekscytująca, dynamiczna, natomiast stabilizacja związku, a już nie daj Boże jakieś w nim problemy, to dla takich ludzi zagrożenie. Podobnie jak trwałe związki. Uciekają więc od nich jak najdalej. Za każdym razem rozglądają się za kimś, kto zapewni im ciekawe życie, kto podniesie ich poczucie wartości. Tak się jednak składa, że zawsze znajdują kogoś – ich zdaniem – niewłaściwego. Więc szukają od nowa.

Kolejny typ człowieka lękającego się związków, „murarz”, swoim zachowaniem mówi partnerowi: to ja dyktuję warunki. I odgradza się od niego murem. Stosuje w tym celu różne, czasem wyrafinowane strategie: oddaje się bez reszty pracy, pasjom, działalności społecznej. Romansuje, wybiera związki na odległość, manipuluje seksem: bywa powściągliwy, dawkuje zbliżenia, unika pójścia do łóżka. Nie lubi się do niczego zobowiązywać, zawsze pod ręką ma jakieś wymówki. Budując wokół siebie mury, utwierdza się w przekonaniu, że nikt go nie zrani. Nie dotknie. Nie złamie. A z tego przekonania płynie poczucie władzy. Bo to on ustala, kiedy chce być blisko, a kiedy nie. W relacji z takim człowiekiem nie ma miejsca na kompromisy, dogadywanie się. On podejmuje ostateczne decyzje, kropka.

Wyznaczanie niezdrowych granic, dyktowanie warunków to typowe zachowanie większości osób z lękiem przed bliskością. Tacy ludzie chcą pociągać za sznurki, decydować o tym, kiedy porozmawiają, kiedy dopuszczą partnera do siebie. Inną ich cechą wspólną jest unikanie trwałych związków. „Jeszcze nie jestem gotowy” – mówią. Autorka książki zauważa, że to zdanie wypowiadają wszystkie osoby z lękiem przed bliskością we wszystkich językach na całym świecie. W ten sposób pozostawiają sobie możliwość wyboru, jednocześnie zwodząc partnerów. Bo co oznacza to stwierdzenie? Tak naprawdę to dwa stwierdzenia w jednym: „teraz jeszcze nie jestem gotowy” oraz „ale, być może, kiedyś będę”. I to adresat tych słów ma zgadnąć, co autor chciał powiedzieć: „nie chcę trwałego związku” czy „może coś z tego jeszcze będzie”? Takich ludzi łączy jeszcze jedno – rozdarcie wewnętrzne, miotanie się, strach przed bliskością, bycie między „chcę i nie chcę”.

Wyznaczanie niezdrowych granic, dyktowanie warunków to typowe zachowanie większości osób z lękiem przed bliskością. (Ilustracja Marianna Sztyma) Wyznaczanie niezdrowych granic, dyktowanie warunków to typowe zachowanie większości osób z lękiem przed bliskością. (Ilustracja Marianna Sztyma)

W trybie offline

Inny znak rozpoznawczy silnego lęku przed związkiem to kończenie go w momencie, gdy wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku. Gdy zaczyna być pięknie, a relacja staje się naprawdę bliska. Zachowujemy się wtedy tak, jakby coś szeptało nam do ucha: „Uważaj, to wszystko się rozleci. Nie zobowiązuj się do niczego, nie bierz odpowiedzialności, bo a nuż za rogiem czeka ktoś lepszy. Jak się zwiążesz, stracisz wolność”. Albo: „Nie dorastasz partnerowi do pięt, więc twój związek nie ma szans”. Co to za głos? – To demony z dzieciństwa – odpowiada psycholog Jarosław Przybylski. Lęk przed bliskimi relacjami zależy w dużej mierze od tak zwanych bazowych relacji, czyli doświadczeń, jakie zdobyliśmy w pierwszych latach życia w kontakcie z matką, ojcem czy innym opiekunem. Wpływają one na to, czy nasz mózg kojarzy bliską więź z pewnością, bezpieczeństwem, miłością czy osamotnieniem, opuszczeniem, zagrożeniem. Najprościej rzecz ujmując, miłość, uwaga, troska i empatia budują nasze pierwotne zaufanie do ludzi. Brak miłości i uwagi wyposaża nas w poczucie, że świata i ludzi należy się bać. Ma to związek z tak zwanymi neuronami lustrzanymi, które wykształcają się w mózgu w pierwszych trzech latach życia i które pomagają odzwierciedlać zachowania tego, w kim się dziecko „przegląda” podczas wspólnie spędzanego czasu.

Psychologowie wyróżniają trzy podstawowe style więzi tworzących się we wczesnym dzieciństwie. Pierwszy: bezpieczny, oparty na miłości, trosce, uwadze. Dorosła osoba z takim stylem przywiązania ufa partnerowi i sama czuje się z nim bezpiecznie. Drugi styl: lękowo-ambiwalentny ma swoje korzenie w niewystarczającej dawce uwagi i empatii, jaką dostaliśmy od rodziców. Partner z takim stylem przywiązania szuka miłości, ale nieustannie boi się jej utraty. I trzeci styl: unikający, wykształcony w odpowiedzi na zupełny brak troski w niemowlęctwie. W dorosłości przejawia się tym, że nie zależy nam na tworzeniu jakichkolwiek związków z ludźmi. Jarosław Przybylski: – Warto zauważyć, że doświadczeń z wczesnego dzieciństwa nie pamiętamy. To dlatego nie wiążemy ich z naszymi obecnymi problemami. Ich źródeł szukamy gdzie indziej. Najczęściej jesteśmy przekonani, że winę za trudności ponosi partner, który nas tłamsi, zniewala. Tymczasem wczesne doświadczenia więzi zostały zapisane w naszej podświadomości i stamtąd sterują naszym zachowaniem. Psychologowie wiążą lęk przed bliskością z niskim poczuciem własnej wartości. Według Stefanie Stahl niska samoocena plasuje się w samym epicentrum tego lęku. Tacy ludzie boją się związków, bo boją się odrzucenia. Dla nich jako partnerów istnieją właściwie tylko dwie możliwe decyzje: zrobię wszystko, by nie zostać odrzuconym, albo od razu zrezygnuję z relacji. A wszystko po to, aby chronić swoje niestabilne poczucie własnej wartości. Osoby cierpiące na lęk przed więzią widzą w partnerze wroga, siebie natomiast postrzegają jako twierdzę, której trzeba bronić. I bronią. Poprzez ucieczkę, atak albo… udawanie martwego. Stefanie Stahl wyjaśnia, że „udawanie martwego”, przez psychologię nazywane dysocjacją, to dość powszechny, choć zakamuflowany odruch. Coś w rodzaju trybu offline. Taki jakby komunikat: „abonent chwilowo niedostępny”. Partner sprawia wrażenie nieobecnego, nawet kiedy siedzi obok. Co kryje się za takim zachowaniem? Próba obrony przed zagrożeniem, tu – przed bliskością. W chwili, gdy to zagrożenie jest zbyt duże, człowiek się wyłącza tak, jak przegrzane urządzenie elektryczne.

Jestem dorosła

Pokonanie lęku przed bliskością nie jest zadaniem łatwym. Wymaga głębokiej pracy nad sobą, najlepiej pod okiem psychoterapeuty. Dotarcia do źródła, czyli bazowych relacji. Szczerości z sobą samym. Cierpliwości i konsekwencji, bo demony z przeszłości mogą wracać. Psycholog Andrzej Gryżewski w książce „Niekochalni” pisze, że aby pozbyć się lęku przed bliskim związkiem, trzeba się ponownie urodzić. Według Stefanie Stahl zacząć trzeba od rozpoznania tego, co się ze mną dzieje. Dostrzec, że w ogóle odczuwam lęk przed relacją, i dlatego na wszelkie sposoby ją udaremniam. Już samo odkrycie tego, że boję się związków, może okazać się dla mnie uzdrawiające. Może też uzdrowić relację, bo kiedy zrozumiem, że mam problem, przestanę go szukać w partnerze. – W tym obszarze nie ma cudownych rozwiązań – mówi Jarosław Przybylski. – Praca nad lękiem przed bliskością to tak naprawdę praca nad wieloma lękami: przed odrzuceniem, zranieniem, zależnością, zaangażowaniem, otwarciem się na drugiego człowieka. A przede wszystkim to praca nad lękiem przed byciem sobą. Bo ludzie bojący się bliskiej relacji z innymi boją się też prawdziwego siebie. Zacząć trzeba więc od zbudowania dobrej relacji z sobą samym. Stefanie Stahl proponuje: porozmawiaj ze swoim wewnętrznym dzieckiem. Wytłumacz mu, że jest sprawcze, że może negocjować, ma wpływ na relację, może osiągać kompromisy. I że nie musi uparcie siadać w kącie i się dąsać. Wewnętrzne dziecko ma usłyszeć, że między naginaniem się do innych i całkowitą rezygnacją z siebie a radykalną bezkompromisowością istnieje spore pole do innych reakcji. Kinga: – Dla mnie przełomowe okazało się ćwiczenie, jakie zadała mi moja psychoterapeutka. Miałam usiąść przed lustrem, poprzyglądać się sobie, pouśmiechać, pogadać. Głupie to, pomyślałam. Ale dobra, usiadłam. Stroję miny, marszczę czoło, zamykam jedno oko, cmokam, podśpiewuję. I dalej nie wiem, co ma z tego wynikać. „A kogo zobaczyłaś?” – pyta mnie potem psychoterapeutka. „Dziewczynę z pierwszymi zmarszczkami” – odpowiadam. „No właśnie, jesteś dorosła” – ona na to. Czyli nie bezsilna ani nie bezwolna. To ty decydujesz o sobie. Możesz więc zadecydować, że przestajesz uciekać. Od roku siedzę w miejscu, na pewno nie uciekam przed sobą. Na początek dobre i to.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kobiety w stałych związkach - czego zazdroszczą singielkom?

Na co, poza nierównym podziałem domowych obowiązków, narzekają mężatki? Otóż lista zażaleń w długoletnich związkach nie jest aż taka długa. (fot. iStock)
Na co, poza nierównym podziałem domowych obowiązków, narzekają mężatki? Otóż lista zażaleń w długoletnich związkach nie jest aż taka długa. (fot. iStock)
Koniec wolności, rutyna, ograniczenia – owszem, to grozi każdemu związkowi. Ale będąc z kimś „na dobre i złe”, wiesz też pewnie, że to dobre wynagradza zwykle to złe. Psycholog Ewa Klepacka-Gryz ma kilka wskazówek dla rozczarowanych żon i partnerek.

Od zawsze wiedziałaś, że będziesz mieć dom, męża, dzieci. W twojej rodzinie tak było od pokoleń. Wspólne mieszkanie, dzieci, wspólne konto – tak żyli twoi rodzice, dziadkowie… Kiedy nadszedł twój czas, wybrałaś tego Jedynego, w głębi duszy wierząc, że wasz związek będzie wyjątkowy. Mijają lata, między wami bywa różnie; raz lepiej, raz gorzej, jak to w życiu. A wokół ciebie mnóstwo singielek, które idą przez życie same, bez mężczyzny, i twierdzą, że to ich świadomy wybór.

„Wolę być sama niż samotna” – usłyszałaś niedawno na babskim spotkaniu. „Jeśli mam ochotę napić się wina, nie muszę kupować całej winnicy” – to głos koleżanki z pracy, pożeraczki męskich serc i łowczyni cudzych mężów. Roześmiałaś się w duchu na myśl o tym, co by powiedział na to twój mąż, ale ziarenko niepewności zakiełkowało i w głowie pojawiły się niepokojące pytania: Jak bardzo musiałam zrezygnować z siebie dla naszego związku? Czy samej byłoby mi lepiej? Czy on dotrzymał obietnic, które mi składał? Skoro się kochamy, to dlaczego czasami czuję się taka samotna?

Zdaniem małżeńskich terapeutów po roku, dwóch albo trzech latach nawet w najlepszym związku pojawia się poczucie rozczarowania, opuszczenia, odrzucenia. – Jeśli jesteś z kimś w związku, to prawdopodobieństwo tego, że będziesz czasami doznawała stanów dojmującej samotności jest większe, niż kiedy żyjesz sama – twierdzi Zofia Milska-Wrzosińska, psycholożka, psychoterapeutka. – Bo kiedy wchodzisz w bliską relację, otwiera się obszar związany z twoimi pragnieniami, tęsknotami, oczekiwaniami i nadzieją, że zranienia z przeszłości zostaną opatrzone, a to, co bolesne i trudne – ukojone. A to jest niemożliwe.

Czy lepiej żyć razem, czy w pojedynkę? Czy na to pytanie można w ogóle dać jednoznaczną odpowiedź? Czego tak naprawdę zazdrościsz koleżankom – singielkom? Jakie gorzkie prawdy sobie przyswoiłaś?

„Małżeństwo to koniec wolności”

Kochana, odkryłam cudowne SPA na Mazurach, może wybierzemy się tam w weekend? – rzuciła od niechcenia koleżanka. To kusząca propozycja, ale… kiedy ostatni raz po babskim spotkaniu zdecydowałaś się przenocować u przyjaciółki, twój ukochany nie był zachwycony. Nie robił ci wyrzutów, ale wiesz, że nie lubi, kiedy spędzasz noce poza domem. On jest typowym domatorem, nawet razem rzadko wychodzicie. Przyzwyczaiłaś się do tego, ale czasami z sentymentem wspominasz, że kiedyś byłaś duszą towarzystwa; uwielbiałaś imprezy, spontaniczne wyprawy za miasto, a dziś? Przecież w satysfakcjonującym związku życzenia, potrzeby i dobre samopoczucie partnera powinny być dla ciebie tak samo ważne jak twoje własne.

Przypomnij sobie, dlaczego przed laty zdecydowałaś się zrezygnować, a może bardziej – ograniczyć swoją wolność? Może dlatego, że poczucie bezpieczeństwa, wsparcia, zrozumienia, a także pragnienie dzielenia wspólnych planów i pasji, czyli część MY, stały się dla ciebie ważniejsze niż część JA? Twoja koleżanka singielka w każdej chwili może wyruszyć na koniec świata, nie pytając nikogo o zgodę, ale gdy ma problem, to do ciebie dzwoni w środku nocy. A kiedy, po wysłuchaniu jej szlochów, wracasz do łóżka, złodziej twojej wolności z miłością obejmuje cię ramieniem i zaspany pyta: „Wszystko w porządku?”. Zależy ci na tym wyjeździe do SPA? Może powiedz mu o tym? Małżeństwo to nie więzienie. To od was zależy, ile dacie sobie nawzajem wolności.

„Małżeństwo to zabójca miłości”

Nawet największa miłość kończy się po okresie miodowym – tak twierdzą przeciwniczki trwałych związków. Mówią: „romans – tak, małżeństwo – nie, bo każdy facet zmienia się po ślubie”. Cóż, jest w tym trochę racji. Codzienna rutyna to zabójca pożądania. Nie kochacie się już tak często i z taką namiętnością jak w pierwszych miesiącach po ślubie. Bywają między wami ciche dni. No i twój mąż nie jest już tym dzielnym rycerzem, który nosił cię na rękach. To prawda, ale ty też nie jesteś już tą zakochaną w nim bez pamięci dziewczyną, która spijała z jego ust każde słowo. Specjaliści od terapii par przyznają, że w miarę trwania związku zmienia się dynamika miłości. W miejsce namiętności i intymności – najbardziej „apetycznych” składników – pojawiają się przyzwyczajenie i zaangażowanie. A zakochanie przechodzi w etap dojrzałej miłości.

Obecnie coraz więcej par deklaruje pragnienie funkcjonowania w tzw. wolnym związku, który podobno nie zabija wolności, niezależności, możliwości samorozwoju, i trwa dopóty, dopóki nie wygaśnie „płomienna” miłość. Takie pary trafiają do mojego gabinetu i nierzadko okazuje się, że pod seksualną i emocjonalną swobodą kryje się lęk przed bliskością lub przed odrzuceniem, a także niewyrażona tęsknota za poczuciem stabilności, spokoju i bezpieczeństwa. Małżeństwo nie jest stanem, lecz procesem, w którym pojawiają się okresy bliskości, ale też dystansu, kryzysy, rozczarowania i problemy. Na przestrzeni wspólnego życia zmienia swój kształt, zmienia się intensywność, intymność i motywacja do bycia razem. Obydwoje się zmieniacie, rozwijacie się jako para, ale także każde z osobna. Bywa, że na jakiś czas przestajecie się rozumieć, zamykacie jedno na drugie – po to, by znów wrócić do siebie „z” i „dla” miłości. Kreujecie wspólny świat, doświadczając go jednak osobno – bo miłość łączy, ale czasami też dzieli.

Zamknij oczy i spróbuj wyobrazić sobie życie bez niego – mężczyzny, którego wybrałaś „na dobre i złe”. Jak się z tym czujesz?

„Małżeństwo to wybór na całe życie”

Skąd mam wiedzieć, że nie spotkam mężczyzny, w którym się zakocham bardziej niż w moim narzeczonym? – to najczęstsze pytanie, które zadają mi kobiety tuż przed decyzją o ślubie. Niestety, nikt ci nie da takiej gwarancji. Być może, będąc mężatką, właśnie tego najbardziej zazdrościsz singielkom – spotkania miłości życia. Choć w dzisiejszym świecie kolejne małżeństwa wcale nie należą do rzadkości, czasami okazuje się, że drugie czy trzecie również kończy się rozwodem. Zdarza się również, że wybór życia w pojedynkę jest właśnie konsekwencją kolejnej nieudanej próby. A pozamałżeńskie romanse są chwilową ucieczką od owego wyboru na całe życie. No cóż, satysfakcjonujący związek wymaga dojrzałości obydwojga partnerów. A dojrzałość to przede wszystkim umiejętność dokonywania wyboru określonej drogi życia i wykluczenie pozostałych możliwości. Wybór tego jedynego partnera wyklucza wszystkich innych, i rzeczywiście nie jest to łatwe. Bez względu na to, czy w waszym małżeństwie panuje sielanka, czy akurat macie kryzys, wasza relacja, w odróżnieniu od np. przyjaźni, opiera się na wiążącej umowie, której zasady powinniście ustalić na początku. Niestety, partnerzy kierowani impulsem zakochania naiwnie wierzą, że „wszystko się samo ułoży”. Zależność, wierność, lojalność czy podporządkowanie – to nie są kajdany, ale kwestie do ustalenia.

Kiedy trafia do mnie para na terapię, pierwsze zadanie, jakie mają do wykonania, to narysować siebie i partnera w postaci kółek. Ważne jest, w jakiej odległości kółka znajdują się od siebie, czy się przecinają i co jest zawartością każdego z nich oraz części wspólnej. W niej mieszczą się wspólnie wypracowane zasady dotyczące wolności, niezależności, wspierania się, indywidualnych wyborów, prawa do dystansu i samorealizacji, czyli to wszystko, czego zazdrościsz singielkom.

  1. Psychologia

Mężczyzna niedostępny emocjonalnie - dlaczego wchodzimy w toksyczne relacje?

Szukając odpowiedniego partnera nie zawsze kierujemy się miłością. Często towarzyszą nam nieuświadomione pragnienia i tęsknoty, które mogą być dla nas toksyczne (fot. iStock)
Szukając odpowiedniego partnera nie zawsze kierujemy się miłością. Często towarzyszą nam nieuświadomione pragnienia i tęsknoty, które mogą być dla nas toksyczne (fot. iStock)
Jest, ale jakby go nie było. Odległy, szorstki, a nawet trochę groźny. Niczego nie obiecuje i nie bierze odpowiedzialności za twoje uczucia. Ma zamknięte serce i ramiona. Jeśli zakochałaś się w niedostępnym mężczyźnie, mylisz tęsknotę z miłością.

Może wydawać się taki męski, w jego obecności czujesz swoją kobiecość. Drżysz z emocji, płaczesz, złościsz się, a on taki twardy i konkretny. Jego ulubione słowa to niezależność i wolność. Niewiele o nim wiesz, bo niewiele o sobie mówi. Miał zimny dom i zimne kobiety mu się trafiały. Jest nieco ekscentryczny, jakby trochę dziki. Masz fantazje, że jest namiętny. Tak, bywa agresywny, ale tobie to się nawet podoba. Jego wyrachowanie też ci nie przeszkadza, bo mylisz je z autentyczną siłą. Prawdziwi mężczyźni przecież tacy są, tłumaczysz sobie.

Twój ukochany jest mistrzem ogólników i teoretyzowania. Niezastąpiony w niedopowiedzeniach. Asekurant po to, by w dowolnym momencie wycofać się, powiedzieć: „Ale to nie o to chodzi. Wydawało ci się”. Gdy zbliżasz się, spotyka cię przykrość („Jesteś tylko fajną osobą, z którą się fajnie gada”), gdy oddalasz się, słyszysz coś na kształt komplementu („Miałaś dzisiaj ładny sweter”). Ten mężczyzna trzyma cię na dystans. A ty marzysz i czekasz, dajesz, czekasz, łudzisz się, czekasz. A on to czekanie podsyca mglistą obietnicą, że już za chwilę...

Z niedostępnym mężczyzną możesz nawet stanąć przed ołtarzem i zbudować dom, ale żyjąc z nim, będziesz miała wrażenie, że zawsze jest go za mało. Nigdy go nie poznasz. I tak tkwić będziecie między ustami a brzegiem pucharu w bolesnym niespełnieniu.

Miłość, której nie ma...

Jeśli w dzieciństwie nie zostałaś obdarzona dostateczną dawką akceptacji, ciepła, opieki, jako dorosła kobieta będziesz odczuwać miłość nie wtedy, kiedy ona jest, tylko wtedy kiedy jej nie ma. Szukasz tęsknoty, bo wydaje ci się boleśnie znajoma. Po uświadomieniu sobie tego destruktywnego schematu, warto przestać go powtarzać. Zasługujesz bowiem na coś lepszego. Twoim minimum powinna być czuła i wzajemna troska - i to realna, a nie wyobrażona. Zejdź z obłoków na ziemię i znajdź miłość, a nie niekończące się fantazje i pragnienia.

Dlaczego pociąga się ktoś, kto zachowuje się bezczelnie, jest nieczuły i myśli głównie o sobie? Ponieważ kontakt z nim zapowiada ekscytację i wyzwanie. Tymczasem prawdziwa miłość nie sprowadza się do tanich dreszczy, opiera na się na zaufaniu i poczuciu bezpieczeństwa. Zastanów się, jakie emocje przeżywasz w obecności tego mężczyzny. Jeśli czujesz się nerwowo, niespokojnie, niepewnie, przemyśl sobie, czy ta relacja da ci szczęście i spełnienie. Erupcję tego rodzaju emocji raczej nie zapewni ci partner, który będzie cię dobrze traktował. Pełne napięcia sceny, wzloty i upadki, prawdziwe chwile grozy i cierpienia nie wydarzą się. Nie martw się jednak, że dobry związek musi być nudny. Nie. Jest w nim miejsce na gorącą namiętność, kłótnie, poczucie humoru, pewną dozę życiowej nieprzewidywalności. Ale w dobrym związku nie będziesz czuła się raniona, ani samotna.

"Miłość" bywa niebezpieczna - może złamać ci serce i zmarnować wiele lat. Dlatego ważne jest w jakim mężczyźnie się zakochujesz. Przekonaj się czy ma otwarte serce, umysł oraz ramiona. Słuchaj tego, co komunikuje, obserwuj jego zachowanie. Starannie wybierz swojego partnera. Nie wybierzesz dobrze, jeśli rozkoszować się będziesz nieuchwytnością mężczyzny, towarzyszącą mu aurą tajemniczości albo mamiącym przyciąganiem i odpychaniem, związanym z jego strachem przed zadeklarowaniem miłości. Dobry wybór nigdy nie oznacza agresywnego zachowaniem, niezależnie od jego błahości. Ani też niczego, co obarczone jest balastem potężnych, nierozwikłanych problemów z przeszłości. Nie łączy się też z niebezpieczeństwem. Poczucie zagrożenia, które w początkowej fazie trzyma cię w niepewności, na późniejszym etapie doprowadzi cię do bólu emocjonalnego.

Nie wiąż się uczuciowo z mężczyzną, który:

  • w jakikolwiek sposób cię oszukuje,
  • potrzebuje cię mniej niż ty jego,
  • sprawia, że w jego obecności odczuwasz zaniepokojenie,
  • czuje się dobrze, gdy ty czujesz się źle,
  • jest bardziej hojny w słowach niż czynach,
  • ma nadmierną potrzebę sprawowania kontroli nad tobą,
  • wstydzi się okazywać czułość, życzliwość, wrażliwość.
Poświęcanie uwagi któremuś z tych typów mężczyzn jest stratą czasu. Lepiej obejrzyj film lub przeczytaj książkę o kobiecie, która zakochuje się w szefie mafii lub w facecie, który zapomniał jej powiedzieć, że ma żonę. W ten sposób zaspokoisz potrzebę ekscytacji, nie poświęcając jej swojego życia. Twoja miłość to najcenniejszy dar, jaki możesz ofiarować. Nie roztrwoń go. Odwołaj się do rozsądku, kiedy twoje serce będzie wyło z rozpaczy, by zostać z mężczyzną, przy którym nie czujesz się zadbana i bezpieczna.

Niedostępni mężczyźni - dlaczego ich wybierasz?

To prawda, że istnieją mężczyźni niezdolni, by obdarzyć kobietę miłością, troską, szacunkiem. Ale nie na tym polega problem. Rzecz w tym, że to ty ich wybierasz. Dlaczego kobiety składają serce w ewidentnie niewarte tego dłonie? Czyżby nie dostrzegały niebezpieczeństwa takiej sytuacji? Nie wiedziały kim jest ten mężczyzna, aż do momentu zranienia, aż poczują nieopisany ból? Zostaną zdradzone, zostawione bez wsparcia? Dlaczego są z mężczyzną, który oszukuje, obiecuje jedno, a robi coś zupełnie innego? Bo mylą dramatyczność tej podróbki z prawdziwym uczuciem. Kochanie niedostępnego mężczyzny to sprzeczność. Miłość wiąże się z obcowaniem, a nie marzeniem o czymś, co chciałabyś przeżyć. Miłość to wzajemność, a niedostępność nigdy tego nie oferuje. Dlaczego tkwimy w relacjach, które są pozbawione bliskości? Marzymy o niemożliwym, usprawiedliwiając się: „Gdybym tylko była mądrzejsza, ładniejsza, bardziej cierpliwa, umiała z nim postępować...”. I tak nam bez miłości mija czas.

Mężczyzna niedostępny boi się zbliżyć do kobiety. W dzieciństwie odmówiono mu miłości, dlatego bliskość stanowi dla niego zagrożenie. Żyje w ochronnym pancerzu, który chroni go przed bólem. On jest przekonany, że miłość boli. Dlatego jego system obronny każe mu atakować lub wycofywać się, kiedy ktoś okazuje mu ciepłe uczucia. Stąd wasz taniec zbliżeń i oddaleń. W momencie kiedy wyrazisz, co do niego czujesz, poprosisz o wsparcie lub gest przynależności, możesz zostać odrzucona. On nie wierzy, że jest godny miłości, zaufania, akceptacji. Dlatego zrobi coś, by zostać pozbawionym twojego uczucia. Zniknie albo zrani cię. Ale z jakiegoś powodu taki mężczyzna cię pociąga. W relacjach często mamy do czynienia z własnym lustrem. Ty też lękasz się bliskości. On może bardziej, dlatego twój problem jest przy nim mniej widoczny. Kochając tego mężczyznę, pozostając przy nim, masz wymierną korzyść - nadal nie jesteś z nikim blisko, nie jesteś kochana. A tego się boisz. Strach przed bliskością prowadzi do więzienia samotności. Można go łatwo ukryć, co stanowi dodatkową trudność, ponieważ aby rozwiązać jakiś problem, trzeba wiedzieć o jego istnieniu. Oto kilka sygnałów, alarmujących że lękasz się pokochać prawdziwie:

  • Masz trudności z obdarzaniem mężczyzn zaufaniem.
  • Czujesz się bezbronna w ich towarzystwie.
  • Boisz się ujawniać swoje myśli i uczucia, wyrażać je wprost.
  • Masz problem z utrzymaniem przyjacielskiej relacji z partnerem.
  • Nie czujesz się swobodnie, pozwalając mężczyźnie na pewną zależność od ciebie.
  • Gdy zwierza się ze swoich problemów, postrzegasz go jako słabego lub niemęskiego.
  • Mężczyzna nie jest przy tobie w pełni otwarty.
Jeśli masz tego typu ograniczenia, pozbawiasz się szansy doświadczania miłości. Dlatego relacja z niedostępnym mężczyzną tak cię fascynuje. Dlaczego tak trudno ci odejść od niego, mimo że czujesz się niekochana i niespełniona? Bo za byciem z nieobecnym uczuciowo mężczyzną kryje się niezwykle silna potrzeba dopełnienia i poczucie niepewności siebie. W uwodzicielu szukamy czegoś, czego nam brakuje. Siły, która w nas tkwi, ale trudno nam ją uruchomić. To ta część psychiki, która domaga się zaistnienia w życiu.

Oszalałaś na punkcie brutala? - Może potrzebujesz być bardziej przebojowa, powalczyć o swoje. Przestań być Piękną, stań się Bestią. Jest duże prawdopodobieństwo, że twój wewnętrzny pierwiastek męski czeka, by wkroczyć na scenę życia.

Straciłaś rozum dla wyrachowanego drania? - Zadbaj wreszcie o swoje interesy.

Pociąga cię jego samotnictwo? - Może brakuje ci własnej przestrzeni, egoistycznych chwil tylko dla siebie.

Oddałaś serce nieodpowiedzialnemu artyście? - Wróć do rysowania, które rzuciłaś po studiach, albo zrób coś naprawdę szalonego.

Elektryzuje cię jego ciało? - Twoja seksualność woła o uwagę.

Ważne też jest jak się czujesz przy niedostępnym amancie.

Uległa i słaba? - Zastanów się, czy nie nadszedł czas, byś przestała być kobietą, która zawsze ze wszystkim sobie radzi i sprawuje kontrolę.

Zabawna i swobodna? - Użyj poczucia humoru w relacjach, które dają ci więcej spełnienia niż ta z niedostępnym mężczyzną.

Tylko z nim możesz się tak fantastycznie awanturować i wtedy czujesz swoją dzikość? - Pomyśl jak możesz poczuć swoją moc w mniej raniących sytuacjach. Gdy nauczysz się taką być, mężczyzna, który przynosi ci ból, będzie mógł zniknąć z twojego życia. A ty odważysz się na prawdziwą miłość. Pełną ciepła i zaufania.

Szczypta afirmacji

Powiedz sobie - "mam prawo do":
  • opieki (elementarnej troski i wsparcia),
  • poświęcania mi uwagi (bycia słuchaną i wysłuchaną),
  • godności,
  • szacunku,
  • akceptacji (nie muszę być idealna),
  • sympatii,
  • prywatności,
  • niezależności,
  • posiadania przyjaciół,
  • wyrażania i zgłębiania własnych zainteresowań, opinii, poglądów i wartości,
  • swobodnego i odpowiedzialnego wyrażania uczuć,
  • samodzielnego podejmowania decyzji.

  1. Psychologia

Na czym polega prawdziwa bliskość w związku? - rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

O intymności i bliskości w stopniu większym niż seks decyduje pokrewieństwo mentalno-intelektualne, czyli podobieństwo lub wspólnota wartości, poglądów, zainteresowań, pasji, aspiracji i gustów, a także stylu i poziomu życia. (Fot. iStock)
O intymności i bliskości w stopniu większym niż seks decyduje pokrewieństwo mentalno-intelektualne, czyli podobieństwo lub wspólnota wartości, poglądów, zainteresowań, pasji, aspiracji i gustów, a także stylu i poziomu życia. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Co sprawia, że stajemy się dla siebie wyjątkowi i jedyni? Jakie są składniki miłości, bez których to uczucie jest tylko ściemą? Intymność i bliskość. Jak je budować? Zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Dla tych, którzy mają szczęście być od lat w trwałych związkach, oczywiste jest, kto jest im najbliższy. Ale jeśli ktoś ma kilku byłych, trudno mu czasem się rozeznać.
Miłość bez bliskości i intymności nie istnieje. Na wszystkich poziomach: emocjonalnym, cielesnym i duchowym – lub przynajmniej na jednym z nich – naturalnie i odruchowo dążymy do bliskości. Bierze się to z głębokiej potrzeby, by przynajmniej jedna osoba na tym świecie wiedziała o nas wszystko i mimo to nas kochała, a przynajmniej akceptowała. I żebyśmy my kochali jakąś drugą osobę, mimo że wiemy o niej wszystko. Tak więc w związku umieszczamy nasze głębokie pragnienie bycia kochanym bezwarunkowo, absolutnie. Na tym się zasadza dążenie do bliskości i tym jest prawdziwa bliskość. Ale możność obdarzenia kogoś absolutną miłością jest równoznaczna z tym, co nazywa się przebudzeniem. W relacjach międzyludzkich manifestuje się ono tym, że umiemy wybaczać i kochać innych, ale i siebie mimo wszystko. Niestety, niewielu z nas uświadamia sobie, jak głębokie wyzwanie jest uwikłane w miłość. Nie traktuje więc jej jako wehikułu duchowego treningu. A ci, którzy sobie to uświadamiają i podejmują wyzwanie, przekonują się, że to chyba najtrudniejsza z duchowych ścieżek.

Dlaczego najtrudniejsza?
Po pierwsze, jeśli tylko jedno z uczestników związku dostrzega w nim szansę na duchowy rozwój i poważnie ją traktuje, to prędzej czy później drugie się zniechęci. Na przykład jeśli partner nas krzywdzi, poniża i wykorzystuje, a my mu to nieustannie wybaczamy – nie widząc z jego strony żadnej skruchy, chęci zmiany czy zadośćuczynienia – to nas demoralizuje. Sami wtedy uprawiamy świętoszkowatość, a nie świętość, uznając za cnotę swój brak odwagi w stawianiu granic.

Po drugie, często mamy pokusę bycia w związku wyłącznie biorcą wybaczającej, wszechogarniającej miłości, zapominając o świętej zasadzie wzajemności, czyli nie wymagaj i nie oczekuj od partnera tego, czego nie wymagasz od siebie.

Po trzecie, w bliskim związku łatwo odżywają i odzywają się wszystkie nasze traumy, zranienia i rozczarowania wyniesione z relacji z rodzicami i innymi ważnymi dla nas w dzieciństwie ludźmi. A te negatywne emocje bywają tak silne, że jeśli ich szybko nie ogarniemy z pomocą terapeuty, to rozwalą nam związek w kilka miesięcy. Wtedy zamiast bliskości pojawia się dystans, walka w imię obrony przed kolejnym zranieniem.

Po czwarte, bliski związek demaskuje wszystkie pozory i hipokryzję, czyli każdy rozdźwięk pomiędzy tym, co deklarujemy i uważamy na własny temat, a tym, jak się zachowujemy. Bliskość wymaga rezygnacji z masek i pozorów, co budzi lęk przed kompromitacją i odrzuceniem…

Chronimy się chyba szczególnie, jeśli przeżyliśmy miłosne zranienie już w dorosłym życiu…
Każdy poczuł się kiedyś odtrącony, ale robimy ogromny błąd, jeśli z tego powodu zamykamy się na dojrzałą, ewoluującą ku doskonałości miłość i na objęcie nią drugiego człowieka. Warto zaryzykować. Ale czasem tak się boimy rozstania i zranienia, że wolimy połowiczną, a przez to bezpieczną bliskość z kilkorgiem ludzi niż ryzykowanie całkowitej  bliskości z wybraną osobą. Zwłaszcza że bliskość i intymność są możliwe bez miłości, na przykład w przyjaźni, a te dziś bywają trwalsze niż małżeństwo. W przyjaźni odczuwamy czasem większą zażyłość niż w miłości. Bo na przykład przyjaciela mamy od szkoły średniej, a partner, z którym jesteśmy, to już nasz szósty związek. Takie są czasy, że relacje zbudowane na przyciąganiu seksualnym nie muszą mieć miłosnego wymiaru, więc są z definicji nietrwałe. Dlatego przyjaciel czy przyjaciółka, z którymi nie mamy seksualnej intymności, są nam często bliżsi niż partnerzy seksualni. Wspólnota seksualna traci rangę wskaźnika bliskości i siły związku.

A więc wspólny seks nie jest już przestrzenią, która pozwala nam uznać, że łączy nas coś jedynego, wyjątkowego?
Coraz częściej nie jest. W ogromnej mierze decyduje tu emancypacja ekonomiczna i obyczajowa kobiet, które już nie muszą sprawdzać determinacji, wytrwałości i dojrzałości swoich seksualnych partnerów, bo w razie pomyłki i tak sobie same poradzą. Oczywiście, są jeszcze tacy, dla których wspólnota seksualna oparta na wyłączności nadal jest wyznacznikiem relacji najbliższej i najważniejszej. Obawiam się jednak, że wkrótce trafią do kategorii obyczajowych dinozaurów. A ja nie powiem ci, czy to dobrze, czy źle…

Może więc zdefiniujmy intymność i bliskość.
Ale na nowo. Na czym polega dzisiaj  intymność i bliskość w związku? Zaryzykuję tezę, że o intymności i bliskości w stopniu większym niż seks decyduje pokrewieństwo mentalno-intelektualne, czyli podobieństwo lub wspólnota wartości, poglądów, zainteresowań, pasji, aspiracji i gustów, a także stylu i poziomu życia. Wtedy istnieje większa szansa na wzajemny szacunek, miłość i trwałość, a także na to, co tak ważne w związkach – że zamiast nieustannie z płonną nadzieją, że ten drugi jest źródłem szczęścia, gapić się na siebie nawzajem, będziemy patrzeć i podążać w tym samym kierunku. Seks też powinien być wtedy bardziej udany. A w razie pojawienia się dzieci wychowywanie ich będzie też bardziej spójne i bezkonfliktowe.

A co ze szczerością?
Często się zdarza, że żona czy mąż, partner lub partnerka nie są tymi osobami, którym możemy najwięcej o sobie powiedzieć. Głównie dlatego, że większość z nas pozostających w stałych, bliskich związkach zazwyczaj po maksimum pięciu latach zaczyna przeżywać trudności, które są zamiatane pod dywan i w związku z tym toczy z partnerem/partnerką różne gry i batalie. Wprawdzie mieszczą się one w przestrzeni wzajemnej relacji i nie dewastują tego, co ich łączy, ale sprawiają, że po obu stronach rośnie przestrzeń sekretów. Bo gry najczęściej polegają na udawaniu i blefowaniu. I tak kończy się marzenie o absolutnej szczerości. Wtedy przyjaciel czy przyjaciółka są lepszym adresem.

Gry? Rozumiem, że trzeba je zakończyć?
Tak byłoby najlepiej. Jednak często obawiamy się tego, co by się stało, gdybyśmy powiedzieli prawdę, boimy się przesadzonej reakcji drugiej strony. Na przykład straciliśmy pracę. A mamy taki uraz z rodzinnego domu czy z poprzedniej relacji, że jak przyznamy się do porażki, to zostaniemy odrzuceni.

I naprawdę można wtedy mówić o bliskości? Tracę pracę i nie mówię mężowi? Trochę to dziwne.
Ale ludzie tak właśnie robią. Mąż może się załamać, a ty możesz dziś nie mieć na to siły. Bywa, że cudny człowiek ma na jakimś punkcie uraz. I co? Czekasz na dobry moment, żeby mu o tym powiedzieć. Albo liczysz na to, że znajdziesz nową pracę i wtedy dopiero powiesz, co się wydarzyło. W międzyczasie nosisz to w sobie, choć ci ciężko. A kiedy już nie dajesz rady unieść tego sama, idziesz do przyjaciela: „Mój facet o tym nie wie i nie mogę mu o tym powiedzieć, boby się załamał”. A w tym samym czasie twój facet idzie do przyjaciela i mówi: „Wiesz, moja kobieta jakoś dziwnie się zachowuje, jest wycofana, może przeczuwa, że ukrywam przed nią to, o czym ostatnio rozmawialiśmy…”.

No właśnie. I to nie jest w porządku!
Nie ma co oceniać, czy to jest porządku, czy nie. Każdy związek jest inny i nie można narzucać ludziom, jak mają razem żyć. Para może żyć przez lata na dystans, nie rozmawiać ze sobą i jakoś korzystać choćby z tej odrobiny bliskości i wsparcia, jaką mogą sobie dać i jaką mogą przyjąć. Seks, jeśli w ogóle jest, niewiele tu zmienia w wymiarze ich bliskości. Dla ciebie to byłoby tak mało, że nie do zniesienia. Ale dla nich to prawdopodobnie szczyt bliskości. Czy mamy im zakazać milczenia przy kolacji i chodzenia na pogawędki do przyjaciół? Jeśli ktoś boi się bliskości, to niech choć z przyjacielem pobędzie bliżej.

Ale wraca podstawowe pytanie: czy łączy nas wtedy bliskość?
Tak, bo ona nie wymaga stuprocentowej gotowości do zwierzeń i całkowitego odsłonięcia. Każdy ma prawo do myśli i uczuć, którymi się nie dzieli. Zagrożeniem jest przemilczanie ważnych spraw, takich jak na przykład seks. Często gdy seks staje się problemem, nie jesteśmy szczerzy. Ona nie powie mu, że jest kiepski w łóżku, więc udaje orgazmy. A on, jeśli nie ma w sobie pożądania, nie powie, by jej nie robić przykrości. Bierze więc viagrę po kryjomu i milczy. Albo pogada z przyjacielem… Niestety, bywa, że jak za dużo przemilczamy, w końcu dochodzi do rozstania. Dlatego warto pamiętać, że sprawy dotyczące tego, co nas łączy, a szczególnie te intymne, powinny być znane obojgu. Tylko wtedy możemy je wspólnie rozwiązywać.

Granice, co komu wolno mówić, chyba przesunęły się na skutek wzrostu liczby rozwodów i związków partnerskich. Co pewnie też sprzyja rozstaniom?
Pewnie tak. Ludziom coraz trudniej dziś rozmawiać bezpośrednio i szczerze. Chętniej ujawniamy prawdę o sobie tam, gdzie czujemy się bezpieczni, czyli anonimowo w Internecie. Ale warto pamiętać, że jeśli ma być blisko, nie może być anonimowo.

Przyjaźń to szczerość, bliskość i bywa, że intymność, ale bez seksu. Tylko co, jeśli zwierzamy się z problemów w związku swojemu eks, bo teraz to, co nas łączy, nazywamy przyjaźnią?
Jeśli nie ma w tym podtekstu erotycznego ani sugestii, że przyjaciel czy przyjaciółka byliby lepszymi partnerami lub kochankami, to dlaczego nie mają się sobie zwierzać? Pod warunkiem że mogą liczyć na dyskrecję i lojalność. Nasi byli, jeśli przyjaźnimy się po rozstaniu, mogą być cennymi doradcami i obserwatorami. Ale w tym wypadku trzeba uważać na to, żeby nie opowiadać o nowych partnerach, lecz wyłącznie o sobie.

No co ty? Mogę pierwszemu mężowi opowiedzieć o tym, jak sobie żyję z obecnym partnerem?
Podkreślam: możesz mówić o tym, co ciebie dotyczy, nigdy o tym, co jest  wyłącznie sprawą partnera, i tylko wtedy, kiedy jesteś pewna dyskrecji i lojalności słuchacza. Ważna jest twoja świadomość intencji, która stoi za tym, że tej właśnie osobie się zwierzasz: czy nie dążysz do wskrzeszenia dawnego uczucia między tobą a byłym partnerem. A może prowadzisz grę z byłym o to, kto ma teraz lepiej albo gorzej? Czy to na pewno zwykła rozmowa z kimś, kogo lubisz i kto cię rozumie?

Zamieszanie wynikające z tego, że związki są nietrwałe, powoduje, że czasem angażujemy się bardziej w sprawy byłej żony czy męża niż obecnych partnerów.
To kwestia tego, gdzie w tej sprawie stawiają nam granice obecni partnerzy. I trzeba zapytać także siebie: „Z kim teraz jestem najbliżej?”. Ten problem dotyczy najczęściej mężczyzn, którzy odeszli od poprzednich partnerek i mają z nimi dzieci. Wtedy albo poczucie winy, albo poczucie odpowiedzialności sprawia, że mężczyzna przesadzi z pomaganiem byłej. A powinien poukładać sobie priorytety. Odradzam dążenie do sytuacji, w której każdy dorosły człowiek ma tylko jedną osobę do dzielenia się ważnymi dla siebie sprawami. I że to ma być tylko ta osoba, z którą sypiamy i żyjemy na co dzień. Bliskie związki to teren tak trudny i zaminowany, że poruszający się w nim potrzebują często grona doradców i konsultantów. Umówienie się na to, że o ważnych sprawach rozmawiamy tylko we dwójkę, kazałoby nam błądzić po omacku, zamiast pytać przechodniów o drogę. Byłoby to więc nierozsądne. A często też niezdrowe, bo tworzyłoby w związku nadmierne ciśnienie spraw niezałatwionych.

  1. Psychologia

Nieśmiałość - lęk przed kontaktem z ludźmi

Jak rodzi się nieśmiałość? I co zrobić, gdy zaczyna nam zatruwać życie? (fot. iStock)
Jak rodzi się nieśmiałość? I co zrobić, gdy zaczyna nam zatruwać życie? (fot. iStock)
Co nam dodaje skrzydeł? Radość życia, entuzjazm, miłość, przyjaźń, ciekawa praca, pasja tworzenia... Tego wszystkiego może pozbawić nas nieśmiałość. Mało, że podcina skrzydła. Czasem pęta nogi tak, że trudno zrobić krok.

Słowo nieśmiałość zostało zapisane w średniowiecznych annałach już ponad 1000 lat temu. Jako nieśmiałą określano osobę trudną w kontakcie z powodu swojej bojaźliwości. Rzecz nie jest więc „nowoczesnym wynalazkiem”, może tylko współcześnie bardziej boli, bo wszystkie możliwe media, a także poradniki przedstawiają model człowieka sukcesu: idącego przez życie na zasadzie cel-pal, zwalczającego własne słabości równie łatwo, jak łatwo łamie się zapałkę. Tymczasem – to nie takie proste. O ile zupełnie możliwe jest wykorzenienie i unicestwienie jakiejś drobnej przywary, o tyle trudno w ten sam sposób wychować w sobie przebojową kobietę czy dynamicznego, rzutkiego mężczyznę, jeśli właśnie nieśmiałość jest podstawowym zrębem naszej osobowości. Aby sobie z nią poradzić, trzeba najpierw odpowiedzieć na pytania: czym jest?, skąd się może brać?, a dopiero potem szukać sposobów, aby ją opanować.

Wachlarz nieśmiałości

Jak to zwykle bywa, definicji zjawiska jest wiele. Najbardziej pojemną wydaje się ta, która określa nieśmiałość jako zachowanie osoby świadczące o świadomej niezdolności do podjęcia czynności, mimo że ma na ich temat wiedzę. Amerykański psycholog społeczny, prof. Zimbardo twierdzi, że osoba nieśmiała czuje się stale skrępowana wśród ludzi lub w różnych sytuacjach. Charakteryzuje ją rezerwa i brak wiary we własne siły. Jest to więc pewien rodzaj lęku społecznego.

Oczywiście, nieśmiałość nieśmiałości nierówna. Może być sytuacyjna albo chroniczna. Występuje też w różnym zakresie: przybiera lekką formę, np. zakłopotania, w momencie zainteresowania naszą osobą, aż po upośledzenie psychiczne, które może okaleczyć człowieka równie silnie jak poważny fizyczny defekt (tak pisze o tym Zimbardo) i uruchamia autoagresywne mechanizmy: uniemożliwia zawieranie przyjaźni, przeszkadza w publicznej obronie własnych praw, każe nadmiernie przejmować się własnymi reakcjami, obawiać, jak zostaną ocenione przez innych, zamyka człowieka w skorupie lęku, z którego nie potrafi wyjść. Gdy stan się przedłuża, do psychicznych bolączek mogą dojść kłopoty ze zdrowiem: spowodowane stresem choroby autoimmunologiczne (czyli organizm atakuje sam siebie), depresyjność, lęk i przeraźliwa samotność.

Typowa nieśmiałość ma kilka objawów fizjologicznych: przyspieszone bicie serca, czerwienienie się, wystąpienie plam na szyi i twarzy, suchość w ustach, pocenie się, drżenie rąk, nudności. Te trzy ostatnie symptomy typowe są dla fobii społecznej: mogą nawet utrudniać podstawowe czynności, jak wyjście z domu do pracy.

Gdy dziecku czegoś brak

Nieśmiałości nie można rozpatrywać jako cząstki „wyjętej” z człowieka, jak kawałek tortu. Jak to zwykle bywa, odpowiedzi na pytania: kim jesteśmy i dlaczego właśnie tacy?, należy szukać w dzieciństwie. Mamy na myśli charakter, na który mają wpływ przede wszystkim rodzice. Jego zręby tworzą się od pierwszych chwil życia, przy czym pierwszych sześć lat to kluczowy okres, kiedy formuje się baza dla późniejszego rozwoju człowieka. Właśnie psychologia rozwojowa zwraca uwagę na to, jak ważne są pierwsze tygodnie, czas tuż po narodzeniu i niemowlęctwo – jego przebieg traktowany jest jak matryca, w której odlewa się późniejszy charakter. Jeśli rodzice są wystarczająco dobrzy, człowiek przechodzi przez życie bez chorobliwej nieśmiałości. Może okazać się introwertykiem, wrażliwcem, ale nie będzie mieć lęku przed kontaktem ze światem.

Nieraz zdarza się, że spotykamy na swojej drodze kogoś, o kim mówimy, że „przeprasza, że żyje”. Ma bladą, woskowatą twarz, skurczone ciało, zawsze stoi z boku. Można z pewnym prawdopodobieństwem wnioskować, że w bardzo wczesnym dzieciństwie musiał doznać traumy, która zablokowała w nim „prawo do życia”. Może to być nieszczęśliwy los: porzucenie, dom dziecka albo długotrwałe przebywanie w szpitalu we wczesnym okresie – słowem sytuacja, w której zabrakło opieki rodzica. W tym wczesnym okresie absolutnie najważniejsza jest adekwatność zachowania rodziców do potrzeb małego dziecka: zaspokajanie jego głodu (dla dziecka głód to prawdziwy ból), potrzeby fizycznego kontaktu, głosu, który słyszało będąc jeszcze w brzuchu matki, dotyku znanych rąk, znajomego zapachu. Jeśli tego nie brakuje, w małym człowieku gruntuje się przeświadczenie, że ma prawo czuć potrzeby, na które ktoś odpowie. Tak formuje się zaufanie do samego siebie. Zaniedbany niemowlak może wyrosnąć na człowieka, który unika kontaktów albo ma kontakty „dzikie”, znajduje ucieczkę w świecie idei, woli obcować z książkami niż z ludźmi, jest samotnikiem-intelektualistą, inwestuje w rozwój duchowy, w bycie ponad potrzebami. To tylko kilka możliwych scenariuszy. W tym wszystkim kryje się przekaz: nie potrzebuję ludzi, nie potrzebuję więzi, bo nie wierzę w to, aby moja potrzeba została uznana za ważną. Bywa też inaczej: upośledzenie następuje w nieco późniejszym okresie.

Jest taki fajny moment w rozwoju dziecka, mniej więcej od około roku do półtora. Pierwszy raz staje na nogi, mówi pierwsze słowa, może się samo przemieszczać, manifestować swoją wolę. Czuje się panem sytuacji, nabiera odwagi w obcowaniu ze światem. Jeśli rodzice pozwolą dziecku na ten mały „podbój kosmosu” – rozwój szybko i naturalnie przejdzie w fazę urealnienia: za chwilę mały człowiek zrozumie, że nie jest wszechmocny. Natomiast jeśli rodzice podchodzą do wszystkiego z przesadnym lękiem, dziecko uwewnętrznia przeświadczenie, że nie ma prawa sięgać po to, czego chce. Przeświadczenie to może być źródłem późniejszej nieśmiałości.

Czasem zdarza się i tak, że „błąd w matrycy” pojawia się między osiemnastym a dwudziestym czwartym miesiącem życia. Wtedy dziecko jest już odrobinę „odpępowione”, idzie do świata i przynosi mamie różne rzeczy: a to cudny samochodzik, a to lalę. Chce w ten sposób na nowo przywołać ją do układu więzi, mówi: pochwal mnie, pobaw się ze mną. Jednak zdarza się, że mama zdążyła się już przyzwyczaić do wygodnej sytuacji, w której dziecko potrafi zająć się samo sobą. Przeszkadza jej, że znów chwyta się jej spódnicy, strzepuje więc małe łapki, mówiąc: zostaw, nie przeszkadzaj, idź baw się sam. Malec zapamiętuje, że to, co go cieszy, nie jest ważne, że nikt nie chce się tym cieszyć razem z nim. To także może być źródłem nieśmiałości.

Nic nie poradzimy: te krótkie miesiące najwcześniejszego dzieciństwa rzutują na cały nasz psychologiczny życiorys. Czasem nabyta w pierwszych miesiącach trauma ciągnie się długimi latami. Potrafi zniszczyć życie. Nie wolno sobie na to pozwolić. Przygotowując się do tego „wykładu” o nieśmiałości przeglądałam rozmaite psychologiczne fora internetowe. Pewna borykająca się z problemem nieśmiałości internautka pisała: mam już 60 lat, moje rodzeństwo odnosi sukcesy w życiu zawodowym, ma udane rodziny, przyjaciół, a ja, mimo upływu lat, wciąż pozostałam tą samą wzgardzoną, odrzuconą dzikuską...

Wola zmian

Na nieśmiałość nie ma niebieskiej tabletki szczęścia. Każdy musi znaleźć własną drogę, a przede wszystkim wzbudzić w sobie wolę ZMIANY. Kochająca osoba. Przyjaciele. Terapeuta. Trzeba znaleźć własny trop. Matryca matrycą, ale człowiek cały czas się STAJE. Nigdy nie jest za późno, żeby poprawić jakość życia.

W przypadku niezbyt głębokiej nieśmiałości sytuacyjnej wystarczy zapewne odrobina pracy nad sobą. Jeśli ogarnia cię lęk przed konkretnym wyzwaniem – mimo lęku zrób milimetrowy krok. Coś tam się zawsze uda utargować, pchniesz swój świat o ten milimetr. Takie pozytywne doświadczenie daje nam poczucie „sprawstwa” . Czasem, jeśli ktoś ma dostatecznie dużo szczęścia i trafi na życzliwego, dobrego człowieka – przyjaciela lub życiowego partnera – on pomoże nabrać pewności siebie, cierpliwie poczeka na ujawnienie tych skrywanych czy tłumionych emocjonalnych potrzeb. Odpowie na nie tak, że odbudujemy to, czego zabrakło w dzieciństwie. Nieraz przecież zdarza się, że dzikus w objęciach miłości potrafi się zmienić w normalnie funkcjonującego człowieka. Ile razy wypowiadaliśmy takie zdanie: „jak on się przy niej wyrobił!”, „jak ona przy nim wypiękniała, nabrała pewności siebie!”.

Wbrew obiegowej opinii, nie tylko kobiety mają problemy ze znalezieniem tej drugiej połówki – bo są zbyt nieśmiałe. W grupach terapeutycznych jest mnóstwo mężczyzn. Próba pokazania własnej wartości jest tłumiona u nich przez lęk przed odrzuceniem. Nieśmiali mężczyźni obawiają się, że kobieta ich pochłonie lub odrzuci, boją się zbliżyć i nie potrafią stworzyć dobrego związku. Może to i banał, ale nigdy dość go powtarzać: jeśli człowiek otworzy się na ludzi, otrzyma wielokrotnie więcej, niż oczekiwał. I jeszcze: gdybyśmy mieli dobre stosunki z ludźmi, terapeuci nie byliby potrzebni. Jednak bardzo często bez nich nie dokonamy zmian, nie ruszymy z miejsca. Terapia czy grupa wsparcia, w której przekonamy się, że ze swoim problemem nie jesteśmy sami, potrafi zdziałać cuda. W przypadku głębokiej fobii społecznej jest absolutnie niezbędna i trzeba ją wspierać lekami.

Cały czas mówimy o nieśmiałości, tej głębokiej, jako o poważnym upośledzeniu życia i to prawda, ale też niecała. Oczywiście, nie jest to pieprzyk na urodzie, to problem, który musimy rozwiązywać, ale... może on również mieć swój urok. Na ogół nieśmiali ludzie są także wrażliwi – więcej czują i widzą, głębiej rozumieją. To ma swoją wartość, o ile nie obniża zbyt drastycznie jakości życia. Jeśli nas blokuje, unieszczęśliwia, wtedy mamy święty obowiązek zaopiekować się sobą, coś zrobić. Jeśli próbujemy walczyć z nią bez niczyjej pomocy, musimy pamiętać, że w nieśmiałości typowy jest rozjazd między „ja” idealnym i tym realnym. A to łatwiej jest dostrzec podczas konfrontacji z grupą terapeutyczną czy też w rozmowie z życzliwym człowiekiem. Postarajmy się być dla siebie jak życzliwi, wyrozumiali rodzice. Nie stawiajmy sobie nierealnych celów. Te realne są naprawdę wystarczająco dobre.

Opowiadała Elżbieta Brodowska: psychoterapeutka, absolwentka podyplomowego Studium Psychoterapii Psychoanalitycznej oraz Podyplomowego Studium Psychoterapii Indywidualnej i Grupowej oraz Treningu w Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Absolwentka i certyfikowana psychoterapeutka w podejściu ISTDP. Prowadzi Ośrodek Psychoterapii i Psychoprofilaktyki w Katowicach.

  1. Psychologia

Brak miłości, nieudane związki - jakie korzyści może dać psychoterapia?

Wiele
Wiele "miłosnych" schematów trudno jest przepracować bez pomocy terapeuty, co pokazują zresztą poniższe historie. Nieraz wystarczy kilka spotkań, żeby "coś" w sobie otworzyć. Często jednak trzeba przygotować się na dłuższą pracę. (fot. iStock)
Dlaczego nikt mnie nie kocha? Dlaczego wciąż spotykam egoistów i maminsynków? Dwa lata temu takie pytania zadawali sobie Monika, Tomek i Ada. Dzisiaj kochają i są kochani. Cud? Szczęśliwy traf? Nie. Praca nad sobą pod okiem terapeuty. To dzięki temu otworzyli się na miłość.

Trzy lata temu Monika, 37-letnia wykładowczyni socjologii o urodzie Moniki Bellucci, wpatrywała się w telefon, czekając na wiadomość. Umówiła się z Markiem, że przyjedzie po nią i pojadą do kina. Nie odbierał telefonu. Po godzinie przysłał wiadomość, że jest u kolegi i da znać, jak wyjdzie. Odezwał się po dwóch dniach, jak gdyby nigdy nic. Była do tego przyzwyczajona. W końcu Marek nie po raz pierwszy wystawił ją do wiatru w ciągu ostatniego roku, czyli od momentu, w którym poznali się na portalu randkowym.

– Zawsze to ja rzucałam faceta, gdy czułam, że to nie jest związek dla mnie – opowiada Monika. – Marka nie udawało mi się zostawić, choć mówił mi wprost, że nic z tego nie będzie. Nawet jak zorientowałam się, że takich adoratorek jak ja ma kilka, też nie potrafiłam wybić go sobie z głowy. Jak ulał pasował do mnie żart z filmu braci Marx: „Ta kobieta zachowuje się jak idiotka i wygląda jak idiotka, ale niech to nikogo nie zmyli: ona jest idiotką!”.

Monika znała rozmaite teorie psychologiczne, miała świadomość, że całe jej życie miłosne przebiega pod znakiem lęku przed bliskością. Ba, wiedziała nawet, że źródło tkwi w relacji z ojcem.

– Od dziecka bałam się go i walczyłam z nim, prowokowałam i nienawidziłam, gdy mnie karał – opowiada. – Ojciec był też kochający i uroczy, więc nic dziwnego, że w dorosłym życiu tworzyłam związki typu „dwoje na huśtawce”. I wybierałam facetów, z którymi mogłam mieć na zmianę przyciąganie i odpychanie. A jak któryś chciał stabilizacji, to nieświadomie prowokowałam go, żeby mieć pretekst do odejścia.

Dlaczego więc Monika, mimo wiedzy na temat swoich miłosnych mechanizmów, nie potrafiła się od nich wyzwolić? Bo zmiana czegoś, co zapisało się w naszym umyśle w pierwszych latach życia i utrwalało przez kolejne kilkanaście lub kilkadziesiąt, wymaga nie lada wysiłku. To tak, jakbyśmy chcieli, by na ścieżce, którą przez 30 lat chodzili ludzie, nagle wyrosły stokrotki. Musimy się napracować, żeby to osiągnąć. Często pierwszym krokiem jest zasięgniecie rady kogoś, kto zna się na trawnikach i hodowli kwiatów.

Czas pozwolić sobie na wszystkie odczucia

Monika trafiła do psychoanalityka poleconego przez koleżankę. – Przez pierwszy rok chodziłam na analizę pięć razy w tygodniu – opowiada. – Czasami jechałam przez całe miasto tylko po to, żeby opowiedzieć sen o wampirach i usłyszeć: „dziękuję” w momencie, gdy mówiłam, że jeden z nich miał twarz ojca z fotografii z młodości. Wychodziłam i przez resztę dnia zastanawiałam się, co to znaczy. Z boku wyglądało to na szaleństwo, ale ja byłam pewna: to musi zadziałać. Niezwykłe, choć może lepiej powiedzieć: niezwykle bolesne, było też to, jak przeżywałam historie, które opowiadałam wcześniej wiele razy i wydawało się, że nie robią już na mnie wrażenia. Na przykład o tym, że ojciec mnie uderzył, gdy nie posłuchałam go i nie zwolniłam rowerem na zakręcie i prawie wpadłam pod autobus. Miałam wtedy sześć lat. Na analizie wróciły do mnie wszystkie uczucia, które tłumiłam przez lata. Ryczałam jak bóbr, choć do tej pory płakałam tylko w samotności. Pozwalałam sobie na odczuwanie bezradności, strachu, przerażenia, nienawiści. Ale też czułości, zrozumienia, otwartości na ludzi, akceptacji siebie i innych, cierpliwości.

Na tym polega siła psychoanalizy: ponownie przeżywając traumy, pod okiem doświadczonego analityka i jako dorośli ludzie, mamy szansę się od nich uwolnić. Oczyścić naszą nieświadomość z tego, co nas unieszczęśliwia. Stworzyć przestrzeń do działań, które dają spełnienie i satysfakcję. U Moniki oznaką zmiany było to, że po pół roku analizy przestał ją obchodzić Marek.

– Wtedy zobaczyłam, że wokół mnie są fajni faceci – opowiada Monika. – Jednym z nich był mój przyjaciel. Nagle zaiskrzyło między nami i od dwóch lat jesteśmy razem. Za trzy miesiące bierzemy ślub. Owszem, to nie bułka z masłem, bo ja wciąż walczę ze swoimi lękami i chęcią prowokowania napięć. Ale to mężczyzna, którego naprawdę kocham. Jestem pewna: nie byłoby to możliwe bez psychoanalizy.

Złamanie schematów i zasad

Ada, 34-letnia montażystka, dwa lata temu miała krótką fryzurkę w stylu lat 20., pracę przy serialu, ambitne plany zawodowe i przekonanie, że najpierw musi wzmocnić swoją pozycję zawodową, a dopiero potem myśleć o związku. Bo tak się działo w jej życiu, że zakochiwała się wtedy, gdy odnosiła sukcesy. Jej mantrą było: „Najpierw stanąć na nogi, potem chodzić na randki”.

Rok później Ada wciąż miała krótkie czarne włosy, choć na fryzjera wydała ostatnie pieniądze. Nie miała już pracy w telewizji ani mieszkania w centrum. W ramach oszczędności wynajęła pokój na obrzeżach miasta. Miała kredyt do spłacenia i coraz większy lęk, że życie ją przerasta. Zazdrościła koleżankom w związkach, że nie muszą same zmagać się z rzeczywistością. Ona mogła liczyć tylko na siebie. W dobrych czasach, gdy było ją stać na taksówki, restauracje i wakacje w Maroku, samotność jej nie doskwierała. Teraz, wracając nocnym autobusem z imprezy, z zazdrością patrzyła na pary trzymające się za ręce.

Do terapeutki trafiła bynajmniej nie z powodu tęsknoty za męskim ramieniem. Wysiadło jej kolano. Nie był to żaden uraz ani choroba. Wiedziała, że to z napięcia, bo za kilka dni miała mieć poważną rozmowę o pracę i strasznie się bała, że się nie uda.

– Pomyślałam: to znak, że jest ze mną źle – tłumaczy Ada. – W desperacji pożyczyłam pieniądze od współlokatorki i poszłam do terapeutki, która bardzo pomogła mojej koleżance. Wiedziałam, czego chcę: wzmocnienia i tego, by życie ruszyło z miejsca.

Dwie sesje po trzy godziny zrobiły swoje. – Czułam się tak, jakbym przestawiła sobie zwrotnice w mózgu – śmieje się Ada. – Tak, by uwagę kierować na to, co pozytywne, wzmacniające i twórcze. Miałam jasność: to, jak się czuję, zależy ode mnie. Mogę sobie pozwolić na przygnębienie, biczowanie się, że jestem beznadziejna i wszyscy inni mają lepiej. A mogę też cieszyć się tym, co jest. Skoro i tak mam długi i nie stać mnie na fryzjera, to po co się dodatkowo tym zadręczać? Czy nie lepiej pójść na spacer i radować się widokiem zieleni? Lepiej. No to szłam na spacer.

Szła tym chętniej, że na przechadzki wyciągał ją Jacek, przystojny i uznany w środowisku reżyser. Kręcił się koło niej od dwóch miesięcy. Wcześniej ani myślała zajmować sobie głowę amorami. Przecież musiała skupiać się na szukaniu pracy. – A teraz pomyślałam: co mi szkodzi spotykać się z ciekawym facetem? – opowiada Ada. – Przecież nie muszę ani iść z nim do łóżka, ani do ołtarza. Trochę było w tym też przekory, bo nie dość, że koleżanki ostrzegały mnie przed nim: „to narcyz, który wyniszcza kobiety”, to jeszcze randkowanie w sytuacji, gdy nie mam pracy i pieniędzy, było wbrew moim zasadom.

Jak się okazało, w miłości dobrze jest wyjść poza schematy. Zwłaszcza te, które usztywniają nasze myślenie (jak: „najpierw muszę znaleźć pracę, a potem chodzić na randki”) i zakładają klapki na oczy. Wizyta u coacha pomogła Adzie popatrzeć na siebie i swoją sytuację świeżym okiem. Dostrzec nowe możliwości i zastosować inne metody działania. – Jestem pewna, że bez tego nie zdecydowałabym się na randki z trudnym facetem, jakim bez wątpienia jest Jacek – mówi Ada. – No i nie byłabym od sześciu miesięcy w fajnym związku. Bo wbrew ostrzeżeniom życzliwych, okazał się delikatnym i wrażliwym facetem. Nie wiem, czy to facet na całe życie, ale bycie z nim daje mi radość i siłę. A tego potrzebuję, zwłaszcza teraz, gdy moja sytuacja zawodowa wciąż jest chwiejna. Choć powoli się poprawia. Nie wiem, czy więcej zleceń to efekt sesji, czy tego, że jestem bardziej pewna siebie i zadowolona z życia. Jest jeszcze jeden plus sytuacji: Jackowi podoba się, że zapuszczam włosy i uwielbia mnie w kucyku. Więc przy okazji oszczędzam na fryzjerze.

Warto zawalczyć o siebie

– Nic nie mogę znaleźć, bo Mikołaj robił wczoraj porządki w kuchni – gdera Tomasz, 30-letni scenarzysta, szukając zielonej herbaty. Z 28-letnim anglistą, którego poznał 10 miesięcy wcześniej, miesiąc temu wynajęli mieszkanie i wciąż je urządzają. Tomasz narzeka, ale jest szczęśliwy. – Czasami trudno mi uwierzyć, że mam swój dom – mówi Tomasz. – A tak naprawdę kogoś, z kim tworzę ten dom. Bo choć to brzmi trochę pompatycznie, to ja traktuję Mikołaja jak najbliższą rodzinę.

Swoistym przygotowaniem do życia w tej rodzinie była dla Tomasza psychoterapia. Poszedł na nią dwa lata temu, bynajmniej nie z powodu miłosnych zawodów czy samotności. Odpowiadały mu przygody i romanse, które szybko się kończyły. Bez darcia szat i ran. – Uważałem, że nie nadaję się do związku i tak naprawdę go nie potrzebuję – mówi. – Nie lubiłem, jak ktoś mi się kręcił po mieszkaniu.

Poszedł do psychoterapeuty analitycznego, poleconego przez przyjaciółkę, bo czuł się zablokowany twórczo. – Rozmawialiśmy o moim pisaniu i apatii, ale „ojciec prowadzący” z uporem maniaka powtarzał: „Panie Tomaszu, panu przydałby się jakiś facet na żonę. Pan by pisał, a on by robił panu herbatę i podawał ciasteczka” – opowiada Tomasz. – Myślałem: „facet, co ty gadasz?!”, ale gdy poznałem Mikołaja, nie miałem oporów, żeby zaprosić go do siebie. Na moje wątpliwości, że to pewnie nie wyjdzie, psychoterapeuta odpowiadał: „Co panu szkodzi, najwyżej go pan rzuci”. To brzmiało cynicznie, ale może dlatego przekonująco dla takiego neurotyka jak ja. Mój psychoterapeuta zachęcał mnie też do tego, żebym powiedział matce, że jestem gejem i że związałem się z Mikołajem. Wcześniej myślałem: „to nie jej sprawa, z kim sypiam”. Ale jak w końcu jej powiedziałem, poczułem się tak, jakby odpadł mi obowiązek udawania kogoś, kim nie jestem. Także udawania przed sobą, że fajnie jest być samemu.

– Dla mnie pójście na psychoterapię oznaczało, że się nie poddaję, że walczę o siebie – dodaje Tomasz. – Teraz nie tylko jestem bardziej pewny swoich możliwości, odblokowany twórczo i szczęśliwie zakochany, ale też mam świadomość, że jak się pracuje nad sobą, to ma się efekty. Czasami takie, których się nie spodziewasz, a które są tym, czego naprawdę pragniesz.