1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Depresja u osób starszych - czy to zjawisko normalne?

Depresja u osób starszych - czy to zjawisko normalne?

- Starość trzeba przyjąć bez paniki, ze spokojem, tak jak gościa – czasem może kłopotliwego, ale takiego, którego muszę przyjąć. Pomstując, rozpaczając, roszcząc pretensje do ludzi i świata tylko pogorszymy swój stan - mówi Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
- Starość trzeba przyjąć bez paniki, ze spokojem, tak jak gościa – czasem może kłopotliwego, ale takiego, którego muszę przyjąć. Pomstując, rozpaczając, roszcząc pretensje do ludzi i świata tylko pogorszymy swój stan - mówi Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
Czy stany depresyjne u ludzi w podeszłym wieku są czymś normlanym? „Absolutnie nie!” – protestuje dr Ewa Woydyłło. „Jesień życia może być kolorowa”. 

Często słyszymy: „starość się Bogu nie udała”. Czy pani też tak uważa?
Bogu wszystko się udało, także starość, tylko człowiek zaczyna to poprawiać. Gdyby nie ingerencja medycyny, to tylko bardzo zdrowi ludzie dożyliby później starości. Wtedy nie obserwowalibyśmy tylu niezdolnych już do samodzielności staruszków. Ale my odkryliśmy sposoby na przedłużanie życia – mamy lekarstwo na każdą infekcję, schorzenie... Drzewo wiadomości dobrego i złego w przypowieści o Adamie i Ewie jest w jakimś sensie odpowiedzią na to, co człowiekowi tak bardzo się teraz nie podoba. To skutek tego, że Adam skusił się na to jabłko...

Ale starość jest smutna, bo wiąże się z nią wiele różnych dolegliwości i ograniczeń...
No tak, ale byłoby ich znacznie mniej, gdybyśmy pozwalali człowiekowi odchodzić w sposób naturalny, a my często przeciągamy czyjeś życie aż do degeneracji komórek, które nie mają przecież zdolności do wiecznego funkcjonowania.

Ludzie w podeszłym wieku, we wspaniałej formie, i fizycznej, i psychicznej, się zdarzają, ale to statystyczna rzadkość. Większość ludzi, którzy dożywają dziś 90 czy więcej lat, zawdzięcza to medycynie. Obecna średnia życia to efekt pomocy medycznej, bo biologicznie człowiek nie zmienił się aż tak bardzo od tysięcy lat.

Bliscy osoby starszej, która wpada w stany depresyjne, mówią nieraz: „w tym wieku to normalne”. Czy rzeczywiście objawy depresji u seniorów są naturalnym odruchem psychicznym?
Absolutnie nie! Jeśli nawet przychodzą lękowe chwile, to są to tylko chwile. A chwila, nawet przykra, przerażająca... – przemija. To nie depresja. Z depresją jest zresztą tak, że częściej dotyka ludzi około 60. niż później. W tym bowiem okresie życia umiera wielu ich znajomych, bliskich lub najbliższych, a to przygnębia, czasem nawet załamuje. Ale przecież dwudziestolatek, który traci kogoś kochanego, też bardzo to przeżywa. Więc są to sprawy uniwersalne, niezależne od wieku. Z tą tylko różnicą, że u osób w podeszłym wieku te straty się kumulują.

W wieku 60 lat większość kobiet przechodzi na emeryturę, i starsi o 5 lat mężczyźni – czy to nie powód do apatii, przygnębienia...?
Z przejściem na emeryturę jest jak z każdą zmianą – jeśli była wyczekiwana, to jest szczęściem. Osoby, które pragnęły uwolnić się od kieratu pracy zawodowej, wreszcie robią to, na co wcześniej nie miały czasu – zajmują się wnukami, pielęgnują ogródki, podróżują, czytają książki... One czekały na tę wolność i smakują ją jak truskawki z bitą śmietaną.

Czy zawsze smakują? Znam takie osoby, które też niby czekały na emeryturę, a kiedy przestały pracować zawodowo, wpadły w czarną dziurę.
Jeśli „niby” czekały, to ja nie będę zgadywać, ale jeżeli ktoś naprawdę czeka, to może przez chwilę nie potrafić znaleźć sobie miejsca, ale wkrótce wypełnia wolną przestrzeń tym, co wcześniej było w jego życiu na drugim planie. Takie osoby nie zapadają w depresję.

Znakomicie pokazuje to film „Schmidt” Alexandra Payne’a z Jackiem Nicholsonem w roli 66-letniego emeryta. Pan Schmidt osiągnął sukces w zawodzie – w dniu przejścia na emeryturę firma zorganizowała mu pożegnalny benefis. Miał kochaną żonę, ustawioną życiowo córkę, wiernych przyjaciół, pełne konto w banku..., a jednak poczuł się wyrzucony na aut, zbędny. Wcisnął się w szlafrok i bezmyślnie przerzucał kanały telewizyjne. Nic go nie cieszyło. Kiedy rok później umarła mu nagle żona, wpadł, jak to pani mówi, w czarną dziurę. Ale potem wyruszył w podróż i zaczął uczyć się nowego życia. Bo każda zmiana wymaga nauczenia się nowych rzeczy.

Ale trzeba mieć do tego chęć.
W tych sprawach to nie nazywa się „chęć”, a raczej „pokora”. Jeśli życie nas przerasta, trzeba do pewnych spraw podejść z pokorą, dostosować się, zaakceptować to, co jest, zmienić pewne nawyki...

Oczywiście, ze starości nie ma się co cieszyć, pojawia się świadomość, że niedługo zgasną światła, a podoba mi się w tym cyrku – więc zawsze towarzyszy temu uczucie pewnego żalu. Ale przecież wiadomo, że kiedyś te światła zgasną. Starość trzeba przyjąć bez paniki, ze spokojem, tak jak gościa – czasem może kłopotliwego, ale takiego, którego muszę przyjąć. Pomstując, rozpaczając, roszcząc pretensje do ludzi i świata tylko pogorszymy swój stan. Lepiej większą uwagę skierować na innych i zapytać siebie: „Co ja jeszcze mogę KOMUŚ po sobie zostawić?” – to może być wnuczek, sąsiadka, kościół, do którego będę codziennie chodzić i podlewać kwiaty.

Wielu ludziom bardzo trudno przychodzi jednak zaakceptowanie zmian i ograniczeń związanych ze starością.
Niektórym ludziom trudno zaakceptować cokolwiek, nawet gdy mają 20 lat. Jak się dobrze rozejrzymy, to zobaczymy tyle samo przygnębionych i zgorzkniałych trzydziestolatków, co ludzi starszych. To nie przychodzi tylko z końcem życia. Jeśli ktoś nie potrafił zaakceptować utraty jakiegoś życiowego daru, jak miał 20 lat, to trudno mu przyjdzie to zrobić także wtedy, gdy będzie mieć 115.

Nie tylko ciało się starzeje, mózg także...
To zasmuca, ale między „zasmuca” a „wpadam w depresję” jest ocean różnicy. Kogoś zasmuca na przykład to, że nie może już jeździć na nartach, że nie urodzi dziecka..., ale może jeszcze przeczytać książkę, pójść na koncert, zrobić pyszne konfitury z wiśni, może zrobić wiele rzeczy, by sprawić sobie radość. Bywa, że człowiek jest smutny, przygnębiony, bez względu na to, czy pracuje, czy nie. Bo dużo zależy od charakteru, osobowości – jedni są bardzo otwarci na nowe, inni zamknięci.

Często, kiedy prowadzę samochód, włączam sobie płytę z balladami Bułata Okudżawy – w jednej śpiewa, że człowiek mądry, rozumny lubi się uczyć, jest ciekawy nowych rzeczy, a durak lubi pouczać, uważa się za najmądrzejszego, myśli, że wszystko wie najlepiej, niczego nie musi się już uczyć, jest zamknięty na inność, na zmiany – to osoba zastygła. I dla duraków starość jest najgorsza.

... zrzędliwa, uparta, złośliwa, oskarżająca, roszczeniowa?
Tak, bo do starości trzeba się też przygotować, trzeba się jej nauczyć, tak jak uczymy się prowadzić samochód. Jeśli ktoś wchodzi w nową sytuację kompletnie nieprzygotowany, to niech się nie skarży, że sobie z nią nie radzi.

Usłyszałam kiedyś od mocno starszego pana: „Dopóki fakt, że żyję, obchodzi choć jedną osobę, nie jestem bezwartościowy”. Był bardzo pogodnym staruszkiem. Samotność, poczucie, że się jest już nikomu niepotrzebnym bolą chyba najbardziej...
To prawda. Ale samotność towarzysząca starości wynika często z tego, że odeszli bliscy, dzieci powyjeżdżały w świat albo w ich sercach brak miejsca dla rodziców... Czy z tego powodu mamy siedzieć i narzekać? Nie! Trzeba poszukać innego rozwiązania. Jeśli nie ma przy nas tych, których byśmy chcieli, to szukamy sobie innych. Bo najlepsze na samotność są spotkania z ludźmi.

Kiedyś przyszła do mnie córka ze swoją matką staruszką, która na wszystko narzekała, wszystkim miała coś za złe, chodziła przygnębiona i nieszczęśliwa. Dziewczyna zapytała mnie, co może dla tej matki zrobić. Pomoc, jaką w takich przypadkach staram się wyczarować, polega na tym, że zadaję takiej zgorzkniałej kobiecie dwa pytania: „Niech mi pani powie, czy lubi pani ludzi, którzy są wciąż ze wszystkiego niezadowoleni? Czy pani chętnie spotykałaby się z kimś, kto wiecznie narzeka i ma o wszystko pretensje?”. Czasami trzeba najpierw spojrzeć na siebie, zanim zacznie się narzekać i krytykować innych. Kiedy odwiedzą nas dzieci czy wnuki, to zamiast mówić, jacy to wszyscy wokół są okropni, trzeba zapytać, co u nich słychać, upiec pyszne naleśniki z konfiturą, zaśpiewać wnukowi starą piosenkę, najlepiej sprośną... Wtedy młodzi chętnie będą mamę czy babcię odwiedzać.

Czy przyczyn stanów depresyjnych u osób starszych nie należy również upatrywać w niezdrowym trybie życia?
Oczywiście, szczególnie w braku ruchu, a im mniejsza aktywność fizyczna, tym szybciej słabnie sprawność biologiczna. W tym okresie ten ruch siłą rzeczy może nie być intensywny, ale przecież nikt nie każe staruszkom biegać maratonów. Zamiast siedzieć przed telewizorem, powinni jak najwięcej spacerować, co najmniej 2 godziny dziennie, ale nie pomiędzy straganami czy w supermarketach, tylko na świeżym powietrzu, w otoczeniu zieleni, nawet w deszczu, kaloszach i pelerynie. Każdego dnia pamiętać, żeby nie zastygać.

Często podróżuję po świecie i obserwuję starych ludzi. W Kalifornii z zachwytu oczu nie mogłam oderwać od grupy staruszków, którzy każdego poranka w białych luźnych strojach i tenisówkach ćwiczyli w parku tai chi. Potem wsiadali do busa i jechali na wegetariański lunch, wieczorem do muzeum czy na koncert. Ale w Stanach starych ludzi nie nazywa się „old”, tylko „senior cityzen”, czyli „obywatel senior”, i organizuje się dla nich różne zajęcia, spotkania, wyjazdy... oni cały czas są w jakiejś grupie. U nas też już coraz więcej robi się dla osób po 60., ale wciąż za mało jest miejsc, gdzie mogliby wspólnie spędzać czas.

Czyli zamiast depresanta – spacer, tai chi, taniec...
Tak, to najlepsze lekarstwo. Wie pani, kto ma najgorszą starość? Osoby, które osiągając późny wiek, oglądają się za siebie, a tam nie ma nic pięknego. Każdy z nas posiada skarbnicę, która nazywa się pamięcią – i jak ten skarbiec jest pusty albo pełen cuchnących śmieci, z którymi trzeba dalej żyć, to te stare lata rzeczywiście są straszne. Dlatego przez całe swoje życie zbierajmy piękne wspomnienia. Jak będziemy pięknie żyć, to i jesień życia będzie kolorowa.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

"Uważaj dziewczyno, nie zamień zawodu miłosnego w depresję!" - apeluje psycholog Ewa Woydyłło

Po rozstaniu z kimś drogim, kochanym – każdy cierpi, choć niejednakowo. Żal po stracie może być niewymownie głęboki i bolesny, ale też krótkotrwały i niespecjalnie dotkliwy. (Fot. iStock)
Po rozstaniu z kimś drogim, kochanym – każdy cierpi, choć niejednakowo. Żal po stracie może być niewymownie głęboki i bolesny, ale też krótkotrwały i niespecjalnie dotkliwy. (Fot. iStock)
Trzeba pozwolić sobie na smutek, ból, gniew..., ale powoli podnosić głowę i dostrzegać inne możliwości – psycholog Ewa Woydyłło radzi, jak żyć po bolesnej rozłące. 

„Jeszcze pół roku temu byłam taka szczęśliwa, planowaliśmy ślub, ale mój mężczyzna mnie zostawił. Od trzech miesięcy nie śpię, nie jem, zmuszam się do wychodzenia z domu... Nadal go kocham. Jak to się skończy?” – pyta młoda dziewczyna na internetowym forum... Odpowiedziałabym jej tak: Uważaj dziewczyno, nie zamień zawodu miłosnego w depresję! Postaraj się jak najszybciej powrócić do życia. Z pomocą rodziny i znajomych, swojej pracy, nauki, wypełniania obowiązków – odbuduj swoje poczucie wartości i nadzieję na przyszłość. Zaakceptuj tamto bolesne zdarzenie. Potraktuj je nie jak tragedię, lecz życiową lekcję, z której możesz się dowiedzieć czegoś ważnego o sobie i o mężczyznach. Lekcja ta przyda ci się, gdy będziesz gotowa poszukać sobie nowego narzeczonego.

Kiedy nadejdzie chwila refleksji, zastanówmy się: jakie cechy i zachowania przyciągają ludzi, a jakie odpychają? Wniosek powinien być prosty: osoba przygnębiona, z oczami pełnymi łez, zamykająca się w czterech ścianach, na pewno ma niewielkie szanse na zainteresowanie sobą ewentualnego, następnego partnera. Dlatego nie warto zbyt długo cierpieć po żadnym rozstaniu.

A co poradzić kobiecie, która pisze: „Po 10 latach związku mąż mnie zdradził i odszedł do innej. Poczułam się jak gliniany dzban uderzony kamieniem. Mamy trójkę dzieci, ale nawet one nie są w stanie przynieść mi ulgi. Nie chce mi się żyć”. Tak, to bardzo przykre, okropne! Zdrada szczególnie boli. To potrwa. Niestety, podobne przeżycia mają tysiące ludzi, ta kobieta nie jest wyjątkiem. Poradziłabym jej: „Nie trzeba rozdrapywać tej rany, lecz odwrotnie – pomóc jej się zagoić. Proszę zacząć powoli odwracać uwagę od swego bólu i skierować ją ku sprawom bieżącym. A jeżeli pani życie toczyło się tylko dla tego mężczyzny, to najwyraźniej… nie był tego wart, skoro nie potrafił dzielić z panią miłości i wspólnego życia. Takie spojrzenie na sprawę pomoże pani stopniowo przewartościować wiele rzeczy. Niech pani rozmawia o swoich uczuciach z bliskimi. Proszę też wziąć pod uwagę spotkanie z psychologiem, to pomaga spojrzeć na życie z większego dystansu, zobaczyć nie tylko to, co pani straciła, lecz także to, co zyskała z tego doświadczenia. To zaprocentuje w przyszłości”.

Każde rozstanie z bliską osobą boli, wywołuje szok i bunt. Jak sobie pomóc? Czy wypłakać emocje? Po rozstaniu z kimś drogim, kochanym – każdy cierpi, choć niejednakowo. Żal po stracie może być niewymownie głęboki i bolesny, ale też krótkotrwały i niespecjalnie dotkliwy. To zależy od siły zerwanego przywiązania: im było większe, tym trudniej pogodzić się z rozstaniem. Jak przetrwać ten stan? Cierpliwie, z szacunkiem dla własnego cierpienia, lecz bez zbytniego pogrążania się w smutku i osamotnieniu, żeby nie utkwić w cierpieniu na zbyt długo.

To znaczy, że ból jest wprost proporcjonalny do zaangażowania w związek? Dokładnie tak. Dodajmy, że liczą się tu także pewne cechy charakteru: osoby ze skłonnością do pesymizmu i użalania się nad sobą mają tendencję do nadmiernego rozdrapywania ran emocjonalnych, a więc i cierpienia po rozłące. To właśnie im najbardziej grozi depresja z powodu porzucenia, rozwodu czy zdrady. Dość ważnym czynnikiem jest też aktywność tej osoby. Ciekawa praca, szeroki krąg towarzyski, a zwłaszcza pasjonujące hobby są najlepszym remedium na życiowe rozczarowania i chwilowe osamotnienie.

Ludzie często siebie obwiniają za odejście partnera. Czy to pomaga w wyjściu z psychicznego dołka? Nie pomaga, ale jest w pewnym sensie nieuniknione. Gdy do ostatecznego rozstania już doszło, to najlepszą rzeczą jest wyciągnięcie wniosków na przyszłość. I wtedy to poczucie winy i samobiczowanie może przynieść wiedzę, jak nie postępować w związku, żeby znowu nie zakończył się rozpadem. Ale gdy już sobie to uświadomimy, to koniec z rozpamiętywaniem. Mądrzy ludzie czynią to, co przynosi dobro, a nie zło. Nadmierne obwinianie się po doznanym nieszczęściu przynosi samo zło.

Kobiety są podobno silniejsze psychicznie, ale to one po rozstaniu częściej zapadają się w sobie. Czy proces cierpienia i powracania do życia przebiega inaczej u kobiet niż u mężczyzn? Po zawodzie miłosnym czy zdradzie mężczyźni częściej rzucają się w wir pracy, pasji i dzięki temu szybciej wracają do równowagi. Ale uwaga: nie wszyscy mężczyźni! Niektórzy, dokładnie tak samo jak wiele kobiet, zamykają się w czterech ścianach, rozpamiętują, użalają się nad sobą i cierpią – cierpią w nieskończoność. Ani jednym, ani drugim nie pomaga to w zaakceptowaniu rozstania i może prowadzić do chronicznej depresji.

Po ukazaniu się artykułu, w którym rozmawiałyśmy o tym, jak żyć, by nie dać się złym nastrojom – otrzymałam kilka listów właśnie od mężczyzn. Skarżyli się na depresję z powodu porzucenia przez kobietę. Próbują z niej wyjść z pomocą psychiatrów i leków psychotropowych. Nie wiem, czy to już dowód na to, że kobiety są silniejsze psychicznie, ale w niektórych przypadkach może faktycznie tak być.

Czy szybkie zawiązanie nowej relacji to dobry sposób na odcięcie się od przeszłości i odzyskanie pewności siebie? Lepiej dać sobie trochę czasu na refleksję, odżałowanie nieudanego związku, analizę postępowania tak swojego, jak i partnera.. To potrzebne do zweryfikowania kryteriów, jakimi się kierujemy, obierając obiekt zaangażowania. Pobyć przez jakiś czas „bez pary – to dać sobie szansę na lepsze poznanie siebie – swoich potrzeb, upodobań, wymagań wobec innych... Z taką samowiedzą łatwiej będzie trafnie wybrać odpowiedniego partnera w przyszłości.

Amerykanie przeprowadzili badania tysięcy par będących w drugich lub trzecich związkach. Zdecydowana większość stwierdziła, że każdy kolejny związek był lepszy od poprzedniego. Logiczne? Oczywiście, że tak. Bo przecież w następnym związku wykorzystujemy lekcję, jaką dostaliśmy wcześniej. I to jest pocieszające, zwłaszcza dla osób, które aktualnie cierpią po jakimś rozstaniu. Chciałoby się im powiedzieć: „głowa do góry, jutro będzie lepiej! – pod warunkiem, że się postarasz, no i dokonasz dobrego wyboru...

W swojej książce „Podnieś głowę” napisała pani, że w trudnych stanach emocjonalnych – jedni szukają wsparcia, inni samotnej kryjówki. Który sposób reagowania na ból jest lepszy? Zdrowiej wyrażać przeżywane uczucia i dzielić swoje smutki z bliskimi niż dusić je w sobie. W psychologicznej arytmetyce smutek opowiedziany komuś dzieli się na dwa, a opowiedziana radość mnoży się przez dwa. Najgorsze jest samotne zapędzenie się w ślepy zaułek, z którego nie widać żadnego wyjścia. I kompletny brak pomocnej dłoni.

W jednej z moich książek przedstawiam depresję jako wielogłowego potwora – wygląda mniej lub bardziej groźnie w zależności od tego, którą głowę wystawi ze swojej kryjówki, a tę znajduje sobie w zakamarkach ludzkiej duszy. Jego legowiskiem jest samotność, a pożywieniem czarnowidztwo, egocentryzm, perfekcjonizm i bierność, a więc trujący pokarm wytwarzany przez niektóre umysły. Niekiedy uda się urwać potworowi głowę, ale wkrótce okazuje się, że depresja całkiem nie odeszła, tylko trochę się oddaliła. Rośnie w skrytości dalej i znowu wystawi łeb, tylko nieco inny. Na tym, moim zdaniem, polega chroniczność tej przypadłości. Bardzo rzadko udaje się ściąć za jednym zamachem wszystkie łby swojej depresji – tak radykalnie, że potwór zemrze, uschnie i sczeźnie.

Leczenie i późniejszy powrót do zdrowia polegają zwykle na nauczeniu się ustawicznego pilnowania swojej duszy, żeby samotność znów nie stała się legowiskiem jakiegoś psychicznego potwora, który zechce odebrać nam siły i radość życia. Co pewien jednak czas trzeba się z nim trochę pomocować, żeby – kiedy się pojawi – nie dać się pożreć żywcem. Wychodzenie z depresji porównałabym więc do walki o siebie lub może raczej do bycia w ciągłej do niej gotowości – przeciwko potworowi smutku, przygnębienia, złości, nieufności czy braku nadziei i zniechęcenia do życia.

Jak długo można „bezpiecznie” cierpieć? Nie ma reguły ani co do czasu trwania żalu po stracie, ani sposobu jego przeżywania. To sprawa indywidualna. Trzeba pozwolić sobie na ból i łzy, także gniew czy urazę, ale powoli podnosić głowę i dostrzegać inne możliwości i szanse, jakie daje życie. Zajmując się nadmiernie przeszłością, można je bowiem zaprzepaścić. Lepiej więc nie dawać sobie przyzwolenia na zbyt długie wycofanie się z życia, bo można popaść w nawyk, a ten trudno potem zmienić.

Na wszelkie życiowe trudności i załamania psychiczne proponuję patrzeć jak na wspinaczkę górską: Stojąc przed wysoką skałą, myślimy, że nie zdołamy się na nią wdrapać. Gdy jednak to się uda i staniemy na szczycie, zobaczymy ogrom piękna, rozpierać nas będzie uczucie dumy i wzruszenia... I tego nikt nam już nigdy nie odbierze. Warto! Tak samo jak porzucić użalanie się nad sobą i rozpamiętywanie nieudanego związku, bo tylko wtedy dotrzemy do miejsca, gdzie będziemy mieć szansę na przeżycie czegoś wspaniałego.

Kiedy kontakt z psychiatrą jest konieczny? Gdy uznamy, że sami nie dajemy sobie rady ze swoim smutkiem, rozpaczą, utratą chęci do życia, autodestrukcyjnymi odruchami. Przedłużająca się powyżej kilku tygodni depresja może stwarzać zagrożenie życia. Z tym nie ma żartów. Wtedy jak najszybsza wizyta u psychiatry jest absolutnie niezbędna.

Czy uważa pani, że ciosy, jakie otrzymujemy od życia, zamykają nam jedną furtkę, byśmy odnaleźli drugą, lepszą dla siebie? Właśnie tak jest! W tych słowach już pobrzmiewa optymizm, ufność i nadzieja.

  1. Psychologia

Dojrzewanie w trybie online

W czasie pandemii młodzi odkrywają efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. (Fot. Getty Images)
W czasie pandemii młodzi odkrywają efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. (Fot. Getty Images)
Wydaje się, że młodzi w pandemii mają trudniej niż my. Że skutki izolacji mogą być dla nich fatalne. Czy tak jest rzeczywiście? Michał Czernuszczyk, psychoterapeuta, uważa, że bilans nie jest wcale wyłącznie ujemny. Bo tego typu doświadczenia mogą się przekładać twórczo na życie.

Wszyscy mamy dosyć. Izolacja, brak prawdziwych spotkań, świat zredukowany do ekranu komputera. Młodzi znoszą pandemiczną samotność gorzej niż my, dorośli. Widzi to pan w gabinecie?
Widzę. Byłem zresztą zdziwiony, że młodzi ludzie są izolacją aż tak poruszeni. Czytałem badania na ten temat – zaskakująca jest dla mnie odpowiedź emocjonalna tej właśnie grupy. Mówimy o adolescentach – to czas między 14. a 24. rokiem życia. Kiedy młody człowiek jest w czasie dojrzewania, nieosadzony jeszcze w dorosłych rolach społecznych. Układ nerwowy wciąż się kształtuje. Oczywiście między 18-latkiem a 24-latkiem różnica etapu życiowego jest ogromna, ale z medycznego punktu widzenia można ich włożyć do jednej grupy. Myślałem, że skoro komunikacja online to dla nich codzienność, przestawienie się na to, że będzie jej więcej, nie sprawi im kłopotu. A jednak okazało się, że to właśnie oni najczęściej reagują lękowo.

Czyli lęk jest dominującą emocją?
Tak. To jest lęk uogólniony. Nie strach, tylko lęk, reakcja niepokoju uwarunkowana okolicznościami.

Czyli nie lęk o przyszłość, o egzaminy, o utratę miłości?
Nie. Oczywiście, jeśli zapytamy o konkretną sprawę, na przykład właśnie egzaminy, maturę, studia, mówią: „Tak, boimy się, że będziemy gorzej przygotowani, że będziemy mieć gorszy start w życie”. Jeśli zapytamy o relacje z rówieśnikami, mówią: „Tak, boimy się, że ucierpią”. Ale ten lęk rozlewa się raczej na różne dziedziny życia. Mocny jest też lęk przed chorobą, przed zarażeniem. O swoje zdrowie i życie. Młodzi ludzie wiedzą, że są w grupie stosunkowo mało narażonej, że nawet jeśli zachorują, to jest duża szansa, że przejdą zakażenie lekko albo wręcz bezobjawowo – a jednak się boją. I to zdecydowanie bardziej o siebie niż bliskich.

Nie miałam świadomości, że tak duży jest lęk przed chorobą.
Tak, i to prowadzący czasem do stanów pełnoobjawowych ataków paniki. Młodzi doświadczają też uczucia osaczenia, uwięzienia, tylko przejawia się to nie złością, lecz przestrachem.

Choć przecież każdy tego uczucia uwięzienia doświadcza.
Ja za chwilę kończę 47 lat. I kiedy opowiadam moim wczesno­nastoletnim dzieciom o swojej młodości, to mówię o tym, że wtedy telefon był rzadkością. I nie chodzi o telefon komórkowy, ale o zwykły stacjonarny. Proszę sobie teraz wyobrazić, co by było, gdyby nagle zniknęły komórki, Internet. Cechą naszych czasów jest to, że z każdym w każdej chwili można mieć kontakt. W Polsce, w innym kraju, na innym kontynencie. I my, starsi, jesteśmy nauczeni, że ten kontakt to nie jest coś oczywistego. I że nie musi być non stop. Że czasem można, a czasem nie. Wiemy to, rozumiemy, bo mamy takie doświadczenie. Oni nie, bo ich doświadczenie jest inne – każdy zawsze, w każdej chwili jest dostępny.

Ale tego im nikt nie odbiera, przeciwnie, kontakty przeniosły się do sieci, ale w tej sieci odbywają się z ogromnym natężeniem.
Tak, choć, jak się okazuje, jest pewien problem. Na początku pandemii byłem przekonany, że bez większego problemu da się kontynuować terapię online. I oczywiście robię to, ale są różnice. Esencją psychoterapii jest rozmowa – i ta się odbywa, coś jednak nam umyka. Kiedy siedzimy razem w gabinecie, widzę całą sylwetkę pacjenta, czuję bijące od niego ciepło, czasem wręcz zapach. Teraz jestem od tych bodźców towarzyszących odcięty i jednak o coś uboższy. Rozmowa osobista to coś diametralnie innego. Lockdown pokazuje nam więc pewną umowność tego pozornie nieustannego dostępu do świata, który ofiaruje sieć. Kontakt online tylko w połączeniu z możliwością osobistego spotkania jest wnoszący. Odkrywamy teraz efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. I jeśli do młodych dociera, że kontakt przez media elektroniczne jest tylko namiastką prawdziwego spotkania, to tym sroższy zawód przeżywają, im bardziej byli wcześniej w tym wirtualnym świecie zanurzeni. Są podwójnie rozczarowani. Bo muszą zrezygnować z pewnej ułudy, która dotychczas współtworzyła ich wizję świata, że ta powszechna dostępność kontaktu to podstawa. Kiedy moi rówieśnicy używają Internetu, nawet jeśli robią to bardzo sprawnie, to traktują to jednak narzędziowo. Dla młodych komunikacja online była czymś więcej niż sięganie do, umownie mówiąc, bardzo dużej biblioteki.

Brak kontaktu osobistego z rówieśnikami to jedna strona medalu. A druga – nadmiar kontaktu z domownikami. A ten nie zawsze jest dobry.
Tylko pytanie, co to znaczy dobry kontakt. Lockdown w przypadku młodych trafił w czas, kiedy zadaniem rozwojowym człowieka jest zbudowanie własnej, odrębnej tożsamości. Trudniej powiedzieć wtedy, czego się chce, łatwiej – czego się nie chce. To się kształtuje przez odrzucenie. Co, siłą rzeczy, wpływa na atmosferę w domu.

Łatwiej odrzucić, jak z tego domu można wyjść, budować siebie na zewnątrz.
Tak, jeśli można spędzać czas z rówieśnikami, znajdować u nich zrozumienie, potwierdzenie swojego stanowiska, zaprzeczenie dotyczące zasad poprzedniego pokolenia. Współprzeżywanie. Często zresztą – tu dygresja – mówi się o tym buncie jak o zjawisku negatywnym, opartym tylko na destrukcji. Ale to moim zdaniem niesprawiedliwa ocena. Spójrzmy choćby na problem klimatu. To pokolenie jest zaangażowane, właśnie oni podkreślają, że trzeba troszczyć się o Ziemię, o środowisko, o bioróżnorodność, niby przeciwzależność i bunt, a jakie konstruktywne przesłanie. Plus bezkompromisowość, o którą trudniej u starszych. Ale wracamy do tematu – zweryfikowaniu odczuć młodych służy grupa rówieśnicza. Czy kiwają głowami, czy się wykrzywiają, czy przybijają piątkę. Jest więc w nich niepewność przy wyrabianiu sobie nowych poglądów. Coś z ich życia zniknęło. Coś, co w tym momencie rozwojowym jest wręcz kluczowe. Z jednej strony deficyt kontaktów. Z drugiej – dom. Już Konrad Lorenz pisał, że stężenie osobników tego samego gatunku na małej przestrzeni grozi aktami agresji. Jeśli więc jesteśmy zmuszeni, żeby non stop zajmować tę małą przestrzeń, to wydaje się to trudny emocjonalnie, napinający czynnik, który może prowadzić do eskalacji konfliktów.

To co robić? Psychologowie mówią: rozmawiać. Ale to chyba nie takie proste. Zwłaszcza że często rozmawiać nie umiemy. Jak tu nagle wdrożyć w życie taki program?
Muszę przyznać, że mam ochotę dać radę przeciwną. Żeby niekoniecznie rozmawiać. Jeśli już jesteśmy ściśnięci w ograniczonej przestrzeni, to może dobrym pomysłem jest wejść we własną przestrzeń. Dosłownie i w przenośni. Starać się raczej oddzielać. Spójrzmy na kulturę eskimoską. Rodzina, igloo, minus 40 stopni – wyjść trudno, trzeba być razem. Tam się więc złości jawnie nie okazuje. Porównanie ekstremalne, ale zobaczmy jego użyteczną część. Kiedy jesteśmy zamknięci, ciśnienie wzrasta. Rozmowa – jeśli będzie otwarta, jeśli pojawią się treści do tej pory unikane – ma swoją cenę. I potem z efektami trzeba móc coś zrobić. Jakoś odreagować. Czy przez aktywność fizyczną, sport, czy kontakt z kimś na zewnątrz naszej domowej grupy. W lockdownie o to trudno. Ja do takich szczerych rozmów nie namawiam. Oczywiście kiedy młody człowiek zgłosi taką potrzebę, trudno odmówić, ale też warto mieć świadomość możliwych kosztów. Można natomiast spróbować pobyć we własnej przestrzeni. Poprzyglądajmy się też sobie. Swoim oczekiwaniom. Wobec siebie, wobec innych. Nie musimy ich wypowiadać, czekać na reakcję. Jest oczywiście pokusa, żeby – kiedy coś przeżywam – się tym dzielić, ale to nie jest dobry moment. A ponieważ nie ma już szczęśliwie zakazu wychodzenia z domu, to wychodźmy. Warto do tego dzieci zachęcać. Ruch na powietrzu, zwłaszcza intensywny – to może być bieganie, choć może też być zwykły spacer – naprawdę dobrze robi. Pomaga się „odtruć”, wyrzucić z siebie emocje. Dobrze robi też kontakt z naturą. Spacer w parku czy lesie ma teraz szczególną wartość.

A z praktycznego punktu widzenia – widzę, że coś złego dzieje się z dzieckiem, widzę lęk, niepokój, samotność. Rodzice – nie zawsze, ale często – są w parze, dzieci są od swojej pary czy grupy odcięte. Co robić? Zostawić?
Tu powstaje paradoksalna sytuacja. Rodzic, którego autorytet ma w tym czasie w sposób naturalny maleć, wydaje się teraz tym, który ma możliwość kojenia, dostarczania sposobów radzenia sobie z tą trudną sytuacją. Nie ma tu jednej uniwersalnej rady. Nie bardzo wierzę w to, że można się uczyć na cudzych błędach, naszym zadaniem życiowym jest nauczyć się na błędach swoich. A żeby tak się stało, musimy mieć możliwość ich popełniania. Choć może teraz sposobem będzie korzystanie z autorytetów pośrednich – pokazywanie, jak inni radzili sobie w podobnych okolicznościach. Mogą to być przykłady zaczerpnięte z literatury, filmu czy seriali. Przychodzi mi na myśl serial „Terror”, o okrętach, które utknęły w lodzie Arktyki, załogi muszą przeżyć razem w tej ekstremalnej sytuacji. Dość to okrutne, ale i realistyczne, pokazuje, że między ludźmi bywa trudno. Pomóc może nie zapewnienie, że będzie dobrze, ale powiedzenie: choć trudno, jesteśmy razem. COVID-19 uczy nas, że przeświadczenie o wszechmocy człowieka było ulotne, więc w deklaracje, że na pewno będzie dobrze, nikt myślący nie uwierzy. Dlatego warto nienatrętnie proponować jakieś wzorce.

Rozmawiamy o sytuacjach trudnych, ale nie ekstremalnych. Bywa jednak, że uaktywniają się uśpione od jakiegoś czasu problemy, jak choćby anoreksja. Zaczyna się depresja. Pojawiają się nawet myśli samobójcze. Co robić, żeby niczego nie przegapić?
Jeśli mówiłem wcześniej o niezmuszaniu do rozmowy, o wycofaniu się do własnej przestrzeni, nie miałem na myśli obojętności czy niezwracania uwagi na dziecko. Nie chcę podgrzewać kwestii zagrożenia samobójstwami, ale wiem i widzę, że zwiększa się liczba stanów okołodepresyjnych. Nie ma co zapewniać, że „będzie dobrze”, to nigdy nie działa. Depresja, którą obserwujemy teraz, to depresja sytuacyjna. Nie jest to tak dramatyczna forma choroby jak ta, która przychodzi nie wiadomo skąd i dlaczego, i jest podwójnie bolesna, bo oderwana od kontekstu. Dziś na ogół depresje pojawiają się w specyficznym, pandemicznym kontekście. Problemy najczęściej zgłaszane określam jako podwyższony poziom lęku, przejęcie tym, co będzie, wytrącenie z równowagi, zgubienie ścieżki, którą do tej pory podążaliśmy, obawy o realizację planów. Kiedy coś się dzieje, musimy reagować. Powiedzieć, że istnieje możliwość konsultacji psychologicznej czy psychiatrycznej. To na ogół przyjmowane jest fatalnie, mówię bez złudzeń, ale czasem, kiedy myśl zostanie wypowiedziana, udrażnia jakiś kanał, z którego za jakiś czas można będzie skorzystać. Wiele osób nadal myśli, że „psychiatra to dla świrów”, i ta stygmatyzująca treść powstrzymuje przed zwróceniem się do specjalisty. Ale można odwołać się do badań mówiących, że ludzie fatalnie znoszą izolację. I że są możliwe formy pomocy, czy to psychoterapia, czy farmakoterapia. Czasem wystarczy konsultacja. I świadomość, że jeśli będzie gorzej, mogę sięgnąć po leki. Czasem zapisuje się małe dawki. Depresja to nie tylko przygnębienie, to też bezsenność, drażliwość, poczucie braku sensu. Warto uświadomić sobie, że to nie jest coś bez nazwy, co dotyka tylko mnie. A jak już ma nazwę, staje się czymś konkretnym – można sięgnąć po leczenie. Z nadzieją, że, powiedzmy, w ciągu roku mamy szanse na zluzowanie obostrzeń. Może świat nie wróci w takiej formie, jaką znaliśmy, ale jakąś część naszego dawnego życia odzyskamy. Łatwiej więc sięgać po pomoc z myślą, że to przejściowe.

Mówi pan: za jakiś czas, może za rok. Ale wydaje mi się, że dla młodych rok jest w gruncie rzeczy dłuższy niż dla osoby dorosłej, dla nich inaczej płynie czas.
Także dlatego, że te lata są dla nich tak ważne, na nich potem będą budować. Dla człowieka dorosłego jeden rok tej samej pracy jest bliźniaczo podobny do innego, u adolescentów jest inaczej, klasa maturalna na przykład już się nie powtórzy.

W mediach społecznościowych rośnie też cyberprzemoc.
Ja w gabinecie mam z tym mały kontakt, choć oczywiście wiem, że to istnieje. Jest też – poza „zwykłym” ośmieszaniem, drwinami, upokarzaniem, coś, co nosi nazwę revenge porn. Polega na umieszczeniu w sieci – w ramach zemsty, odegrania się – nagrań scen intymnych. To narusza intymność, obraża, upokarza, daje poczucie wielowymiarowej zdrady, jest źródłem wstydu, a przy tym jest praktycznie nieusuwalne, czyli stale rani. Na szczęście to nie jest zjawisko powszechne. Pamiętajmy jednak, że były już samobójstwa pod wpływem hejtu w mediach społecznościowych.

Kiedy rozmawia pan z młodymi w gabinecie, widzi pan, jak ważny jest kontakt osobisty. Że dopiero uzupełnienie się światów realnego i wirtualnego stanowi całość. A czy młodzi mają tę świadomość? Czują brak? Czy jakość kontaktu w sieci też się jakoś teraz zmienia?
Widzę tu dwie skrajności. Jedna – że pojawiło się zjawisko przebywania ze sobą non stop. Mamy cały czas włączony komunikator, nasz partner po drugiej stronie ekranu jest świadkiem naszego życia, a my – jego. Ale jednocześnie zajmujemy się nie tym partnerem, lecz sobą. I niby ten kontakt trwa całą dobę, ale to właściwie nie jest kontakt. Po prostu tam ktoś jest, ale nie wchodzimy z nim w interakcję. Druga – że kontakt online intencjonalny, w parze czy w grupie, nakierowany na wymianę myśli, jest dużo słabszy. Bo nie ma tych pozawerbalnych informacji, których na co dzień nie dostrzegamy, więc nawet nie umiemy powiedzieć, że ich brak. Badania neuropsychologiczne pokazują, jak ważna jest mikromimika, takie gesty czy miny, które robimy nieświadomie, trwające tysięczne części sekundy. Przez nasz system poznawczy nie są one rejestrowane, ale przez system afektywny jak najbardziej, przez to poznajemy, jakie nastawienie do nas ma druga osoba. To w kontakcie online ginie, pozawerbalnych sygnałów kamerka w laptopie nie pokaże. To powoduje poczucie pewnej pustki, czegoś nie ma, nie wiemy nawet czego.

Czy to może coś zabrać na dobre? Młodzi stracą coś, czego już nie odbudują?
Nie wiemy, co będzie dalej. To, czego doświadczamy, to coś nowego, coś, czego się nikt nie spodziewał. Naprawdę nie wiadomo, jak się to rozwinie. Nie odważę się przewidywać. Nie mówię tylko o rzeczywistości pandemii, ale o relacjach z innymi. Czy to, że teraz są inne, coś młodym ludziom w kontakcie na przyszłość zabierze? Te relacje się zmienią? Znów: nie będę prorokować. Oczywiście gdyby się okazało, że kontakt internetowy stanie się teraz normą i zastąpi kontakt osobisty, to byłoby zubażające. Choć nie jest tak, że coś to nam amputuje – mogłoby się tak zdarzyć w przypadku noworodka, który byłby pozbawiony żywego kontaktu z opiekunami, to okaleczyłoby go emocjonalnie. Ale adolescenci mają już aparat emocjonalny wykształcony. Bezpośredni kontakt nie jest im niezbędny do przeżycia, ale na pewno jego brak nas zubaża. Może to skutkować depresją, zniechęceniem do życia.

Stracone pokolenie? Ktoś tak mi o młodych ludziach powiedział.
Nie, ja tego tak nie widzę. Powiem więcej – ja młodymi ludźmi jestem zachwycony. Uważam za niesamowite, jak potrafią się adaptować do okoliczności, korzystać z różnych form wyrazu, wystarczy spojrzeć, jak się ubierają, jak używają form, kolorów, jak są twórczy i odważni. Mają elastyczność przeżywania, która z wiekiem więdnie. Prowadzą rodzaj żywej gry ze światem, także w pandemicznych okolicznościach znajdują swoje środki wyrazu. Córka pokazała mi ostatnio komiks, który narysowała do szkolnej gazetki. Trzy obrazki. Na pierwszym postać i jej myśli, sny. Na drugim – marzenia. Na trzecim szare tło, bezlistne drzewa, człowiek pod parasolem – i podpis: „rzeczywistość”. Z jednej strony – smutek. Z drugiej – myślę, że przełożenie poczucia smutku i szarości na rodzaj sztuki to sposób twórczy i życiodajny. Jeśli tak ma wyglądać stracone pokolenie, to nie, ono nie jest stracone.

Widzę tu trochę optymizmu.
Doświadczenia związane z cierpieniem nas kształtują. Z jednej strony doświadczamy cierpienia, z drugiej – przekonujemy się, że to coś, co przemija. A czasem okazuje się czymś poza naszą kontrolą. Lockdown to pokazuje. Młodzi czują lęk, często dołącza się też poczucie winy w stosunku do starszych pokoleń, bardziej narażonych na zakażenie i skutki choroby. Tego typu doświadczenia mogą przekładać się twórczo na życie, bo widać, o co warto się starać, dlaczego warto żyć. Cierpienie konfrontuje z kwestiami egzystencjalnymi, zmusza do pewnej uwagi, refleksji, myślenia o wartości życia. Ja tak właśnie patrzę na młodych. Myślę, że oni dzięki pandemii mają też ogromną szansę. 

Michał Czernuszczyk, psycholog i psychoterapeuta certyfikowany przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne. Prowadzi psychoterapię indywidualną dorosłych i młodzieży oraz psychoterapię grupową.

 

  1. Psychologia

Depresja poporodowa - smutek nad kołyską

W ciągu pierwszego roku po urodzeniu dziecka depresja może wystąpić w dowolnym momencie, wcale nie natychmiast po porodzie. Czasami kobieta przez pewien czas jakoś się trzyma, ale w końcu sił jej braknie i przychodzi załamanie. (Fot. iStock)
W ciągu pierwszego roku po urodzeniu dziecka depresja może wystąpić w dowolnym momencie, wcale nie natychmiast po porodzie. Czasami kobieta przez pewien czas jakoś się trzyma, ale w końcu sił jej braknie i przychodzi załamanie. (Fot. iStock)
Dopada matki noworodków częściej, niż się wydaje. Nie wolno jej lekceważyć. Czym jest depresja poporodowa wyjaśnia dr Ewa Woydyłło. 

Kobieta w ciąży z niecierpliwością oczekuje na maleństwo, a potem zamiast fali szczęścia ogarnia ją przygnębienie. Jak to możliwe? To problem, który dotyka statystycznie 10–15 procent kobiet po urodzeniu dziecka, a o którym mało się mówi. Nazywa się depresja poporodowa (w skrócie PPD: Post Partum Depression) i jak każda depresja objawia się obniżonym nastrojem, zniechęceniem, smutkiem, płaczliwością, drażliwością, zaburzeniami snu. Czasami towarzyszy temu brak apetytu lub – wprost przeciwnie – wilczy apetyt. Dochodzi do tego strach i zamartwianie się o zdrowie: swoje i dziecka, czasem spadek zainteresowania maleństwem, uczucie beznadziei i bezradności. Snują się po głowie ponure myśli, np.: „nie poradzę sobie, na pewno coś robię nie tak, jestem złą matką...”.

Pierwszą książką na temat depresji poporodowej, jaką miałam w ręku, była autobiograficzna opowieść 38-letniej gwiazdy Hollywood Brooke Shields, zatytułowana „Lunął deszcz: Moja przeprawa przez depresję poporodową” (wyd. Hyperion, 2005 r.  – przyp. red.). Ta książka zapoczątkowała w USA tzw. antistigma crusade – akcję społeczną mającą na celu uwolnienie od piętna osoby dotknięte tym problemem, niesprawiedliwie potępiane przez otoczenie. Autorce chodziło o pokazanie na własnym przykładzie niepojętego dla większości ludzi załamania nerwowego matek noworodków. Brooke Shields zaszła w ciążę po długim procesie leczenia bezpłodności i urodziła zdrową córeczkę. Upragnione macierzyństwo nie sprawiło jej jednak radości. Po porodzie pogrążyła się w smutku i niechęci do wszystkiego, a zwłaszcza do zajmowania się dzieckiem. Książka wywołała wielką dyskusję, a problemem zainteresowały się nie tylko inne młode matki i ich rodziny, lecz także lekarze i terapeuci.

Czy depresja poporodowa to efekt burzy hormonalnej? Zmiany nastroju zależą od tego, co się dzieje w mózgu. To tam jest źródło tego, że czujesz się przygnębiona albo nie chce ci się wstawać i popadasz w apatię. W organizmie kobiety po porodzie rozgrywa się, tak jak pani mówi, prawdziwa burza hormonalna. W momencie przyjścia dziecka na świat następuje gwałtowny spadek poziomu estrogenu i progesteronu. Niektóre kobiety doznają podobnego stanu w okresie przedmiesiączkowym, kiedy też obniża się poziom owych hormonów, powodując pogorszenie nastroju, płaczliwość, niepokój (tzw. syndrom PMS). Po porodzie zmniejsza się również wydzielanie hormonu tarczycy, a wraz z tym następuje spadek aktywności. W momencie gdy te trzy elementy się zbiegną, obniżony nastrój gotowy. Ale rozchwianie hormonalne nie jest jedyną przyczyną depresji poporodowej.

Co jeszcze może ją wywołać? Przyczyną tego zaburzenia jest także wyczerpanie fizyczne i psychiczne położnicy. Zmęczenie ciążą, porodem, napięciem i stresem, które czasami wiąże się z rozmaitymi lękami: czy urodzi się zdrowe dziecko, czy bardzo będzie bolało, czy mąż nie odejdzie, czy zachowam urodę, czy nie stracę ładnej sylwetki, czy nie będę miała rozstępów na brzuchu... Sam poród niekiedy pozostawia nieludzkie zmęczenie. Potem następują tygodnie i miesiące, które toczą się w całkowicie innym rytmie. Jeżeli kobieta traktuje swoje nowe zadania bardzo poważnie i w niczym sobie nie odpuszcza albo nie ma nikogo do pomocy, to obowiązki zaczynają ją przerastać i może wpaść w psychiczny dół. Dziś wokół młodej matki nie stoi kilkanaście dorosłych kobiet – ciotek, nianiek czy mamek, jak to bywało dawniej. Pozostawiona sama sobie, bez doświadczenia, z całkowicie zależnym od niej maleństwem, często zwyczajnie sobie nie radzi. Kiedyś dostałam od znajomych kartkę: „Nasz Krzysio skończył trzy miesiące, a my się czujemy, jakbyśmy trzy miesiące temu wsiedli do pociągu, który nie zatrzymuje się na żadnej stacji i w dodatku nie mamy miejsc siedzących”.

Na wymienione czynniki biologiczne często nakładają się przyczyny o charakterze społecznym czy interpersonalnym. Na przykład to, czy tylko kobieta, czy także partner i cała rodzina czekali na dziecko z radością. A może było przeciwnie? Może kobieta nie ma stałego partnera, może ciąża była przygodna... To wszystko ma wpływ na to, co czuje, myśli i przeżywa matka noworodka.

Czy depresja pojawia się zaraz po porodzie? W ciągu pierwszego roku po urodzeniu dziecka depresja może wystąpić w dowolnym momencie, wcale nie natychmiast po porodzie. Czasami kobieta przez pewien czas jakoś się trzyma, ale w końcu sił jej braknie i przychodzi załamanie.

U niektórych matek pojawia się tzw. baby blues – stan przypominający depresję, ale przebiegający łagodnie i mijający samorzutnie po kilku dniach. Ale jeśli depresyjne objawy nie ustąpią w ciągu dwóch tygodni, to należy udać się do lekarza. Przedłużających się objawów depresji nie wolno lekceważyć. Lekarz powinien postawić diagnozę i zalecić odpowiednie leczenie. Są już leki przeciwdepresyjne, które może przyjmować nawet karmiąca matka, zresztą nie zawsze konieczne. Wielu kobietom skutecznie pomaga psychoterapia. Najczęściej jest prowadzona metodą poznawczą, tzn. terapeuta nie pyta o dzieciństwo, nie wchodzi w głębokie analizy, tylko sugeruje, w jaki sposób można usprawnić swoje funkcjonowanie. Najlepiej jeśli kobieta przyjdzie z partnerem, bo jest z nim na co dzień i mogą dać sobie najwięcej wsparcia. Nieporozumienia pomiędzy nimi wynikają czasem z tego, że on nie wie, co ona czuje, ona się nie domyśla, czego on by chciał... – i trzecia osoba w postaci specjalisty może im tę rozmowę o emocjach i wzajemnych oczekiwaniach ułatwić. Bo nie chodzi tylko o jakość życia kobiety, lecz także dziecka, a za to odpowiedzialni są oboje rodzice.

A jeśli ojciec dziecka gdzieś odfrunął albo nie jest gotów na taką pomoc lub uważa, że to są babskie sprawy – to takiej kobiecie trzeba zapewnić grupę wsparcia, grupę innych matek. We wspólnej rozmowie uświadamiają sobie, że w swoich problemach nie są odosobnione, że inne też przez to przechodzą.

Ale kobieta często wstydzi się albo boi komukolwiek mówić o złym samopoczuciu, żeby nie uznano jej za wyrodną matkę. Tłumaczy więc sobie: „Jestem zmęczona, niewyspana, popłaczę w poduszkę i samo przejdzie”. W końcu prawdopodobnie kiedyś przejdzie, tylko że skutki tego mogą się bardzo długo ciągnąć. Nie mówiąc już o tym, że utrata pierwszych miesięcy nawiązywania kontaktu z dzieckiem, uczenia się, jak być matką, jak przeżywać macierzyństwo – może zostać zaprzepaszczona na zawsze. Kobieta nigdy już tego nie nadrobi, więc pozostanie w niej poczucie winy, wielkiej straty, krzywdy. Leczenie depresji poporodowej jest zresztą dość proste. Bywa, że kobieta bierze udział w psychoterapii przez kilka tygodni, ale czasami wystarczy jedna wspierająca rozmowa.

Do czego może prowadzić nieleczona depresja poporodowa? Może stać się przewlekła, przerodzić w chroniczny stan pesymistyczny. Młoda matka nabierze negatywnego stosunku do siebie. Jej depresyjne stany odczuwa także dziecko – staje się nerwowe, płaczliwe, nie rozwija się harmonijnie. Wtedy ona myśli, że jest złą matką i będzie się do dziecka odnosić albo nadopiekuńczo, albo niechętnie. Narastanie obniżonego nastroju rzutuje więc nie tylko na relację matki z dzieckiem, ale i na stosunek dziecka do matki, bo ono nie dostaje od niej uśmiechu, pieszczoty, tylko irytację, złość, płacz. Wprawdzie nie rozumie słów, ale odczytuje sygnały emocjonalne, odczuwa, czy matka jest szczęśliwa, czy nie. A ponieważ depresja powoduje, że kobieta czuje się nieszczęśliwa, to u małego człowieka może pojawić się przekonanie, że to on jest źródłem tego nieszczęścia, co w jakimś sensie jest prawdą.

Jaką rolę powinni odegrać bliscy młodej matki? Domownicy nie powinni lekceważyć jej złego samopoczucia, mówiąc: „Przestań, nie marudź, tak chciałaś tego dziecka, a teraz płaczesz, daj spokój, weź się w garść, zajmij się wreszcie małym, jak na prawdziwą matkę przystało”. Bliscy powinni skierować ją do lekarza – jeśli jeden nie pomoże, trzeba iść do drugiego. Nie wolno kobiety zostawić z tym problemem samej, bo może sobie z nim nie poradzić. To jest trochę tak, jak ze złamaną nogą – jeśli nie włożysz jej w gips, to będziesz kuleć.

Kobiecie, która wychodzi z połogu, trzeba możliwie szybko pomóc powrócić do normalnego życia. Zwłaszcza jeśli do tej pory była czynna zawodowo i lubiła swoją pracę. Najpewniej, gdy decydowała się na macierzyństwo i traktowała je poważnie – przeżywała wielki stres związany z tym, czy uda jej się powrócić do tego, czym się wcześniej zajmowała. Może też pojawić się tęsknota do siebie sprzed porodu: „Byłam zgrabna, szczupła, pięknie ubrana, brałam udział w życiu publicznym, a teraz jestem non stop zajęta tylko dzieckiem i nie mam światu nic do zaoferowania”. To dołujące myśli. A jeżeli jeszcze rodzina, zwłaszcza partner, nie docenia jej w roli matki, to już samo to może spowodować depresję.

Czytałam o kobiecie, która po porodzie targnęła się na życie swego dziecka. Czy za to też należy winić depresję? Nie depresję, lecz jeszcze inny rodzaj problemu – psychozę poporodową. Dotyka kobiety, które mają do tego pewne predyspozycje, nie są przygotowane na ciążę lub bardzo ciężko ją przechodziły. Psychoza charakteryzuje się – oprócz stanów depresyjnych – także urojeniami, oderwaniem od realnego życia. Zdarza się rzadko, może jednej kobiecie na tysiąc. Będąc w stanie psychozy matka obsesyjnie myśli, żeby dziecku zrobić coś złego, lecz bardzo rzadko kończy się to tragicznie.

Pamiętam pacjentkę, która miała już dorosłe dziecko, ale w pamięci ciągłe poczucie winy: kiedy urodziła synka, cały czas uporczywie myślała o tym, żeby wyrzucić go przez balkon. Nigdy nie podjęła takiej próby, ale mówiła, że musiała być bardzo czujna i ostrożna, by tego nie zrobić. To troszeczkę przypomina lęk wysokości – ludzie, którzy cierpią na tę fobię, nie mogą wchodzić na balkon, nie dlatego, że boją się, że ten się pod nimi oberwie, tylko że spojrzą w dół i... wyskoczą. Niektóre matki cierpiące na psychozę poporodową dręczą również myśli, żeby targnąć się na własne życie. To zaburzenie schizoidalne – polega na rozszczepieniu: z jednej strony jestem sobą, a z drugiej jest coś we mnie, co mnie od tego realnego życia odrywa. To niebezpieczne, ale na szczęście dotyka niewielu kobiet.

  1. Psychologia

Depresja maskowana – jak rozpoznać objawy? Rozmowa z Joanną Porembą, prezeską fundacji Melancholia

Rozmawiamy z Joanną Porembą, współzałożycielką i prezeską fundacji Melancholia, www. melancholia.org.pl. (Fot. Jacek Poremba)
Rozmawiamy z Joanną Porembą, współzałożycielką i prezeską fundacji Melancholia, www. melancholia.org.pl. (Fot. Jacek Poremba)
Przewlekłe bóle głowy lub karku, napady paniki, fobie i natręctwa, ale też zaburzenia snu czy pracy serca – pod wszystkimi tymi objawami może ukrywać się depresja. Joanna Poremba, współzałożycielka i prezeska fundacji Melancholia, wyjaśnia, jak rozpoznać ją u siebie i bliskich.

Na hasło „depresja” wielu z nas staje przed oczami obraz zmęczonego, zaniedbanego człowieka, który nie ma siły podnieść się z łóżka...
Bywa, że rzeczywiście tak to wygląda, jednak depresja może mieć rozmaite podłoże i bardzo różny przebieg, często daleki od powszechnego wyobrażenia. Przywołany przez ciebie obrazek może stanowić całą prawdę o czyjejś chorobie, ale może też nie pojawić się w ogóle lub być tylko jedną z kilku różnych faz. Fakt, że wiele osób tak właśnie wyobraża sobie depresję, wynika z uwarunkowań kulturowych, w tym opisów filmowych i literackich – wystarczy, że wspomnimy „Lot nad kukułczym gniazdem” czy „Przerwaną lekcję muzyki”. Z całą pewnością nie jest jednak jedynym ani obowiązującym sposobem przechodzenia choroby! Rzeczywiście często występuje w niej apatia i ospałość, ale równie dobrze może pojawić się nadaktywność i bezsenność. Podobnie jest z apetytem: objawem depresji może być zarówno brak apetytu, jak i nadmierne łaknienie. Bywa, że dominujące objawy są jeszcze bardziej zwodnicze. W niektórych formach depresji okazują się mylące na tyle, że sugerują występowanie zupełnie innych chorób. To tak zwane maski depresji, które sprawiają, że jest ona szczególnie trudna do zdiagnozowania.

O maskach w ostatnim czasie mówimy głównie w kontekście koronawirusa, wcześniej zaś przy okazji rozmów o teatrze i karnawale. I w teatrze, i podczas karnawału, i nawet w czasie pandemii, podczas której staramy się przechytrzyć wirusa, maska kojarzy się z odgrywaniem jakiejś roli, z oszukiwaniem otoczenia. W depresji, jak sobie wyobrażam, występuje zwykle wtedy, kiedy siebie oszukujemy, nie chcąc przyjąć do wiadomości pewnych prawd na temat otoczenia i siebie samych.
Nie nazwałabym tego oszukiwaniem, a raczej niebyciem przy sobie, pewnym brakiem uważności wobec sygnałów, które daje nam własny organizm. Nasza postawa jest bardzo często zupełnie nieuświadomiona: wywieramy na samych siebie różne rodzaje presji, nie akceptując się, a w konsekwencji nie darząc troską, czułością i uwagą. Bez kochania siebie nie da się kochać i akceptować świata. Niestety, jeśli tej uważności na siebie nie wyniesiemy z domu, jeśli rodzice nie nauczą nas korzystania z pewnych narzędzi, to w życiu dorosłym będzie nam o wiele trudniej. Na szczęście, kiedy zaczynamy ich w końcu szukać, z pomocą przychodzi psychoterapia.

Wracając do twojego pytania – wspomniany karnawał stanowił kiedyś coś w rodzaju wentylu bezpieczeństwa, okres, kiedy można było zapomnieć o konwenansach i ograniczeniach. Maska w depresji również jest wentylem. Depresja to choroba duszy i umysłu, a nasz mózg – ciągle jeszcze nie do końca poznany – nie mogąc zmieścić w głowie wszystkich napięć, „upycha” je w ciele. To, z czym sobie nie radzimy, trudne emocje zaczynają pukać do nas pod postacią przypominającą rozmaite schorzenia. Według niektórych badaczy, którym trudno odmówić pewnej racji, jeśli poświęcamy naszemu ciału wystarczająco dużo uwagi i jesteśmy wyczuleni na płynące z niego sygnały, to być może zauważymy te symptomy wcześniej. To jedna z wielu korzyści bycia w kontakcie ze swoim ciałem.

W naszej kulturze mamy raczej niską świadomość własnego ciała.
Niestety, masz rację. Nie uczy się jej w szkołach, a powinno. I nie mam tu na myśli sportu, bo aktywność fizyczna nie zawsze jest równoznaczna z kontaktem nawiązanym z ciałem. Znany amerykański psychiatra i psychoterapeuta Alexander Lowen podkreślał często, że głowa nie działa bez ciała, i odwrotnie. U współczesnego człowieka Zachodu jednak ta komunikacja między nimi nie odbywa się tak, jak powinna.

Czy lekarz, jeśli ktoś zwraca się do niego z dolegliwością somatyczną, zawsze również powinien brać pod uwagę, że ta osoba może chorować na depresję?
Byłoby to tak zwane holistyczne podejście do pacjenta, które na razie nie jest u nas powszechne, choć na szczęście nie powiedziałabym, że się nie zdarza. Lekarz z całą pewnością powinien zastanowić się, czy nie ma do czynienia z maską depresji wtedy, kiedy pacjent zrobi wszystkie możliwe badania, wyniki są dobre, a jego ciało cierpi. Warto przy tym podkreślić, że nie chodzi o wyimaginowany ból czy dyskomfort – te dolegliwości, umiejscowione w konkretnym punkcie, naprawdę się odczuwa, i po pewnym czasie może rozwinąć się z nich coś poważniejszego. Tym, co ostatecznie potwierdza, że chodziło o maskę, jest skuteczność leczenia lekami antydepresyjnymi: dolegliwości ustępują po ich zażyciu, nie zaś po preparacie, który zwykle stosuje się na chorobę imitowaną tutaj przez depresję.

Pomówmy jeszcze o stereotypowym wyobrażeniu osoby chorującej na depresję. Wielu z nas wie już, że nie zawsze objawia się ona rozpaczą, apatią i zaniedbaniem higieny. Jednak termin „maski depresji” chyba nie wszyscy słyszeli. Ja, która choruję na depresję od ponad 20 lat, nigdy nie usłyszałam tego określenia od żadnego lekarza. Dodam, że zawsze byłam bardzo aktywna, rzadko kiedy smutna, a moim głównym problemem było dojmujące uczucie lęku.
Termin „maski depresji” nie jest nowy, natomiast rzeczywiście nie wszedł do literatury przedmiotu; trudno przewidzieć, czy się to zmieni. Nie dotarł także do szerszej świadomości. Symptomy, których doświadczałaś, można jednak określić takim właśnie mianem.

Maski depresji mają rozmaity charakter. Jednym z ich rodzajów są tzw. maski psychopatologiczne – zaburzenia lękowe (lęk przewlekły lub ataki paniki, jak u ciebie), fobie oraz natręctwa. Drugą typową kategorią są symptomy fizyczne, głównie bólowe. Do najczęstszych zalicza się bóle w klatce piersiowej, kłucie serca, wrażenie duszności i ucisku; bóle głowy (np. pulsowanie, uczucie ucisku na mózg, szum w uszach) połączone z uczuciem niepokoju; nerwobóle; drętwienie, pieczenie, palenie, cierpnięcie kończyn, przepływ ciepła lub uczucie zimna; świąd skóry; zespół niespokojnych nóg; dziwne odczucia w rozmaitych narządach, szczególnie w żołądku i wątrobie. Maską depresji mogą być też zaburzenia rytmu biologicznego: snu i czuwania (problemy z zasypianiem, płytki sen, zbyt wczesne budzenie się, nadmierna senność w ciągu dnia), łaknienia (utrata apetytu lub napady głodu), problemy z miesiączkowaniem, zaburzenia erekcji. Wspomniany już Lowen mianem maski depresji określał także alkoholizm. Jak widać wachlarz możliwości jest szeroki.

Ja na przykład długo cierpiałam na coś, co wydało się być reumatoidalnym zapaleniem stawów – to też jedna z masek depresji. Drugą były męczące mnie latami dokuczliwe bóle karku – z czasem tak silne, że nie mogłam ruszyć szyją, nie byłam też w stanie zapiąć pasów w samochodzie. Lekarze rozważali nawet operację. Zamiast tego zdecydowałam się na długą fizjoterapię, która pomogła mi rozluźnić i poczuć własne ciało. Kiedy do leczenia włączono antydepresanty, dolegliwości ustały. Warto dodać, że zwykle najlepszym rozwiązaniem jest połączenie leczenia farmakologicznego z psychoterapią.

U mnie maską był lęk, u ciebie bóle karku; wymieniłaś też wiele innych możliwości. Zastanawiam się, czy – skoro znamy ich tyle – depresja maskowana nie jest częstą formą depresji?
Spotkałam się kiedyś z szacunkami, wedle których depresja maskowana może występować nawet trzy razy częściej niż inne postaci zaburzeń depresyjnych. Niestety, nie dysponujemy szczegółowymi danymi; wiele przypadków pozostaje niezdiagnozowanych, a i o „klasycznej” depresji, jak pokazuje praktyka, coraz trudniej jest mówić, bo każdy przypadek jest inny, a generalizowanie prowadzi donikąd.

W ramach działalności fundacji Melancholia publikujemy rozmowy ze znanymi osobami, które mają za sobą doświadczenie depresji – porównując te wywiady, bardzo łatwo zauważyć oczywiście pewne elementy wspólne, ale także ogromne różnice. Ktoś rzeczywiście nie wstaje tygodniami z łóżka, ktoś inny – jak na przykład reżyserka Joanna Kos-Krauze, która z wielką otwartością i szczerością opisała swoją historię – rzuca się w wir pracy, podróżuje po całym świecie, zamienia się w prawdziwego tytana. Jeden ucieka więc w sen i izolację, drugi – w pracę czy niebywałą aktywność. Ona także odcina nas od emocji – wsłuchać się w nie możemy tylko wtedy, kiedy wreszcie się zatrzymamy. Różna bywa też etiologia choroby, która może pojawić się na skutek traumatycznych doświadczeń, ale także wtedy, kiedy nie przechodzimy ewidentnego życiowego kryzysu – to odróżnia ją od zaburzeń adaptacyjnych. I znowu, w obu przypadkach może wystąpić wspomniane odcięcie emocji od ciała, co często skutkuje powstawaniem masek.

Przy okazji warto też dodać, że w Polsce rozmowa o liczbach dotyczących depresji jest w ogóle prawie niemożliwa, bo dane, które przedstawia NFZ, dotyczą tylko i wyłącznie sektora publicznego; prywatna działalność psychiatrów i psychoterapeutów nie jest w ogóle uwzględniana w oficjalnych statystykach, a to właśnie tam trafia około 60 proc. pacjentów. Nasza fundacja na przykład czerpie dane ze strony WHO.

Wiemy na pewno, że w Polsce alarmujące są statystyki dotyczące depresji wśród młodzieży. Jak wygląda kwestia masek w ich przypadku?
Podobnie jak u dorosłych, depresja maskowana u dzieci może być trudna do uchwycenia, a spektrum możliwych masek jest bardzo szerokie. Może polegać na opóźnieniu rozwoju psychicznego, intelektualnego oraz emocjonalnego. Z depresją maskowaną łączy się też często fobia szkolna, objawiająca się poprzez dążenie do izolacji. Powtarzające się bóle brzucha przed pójściem do szkoły na pewno powinny zwrócić uwagę rodziców, podobnie jak rozmaite zaburzenia zachowania (nieuzasadnione napady złości, przesadzone reakcje, obojętność, zachowania autodestrukcyjne), przewlekłe bóle głowy, arytmia serca, alergie.

Warto więc słuchać swojego organizmu oraz być czułym na sygnały wysyłane przez osoby najbliższe.
Rozmawiać – z sobą i bliskimi. Obserwować – bliskich i samego siebie. Jest takie ładne zdanie, które powiedział bodajże Oscar Wilde: „Daj człowiekowi maskę, a powie ci prawdę”. W pewnym sensie podobnie jest z naszym ciałem i duszą. Czasem nasze „ja” musi sięgnąć po maskę, żeby powiedzieć prawdę o tym, co je boli i gnębi.

  1. Zdrowie

Choroby psychosomatyczne - znak naszych czasów

Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. (Fot. iStock)
Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. (Fot. iStock)
Przychodzi pacjent do lekarza i mówi, że boli. Tymczasem w badaniach czysto. Teoretycznie wszystko w porządku. A on cierpi. Idzie więc do kolejnego specjalisty. Znowu nic. Czasem trwa to latami. Dr Ewa Kempisty-Jeznach widziała wiele takich przypadków. Bo właściwa diagnoza brzmi: choroba psychosomatyczna. Znak naszych czasów.

Czy choroby psychosomatyczne to będzie epidemia XXI wieku?
Tak. Jestem o tym przekonana. Piszę o tym od dawna, widzę w moim gabinecie, jak problem narasta. Do chorób cywilizacyjnych, jak: nadciśnienie, otyłość, cukrzyca, wywołanych przez niszczenie środowiska, przez to, czym oddychamy, co jemy – dołączają właśnie choroby psychosomatyczne.

Jaka jest tego przyczyna?
W dużym skrócie… Dolina Krzemowa. Człowiek w ciągu 25 lat musiał opanować cyfryzację, sztuczną inteligencję, wyzwania cały czas rosną, tempo jest olbrzymie. Zbyt duże. Do czasów XVIII-wiecznej rewolucji przemysłowej ludzkość żyła w trybie slow. Zmiany zachodziły, rzecz jasna, ale na tyle wolno, że byliśmy się w stanie do nich przystosować. Jednak rewolucja cyfrowa ostatnich 25 lat spowodowała, że zmiany już nie idą wolnym krokiem, ale pędzą. Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. Internet, telefony, e-maile, komunikatory, nieustanne życie w równoległych rzeczywistościach – realnej i wirtualnej – powodują, że nie nadążamy. Stres jest za duży. Mózg jeszcze daje radę, ale ciało mówi: „nie”.

I w jaki sposób ciało może zamanifestować ten swój „sprzeciw”? Na co skarżą się chorzy, z którymi ma pani do czynienia?
Objawy alergii – zarówno na skórze, jak i w drogach oddechowych. Szumy w uszach, zawroty głowy, zaburzenia pamięci i koncentracji. Problemy z sercem: kardiomiopatia stresowa, czyli zespół Prinzmetala, do złudzenia przypominający zawał. Zaburzenia pracy hormonów – a to miewa przeróżne konsekwencje. Zaburzenia pracy woreczka żółciowego, problemy z jelitem drażliwym, prostatą, pęcherzem moczowym. Choroby autoimmunologiczne. I wiele więcej.

Jaki jest mechanizm powstawania takich chorób?
Największym wrogiem człowieka jest stres. Dziś ludzie nie dają już sobie z nim rady. Przekroczyliśmy poziom, w którym jesteśmy w stanie stres opanować, zaczynamy uciekać w ciało – oczywiście podświadomie, nie mamy na to żadnego wpływu. Najczęściej choroba „lokuje się” w najsłabszym organie. Najsłabszym u nas albo w poprzednich pokoleniach. Jeśli mama chorowała na astmę czy alergię, my, gdy się bardzo zestresujemy, będziemy reagowali kaszlem. Albo: mama miała kamicę woreczka żółciowego. To się dziedziczy w linii żeńskiej. I teraz ta mama ma syna – on na kamicę nie cierpi, ale przy stresie reaguje problemami z woreczkiem żółciowym, czyli dostaje dyskinezy, zaburzeń pracy dróg żółciowych. Słaby organ – tu uderza psychosomatyka. Inny przykład: jeśli mieliśmy chorobę wrzodową żołądka i dwunastnicy czy częste zapalenia pęcherza, to kiedy się denerwujemy, latamy co pięć minut siusiu albo pojawiają się problemy z żołądkiem, z nadkwasotą, choć nie mamy wrzodów. W gastroskopii nic nie wychodzi, a jednak reagujemy żołądkiem, bo on nie jest już anatomicznie idealny. Często pojawia się kilka objawów niepasujących do siebie: ma pani bóle mięśni przykręgosłupowych i biega często siusiu. Różne organy strajkują w różnym czasie, chodzimy po lekarzach, robimy badania, nic nie wychodzi. To nie hipochondria, która jest rozmyślnym szukaniem chorób. My wcale nie chcemy być chorzy, to nasze ciało wymyka się nam spod kontroli. Nie mamy nad tym panowania. Ludzie mdleją z nerwów, mają bóle, szumy w uszach, ataki padaczkowe, które wcale padaczką nie są.

I co się dzieje z pacjentem, który cierpi, chodzi od lekarza do lekarza, a żaden nie stwierdza choroby? Każdy mówi: „Wszystko jest w porządku”.
Tacy pacjenci odbywają turystykę lekarską. Chory na przykład ma bóle w prawym podbrzuszu. Badania, USG, rezonans; gastrolog, urolog – i każdy mówi: „Tu nic nie ma”. Tylko że bóle są. Pacjent myśli: „Oni się nie znają”. Idzie do kolejnych specjalistów, ci sprawdzają, może jelito drażliwe, może borelioza, choroby z autoagresji – ale nie. A boli cały czas. Ciało stres z codziennego dnia w korporacji przerzuca na jakiś organ. Na 100 moich pacjentów dziś 80 to chorzy psychosomatycznie. To oczywiście moja własna statystyka, a ja leczę specyficzną grupę: ludzi wyzwań. Ale takich przecież jest coraz więcej. Robiących kariery w korporacji, codziennie ścigających się w wyścigu o osiągnięcia, wyniki, targety, chcących być „zwierzętami alfa”.

Z drugiej strony coraz więcej mówi się o znaczeniu zdrowego życia, relaksu, aktywności fizycznej, prawidłowej diety. Mamy wiedzę, mamy świadomość – nie przekłada się to na nasze życie i na zdrowie?
No właśnie nie do końca. Mamy świadomość, ale wiele spraw traktujemy zadaniowo. Zdrowe odżywianie? Zadanie do wykonania. Aktywność fizyczna? Kolejne. A to generuje stres. Stworzyłam swój własny system pięciu S. Cztery z tych S są pozytywne: sport, sposób odżywiania, sen i seks. A jeden negatywny – stres. Te cztery pierwsze pomagają w radzeniu sobie z piątym: sport rozładowuje napięcie, wyzwala hormony szczęścia, czyli endorfiny; sen regeneruje organizm; właściwy sposób odżywiania to budulec dla organizmu, siła, lepsza przemiana materii. Ale nam trzeba czegoś jeszcze – techniki wyciszania. Dopiero ona poradzi sobie ze stresem. A o tym wciąż za mało się mówi. Gdy pani powie: „Jestem joginką”, to nadal dziwnie na panią patrzą. Jakiś New Age, jakieś medytacje… Lepiej pójść na siłownię albo pobiegać. A najlepiej trenować triatlon. Wcale nie najlepiej! Wyścigi, zawody, konkurencja – to wszystko oznacza stres. A to przed nim właśnie mamy się bronić. Na szczęście już mindfulness zaczyna być przyjmowany ze zrozumieniem, wiele osób z tych technik korzysta. Ale joga jest ciągle zbyt „spirytualna”. Techniki wyciszenia to podstawa, to nas czeka w XXI wieku. Widzę to u moich pacjentów, spotykam się z tym w pracy na co dzień. Ale to trudne, lekarz tego pani nie przepisze, bo widzi tylko choroby organiczne.

I nie ma dla pacjenta czasu.
Tak, to kolejna sprawa. Ale przede wszystkim, moim zdaniem, problemem jest kształcenie lekarzy. Na studiach uczymy, jak leczyć organikę. Lekarze starszego pokolenia nie poszli z przemianami, dalej nie widzą tej ewolucji, która się na naszych oczach dokonuje. I tak uczą młodych, którzy są automatycznie nastawieni na choroby organiczne.

Bo to jest proste.
Zapisują pigułkę i załatwione. Druga rzecz to właśnie brak czasu dla pacjenta. Dlaczego takie wzięcie w krajach zachodnich mają homeopaci czy specjaliści medycyny alternatywnej? Na całym świecie służba zdrowia jest niewydolna, wszędzie panuje zasada: „szybko, następny proszę”. I naturopaci w takiej sytuacji wchodzą w rolę lekarzy. Mają czas, zajmą się, dadzą poczucie, że wysłuchali, że się zaopiekowali…

Może sprawę załatwi psychiatra albo psycholog?
Też nie dadzą rady. Pierwszy zapisze antydepresant, drugi zachęci do gadania, analizowania – a to nie wystarczy, trzeba samemu nad sobą pracować. I tu mamy lukę w leczeniu pacjenta. Bo trzeba leczyć i ciało, i duszę – ale nie pigułkami, a zmianą stylu życia. A lekarze – i rodzinni, i specjaliści – do prowadzenia takich pacjentów nie są przygotowani. Medycyna robi postępy, ale nie może być tak, że będziemy wrzucać do komputera dane, a on wypluje zalecenia. Lekarz musi mieć empatię.

Musi nastąpić zmiana systemu kształcenia?
Tak. Trzeba go poszerzyć. Powinien być na medycynie, najlepiej na szóstym roku, dział poświęcony nawet nie psychologii, ale chorobom psychosomatycznym właśnie. Niechby tam uczyli i psychologowie, i lekarze, którzy mają w takich przypadkach doświadczenie. Którzy to widzą w gabinetach. I którzy coś z tym robią, a nie wypychają pacjenta na kolejne badania do specjalistów. Trzeba popracować ładnych parę lat, żeby odróżnić, gdzie się kończy organika, a zaczyna psychosomatyka. A leczenie takich dolegliwości nie jest proste, bo pacjenci najpierw muszą uwierzyć, że ich problem na tym właśnie polega. Muszą to sobie ułożyć w głowie. To się nie dzieje od razu. Trzeba czasem kilku wizyt, cierpliwości, tłumaczeń, żeby przekonać. A kiedy pacjent już uwierzy, to jest połowa sukcesu. Bez tego z kolei nie ma mowy o wyleczeniu. Bo chory będzie cały czas pielgrzymował po lekarzach i szukał „prawdziwej choroby”.

Mówi się teraz coraz głośniej, że trzeba na człowieka patrzeć holistycznie, widzieć go „w całości”. To z jednej strony. Bo jest i druga – coraz bardziej postępująca w medycynie specjalizacja. Czy to się da pogodzić?
Trudno. I nie tylko u nas, także na Zachodzie wcale to nie idzie szybko. Kiedy wyjechałam wiele lat temu z Polski do Niemiec, pracowałam jako Facharzt für Allgemeinmedizin, czyli lekarz chorób ogólnych. W Polsce nie ma takiej specjalizacji, a szkoda. My mamy lekarzy rodzinnych. Ale w nich nie inwestujemy. A taki lekarz to powinien być omnibus. Lekarz medycyny ogólnej na Zachodzie sam wykonuje USG brzucha i tarczycy, robi testy alergiczne, badania przeciwrakowe i wiele badań, które w Polsce zlecają specjaliści. A przecież lekarz rodzinny to ktoś, kto ma wiedzę w każdej dziedzinie medycyny i potrafi to połączyć w całość. Zna też doskonale swojego pacjenta. W Polsce, mam wrażenie, lekarz rodzinny traktowany jest jak „gorszy”. To tragedia dla lekarzy, ale przede wszystkim dla pacjentów. Właśnie ci lekarze powinni świetnie zarabiać, dla nich powinno się organizować kongresy, inwestować w ich wykształcenie – bo oni są najważniejsi i najbliżsi pacjentowi. Oni go widzą najczęściej, oni go najlepiej znają, często zresztą nie tylko jego, ale i jego rodzinę, historię, jego tryb życia. Do nich pacjent ma zaufanie, jest więź, zbudowana relacja. Specjalistę pacjent widzi tylko dwa, trzy razy w roku, przy okazji zlecenia badań czy kontroli. Gdyby lekarz rodzinny miał większe uprawnienia, mógł zlecać więcej badań, to 80 proc. skierowań do specjalistów w ogóle nie byłoby potrzebnych. Odciążylibyśmy służbę zdrowia, która leży na łopatkach. Oszczędzilibyśmy jako system pieniądze, a pacjent oszczędziłby czas i nerwy. To lekarz rodzinny ma największe szanse rozpoznać coś, co się wymyka diagnozie. Czyli chorobę psychosomatyczną. I jeśli on słyszy, że panią boli serce, to nie będzie robił od początku całej diagnostyki, bo wie z pani historii dużo. A tak to się dzieje, kiedy wyląduje pani u specjalisty. To nonsens.

Jak powinno wyglądać leczenie chorób psychosomatycznych?
Często kłopot jest już na samym początku – lekarz nie umie przekonać pacjenta co do diagnozy. A dalej – nakłonić do zmian w życiu. Pacjenci też mają w głowach stereotypy. Kiedy mówię takiemu samcowi alfa: „Proszę iść na jogę”, to patrzy na mnie co najmniej dziwnie. „Joga? To przecież nie dla mnie”. Trzeba umieć do takiej osoby dotrzeć. Zaproponować jej metody alternatywne, techniki wyciszenia, jak: mindfulness, tai-chi czy może medytacje.

A jaką rolę w leczeniu czy w ogóle w naszym życiu gra system pięciu S?
Każde z tych czterech pozytywnych S jest ważne. Ale muszą „działać” razem. Spójrzmy na nie po kolei. Sport. Podczas stosunku seksualnego, ale i uprawiania sportu produkowany jest hormon szczęścia – endorfina, czyli wewnętrzna morfina. Zmniejszająca ból i wprawiająca nas w błogostan. Sprawia, że stres ma mniejszy wpływ na nasz mózg, bo zalewa go pozytywnymi hormonami i związanymi z nimi emocjami. Każdy sportowiec zna uczucie zadowolenia po zakończonej aktywności fizycznej. Sport działa jak afrodyzjak i uzależnia, podwyższając poziom endorfin oraz testosteronu. Co daje siłę do zmagania się ze stresorami zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. Choć ekstremalne sporty, takie jak choćby triathlon, podwyższają w początkowej fazie poziomy adrenaliny i testosteronu, to w późniejszej powodują wzrost poziomu hormonu stresu kortyzolu i spadek wolnego testosteronu odpowiedzialnego za radość i spokój psychiczny. Dalej: sen. Ważny jest sen regularny, 7-8 godzin, ale też nie więcej. Badania naukowe wskazują, że dziewięciogodzinny sen powoduje spadek poziomu hormonów płciowych – zarówno testosteronu, jak i estrogenów. Badania prof. Dietera Riemanna, kierownika Kliniki Psychologii i Psychoterapii Uniwersytetu we Fryburgu, pokazują, że kobiety śpią gorzej niż mężczyźni, dlatego ryzyko zachorowania na depresję jest w ich przypadku dwukrotnie większe. W stresie spadek serotoniny – hormonu szczęścia – prowadzi do spadku produkcji hormonu snu (melatoniny), co utrudnia wejście w głęboką fazę snu. Trzeba przestrzegać zasad higieny snu: unikać drzemek w ciągu dnia, zadbać o odpowiednie oświetlenie w sypialni, w łóżku wyłącznie spać, a nie pracować na laptopie, przeglądać Internet czy oglądać filmy. Unikać późnego chodzenia spać, spożywania ciężkich i obfitych posiłków i picia alkoholu przed snem. Kolejny jest seks. Wspaniała forma zwiększania produkcji hormonów, i to nie tylko płciowych, ale przede wszystkich hormonów szczęścia i miłości, takich jak oksytocyna, która wyzwala potrzebę bliskości i silne przywiązanie kochających się ludzi. Podczas seksu produkujemy także fenyloetylo­aminę – zwiększającą ilość energii, a jednocześnie ograniczającą odczuwanie zmęczenia, podnoszącą też poziom dopaminy, wpływając pozytywnie na motywację i uczucie pewności siebie w walce ze stresem. Serotonina produkowana podczas aktu miłosnego zwana jest hormonem szczęścia. Na końcu sposób odżywiania. Musi być zrównoważony, logiczny, odpowiedni dla danej płci i indywidualnych potrzeb. Z kolei one powinny uwzględniać stan zdrowia, o którym świadczą m.in. wynikach badania krwi i badań obrazowych. Nie kierujmy się wskazaniami paramedycznych „cudownych” aparatów, których skuteczność nie została potwierdzona przez badania naukowe, ani modnymi dietami.

To cztery pozytywne S. I przeciwstawione jest im jedno: stres.
Stres, którego my już nawet nie widzimy. Pytam moich pacjentów, menedżerów z korporacji, jak oceniają swój poziom stresu w skali 1–10. Mówią: 5, a ja widzę, że 12… Wbudowali stres w swoje życie, już tego nie zauważają, już im się wydaje, że tak ma być, że to normalne, nie czują, że dawno przekroczyli barierę.

Czyli poza zadbaniem o cztery S musimy znaleźć swoją własną drogę wyciszania, rozładowania emocji?
Tak. To konieczne. Jest joga, mindfulness, medytacje. Ale też adaptogeny. Mamy wiele substancji roślinnych o właściwościach adaptogennych: żeń-szeń chiński i syberyjski, cytryniec chiński, różeniec górski, szczodrak krokoszowaty, ashwagandhę, reishi, cordyceps sinensis, nazywany himalajską viagrą, nasz rodzimy ostropest plamisty i wiele wiele innych… Według definicji adaptogeny muszą spełniać trzy warunki. Być nietoksyczne dla odbiorcy, wykazywać szerokie spektrum działania i uodparniać organizm poprzez szerokie działanie fizyczne i biochemiczne, wreszcie powinny wykazywać właściwości normalizujące, tonizujące. Adaptogeny nie poskromią stresu, ale wspierając organizm – m.in. wątrobę, układ krążenia i układ odpornościowy – pomogą znosić przewlekły stres dużo lepiej. Czasami mówi się wręcz o budowaniu „zapasów energii adaptogenicznej” – silniejszy organizm lepiej sobie radzi. Jak ma pani wysoki kortyzol, powiedzmy 350, i pobierze ashwagandę trzy miesiące, to poziom kortyzolu spadnie pani na 250.

Czy lekarze, pani koledzy, potwierdzają pani obserwacje dotyczące narastającego problemu chorób psychosomatycznych, czy mówią: przesadzasz?
Lekarze, tak jak już mówiłam, koncentrują się raczej na chorobach organicznych, a kiedy podejrzewają, że problem jest związany z psychiką, wysyłają pacjenta do psychiatry albo psychologa. I na nich przerzucają odpowiedzialność. Tymczasem sam psycholog nie pomoże, musi mieć wsparcie lekarza. A psychiatra leczy depresję. Tabletką. Nie ma ogniw pośrednich, które są konieczne. Nikt nie mówi o technikach wyciszenia, o adaptogenach, o hormonach. A o tym trzeba mówić. I dopiero kiedy wyczerpie się te wszystkie możliwości, kiedy okaże się, że nic już nie działa, powinno się sięgać po antydepresanty. Zadbajmy o siebie. Zwłaszcza teraz, kiedy jest trudniej niż kiedykolwiek, bo na „zwykły” stres nałożyła się pandemia, często lęk o byt, o zdrowie, nawet życie. COVID-19 pokazał, że wisieliśmy na cienkiej nitce, która łatwo może pęknąć. 

Dr Ewa Kempisty-Jeznach, jedyny w Polsce lekarz medycyny męskiej z międzynarodowym certyfikatem, kierownik medyczny Kliniki Medycyny Wellness w szpitalu Medicover. Autorka książek, między innymi „Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne” (wyd. Prószyński i S-ka).