1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak zmienić negatywne nastawienie i wzmocnić poczucie własnej wartości?

Jak zmienić negatywne nastawienie i wzmocnić poczucie własnej wartości?

Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. (Fot. iStock)
Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. (Fot. iStock)
Nawyk negatywnego nastawienia i wyćwiczenie mózgu w wyszukiwaniu dobra jest możliwe i może odmienić nasze życie.

Ludzki mózg jest zaprogramowany na szukanie problemów. Robi to już setki lat, więc opanował tę sztukę do perfekcji. Zresztą nie tylko stara się wyszukać problemy, lecz także skutecznie je znajduje i oddaje się ich analizowaniu. Psychologowie nazywają ten proces negatywnym nastawieniem (ang. negative bias). Na wczesnym etapie dziejów ludzkości był on pozytywnym zjawiskiem (i do pewnego stopnia nadal jest). Przeczuwanie zagrożenia zapewnia nam bezpieczeństwo i przetrwanie, ale przy zaburzeniach lękowych negatywne nastawienie staje się bardzo złym nawykiem. Możesz jednak wytrenować swój mózg tak, aby przerywał ten schemat.

Prawdopodobnie jesteś świadomy swoich lęków czy obaw, na przykład martwienia się tym, co swoim zdaniem zrobiłeś nie tak, przy jednoczesnym negowaniu sukcesów. Jest jednak możliwe, że nie zdajesz sobie sprawy, jak silnie jesteś nastawiony na wyszukiwanie i analizowanie problemów. Pierwszym krokiem do przełamania tego nawyku jest zauważenie w sobie negatywnego nastawienia. Zastanów się, na czym koncentrujesz uwagę, o czym myślisz. Dostrzeż negatywne schematy myślowe.

Następnie poszukaj innych, bardziej pozytywnych i realistycznych rzeczy, na których będziesz mógł się skupić. W trenowaniu mózgu pomogą ci sprawdzone techniki: • Prowadź „dziennik wdzięczności”. Szukaj dużych i małych rzeczy, którymi możesz się cieszyć. Zapisuj je w dzienniku, który stanie się twoim podręcznym spisem pozytywnych myśli i zagadnień. Wykorzystasz je, aby nauczyć swój mózg przełamywania negatywnego nastawienia.

• Celebruj rzeczy, które cię cieszą. Każdego dnia, nawet kilka razy dziennie, staraj się znaleźć coś drobnego, co możesz zapamiętać i uczcić. Celebrowanie może mieć wiele form, prostych lub bardziej wyrafinowanych – wedle twojego upodobania. Wykonaj taniec radości. Puść swoją ulubioną piosenkę. Idź na szybki, krótki spacer. Zrób sobie dziesięciominutową przerwę, żeby przeczytać rozdział dobrej książki. Narysuj coś. Te rytuały wzmacniają pozytywne doświadczenia i są doskonałym narzędziem treningowym dla mózgu w walce z lękiem.

Wzmocnij poczucie własnej wartości

Możesz zmienić sposób, w jaki o sobie myślisz, analizując, czy twoje myśli są słuszne. Ta metoda może skutecznie zmienić nasz autowizerunek; czasem jednak lęk wywołuje tak silną niechęć do siebie, że potrzebujemy dodatkowych narzędzi, aby zaakceptować swoją osobę. Pomocnym narzędziem jest generowanie realistycznych myśli na swój temat, które pozwolą ci konsekwentnie umocnić poczucie własnej wartości w oparciu o obiektywne dowody.

Afirmacje to krótkie stwierdzenia oparte o autoobserwacje lub obserwacje innych na twój temat. Aby z nich korzystać, najpierw spisz jak najwięcej pozytywnych opinii o sobie. Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. Początkowo może ci się to wydawać dziwne i trudne. Nie szkodzi. To znak, że twoje lęki prześladują cię już od dłuższego czasu i afirmacja nie przychodzi ci naturalnie. Nie przejmuj się tym.

Spisując swoje afirmacje, możesz je łączyć ze swoimi najbardziej dokuczliwymi obawami. Jeśli często zdarza ci się martwić, że „nic ci się nie udaje i chyba niedługo wyrzucą cię z pracy”, zapisz afirmacje, które ukażą ab- surdalność tego stwierdzenia. Na przykład:

  • Nigdy się nie spóźniam, inni mogą na mnie polegać.
  • Jestem kreatywny i dobry w... (wymień przykłady obowiązków zawodowych).
  • Szef dziękuje mi za ciężką pracę.
Gotową listę afirmacji umieść w dobrze widocznym miejscu. Przyklej ją taśmą klejącą do lustra, osłony tele- fonu, lodówki albo włóż do szuflady. Jeśli nie chcesz, żeby widzieli ją inni, trzymaj ją schowaną, ale w łatwo dostępnym miejscu, tak żeby często móc po nią sięgać. Z czasem, dzięki codziennemu powtarzaniu, afirmacje staną się częścią twojego naturalnego toku myślenia. Poczujesz spadek lęku i większą pewność siebie i zastąpisz negatywne, nieprzyjemne myśli o samym sobie pozytywnymi, zgodnymi z prawdą stwierdzeniami.

Fragment książki „Jak żyć bez lęku. 101 sposobów, aby uwolnić się od niepokoju, fobii, ataków paniki.” Książka prezentuje plan, który pomoże Ci uwolnić się od pułapki, jaką jest życie w ciągłym napięciu. Pracując nad kontrolowaniem swoich obaw i poprawą jakości życia, pamiętaj, aby żyć chwila za chwilą. Żyć spokojnie, „po kawałku”, to jeden z najlepszych sposobów na pokonanie lęku.

Jak żyć bez lęku Tanya J. Peterson Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Znajdź swoje zen

Własna praktyka zen to może być rytuał parzenia ulubionego naparu, spacer, grzebanie w ziemi, medytacja, pieczenia chleba - coś co cię wyciszy, duchowo nakarmi, wypełni umysł i ciało poczuciem harmonii. (Fot. iStock)
Własna praktyka zen to może być rytuał parzenia ulubionego naparu, spacer, grzebanie w ziemi, medytacja, pieczenia chleba - coś co cię wyciszy, duchowo nakarmi, wypełni umysł i ciało poczuciem harmonii. (Fot. iStock)
Być może zabrzmi to jak paradoks, ale spokój wymaga wysiłku. Własna praktyka zen pomoże ci zapanować nad lękiem i rozpocząć życie w harmonii.

Zen dla każdego człowieka znaczy coś innego. Jedna z definicji stosowanych przez buddyjskich mnichów mówi, że zen to rygorystyczna praktyka medytacji, bycia obecnym mimo odczuwanego dyskomfortu oraz kultywowania głębokiej obecności i świadomości. Dla osób świeckich we współczesnym społeczeństwie zen może kojarzyć się z jogą, wizytą w spa albo podążaniem za chwilą, nawet jeśli jest ona stresująca. Dla kogoś, kto zmaga się z zaburzeniami lękowymi, zen często oznacza próbę stłumienia nieprzerwanego, negatywnego oddziaływania lęku.

Istotą zen w przypadku lęku jest utrzymanie wewnętrznej harmonii mimo trudności i rozterek. Kultywując poczucie harmonii, zostawiasz mniej miejsca dla obaw i niepokojów, które zaczynają się kurczyć, aż stają się małym punkcikiem w otoczeniu całkowitej ciszy.

Aby znaleźć swój osobisty stan zen i wypracować skuteczną praktykę obniżania lęku, musisz najpierw go zdefiniować. Czym jest dla ciebie wewnętrzna harmonia? Skąd będziesz wiedzieć, że ją osiągnąłeś? Jak zmieni się twoje życie, gdy twój wewnętrzny świat będzie wypełniony spokojem, a nie chaosem?

Gdy już lepiej zrozumiesz, co oznacza dla ciebie spokojne życie, kolejnym krokiem będzie obudzenie w sobie wewnętrznego mnicha. Ponieważ ludzki umysł zwykle jest daleki od spokoju, mnich zen pracuje nad osiągnięciem stanu wewnętrznej ciszy i uspokojenia. Czy jesteś gotowy do tego rodzaju pracy?

Stwórz własną praktykę zen, która pozwoli ci uciszyć lęk i wypełnić umysł i ciało poczuciem harmonii. Oto kilka podpowiedzi:

  • Wykorzystaj chwile oczekiwania, np. na światłach albo w długiej kolejce, do medytacji. Skup się na oddychaniu, wsłuchuj się w odgłos swojego oddechu i patrz, jak twoja klatka piersiowa unosi się i opada.
  • Kup małe akwarium i dodaj do codziennego grafiku rytuał polegający na cichym obserwowaniu ryb. Jeśli poczujesz przypływ lęku, przenieś uwagę na ryby.
  • Zajmij się pracami ogrodowymi. Bierz do rąk ziemię i przesypuj ją między palcami. Wdychaj zapach ziemi, trawy i słońca. Uśmiechaj się.
Fragment książki „Jak żyć bez lęku. 101 sposobów, aby uwolnić się od niepokoju, fobii, ataków paniki.” Książka prezentuje plan, który pomoże Ci uwolnić się od pułapki, jaką jest życie w ciągłym napięciu. Pracując nad kontrolowaniem swoich obaw i poprawą jakości życia, pamiętaj, aby żyć chwila za chwilą. Żyć spokojnie, „po kawałku”, to jeden z najlepszych sposobów na pokonanie lęku.

  1. Psychologia

Dlaczego tak często mamy trudności z podjęciem decyzji?

Podjęcie decyzji to jedno, a wytrwałość w poznawaniu, co ona oznacza, to drugie. (fot. iStock)
Podjęcie decyzji to jedno, a wytrwałość w poznawaniu, co ona oznacza, to drugie. (fot. iStock)
Największym problemem współczesnych młodych ludzi jest to, że po podjęciu jakiejś decyzji mają odczucie: mogliśmy podjąć inną, lepszą. A tak naprawdę chodzi o to, żeby ta decyzja była wystarczająco dobra – mówi dr Marlena Kossakowska, psycholożka, autorka książek.

Zgadza się pani z diagnozą, że dzisiaj trudniej ludziom wybierać niż kiedyś?
Myślę, że rzeczywiście coś jest na rzeczy.

Dlaczego?
Generalnie w związku z dostępem do informacji. Jesteśmy zewsząd nimi zalewani, więc trudniej wybrać spośród tego zalewu opcję dla nas właściwą. A ponadto – to także, a może przede wszystkim, kwestia życiowych wartości. Bo nawet jeśli jesteśmy zalewani dużą liczbą informacji, a mamy swoją hierarchię wartości i wiemy, czym się w życiu kierować, to wtedy łatwiej nam takich wyborów dokonywać.

Czy łatwość dokonywania wyborów to wyuczalna umiejętność, czy wrodzona zdolność?
Prawdopodobnie i jedno, i drugie. Ale ta łatwość z całą pewnością wiąże się z umiejętnością poznania siebie i swoich  potrzeb, która kształtuje się już w dzieciństwie. Jeżeli nasi rodzice wychowywali nas zgodnie z jakimś systemem wartości, nawet go nam narzucali, ale dostaliśmy konkretny, spójny, w miarę stabilny i usystematyzowany obraz świata, to ułatwi nam to późniejsze wybory. I albo powielimy system wartości rodziców, albo go zakwestionujemy, ale przynajmniej mamy jakiś punkt odniesienia. Najważniejsze jednak jest rozpoznanie własnych potrzeb.

Dlaczego to takie ważne?
Ponieważ dopiero kiedy poznamy, kim jesteśmy, i kiedy zaakceptujemy siebie takimi, jacy jesteśmy, to wówczas łatwiej nam nie tylko coś wybrać, lecz także odrzucić na pozór nęcące propozycje, które jednak są zupełnie nie dla nas.

No dobrze, wybieramy jakąś propozycję, ale szybko się rozczarowujemy. Co wtedy?
Nigdy nie można mieć stuprocentowej pewności, że dokonaliśmy dobrego wyboru, ale przestrzegałabym przed „szybkim rozczarowaniem”. Jak już podejmiemy jakąś decyzję, to dobrze byłoby – jak to mówią terapeuci – rozsiąść się w tym miejscu, przyjrzeć, co ten wybór tak naprawdę oznacza. Podjęcie decyzji to jedno, a wytrwałość w poznawaniu, co ona oznacza, to drugie. Natychmiastowe dezerterowanie nie jest dobrym pomysłem. Dobrze jest dać sobie czas, wziąć odpowiedzialność za podjęte przez siebie kroki. Taka postawa to oznaka dojrzałości.

Badania mówią, że młodzi nie przywiązują się do pracy tak, jak ich rodzice, ciągle szukają tej wymarzonej.
Jeżeli po kilku latach czujemy pewien rodzaj wypalenia zawodowego, to nic w tym złego, że szukamy innej pracy. Ważne, aby podjąć świadomą decyzję o zmianie, ale też żeby wziąć za nią odpowiedzialność. Natomiast moim zdaniem największym problemem współczesnych młodych ludzi jest to, że po podjęciu decyzji mają odczucie, że mogliby podjąć inną, lepszą. A tak naprawdę chodzi o to, żeby ta decyzja, jak mówią psychoterapeuci, była wystarczająco dobra.

Wybory wiążą się często z rezygnacją z czegoś, nie jest łatwo się z tym pogodzić.
Konsekwencje niektórych wyborów nie są przyjemne, bo na przykład wymagają od nas poświęcania się (gdy zostajemy rodzicami) czy kierowania się nie tylko swoim dobrem, lecz także partnera (gdy wchodzimy w związek). Ale takie nieegocentryczne wybory tak naprawdę nadają smak naszemu życiu. I jeżeli są na wyjściu dobre, mogą takimi dalej pozostać, jeśli tylko będziemy nad nimi pracować. Ważne, żeby nie bać się podejmować kolejnych decyzji, czyli zatopić się w życiu, poczuć wszystkie jego przejawy, te fajne i te niefajne.

Słyszę od młodych: „Zanim coś wybiorę, chcę wszystkiego spróbować”.
Dobrze jest postawić sobie pytanie: „Co tak naprawdę jest sensem mojego życia?”. Jeżeli na pierwszym miejscu stawiam doświadczanie czegoś nowego, to podejmując się kolejnej pracy, wyjeżdżając w kolejną podróż, poznając nowych ludzi, żyję zgodnie ze swoimi potrzebami. I to jest okej. Niektórzy dopiero wtedy, gdy doświadczają tak zwanych trudności życiowych, kryzysów, rozpoznają swój system wartości. Prawdopodobnie ci wiecznie goniący za czymś młodzi ludzie, może mniej lub bardziej świadomie, szukają życiowej mądrości, chcą zobaczyć, jak się żyje w różnych wariantach, doświadczać różnych smaków życia. I nic w tym złego. W końcu trzeba jednak podjąć decyzję, może niosącą bardziej zrutynizowane, stabilne życie, ale dającą inne benefity, jak prokreacja, bliski związek. Bo wszyscy kiedyś odkrywamy, że jesteśmy jednak śmiertelni. Dobrze nie żałować czegoś, czego się nie zrobiło, ale też odważyć się to zrobić.

Wirtualny świat nie ułatwia wyborów.
Część ludzi żyje w iluzji, która przyszła do nas wraz ze światem digitalnym. Wtedy okazało się, że w tym samym czasie można zrobić kilka rzeczy naraz: być na Majorce, pracować na komputerze, podglądając, co dzieje się na świecie i co robi moja przyjaciółka. Młodzi ludzie myślą digitalnie. Gdybym mogła coś wnieść do wychowania, tobym apelowała, żeby najpierw nauczyć dzieci myśleć analogowo, nauczyć je być tu i teraz. Potrzebna jest mądra edukacja, bo nie wystarczy powiedzieć młodemu człowiekowi, że trzeba wyłączyć laptopy i komórki, żeby pożyć prawdziwym życiem. Zauważyłam, że część moich studentów jest smutna, oni ciągle są gdzie indziej. Mówię im: „Bądźcie tu i teraz, na zajęciach, zostawcie telefony, laptopy, zaraz jest przerwa, wtedy na nie zerkniecie”. Okazuje się, że to dla nich niesamowicie trudne.

Zadaniem rodziców, nauczycieli jest uczenie dzieci i młodzieży kierowania się tym, co w duszy gra, a nie tym, co podpowiada świat zewnętrzny?
Tak. Dlatego pokazuję studentom to, co mówi psychologia pozytywna – że dobrostan jest wartością ocenianą subiektywnie, co oznacza, że nie istnieje uniwersalne dobro dla wszystkich. To ty oceniasz, co jest dla ciebie dobre. Moja demokracja polega na tym, że wybieram te opcje, a nie inne. Bardzo ważne, żeby wybierać to, nad czym mamy kontrolę, a odpuścić to, na co nie mamy wpływu. Mieszkałam przez jakiś czas w Ameryce, tam ludzie łatwiej adaptują się do różnych warunków. My natomiast ciągle chcemy zmieniać coś, co na danym etapie jest niezmienialne, podchodzimy do życia – przepraszam, ale to cytat – ze „słowiańskim wkurwem”, czyli z wysokim poziomem negatywnych emocji, gdzie dominuje gniew, wrogość, agresja, złość.

Wybierajmy to, co służy nam, ale dzielmy się tym z innymi?
Zdecydowanie! To jedna z najważniejszych idei psychologii pozytywnej, czyli pełnego szczęścia, dobrostanu, o czym pisał Martin Seligman. Kiedy wiemy, kim jesteśmy, akceptujemy siebie, to jesteśmy autentyczni i mamy większe szanse na trafne życiowe wybory. A kiedy trafnie wybieramy, stajemy się radośni i chcemy dzielić się tą radością z innymi. Czyli najpierw kierujmy reflektor na siebie, a dopiero potem na świat, nigdy odwrotnie.

Marlena Kossakowska: doktor psychologii, członkini zarządu International Positive Psychology Association (IPPA). Doświadczenie: sopocki wydział Uniwersytetu SWPS; w latach 2013–2014 odbywała staż naukowy u dr. Martina Seligmana w Positive Psychology Center na University of Pennsylvania.

  1. Psychologia

Psychosomatyka a stres. Jakie sygnały z ciała świadczą o tym, że należy się zatrzymać?

Rezygnacja z walki z samą sobą, próby reanimacji na siłę, zatrzymanie się w tym stanie niemocy, odszyfrowanie, o co tak naprawdę chodzi, to jedyny sposób, by odzyskać energię. (Fot. iStock)
Rezygnacja z walki z samą sobą, próby reanimacji na siłę, zatrzymanie się w tym stanie niemocy, odszyfrowanie, o co tak naprawdę chodzi, to jedyny sposób, by odzyskać energię. (Fot. iStock)
W dzisiejszych czasach nadaktywność to warunek konieczny sukcesu. Drobna dolegliwość czy choroba, która wyłącza nas na chwilę z codziennego pędu, może być okazją do zatrzymania i ogarnięcia rozdźwięku, jaki powstał pomiędzy tym, co w twoim sercu, głowie i ciele.

Dla wielu życie bez kalendarza wypełnionego po brzegi, odwoływanie ważnych spotkań, przerwa na chorobę czy choćby kilka dni wolnego, ot tak po prostu, bez wyraźnego powodu – jest nie do pomyślenia. Jeśli i ty należysz do tej grupy, pewnie podświadomie uważasz, że musisz działać, pracować po 12 godzin na dobę, by być widoczna. Boisz się, że kiedy twoja aktywność spadnie poniżej pewnego poziomu, po prostu… znikniesz, przestaniesz istnieć, świat o tobie zapomni. A tu nagle totalna klapa, wstajesz z łóżka i nic ci się nie chce. Albo dopada cię przeziębienie, ból głowy nie pozwala odpowiedzieć na e-maile, zaplanować dzisiejszego dnia i jak zwykle wcisnąć w grafik jeszcze kilku bardzo ważnych spraw do załatwienia.

Życie na dopalaczu

Kiedy trafia do mnie pacjent pogodzony ze swoją niemocą, jestem pełna optymizmu. Nie liczy na to, że dam mu czarodziejski bacik, którym uda mu się pogonić samego siebie do aktywności, ale odważnie mówi: „Mam wszystkiego dość. Dłużej już nie dam rady. Poddaję się”. To dobry znak, że przestał walczyć z samym sobą, zmuszać się do czegoś, co nie jest „jego”, jest gotowy do zatrzymania i refleksji. Do tego, żeby wreszcie zacząć czuć. Bo czuć możesz jedynie w bezruchu, zatrzymaniu, chwilowym odcięciu się od wszystkiego, co na zewnątrz. Tylko w takim stanie masz szansę ogarnąć panujący w tobie chaos. Niestety, taka optymistyczna wizja nie zdarza się często. Tym, którym wysiadły wewnętrzne baterie, świat oferuje „cudowne” dopalacze, do wyboru, do koloru. Kawa, napoje energetyczne, preparaty na „dotlenienie” mózgu, magiczne witaminy, zestaw ćwiczeń na pobudzenie energii, a w najgorszym wypadku – łagodny antydepresant. Kiedy te cudowne specyfiki nie przynoszą pożądanych rezultatów, znajomi, lekarze, instruktorzy fitness bezradnie rozkładają ręce, a poganiane ciało zaczyna demonstrować coraz to nowe, nieprzyjemne symptomy – pacjent trafia do terapeuty i ostatkiem sił domaga się błyskawicznego doładowania baterii, z której, niestety, nic się nie da wykrzesać, dopóki chwilowa lub długotrwała niemoc nie zostanie zaakceptowana i do końca przeżyta.

Kiedy nie chce ci się chcieć

Robert E. Thayer, profesor psychologii, autor książki „Źródło codziennych nastrojów. Kontrola energii, napięcia i stresu”, wyróżnił cztery stany nastroju, zestawione na dwóch ciągach pobudzenia: spokój–energia, spokój–zmęczenie, napięcie–energia i napięcie–zmęczenie.

W stanie spokoju–energii znajdujesz się wtedy, gdy jesteś wypoczęta, masz energię do działania, dobry nastrój. Stan spokój–zmęczenie wskazuje na funkcjonowanie na obniżonym poziomie, trudno jest ci się skoncentrować na pracy, ale jeśli akceptujesz to i bez poczucia winy odpoczywasz albo zajmujesz się czymś, co sprawia ci przyjemność, ten stan szybko mija. W stanie napięcie–energia działasz, ale twoje ciało jest napięte do granic możliwości (zwłaszcza szczęki, barki, szyja i plecy). Z perspektywy ewolucyjnej ten stan przypomina gotowość do walki bądź ucieczki, które uaktywniają się w sytuacji stresu. Napięcie–zmęczenie to stan, w którym poczucie „nic mi się nie chce” uaktywnia się w całej okazałości. Opadasz z sił, czujesz się wykończona, nie możesz spać, być może próbujesz ratować humor kolejną kawą albo czymś słodkim. Oprócz przygnębiających uczuć pojawiają się również negatywne myśli, brak wiary we własne możliwości, czarne wizje przyszłości, przekonanie o poważnej chorobie.

Rezygnacja z walki z samą sobą, próby reanimacji na siłę, zatrzymanie się w tym stanie niemocy, odszyfrowanie, o co tak naprawdę chodzi, to jedyny sposób, by odzyskać energię.

Posłuchaj swojego silnika

Kilka tygodni temu jechałam na ważne spotkanie. W pewnym momencie silnik samochodu zaczął dziwnie pracować, jakby zwolnił, samochód stracił moc. Wyłączyłam go i spróbowałam zapalić jeszcze raz. Ruszył do przodu, a potem znowu zwolnił. Kiedy odholowałam samochód do warsztatu, mój mechanik przez kilkanaście minut uważnie przysłuchiwał się pracy silnika: „Posłuchajmy, co ma nam do powiedzenia”. Właśnie tak. Jeśli twoja niemoc trwa dłużej niż dwa tygodnie, poddaj się jej, przestań walczyć, nie popędzaj się dopalaczami. Nie słuchaj natrętnych myśli w stylu: „No dalej, do roboty, przestań się lenić”. Połóż się i posłuchaj, co ciało ma ci do powiedzenia. Co czujesz? Napięcie czy osłabiające rozluźnienie? Co z twoją energią do działania? Pierwszy, ważny krok to rozpoznanie, czy twoje „nic mi się nie chce” to stan: spokoju–zmęczenia, napięcia–energii czy raczej napięcia–zmęczenia.

Jeśli jesteś zmęczona, ale spokojna, być może wystarczy kilka dni odpoczynku. Napięcie–energia domaga się zwolnienia tempa pracy i znalezienia najlepszej dla ciebie metody na rozładowanie stresu. Świetnie sprawdzi się tu umiarkowana aktywność fizyczna, np. półgodzinny spacer. W stanie napięcia nie pomogą ćwiczenia relaksacyjne, jeśli wcześniej ich nie stosowałaś. Nie wytrzymasz leżenia w bezruchu. Jeśli brakuje ci energii, ale nie czujesz napięcia w ciele, dobrą metodą na jej podniesienie będzie medytacja albo jakikolwiek sposób na zaspokojenie potrzeby przyjemności. Pomyśl, co zwykle ci pomaga, kiedy czujesz zmęczenie psychiczne, choć ciało jest wypoczęte. Może rozmowa z przyjaciółką, lektura ciekawej książki czy karmiący seks?

Jeśli twój stan to napięcie–zmęczenie, a na dodatek pojawiają się nieprzyjemne symptomy w ciele, np. migrena, bóle żołądka czy bezsenność, skorzystaj z pomocy terapeuty – psychologa albo zaufanego terapeuty manualnego. Najważniejsze, byś uciszyła negatywne myśli, lęki, że do niczego się nie nadajesz, strach, że to na pewno jakaś poważna choroba albo co najmniej wypalenie zawodowe. Zaufaj swojemu organizmowi; zatrzymaj się, wejdź w stan „nic mi się nie chce”, nawet wzmocnij go tak, by dobrze go poczuć. Przeżyj do końca swoją niemoc, nie bój się rozpadnięcia, zniknięcia – to tylko twoje przerażające fantazje, nic złego ci się nie stanie. Czasami akceptacja stanu rzeczy wystarczy. Nie potrzeba głębokich analiz, szukania ukrytych powodów, sięgania do traum z dzieciństwa. Wewnętrzne akumulatory każdego z nas mają prawo od czasu do czasu się rozładować, tak po prostu. Kiedy w pełni przeżyjesz stan ,,nicniechcenia”, energia wróci ze zdwojoną siłą.

Ból to najsilniejszy komunikat

- Pod wpływem długotrwałego bólu zmienia się sylwetka, chód, mimika twarzy, ciało traci naturalną spontaniczność. Ciało, przez lata lekceważone, zaczyna krzyczeć coraz głośniej, symptomy się przemieszczają, ból rozprzestrzenia się na pozostałe organy. Następuje rozdzielenie pomiędzy głową, ciałem i sercem. Kiedy dominują głowa i serce – pacjent racjonalizuje swoje symptomy, szuka rozwiązania ,,z umysłu”: cudownej tabletki, rehabilitanta czarodzieja. Połączenie ciała i serca powoduje, że pacjent podchodzi zbyt emocjonalnie, boi się reakcji własnego ciała, oddaje odpowiedzialność za swój stan zdrowia i życia w ręce specjalistów. Połączenia głowy i ciała to reagowanie na objawy, bez odkrywania ich przyczyny. Dlatego głównym celem mojej terapii jest pomoc w zintegrowaniu głowy, ciała i serca. Uświadamiam pacjentowi, jaki jest związek pomiędzy jego zachowaniem (np. sposobem pracy przy komputerze) a symptomem z ciała (np. bólem barku). Kolejnym krokiem jest nauczenie pacjenta szukania powiązań pomiędzy sytuacją życiową a dyskomfortem w ciele, czyli połączenie głowy z ciałem. Dalej sprawdzamy, jakie emocje wywołuje konkretna sytuacja, czyli związek pomiędzy ciałem i sercem. Połączenie głowy z sercem i z ciałem pozwala na świadome życie i podejmowanie dorosłych decyzji, co dalej chcemy z nim zrobić - mówi Jacek Sobol, rehabilitant, osteopata.

Czujesz zmęczenie? Może warto udać się do lekarza

  • Jeśli od dawna nie wykonywałaś podstawowych badań krwi, zrób je. Ogólne osłabienie i zniechęcenie może być oznaką anemii.
  • Jeśli oprócz osłabienia dokucza ci senność i przez ostatnie 2–3 miesiące przybrałaś na wadze 3–4 kg, dodatkowo masz suchą skórę, wypadają ci włosy – może to świadczyć o problemach z tarczycą.
  • Jeśli zmęczeniu towarzyszą zaburzenia miesiączkowania, odwiedź ginekologa i zrób badania poziomu hormonów płciowych.

Praca z symptomami w 11 krokach

Jeśli bardziej niż zmęczenie dokucza ci wiecznie powracająca dolegliwość, jak ból głowy, przeziębienie czy rozstrój żołądka, albo nawykowo reagujesz nimi na różne ważne wydarzenia w swoim życiu, spróbuj regularnej pracy z symptomami. Jest wiele metod, z których możesz skorzystać. Najważniejsze, by nie próbować kontrolować dolegliwości (np. poprzez tłumienie objawów lekami) i nie traktować swojego ciała jak wroga, którego ktoś lub coś ma ujarzmić. Nie walcz ze swoim ciałem – to, z czym walczysz, staje się coraz silniejsze.
  1. Znajdź chwilę dla siebie, połóż się albo usiądź wygodnie, zrób kilka głębokich oddechów, zamknij oczy.
  2. Postaraj się połączyć symptom ciała z tym, co aktualnie dzieje się w twoim życiu, np. w związku z jakim wydarzeniem zaczęłaś cierpieć z powodu bolesnych miesiączek
  3. Przypomnij sobie inne sytuacje, momenty ze swojego życia, kiedy czułaś się podobnie, np. na co najczęściej chorowałaś w dzieciństwie?
  4. W wyobraźni zapakuj do jednego worka wszystko, co wiąże się z twoim problemem (myśli, sytuacje) i poczuj, co teraz dzieje się w twoim ciele (głównie w obszarze brzucha i klatki piersiowej). Pamiętaj, że prawdziwe uczucia pojawiają się w twoim tułowiu, począwszy od klatki piersiowej, na okolicach miednicy skończywszy. Dolegliwości dotyczące głowy i szyi to przede wszystkim komunikaty płynące z głowy, a nie z serca. Symptomy zlokalizowane w nogach, stopach, rękach, dłoniach wskazują na problemy z przynależnością (korzeniami), ugruntowaniem (związkiem z bliskimi), a także dawaniem i przyjmowaniem (relacjami).
  5. Kiedy w brzuchu czy klatce piersiowej pojawi się jakieś doznanie, nawet najbardziej subtelne, nie analizuj go, nie nazywaj, a jedynie oddychaj do tego miejsca, możesz też położyć tam lewą rękę.
  6. Kiedy już zaakceptujesz pojawiające się doznanie, pozwól, by z tego niejasnego odczucia wypłynęło jakieś słowo, obraz, dźwięk lub gest. Jeśli czujesz potrzebę wyrażenia go, zrób to, powiedz: ,,Czuję ogień w brzuchu”, krzyknij, kopnij, zaciśnij pięść itp.
  7. Kiedy poczujesz, że nadałaś już swojemu doznaniu jakąś formę (słowa, dźwięku, gestu, obrazu), kilkakrotnie wzmocnij ją i poczuj, czy w doznaniu coś się zmieniło. Jeśli np. pojawi się potrzeba głębokiego oddechu, rozluźnienie czy płacz, to znak, że trafiłaś – połączyłaś niejasne doznanie w ciele ze sposobem wyrażenia go.
  8. Na moment wróć do głowy i zastanów się, w jakich sytuacjach w codziennym życiu czujesz się podobnie. Kiedy, w jakich momentach wzdychasz z ulgą, czy pojawia się w tobie potrzeba oczyszczającego płaczu? Przez cały czas wykonywania ćwiczenia postaraj się nie nadawać swojemu doznaniu medycznej etykietki, np. „ogień w brzuchu to objaw mojej choroby wrzodowej”.
  9. Jeśli pojawi się w twojej głowie wspomnienie traumatycznych przeżyć, zatrzymaj się przy nich na chwilę, ale nie stapiaj się z nimi w jedno. Nie szukaj przyczyn swojej choroby w przeszłości, bo w ten sposób jedynie znajdziesz zajęcie dla swojego umysłu i odetniesz się od przeżywania. Najważniejsze jest to, co teraz odczuwasz w swoim ciele.
  10. Kiedy w trakcie pracy z symptomem pojawią się silne uczucia, obserwuj je z właściwego dystansu; bez oceniania, nadmiernego wchodzenia w nie, bez lęku, poczucia winy, z akceptacją i ciekawością. Bądź blisko swoich przeżyć, ale nie identyfikuj się z nimi.
  11. Wróć do swoich doznań w brzuchu i klatce piersiowej. Gdyby te doznania umiały mówić, co by powiedziały? Czujesz ucisk? Może chcą powiedzieć: „Potrzebuję więcej przestrzeni”. Idź za tym i wyobraź sobie, że stajesz się bardziej niezależna, bronisz swojej intymności. Może potrzebujesz teraz jakiegoś zdania, potwierdzenia, np.: ,,Jestem po twojej stronie”. Jeśli po jego wypowiedzeniu rozluźnienie w ciele zwiększy się, to znak, że trafiłaś w dziesiątkę. Przez kilka najbliższych dni powtarzaj sobie to zdanie jak mantrę, do momentu, aż poczujesz, że umocniłaś się w swojej nowej postawie życiowej.

  1. Psychologia

Syndrom oszusta - częsty problem osób z niską samooceną

W walce z syndromem oszusta bardzo ważna jest wiedza o tym, że wielu osobom towarzyszy w życiu taki rodzaj lęku przed oceną, niepewność co do swojej wartości. (Ilustracja iStock)
W walce z syndromem oszusta bardzo ważna jest wiedza o tym, że wielu osobom towarzyszy w życiu taki rodzaj lęku przed oceną, niepewność co do swojej wartości. (Ilustracja iStock)
Boisz się, że świat za chwilę się dowie, ile tak naprawdę jesteś warta, a raczej jak niewiele wiesz, umiesz, potrafisz? Zapewne cierpisz na syndrom oszusta, który często dopada osoby, które mają problem z samooceną. Co zrobić, by ten strach nie zatruwał nam życia, radzi psychoterapeutka, Adriana Klos. 

Royal Festival Hall w Londynie. Sala wypełniona po brzegi. To spotkanie z żoną byłego prezydenta USA Michelle Obamą. Bilety wyprzedały się błyskawicznie. Kobiety jak zawsze chcą usłyszeć, co powie Obama, bo – jak mówią – motywuje je do działania. Silna, pewna siebie kobieta sukcesu, tak sądzą… Tymczasem Michelle wychodzi na scenę i po raz pierwszy zwierza się publicznie, że od wielu lat cierpi na syndrom oszusta.

Wszyscy wątpimy w siebie

Syndrom oszusta to zjawisko psychologiczne polegające na ciągłym wątpieniu w swoje możliwości, na umniejszaniu swoich sukcesów, niedocenianiu własnego potencjału. Aż w końcu na przeświadczeniu graniczącym z pewnością, że już za moment świat dowie się, ile tak naprawdę jesteśmy warci, a konkretnie – jak niewiele jesteśmy warci. Ludzie cierpiący na syndrom oszusta często uważają się za mniej utalentowanych i mniej inteligentnych, niż są w rzeczywistości. Nie wierzą, że mogą osiągnąć sukces, a gdy się im to udaje, mają poczucie, że to jedynie przypadek, łut szczęścia i że na to nie zasłużyli. 

To przekonanie, że nikt nie powinien brać mnie na poważnie. Bo co ja mogę wiedzieć? – mówiła Obama podczas londyńskiego spotkania. – Dzielę się z wami moją historią, bo wszyscy wątpimy w siebie i nasze możliwości, naszą siłę – dodała. 

Jak opowiadała, przez to, że jej mąż był prezydentem, miała wrażenie, że jej sytuacja zawodowa wynika wyłącznie z wysokiej pozycji partnera. Wspominała, że przed wejściem do gabinetu królowej Elżbiety II kompletnie spanikowała. Utknęła przed drzwiami, w nieskończoność przypominając sobie kolejne punkty protokołu dyplomatycznego. Aż rozległ się zniecierpliwiony głos królowej: „Po prostu wejdź!”. A ona – doświadczona już wtedy pierwsza dama – sparaliżowana strachem, że na pewno popełni niewybaczalną gafę, nie była w stanie zrobić ani kroku.

Syndrom oszusta objawia się ciągłym lękiem, który demoluje życie. Jak wynika z badań ta przypadłość jest bardzo powszechna, przynajmniej raz w życiu dotyka nawet 70 proc. ludzi. Ale nie u każdego przybiera tak ostrą postać.
– Tym, co z psychologicznego punktu widzenia wysuwa się na pierwszy plan w przypadku osób, które doświadczają tego syndromu, jest coś, co określiłabym niebraniem siebie na poważnie – mówi psychoterapeutka Adriana Klos ze Strefy Zmiany. – Nam bardzo zależy, by ludzie traktowali nas poważnie, liczyli się z nami. Tymczasem dość często to my sami nie traktujemy w ten sposób siebie. Nie traktujemy poważnie swoich wysiłków, swoich kompetencji. Nie wierząc w swój potencjał, pozwalamy czasem, by inni nas wykorzystywali – tłumaczy terapeutka.

– Przez kilka lat pracowałam w agencji PR – opowiada Dominika. – Szło mi całkiem nieźle, miałam wielu klientów, przynosiłam firmie całkiem spore zyski. Działałam jak robot, a szef dokładał mi wciąż nowe obowiązki. Nie zauważyłam nawet, że spędzam w pracy wieczory, że siedzę przy komputerze w weekendy. Wciąż uważałam, że muszę dawać z siebie więcej i więcej. Aż w końcu przyjaciółka zapytała mnie pewnego dnia, czy nie widzę, jak bardzo jestem zmęczona, sfrustrowana, czy nie dostrzegam, że mną „orają”? Nie dostrzegałam, sądziłam, że muszę się starać, bo przecież tak ciężko o pracę, i – kto jak kto – ale ja na pewno innej nie znajdę. Zupełnie nie zdawałam sobie wtedy sprawy, co stoi za moim przekonaniem, że wciąż muszę dawać z siebie więcej i więcej. Kiedy ta sama przyjaciółka powiedziała: „Zwolnij się i załóż swoją własną agencję”, pomyślałam: „Oszalała! Ja? Skąd, przecież nie będę miała ani jednego klienta, oni pracują nie ze mną, tylko z wypracowanym szyldem mojego szefa, jeśli odejdę – przepadnę, zginę na tym rynku”. Jeszcze półtora roku pracowałam ponad możliwości, aż w końcu zwyczajnie fizycznie nie miałam sił. Zwolnienie się było jedynym ratunkiem. Zrobiłam to, ale byłam przerażona, że właśnie kończy się moja droga zawodowa i wkrótce trafię na bezrobocie. Byłam zszokowana, kiedy kolejni klienci dzwonili do mnie i pytali, czy zakładam własną firmę, jeśli tak, to odchodzą z tamtej agencji, bo chcą pracować ze mną. Nie mogłam uwierzyć w to, co się stało – prawie wszyscy klienci przeszli do mnie. To było 12 lat temu. Z większością pracuję nadal – opowiada Dominika. I dodaje, że dziś już wie, że rzeczywiście ma… „pewien problem z wiarą we własne możliwości”.

W oczekiwaniu na katastrofę 

Dr Valerie Young, autorka książki „The Secret Thoughts of Successful Women...” [Sekretne myśli kobiety sukcesu], podzieliła kobiecy syndrom oszusta na pięć typów.
  1. perfekcjonistka – kobieta, która stawia sobie poprzeczkę tak wysoko, by niemal nie dało się do niej doskoczyć, wtedy ma „dowód”, że nie stać jej na osiągnięcie celu.
  2. superwoman – przeciąża się pracą, by zatuszować swoją niepewność.
  3. naturalny geniusz z kolei to typ kobiety, która ocenia swoje umiejętności jedynie w oparciu o łatwość i szybkość osiąganych celów, jeśli potrzebuje czasu, żeby opanować jakąś umiejętność, czuje wstyd.
  4. solistka – jest chora, kiedy musi poprosić kogoś o pomoc.
  5. ekspertka – kobieta, która obsesyjnie sprawdza swoją wiedzę, czuje się podle, kiedy nie potrafi odpowiedzieć na choćby jedno ze stu zadanych jej pytań. 
– Nie wiem, którym typem jestem – mówi Dominika. – Mam wrażenie, że każdym po trochu. Nie umiem prosić o pomoc, ciągle siebie sprawdzam, tak jakbym chciała przyłapać siebie na niewiedzy, pracuję po godzinach i wciąż uważam, że wiem za mało, że jeszcze rok, może dwa i będę bezużyteczna. Przyjdą „młodzi”, a ja ze swoimi ledwo przeciętnymi umiejętnościami wypadnę z obiegu. I wciąż się dziwię. Dziwię się ludziom, że chcą ze mną pracować. A najbardziej dziwię się, kiedy ktoś mnie komuś poleca – nie umiem uwierzyć, przyjąć, że to mogłoby oznaczać, że jestem dobra w tym, co robię. Czekam, aż mnie zdemaskują. Czekam na… katastrofę – opowiada Dominika. 

– Taki chroniczny brak oparcia w sobie jest bardzo obciążającym doświadczeniem – mówi Adriana Klos. – To wegetacja w ciągłym napięciu, w oczekiwaniu na to, że za chwilę wszystko się zawali. Dostrzegam to u swoich pacjentów i widzę, jak to demoluje ich życie. Bo nawet kiedy w zasadzie wszystko jest dobrze, im dobrze nie jest. Nigdy. To są ludzie, którzy nie umieją cieszyć się tym, co wychodzi, co się udaje, tym, co mają. To są osoby, które nie potrafią doświadczać radości. Bo wciąż towarzyszy im lęk: że to zaraz się skończy, że się nie należy, że są nie fair, że oszukują bliskich, współpracowników, że są kimś zupełnie innym, niż światu się wydaje. Wciąż czują, że już za chwilę opadnie ich maska – tłumaczy psychoterapeutka.

Demony przeszłości 

Podobnie jak zdecydowana większość naszych trudności ta także ma swoje źródło w dość odległej przeszłości, w naszym dorastaniu. – By w sposób naturalny, czyli bez żadnej pracy nad sobą w dorosłym życiu, mieć pełne oparcie w sobie, być siebie pewnym, trzeba by „dostać” dzieciństwo prawie idealne. A takich, jak wiadomo, nie ma – mówi Adriana Klos. – Syndrom oszusta często towarzyszy na przykład osobom DDA (dorosłym dzieciom alkoholików). To ludzie, którzy na starcie nie dostali bazy, poczucia bezpieczeństwa. Nie zaznali smaku dobrej, wspierającej relacji. Wychowywali się bez uwagi i czułości. System wartości był niejasny, ciągle działo się coś nieprzewidywalnego, dostawali sprzeczne komunikaty. Jednym słowem, syndrom oszusta towarzyszy często osobom, które dorastały w emocjonalnym chaosie. Nawet jeśli przez chwilę było dobrze, taki człowiek wiedział, że zaraz wszystko może się zmienić. Naturalny stan dla kogoś takiego to lęk i ciągła czujność, by przygotować się na kolejny cios. I poczucie, że cokolwiek zrobię – stanę na rzęsach – i tak nic tu nie zależy ode mnie. Taka baza to doskonały grunt, by wyrósł człowiek cierpiący na syndrom oszusta. Ale wcale nie trzeba tak mocnych doświadczeń w przeszłości, by ten syndrom nas dopadł. Mają go także osoby, które pozornie miały całkiem poprawne dzieciństwo – mówi terapeutka. – Bo czasem wystarczy – i to zdarza się bardzo często, słyszę to od moich pacjentek – by w dzieciństwie być poddawanym ciągłej, w podtekście krytycznej, ocenie. Gdy wciąż słyszymy: „Fajnie, ale można zrobić to inaczej”; „Ja ci pokażę, jak będzie lepiej” itd. To dość często robią matki: „Źle się ubrałaś, trzeba było założyć tamte spodnie”; „Co znowu zjadłaś, zostawiłam dla ciebie sałatkę”; „Po co tam jedziesz, tam nie ma nic ciekawego, szkoda pieniędzy”. Wyrastamy w poczuciu, że to ktoś inny wie, co jest dla nas najlepsze, że my zawsze dokonujemy nietrafnych wyborów, że nasze zdanie nie ma znaczenia. To wszystko powoduje, że w dorosłym życiu nie mamy w sobie żadnego oparcia, wciąż towarzyszy nam ta oceniająca mama, która wie lepiej, która musi nas „poprawiać”. Nie potrafimy więc uwierzyć, że ktoś nas – takimi, jakimi jesteśmy – akceptuje, docenia, traktuje poważnie. No i to na zewnątrz leży nasze poczucie sprawstwa, czyli: „To nie ja zasłużyłem/zasłużyłam swoją pracą, wiedzą, kompetencjami, ale to los, przypadek zdecydowały, że mi fuksem coś wyszło”. – Mam ponad 40 lat i wciąż uczę się, by komentarze mojej mamy dotyczące moich wyborów nie zmieniały moich decyzji, by jej „delikatne podpowiedzi dla mojego dobra” nie psuły mi humoru na dwa dni – mówi Dominika. – To trudne, ale nie jest niemożliwe. Dziś to już wiem. Uczę się ufać sobie. Mogę się pomylić, ale to jest błąd, który idzie na moje własne konto. Wolę swoją pomyłkę niż jej dobrą podpowiedź. Bo ta pomyłka jest moja! I jest częścią mojej autoterapii – dodaje Dominika.

Nikt nie jest doskonały 

Michelle Obama na spotkaniach organizowanych w żeńskich szkołach walkę z syndromem oszusta poleca zacząć od wyrzucenia z głowy demonów przeszłości.

„Pytanie, czy jestem wystarczająco dobra, nas prześladuje, ponieważ często towarzyszy nam od dzieciństwa” – tłumaczy Obama przede wszystkim młodym kobietom. Bo mówi się, że ten syndrom zdecydowanie częściej dotyczy właśnie kobiet.

– Nie zaryzykowałabym stwierdzenia, że to kobiety częściej dopada ten syndrom – mówi Adriana Klos. – Powiedziałabym raczej, że kobiecie łatwiej się do tego przyznać. To wszystko, co składa się na tę przypadłość, tak dalece odbiega od wciąż jednak dominującego stereotypu męskości, że mężczyźnie strasznie trudno jest o tym nie tylko opowiedzieć, ale nawet przyznać się przed samym sobą. Jednak podczas pracy terapeutycznej dostrzegam, że mężczyźni równie często jak kobiety borykają się z takim brakiem pewności siebie, lękiem, że ktoś ich zdemaskuje. Ale przekonanie, że to  „niemęskie”, każe im nakładać kolejne maski – opowiada terapeutka. 

W walce z syndromem oszusta bardzo ważna jest wiedza o tym, że wielu osobom towarzyszy w życiu taki rodzaj lęku przed oceną, niepewność co do swojej wartości. Świadomość tego, że nie jest się dziwadłem, może stać się pomocna. Ale psychoterapeutka przestrzega przed przywiązywaniem zbyt dużej wagi do swojej przypadłości. – Określenie siebie jako osoby cierpiącej na syndrom oszusta, czyli powiedzenie sobie: „Jestem chora/chory”, automatycznie zdejmuje z nas odpowiedzialność za pracę nad sobą, za próbę zmierzenia się ze słabością. I tylko pogłębia nasze przeświadczenie o tym, że to nie w naszych rękach jest klucz do naszego życia, jego jakości – zwraca uwagę Adriana Klos.

Michelle Obama, by dodać otuchy wszystkim podobnym do siebie, dzieli się jeszcze jednym przemyśleniem: „Siedziałam prawdopodobnie przy każdym najpotężniejszym stole, jaki tylko możecie sobie wyobrazić, działałam w segmencie non profit, w fundacjach, pracowałam w korporacjach, zasiadałam w ich zarządach, uczestniczyłam w szczytach przywódców państw: oni wcale nie są tacy mądrzy” – zapewnia.

[newsletterbox]

  1. Psychologia

Jak budować zdrową niezależność? - 7 kroków

To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś. (Fot. iStock)
To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś. (Fot. iStock)
Obniżona samoocena powoduje, że opinie z zewnątrz stają się ważniejsze niż nasze odczucia. Jak sprawić, aby nasze poczucie własnej wartości zaczęło rosnąć, a wpływ otoczenia nabrał właściwych proporcji?

1. Weź za siebie odpowiedzialność

To jeden z 6 filarów poczucia własnej wartości, teorii stworzonej i rozpropagowanej przez Nathaniela Brandena. Co to oznacza w praktyce? Zrozumienie, że mamy jedno życie i że od nas zależy, jak je przeżyjemy. I że tylko my jesteśmy odpowiedzialni za to, co czujemy i co robimy. Jeśli za swoje pomyłki, nieudane związki czy niesatysfakcjonującą pracę obwiniasz innych, stawiasz się w roli ofiary. A przecież ostatecznie to ty i tylko ty dokonujesz wyboru. Rodzice naciskali, żebyś poszła na medycynę, a teraz żałujesz, że nie wybrałaś dziennikarstwa? Cóż, dokonałaś wyboru między własną satysfakcją a zadowoleniem rodziców. Pragnienie funkcjonowania w grupie nie zwalnia cię od wzięcia odpowiedzialności za swoje myśli, dążenia i działania. Nie będąc zależna od innych, poczujesz się nie tylko bardziej kompetentna, ale też staniesz się bardziej wiarygodna dla innych. Zamiast sprawnym, ale przeciętnym lekarzem będziesz doskonałym dziennikarzem.

2. Ćwicz asertywność

Wielu osobom kojarzy się z nawykiem mówienia „nie”, ale to tylko połowa prawdy. Inni uważają, że asertywność to ładna nazwa na szorstkie zachowanie lub egoizm. W istocie asertywność jest jedynie wyrażonym szacunkiem dla własnych potrzeb, uczuć i opinii. Brak asertywności jest lękiem przed zademonstrowaniem swojej odrębności. Jeśli masz z tym problem, zacznij od wyrażania swoich potrzeb w mniej drażliwych kwestiach, np. wyboru filmu w kinie czy dania w restauracji. Gdy dasz sobie prawo do wyrażania siebie, łatwiej będzie ci przyjmować odmienne zdanie, a także odmowę. Zrozumiesz, że nie musisz brać ich do siebie. A jeśli nie jesteś pewna swojego zdania w istotnej sprawie – zamiast przytakiwać od razu – zacznij mówić: „Daj mi chwilę, muszę to sobie przemyśleć”.

3. Twórz instrukcję obsługi siebie

To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś, stanowi cenny wkład w jakość grupy, którą tworzysz z innymi. Ale aby wiedzieć, co do niej wnosisz, musisz poznać siebie i swoje poglądy. Dlatego jak najczęściej pytaj samą siebie:
  • Co najbardziej lubię (jakie smaki, zapachy, kolory itd.)?
  • Co o tym sądzę?
  • Co zrobiłabym na jego czy jej miejscu?
  • Czego najbardziej się boję?
To może być świetna zabawa, niejedna własna reakcja może cię zaskoczyć. Najważniejsze, że w ten sposób tworzysz instrukcję obsługi siebie – przydatną innym, ale głównie tobie.

4. Praktykuj świadome życie

Może ci w tym pomóc Praktyka Obecności na bazie koncepcji Colina P. Sissona, medytacja, joga lub technika mindfulness – wszystkie one wyczulają na odbieranie sygnałów z własnego ciała oraz rewidowanie pojawiających się w głowie myśli. Kiedy twoje podejście do życiowych wyzwań opiera się na fabrykowaniu teorii spiskowych („na pewno wszyscy się dowiedzą o mojej pomyłce”, „jestem beznadziejna, nic mi się nie udaje”), twoja samoocena staje się krucha, a cudza opinia, szczególnie gdy dotyczy wrażliwych punktów, bywa niszcząca. Kiedy decydujesz się, by karmić się tylko pozytywnymi myślami i w bezpieczny sposób dawać ujście swoim emocjom (na przykład zadając sobie kluczowe pytania: Dlaczego mnie to tak zdenerwowało? Co mogę zrobić następnym razem, by bardziej nad sobą panować?) – spirala znowu idzie w górę i coraz mocniej ufasz sobie.

5. Określ swój życiowy cel

To nie oznacza, że masz podporządkować życie realizacji planu, który stanie się wypełniającą je ideą, usuwającą wszystko inne w cień. Chodzi raczej o zmianę myślenia z: „oby mi się udało nie popełnić błędu” na: „zrobię wszystko, by to, czego pragnę, stało się realne”. Pomyśl… Czy patrząc z perspektywy, widzisz, że zmiany w twoim życiu wyznaczyły decyzje, które podjęłaś, czy też sploty okoliczności? Gdy mamy skłonność do dryfowania, znacznie mniej zaufania pokładamy w sobie. Często więc czyjaś ocena sprawia, że zaczynamy wątpić, czy kierunek jest słuszny. Świadomość celu to pozytywna energia. Jeśli wiesz, że dla ciebie ważna jest rodzina i przyjaźń, albo chcesz tańczyć ponad wszystko, to nawet gdy ktoś mówi, że postępujesz głupio lub naiwnie – ty odpowiadasz mu, że gdyby nie marzyciele, Ziemia nadal byłaby płaska.

6. Zaakceptuj siebie

Jak powiedział Nathaniel Branden, „akceptacja jest odmową bycia swoim wrogiem”. Bo kiedy negujemy swoje myśli i zachowania, których nie lubimy, zazwyczaj nie przyznajemy się do nich. Gdy uważamy, że czegoś nie potrafimy – wycofujemy się lub udajemy, że jest inaczej. Kiedy nie podoba nam się nasze odbicie w lustrze, za małe oczy, za duży nos, za gruba lub za chuda sylwetka – staramy się to maskować ubraniem, makijażem. Choć próbujemy w taki sposób chronić siebie, robimy rzecz odwrotną – odrzucamy siebie. Przy takim nastawieniu każda krytyka, a nawet żart, stają się naprawdę raniące. Nie jest możliwe, aby mieć dobrą samoocenę i jednocześnie nie akceptować siebie.

7. Bądź wierna swoim zasadom

Jeśli twój wewnętrzny kodeks nie przyzwala na kłamstwa, a sama mijasz się z prawdą, by nie narazić się otoczeniu, to ma tu miejsce spory dysonans. W ten sposób znowu rezygnujesz z części siebie, by zyskać akceptację. Ale tracisz szacunek do siebie – ważny filar samooceny. Pamiętaj, że przestrzegając swoich zasad, uniezależniasz się od tego, co myślą o tobie inni.

Joanna Godecka: life coach, praktyk Integracji Oddechem i Integrującej Obecności.