1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Porozmawiajmy o satysfakcji - karty emocji Katarzyny Miller

Porozmawiajmy o satysfakcji - karty emocji Katarzyny Miller

Satysfakcja to bardzo przyjemne uczucie - z nutką zadowolenia, domieszką dumy, szczyptą triumfu. (Fot. iStock)
Satysfakcja to bardzo przyjemne uczucie - z nutką zadowolenia, domieszką dumy, szczyptą triumfu. (Fot. iStock)
Choć lubimy ją odczuwać, nie jest jednak pełnią szczęścia i radości, a jedynie przedsionkiem do nich. Co ciekawe, satysfakcjonować mogą nas zarówno własne osiągnięcia, jak i porażki innych. I nie ma w tym nic złego! I o tym właśnie mówi kolejna karta emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk.

Satysfakcja to...

Bardzo przyjemne uczucie. I smaczne. Z nutką zadowolenia, domieszką dumy, szczyptą triumfu. Czujemy satysfakcję wtedy, kiedy osiągamy coś, na czym nam zależało, co było dla nas ważne i w co włożyliśmy wiele pracy, czasu i energii, a przynajmniej na co mieliśmy chęć. Ale jest w tej potrawie też posmak zawiści, żalu, a nawet złośliwości czy zemsty. Możemy bowiem czerpać zadowolenie z własnych dokonań, ale też z porażek innych – mówi się wtedy o tzw. Schadenfreude, czyli radości z czyjegoś nieszczęścia.

Wśród dobrze urodzonych w ubiegłych wiekach panował zwyczaj „żądania” i „dawania” satysfakcji, czyli zadośćuczynienia za wyrządzoną komuś krzywdę lub obrazę. Miał on zwykle postać pojedynku, podczas którego osoba, która broniła swojego honoru, miała szansę zranić fizycznie osobę, która wcześniej zraniła ją emocjonalnie. Choć dziś pojedynki (na szczęście) wyszły z mody, nadal jednak pozostało w nas pragnienie, by „wyrównać rachunki”. Jeśli więc kogoś, kto nas skrzywdził, spotka coś niedobrego – odczuwamy satysfakcję. To uczucie ze wszech miar ludzkie i naturalne. Nie powinniśmy się za nie winić czy ganić, ale też trzeba mieć świadomość, że nie da się tylko na nim zbudować naszego zadowolenia z życia. O wiele trwalsze pozytywne efekty daje radość z własnych działań i dokonań, wyposaża nas bowiem ona w poczucie sprawstwa.

Satysfakcja, zwłaszcza seksualna, choć bardzo przyjemna i dająca rozkosz także cielesną, to jednak uczucie chwilowe, ulotne. Nie jest tożsama ze szczęściem, choć daje jego przedsmak.

Po co nam to uczucie?

Satysfakcja domyka dzieło, jest zwieńczeniem naszych starań, wysiłków i nadziei. Poprawia nastrój, podbudowuje, dodaje energii i motywacji do dalszego działania. Jest nagrodą za nasz wysiłek i zachętą do podjęcia go na nowo. Powinna pojawiać się naturalnie, kiedy coś nam się udaje lub wychodzi. Jeśli mamy trudność z jej osiągnięciem, może to być oznaka wypalenia, przemęczenia, a także apatii lub depresji. Są też ludzie, którzy odmawiają sobie satysfakcji z chęci ukarania siebie lub w przekonaniu, że na nią nie zasługują – nie jest to jednak dobra praktyka ani zdrowe podejście.

Zadania:

  • Co sprawiło ci ostatnio największą satysfakcję? Przypomnij sobie, jak się wtedy czułeś.
  • Pamiętaj, że poczucie satysfakcji – jak każda przyjemna rzecz – może stać się uzależniające. Zgubne może być zwłaszcza nałogowe poszukiwanie satysfakcji seksualnej, zatracanie się w przyjemności. Dlatego ważne jest, by umieć cieszyć się też stanem bez większych atrakcji i fajerwerków.
  • Jak radzisz sobie z frustracją, czyli efektem braku satysfakcji? Czy trwa ona chwilę, czy może przeradza się w złość lub przygnębienie? Łatwo jest cieszyć się z sukcesów (choć nie wszystkim, oczywiście), trudniej przyjmować porażki.
Więcej w zestawie z książeczką „Poznaj siebie. Karty emocji”, Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Mindfulness na trudne czasy. Rozmowa z Zuzanną Ziomecką, trenerką uważności

Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce
Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce "Wyspa spokoju. Jak mindfulness pomaga w trudnych sytuacjach" trenerka Zuzanna Ziomecka. (Fot. Michał Wargin)
Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z naszego życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W dzisiejszych czasach to rzecz bezcenna. Zuzanna Ziomecka tłumaczy, jak praktyka mindfulness może pomóc również w podejmowaniu trudnych decyzji.

W swojej najnowszej książce piszesz, że paradoksalnie praktyka mindfulness przygotowała cię na falę niespodziewanych zdarzeń: nagłą utratę pracy i śmierć ukochanej babci. Sądzisz, że bez tego nie dałabyś sobie wtedy rady?
Nie wiem, czy nie dałabym sobie rady, ale na pewno dałabym sobie radę gorzej. Mindfulness pomaga, bo buduje mentalną formę. Tak samo jak budujemy kondycję fizyczną po to, by kiedy ucieknie nam autobus, móc go szybciej dogonić, zamiast zaczynać ćwiczyć dopiero na przystanku, gdy on już odjeżdża. Z mindfulness jest bardzo podobnie. To praktyka, która wzmacnia odporność psychiczną i zapobiega temu, by rozmaite życiowe problemy wzbudzały w nas bardzo destrukcyjną reakcję.

Ja doświadczyłam tego podczas masażu dźwiękiem. Wprowadził mnie w stan tak wielkiego spokoju, że wszystko, co potem spadło na mnie w ciągu dnia, przyjmowałam z anielską cierpliwością, a zwykle takie sytuacje wytrącały mnie z równowagi. Mindfulness powoduje, że w ogóle nie dochodzi do wzburzenia czy po prostu powrót do równowagi jest szybszy?
To zależy. Reakcja stresowa zwykle dodaje nam dużo energii do działania – walki lub ucieczki – ale żeby to zrobić, musimy ją skądś zabrać. Ośrodek, który ponosi podczas stresu największą stratę, to nowoczesna część mózgu zwana korą przedczołową. W stresie tracimy dostęp do tego obszaru, a to on jest odpowiedzialny za nasze najważniejsze kompetencje, wiedzę i umiejętności. W nim mieści się pamięć, zdolność do sprawnego komunikowania, umiejętność analizy, kreatywność, uczenie się, empatia... I nagle ciach, stres nam to zabiera. Utrzymanie dobrej „formy uważnościowej” poprzez regularną praktykę powoduje, że ta reakcja odpala się rzadziej albo w mniejszej skali, czyli nie tracimy rozumu w obliczu stresu. Są jednak takie sytuacje losowe, których nie sposób nie przeżywać. Gdy dzieje się coś, co przewraca nasze życie do góry nogami, jak śmierć kogoś bliskiego, choroba czy choćby właśnie utrata pracy – na to nie ma magicznego pstryczka.

Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W takim stanie nie reagujemy automatycznie, czyli nie wchodzimy w utrate koleiny, które sprawiają, że zachowujemy się tak, że później żałujemy. A stres albo nie pojawia się wcale, albo pojawia się, ale jesteśmy w stanie go lepiej opanować.

Opowiedz o swojej osobistej historii z mindfulness. Jak rozumiem, wszystko zaczęło się w 2013 roku, a czynnikiem zapalnym był artykuł w „Przekroju”, który wtedy prowadziłaś, na temat tego, jak radzą sobie ze stresem wizjonerzy z Doliny Krzemowej.
Nasz artykuł w „Przekroju” był pierwszym dużym tekstem w ogólnokrajowych mediach na temat mindfulness. Napisała go dziennikarka z działu nauki, która była bardzo zainteresowana tym, w jaki sposób ćwiczenia mentalne wpływają na organizację i strukturę mózgu. Faktycznie wtedy najgłośniej i najczęściej mówili o tym przedsiębiorcy z Doliny Krzemowej, którzy pracowali nad ważnymi innowacjami pod ogromną presją czasu. Śledziłam ich poczynania i odwoływania do praktyki uważności od jakiegoś czasu w magazynach, którymi byłam wtedy zafascynowana, jak „Wired” czy „Fast Company”. To były pisma, które traktowały przedsiębiorców i start-uperów niczym gwiazdy rocka. A hasło „mindfulness” przewijało się nagminnie. Intrygowało mnie więc od dawna, ale dopiero tekst w „Przekroju” pomógł mi lepiej zrozumieć, czym owo mindfulness jest. Poza inspiracją czerpaną od innych, bardzo lubię rozumieć, jak coś działa. To mi daje dużą motywację. Dlatego moja książka jest pełna wyjaśnień naukowych oraz historii praktyków.

Mamy masę dowodów na to, że dzięki praktykowaniu uważności ciało migdałowate w mózgu zmniejsza swoją objętość i staje się mniej reaktywne na zdarzenia stresowe. Mamy też dowody na to, że praktycy mindfulness podejmują bardziej świadome i lepszej jakości decyzje. Mamy nawet dowody na to, że lepiej radzą sobie z konfliktami w rodzinie, związkach czy pracy. Tych badań jest ponad sześć i pół tysiąca. W książce zebrałam 12 historii z życia różnych osób pokazujących, że to nie są wnioski oderwane od rzeczywistości, tylko prawdziwe zmiany, których można doświadczyć w życiu codziennym i w trudnych momentach.

Czyli nie bez powodu panuje opinia, że medytacja, a zwłaszcza medytacja mindfulness, która wydaje się najłatwiejsza „w obsłudze”, jest dziś lekarstwem na wszystkie bolączki.
Nie jest! Nie! Mindfulness nie rozwiązuje żadnego problemu, ale w obliczu każdego pomoże ci lepiej poradzić sobie z sobą. Problem nie zniknie, ale ty będziesz silniejsza, bardziej opanowana, mądrzejsza. W tym sensie jest pomocny we wszystkich trudnych i zwykłych okolicznościach, bo daje kontakt ze sobą, pokazuje wyraźnie, co się dzieje i pozwala działać świadomie i rozsądnie, zamiast impulsywnie i odruchowo.

Najbardziej ze wszystkich korzyści, o których piszesz, zainteresowała mnie pomoc w podejmowaniu decyzji. Jest kilka powodów, dla których bywa to dla nas trudne. Po pierwsze, nie wiemy, jakie będą ich skutki, więc wyrzucamy sobie po czasie, że podjęliśmy złą decyzję, że mogliśmy kogoś spytać albo że za szybko zareagowaliśmy. Mindfulness sprawia, że podejmujemy lepsze decyzje czy że nie mamy do siebie potem o nie pretensji?
Magia tkwi w samym procesie, bo na to mamy wpływ. Możemy pracować nad uważnym podejmowaniem decyzji, co jest trochę inną rzeczą niż jej konsekwencje. To, co się wydarzy potem, zależy od wielu czynników, nie do końca takich, które kontrolujemy.

Jak w tym procesie może nam pomóc uważność?
Może nam dać przekonanie, że nie pominęliśmy niczego ważnego w rozważaniach, nie zachowaliśmy się pochopnie i że decyzja, którą podjęliśmy, nie jest oderwana od tego, kim jesteśmy i do czego zmierzamy w życiu. To są najważniejsze kwestie, które warto wziąć po uwagę przy dokonywaniu trudnych wyborów. I one nie są dla nas dostępne, gdy włącza się napięcie i poczucie presji czasu, które odbierają nam cierpliwość. Mamy wtedy potrzebę, by działać szybko. Dlaczego? By rozładować nagromadzoną w ciele energię, którą stres nam dostarcza. Dlatego tak trudno jest słuchać innych oraz siebie, gdy jesteśmy zdenerwowani. Trudno się skupić, zdystansować, pomyśleć, bo ciało przede wszystkim łaknie działania. Jakiegokolwiek działania.

Regularna praktyka uważności przywraca cierpliwość – pozwala spokojnie się zastanowić, dać sobie czas i przestrzeń na to, by obejrzeć sprawę z różnych stron. Te różne strony to na przykład sprawdzenie, jak ludzie, którym ufam, a którzy nie są dokładnie tacy jak ja, widzą tę sprawę. Nasze postrzeganie rzeczywistości jest biologicznie dość wąskie i ograniczone. Dlatego im więcej mądrych i zaufanych osób powie nam, jak one to widzą, tym szerszy obraz zobaczymy.

Druga rzecz, która jest bardzo wartościowa, to słuchanie trzewi albo inaczej: brzucha, albo jeszcze inaczej: intuicji, które ja rozumiem jako dostęp do naszych wcześniejszych doświadczeń. Wszystkie są zapisane w specjalnym „katalogu”, do którego nie mamy świadomego dostępu. Jest tylko jedno połączenie z nim i ten kabelek biegnie do ciała, nie do świadomego umysłu. Kiedy w tym katalogu dochodzi do rozpoznania pozytywnego wzorca np. „O, to jest podobne do fajnej sytuacji, której kiedyś doświadczyłam”, to ciało reaguje radością na wybór, który przypomina tamten z przeszłości. W drugą stronę to działa tak samo – jeśli podobny wybór w przeszłości skończył się dla nas źle, to ciało będzie mówiło: „Nie, nie tędy droga”. Intuicja jest bardzo pomocnym źródłem informacji.Kłopot w tym, że nie działa, kiedy mamy do czynienia z sytuacją, z którą nie mamy wcześniejszych doświadczeń. Wtedy nie pojawiają się sygnały od intuicji, tylko zwykłe lęki czy pragnienia, które nie zawsze są dobrymi doradcami. Uważność pomaga zatrzymać się i zauważyć takie sygnały z ciała oraz stwarza sposobność, by odczytać, co mogą oznaczać.

Ostatnia rzecz, jaką daje mindfulness, to przestrzeń do przemyśleń bardziej osobistych. Związanych z tym, co ja chcę osiągnąć w życiu, kim chcę być i jakie są moje wartości. Bo dokładnie ten sam wybór u kogoś innego może skutkować odwrotną decyzją niż u mnie, i nadal być dobrym wyborem. Każdy z nas trochę inaczej nawiguje przez życie i do czegoś innego zmierza. Kiedy to wszystko rozpatrzymy, to właściwie nie będziemy musieli podejmować już żadnej decyzji. Ona sama się podejmuje, bo wszystko stanie się jasne. To piękny moment. I okazuje się, że najlepsze, co musisz zrobić, by wybrać właściwie dla siebie, to posiedzieć w ciszy.

Zachęcasz też do poszukania zdania, które określa naszą misję, czegoś w rodzaju życiowego motta, do którego możemy się odwołać w trakcie podejmowania decyzji.
Nie nazwałabym tego mottem, bo to słowo kojarzy mi się z cytatem z kalendarza ściennego czy ze szkolnego zeszytu. Długo zresztą szukałam słowa, by określić, co mam na myśli. Po angielsku jest idealne – purpose, które można przetłumaczyć jako powołanie lub sens twojego życia. I faktycznie jest tak, że jeśli mamy ułożone, odkryte i zdefiniowane, do czego w życiu dążymy, to trudne decyzje stają się o wiele łatwiejsze do podjęcia.

Jednym z przekleństw naszych czasów jest mnogość wyboru. Mamy tyle możliwości. Możemy mieszkać praktycznie w każdym miejscu na świecie, robić wszystko, o czym marzymy, bo stosunkowo łatwo jest się przebranżowić. Do tego jest tyle mężczyzn i kobiet, z którymi moglibyśmy być, tyle przepisów na to, co moglibyśmy ugotować... Jeżeli nie mamy swojego azymutu, swojej gwiazdy północnej, według której nawigujemy w życiu, to zaczynamy hasać od Sasa do Lasa. Być może ostatecznie wylądujemy w fajnym miejscu i z fajną osobą, a może nie. Bez znalezienia swojego sensu w życiu, oddajemy wszystko w ręce losu.

W pandemii musimy podjąć mnóstwo decyzji, które kiedyś wydawały się proste. Dokąd pojechać z dziećmi na wakacje? Czy odwiedzić rodziców? Dziś nie wiemy, czy to bezpieczne dla nich i dla nas. Żyjemy w trudnych czasach i do tego dochodzą jeszcze trudne okoliczności. Jak sobie z tym radzić?
Ostatni rozdział mojej książki jest chyba dla mnie najważniejszy, bo traktuje o trudnościach, na które nie mamy wpływu; o problemach, których naszymi decyzjami czy zachowaniami nie jesteśmy w stanie rozwiązać. Pandemia jest dobrym przykładem.

Jedną z najgłębszych zmian, jakie mindfulness oferuje praktykom, jest umiejętność bycia w niepewności. Jakie to teraz ważne, prawda? Nigdy nie byliśmy w obliczu tak wielkiego znaku zapytania jak teraz, gdy niepokój jest ukryty pod właściwie każdą decyzją. Zgoda na „nie wiem” powoduje, że jesteśmy w stanie znaleźć spokój mimo niepewności. Może się wydawać, że jedno wyklucza drugie, bo niepokój i trudne emocje, jak strach, gniew czy smutek, mają tendencję do dominowania naszego doświadczenia. Nie lubimy ich, powodują cierpienie i bardzo trudno z nimi funkcjonować. Praktyka mindfulness sprawia, że te stany stają się mniej bolesne. One cały czas są, ale obok nich jest też spokój, opanowanie i świadomość, że to minie. Bo główna obserwacja na temat tego, jaka jest rzeczywistość, jest właśnie taka: wszystko jest ulotne, zmienne. Myśl, którą mam i która w tej chwili wydaje się taka pilna, też zniknie. I to samo dotyczy emocji. Nawet te najbardziej bolesne też w końcu znikają. Ta świadomość daje siłę i odwagę, by je znosić, bez histerycznej próby pozbycia się ich natychmiast. Uważność pomaga dźwigać, jest dodatkową parą rąk, które cię podtrzymują, gdy jest ci źle i czujesz, że już nie dajesz rady.

Kiedy patrzysz się na siebie sprzed dziesięciu lat i na siebie teraz – jaką największą zmianę dostrzegasz?
Jest jedna rzecz, która wychodzi na prowadzenie, rzecz z poziomu meta. Ja kiedyś byłam pusherką, czyli osobą, która ciągle popycha rzeczy do przodu. Miałam poczucie, że muszę ciągle wymuszać na rzeczywistości wysłuchanie mnie albo wzięcie pod uwagę mojej perspektywy. Więc wywierałam nacisk: na ludzi, na szklane sufity, na rozmaite ściany i mury. Dzięki mindfulness zauważyłam, że ta tendencja, która – jak uważałam – służyła mi zawodowo, stała się moją cechą charakteru. Często narzucałam swoją wolę, a nawet wymuszałam różne rzeczy – w moich relacjach z partnerem, z dziećmi, ale też z rzeczywistością. Bo kiedy sobie coś wymyśliłam, to za wszelką cenę chciałam to zrealizować. Nie zwracałam uwagi na to, czy to jest potrzebne, czy ktoś jest tym w ogóle zainteresowany. Zrobiłam w życiu tyle rzeczy, których nikt nie potrzebował, tylko dlatego, że mi się podobały! Wiele razy waliłam głową w mur, nie widząc, że obok są drzwi. Teraz działam inaczej. Staram się wkładać energię w rzeczy, które są potrzebne, i słuchać tego, co do mnie wraca. To bardzo wiele zmienia. Dziś często dostaję informację zwrotną: „To było dla mnie ważne, coś mi dało”. Czuję się w lepszym kontakcie z rzeczywistością i ludźmi wokół mnie. I napędza mnie nadzieja, że robię rzeczy, które są nie tylko dobre dla mnie, ale też dla świata.

Nie jesteś już pusherem, a kim?
Tancerką. Nawet moja działalność gospodarcza tak się nazywa. „Zuzanna Ziomecka tańczy”.

Zuzanna Ziomecka, dziennikarka i trenerka specjalizująca się w rozwoju zdolności przywódczych. Jest wiceprezesem Polskiego Instytutu Mindfulness oraz dyrektorem w WellCome Institute, gdzie tworzy autorskie programy rozwojowe dla międzynarodowych firm. Wcześniej prowadziła i redagowała takie projekty, jak „Aktivist”, „Gaga” czy „Przekrój”.

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o zachwycie – karty emocji Katarzyny Miller

Zachwyt to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Jest też mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły. (Fot. iStock)
Zachwyt to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Jest też mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły. (Fot. iStock)
Wyrywają się z naszych ust, a nawet wprost z serc, kiedy odurza nas jakiś widok, zapach, dźwięk lub dotyk. Bo zachwyt ma wiele wspólnego ze zmysłami, z ich budzeniem, ale i traceniem. A nie każdy jest na to gotowy. Pora na kolejną kartę emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk.

Zachwyt…

…to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Mówi się przecież o mdleniu z zachwytu, o byciu posągiem zachwytu czy cielęcym zachwycie. Zachwyt wprawia nas więc w stan odurzenia, oczarowania kimś lub czymś do tego stopnia, że tracimy przytomność, rozum czy możliwość ruchu – zastygamy oniemiali, zaskoczeni, a nawet wstrząśnięci tym, że coś może na nas tak silnie pozytywnie oddziaływać. Zachwyt jest mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły – kiedy jesteśmy w stanie zachwytu, są one wytężone do granic możliwości i w pełni zaspokojone. Zachwyt jest emanacją radości i przyjemności, ale też ma w sobie chęć podporządkowania się temu, co nas zachwyca, oddania się temu kompletnie we władanie, a nawet uznania swojej mniejszości wobec obiektu wzbudzającego w nas to uczucie.

Po co nam to uczucie?

Ukazuje nam bogactwo i piękno otaczającego świata, ale też naszego świata wewnętrznego. Pokazuje, że coś może spełniać wszystkie nasze wymagania zarówno estetyczne, jak i intelektualne, poruszać każdy z naszych zmysłów. Duża w tym rola naszej woli – zachwyt pojawia się bowiem wtedy, gdy to my uznamy coś za idealne, mamy więc moc, by samemu się wprawiać w ten stan.

Zadania

  • Przypomnij sobie, co ostatnio wprawiło cię w największy zachwyt albo co zwykle cię w niego wprawia? Sztuka? Muzyka? Przyroda? A może ktoś? Zastanów się, co sprawia, że się czymś zachwycasz. Czy zawsze jest to ten sam element?
  • Jak zwykle wyraża się twój zachwyt? Poprzez wow? Okrzyk? A może przymknięcie oczu i głębokie westchnienie? Czy to uczucie jest tak silne, że tobą włada, czy może jest intensywne, ale na tyle, by cały czas być go świadomym?
  • Czy łatwo się czymś zachwycasz? Czy jesteś w stanie wzniecić w sobie to uczucie w obliczu elementów swojego codziennego życia: zachowania bliskiej ci osoby, krajobrazu mijanego w drodze do pracy, smacznego obiadu? Jeśli nie, spróbuj…

Więcej w zestawie z książeczką: „Poznaj siebie. Karty emocji”, Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło, do kupienia na sklep.zwierciadlo.pl.

  1. Psychologia

Są ludzie, którzy wysysają z nas całą energię…

Musimy obserwować z kim czujemy się dobrze, kto nam dobrze życzy i cieszy się z naszych sukcesów, a kto zwyczajnie nam nieżyczliwie zazdrości. (Fot. iStock)
Musimy obserwować z kim czujemy się dobrze, kto nam dobrze życzy i cieszy się z naszych sukcesów, a kto zwyczajnie nam nieżyczliwie zazdrości. (Fot. iStock)
Po spotkaniach z wampirami energetycznymi czujemy się puści, zlęknieni, niezadowoleni. Niby wszystko jest ok, ale jednak towarzyszy nam to negatywne uczucie.

Każdy ma w sobie pewien wewnętrzny spokój lub jego brak. Przebywając z jakąś osobą odczuwamy (czasem nieświadomie) jej emocje. Jeżeli ktoś sam się źle czuje ze sobą, to często bycie w jego towarzystwie też jest nieprzyjemne. Może byłaś na spotkaniu z osobą, która jest po prostu bardzo nieszczęśliwa.

  • Czasami spotykamy się z kimś, kto nam psuje nastrój lub sprawia, że czujemy się wewnętrznie ciężko, a jednak wciąż utrzymujemy kontakt z takimi osobami, bo nauczyliśmy się bagatelizować te uczucia w sobie i tym samym poświęcamy siebie.
  • Jeżeli ktoś sprawia, że czujesz wewnętrzny dyskom- fort po spotkaniach, to po prostu nie spotykaj się z tą osobą i wybierz inny sposób spędzenia wolnego czasu.
  • Jesteśmy też otoczeni ludźmi, którzy nie czują się spełnieni i są zazdrośni o innych ludzi – za ich wygląd, za sylwetkę, za życie uczuciowe i stan majątkowy, za karierę i zdrowie. Wtedy to, co zaczynamy odczuwać jest ich zazdrością.
  • Często tacy ludzie wyolbrzymiają sobie to, co mamy, snują przekonanie, że dostaliśmy to i owo za darmo, że mamy więcej, lepiej, że mamy szczęście. Często uśmiechają się do nas, ale wewnątrz nich jest złość i zawiść.
  • Zastanów się też, jak się czujesz przed spotkaniem z taką osobą. Może nie chcesz się spotkać, masz złe przeczucia lub niechęć, ale racjonalizujesz sytuację i poddajesz się.
  • Trzeba umieć powiedzieć: „Nie!”.
  • Musimy obserwować z kim czujemy się dobrze, kto nam dobrze życzy i cieszy się z naszych sukcesów, a kto zwyczajnie nam nieżyczliwie zazdrości.
  • Może też być tak, że z taką osobą dobrze dogadujesz się jedynie po alkoholu? Albo innych używkach? A na trzeźwo nie macie o czym rozmawiać? To też jest oznaka toksycznej relacji.
  • Są osoby nastawione tylko na branie. Spotykają się niby towarzysko, ale pod tym zawsze kryje się interes. Tacy ludzie mają w głowie: „Co ona może dla mnie zrobić?”. Wówczas całe spotkanie zmierza do tego, żeby stworzyć intymną relację i wreszcie porozmawiać o interesach. Taka osoba może cię słuchać, komplementować, śmiać się z twoich historii, ale wciąż czeka na moment, kiedy będzie mogła opowiedzieć, czego potrzebuje. Po takim spotkaniu czujesz się dziwnie, niby było dobrze, a jednak masz w sobie niesmak i zmęczenie. Trzeba słuchać swoich uczuć. Nawet jeżeli taka osoba nosi perfekcyjne maski, to ty będziesz czuć, że coś jest nie tak.
  • Są kolory, które utrudniają drugiej osobie pochłania- nie energii. Jest to złoto, srebro, czerwień i wszystko, co się świeci. Wtedy masz taką barierę ochronną i możesz czuć się mniej zjedzona po takim spotkaniu.
  • Często osoby zbyt otwarte, zbyt szczere i wrażliwe mogą po prostu zasilać osobę, która daje mniej i wykorzystuje fakt, że ktoś jest dobry i przyjacielski.
  • Zastanów się, komu opowiadać o swoich sprawach i sekretach. Nie każdy jest osobą, która ma dobre serce i będzie odwzajemniała taką inwestycję.

Fragment książki „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”. Rozmawiją: Katarzyna Miller i Suzan Giżyńska.

Katarzyna: Spotkałam się ostatnio ze znajomym, którego nie znałam zbyt dobrze, ale jednak lubiłam go. Zrobił na mnie kiedyś dobre wrażenie, wręcz byłam oczarowana jego energią, pozytywnym nastawieniem, sposobem bycia, poczuciem humoru i w ogóle aurą, jaką wokół siebie roztaczał.
Nastawiłam się więc na kolejne spotkanie bardzo pozytyw- nie, dużo po nim oczekiwałam. Gdy do niego doszło, kolega rzeczywiście był miły, wesoły i przyjemny, ale jednak mnie rozczarował. Opowiadał mnóstwo niestworzonych historii, gadał wręcz totalne głupoty. Stało się tak, że po spotkaniu z nim czułam się kompletnie przemęczona, wyssał ze mnie całą energię i doszłam do wniosku, że nie chcę więcej się z nim widzieć. U mnie to jest bardzo rzadkie.

Suzan: Co się w takim razie stało?

Katarzyna: Jest takie mądre powiedzenie: „Jeżeli chcesz mieć zepsute życie, miej oczekiwania”. Tak było w tym przypadku. Nastawiłam się niepotrzebnie. Człowiek mądry wie, że nigdy nie wie, co się zdarzy.

Suzan: A jakie miałaś oczekiwania?

Katarzyna: Że będzie super. Że jest interesującym człowiekiem i zadba o to, by było fajnie i wesoło. Rzeczywiście, w jakimś stopniu o to dbał, ale stało się też coś takiego, że nie miałam ochoty więcej się z nim spotkać. Dla mnie to jest nawet trudne do wyjaśnienia, bo nie zdarza mi się często.

Muszę tutaj też zaznaczyć, że to było spotkanie bardziej biznesowe niż przyjacielskie. Kolacja była dosyć rozbudowana, za- mówiliśmy dużo rzeczy. Byliśmy we trójkę i nagle ten znajomy oznajmił, że musi pilnie wyjść, bo ma coś ważnego do załatwienia. Wybiegł z restauracji, nie płacąc nawet za siebie rachunku.

Byłam rozczarowana. Poczułam się tak, jakby przyjechał co najmniej Brad Pitt i nie mógł nawet postawić kobiecie kotleta tylko kazał za siebie płacić, a ja w dodatku powinnam się czuć zaszczycona faktem, że mogłam uregulować rachunek wielmożnego pana.

Suzan: Rzeczywiście, to niefajna sytuacja.
Jest coś w energii ludzi. Myślę, że są ludzie, którzy są księżycem, a są tacy, którzy są słońcem.

Katarzyna: To prawda, ale nie chodzi o słońce i księżyc, a o dobro i zło. Księżyc nie jest ani zły, ani dobry, tak samo jak słońce. Istnieje dobra intencja, dobre działanie, uczciwe i szczere, ale istnieje też zła intencja, pokrętne i fałszywe działanie. Nie- którzy skrzywdzeni ludzie uważają, że należy im się nie wiadomo co, a w dodatku zapominają, że skrzywdzeni są prawie wszyscy. Nie przeszkadza im to sądzić, że ich sytuacja jest najważniejsza. Zdobywca natomiast uważa, że otoczenie ma go nosić na rękach, bo coś osiągnął więc on teraz jest najważniejszy. Alkoholik, który nie pił tydzień, myśli, że rodzina powinna go wozić w złotej karocy.

Znasz takich ludzi? Ja mnóstwo. Roszczeniowość buduje się stopniowo. Od małego. Dzieci muszą mieć zdrowe granice. Albo mają za dużo, albo za mało i wtedy wyrastają na roszczeniowych ludzi.

Suzan: Zawsze wiesz, kiedy ktoś chce od ciebie ssać energię?

Katarzyna: Nie zawsze, choć często to czuję i potrafię się wtedy wycofać, ale czasami, jak w przypadku tego kolegi ze spotkania, nie umiem tego przewidzieć.

  1. Psychologia

Słowa budują rzeczywistość. Jak mówić, żeby się dogadać?

Podstawowa różnica w typach komunikacji wiąże się z rodzajem relacji, jaką się w danym momencie buduje. (Fot. iStock)
Podstawowa różnica w typach komunikacji wiąże się z rodzajem relacji, jaką się w danym momencie buduje. (Fot. iStock)
Od czego zależą: skuteczność działań, nastrój i dobre relacje z otoczeniem? W ogromnej mierze od sposobu komunikacji. Jak zatem mówić, aby się dogadać? Ćwicz z nami.

Anna chciałaby zdążyć z zakończeniem projektu, nad którym pracuje z zespołem, do końca tygodnia, tak jak przewidziano to w planie. Nie może jednak „podgonić” swojej części pracy, dopóki dane nie zostaną wprowadzone do systemu. Krzysztof, który za to odpowiada, nie przemęcza się zbytnio, jej zdaniem, i równo o 16.00 odchodzi od biurka, nie mając zamiaru zostać ani pięciu minut dłużej w pracy. Anna od kilku dni „miele” w sobie problem, z zamiarem znalezienia najlepszego rozwiązania. Dziś jednak spotkała Krzysztofa w kuchni i gdy zobaczyła, jak niespiesznie popija kawę, cała jej wyniesiona ze szkoleń wiedza na temat rozwiązywania konfliktów uleciała gdzieś w kosmos. Wypaliła: „Kiedy wreszcie nauczysz się dotrzymywać terminów?!”.

Teraz losy konfliktu leżą wyłącznie w rękach Krzysztofa, bo Anna zdecydowanie nie jest w stanie w tym momencie podejść do problemu z empatią. A jaki wybór ma Krzysztof?

Z tarczą czy na tarczy?

Krzysztof może rozegrać sytuację w myśl zasady wygrany – przegrana. „Sama komplikujesz sprawy, ciągle coś dodając do tego, co było ustalone na początku i jeszcze się mnie czepiasz? Ciesz się, że w ogóle to wpisuję, a po nocach nie mam zamiaru siedzieć w pracy!”. Wówczas on wyjdzie z utarczki zwycięsko, a Anna zostanie pogrążona i może nauczy się na przyszłość, że nie warto z nim zaczynać. Krzysztof zareaguje wtedy według schematu: „ja jestem w porządku – to z tobą coś jest nie tak, więc moja racja powinna zwyciężyć”.

Ale jeśli w głębi duszy czuje się winny i uważa, że to właśnie z nim jest coś nie w porządku (zapominając, że Anna zwiększyła ilość materiału, który trzeba opracować, dosłownie w ostatniej chwili), to rozegra konflikt w duchu przegrany – wygrana i zareaguje według schematu: „ty jesteś w porządku, to ze mną jest coś nie tak, więc ty masz rację, a ja powinienem jakoś załagodzić sytuację”. Powie więc: „Ja się starałem zrobić to na czas, ale mam tyle pracy, że nie jestem w stanie dopilnować wszystkich terminów…”. Wtedy nauką, jaką z tej sytuacji Anna wyniesie na przyszłość, będzie przekonanie, że jeśli mocno tupnie, to Krzysztof się podporządkuje i zrobi (albo przynajmniej obieca, że zrobi) to, co ona chce.

Jednak żadne z tych rozwiązań ani nie pomoże się im zaprzyjaźnić, ani nie poprawi atmosfery w firmie. Taki sposób rozmawiania kreuje pozornych zwycięzców, bo atmosfera, jaka powstaje i relacja, jaką się w ten sposób buduje, są raczej mało satysfakcjonujące. W rezultacie każdy jest przegrany.

Wygrana – wygrana

Jeżeli Krzysztofowi uda się nie podchodzić do sprawy emocjonalnie, tylko zrozumie, że optymalnie byłoby znaleźć rozwiązanie dobre dla obu stron – wtedy będzie w stanie tę kiepsko zaczętą rozmowę przekierować na tory komunikacji empatycznej. Czyli swoją postawą stworzy obszar porozumienia, w którym ludzie szanują się nawzajem, współpracując przy rozwiązywaniu problemów, a także zaprosi tam Annę.

Wtedy ich rozmowa mogłaby wyglądać tak:

Krzysztof: Co masz dokładnie na myśli, mówiąc o moim „niedotrzymywaniu terminów”?

Anna: Doskonale wiesz.

Krzysztof: Denerwujesz się, bo myślisz, że nie zdążymy?

Anna: Jak tak dalej pójdzie, to nie zdążymy na pewno, w ostatniej chwili zawsze coś się wali...

Krzysztof: Po prostu chcesz mieć zapas czasu na nieprzewidziane komplikacje?

Anna: Tak.

Krzysztof: Dobra, rozumiem. Ja też chciałbym, żebyśmy skończyli projekt na czas i robię wszystko, żeby tak się stało. Właściwie to, czego potrzebujesz, będzie w systemie jutro około południa. Czy to ci pasuje?

Anna: No, raczej tak.

Krzysztof: Super. Widzisz, ja mam komfort, kiedy pracuję według swojego założonego planu. Jak robi się za duże ciśnienie, to wysiadam. Na razie wszystko idzie dobrze.

Anna: Przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłam, ale się nakręciłam, że nie zdążymy, że będzie afera...

Krzysztof: Chętnie przyjmę od ciebie przeprosinową kawę, jak się to wszystko skończy.

Anna: OK. Stawiam w przyszłym tygodniu.

Taki przebieg rozmowy jest możliwy, kiedy przynajmniej jedna ze stron nie postrzega drugiej osoby jako agresora, którego trzeba zniszczyć, zmusić do działania według własnego pomysłu albo mu się poddać. Dopóki jesteśmy w stanie zobaczyć, że druga osoba to ktoś, kto ma własne plany i potrzeby, to możemy zapanować nad tym, żeby komunikacja między nami nie przybrała opresyjnej formy. Najbardziej zaciemniają obraz sytuacji emocje. Sztuką jest trzymać je na wodzy.

Słowa na wojennej ścieżce

Podstawowa różnica w typach komunikacji wiąże się z rodzajem relacji, jaką się w danym momencie buduje. Relacje oparte na egoistycznym skupieniu na własnych interesach, dominacji służącej ochronie siebie kosztem innych, skutkują stosowaniem komunikacji opresyjnej – wymuszającej określone postawy i zachowania. Relacje skupione na wzajemnej trosce, współpracy i współdziałaniu wiążą się ze stosowaniem komunikacji empatycznej – otwartej na potrzeby wszystkich i szukającej rozwiązań służących każdemu z uczestników.

Życie jest jednak zbyt skomplikowane, by mogło toczyć się według jednego podręcznikowego schematu. Z komunikowaniem się, które jest jednym z przejawów życia, dzieje się podobnie. Większość z nas używa zarówno opresyjnych, jak i empatycznych sposobów porozumiewania się z otoczeniem. Jednak dzięki zwiększaniu swojej świadomości językowej – umiejętności obserwowania, w jaki sposób rozmawiamy z innymi i z sobą samym – możemy mieć wpływ na to, jakie relacje będziemy budować z otoczeniem.

Gdy w naszych myślach i ustach pojawiają się słowa oznaczające osądy i oceny, generalizowanie w stylu „bo ty zawsze…, bo ty nigdy…”, kiedy zamieniamy się w Pytię, wieszcząc przyszłe zdarzenia, by wpływać na innych, albo zaczynamy straszyć, żeby osiągnąć pożądany rezultat, to niech to będzie dla nas znak, że włączyliśmy w sobie (pewnie nieświadomie) opresyjny styl komunikowania się. Warto się wówczas zatrzymać. Za zachowaniami ludzkimi zobaczyć ludzi, a nie własne etykiety na ich temat i w ten sposób próbować „przełączyć się” na komunikowanie empatyczne – oparte na przekonaniu, że wszyscy jesteśmy ważni, wszyscy coś czujemy i czegoś pragniemy, nie wszyscy jednak jesteśmy w stanie mówić o tym bez „nakręcania się” emocjami.

Dzieje się tak wtedy, gdy skupiamy się na jednym słowie, zdaniu, powiedzeniu i w odniesieniu do tego budujemy całą teorię na temat tego, jaki ktoś jest i co z tego wynika. Kiedy tak próbujemy „zatrzymać życie w kadrze” i odnosić się do jego wąskiego wycinka, to zapominamy, że relacja jest czymś płynnym, zmienia się z minuty na minutę, a właściwie z sekundy na sekundę, a to, co ktoś powiedział w danym momencie, nie jest całą opowieścią o tym człowieku. Jeżeli ja będę tą osobą, która zamiast potyczki zaproponuje negocjacje czy mediacje, to zwiększę prawdopodobieństwo, że mój rozmówca zatrzyma się w swoim wojennym pędzie albo przestanie przede mną uciekać, bo zorientuje się, że „agresor” to etykieta, jaką mi nadał, a nie cała prawda o mnie.

  1. Seks

Jedyną drogą do spełnienia w seksie i w życiu jest uzdrowienie dawnych traum

Skutki dziecięcych traum mogą odbić się na całym naszym życiu, nie tylko seksualnym. Miejmy odwagę, żeby je odczytać i zatroszczyć się o siebie. (Fot. iStock)
Skutki dziecięcych traum mogą odbić się na całym naszym życiu, nie tylko seksualnym. Miejmy odwagę, żeby je odczytać i zatroszczyć się o siebie. (Fot. iStock)
Gdyby dało się prześwietlić sferę erotyki, gdzie tyle rzeczy jest w ukryciu i mroku, ujrzelibyśmy jasno wszystkie nasze problemy psychiczne, urazy, lęki... Jedyną drogą do spełnienia w seksie, ale też w życiu, jest uzdrowienie własnych dawnych dziecięcych traum – przekonuje terapeutka Olga Haller.

Właściwie dopiero niedawno uświadomiłem sobie, jak bezbronne są dzieci wobec dorosłych.
Dzieciństwo to przede wszystkim bezbronność, a więc zależność od dorosłych. Od nich uczymy się, jak traktować siebie, swoje ciało, płeć. Uczymy się bliskości i intymności w związkach od urodzenia! Dom rodzinny powinien być azylem, w którym dziecko dowiaduje się, jak chronić siebie i jak odważać się na samodzielność. Gdy w świecie spotyka je krzywda, przychodzi do rodziców po pomoc, a ich wsparcie pomaga mu uleczyć zranienie. To idealny obraz. Niestety zbyt często dziecko zostaje samo ze swoim przeżyciem. I coraz więcej wiemy o tym, że dzieci najczęściej są krzywdzone wewnątrz rodziny (uwiedzenie emocjonalne lub fizyczne przez matkę lub ojca; seksualne molestowanie – przez rodziców, dziadków, wujków, starsze rodzeństwo) lub w jej najbliższym otoczeniu. Narażone są szczególnie te dzieci, których rodzice nie potrafią uleczyć własnych zranień emocjonalnych. Bezradność i delikatność dziecka boleśnie im o nich przypominają. Jego zależność daje zaś toksyczne poczucie władzy – bezradni rodzice, sami zagubieni w rolach dorosłego życia, używają dziecka, by zagłuszyć swój ból.

Co za nędzna pociecha, że ci, którzy krzywdzą dzieci, na pewno zostali jakoś pokaleczeni w dzieciństwie.
Dlatego tak ważne jest świadome uleczenie dawnych dziecięcych zranień. Dzieciństwo to czas rozwiązywania naprawdę trudnych dylematów w drodze do dorosłej niezależności. Miłość rodziców jest niezbędna – dzieci potrzebują ich kochać i być przez nich kochane. By na tę miłość zasłużyć, wielu z nas wyrzeka się siebie, zaprzecza własnym uczuciom i potrzebom; a żeby móc rodziców kochać, idealizujemy ich obraz, przypisując winę sobie. Ten proces zakłóca rozwój, pogłębia zależność, a dziecko, choć coraz starsze, nie umie się obronić lub prosić o pomoc w sytuacji zagrożenia lub nadużycia.

W naszej kulturze, gdy ofiarą jest może już nie dziecko, lecz dorastająca dziewczyna, uważa się, że sama się o to prosiła.
O tak, zwiększa to lęk przed wołaniem o pomoc. A stereotyp na temat chłopców i mężczyzn? Im się to nie powinno w ogóle zdarzyć! Dziecko jako ofiara seksualnych nadużyć najczęściej zostaje samo i choć czuje, że stało się coś złego, nic nie mówi. Powoduje nim właśnie poczucie winy, ale także lojalność wobec sprawcy, jeśli to ktoś bliski.

Ufność wobec dorosłych jest podstawą bytu, więc dziecko musi ją utrzymać. Zależne i potrzebujące jest wtedy uwikłane w obezwładniający związek, tym bardziej toksyczny, im dłużej trwa. Dziecko nie ufa sobie, nie wie, czy to, co czuje, jest właściwe. Zwykle daje jakieś sygnały, że coś się dzieje: zmienia się jego zachowanie, usposobienie, tematyka zabaw, rysunki, zainteresowania, lecz często przekonuje się, że rodzice nie chcą tego usłyszeć i odczytać. Zostaje wstyd, poczucie winy i bezradność.

Wstyd chyba zawsze łączy się z obarczaniem siebie winą. To jedno z najbardziej dotkliwych i toksycznych uczuć. Iluż ludzi zabiło siebie lub innych ze wstydu!
To ciężar, który musimy wlec przez życie. Ile potrzeba energii psychicznej, żeby z tym żyć! Żeby to ukrywać, przed sobą i innymi. To ogromny psychiczny koszt – zapomnieć, znieczulić się, zabić dziecięcą wrażliwość, odciąć się od traumatycznego zdarzenia. Taka trauma z dzieciństwa może być skrywana przez wiele lat.

Podczas pracy z kobietami przekonałam się, że często bagatelizują one swoje seksualne problemy. Jeśli doświadczyły urazu nadużycia, naturalne jest, że chcą uniknąć bólu, wolą się nie konfrontować z przeszłością. Szukają przyczyn w bieżącym życiu. Próbują jakoś się dostosować. Znajdują stereotypy, które wyjaśniają ich problemy. Liczą, że to się jakoś samo zmieni: po trzydziestce, po dziecku albo kiedy ono dorośnie, kiedy będzie więcej czasu, mniej zmartwień albo znajdą kochanka… Liczą na partnera – obwiniają go, wymagają lub czekają, aż on coś zrobi, żeby było lepiej.

A on zwykle głupi i bezradny.
Nie, nie głupi! Bezradny, owszem. To nie w jego mocy jest wybawienie kobiety. To ona musi się odważyć. Znaleźć sprzymierzeńca. Najpierw ujawnić, by „dostać potwierdzenie” doznanej krzywdy, a potem wyrazić zadawnione uczucia, ból... To zawsze przynosi ulgę i daje szanse na zmianę w aktualnych relacjach. Skutki nieleczonych urazów zatruwają nasze życie. Nasze wysiłki unikania cierpienia, aczkolwiek zrozumiałe z dziecięcej perspektywy, w dorosłym życiu tracą swój przystosowawczy sens.

Czyli wstydliwe i bolesne zdarzenia z przeszłości są jak szczury w studni, rozkładają się i nas zatruwają, także erotykę, która jest wrażliwa na toksyny. Ale to czyszczenie studni po latach bardzo boli. Nie przypadkiem coś ukrywamy – robimy to, by nie bolało...
Zawsze boli, ale to się opłaca. Trzeba zrozumieć, że dziecko, które było molestowane, ukryło swoje doświadczenie, gdyż nie mogło z tym nic innego zrobić. Nie jest winne zaniechania. Wtedy to była jedyna metoda, by przetrwać. Teraz, gdy jesteśmy już dorośli, czas, by się z tym zmierzyć. Możemy znaleźć wsparcie, którego wtedy zabrakło. Zdobyć wiedzę, która pozwoli nam zrozumieć, co się stało. Skutki nadużyć seksualnych z dzieciństwa mogą odbić się na całym naszym życiu, nie tylko seksualnym. Lękowość, skłonność do depresji, zachowania autodestrukcyjne, toksyczne związki, alkohol, narkotyki to przejawy dawnych, zapomnianych krzywd. Ale też niezadowalający seks – brak orgazmu, bolesność lub całkowita niemożność współżycia. I częste zmiany partnerów, seks bez zahamowań albo odwrotnie – wycofanie z aktywności seksualnej. Może też się zdarzyć nagły wybuch nerwicy lękowej, kiedy jakieś wydarzenie w życiu uaktywnia wyparte lub stłumione treści. Bywa, że gwałtownie reaguje ciało – ból lub skurcz mięśni uniemożliwia współżycie mimo świadomego przyzwolenia. To są ważne sygnały. Miejmy odwagę, żeby je odczytać i zatroszczyć się o siebie.

Kobiety często bagatelizują swoje seksualne problemy. Jeśli doświadczyły urazu nadużycia, jego przyczyn szukają w bieżącym życiu. Liczą, że to się jakoś samo zmieni: po trzydziestce, po dziecku, kiedy będzie więcej czasu, mniej zmartwień albo kiedy znajdą kochanka… Liczą na partnera, czekają, aż on coś zrobi. Ale to nie w jego mocy jest wybawienie kobiety.

Czy zwierzać się swojemu partnerowi? Dla niejednego mężczyzny nagła wiadomość, że jego kobieta miała takie doświadczenia, jest czymś niewymownie upokarzającym i bolesnym, cierpi męska duma... Ona została zhańbiona! Rozumiem kobiety. Nie chcą ujawniać takich zdarzeń, by go oszczędzić, ale też z lęku, że w jego oczach coś stracą.
Ostrożność kobiet jest zasadna. Nierozważnie jest wnosić w nową relację jeszcze nierozeznany problem z przeszłości. Narażać się na reakcje partnera, który ma prawo nie wiedzieć, jak się zachować. Lepiej znaleźć pomoc terapeutyczną. Na terapii zacząć oczyszczanie studni i odkryć, że źródło zawsze było i jest czyste, cokolwiek się zdarzyło. Sens pracy leży w odbudowaniu szacunku do siebie i w wyznaczeniu granic w aktualnych relacjach. Zrzucenie ciężaru winy umożliwia zwolnienie z przymusu utrzymania tajemnicy. Możemy świadomie decydować, komu i kiedy o tym mówić.

Czy zwierzać się swojemu partnerowi? Dla niejednego mężczyzny nagła wiadomość, że jego kobieta miała takie doświadczenia, jest czymś niewymownie upokarzającym i bolesnym, cierpi męska duma... Ona została zhańbiona! Rozumiem kobiety. Nie chcą ujawniać takich zdarzeń, by go oszczędzić, ale też z lęku, że w jego oczach coś stracą.
Ostrożność kobiet jest zasadna. Nierozważnie jest wnosić w nową relację jeszcze nierozeznany problem z przeszłości. Narażać się na reakcje partnera, który ma prawo nie wiedzieć, jak się zachować. Lepiej znaleźć pomoc terapeutyczną. Na terapii zacząć oczyszczanie studni i odkryć, że źródło zawsze było i jest czyste, cokolwiek się zdarzyło. Sens pracy leży w odbudowaniu szacunku do siebie i w wyznaczeniu granic w aktualnych relacjach. Zrzucenie ciężaru winy umożliwia zwolnienie z przymusu utrzymania tajemnicy. Możemy świadomie decydować, komu i kiedy o tym mówić.

Przypomina mi się sprawa molestowania kobiet przez prezydenta Olsztyna – szokujące, że broniły go właśnie kobiety. To są te „najemnice patriarchatu” – przerażająco ich dużo...
Uwierzyłyśmy kiedyś, że jesteśmy mniej ważne, że mamy być uległe, czuć wstyd, niewiarę i winę. W sytuacjach społecznych mechanizm jest ten sam jak na planie indywidualnym między sprawcą a ofiarą. Kobiety, ofiary patriarchatu, bronią mężczyzny, pana i władcy tego porządku. Są w stanie poświęcić jedną ze swoich, żeby zachować jego względy i potwierdzić sens swojego wielowiekowego wyrzeczenia, ofiary. „Patriarchalna kobieta” jest w jakimś stopniu w każdej z nas i nie pozwala na stworzenie wspólnoty dla poparcia i obrony krzywdzonej siostry. Nie bójmy się rozpoznawać jej w sobie, jeśli chcemy ten porządek zmieniać.