1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Joie de vivre, czyli francuska radość życia. Na czym polega?

Joie de vivre, czyli francuska radość życia. Na czym polega?

Francuska radość życia ma wiele wspólnego z umiejętnością dostrzegania małych przyjemności: dobrego jedzenia, miłej rozmowy, czyjejś uprzejmości. (Fot. iStock)
Francuska radość życia ma wiele wspólnego z umiejętnością dostrzegania małych przyjemności: dobrego jedzenia, miłej rozmowy, czyjejś uprzejmości. (Fot. iStock)
Joie de vivre – francuska radość życia nie jest wprawdzie kwintesencją szczęścia, ale ma wiele wspólnego z umiejętnością dostrzegania małych przyjemności: dobrego jedzenia, miłej rozmowy, czyjejś uprzejmości... W końcu to one dodają smaku naszym dniom i nocom. I wcale nie wymagają nakładów kosztów ani czasu.

Można boki zrywać z tego, że na komputer mówi się tu ordinateur, a podczas gdy na całym świecie panuje lockdown – rząd w Paryżu ogłasza le confinement, ale tzw. francuska polityka kulturalna, realizowana konsekwentnie od końca lat 50. XX wieku przyniosła efekty. Francuzi są dumni ze swojej francuskości. Oglądają francuskie filmy, czytają francuskich autorów i mówią (prawie wyłącznie) po francusku.  Dla kultury rynek wewnętrzny to podstawa, to on może stać się trampoliną do międzynarodowych sukcesów. Jak w przypadku Brigitte Bardot, nazywanej towarem eksportowym równie ważnym jak samochody Renault. Schedę po niej (choć dziś nikt nie ośmieliłby się na równie merkantylne określenia) częściowo przejęła 40-letnia dziś wokalistka Isabelle Geffroy, znana jako ZAZ. Piosenka „Je veux” (Chcę), w której zamiast drogiej biżuterii, apartamentu w Ritzu i limuzyny („co miałabym z tym zrobić?”) wybiera miłość, dobry humor  i serce na dłoni – jest najlepszą promocją francuskiej radości życia. A co się na nią składa?

Po pierwsze: sztuka konwersacji

Kiedy na pierwszych lekcjach francuskiego uczniowie powtarzają dialogi z użyciem „ça va”, jeszcze nie wiedzą, że dotykają nieskończoności. To coś więcej niż amerykański dialog „how are you?” – „fine” w jednym, bo w zależności od kontekstu „ça va” może być faktycznie pytaniem „co słychać?” i odpowiedzią na nie, ale i hasłem dla sprzedawcy, że nałożył już dość jabłek, albo dla przyjaciela, że pasuje ci jego propozycja. Odpowiedź „ça va pas”, czyli mniej więcej „nie w porządku” wprowadza z kolei napięcie i zdarza się raczej tylko w szczególnych okolicznościach lub zażyłych relacjach. „Ça va” jest alfą i omegą francuskiej konwersacji, zaproszeniem do dialogu.

Paweł Kunachowicz, licencjonowany przewodnik wysokogórski, mieszka w Chamonix. W dolinę przyjeżdża od lat, ale dopiero od kiedy sprowadził się tu z rodziną, tak naprawdę poznaje lokalne zwyczaje. Na przykład taki, żeby rano koniecznie zarezerwować trochę czasu na rytuał „ça va” z którymś z sąsiadów, czasem z kubkiem albo miseczką (bol, wielkości tej używanej u nas np. do płatków) café au lait, w ręku. Kiedyś wychodził z domu na ostatnią chwilę, teraz świadomie dołożył kilka minut do porannego grafiku, żeby – zamiast przebierać nogami – pozwolić sobie na pełną uśmiechów i wymiany „co słychać?”, „co dziś robisz?” rozmowę z przyjaźnie nastawionym lokalsem. I bardzo docenia ten powolny początek dnia. Zwłaszcza że zajmuje mu tylko kilka minut (we Francji nikt nie ma czasu ani ochoty, żeby przed ósmą rano wdawać się w długie konwersacje), a buduje miłą atmosferę.

Po drugie: elegancja

Pokazy haute couture, drogie marki kosmetyczne czy terminy ze świata mody, które przeniknęły do słownika powszechnego, jak choćby szanelka – owszem, to wszystko kojarzy się z Paryżem i prestiżową aleją Champs Élysées, ale elegancja obejmuje także sposób wyrażania się. Podczas gdy naszą codzienność, nie tylko korporacyjną, zdominowało amerykańskie mówienie na „ty”, Francuzi trzymają się swojej formy grzecznościowej „vous”. I nie ma to nic wspólnego z dalekowschodnią honoryfikatywnością czy polskim „wy” z minionej epoki, choć gramatycznie jest to właśnie druga osoba liczby mnogiej . „Vous” stwarza całą gamę możliwości, stopień bliskości relacji określa to, co mu towarzyszy: imię, nazwisko czy formalne Madame, Mademoiselle, Monsieur. Dziś nie mam już tendencji do bratania się z każdym, ale jako dwudziestoparolatka byłam szczerze zdumiona, słysząc tę formę od osób z mojego pokolenia, z którymi dzieliła mnie niewielka różnica wieku.

Elegancja oznacza także uprzejmość. Nie bez powodu Francuzi mają całą masę zwrotów grzecznościowych używanych w korespondencji. Te oczywiście wraz z upowszechnieniem się e-maili częściowo zniknęły, ale nadal dzielą je lata świetlne od naszych sztandarowych „pozdrawiam” czy „łączę pozdrowienia”. Do najbardziej spektakularnych, choć, przyznaję, niewidzianych od lat, należą zakończenia oficjalnych listów, w których można znaleźć m.in. wyrazy nadziei, że lektura listu była przyjemnością; deklarację pełnej dyspozycyjności, gdyby adresat miał jakiekolwiek pytania, czy wyrazy największego szacunku. I cóż z tego, że formuły grzecznościowe mogą prawie przykryć zasadniczą treść listu? Tak jak to poranne „ça va” chroniły przed popadnięciem w kult efektywności.

Uprzejmość ujawnia się także w takich kontekstach, jak plansze informujące np. o robotach drogowych, gdzie poza opisem prac i planowaną datą ich zakończenia można znaleźć formułkę przepraszającą za utrudnienia i wyjaśnienie, że to wszystko dla większego komfortu podróżujących. We Francji nie trafiłam nigdy na komunikat, w którym odpowiedzialnością za konieczność naprawy obciąża się użytkowników, a ogłoszenie podobnej treści wisiało kiedyś przez kilka dni przy nieczynnych schodach na warszawskiej stacji metra. Pamiętam też, jak zaskoczyło mnie „dziękuję” wypowiedziane przez kobietę, która wsparła jakiegoś proszącego o pieniądze pana, gdy to on jej podziękował. Nie wiem, czy był to z jej strony jakiś głębszy gest, czy automatyczna reakcja, ale na pewno znak, że dostrzegła człowieka, a nie intruza.

Po trzecie: sztuka jedzenia

Celebracja jedzenia to oczywiście nie tylko francuska specjalność. Wielką wagę do biesiadowania przykładają choćby Włosi, Grecy czy Marokańczycy. Jednak to Francuzi wynieśli gastronomię na poziom sztuki, to o gwiazdkach Michelin marzą najlepsi szefowie kuchni. Zwani chefs, stoją na czele całej armii pracowników na także z francuska nazywanych, trudno przekładalnych na inne języki stanowiskach, jak sous chef (zastępca) czy marmiton (pomocnik).  W przeciwieństwie do niektórych krajów z basenu Morza Śródziemnego Francuzi mają również dostęp do oceanu, co zapewniło im kiedyś duże kolonie (a dziś nadal kilka terytoriów zależnych) – z korzyścią dla gospodarki i kultury, także gastronomicznej. Dzięki temu kuchnia znad Sekwany od dawna korzysta nie tylko z lokalnych składników, choć oparte na nich potrawy regionalne trzymają się bardzo dobrze.

Za przykład (choć nie do naśladowania) francuskiego przywiązania do wystawnych uczt może posłużyć XVII-wieczny majordomus François Vatel, który miał popełnić samobójstwo zrozpaczony brakiem ryb zamówionych na przyjęcie  z udziałem króla. Ryby ostatecznie dotarły z opóźnieniem, a cała ta historia została sfilmowana przez Rolanda Joffé (tego od „Misji” i „Pól śmierci”), a Vatela zagrał Gérard Depardieu. Dziś wyrafinowana kuchnia francuska jest lżejsza, to efekt burzliwych lat 60., które przyniosły kinematografii „nową falę”, a gastronomii tzw. nową kuchnię.

Podnoszenie jedzenia do rangi artyzmu nadal obowiązuje i wykracza daleko poza luksusowe restauracje i renomowanych kucharzy. Francuzi z takim samym smakiem potrafią zajadać się przegrzebkami na zupie kremie z selera, jak jednogarnkowym ratatouille, zagryzanym świeżą bagietką, którą można wytrzeć talerz do czysta. Zresztą bagietki czy w ogóle pieczywo to inny ważny temat. Najlepiej kupować je w piekarni, czyli à la boulangerie. W niedzielne poranki przed tymi najlepszymi ustawiają się kolejki. Po kilku godzinach sklepik się zamyka.

Bagietki są też niezbędne podczas ulubionej formy spędzania wolnego czasu, czyli pikników. Nic dziwnego, że aby wstrząsnąć francuskimi widzami twórcy filmu „Na zawsze razem”, odnoszącego się do ataków terrorystycznych w Paryżu, wybrali na miejsce strzelaniny położony we wschodniej części stolicy Lasek Vincennes, polecany jako jedno z najlepszych miejsc do piknikowania. Poza parkami w Paryżu piknikuje się także nad Sekwaną, np. w pobliżu najstarszego w mieście mostu – Pont Neuf. Oczywiście jedzenie podlega tu takim samym zasadom jak w każdym innym miejscu, wprawdzie nikt nie gotuje (ani nie dręczy innych zapachem karkówki z grilla), ale także nie ma mowy, żeby posiłek oganiczył się do czipsów i napojów gazowanych. Są za to pasztety (w zależności od konsystencji noszą różne nazwy), sery i wino. I to ostatnie zwykle pite nie w przypadkowych naczyniach, a w kieliszkach. Problem zastawy rozwiązują specjalne kosze piknikowe.

Dla małych Francuzów kulinarną świętością jest le goûter, czyli podwieczorek. Regulaminowo powinien odbywać się od 16., ale to zależy, o której kończą się lekcje. Zaraz potem dzieciaki wpadają do koleżanek i kolegów z sąsiedztwa na garść łakoci.

Po czwarte: pochwała dojrzałości

„Jesz kolację ze znajomymi z liceum – grupą ludzi, których uwielbiasz, ale z którymi widujesz się zaledwie raz na dwa lata, bo tyle czasu zajmuje wszystkim zgranie terminów. Wspaniale się czujesz wśród uśmiechniętych znajomych twarzy, troskliwych spojrzeń i zabawnych anegdot. Niespodziewanie, gdy z pewnego dystansu przyglądasz się zebranym, zachwyca cię piękno obecnych tu kobiet. Wszystkie niejeden raz zmagały się z życiem, wszystkie odniosły niejeden sukces. Los wystawiał je na rozmaite ciężkie próby. Coś je łączy: każda bez wyjątku pracuje nad utrzymaniem pewnej wizji własnego ciała, własnej atrakcyjności... wizerunku siebie, który lubi. Natomiast faceci... To zupełnie inna bajka” – piszą w książce „Druga młodość. Cóż z tego, że druga?” Caroline de Maigret, modelka i ambasadorka Chanel, i producentka filmowa Sophie Mas. To cudowny manifest dojrzałej kobiecości.

Francuzki – jak ironicznie twierdzą autorki – od wczesnych lat podstawówki żyją z jarzmem renesansowego wiersza z podręcznika, w którym odrzucony kochanek straszy młodą kobietę, że wkrótce jej czar przeminie i wtedy będzie żałować swojej powściągliwości. Paradoksalnie, to przeznaczenie nie staje się jednak fatum, a przynosi uwolnienie od obsesji wiecznego odmładzania się. Francuzki nie chcą zatrzymać czasu, a jedynie wygląć o 10 lat młodziej niż wskazywałaby metryka. Nie ukrywają wieku, a niektóre nawet dodają sobie lat tylko po to, by usłyszeć „Naprawdę?! Niemożliwe!”.

Dbanie o wizerunek, jaki dla nich samych jest atrakcyjny, przynosi efekty – we Francji dojrzałe kobiety są sexy. „Francuski przemysł filmowy kocha kobiety w średnim wieku. Francuscy widzowie też nas uwielbiają. Do diabła z kultem młodości i dyskryminacją ze względu na wiek!” – mówiła Kristin Scott Thomas w wywiadzie dla SENSu, wyjaśniając, dlaczego zamiast kariery w Hollywood – wybrała Francję.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Inès de la Fressange: "Nie jestem buntowniczką, jestem Francuzką"

Inès de la Fressange (Fot.Getty Images)
Inès de la Fressange (Fot.Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Znaki rozpoznawcze? Połączenie luzu i elegancji, szeroki uśmiech, własna opinia. Nie chowa urazy i nigdy się nie poddaje. Modelka i projektantka Inès de la Fressange to ucieleśnienie paryskiego stylu i hartu ducha.

Zaczęła pani karierę modelki w wieku 17 lat, zaraz po maturze. Traktowała to pani jak przygodę czy zawód?
Na pewno nie jak misję, jaką jest choćby zawód lekarza. Nigdy nie planowałam, że będę modelką, po prostu mi to zaproponowano. Nie spodziewałam się też, że będę nią tak długo. Modeling pozwolił mi ostatecznie stać się tym, kim jestem dzisiaj – stylistką i projektantką.

Bliscy nie byli przeciwni pani karierze? Pani rodzina wywodzi się z bardzo starej arystokracji. Takie rody często cechują sztywne kody zachowań.
Moja rodzina zawsze wyłamywała się ze stereotypu sztywnych arystokratów! Wszyscy moi bliscy byli pełni fantazji, nietuzinkowi i kreatywni, całym sercem oddani kulturze i sztuce. Nie mieli żadnych uprzedzeń w stosunku do innych i zawsze dawali mi odczuć, że ufają moim wyborom. Jestem im za to bardzo wdzięczna, bo często obserwuję, jak z lęku o przyszłość swoich dzieci rodzice wprowadzają pełen nakazów i zakazów rygor, co nigdy daje dobrych rezultatów.

W latach 90. była pani najbardziej znaną francuską modelką na świecie, muzą głównego projektanta Chanel – Karla Lagerfelda. Kontrakt na wyłączność (pierwszy taki w historii) skończył się jednak w chwili, gdy zgodziła się pani pozować do nowego popiersia Marianny, symbolu francuskiej Republiki.
Praca dla Chanel była dla mnie wielkim szczęściem i radością, ale kiedy merowie całej Francji wybrali mnie jako tę, która ma odzwierciedlać współczesną wizję Marianny, symbolu wszystkich francuskich wartości, nie mogłam i nie chciałam odmówić. Bardzo zdziwiło mnie, że ten pomysł spotkał się z tak zdecydowaną dezaprobatą Karla, ale ponieważ nasze stosunki były od jakiegoś czasu napięte, wybrałam wolność. W końcu hasło „Wolność, równość, braterstwo” nadal jest dewizą naszego kraju.

Inès de la Fressange jako panna młoda z Karlem Lagerfeldem na pokazie Chanel na sezon jesień/zima w 1988 roku. (Fot. Getty Images) Inès de la Fressange jako panna młoda z Karlem Lagerfeldem na pokazie Chanel na sezon jesień/zima w 1988 roku. (Fot. Getty Images)

Nie opuściła pani jednak świata mody – obecnie znów stoi pani na czele własnej marki – Inès de la Fressange Paris. Jej butik przez wiele lat znajdował się na Avenue Montaigne, najelegantszej ulicy w Paryżu. Dokładnie tam, gdzie mieszkał pani dziadek.
Mój butik mieści się obecnie w Dzielnicy Łacińskiej. I ogromną przyjemność sprawia mi, kiedy widzę w nim babcię w towarzystwie wnuczki, wspólnie robiące zakupy. Stawiam raczej na sportowy szyk. Jestem przeciwna przeładowanym szafom, pełnym różnych ubrań, wzorów i dodatków. Lepiej posiadać ich niewiele, ale za to takich, które można ze sobą łączyć i zestawiać w wielu wariantach. Przesadny konsumpcjonizm nie jest dzisiaj na czasie, podobnie jak ostentacyjna elegancja. Staram się projektować ubrania, których zawsze sama poszukiwałam w sklepach i które mogłabym codziennie nosić.

Świat biznesu nie okazał się dla pani zbyt łaskawy: w wyniku konfliktu ze współudziałowcami została pani zwolniona i dopiero po 14 latach procesów odzyskała prawo do własnej marki. W tym czasie była pani dyrektorką artystyczną marki Roger Vivier, projektowała, pisała książki. Nie poddała się pani. Dzisiaj nazywa się to rezyliencją...
Ludzie biznesu potrafią być pełni agresji, nieżyczliwi i pozbawieni zdrowego rozsądku, ale uważam, że istnieje coś w rodzaju sprawiedliwości, która sprawia, że zostają za to ostatecznie ukarani. Od kilku lat pracuję z Diegiem Della Valle z Roger Vivier. To ktoś wyjątkowy – bardzo dba o swoich pracowników, nie traci kontaktu z rzeczywistością i rozumie, że najważniejszy jest dobry produkt. Dzięki temu moja marka rozwija się wręcz wspaniale. Wracając do moich dawnych problemów – już o nich nie myślę. Nie chcę żyć z urazą ani życzyć komuś źle. To klucz do szczęścia!

W życiu prywatnym też przeżyła pani trudne chwile, mam na myśli nagłą śmierć pani męża, włoskiego historyka sztuki Luigiego d’Urso, ojca pani córek Nine i Violette. Jak po tym wszystkim udało się pani odnaleźć radość życia?
Każdy z nas miewa w życiu problemy, a czasami nawet dramaty i tragedie. Moje córki i ja musiałyśmy znaleźć w sobie wiele odwagi, aby zmierzyć się ze stratą Luigiego, ale sądzę, że ostatecznie to doświadczenie wykształciło w nich wielkie pokłady współczucia i wielkoduszności. Myślę, że należy trzymać się listy tego, co w naszym życiu pozytywne, zamiast w kółko odtwarzać sobie w głowie, co się nie udało, albo bać się tego, co nastąpi.

Inès z Karlem Lagerfeldem oraz córkami Nine i Violette podczas Paris Fashion Week – Haute Couture jesień/zima 2014–2015. (Fot. Getty Images) Inès z Karlem Lagerfeldem oraz córkami Nine i Violette podczas Paris Fashion Week – Haute Couture jesień/zima 2014–2015. (Fot. Getty Images)

Jakie wartości stara się pani przekazać córkom?
To moje córki przekazują mi swoje wartości! Ich pokolenie jest zdumiewające – bardzo feministyczne, otwarte na świat, zainteresowane ekologią, wielkoduszne i życzliwe w stosunku do starszych. Kiedy dziewczynki były małe, często powtarzałam im, żeby nie czyniły drugim tego, czego same nie chciałyby doświadczyć. Mówiłam, że większość ludzi na Ziemi nie żyje w takim komforcie jak one i że nie pomoże bycie piękną i elegancką, jeśli nie posiada się szerokiego uśmiechu. Myślę, że doskonale to zrozumiały.

Pani wielkoduszność przejawia się na przykład w tym, że działa pani w wielu stowarzyszeniach...
Bardzo bliskie są mi problemy dotykające dzieci – czy to we Francji, czy w Afryce. Staram się też wspierać walkę z rakiem, chorobą Alzheimera i pomagać stowarzyszeniom stojącym na straży praw człowieka, jak Amnesty International. Nie wolno być obojętnym na świat.

Ma pani w sobie chyba coś z kameleona – szybko odnajduje się w nowych sytuacjach i dziedzinach.
Kameleon zmienia kolor w zależności od miejsca i sytuacji, w jakiej się znajduje, ja wolę zachować określone poglądy. Ale to prawda, lubię interesować się różnymi dziedzinami i pracować z nowymi ludźmi. Myślę, że zdolność adaptacji nie wyklucza tego, że pozostaje się sobą.

W jednym z wywiadów powiedziała pani, że najlepszym sposobem, żeby osiągnąć sukces, jest „nie bać się nie podobać innym”. Miała pani na myśli siebie samą? Był czas, kiedy określano panią słowami „modelka, która mówi”. Czuje się pani buntowniczką?
Nie, absolutnie nie jestem buntowniczką, jestem po prostu Francuzką! Zawsze robię, co mogę i jak mogę. Jako modelka chodziłam zygzakiem, szeroko się uśmiechałam i zawsze mówiłam to, co myślę. Nie świadczyło to o mojej rewolucyjności, ale dzięki temu wydawałam się bardziej autentyczna i szczera. Udało mi się, ale wszystko równie dobrze mogło się skończyć katastrofą!

Ale się nie skończyło! W wieku 63 lat jest pani kobietą biznesu i ikoną mody. Jaką radę dałaby pani dojrzałym kobietom?
Nie poddawajcie się nostalgii, nie myślcie, że przedtem było lepiej, interesujcie się młodymi ludźmi i nowymi rzeczami. Oddajcie połowę swojej garderoby, wyrzućcie stare dokumenty i gazety, wysprzątajcie dom i patrząc na wasze aktualne zdjęcia, pomyślcie, że za dziesięć lat wydacie się sobie na nich po prostu fantastyczne! Oczywiście, nie jest przyjemnością kontemplować swoje zmarszczki czy siwe włosy, ale na szczęście mam moje dwie absolutnie cudowne córki, przy których bardzo często się uśmiecham. Moje zmarszczki wtedy trochę znikają...

Za granicą, a także w kraju jest pani ambasadorką paryskiej elegancji, napisała pani bestsellerowy poradnik „Paryski szyk”. Skąd u pani ta pasja do Paryża i paryżanek?
Książka była rzeczywiście wielkim sukcesem, również w Polsce. Wciąż otrzymuję znad Wisły lajki na Instagramie, to bardzo miłe. A Paryż? Cóż, to bardzo zróżnicowane miasto, każda dzielnica żyje swoim własnym życiem. Mieszkali tu chociażby Francis Scott Fitzgerald, Maria Curie czy Ernest Hemingway, wszyscy oni wzbogacili to miasto, czyniąc je jeszcze bogatszym i ciekawszym. Jako dziecko mieszkałam na wsi i zawsze, kiedy przyjeżdżałam do Paryża, moją wielką radością była podróż metrem. A zresztą, kto nie lubi Paryża?

Latami paryski szyk był kwintesencją najlepszego stylu. Pojawiają się głosy, że to już minęło, a serce mody bije dziś raczej w Nowym Jorku, Londynie czy Mediolanie.
Jeśli zapytam panią, jakie są najsłynniejsze marki mody na świecie, myślę, że nasuną się pani na myśl firmy francuskie... Paryski styl od zawsze wzbudza zachwyt, podobnie jak paryska kreatywność. Sztuka i moda mają jednak kosmopolityczny charakter – wielu stylistów we Francji jest obcokrajowcami. Podobnie elegancja istnieje wszędzie – najpiękniejsze kobiety, ubrane w sari, widziałam w indyjskim Radżastanie. Muszę też przyznać, że bardzo lubię pewną japońską markę...

Prawdziwa paryżanka pochodzi z prowincji – to też pani słowa…
To często prawda, ale bycie paryżanką to tak naprawdę kwestia mentalności i estetycznych wyborów – prawdziwe paryżanki mogą mieszkać równie dobrze w Krakowie!

Z jednej strony żyje pani w paryskim szalonym tempie, z drugiej kocha południe Europy i dolce far niente. Czy to nie paradoks?
Moje tempo nie jest wcale szalone, powiedzmy raczej, że dużo pracuję. Z wiekiem nauczyłam się już nie stresować. Aby móc efektywnie działać, należy stworzyć sobie niszę spokoju. Ja sama od czasu do czasu potrzebuję się rozluźnić i poleniuchować bez poczucia winy – to zapewne pozostałość dzieciństwa spędzonego poza miastem. Ale można też żyć w Paryżu czy innym wielkim mieście i nie miotać się bez przerwy. Trzeba tylko określić swoje priorytety, nauczyć się mówić „nie” i czasami po prostu zostać w domu.

Paryskie życie jest często krytykowane za snobizm, sztuczność, hipokryzję i obojętność. Pani sama jest krańcowo inna – spontaniczna i żywiołowa. Paryż pani nie zmienił?
Głupcy, imbecyle, okrutnicy i ludzie nieżyczliwi istnieją na całym świecie, we wszystkich środowiskach zawodowych. Często mówię sobie, że muszą być naprawdę nieszczęśliwi, żeby przejawiać tyle agresji i małostkowości. Mnie zdrowe podejście do życia zaszczepiła niania, która była dla mnie jak druga matka. Była Polką i nazywała się Wiktoria Hacieja, ja mówiłam na nią Toja, inni – Wisia. Pochodziła z bardzo biednej rodziny, w dzieciństwie musiała chodzić boso do szkoły i często nie miała prawie nic do jedzenia. Powtarzała mi, że wiele ludzi ma dużo mniej szczęścia od nas, że należy im pomagać oraz cieszyć się z małych rzeczy. Piekłyśmy więc ziemniaki w ognisku, robiłyśmy girlandy z papieru albo laleczki z płatków maków i masowo produkowałyśmy strucle. Zawsze przy tym dużo się śmiałyśmy. Wiktoria nauczyła mnie kochać kwiaty i naturę. Mimo że przeczytała w życiu niewiele książek, wiedziała o nim więcej niż większość ludzi, których znam. Przez całe moje dzieciństwo opowiadała mi o swojej siostrzenicy, która została w Polsce i którą w końcu poznałam, kiedy miałam 20 lat. Część mojego serca jest polska – być może to właśnie pomaga mi cieszyć się każdym dniem.

Rozmawiamy w czasie pandemii koronawirusa. Jak znaleźć w tej sytuacji przestrzeń na szczęście?
Rzeczywiście, nie jest to proste – i nie myślę jedynie o chorych. Wielu ludzi znajduje się czy za chwilę znajdzie w ciężkiej sytuacji ekonomicznej, inni czują się samotni, odizolowani od innych i pełni obaw o przyszłość. Dlatego tym bardziej nie należy sobie zatruwać życia niepotrzebnymi kłótniami, egoizmem czy rasistowskimi postawami. Życie jest zbyt krótkie, żeby je marnować na głupoty! 

Inès de la Fressange urodziła się w 1957 roku w Gassin jako córka Andrégo de Seignard, markiza de La Fressange, maklera giełdowego, oraz Cecilii Sánchez Cirez, argentyńskiej modelki. Razem z dwójką braci wychowywała się w XVIII-wiecznym młynie pod Paryżem. Obecnie mieszka w Paryżu z drugim mężem Denisem Oliviennesem. Ma na swoim koncie kilka poradników stylu. Najnowszy to – napisany wspólnie z Sophie Gachet – „Paryski szyk jeszcze raz. Podręcznik stylu”, Dom Wydawniczy Rebis.

  1. Psychologia

Wolniej znaczy lepiej

Slow life daje spokój. Przestajesz się bać, że życie upływa, bo żyjesz ze świadomością, że na każdym etapie może być fajne. (Fot. iStock)
Slow life daje spokój. Przestajesz się bać, że życie upływa, bo żyjesz ze świadomością, że na każdym etapie może być fajne. (Fot. iStock)
Jeździmy coraz szybszymi samochodami, korzystamy z coraz szybszych komunikatorów i ekspresowych usług. Wszystko po to, żeby zaoszczędzić czas. A mamy go coraz mniej. To jeden z największych paradoksów współczesności. Skoro życie w tempie fast się nie sprawdziło, może pora przestawić się na slow?

Artykuł archiwalny. 

Twój dzień na ogół wygląda tak: zanim wyjdziesz z domu, gotujesz zupę, robisz śniadanie, pakujesz do tornistra dziecka kanapki, zbierasz myśli przed ważnym zebraniem. W pracy młyn. W drodze powrotnej zakupy, zebranie w szkole, lekarz, jakiś urząd. A potem jeszcze szybciej – obiad, sprzątanie, odrabianie z dziećmi lekcji. Co chwila dzwoni telefon, ktoś prosi cię o przysługę, z kimś ty musisz porozmawiać, odbierasz mejle, zerkasz w telewizor. Masz poczucie totalnego braku czasu. Mimo że wyręcza cię pralka, zmywarka, robot kuchenny. Mimo że płacisz rachunki przez Internet, a wiele usług możesz mieć na telefon. A pomyśleć, jak żyli nasi dziadkowie. Jeździli bryczkami, pisali papierowe listy, nie używali tych wszystkich dostępnych nam sprzętów, telefonów komórkowych i komputerów. I mieli na wszystko czas. Jak to możliwe?

Więcej i szybciej

Profesor antropologii kulturowej UAM Waldemar Kuligowski zauważa, że żyjemy dzisiaj w czasach rozproszonej uwagi. Jego studenci słuchają wykładu, jednocześnie odbierając i wysyłając SMS-y, najkrótsze jak się da: „jadę”, „już”, „pozdr.”. Większość z nas żyje w stanie nieustannej gotowości, ale do przekazania mamy niewiele.

– Dzisiaj sama technologia stała się przekazem – uważa profesor Kuligowski. – Ona nas uwodzi, zniewala, zaczarowuje, a w istocie jest komunikatorem banału, zbędności. Przez to, że jesteśmy stale dostępni, znika wydzielony, osobny, świąteczny czas wolny.

Według profesora innym znakiem naszych czasów jest niecierpliwość. Wpadamy w furię, gdy siedząc przed komputerem, czekamy na otwarcie się kolejnej strony. A ile to trwa? Parę mrugnięć okiem. Takie nagłe zatrzymanie w pędzie, który uznajemy za normalny rytm, odbieramy jako defekt systemu. Nie chcemy na nic czekać, czytać długich tekstów. Żądamy natychmiastowości: w polityce, biznesie, miłości, nawet skandowaliśmy: „santo subito”, domagając się natychmiastowej beatyfikacji Jana Pawła II.

– Kłopot polega na tym, że niecierpliwość nieuchronnie pociąga za sobą powierzchowność, i to we wszystkich wymiarach życia – uważa profesor.

Marzena Chełminiak, dziennikarka radiowa, zauważa jeszcze jedną cechę współczesnego życia: nadmiarowość.

– Jak wchodziłam kiedyś do księgarni, to właściwie każda książka była warta kupienia i przeczytania. Teraz trzeba dokładnie wiedzieć, czego się szuka, bo mogą nas skusić atrakcyjnie wydane gnioty. Nadmiar przytłacza nas we wszystkich dziedzinach życia, mamy strasznie dużo możliwości, dużo podobnych produktów, a tak naprawdę potrzebujemy tylko jednego. W korporacjach dorzuca się dobrym pracownikom jeszcze więcej pracy, bo są dobrzy. Wszędzie widać kult więcej i szybciej.

Bartek Topa, aktor, stawia podobną diagnozę: – Dzisiaj wszystkiego mamy za dużo. Wmawia się nam nie tylko to, że coś musimy mieć, ale też to, że koniecznie musimy coś zobaczyć, poczuć, czegoś posłuchać, gdzieś być. Trudno się temu oprzeć, zwłaszcza młodym, którzy są zachłanni, więc łapią wiele srok za ogon. I miotają się od jednej propozycji do drugiej, z żadnej tak naprawdę w pełni nie korzystając.

 

Żyć swoim życiem codziennym

Marzena Chełminiak pędziła kiedyś tak jak wszyscy. Od zawsze pracując na najwyższych obrotach. Kilka lat temu poważnie zachorowała. Nagle musiała się zatrzymać. Po leczeniu nie wróciła do dawnego rytmu pracy. Prowadziła tylko jedną audycję w tygodniu, miała czas na książki, kino, podróże, spotkania z przyjaciółmi.

– Rezygnując z pełnego zaangażowania w radiu, zgodziłam się na to, żeby mieć mniej pieniędzy, ale w zamian dostałam czas. Wtedy on był dla mnie najcenniejszy.

Odrzucała propozycje powrotu do codziennych audycji. Nie chciała funkcjonować w kołowrotku: wstawanie o tej samej godzinie i codzienne wybieranie się tą samą drogą do tej samej redakcji. Za którymś razem zaczęła jednak ważyć zyski i straty. I wyszło jej, że dojrzała do pracy na pełnych obrotach. Teraz wstaje o wpół do piątej, żeby o szóstej być przy mikrofonie.

– Najpierw budzę siebie, potem świat – śmieje się. – Zgodziłam się na powrót, także ze względu na dwóch współprowadzących kolegów. Wiedziałam, że stworzymy zupełnie nową formułę, łączącą coś, co wydaje się nie do połączenia: moją filozofię slow life i ich energię, sarkazm, ironię. Nam jest ze sobą bardzo dobrze. Ja po prostu lubię przychodzić do pracy. Stałam się trochę egoistyczna i uważam, że powinno się robić to, co się lubi. Oczywiście przez tę decyzję straciłam możliwość swobodnego dysponowania czasem, nie mogę na przykład nagle gdzieś wyjechać. Ale z kolei taki rytm pracy szalenie mnie zdyscyplinował i już dokładnie wiem, jak spędzę wakacje.

Wróciła do pełnego zawodowego zaangażowania, ale nie do życia w pośpiechu. – Jak człowiek wycofa się z mainstreamu i przeżyje, to potem ma przekonanie, że nawet gdy dużo pracuje, jest panem czasu i decyzji. Nadal żyję w tempie slow, tylko inaczej rozłożyłam akcenty. I takie życie mnie cieszy.

Marzena uważa, że przestawienie się na filozofię slow life nie musi oznaczać życiowej rewolucji. Rzucania pracy w mieście, zrywania kontaktów ze światem, zaszycia się gdzieś w Toskanii z książką w ręku. Ludzie, słysząc o takich decyzjach, myślą: ja też bym tak chciał, ale się boję.

– I dobrze, że się boją, bo nie wyobrażam sobie, żeby wszyscy, którzy marzą o zwolnieniu tempa, wyjechali na wieś, zostawili pracę, rodziny. Slow life według mnie to nie ucieczka od życia, tylko panowanie nad nim, intensywne przeżywanie go, zadawanie sobie pytania: po co to robię? Utwierdziłam się w przekonaniu, że najfajniej jest żyć swoim życiem, takim codziennym. Nie czekać na weekend, wakacje, że wtedy sobie pożyję, tylko żyć w każdej chwili. Kiedy słyszę, jak moi koledzy z radia mówią: do weekendu zostało tyle i tyle, to się buntuję. Ukuliśmy nawet takie powiedzenie, że jesteśmy radiem, które nie odlicza do weekendu. Życie jest fajne, jak toczy się tu i teraz.

Wybieram to, co dla mnie dobre

Bartek Topa zauważa, że slow life nie zależy od miejsca zamieszkania, tylko od stanu umysłu. Taką filozofię można odnaleźć, mieszkając wszędzie, także w centrum miasta. On zaczął żyć w tempie slow dopiero, kiedy przeprowadził się ze wsi do Warszawy. Wcześniej mieszkał 25 kilometrów od stolicy, w otoczeniu lasów, pól i łąk, w domu wybudowanym na kredyt.

– Za oknem śpiewały ptaki i szumiały drzewa, a moje myśli zaprzątała spłata kredytu. Większość czasu zajmowały mi dojazdy do pracy i powrót do domu. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że nie mam przyjemności z takiego życia. Więc sprzedałem dom. Teraz mieszkam w mieście, ale przy parku, mam czas dla przyjaciół, na codzienne bieganie, kino. Takie rozwiązanie jest dla mnie dobre dzisiaj. Co nie znaczy, że nie myślę o tym, żeby kiedyś wrócić na wieś i uprawiać grządki. Wszystko zależy od wyboru tego, co w danym momencie jest dla mnie dobre.

Marzena twierdzi, że w przestawieniu się na slow life pomogła jej choroba. Uważa, że ludzie chorzy, dotknięci tragediami, mają łatwiej. Nie muszą uczyć się slow life, to przychodzi automatycznie. Ona nie potrafi teraz emocjonować się sprawami, którymi kiedyś się emocjonowała. Już nie są dla niej istotne. Ten naturalny dystans do problemów dostała niejako w prezencie.

– Slow life to bardziej droga niż cel. Czasem musimy przebiec ileś ścieżek, żeby to zrozumieć. Swojej córce, która ma tendencję do wybiegania w przyszłość, powtarzam: nie rozmawiamy o wakacjach, bo teraz są ferie. Ludzie mówią: „chciałabym się cieszyć życiem tak jak ty”. Odpowiadam: co stoi na przeszkodzie? Tylko ty o tym decydujesz.

Jeden z mitów wokół slow life mówi, że powolnie żyć mogą tylko ludzie w pewnym wieku, którzy mają dużo czasu.

Marzena Chełminiak absolutnie się z tym nie zgadza: – Slow life to nie emerytura, tylko intensyfikowanie życia. Najmniej czasu mają ci, co nic nie robią, a najwięcej ludzie zapracowani, ale zorganizowani. Jeśli ktoś mówi, że nie ma czasu, to ja myślę: nie masz, bo nie chcesz. W ogóle wyrzuciłam ze swojego słownika to sformułowanie. Moja zmiana po chorobie polega też na tym, że sobie teraz mówię: mam czas. Dla przyjaciół, rodziny, na książki, kino, sen. Mam na to, na co chcę mieć. Z wielu rzeczy świadomie zrezygnowałam. Zanim pójdę do kina, poczytam o filmie. Jak chcę leżeć pod kocem, to leżę. Wszystkie decyzje podejmuję świadomie. Każdy ma tyle samo czasu, pytanie tylko, na co go przeznaczy. Jesteśmy wolnymi ludźmi, możemy wybierać.

Mniej, choć tak naprawdę więcej

Profesor Kuligowski zauważa, że życie w pędzie sprawia, że człowiek nie potrafi rozsmakować się w zapachu, smaku, spokojnej rozmowie, niespiesznej lekturze, upajającym widoku, wspólnym byciu. Większość czynności jest przez nas traktowana instrumentalnie: zwiedzamy pewne miejsca, bo wypada, idziemy na golfa wyłącznie ze względów towarzyskich, czytamy modne książki, by podnieść swój prestiż, działamy w organizacji charytatywnej, by wpisać ten fakt do CV. Profesor pyta: – Gdzie spacer dla samego spacerowania, lektura dla radości czytania?

Z drugiej jednak strony coraz więcej ludzi na świecie wycofuje się z życia w biegu. Jak grzyby po deszczu wyrastają organizacje, ruchy, szkoły propagujące slow life. Ba, w Europie powstają nawet slow cities, w których dba się o ekologię, rozwijanie infrastruktury przyjaznej mieszkańcom, takiej jak ścieżki rowerowe, deptaki, parki. Największy ruch Slow Food skupia się wokół jedzenia. Ludzie spod znaku ślimaka (to ich herb) powtarzają: jesteś tym, co jesz. Propagują małe ekologiczne gospodarstwa, proste nieprzetworzone produkty, nieśpieszne smakowanie.

Bartek Topa jest zagorzałym slowfoodowcem. Wraz z grupą przyjaciół dzielą się jajkami od zielononóżek, serami i warzywami z małych gospodarstw.

– Złapałem się na tym, że w ogóle nie wyrzucam jedzenia, idę do mojego ulubionego biosklepu, jak nic nie mam w lodówce. Slow life to przede wszystkim jakość życia, skupienie się na tym, co jemy, co robimy. Dla mnie to także osobisty, świadomy wysiłek w ważnej sprawie. W czerwcu startuję w triatlonie: pływanie (2 km), jazda na rowerze (90 km) i bieg (20 km). W ten sposób wspieram fundację Synapsis. To dla mnie duże wyzwanie, fizyczne i psychiczne. Na początku męczyłem się już po kilku kilometrach biegu. Po trzech miesiącach treningu mogę bez trudu przebiec 10 km. Co mi daje życie w takim rytmie? Rozszerza możliwości poznawania siebie i świata. Teraz więcej widzę, słyszę, czuję, smakuję. Myślę nawet o zorganizowaniu warsztatów rozszerzających zmysły, dla aktorów i osób opiniotwórczych. W tej filozofii widzę szansę dla świata.

Marzena Chełminiak zalety slow life wylicza jednym tchem: – Dostaję produkty z najwyższej półki, najlepszej jakości. Nie zadowalam się już śmieciami, wyrobami czekoladopodobnymi. Wszystkiego mam mniej, ale tak naprawdę więcej. Mniej przyjaźni w ogóle, ale więcej prawdziwych przyjaciół, mniej obejrzanych filmów, ale więcej dobrych, mniej kupionych książek, ale więcej znakomitych. Slow life to mój świadomy wybór. Teraz ja decyduję o swoim życiu. Nie towarzyszy mi napięcie, bo nic nie muszę. Nie ścigam się. Chcę być dobra w tym, co robię, ale nie mam parcia, żeby więcej zarabiać, być obecna we wszystkich mediach. Już wiem, że to nie uczyniłoby mnie szczęśliwszą. Cieszę się z tego, co mam. Przestałam się martwić i widzę, że problemy gdzieś same się rozwiązują. Slow life dał mi spokój. Już nie boję się, że życie upływa. Wiem, że na każdym etapie może być fajne.

  1. Psychologia

Dbanie o siebie pozwala nam troszczyć się o innych

Jeśli potrafimy znaleźć współczucie dla siebie, to łatwiej nam troszczyć się o innych ludzi. (Fot. iStock)
Jeśli potrafimy znaleźć współczucie dla siebie, to łatwiej nam troszczyć się o innych ludzi. (Fot. iStock)
Współczucie dla siebie, dbanie o własne zdrowie i wewnętrzną równowagę pozwala być wrażliwym na innych. W trudnych czasach powinniśmy jeszcze bardziej troszczyć się o tych, którzy mogą potrzebować pomocy – twierdzi psychoterapeuta Antti Ervasti. Bo szczęście przeżywane wspólnie z drugą osobą… liczy się podwójnie.

Przez ostatnie dwa lata to Finlandia stanęła na czele w Światowym Raporcie Szczęścia. Co za tym przemawia?
Na pewno po części jest to związane z faktem, że mamy bardzo sprawnie działający system socjalny i zdrowotny, a nasze uniwersytety są bezpłatne zarówno dla Finów, jak i studentów z zagranicy. Wszystkim zapewniamy równy dostęp do wiedzy i zawodu. Ale choć Finlandia należy do najszczęśliwszych krajów na świecie, to ma takie same problemy jak inne kraje i podobnie trudno nam je rozwiązać. Jednak  wydaje mi się, że bycie szczęśliwym nie oznacza, że mamy być superpogodni i radośni przez cały czas. Życie nie wygląda przecież tak jak w hollywoodzkich filmach!

A co szczęście oznacza dla ciebie jako terapeuty?
Równowagę, umiejętność zrównoważenia w życiu pozytywów i negatywów. Szczęśliwy człowiek to taki, który potrafi docenić dobre rzeczy w swoim życiu i dostrzec pozytywne strony wielu sytuacji. Umie wyrazić wdzięczność za to, co ma: za zdrowie, miłość i przyjaźń czy za dobrą pracę. No i co ważne, potrafi radzić sobie z trudnymi emocjami i kryzysami w życiu. Bo każdy z nas przechodzi jakieś kryzysy, co nie zawsze musi doprowadzić do depresji, ale może wpłynąć na pogorszenie samopoczucia czy obniżenie nastroju.

Jak osiągnąć taką równowagę?
Zobaczmy, co sprawia, że siebie lubimy i dobrze się ze sobą czujemy. Czy nie pracujemy za dużo, czy znajdujemy czas dla siebie, dla rodziny i przyjaciół, czy dajemy sobie prawo do odpoczynku? Czy pozwalamy innym zatroszczyć się o siebie i czy znajdujemy w sobie siłę oraz chęć, by pomagać innym? Czy w naszym życiu jest miejsce i na odpoczynek wśród przyrody, i na satysfakcjonującą pracę, i na zaspokojenie własnych potrzeb? Jeśli odpowiesz na te pytania „tak”, to chyba wszystko u ciebie dobrze.

Z czym wiążą się dziś największe lęki i zmartwienia Finów?
Dotyczą ograniczeń związanych z pandemią i jej gospodarczych skutków, które za chwilę będą widoczne. Niektórzy tracą lub za chwilę stracą pracę, inni będą musieli pracować jeszcze ciężej. Ludzie obawiają się zmian, ale też niewiadomej, jaką one niosą. Z mojej perspektywy wyzwania, jakie już się pojawiają, to m.in. konieczność zadbania o zdrowie psychiczne, bo izolacja i brak kontaktu z innymi nie sprzyjają poprawie nastroju.

Widzę, że moi klienci martwią się o swoje zdrowie psychiczne, ale też o zdrowie najbliższych. Przed pandemią wiele osób uciekało od kłopotów w związku czy rodzinie, po prostu wychodząc do pracy czy na spotkanie z przyjaciółmi. Dziś siedzą zamknięci w domu, a problemy się nasilają. Znam wiele rodzin i par, dla których to bardzo trudny czas, bo nie wszyscy chcemy przebywać ze sobą całą dobę siedem dni w tygodniu. Teraz trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, a dla wielu osób to jest prawdziwe wyzwanie. Nie ma dokąd uciec, więc niektórzy decydują się − na szczęście! −  na pomoc, są gotowi zatroszczyć się o swój związek albo o swoją rodzinę i to jest w tej sytuacji dobre rozwiązanie.

Czy doświadczenie pandemii sprawia, że szukamy raczej osobnej przestrzeni czy bardziej tęsknimy za wspólnotą?
Bycie samemu często nie oznacza, że czujemy się samotni. Dla wielu osób to dobry czas, potrafią  cieszyć się swoim towarzystwem i tym, że mogą być wreszcie sami z wyboru. Ale inni z tego powodu poważnie cierpią, zwłaszcza jeśli mieszkają na wsi, gdzie kontakt z drugim człowiekiem bywa utrudniony.

Natomiast czy jesteśmy zadowoleni z obecnej sytuacji, czy nie, nie zwalnia nas to z bycia częścią wspólnoty. Mam nadzieję, że jako społeczeństwo wyciągniemy taki wniosek z pandemii, że należy bardziej dbać o innych, bo wirus atakuje wszystkich, jest egalitarny. Tym bardziej powinniśmy troszczyć się o tych, którzy mogą potrzebować pomocy i wsparcia. Chciałbym też, żebyśmy zrozumieli, jak ważne jest branie odpowiedzialności za innych, bo nikomu nie uda się przetrwać samemu.

Bycie częścią grupy to najlepsza strategia przetrwania?
W tym sensie jesteśmy jak zwierzęta, a wszystkie zwierzęta mają swoje stada, grupy czy rodziny. Nie wydaje mi się, że ludzie powinni być sami, raczej powinniśmy widzieć wartość w tym, by otaczać się zróżnicowaną grupą ludzi, dbać o relacje i kontakty z różnymi ludźmi, ale też być blisko grup wsparcia. To wielkie szczęście wiedzieć, że mamy na kim polegać i że inni mogą polegać na nas.

Finowie uchodzą za samotników, więc wydaje się to wyzwaniem…
Rzeczywiście, nie lubimy zamieszania i kultywujemy naszą osobistą przestrzeń. Gdy przyjedziesz do Helsinek, zobaczysz, że ludzie na przystanku czy w windzie stoją możliwie daleko od siebie. Dlatego na pierwszy rzut oka trudno nas lepiej poznać, wybieramy dystans, ale gdy już uda się z nami zaprzyjaźnić, okazujemy się prostolinijni i otwarci oraz bardzo szczerzy. Nie dla nas small talk! Kilka tygodni temu przedstawiono wyniki badań międzynarodowych, dotyczących społecznych skutków pandemii i wynikającej z niej izolacji. Wyobraź sobie, że aż 23 proc. Finów wyznało, że ma się lepiej z powodu izolacji. W innych krajach odpowiedzi były inne, ludzie przyznawali, że cierpią z powodu niemożności kontaktu z innymi. A u nas samopoczucie się poprawiło (śmiech).

Skłonność do bycia samemu to chyba także efekt środowiska naturalnego, macie tyle przyrody, że możecie się w niej schować.
To prawda, nie mamy też wielkich miast, a większość ludzi mieszka w domach. Ale nawet w Helsinkach, gdzie żyje pół miliona ludzi, można złapać autobus czy pociąg i w ciągu 20 minut znaleźć się w środku lasu. Kraj nie jest bardzo zabudowany, dlatego tyle w nim przestrzeni i możliwości znalezienia się w przyrodzie zawsze, gdy tego potrzebujemy. Na każdym kroku mamy parki i lasy, jesteśmy bardzo związani z przyrodą i myślę, że tu też leży sekret naszego poczucia zadowolenia.

Po zakończeniu pandemii wiele się zmieni, ale ucieczka do lasu w ramach radzenia sobie ze stresem raczej pozostanie aktualna.
Podczas pierwszego lockdownu Finowie byli w szoku, bali się wychodzić z domów, ale wszyscy chodziliśmy do lasów tak licznie, że w wiadomościach apelowano o zachowanie dystansu dwóch metrów. I myślę, że to poszukiwanie kontaktu z naturą, żeby znaleźć ukojenie,  nam pozostanie. Zwłaszcza że według badań już pięć minut w lesie uspokaja nasz system nerwowy.

Jesteś współtwórcą metody samopomocy „CupOfTherapy” oraz książki pod takim tytułem. To zestaw miniporad z ilustracjami zwierząt, opartych na idei work-life balance. Czy dobrze rozumiem jej przesłanie, że kiedy dbamy o siebie, mamy więcej empatii i możemy lepiej troszczyć się o innych?
Tak właśnie jest i o tym piszemy w książce, którą wydaliśmy wspólnie z rysownikiem Mattim Pikkujämsą. Jeśli potrafimy znaleźć współczucie dla siebie, to znajdziemy go jeszcze więcej dla innych. Jest tyle okrucieństwa na świecie, a ludzie potrafią być wobec siebie chłodni i nieprzyjemni, dlatego uważam, że naprawdę potrzebujemy więcej wzajemnej serdeczności i uważności. Gdy dbamy o siebie, gdy widzimy swoją wartość i doceniamy siebie takimi, jacy jesteśmy, to łatwiej nam troszczyć się o innych, nie tylko o najbliższych.

Antti Ervasti, fiński psychoterapeuta. Współtwórca (razem z psychoterapeutką Eliną Rehmonen oraz ilustratorem Mattim Pikkujämsą) koncepcji promocji zdrowia psychicznego „CupOfTherapy”.

  1. Psychologia

Niewybawieni ludzie gorzej radzą sobie w życiu. O znaczeniu swobodnej zabawy dla poczucia szczęścia

Wraz z rozpoczęciem edukacji w imię dobrej przyszłości wielu rodziców ogranicza dzieciom rozrywkę na rzecz nauki. To poważny błąd, bo niewybawieni ludzie gorzej radzą sobie w życiu. (Fot. iStock)
Wraz z rozpoczęciem edukacji w imię dobrej przyszłości wielu rodziców ogranicza dzieciom rozrywkę na rzecz nauki. To poważny błąd, bo niewybawieni ludzie gorzej radzą sobie w życiu. (Fot. iStock)
Presja efektywności dotyka już najmłodszych. Wraz z rozpoczęciem edukacji w imię dobrej przyszłości wielu rodziców ogranicza dzieciom rozrywkę na rzecz nauki. To poważny błąd, bo niewybawieni ludzie gorzej radzą sobie w życiu. O znaczeniu swobodnej zabawy dla rozwoju i poczucia szczęścia pisze pedagożka Ewa Nowak.

Podstawową formą aktywności dzieci i młodzieży jest zabawa. Zabawa, a nie nauka. Dlaczego o tym zapominamy? Jak zawsze przez wygodnictwo. Najprościej jest zgromadzić dzieci, usadzić w ławkach, w sali tanecznej lub na basenie, przydzielić jednego dorosłego do nadzoru, a dzieci zmusić do przestrzegania porządku. Robimy to też, żeby zapewnić im bezpieczeństwo. Obsesja bezpieczeństwa zapędziła współczesny system wychowawczy w kozi róg. Zapomnieliśmy o młodych, myślimy tylko o tym, żeby na pewno nic im się nie stało. Nawet kosztem zdrowia psychicznego. Nie pozwalamy im na zadraśnięcie, a każdy wypadek badamy i kwitujemy protokołami: kto zawinił. „Odebraliśmy dzieciom zabawę. Wróćmy do źródeł naszej natury i pozwólmy naszym młodym na zabawę” – apeluje Peter Grey, amerykański psycholog, specjalista w zakresie procesów uczenia się, w bestsellerowej książce „Wolne dziecko”.

Pożytki płynące z zabawy

Gdyby zabawa była bezwartościowa i postrzegana tak jak dziś – jako czas, który dziecko marnuje – nie występowałaby w każdej kulturze jako centralna aktywność człowieka. Antropologia nie zna bowiem żadnej społeczności, w której zabawa nie jest osią, a nawet kwintesencją życia.

Mózg każdego stworzenia potrzebuje działań polisensorycznych, czyli wielobodźcowych. Dokładnie takich, jakie zapewnia swobodna zabawa na huśtawce, karuzeli, rowerze, tarzanie po dywanie, gra w kometkę, szachy czy pluskanie się w wodzie. Tych, którzy lubią konkrety, kieruję do badań dr Sergia Pellisa, profesora na Uniwersytecie Lethbridge w Kanadzie, eksperta w dziedzinie neuronauki zabawy. Odkrył on, że zabawa istotnie zmienia strukturę rozwijającego się mózgu, a konkretnie – wzmacnia połączenia nerwowe w korze przedczołowej. To ten obszar mózgu jest odpowiedzialny za rozwiązywanie problemów, planowanie, ale także reakcje emocjonalne.

Zabawa rozwija zmysły, sprawność motoryczną, wzbogaca wiedzę o świecie, ma więc funkcję kształcącą, o czym jako społeczeństwo zapomnieliśmy. Dochodzi jeszcze funkcja wychowawcza, czyli naturalna nauka przestrzegania rówieśniczych zasad (kto nie przestrzega, odpada z gry i nie ma dyskusji), a także funkcja terapeutyczna. To podczas zabawy mogą uwolnić się negatywne uczucia, napięcie, następuje rozładowanie stresu i możliwe jest wyrażenie najróżniejszych emocji.

Wszystkie cztery typy zabawy (według klasyfikacji XX-wiecznego francuskiego filozofa Rogera Caillois), czyli: współzawodnictwo, gry losowe, naśladowanie życia i oszołomienie fizyczne mają wpływ na sprawność przetwarzania informacji, zapamiętywanie, koncentrację. Nastolatki aktywne fizycznie lepiej od innych odnajdują się w grupie, gdyż są sprawniejsze, pewniejsze siebie, odważniejsze. Młodzi wybawieni wśród innych młodych lepiej radzą sobie z porażkami, a brak tej umiejętności jest bolączką dzisiejszego młodego pokolenia. Zabawa nie tylko wyraźnie wpływa na kształtowanie procesów społecznych, ale jest kluczem do radzenia sobie z lękiem.

Na receptę

Zabawa to podstawowa aktywność pozwalająca zdobyć kompetencje, które nie są zapisane w genach. Dlatego Światowa Organizacja Zdrowia docenia jej wpływ na stan zdrowia społeczeństwa. Wskazówki WHO dotyczące zabawy są jednoznaczne: dziecko w wieku 5–17 lat potrzebuje minimum 60 minut różnorodnego wysiłku dziennie. Ponadto pięć razy w tygodniu powinno przez co najmniej pół godziny oddawać się intensywnemu wysiłkowi, po którym pojawi się poczucie zmęczenia.

Niewybawieni

Wydawałoby się, że zabawa taka lub inna jest na wyciągnięcie ręki w każdym domu. A jednak wiele dzieci nie zna swobodnej zabawy. Najmłodsze pokolenie przekazywane jest z jednych dorosłych rąk do innych, bez chwili oddechu dla siebie. Tymczasem brak zabawy jeszcze u osiemnastolatka hamuje rozwój fizyczny dotyczący układu przedsionkowego (położonego w uchu środkowym labiryntu kanalików). To w nim pod wpływem ruchu przesypują się otolity – mikroskopijne kryształy soli wapniowych. Przemieszczają się one pod wpływem siły bezwładności wywołanej ruchami naszej głowy. Koordynacja ruchowa czy tak dziś powszechne kłopoty z pisaniem zależą właśnie od współdziałania licznych zmysłów, w tym od dobrze funkcjonującego układu przedsionkowego.

Aby układ przedsionkowy funkcjonował prawidłowo, trzeba nieustannie (a nie tylko w okresie przedszkolnym, jak myśli wielu rodziców i nauczycieli) poddawać go ciągłym doświadczeniom: huśtać się, tarzać, turlać, skakać, pełzać, włazić na drzewa, skakać po kamieniach i tarmosić się z rodzeństwem lub rodzicami. To dlatego dzieci tak ciągnie do placów zabaw. Huśtawki, drabinki, równoważnie i karuzela – to wszystko bardzo ważne instrumenty bodźcujące właśnie układ przedsionkowy. Dlatego w żadnym razie nie omijajmy placów zabaw, a w pandemii zastąpmy je swobodnym ruchem na świeżym powietrzu.

Badania psychiatry Stuarta Browna polegające na przeprowadzaniu wywiadów z przestępcami wykazały, że brak czasu na swobodną zabawę w dzieciństwie niesie poważne konsekwencje dla jakości życia w dorosłości. Zdecydowana większość osadzonych miała dwie wspólne cechy: w przeszłości spotkali się oni z przemocą w rodzinie i nigdy się nie bawili. Znalazłam też opis innych badań, które pokazują, że co trzecie z dzieci, które były pod stałym dozorem dorosłych, popełniło później przestępstwo i zostało aresztowane przed ukończeniem 23. roku życia. Wśród dzieci uczęszczających do przedszkoli nastawionych na zabawę, a nie edukację, ten odsetek nie sięgał 10 proc.

Obopólna korzyść

Wychowując młodych bez swobodnej zabawy, krzywdzimy ich, ale krzywdzimy też siebie. Grupa Lego w 2018 roku zainteresowała się znaczeniem wspólnej zabawy dla poczucia szczęścia w rodzinie. Po przebadaniu 13 tys. rodzin w 10 krajach okazało się, że istnieje bezpośredni związek między czasem wypełnionym wspólną zabawą z dziećmi a poczuciem bycia szczęśliwym w rodzinie. Jeśli teraz odkryliście, dlaczego tak ciężko dogadać się wam z własnymi dziećmi, to dobrze, bo jest jeszcze czas, żeby zacząć się razem bawić: 88 proc. rodzin, które bawią się swobodnie co najmniej pięć godzin w tygodniu, deklaruje, że jest szczęśliwa. Niestety, badania pokazały, że aż 81 proc. rodziców nie umie się swobodnie bawić, bo rozpraszają ich obowiązki służbowe, smartfony i bieżące sprawy.

O tym, jak daleko odebraliśmy rangę i znaczenie zabawie, świadczy też fakt, że co piąte dziecko twierdzi, iż jest zbyt zajęte i nie ma czasu na zabawę!

Piękni, zdrowi i ubezwłasnowolnieni

Wraz ze zbliżaniem się zimy znaczna grupa rodziców ma skłonność do zamykania dzieci w domu z obawy przez zimnem i ciemnością. W tym roku nakłada się na to jeszcze pandemia. Te dwa czynniki uwięziły wiele dzieci w domach i skazały na samotność i totalny brak zabawy. To, że aż tak ogromny odsetek nastolatków uzależnił się od mediów, jest winą wyłącznie dorosłych, którzy ulegli obsesji bezpieczeństwa zgodnie z zasadą „Nie wychodzi, więc wiem, co robi, i nic złego mu się nie stanie”. O tym, że młody człowiek siedzi nieruchomo przez osiem godzin, już nie myślimy.

Paradoksem naszych czasów jest to, że w okresie najintensywniejszego rozwoju, czyli w wieku 8–17 lat, pilnujemy dzieci najbardziej. Dziś opieka nad nimi przypomina ubezwłasnowolnienie. Zabieramy im zabawę, żeby je „przygotować do życia”. Tymczasem kiedy młodzi nie mają możliwości swobodnego spędzania czasu, stopniowo tracą umiejętność decydowania o sobie. Pamiętajmy, że wysokie poczucie własnej wartości plus dobre relacje z bliskimi to kwintesencja poczucia szczęścia.

Większość gałęzi pedagogiki przekonuje, że nasz rozwój determinuje pierwszych sześć lat życia, a potem możemy już tylko wysłać dziecko lub siebie na terapię. Na szczęście istnieje pedagogika postaci, zgodnie z którą człowiek rozwija się przez całe życie i przez całe życie dąży do samorealizacji. Jest to najbliższy mi odłam myśli pedagogicznej – może dlatego, że nie odbiera rodzicom nadziei. Nie jest więc za późno ani dla ciebie, ani dla twoich nastoletnich dzieci.

Bawcie się – to praca domowa dla całej rodziny nie tylko na czas zimy i pandemii. Wspólna swobodna zabawa z dzieckiem w każdym wieku to fundament więzi rodzinnych.

Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży; najnowsza nosi tytuł „Orkan. Depresja”.

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o szczęściu

Poczucie szczęścia nie jest produktem przypadkowego i przemijającego wydarzenia, a stałym stanem wewnętrznym, jedynie w niewielkim stopniu zależnym od tego, co się wokół nas dzieje. (Fot. iStock)
Poczucie szczęścia nie jest produktem przypadkowego i przemijającego wydarzenia, a stałym stanem wewnętrznym, jedynie w niewielkim stopniu zależnym od tego, co się wokół nas dzieje. (Fot. iStock)
Aby znać siebie, trzeba znać i akceptować swoje emocje. Ale też mieć o nich podstawową wiedzę. Umieć je nazwać, rozróżnić i rozpoznać. I umieć je przeżyć. W nowym cyklu „Porozmawiajmy o emocjach” chcemy zachęcić was do lepszego poznania swoich własnych stanów emocjonalnych, pracy nad nimi oraz rozmowy o nich w bliskim gronie. Pomogą nam w tym karty emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk.

Aby znać siebie, trzeba znać i akceptować swoje emocje. Ale też mieć o nich podstawową wiedzę. Umieć je nazwać, rozróżnić i rozpoznać. I umieć je przeżyć. W nowym cyklu „Porozmawiajmy o emocjach” chcemy zachęcić was do lepszego poznania swoich własnych stanów emocjonalnych, pracy nad nimi oraz rozmowy o nich w bliskim gronie. Pomogą nam w tym karty emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk.

Szczęście to...

Dobrostan psychiczny, poczucie spełnienia, bycia na swoim miejscu, na właściwej drodze, sensu i celu życia. To całkowita akceptacja siebie i świata. Cudowny, a zarazem jeden z najbardziej tajemniczych i nieodgadnionych stanów. Jak mówią badania, można czuć się szczęśliwym, jednocześnie będąc smutnym, doświadczając straty czy tęskniąc za czymś. Poczucie szczęścia jest bowiem czysto subiektywnym doznaniem, każdy może odczuwać je na swój sposób. Jest spersonalizowane i właściwe tylko osobie, której dotyczy, niczym odcisk jej palca. Poczucie szczęścia nie jest produktem przypadkowego i przemijającego wydarzenia, a stałym stanem wewnętrznym, jedynie w niewielkim stopniu zależnym od tego, co się wokół nas dzieje. Można czuć się szczęśliwym dzięki czemuś, ale też pomimo czegoś.

Po co nam to uczucie?

Informuje nas o tym, że realizujemy swój potencjał, swoją życiową misję. Że jesteśmy w zgodzie ze swoimi potrzebami, celami i wartościami. Daje nam siłę, by żyć, ale też by kochać i zachwycać się światem. Pozwala nam na akceptację wszystkiego, co się nam przydarza. Uwalnia nas od trosk, frustracji i złości. Przynosi wewnętrzny spokój.

Zadania

  • Czy czujesz się szczęśliwy? Tu i teraz? W tym właśnie momencie? Z tym, co masz, kim jesteś, co osiągnąłeś? Z ludźmi, którzy cię otaczają? Jeśli nie – jak sądzisz, co ci w tym przeszkadza?
  • Dążenie do szczęścia stało się dziś trendem, wręcz przymusem. To o tyle błędne podejście, że szczęście jest niejako produktem ubocznym naszych działań i rozwoju wewnętrznego. Nie warto do szczęścia dążyć, lepiej skupiać się na tym, by wykorzystywać w pełni szanse, jakie nam daje życie i realizować swój potencjał, a kto wie – może wtedy szczęście samo do nas przyjdzie.
  • Choć szczęścia nie można przywołać pstryknięciem palców, można jednak robić rzeczy, które nas uszczęśliwiają. Podróżowanie, gotowanie, pomaganie innym, poświęcanie się swoim pasjom, spędzanie czasu z tymi, których kochasz – co to byłoby w twoim przypadku?
Więcej w zestawie z książeczką „Poznaj siebie. Karty emocji”, Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło.