1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Poczucie własnej wartości - czym jest i dlaczego warto je wzmacniać?

Poczucie własnej wartości - czym jest i dlaczego warto je wzmacniać?

Wykształcenie i utrzymanie zdrowego poczucia własnej wartości to długi proces, lecz przyniesie mnóstwo pożytku każdemu z nas. (Fot. iStock)
Wykształcenie i utrzymanie zdrowego poczucia własnej wartości to długi proces, lecz przyniesie mnóstwo pożytku każdemu z nas. (Fot. iStock)
Nie chodzi o to, aby być idealnym lub zyskać aprobatę wszystkich dokoła. Adekwatne poczucie własnej wartości polega na zaakceptowaniu siebie takiego, jakim się jest, i zyskaniu wewnętrznego przeświadczenia, że jest się dobrą, godną osobą tylko dlatego, że jest się człowiekiem.

Fragment książki „Poznaj, zaakceptuj i pokochaj siebie”

Poczucie własnej wartości to nasze wyobrażenie o nas samych. Od niego zależy, jak dużą wartość przypisujemy własnemu życiu. W związku z tym kluczami do podniesienia go, są szacunek do samego siebie, przekonanie o swoich zaletach oraz praca nad zdolnością czucia się „dostatecznie dobrze” takimi, jakimi jesteśmy, niezależnie od tego, co się dzieje w naszym życiu.

Wysokie lub niskie poczucie własnej wartości odgrywa zasadniczą rolę w tym, jaką drogę obierzemy w obliczu codziennych wyzwań – sprawia, że czujemy się szczęśliwi i spełnieni lub przybici i bezwartościowi w różnych życiowych sytuacjach. Nienaruszalna wartość każdej osoby to koncepcja dość trudna do pojęcia. Niewykluczone, że nigdy wcześniej poważnie się nad nią nie zastanawiałaś. Może być spójna z twoim systemem przekonań albo wydawać ci się całkowicie obca z powodu wieloletnich zmagań z niskim poczuciem wartości. Zamiast rozważać zasadność tej koncepcji, zachęcam cię, abyś odsunęła na bok wszelkie wątpliwości i kolidujące z nią poglądy, które uniemożliwiają ci przyjęcie do wiadomości, że i ty posiadasz wewnętrzną wartość. Zastanów się, jak podeszłabyś do niemowlęcia, dziecka lub bliskiego przyjaciela. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że z łatwością dostrzegłabyś ich fundamentalną wartość, lecz jeśli masz niską samoocenę, to może być ci trudno uwierzyć, że ty też jesteś wartościowa sama z siebie.

Gdy cechuje nas niskie poczucie własnej wartości, to mamy skłonność do oceniania siebie według surowszych kryteriów niż resztę świata.

Warto przełamać opory i zwyczajnie zaufać, że ty także posiadasz wrodzoną wartość. Kiedy porzucisz wątpliwości, będziesz w stanie pełniej się zaangażować w realizację zalecanych działań i skuteczniej zastosować proponowane narzędzia do budowania poczucia własnej wartości. W miarę jak twoje poczucie wartości będzie się podnosić, dostrzeżesz, jak niewidzialna zasłona, która uniemożliwiała ci uznanie własnej wartości, zacznie powoli się rozsuwać.

Wykształcenie i utrzymanie zdrowego poczucia własnej wartości to długi proces, lecz przyniesie mnóstwo pożytku każdemu z nas. Wyobraź sobie, o ile łatwiejsze byłoby życie, gdybyśmy po prostu kochali i akceptowali siebie takimi, jakimi jesteśmy. Wszyscy w taki czy inny sposób skorzystamy na podniesieniu własnej samooceny. Niemniej istnieją pewne szczególne wyzwania, przed którymi stają kobiety usiłujące odnaleźć się w delikatnym procesie budowania fundamentów poczucia własnej wartości. W dalszych częściach przyjrzymy się uważnie niektórym czynnikom wpływającym na kobiecą samoocenę, nauczymy się, jak sobie z nimi radzić i jak przejąć kontrolę nad własnym życiem dzięki pewności siebie i przeświadczeniu o własnej wartości.

Istnieje wiele definicji poczucia własnej wartości i pojęć pokrewnych, lecz ta zaprezentowana poniżej została sformułowana specjalnie w odniesieniu do kobiet. Ważne, abyś podczas pracy z książką miała ją zawsze w pamięci.

Zdrowe poczucie własnej wartości oznacza posiadanie pozytywnego, realistycznego i spójnego obrazu siebie, będącego wyrazem szacunku do własnej osoby, niezachwianej wiary we własną wartość oraz przeświadczenia, że zasługujesz na szczęście i spełnienie mimo niedoskonałości, stereotypów, wyzwań i trudności.

Problemy na tle poczucia własnej wartości bywają trudne do zidentyfikowania, gdyż często idą w parze z innymi zaburzeniami, takimi jak depresja, stany lękowe i nieumiejętność radzenia sobie z gniewem. Niska samoocena może także leżeć u podłoża stosowania substancji psychoaktywnych i uzależnień, a nawet kryć się pod pozorami pewności siebie i szczęścia. (…)

Warto zastanowić się czy źródłem twoich oczywistych życiowych niepowodzeń nie jest przypadkiem głębszy problem w postaci niskiej samooceny?

Niskie mniemanie o sobie może się odbijać na twoim życiu.

Czy potrafisz zidentyfikować jakieś trudności w swoim życiu, które mogą mieć związek z niedostatecznym poczuciem własnej wartości?

Poczucie własnej wartości nie jest stałe. Jego poziom może się zmieniać z biegiem czasu, zależy też od aktualnych doświadczeń, grupy ludzi, z którymi akurat przebywamy, oraz innych okoliczności. Dobrze więc postrzegać je jako kontinuum z niską, negatywną lub niezdrową samooceną na jednym końcu skali i wysoką, pozytywną lub zdrową samooceną na drugim. Naszym celem jest stworzenie podstaw zdrowego poczucia własnej wartości, tak aby było ono spójne, stałe i niezachwiane we wszystkich sferach życia, nawet w trakcie najcięższych życiowych zmagań.

Polecamy książkę "Poznaj, zaakeptuj i pokochaj siebie" Megan MacCutcheon. Została ona napisana z myślą o kobietach stojących przed wyzwaniami związanymi z niską samooceną oraz o tych, które pragną zyskać pewność siebie i większą wewnętrzną siłę. Stanie się również wsparciem dla każdej kobiety, która czuje się zniechęcona lub ma poczucie niespełnienia w jakiejś sferze życia. To dobre narzędzia służące do podniesienia samooceny i mogące przynieść korzyść niemal każdemu, niezależnie od tego, z jakiego rodzaju przeciwnościami się mierzy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Nie jestem doskonała. I dobrze!

Właśnie wtedy, kiedy czujemy, że nie jesteśmy doskonałe, mamy szansę pokochać się. (Fot. iStock)
Właśnie wtedy, kiedy czujemy, że nie jesteśmy doskonałe, mamy szansę pokochać się. (Fot. iStock)
Doskonałość osiąga się poprzez akceptację niedoskonałości, pisze w swojej książce "Living Wabi Sabi", Taro Gold. Weźmy sobie tę myśl do serca.

Wiesz, że dzięki błędom, przypadkom, awariom odkryto DNA, penicylinę, aspirynę, teflon, nylon, płatki kukurydziane? Największe osobiste odkrycia stają się naszym udziałem, kiedy umysł jest cichy, bo wtedy otwiera się dusza. To dobra wiadomość dla tych, którzy są w momencie zastoju, gorszego samopoczucia, kiepskiej formy, czy tkwią w życiowym martwym punkcie. Coś nie pozwala im działać, myśleć, planować. Taro Gold pisze, że przecież tak rzadko mamy okazję odpocząć od pracy, odprężyć się i nie myśleć. Nie usiłować poprawiać się, pracować nad sobą, krytykować się, starać, zmieniać.

"Chcę być doskonała. Chcę być silna w obliczu stresu i niepewności. Chcę być idealną partnerką dla mężczyzny, matką na złoty medal" - mamy wobec siebie takie wymagania i oczekiwania. Ale to nie jest życie. Nie ma możliwości, żeby być doskonałą. Nawet, jak chodzisz na terapię, nie za każdym razem wprowadzisz w życie to, o co się rozwinęłaś. Czasem złościmy się, frustrujemy, że w kółko od nowa odrabiamy te same lekcje. "Znowu skrzyczałam dziecko, znowu uległam szefowej, znowu próbowałam manipulować mężem, znowu nie trzymałam granic. Chcę być doskonała".

Ale właśnie wtedy, kiedy czujemy, że nie jesteśmy doskonałe, mamy szansę pokochać się. Bo kiedy w takim momencie zaakceptujemy się, spojrzymy się na siebie ciepło, poczujemy, że nie musimy na nic zasługiwać, coś w nas się zmieni na zawsze. Być zadowoloną z siebie, kiedy właśnie dostałyśmy awans lub mężczyzna powiedział nam komplement, to łatwe. I tak naprawdę pozorne, bo miłość własną uzależniamy od rzeczy i sytuacji zewnętrznych. To utrata wolności.

Pozwolenie sobie na bycie niedoskonałą to ulga płynąca ze zdjęcia maski. Powiedzenie nie normom społecznym i kulturowym wymaga odwagi. W świecie, w którym wypada odnosić sukces finansowy i rozwojowy, jesteśmy sobie takie, jakie jesteśmy. Z lękiem przed odrzuceniem, brakiem pieniędzy, z tłustymi włosami. Jeśli w tym momencie poczujemy się ze sobą dobrze, wygrałyśmy. I nie chodzi o to, żeby zrezygnować ze swoich marzeń i aspiracji, nie. Możesz to wszystko zrobić, ale w innej intencji niż zdobycie własnego uznania.

W stanie, w którym niewiele się w twoim życiu dzieje, kiedy wokoło jest pusto, nie masz dokąd uciec, zyskujesz dużą szansę, żeby odkryć kim naprawdę jesteś. I, obojętnie czy jesteś introwertyczką, artystką, czy chcesz wspinać się w Himalajach, przede wszystkim jesteś.

  1. Psychologia

Syndrom oszusta - częsty problem osób z niską samooceną

W walce z syndromem oszusta bardzo ważna jest wiedza o tym, że wielu osobom towarzyszy w życiu taki rodzaj lęku przed oceną, niepewność co do swojej wartości. (Ilustracja iStock)
W walce z syndromem oszusta bardzo ważna jest wiedza o tym, że wielu osobom towarzyszy w życiu taki rodzaj lęku przed oceną, niepewność co do swojej wartości. (Ilustracja iStock)
Boisz się, że świat za chwilę się dowie, ile tak naprawdę jesteś warta, a raczej jak niewiele wiesz, umiesz, potrafisz? Zapewne cierpisz na syndrom oszusta, który często dopada osoby, które mają problem z samooceną. Co zrobić, by ten strach nie zatruwał nam życia, radzi psychoterapeutka, Adriana Klos. 

Royal Festival Hall w Londynie. Sala wypełniona po brzegi. To spotkanie z żoną byłego prezydenta USA Michelle Obamą. Bilety wyprzedały się błyskawicznie. Kobiety jak zawsze chcą usłyszeć, co powie Obama, bo – jak mówią – motywuje je do działania. Silna, pewna siebie kobieta sukcesu, tak sądzą… Tymczasem Michelle wychodzi na scenę i po raz pierwszy zwierza się publicznie, że od wielu lat cierpi na syndrom oszusta.

Wszyscy wątpimy w siebie

Syndrom oszusta to zjawisko psychologiczne polegające na ciągłym wątpieniu w swoje możliwości, na umniejszaniu swoich sukcesów, niedocenianiu własnego potencjału. Aż w końcu na przeświadczeniu graniczącym z pewnością, że już za moment świat dowie się, ile tak naprawdę jesteśmy warci, a konkretnie – jak niewiele jesteśmy warci. Ludzie cierpiący na syndrom oszusta często uważają się za mniej utalentowanych i mniej inteligentnych, niż są w rzeczywistości. Nie wierzą, że mogą osiągnąć sukces, a gdy się im to udaje, mają poczucie, że to jedynie przypadek, łut szczęścia i że na to nie zasłużyli. 

To przekonanie, że nikt nie powinien brać mnie na poważnie. Bo co ja mogę wiedzieć? – mówiła Obama podczas londyńskiego spotkania. – Dzielę się z wami moją historią, bo wszyscy wątpimy w siebie i nasze możliwości, naszą siłę – dodała. 

Jak opowiadała, przez to, że jej mąż był prezydentem, miała wrażenie, że jej sytuacja zawodowa wynika wyłącznie z wysokiej pozycji partnera. Wspominała, że przed wejściem do gabinetu królowej Elżbiety II kompletnie spanikowała. Utknęła przed drzwiami, w nieskończoność przypominając sobie kolejne punkty protokołu dyplomatycznego. Aż rozległ się zniecierpliwiony głos królowej: „Po prostu wejdź!”. A ona – doświadczona już wtedy pierwsza dama – sparaliżowana strachem, że na pewno popełni niewybaczalną gafę, nie była w stanie zrobić ani kroku.

Syndrom oszusta objawia się ciągłym lękiem, który demoluje życie. Jak wynika z badań ta przypadłość jest bardzo powszechna, przynajmniej raz w życiu dotyka nawet 70 proc. ludzi. Ale nie u każdego przybiera tak ostrą postać.
– Tym, co z psychologicznego punktu widzenia wysuwa się na pierwszy plan w przypadku osób, które doświadczają tego syndromu, jest coś, co określiłabym niebraniem siebie na poważnie – mówi psychoterapeutka Adriana Klos ze Strefy Zmiany. – Nam bardzo zależy, by ludzie traktowali nas poważnie, liczyli się z nami. Tymczasem dość często to my sami nie traktujemy w ten sposób siebie. Nie traktujemy poważnie swoich wysiłków, swoich kompetencji. Nie wierząc w swój potencjał, pozwalamy czasem, by inni nas wykorzystywali – tłumaczy terapeutka.

– Przez kilka lat pracowałam w agencji PR – opowiada Dominika. – Szło mi całkiem nieźle, miałam wielu klientów, przynosiłam firmie całkiem spore zyski. Działałam jak robot, a szef dokładał mi wciąż nowe obowiązki. Nie zauważyłam nawet, że spędzam w pracy wieczory, że siedzę przy komputerze w weekendy. Wciąż uważałam, że muszę dawać z siebie więcej i więcej. Aż w końcu przyjaciółka zapytała mnie pewnego dnia, czy nie widzę, jak bardzo jestem zmęczona, sfrustrowana, czy nie dostrzegam, że mną „orają”? Nie dostrzegałam, sądziłam, że muszę się starać, bo przecież tak ciężko o pracę, i – kto jak kto – ale ja na pewno innej nie znajdę. Zupełnie nie zdawałam sobie wtedy sprawy, co stoi za moim przekonaniem, że wciąż muszę dawać z siebie więcej i więcej. Kiedy ta sama przyjaciółka powiedziała: „Zwolnij się i załóż swoją własną agencję”, pomyślałam: „Oszalała! Ja? Skąd, przecież nie będę miała ani jednego klienta, oni pracują nie ze mną, tylko z wypracowanym szyldem mojego szefa, jeśli odejdę – przepadnę, zginę na tym rynku”. Jeszcze półtora roku pracowałam ponad możliwości, aż w końcu zwyczajnie fizycznie nie miałam sił. Zwolnienie się było jedynym ratunkiem. Zrobiłam to, ale byłam przerażona, że właśnie kończy się moja droga zawodowa i wkrótce trafię na bezrobocie. Byłam zszokowana, kiedy kolejni klienci dzwonili do mnie i pytali, czy zakładam własną firmę, jeśli tak, to odchodzą z tamtej agencji, bo chcą pracować ze mną. Nie mogłam uwierzyć w to, co się stało – prawie wszyscy klienci przeszli do mnie. To było 12 lat temu. Z większością pracuję nadal – opowiada Dominika. I dodaje, że dziś już wie, że rzeczywiście ma… „pewien problem z wiarą we własne możliwości”.

W oczekiwaniu na katastrofę 

Dr Valerie Young, autorka książki „The Secret Thoughts of Successful Women...” [Sekretne myśli kobiety sukcesu], podzieliła kobiecy syndrom oszusta na pięć typów.
  1. perfekcjonistka – kobieta, która stawia sobie poprzeczkę tak wysoko, by niemal nie dało się do niej doskoczyć, wtedy ma „dowód”, że nie stać jej na osiągnięcie celu.
  2. superwoman – przeciąża się pracą, by zatuszować swoją niepewność.
  3. naturalny geniusz z kolei to typ kobiety, która ocenia swoje umiejętności jedynie w oparciu o łatwość i szybkość osiąganych celów, jeśli potrzebuje czasu, żeby opanować jakąś umiejętność, czuje wstyd.
  4. solistka – jest chora, kiedy musi poprosić kogoś o pomoc.
  5. ekspertka – kobieta, która obsesyjnie sprawdza swoją wiedzę, czuje się podle, kiedy nie potrafi odpowiedzieć na choćby jedno ze stu zadanych jej pytań. 
– Nie wiem, którym typem jestem – mówi Dominika. – Mam wrażenie, że każdym po trochu. Nie umiem prosić o pomoc, ciągle siebie sprawdzam, tak jakbym chciała przyłapać siebie na niewiedzy, pracuję po godzinach i wciąż uważam, że wiem za mało, że jeszcze rok, może dwa i będę bezużyteczna. Przyjdą „młodzi”, a ja ze swoimi ledwo przeciętnymi umiejętnościami wypadnę z obiegu. I wciąż się dziwię. Dziwię się ludziom, że chcą ze mną pracować. A najbardziej dziwię się, kiedy ktoś mnie komuś poleca – nie umiem uwierzyć, przyjąć, że to mogłoby oznaczać, że jestem dobra w tym, co robię. Czekam, aż mnie zdemaskują. Czekam na… katastrofę – opowiada Dominika. 

– Taki chroniczny brak oparcia w sobie jest bardzo obciążającym doświadczeniem – mówi Adriana Klos. – To wegetacja w ciągłym napięciu, w oczekiwaniu na to, że za chwilę wszystko się zawali. Dostrzegam to u swoich pacjentów i widzę, jak to demoluje ich życie. Bo nawet kiedy w zasadzie wszystko jest dobrze, im dobrze nie jest. Nigdy. To są ludzie, którzy nie umieją cieszyć się tym, co wychodzi, co się udaje, tym, co mają. To są osoby, które nie potrafią doświadczać radości. Bo wciąż towarzyszy im lęk: że to zaraz się skończy, że się nie należy, że są nie fair, że oszukują bliskich, współpracowników, że są kimś zupełnie innym, niż światu się wydaje. Wciąż czują, że już za chwilę opadnie ich maska – tłumaczy psychoterapeutka.

Demony przeszłości 

Podobnie jak zdecydowana większość naszych trudności ta także ma swoje źródło w dość odległej przeszłości, w naszym dorastaniu. – By w sposób naturalny, czyli bez żadnej pracy nad sobą w dorosłym życiu, mieć pełne oparcie w sobie, być siebie pewnym, trzeba by „dostać” dzieciństwo prawie idealne. A takich, jak wiadomo, nie ma – mówi Adriana Klos. – Syndrom oszusta często towarzyszy na przykład osobom DDA (dorosłym dzieciom alkoholików). To ludzie, którzy na starcie nie dostali bazy, poczucia bezpieczeństwa. Nie zaznali smaku dobrej, wspierającej relacji. Wychowywali się bez uwagi i czułości. System wartości był niejasny, ciągle działo się coś nieprzewidywalnego, dostawali sprzeczne komunikaty. Jednym słowem, syndrom oszusta towarzyszy często osobom, które dorastały w emocjonalnym chaosie. Nawet jeśli przez chwilę było dobrze, taki człowiek wiedział, że zaraz wszystko może się zmienić. Naturalny stan dla kogoś takiego to lęk i ciągła czujność, by przygotować się na kolejny cios. I poczucie, że cokolwiek zrobię – stanę na rzęsach – i tak nic tu nie zależy ode mnie. Taka baza to doskonały grunt, by wyrósł człowiek cierpiący na syndrom oszusta. Ale wcale nie trzeba tak mocnych doświadczeń w przeszłości, by ten syndrom nas dopadł. Mają go także osoby, które pozornie miały całkiem poprawne dzieciństwo – mówi terapeutka. – Bo czasem wystarczy – i to zdarza się bardzo często, słyszę to od moich pacjentek – by w dzieciństwie być poddawanym ciągłej, w podtekście krytycznej, ocenie. Gdy wciąż słyszymy: „Fajnie, ale można zrobić to inaczej”; „Ja ci pokażę, jak będzie lepiej” itd. To dość często robią matki: „Źle się ubrałaś, trzeba było założyć tamte spodnie”; „Co znowu zjadłaś, zostawiłam dla ciebie sałatkę”; „Po co tam jedziesz, tam nie ma nic ciekawego, szkoda pieniędzy”. Wyrastamy w poczuciu, że to ktoś inny wie, co jest dla nas najlepsze, że my zawsze dokonujemy nietrafnych wyborów, że nasze zdanie nie ma znaczenia. To wszystko powoduje, że w dorosłym życiu nie mamy w sobie żadnego oparcia, wciąż towarzyszy nam ta oceniająca mama, która wie lepiej, która musi nas „poprawiać”. Nie potrafimy więc uwierzyć, że ktoś nas – takimi, jakimi jesteśmy – akceptuje, docenia, traktuje poważnie. No i to na zewnątrz leży nasze poczucie sprawstwa, czyli: „To nie ja zasłużyłem/zasłużyłam swoją pracą, wiedzą, kompetencjami, ale to los, przypadek zdecydowały, że mi fuksem coś wyszło”. – Mam ponad 40 lat i wciąż uczę się, by komentarze mojej mamy dotyczące moich wyborów nie zmieniały moich decyzji, by jej „delikatne podpowiedzi dla mojego dobra” nie psuły mi humoru na dwa dni – mówi Dominika. – To trudne, ale nie jest niemożliwe. Dziś to już wiem. Uczę się ufać sobie. Mogę się pomylić, ale to jest błąd, który idzie na moje własne konto. Wolę swoją pomyłkę niż jej dobrą podpowiedź. Bo ta pomyłka jest moja! I jest częścią mojej autoterapii – dodaje Dominika.

Nikt nie jest doskonały 

Michelle Obama na spotkaniach organizowanych w żeńskich szkołach walkę z syndromem oszusta poleca zacząć od wyrzucenia z głowy demonów przeszłości.

„Pytanie, czy jestem wystarczająco dobra, nas prześladuje, ponieważ często towarzyszy nam od dzieciństwa” – tłumaczy Obama przede wszystkim młodym kobietom. Bo mówi się, że ten syndrom zdecydowanie częściej dotyczy właśnie kobiet.

– Nie zaryzykowałabym stwierdzenia, że to kobiety częściej dopada ten syndrom – mówi Adriana Klos. – Powiedziałabym raczej, że kobiecie łatwiej się do tego przyznać. To wszystko, co składa się na tę przypadłość, tak dalece odbiega od wciąż jednak dominującego stereotypu męskości, że mężczyźnie strasznie trudno jest o tym nie tylko opowiedzieć, ale nawet przyznać się przed samym sobą. Jednak podczas pracy terapeutycznej dostrzegam, że mężczyźni równie często jak kobiety borykają się z takim brakiem pewności siebie, lękiem, że ktoś ich zdemaskuje. Ale przekonanie, że to  „niemęskie”, każe im nakładać kolejne maski – opowiada terapeutka. 

W walce z syndromem oszusta bardzo ważna jest wiedza o tym, że wielu osobom towarzyszy w życiu taki rodzaj lęku przed oceną, niepewność co do swojej wartości. Świadomość tego, że nie jest się dziwadłem, może stać się pomocna. Ale psychoterapeutka przestrzega przed przywiązywaniem zbyt dużej wagi do swojej przypadłości. – Określenie siebie jako osoby cierpiącej na syndrom oszusta, czyli powiedzenie sobie: „Jestem chora/chory”, automatycznie zdejmuje z nas odpowiedzialność za pracę nad sobą, za próbę zmierzenia się ze słabością. I tylko pogłębia nasze przeświadczenie o tym, że to nie w naszych rękach jest klucz do naszego życia, jego jakości – zwraca uwagę Adriana Klos.

Michelle Obama, by dodać otuchy wszystkim podobnym do siebie, dzieli się jeszcze jednym przemyśleniem: „Siedziałam prawdopodobnie przy każdym najpotężniejszym stole, jaki tylko możecie sobie wyobrazić, działałam w segmencie non profit, w fundacjach, pracowałam w korporacjach, zasiadałam w ich zarządach, uczestniczyłam w szczytach przywódców państw: oni wcale nie są tacy mądrzy” – zapewnia.

[newsletterbox]

  1. Psychologia

Jak budować zdrową niezależność? - 7 kroków

To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś. (Fot. iStock)
To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś. (Fot. iStock)
Obniżona samoocena powoduje, że opinie z zewnątrz stają się ważniejsze niż nasze odczucia. Jak sprawić, aby nasze poczucie własnej wartości zaczęło rosnąć, a wpływ otoczenia nabrał właściwych proporcji?

1. Weź za siebie odpowiedzialność

To jeden z 6 filarów poczucia własnej wartości, teorii stworzonej i rozpropagowanej przez Nathaniela Brandena. Co to oznacza w praktyce? Zrozumienie, że mamy jedno życie i że od nas zależy, jak je przeżyjemy. I że tylko my jesteśmy odpowiedzialni za to, co czujemy i co robimy. Jeśli za swoje pomyłki, nieudane związki czy niesatysfakcjonującą pracę obwiniasz innych, stawiasz się w roli ofiary. A przecież ostatecznie to ty i tylko ty dokonujesz wyboru. Rodzice naciskali, żebyś poszła na medycynę, a teraz żałujesz, że nie wybrałaś dziennikarstwa? Cóż, dokonałaś wyboru między własną satysfakcją a zadowoleniem rodziców. Pragnienie funkcjonowania w grupie nie zwalnia cię od wzięcia odpowiedzialności za swoje myśli, dążenia i działania. Nie będąc zależna od innych, poczujesz się nie tylko bardziej kompetentna, ale też staniesz się bardziej wiarygodna dla innych. Zamiast sprawnym, ale przeciętnym lekarzem będziesz doskonałym dziennikarzem.

2. Ćwicz asertywność

Wielu osobom kojarzy się z nawykiem mówienia „nie”, ale to tylko połowa prawdy. Inni uważają, że asertywność to ładna nazwa na szorstkie zachowanie lub egoizm. W istocie asertywność jest jedynie wyrażonym szacunkiem dla własnych potrzeb, uczuć i opinii. Brak asertywności jest lękiem przed zademonstrowaniem swojej odrębności. Jeśli masz z tym problem, zacznij od wyrażania swoich potrzeb w mniej drażliwych kwestiach, np. wyboru filmu w kinie czy dania w restauracji. Gdy dasz sobie prawo do wyrażania siebie, łatwiej będzie ci przyjmować odmienne zdanie, a także odmowę. Zrozumiesz, że nie musisz brać ich do siebie. A jeśli nie jesteś pewna swojego zdania w istotnej sprawie – zamiast przytakiwać od razu – zacznij mówić: „Daj mi chwilę, muszę to sobie przemyśleć”.

3. Twórz instrukcję obsługi siebie

To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś, stanowi cenny wkład w jakość grupy, którą tworzysz z innymi. Ale aby wiedzieć, co do niej wnosisz, musisz poznać siebie i swoje poglądy. Dlatego jak najczęściej pytaj samą siebie:
  • Co najbardziej lubię (jakie smaki, zapachy, kolory itd.)?
  • Co o tym sądzę?
  • Co zrobiłabym na jego czy jej miejscu?
  • Czego najbardziej się boję?
To może być świetna zabawa, niejedna własna reakcja może cię zaskoczyć. Najważniejsze, że w ten sposób tworzysz instrukcję obsługi siebie – przydatną innym, ale głównie tobie.

4. Praktykuj świadome życie

Może ci w tym pomóc Praktyka Obecności na bazie koncepcji Colina P. Sissona, medytacja, joga lub technika mindfulness – wszystkie one wyczulają na odbieranie sygnałów z własnego ciała oraz rewidowanie pojawiających się w głowie myśli. Kiedy twoje podejście do życiowych wyzwań opiera się na fabrykowaniu teorii spiskowych („na pewno wszyscy się dowiedzą o mojej pomyłce”, „jestem beznadziejna, nic mi się nie udaje”), twoja samoocena staje się krucha, a cudza opinia, szczególnie gdy dotyczy wrażliwych punktów, bywa niszcząca. Kiedy decydujesz się, by karmić się tylko pozytywnymi myślami i w bezpieczny sposób dawać ujście swoim emocjom (na przykład zadając sobie kluczowe pytania: Dlaczego mnie to tak zdenerwowało? Co mogę zrobić następnym razem, by bardziej nad sobą panować?) – spirala znowu idzie w górę i coraz mocniej ufasz sobie.

5. Określ swój życiowy cel

To nie oznacza, że masz podporządkować życie realizacji planu, który stanie się wypełniającą je ideą, usuwającą wszystko inne w cień. Chodzi raczej o zmianę myślenia z: „oby mi się udało nie popełnić błędu” na: „zrobię wszystko, by to, czego pragnę, stało się realne”. Pomyśl… Czy patrząc z perspektywy, widzisz, że zmiany w twoim życiu wyznaczyły decyzje, które podjęłaś, czy też sploty okoliczności? Gdy mamy skłonność do dryfowania, znacznie mniej zaufania pokładamy w sobie. Często więc czyjaś ocena sprawia, że zaczynamy wątpić, czy kierunek jest słuszny. Świadomość celu to pozytywna energia. Jeśli wiesz, że dla ciebie ważna jest rodzina i przyjaźń, albo chcesz tańczyć ponad wszystko, to nawet gdy ktoś mówi, że postępujesz głupio lub naiwnie – ty odpowiadasz mu, że gdyby nie marzyciele, Ziemia nadal byłaby płaska.

6. Zaakceptuj siebie

Jak powiedział Nathaniel Branden, „akceptacja jest odmową bycia swoim wrogiem”. Bo kiedy negujemy swoje myśli i zachowania, których nie lubimy, zazwyczaj nie przyznajemy się do nich. Gdy uważamy, że czegoś nie potrafimy – wycofujemy się lub udajemy, że jest inaczej. Kiedy nie podoba nam się nasze odbicie w lustrze, za małe oczy, za duży nos, za gruba lub za chuda sylwetka – staramy się to maskować ubraniem, makijażem. Choć próbujemy w taki sposób chronić siebie, robimy rzecz odwrotną – odrzucamy siebie. Przy takim nastawieniu każda krytyka, a nawet żart, stają się naprawdę raniące. Nie jest możliwe, aby mieć dobrą samoocenę i jednocześnie nie akceptować siebie.

7. Bądź wierna swoim zasadom

Jeśli twój wewnętrzny kodeks nie przyzwala na kłamstwa, a sama mijasz się z prawdą, by nie narazić się otoczeniu, to ma tu miejsce spory dysonans. W ten sposób znowu rezygnujesz z części siebie, by zyskać akceptację. Ale tracisz szacunek do siebie – ważny filar samooceny. Pamiętaj, że przestrzegając swoich zasad, uniezależniasz się od tego, co myślą o tobie inni.

Joanna Godecka: life coach, praktyk Integracji Oddechem i Integrującej Obecności. 

  1. Psychologia

Jak pokonać strach? Trenuj odwagę

W odwadze jest mnóstwo energii, to stan działania i uwolnienia, wyzwala zaradność i optymizm. (Fot. iStock)
W odwadze jest mnóstwo energii, to stan działania i uwolnienia, wyzwala zaradność i optymizm. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Odwaga to "mięsień", który da się trenować. Oto 8 wskazówek i inspiracji, które pomogą ci: przezwyciężyć lęk, podjąć ryzyko, wyjść ze strefy komfortu, uodpornić się na odrzucenie, uwierzyć, że można, zrealizować marzenia.

1. Zrozum, że nie ma się czego bać

Zmarły kilka lat temu amerykański terapeuta dr Wayne W. Dyer w jednej ze swoich książek „Kieruj swoim życiem” pisał o odwadze tak:

„To gotowość do stawiania czoła lękom. To przyjmowanie krytyki, poleganie na sobie oraz akceptacja i ponoszenie odpowiedzialności za konsekwencje własnych wyborów. To wiara w siebie i swoje wybory tak silna, że jesteś gotowy przeciąć więzy nałożone przez innych”.

Jego zdaniem w budowaniu w sobie odwagi pomaga pytanie: „Co najgorszego może mnie spotkać, jeśli…?”. Gdy wysilimy bowiem wyobraźnię i głęboko się zastanowimy, okaże się, że najstraszniejsza rzecz, jaka może się przydarzyć, po prostu nie istnieje. Jako przykład Dyer przywoływał postać swojego przyjaciela Billa, który bał się pójść na przesłuchanie do roli w spektaklu na Broadwayu. Kiedy zadał sobie to pytanie, zrozumiał: „najgorsze, co może mnie spotkać to to, że nie dostanę roli, której i tak nie mam”. Dlatego jeśli się boisz, wiedz, że najskuteczniejszą metodą przełamania strachu jest działanie.

2 . Pamiętaj o tym, co jest dla ciebie ważne

Odwaga to nie jest brak strachu. To świadomość, że istnieje coś większego i ważniejszego, dla czego jesteś gotów spojrzeć mu w oczy. Dlatego David K. Hatch, konsultant specjalizujący się w dziedzinie przywództwa i efektywności przedsiębiorstw, radzi, aby w momentach zwątpienia pamiętać o swoich wartościach i celach. Jaki cel jest dla ciebie na tyle istotny, że nic nie mogłoby cię odwieść od jego zrealizowania? Jakie wartości chcesz realizować w życiu ponad wszystko? Świadomość tego, co naprawdę się dla ciebie liczy, pomoże przezwyciężyć obawy i wątpliwości.

3. Jak najczęściej porzucaj swoją strefę komfortu

„Wystarczy żyć, żeby ciągle ponosić ryzyko. Czeka na nas ryzyko klęski, ryzyko odrzucenia, zawodu samym sobą, rozczarowania innymi” – pisze w książce „Nie porzucaj marzeń” Augusto Cury, brazylijski pisarz i psychiatra. „Nie powinniśmy ryzykować nieodpowiedzialnie, ale nie należy obawiać się wkraczania na nieznane obszary, oddychania powietrzem, którym nigdy wcześniej nie oddychaliśmy”. Zbyt długie pozostawanie w sferze komfortu, w sztucznie podtrzymywanym kokonie bezpieczeństwa, nie tylko uniemożliwia rozwój, ale też daje złudne poczucie, że możemy uniknąć pomyłek, potknięć czy wypadków. Zwiększa się nasza frustracja, za to zmniejsza kreatywność. Niczego się nie uczymy, nie spełniamy swoich marzeń i nie dowiadujemy się nowych rzeczy o sobie i świecie. Dlatego warto od czasu do czasu robić rzeczy, których nigdy wcześniej nie robiliśmy. Odwiedzać miejsca, w których nie byliśmy czy w podobnych sytuacjach postępować inaczej niż do tej pory.

4. Pogódź się z odrzuceniem

Jason Comely jest znany jako autor gry o nazwie „Terapia odrzucenia”. Uczestnicy są w niej zachęcani do tego, by angażować się w specyficzne eksperymenty społeczne. Chodzi o to, by każdego dnia poprosić kogoś o drobną rzecz i uzyskać negatywną odpowiedź. W ten sposób, narażając się na mniej dotkliwe odrzucenie, w dodatku od osób, na których nam nie zależy, powoli zmniejszamy swoją podatność na odrzucenie w ogóle. Jeśli uda ci się zyskać pozytywną odpowiedź, to świetnie, ale i tak musisz podjąć jeszcze jedną próbę, bo bez czyjegoś „nie” – nie pójdziesz dalej. Osoby, które brały udział w tej grze, relacjonowały, że z czasem nie tylko mniej przejmowały się odmową, ale też zauważyły, że o wiele częściej dostawały to, o co prosiły. Czy była to darmowa dokładka w restauracji czy prośba, by zagrać na gitarze muzyka w przerwie jego koncertu, czy też zaproszenie najatrakcyjniejszej dziewczyny w barze na randkę.

Jeden z bardziej ambitnych uczestników gry w odrzucenie  – Amerykanin Jia Jiang postanowił wynieść ją na wyższy poziom i podczas 100 dni stawiać naprawdę bardzo zuchwałe prośby, jak na przykład poproszenie policjanta, by mógł na chwilę usiąść w jego samochodzie. O tym, do jakich wniosków doszedł podczas tego eksperymentu, Jiang opowiedział podczas wystąpienia na konferencji TED. Najważniejszy był taki: odrzucenie daje podobną pewność siebie co zdobywane doświadczenie. Im więcej razy został odrzucony, tym więcej siły miał, by próbować dalej. Jak widać całe to odrzucenie nie jest wcale takie straszne.

5. Obejmij przygodę

Eksperymentuj – zachęca Chris Guillebeau, przedsiębiorca i podróżnik, który w książce „Szczęście w poszukiwaniach” pisze między innymi o inspirującej koncepcji eksperymentów życiowych. Zainicjował ją Allan Bacon – jak podsumowuje go Guillebeau: normalny facet, który miał przyjemne życie i świetną rodzinę, ale jednocześnie niejasne poczucie niezadowolenia. Nie chciał jednak porzucać wszystkiego i ruszać z plecakiem w świat czy biegać co niedzielę maratonów. Zamiast tego postanowił zmieniać swoje rutynowe przyzwyczajenia. Jego pierwsze eksperymenty życiowe były bardzo proste – pójście do muzeum w porze lunchu czy wzięcie udziału w warsztatach fotograficznych. Stopniowo odważał się robić coraz śmielsze kroki i zaobserwował, że wszystkie one dają mu ogromną satysfakcję, zmieniając jego zwykłe, nudne życie, wypełnione codziennymi obowiązkami w jedną wielką przygodą. Inspirując się Allanem, Guillebeau podsuwa pomysły na kilka innych eksperymentów, np.:

  • przez tydzień bierz tylko zimny prysznic,
  • zacznij rozmowę z nieznajomym,
  • zabierz do parku smakołyki dla psów i rozdaj je właścicielom czworonogów, których spotkasz na spacerze,
  • jeśli na zebraniach w pracy zwykle jesteś aktywny, tym razem więcej milcz; jeśli zwykle milczysz, odezwij się,
  • zaoferuj swój pokój lub dom do wynajęcia w serwisie Airbnb,
  • kompletnie zmień rozmieszczenie mebli w sypialni lub salonie,
  • na jakimś cyklicznym spotkaniu celowo siądź w innym miejscu.
6. Stwórz własną bucket list Amerykański film „Choć goni nas czas” w oryginale ma tytuł „The Bucket List” i odnosi się do listy dwóch podstarzałych bohaterów (granych przez Jacka Nicholsona i Morgana Freemana), którzy, po zdiagnozowaniu u nich śmiertelnej choroby, postanawiają spisać rzeczy, które chcą jeszcze zrobić przed śmiercią. Film cieszył się ogromną popularnością i zainspirował rzesze Amerykanów do tworzenia swoich własnych bucket lists i stopniowego realizowania zapisanych na nich marzeń.

Chris Guillebeau rozwija ten pomysł i proponuje, by potraktować taką listę jako życiową misję. Zapisać na niej większe i mniejsze marzenia i realizować kilka z nich co roku. Najważniejsze, by w momencie tworzenia listy nie zastanawiać się, czy plany są realne, kosztowne czy czasochłonne, tylko po prostu napisać o tym, na co zawsze mieliśmy ochotę, a potem znaleźć sposób na realizację tych celów. To mogą być postanowienia typu: pójść na plażę dla nudystów, wybrać się do kina samochodowego, zobaczyć na własne oczy Wielki Kanion, pojechać do Las Vegas i zagrać w ruletkę, zasadzić drzewo, zrobić sobie tatuaż, pójść do opery, wejść na Mount Blanc, odwiedzić każde miejsce wpisane na listę dziedzictwa światowego UNESCO, polecieć helikopterem, opublikować krótkie opowiadanie, zrobić kurs instruktora jogi czy iść na studia podyplomowe. Najlepsze jest to, że realizując kolejno zadania z listy uruchamiamy w sobie odwagę do robienia tego, co zawsze chcieliśmy.

7. Uwierz, że potrafisz David R. Hawkins, psychiatra i nauczyciel duchowy, w swojej najsłynniejszej książce „Technika uwalniania” pisał, że oznaką odwagi jest przekonanie i poczucie „potrafię”.

„To pozytywny stan, w którym czujemy, że jesteśmy pewni siebie, mamy umiejętności, kompetencje, zdolność do działania, czujemy się żywi, kochający i obdarowujący” – tłumaczył.

„W odwadze jest mnóstwo energii, to stan działania, uwolnienia, bycia «gotowym do», spontanicznym, prężnym, zaradnym i pogodnym. W tym stanie potrafimy bardzo efektywnie działać w świecie”.

Do takiego stanu potrzebna jest jednak świadomość swoich umiejętności i talentów. Nie wiesz, do czego jesteś zdolny? Poświęć trochę czasu i spisz po kolei wszystkie rzeczy, które umiesz, sukcesy, jakie osiągnąłeś, oraz dziedziny, w których jesteś dobry. Odnotuj tam także swoje predyspozycje, np. jesteś zdrowy i silny, szybko przyswajasz wiedzę, masz słuch muzyczny, dobry wzrok – to wszystko pozwoli ci dojść do wniosku, że niezależnie od tego, jakie wyzwania życie przed tobą postawi – dasz sobie radę. A to skutecznie niweluje lęk przed nowym i nieznanym oraz dodaje pewności siebie.

8. Pielęgnuj w sobie wrażliwość Brené Brown, badaczka wstydu, odwagi, wrażliwości i poczucia własnej wartości, uważa, że nie ma odwagi bez gotowości, by odsłonić swoje najwrażliwsze miejsca.

„Zamiast siedzieć z boku, krytykować i udzielać rad, musimy odważyć się wyjść do ludzi i pozwolić się zobaczyć. To właśnie jest wrażliwość. To wykazywanie się wielką odwagą” – pisze we wstępie do książki „Z wielką odwagą”.

Wrażliwość w jej rozumieniu to niepewność, ryzyko i narażanie na zranienie własnych emocji. To budzenie się rano ze świadomością, że kochamy kogoś, kto może, choć nie musi, odwzajemnić nasze uczucie, kto może zostać z nami do śmierci, ale równie dobrze może bez uprzedzenia nagle odejść. To pokazanie światu naszego dzieła czy naszych pomysłów bez gwarancji, że zostaniemy zaakceptowani lub docenieni. To też proszenie o pomoc, stawanie we własnej obronie, dzielenie się niepopularną opinią, mówienie „nie” czy rozkręcenie własnego interesu. Jak widać z tych przykładów, wrażliwość zwiększa podatność na zranienia, ale też na odczuwanie szczęścia i spełnienia w życiu. Bez niej żyjemy zachowawczo, jednowymiarowo, biernie i marnie. Za to pielęgnując ją, otwieramy się na prawdziwe przeżywanie. Co więcej, inni to czują, szanują i zwykle odpowiadają tym samym.

Zatem, może rzeczywiście nie ma czego się bać?

  1. Psychologia

Taka, jaka jesteś – jesteś ok

Siła kompleksów zależy od naszego nastawienia. (Fot. iStock)
Siła kompleksów zależy od naszego nastawienia. (Fot. iStock)
Przychodzimy na świat z ciałem, które zostało nam dane. Służy nam do odczuwania siebie i świata, ale też wyraża naszą osobowość i unikalność. Nikt drugi na świecie nie ma takich linii papilarnych jak ty, ale też takiego nosa i rąk, takiego błysku w oku. Dlaczego zamiast docenić ten dar, ciągle doszukujemy się w nim rys i pęknięć?

Z badań samooceny kobiet, których komentatorką była terapeutka Joanna Godecka, wynika, że tylko 20 proc. uważa się za ładne czy atrakcyjne. Oznacza to, że 80 proc. ma kompleksy. – Kompleks z psychicznego punktu widzenia jest brakiem samoakceptacji, samoodrzuceniem – mówi Joanna Godecka. – Odrzucamy jakąś część siebie, osądzając ją jako gorszą i ukrywając to, co uważamy za mankamenty.

My, kobiety, mamy w tym sporo praktyki. Nosimy spodnie odpowiednio maskujące krągłe łydki, wkładamy biustonosze typu push-up, by ukryć brak krągłości piersi. Zagęszczamy włosy, pudrujemy piegi, brak talii skrywamy pod luźnymi ubraniami, chociaż wcale nam się nie podobają. Skąd biorą się te kompleksy? – Często z dzieciństwa spędzonego wśród bliskich, którzy sami mieli kompleksy – odpowiada terapeutka. – Z badań wynika, że matki uważające się za niezbyt atrakcyjne indukują swój model myślenia córkom. Jeśli nie czują się dobrze w swoim ciele i komentują jego niedoskonałości, uczą dzieci postrzegania siebie przez pryzmat słabych stron.

Nawet jeśli w domu nie doświadczamy oceny swojego wyglądu, możemy ją usłyszeć od rówieśników, a ci bywają okrutni. Zaszczepione w dzieciństwie kompleksy zwykle ugruntowują się w okresie nastoletnim, kiedy zmienia się i kształtuje nasza sylwetka – dziewczynom rosną piersi, zaokrąglają się biodra, ale też pojawiają się wypryski czy nadmierne owłosienie. Chłopcy mają z kolei pierwszy zarost, przechodzą mutację. W efekcie później bardzo surowo się oceniamy i nie czujemy się ze swoim wyglądem komfortowo.

Jestem za gruba, więc nie wychodzę z domu

Kompleksy rzutują na wiele sfer życia – towarzyską, uczuciową, zawodową. Utrudniają realizację marzeń, blokują sprostanie aspiracjom. Stajemy się defensywni i koncentrujemy się na przewidywaniu negatywnych scenariuszy, zakładając, że nie mamy szans na spełnienie swoich oczekiwań. Że nie jesteśmy warci sukcesu. Czasem niedoskonałości mogą urosnąć do rangi tak wielkich problemów, że bycie szczęśliwym staje się niemal niemożliwe. Długotrwała koncentracja na wadach i słabych stronach wiąże się z obniżeniem nastroju i większą podatnością na depresję.

– Jeśli lęk przed konfrontacją, wynikający z kompleksów, jest tak silny, że zaczynamy się wycofywać z jakiejś aktywności, będzie on zajmował kolejne obszary – mówi Joanna Godecka. – Jeśli nie pójdę na firmową imprezę, ponieważ uważam, że jestem za gruba, to za jakiś czas nie wybiorę się też na spotkanie w małym gronie znajomych i zacznę popadać w niebezpieczną izolację. Skupiając się na lęku i uznając jego przewagę, daję mu moc. Kiedy zaś coraz bardziej się rozpanoszy, utwierdzę się w przekonaniu, że jakieś drzwi są już dla mnie zamknięte. I może mimo że jestem singielką i pragnę związku, przestanę spotykać się z mężczyznami. Lęk nasyca kompleks, który staje się coraz potężniejszy.

Sprowokowane

Joanna Godecka jako terapeutka uczestniczyła w programach telewizyjnych przy metamorfozach wyglądu kobiet i zauważyła, że skutecznym sposobem na kompleksy są prowokacje. Polegają one na obezwładnianiu kompleksu poprzez wyciąganie go na światło dzienne. Od natężenia lęku zależy, na ile warto próbować robić pewne rzeczy trochę na przekór sobie. – Kobiecie, która dopiero w mocnym makijażu, perfekcyjnej fryzurze i eleganckim ubraniu, może wyjść na ulicę, poradziłabym, żeby przespacerowała się po galerii handlowej nieumalowana, w dżinsach i T-shircie, z włosami związanymi gumką – mówi terapeutka. – Ludzie, którzy uważają się za mało atrakcyjnych, żyją w przekonaniu, że ich mankamenty są nie tylko widoczne, ale wręcz wytykane palcami. A podczas takiego eksperymentu okazuje się, że wzbudzamy takie samo zainteresowanie jak bez maskujących zabiegów. To może być uwalniające przeżycie, bo zaczniemy oswajać się z sytuacjami, które wydawały się groźne. Przestaniemy tkwić w pułapce, że musimy coś zrobić, żeby było dobrze, i dojdziemy do wniosku, że nie musimy już odwracać uwagi od kompleksów.

Dlatego kobiecie uważającej się za zbyt wysoką zalecane jest chodzenie w szpilkach, a niskiej – w balerinach. To nam pomoże w akceptacji siebie i zaprzestaniu odrzucania siebie. – Akceptacja jest dłuższym procesem, który trzeba wspierać – mówi Joanna Godecka. – Nie możemy czekać wyłącznie na wyniki pracy wewnętrznej. Na to, aż prawdziwie pogodzimy się z tym, jakie jesteśmy. Tego typu prowokacje przyśpieszają ten proces. Po pewnym czasie potrzeba prowokacyjnych zachowań znika. Nie chodzi o to, żeby właścicielka masywnych ud zawsze chodziła w legginsach, ale żeby mogła bez problemu chodzić na basen i spacerować w kostiumie kąpielowym po plaży, ciesząc się słońcem i wakacjami.

Nie walcz i nie uciekaj

Siła kompleksów zależy od naszego nastawienia. Ucieczka od kompleksów poprzez zabiegi odwracania od nich uwagi tak naprawdę nasila koncentrację na nich. Joanna Godecka sama zmagała się z lękiem przed wystąpieniami publicznymi, zdarzało się, że podczas emisji na żywo była jak sparaliżowana. – Nie chciałam jednak z tej części mojej pracy rezygnować – opowiada. – Najpierw po prostu mówiłam na wizji, że mam tremę i z tego powodu mogę nie wypaść idealnie. Potem odkryłam, że im mniej myślę o lęku, tym słabiej go zasilam i mniej go we mnie jest. Za to starałam się być dobrze przygotowana i skupiałam się na tym, że wiem, co mam powiedzieć. To był mój drugi sposób. Potem wreszcie pomyślałam sobie – czy ja muszę za każdym razem dawać niebywały występ? Jeśli coś nie pójdzie, to trudno.... To też było pomocne. Jeżeli chcemy coś zwalczyć, za bardzo się napinamy i osiągamy efekt odwrotny.

Kompleksy sprawiają, że podświadomie rywalizujemy z osobami wyższymi, o bardziej gładkiej cerze, mądrzejszymi. Wtedy stajemy w kontrze, prowadzimy wojnę, a to osłabia. Według Nathaniela Brandena, autora książki „6 filarów poczucia własnej wartości”, akceptacja jest odmową bycia własnym wrogiem. – To już wystarczy – mówi Joanna Godecka. – Jeśli nie jesteś swoim wrogiem, to znaczy że jesteś życzliwy i wspierający. Jeśli jesteś wrogiem, walczysz. To, co robisz, i to, co myślisz, jest destrukcyjne, niszczy cię.

Jeśli krytykujesz swoje cienkie włosy, zapytaj się, czy jesteś swoim wrogiem czy przyjacielem. Czy powiedziałabyś to samo komuś bliskiemu? Tym, co człowieka wzmacnia, jest bezpieczeństwo emocjonalne. Dlatego mimo kompleksów, a może zwłaszcza z nimi, okazujmy ludziom otwartość i życzliwość. Chociaż boimy się odrzucenia z powodu nadwagi, podejmijmy próbę kontaktu. Wtedy kompleksy stracą swoją moc. – Zaobserwowałam, że tym, co wręcz magicznie działało na kobiety, które zgłosiły się do programu telewizyjnego, żeby przejść metamorfozę wyglądu, było wsparcie całej ekipy pracującej przy programie. Każdy chciał pomóc: fryzjer, makijażystka, stylistka. Ta życzliwość okazała się uzdrawiająca. Dlatego namawiam do zapraszania ludzi do swojego życia – kiedy dostajemy wsparcie, zaczynamy się czuć bezpieczniej. Zapewnijmy je sobie i innym.

Ćwiczenia z akceptacji

Nauczycielka jogi Tiffany Cruikshank w swojej książce „Zredukuj wagę dzięki medytacji” proponuje dwa ćwiczenia ku większej akceptacji swoich niedoskonałości i swoich atutów.

Ćwiczenie 1. Przezwyciężenie perfekcjonizmu

Nasze niedoskonałości są częścią ludzkiej natury, bez nich bylibyśmy jak roboty, a życie byłoby niesamowicie nudne. To niedoskonałości otwierają nas na relacje i dostrzeganie podobieństw w drugim człowieku. Perfekcjonizm i doskonałość każą trzymać się na dystans. Zatem czy mając tego świadomość, możesz zacząć postrzegać swoje wady jako coś, co czyni cię idealnie nieidealną? Jako część siebie, która pozwala ci nawiązać lepszy kontakt ze światem? Niezależnie od tego, czy są to piegi, cellulit, czy przerwa między zębami.

Wybierz jedną niedoskonałość, która twoim zdaniem szczególnie cię wyróżnia, np. kształt nosa. Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie, że wszyscy ludzie na świecie mają ten sam kształt ciała? Po czym byśmy ich wtedy odróżniali? Może to właśnie niedoskonałości nadają nam charakter? Zastanów się, jak to jest żyć w twoim ciele z twoim nosem. A teraz wybierz trzy cechy, które cię wyróżniają – czy bez nich byłabyś sobą? Cokolwiek wybrałaś: piegi, kształt nosa czy rozstępy po ciąży – zastanów się, jaką rolę te niedoskonałości odegrały w ukształtowaniu ciebie, np. gdyby nie twoje rozstępy, nie byłabyś teraz matką. Jeśli bardzo nie lubisz jakiejś części swojego ciała, spróbuj odpuścić sobie negatywne odczucia na jej temat tylko na jeden dzień. Sprawdź, jak się wtedy poczujesz.

Ćwiczenie 2. Przyjmowanie swojego piękna

Wiele kobiet praktykuje codziennie różne rytuały związane z urodą – robią makijaż, układają włosy, starannie wybierają ubrania. Ale ta rutyna może zamienić się w obowiązkowe przygotowania przed pokazaniem się światu. Przez myśl im nie przejdzie, by wyjść z domu bez makijażu albo z rozczochranymi włosami. Gdy więc zdarzy się im mieć włosy w nieładzie, nie będą czuły się sobą – mimo że nadal sobą będą. A przecież wszystkie mamy w sobie naturalne piękno, które widać też na zewnątrz: uśmiech, blask skóry, długie nogi czy wyraziste oczy. Uwydatnianie naszego piękna i przyciąganie do niego uwagi jest sprytnym sposobem na zaprezentowanie siebie. Kiedyś jednak trzeba powiedzieć „dosyć”. Czy jesteś pewna, że nie możesz pójść do pracy bez makijażu? Przyjrzyj się uważnie swoim nawykom związanym z urodą i zastanów się, czy codzienna rutyna nie stała się obowiązkiem, bez którego wpadasz w panikę. Czy jesteś w stanie bardziej odsłonić swoje naturalne piękno? Zacznij się doskonalić w dostrzeganiu tego piękna – myśl o tych elementach fizyczności, z których jesteś najbardziej zadowolona.

Wymyśl jeden lub dwa sposoby na naturalne podkreślenie urody, które zaczniesz stosować od teraz. Może to być picie większej ilości wody, szczotkowanie włosów aż do połysku czy relaksująca kąpiel z olejkami zapachowymi. Chodzi o metody zupełnie różne od dotychczasowych. Zastanów się też, co możesz wyeliminować z codziennej rutyny dbania o wygląd. Może zrezygnować z jakiegoś kosmetyku? Kupując balsamy i kosmetyki do makijażu, nabywamy jednocześnie przekaz, że nasze piękno zależy od ich użycia. Uświadom sobie, że to, jaka pokazujesz się światu, wysyła innym podświadomy komunikat o tym, czy wierzysz w swoje wrodzone piękno, które kryje się w skórze lub uśmiechu, a nie w warstwie podkładu.

Emocjonalna myśl, która została stłumiona

Pojęcie kompleksu narodziło się na przełomie XIX i XX wieku. Jako pierwszy użył go Josef Breuer, austriacki lekarz i filozof, który współpracował z twórcą psychoanalizy Zygmuntem Freudem. Razem opracowali metodę katartyczną, która polegała na uwalnianiu się od traumatycznego wspomnienia w stanie hipnozy. Zaobserwowali, że po uświadomieniu traumy związanej z konkretnym wydarzeniem i opowiedzeniu o nim, ustępowały objawy nerwicy. W psychologii pojęcie kompleksu rozpowszechnił wybitny szwajcarski psycholog i psychiatra Carl Gustav Jung, dla którego oznaczało ono zbiór ukrytych w nieświadomości myśli, przeżyć i doświadczeń, ujawniających się pod wpływem określonego bodźca. – Dzisiaj kompleks potocznie oznacza dyskomfortowe uczucia, które pojawiają się w związku z ekspozycją społeczną – mówi Joanna Godecka. – Z kompleksem Breuera, Freuda i Junga łączy go to, że najczęściej jest związany z przeżywaniem lęku i wstydu. Kompleksy w jakimś stopniu dotyczą każdego z nas i nikt jeszcze nie wymyślił złotej recepty na ich całkowite uleczenie.