1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Syndrom DDA - bagaż na całe życie

Syndrom DDA - bagaż na całe życie

Przeszłości nie da się ani wymazać, ani wymienić na inną. Można natomiast dokładnie ją rozpracować, zobaczyć, jak wpływa na teraźniejszość, i nauczyć się żyć tak, żeby jak najmniej ciążyła.(Fot. iStock)
Przeszłości nie da się ani wymazać, ani wymienić na inną. Można natomiast dokładnie ją rozpracować, zobaczyć, jak wpływa na teraźniejszość, i nauczyć się żyć tak, żeby jak najmniej ciążyła.(Fot. iStock)
Uzależnienie rodzica i jego psychiczna nieobecność w życiu dziecka to problem na całe życie. Przeszłości się nie zmieni, ale można uporządkować uczucia. Pomaga w tym znalezienie „dobrego obiektu” – mówi terapeutka Jolanta Łagodzińska. 

Pojawiają się ostatnio głosy, by syndrom DDA (Dorosłych Dzieci Alkoholików) potraktować szerzej i zacząć mówić o nim w kontekście problemu dzieci rodziców uzależnionych, bez względu na rodzaj nałogu. Co pani o tym sądzi? To słuszna koncepcja. Dziecko cierpi bowiem tak samo mocno, gdy rodzica nie ma przy nim z powodu alkoholu, narkotyków czy hazardu. Ale dysfunkcja w rodzinie może nastąpić także z innych przyczyn: zaburzeń psychicznych rodzica czy ciężkiej choroby któregoś z dzieci – bo jeśli spowoduje to, że wszyscy są zajęci jego ratowaniem, pozostałe rodzeństwo zostaje zaniedbane. Dlatego ja proponowałabym jeszcze bardziej rozszerzyć to spektrum i zacząć mówić o problemach dorosłych dzieci rodziców nieobecnych, zawodzących, krzywdzących. Bez względu na źródła tej nieobecności”.

Syndrom DDA zakreśla charakter problemów osób nim dotkniętych, ale przez to może trochę odizolowuje je od innych kwestii dorastania, co nie znaczy, że nie opisuje prawdy. Poza tym pełni ważną funkcję: pozwala nazwać problem. Opracowanie skutecznych metod terapii pomogło wielu osobom uporać się z traumą przeszłości. Umożliwiło nazwanie miotających nimi uczuć oraz uświadomiło, że nawet jeśli są one trudne, to mają do nich pełne prawo. Mogli też wreszcie pozbyć się irracjonalnego poczucia winy, że ojciec czy matka pili.

Wspólnym mianownikiem przeżyć dorosłych dzieci rodziców uzależnionych jest chyba to, że w rzeczywistości nigdy nie miały dzieciństwa? To prawda, często zamiast być dzieckiem musiały w jakiś sposób spełniać rolę opiekuna rodzica uzależnionego lub opiekuna drugiego rodzica, który miał z uzależnionym partnerem kłopoty. Taka sytuacja powoduje w głowie i sercu prawdziwy zamęt – duma miesza się z poczuciem krzywdy, pewność z niepewnością... Dziecko pozostaje zazwyczaj w tej plątaninie uczuć bardzo osamotnione.

Trzeba pamiętać, że rodzic uzależniony wpadł w nałóg z jakiegoś powodu. Zazwyczaj ma poważne problemy natury emocjonalnej i nie potrafi ich rozwiązać inaczej, niż zagłuszając nałogiem: hazardem, alkoholem, narkotykami, pracą czy seksem. Nie umie nazywać swoich stanów psychicznych – emocji, pragnień czy potrzeb, a co za tym idzie, rozmawiać o sprawach dla niego trudnych. Najprawdopodobniej jego rodzice również tego nie potrafili, więc go tego nie nauczyli. Teraz niemoc przekazuje swoim dzieciom. Te zaburzone relacje potrafią się ciągnąć przez całe pokolenia.

Dzieci uzależnionych, nieobecnych rodziców będą mieć problemy w relacjach z własnymi dziećmi? One w ogóle nie odnajdują się w relacjach – między innymi dlatego, że mają silną potrzebę kontrolowania uczuć nie tylko własnych, lecz także przyjaciół, partnera czy swoich dzieci. Takie osoby zazwyczaj nie potrafią się rozluźnić, pozwolić sobie na spontaniczność. Bliskość wzbudza w nich panikę, a brak bliskości – cierpienie. Utrata kontroli nad własnymi uczuciami powoduje lęk i stany depresyjne.

Rodzic jest dla dziecka alfą i omegą, więc jeśli zawodzi i porzuca, serwuje mu prawdziwy dramat. Po takim doświadczeniu synowi czy córce trudno w dorosłym życiu obdarzać zaufaniem zarówno ludzi, jak i świat.

Uderza to chyba także w ich podstawowe poczucie własnej wartości? Rodzic tkwiący w nałogu nie potrafi objaśnić swojemu dziecku świata, a nawet jeśli to robi – w chwilach trzeźwości – to potem zaprzecza wszystkiemu swoim postępowaniem i niekonsekwencją. Nie jest w stanie pomóc dziecku w nazwaniu tego, co ono przeżywa. Zresztą skąd ma to umieć, skoro sam nie wie, co się tak naprawdę z nim dzieje? Prędzej obarczy dziecko jeszcze swoimi emocjami.

Myślę, że zaniżone poczucie własnej wartości jest czymś wspólnym dla dorosłych dzieci rodziców uzależnionych. I nawet jeśli taka osoba odnosi znaczący sukces, jest podziwiana, to i tak często czai się w niej gdzieś głęboko ukryte zwątpienie we własne siły i możliwości. A temu towarzyszy strach, że lada chwila wyjdzie na jaw prawda i wszyscy dowiedzą się, że jest kimś bezwartościowym. Pod zewnętrzną maską powodzenia często kryje się depresja. Czarna dziura, jaką nosi w sobie dziecko, nie pozwala mu w pełni cieszyć się życiem. I jeśli się z nią w końcu nie upora, może – tak jak rodzic – popaść w jakiś rodzaj nałogu jako autodestrukcyjnej obrony, żeby zagłuszyć w sobie rozpacz.

Nie da się w nieskończoność udawać przed sobą i światem, że wszystko jest w porządku… Tłumiony ból psychiczny szczególnie mocno daje o sobie znać w chwilach przełomu, a więc: przejścia z dojrzewania w dorosłość, zakończenia studiów i rozpoczęcia pracy, małżeństwa, narodzin dziecka... Wówczas rozpacz może osiągnąć takie rozmiary, że dotknięta nią osoba kompletnie się pogubi.

Dorosłe dzieci rodziców uzależnionych, zawodzących często tkwią w nieustannym rozdarciu między jątrzącą się raną z przeszłości a mobilizowaniem się do jak najlepszego funkcjonowania w teraźniejszości. To tak jakby mieć spory garb, a ze wszystkich sił starać się trzymać prosto, jak struna.

Można ten ciężar zrzucić? Przeszłości nie da się ani wymazać, ani wymienić na inną. Jest jaka jest i zawsze nosimy ją w sobie. Można natomiast dokładnie ją rozpracować, zobaczyć, jak wpływa na teraźniejszość, i nauczyć się żyć tak, żeby jak najmniej ciążyła.

Jak to zrobić? Każdy przypadek jest odmienny, bo o sile traumy decyduje konkretny układ rodzinny. Z innym ciężarem boryka się kobieta, której ojciec był uzależniony, ale mogła liczyć na wsparcie matki, a z innym taka, która musi się zidentyfikować z matką tkwiącą w nałogu albo broni się przed tym tak bardzo, że nie może w pełni skorzystać z własnego potencjału, nie potrafi być sobą. Ważne też, który rodzic był uzależniony i jak zachowywał się drugi. Jaką postawę przyjmowała dalsza rodzina... Takie czynniki oraz wyposażenie genetyczne dziecka decydują o rodzaju i sile zaburzeń.

Na czym polega wpływ genetycznego wyposażenia? Chodzi tu głównie o odporność na stres – ona jest również zdeterminowana biologicznie. Można to zaobserwować już na etapie wczesnego dzieciństwa. Jedne noworodki zwyczajnie łatwiej znoszą dyskomfort spowodowany dźwiękiem, światłem czy brakiem matczynej piersi, inne w podobnych, niesprzyjających okolicznościach szybciej wpadają w rozpacz.

Jaki rodzaj terapii dla dorosłych dzieci rodziców uzależnionych jest najbardziej właściwy? Ważne, żeby to była terapia głęboka, pozwalająca dowiedzieć się: co czuję, co myślę, co się właściwie ze mną dzieje, co jest nie w porządku z moim życiem. Powinna to być terapia badająca nieświadome powody działania i powtarzania destrukcyjnych schematów.

Jednym pomoże terapia grupowa czy grupy wsparcia – ludzie o podobnych doświadczeniach stwarzają przestrzeń, w której można się odnaleźć, pomyśleć: inni mają tak samo, wypłakać się, wyżalić i być lepiej zrozumianym. Innym bardziej będzie odpowiadać terapia indywidualna, bo pozwoli skupić się im bardziej na sobie. Stwarza ona także szansę na odzyskanie tzw. dobrych obiektów, czyli takich postaci z przeszłości, które w dzieciństwie dawały chociaż trochę wsparcia, zrozumienia i opieki. To może być babcia, ktoś z rodzeństwa, dalsza kuzynka czy nauczyciel. Powrót do pozytywnego doświadczenia relacji z taką osobą pozwala dostrzec, że jednak był ktoś przewidywalny, wspierający, a więc nie cały świat zawodził i ranił.

Można powiedzieć, że dopóki dorosłe dziecko uzależnionego, zawodzącego rodzica nie przepracuje negatywnych doświadczeń w obecności neutralnej postaci terapeuty, który pomieści w sobie jego trudne uczucia: gniewu, wstydu, żalu, pretensji i straty po niespełnionym pragnieniu posiadania dobrego rodzica – tak długo nie odzyska dla siebie „dobrego obiektu”. Wówczas „zły obiekt”, a więc uzależniony rodzic, cały czas ma siłę negatywnego oddziaływania i powraca w każdej istotnej w późniejszym życiu osobie – przyjacielu, partnerze, szefie…

Niczym zarzucona kotwica, nie pozwala wypłynąć na pełne morze? Dorosłe dziecko uzależnionego rodzica dąży nieświadomie do tego, żeby spotykały je sytuacje powtarzające negatywne doświadczenie z dzieciństwa. Zdecyduje się na przykład na współpracę ze źle traktującym je zwierzchnikiem, na przyjaciół wybierze toksyczne osoby albo zwiąże się z nieodpowiedzialnym, raniącym partnerem. Zrobi tak, choćby świadomie deklarowało inne pragnienia, ponieważ w tych destrukcyjnych sytuacjach czuje się swojsko, dobrze je zna. Prowokując je, nie musi przeżywać napięcia związanego z lękiem, że za chwilę wydarzy się coś złego. Bo to złe ma na co dzień, jest do tego przyzwyczajone.

Przejście terapii jest tak ważne dlatego, że pomaga poznać i rozumieć siebie, a to podstawa wewnętrznej stabilności. Terapeuta tłumaczy, jak akceptować swoje emocje i jak lepiej siebie traktować. Dzięki takiej pracy nad sobą można przezwyciężyć podświadomy przymus powtarzania złego scenariusza z dzieciństwa i zacząć tak kierować swoim życiem, żeby doprowadzać do sytuacji, które budują, a nie niszczą.

[newsletterbox]

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Życie w iluzji - kim jest kobieta współuzależniona?

Podejrzliwość, brak nadziei, nerwice, fobie – to dotyka koalkoholiczki. Tam, gdzie inni mają intymne myśli, marzenia, plany ona nie ma nic. Kobieta współuzależniona buduje relacje na zasadach współuzależnienia ze wszystkimi, z dziećmi, z przyjaciółmi (fot. iStock)
Podejrzliwość, brak nadziei, nerwice, fobie – to dotyka koalkoholiczki. Tam, gdzie inni mają intymne myśli, marzenia, plany ona nie ma nic. Kobieta współuzależniona buduje relacje na zasadach współuzależnienia ze wszystkimi, z dziećmi, z przyjaciółmi (fot. iStock)
Twój wewnętrzny mikroskop nastawiony jest na niego: co robi, jaką ma minę, czy zjadł, czy wypił kawę, co czuje, czy załatwił sprawy, których sam powinien pilnować? Nie bawisz się na imprezie, kopiesz go pod stołem, żeby więcej nie pił. Myślisz: „Czemu siedzi z boku? Może już wypił? Gdzie schował butelkę?” Jeśli tak, to ten artykuł jest dla ciebie i o tobie.

Zawsze sobie radzisz. Jeśli on roztrwoni wszystko i nie masz na mleko dla dzieci, pożyczasz od matki emerytki, sprzedajesz biżuterię po babci, nie idziesz na dodatkowe studia, choć pomogłyby ci w karierze. Myślisz, że to ostatni raz, ostatnie twoje poświęcenie. Ale alkoholik, hazardzista, każdy uzależniony, wywoła kolejny kryzys. Będzie tak, dopóki się z nim nie rozstaniesz. Wmówił ci, że pije, ćpa, gra itd. przez ciebie. Jak będziesz milsza, gospodarna, szczuplejsza, przestanie! Chodzisz więc wokół niego na rzęsach, spełniasz nierealne wymagania, żeby tylko był zadowolony. Ulegasz jego manipulacji, bo tak jak wy teraz żyli też twoi rodzice.

No więc pilnujesz jego spraw, umawiasz do dentysty itd. Napisałaś za niego pracę dyplomową i prosiłaś tylko, żeby przeczytał. Masz czas, bo rezygnujesz z siebie: „Kiedy już go uzdrowię, zajmę się sobą”, ale to „uzdrawianie” nigdy się nie kończy i każdego dnia pochłania tyle sił, że zapominasz o swoich ambicjach. Wierzysz, że poradzisz sobie z jego nałogiem, choć jest coraz gorzej. Ty jednak tego nie widzisz, bo sama już zachorowałaś, jesteś współuzależniona, jesteś koalkoholiczką. I jeśli nawet zdarzy się cud i on przestanie, ty będziesz potrzebowała odwyku od bycia współuzależnioną.

Kiedy on przestaje, ona zaczyna

Kiedy Robert, 36-letni inżynier, przestał pić, w lodówce zaczął znajdować wino. To Ewa, jego żona, do czasu gdy pił abstynentka, zaczęła przynosić alkohol i zapraszać koleżanki.

„Nie pijcie przy mnie – prosił. – Mogę się nie powstrzymać, dla mnie to męka”. Ewa: „Jak piłeś, to byłeś porządnym człowiekiem. Teraz jesteś śmieć, lepiej, żebyś pił”, i potok pretensji: „Nie nadajesz się na męża ani na ojca, tylko do zapłodnienia, a potem wykastrować!” – z byle powodu wszczynała awantury. Robert zwykle wychodził, nie zawiązując nawet sznurówek. Ale ile można wychodzić? Ewa była jedyną kobieta, którą uderzył. Miał tak straszne poczucie winy, że mogła nim dyrygować: „Zrób to, zrób tamto…” .

– Myślałem, że gdy zrozumiem, jak ją skrzywdziłem, pijąc, zmienię się tak, że będzie nam dobrze. Poszedłem więc na AL-Alone, grupę dla współuzależnionych, tam chodzą żony alkoholików – mówi Robert. – Trudno mi było: mężczyzna alkoholik i kobiety ofiary pijaków, ale też ze zdumienia otwierałem oczy, jak bardzo krzywdziłem bliskich…

Po roku na jednym z mitingów wszystkie kobiety jak w transie zaczęły utyskiwać na mężczyzn, że to podłe ludzkie śmieci, a Robert zobaczył w nich Ewę. Żadna, jak i jego żona, nie widziała swojego współuzależnienia, tego, że nie tylko pijak był winny temu, jak wyglądało ich życie. Zaczął namawiać Ewę, żeby teraz ona poszła z nim na miting AA i poczuła jego ból. Wyśmiała go: „Ja jestem ofiarą, ty sprawcą! Ty się lecz, ja jestem zdrowa!”.

Wziął się jeszcze raz w garść i postanowił żyć jak prawdziwy mąż, razem z Ewą gospodarować, pomagać jej, dowiedzieć się, na co idzie pensja, którą jej oddawał. Awantura była straszna. Ewa odmówiła wspólnego gospodarowania i powiedziała, że nie będzie już z nim spać. „Nie zasługujesz na mnie!” – usłyszał.

Ostatnie dwa lata Robert był z nią tylko ze względu na syna, ale gdy Piotruś wykrzyczał mu w twarz: „Wypier….. z domu”, zrozumiał, że chłopak rośnie w atmosferze wrogości i pogardy. Spakował się z poczuciem, że jeśli jeszcze choćby jeden dzień zostanie w domu, to zacznie pić. Do sądu Ewa przyszła w sukience, na szpilkach, z makijażem, piękna. Chciała, żeby widział, co traci. Poczuł się jak śmieć. Ale nie poszedł się napić, zadzwonił do sponsora z AA…

Współuzależnienie to adaptacja do złej sytuacji

Zofia Ignatowicz, terapeutka z warszawskiej Poradni Odwykowej „Petra”: – Żona alkoholika marzy, żeby mąż przestał pić, ale jeśli zdarza się ten cud, nie potrafi odnaleźć się w normalnej relacji. Zdrowiejący alkoholik chce sam o sobie decydować, kontrolować siebie. A do tej pory to ona musiała radzić sobie ze wszystkim i z tego czerpała poczucie wartości. Jeśli pozwoli mu być partnerem i prawdziwym mężem, straci to poczucie. Co dostanie w zamian? Wreszcie będzie mogła zająć się sobą, swoimi marzeniami, karierą, urodą, tym, co jej tylko przyjdzie do głowy. Ale ona zawsze żyła sprawami partnera: czemu pije, jak to zrobić, by przestał? I kiedy teraz niczego nie musi i może odpocząć, wpada w panikę: dopada ją poczucie pustki. Tam, gdzie inni mają intymne myśli, marzenia, plany ona nie ma nic. A to tak jakby jej samej nie było... Z łatwością odganiała od siebie to przerażające poczucie, kiedy żyła na baczność, skupiona na pokonywaniu kolejnych kryzysów. Łatwo pozbywała się rozpaczy z powodu tracenia samej siebie, strachu przed tym, który ją krzywdził i złościł, bo miał kochać, a zdradza z butelką. Uciec przed tymi emocjami umie tylko w jeden sposób, dalej chce partnera kontrolować. Przeżyła z nim straszne chwile, pragnie zadośćuczynienia, a jeśli tego nie dostaje, prowokuje męża, aby się napił.

Mój tata pił jak mój mąż

Zofia Ignatowicz: – Istotą współuzależnienia jest adaptacja do życia w złych warunkach, w nieprawidłowej relacji z najbliższą osobą. Ta adaptacja zazwyczaj zaczyna się w dzieciństwie, bo osoby współuzależnione pochodzą z rodzin dysfunkcyjnych, czyli takich, w których jedno z rodziców piło, ćpało, stosowało przemoc lub chorowało psychicznie. Już więc w dzieciństwie nauczyły się uważać na każde słowo, bo byle co mogło spowodować wybuch. Nauczyły się nie liczyć na troskę bliskich, a raczej spodziewać złego traktowania. Ponieważ dobrych relacji nie poznały, kiedy dorosną, nie uciekają przed tym, kto się awanturuje, jest niegodny zaufania.

Kobiety wychowane w zdrowych rodzinach po dwóch, trzech latach, jeśli pijak nie zaczyna terapii, odchodzą. Nieważne, czy mają z nim dzieci, wspólne biznesy, czy nie. Wiedzą, że skrzywdziłyby dzieci, wychowując je w takim domu, i ile ryzykują, prowadząc interesy z kimś, kto nie panuje nad sobą, bo jest uzależniony.

– Mój tata pił, kiedy byłam mała – mówi Ewa. – Pamiętam, jak szarpie się z mamą na schodach, bo mama nie chce go puścić do kumpli. Albo jak wsiadał na motocykl, a mama na rowerze goniła go przez całe miasteczko… Mama była skupiona na ojcu, wszystko kręciło się wokół niego. Mówiła, że tatuś źle się czuje i dlatego krzyczał, że zgubił nasze pieniążki, bo jest chory. Zawsze go usprawiedliwiała. Miałam 20 lat, kiedy tato pijany wracał do domu i zginął w wypadku. Kiedy poznałam Roberta, nie przeszkadzało mi, że pił, bo pił jak wszyscy. Po ślubie, kiedy urodził się Piotr, chciałam, żeby więcej pomagał i wtedy zaczęły się awantury. Nie wierzę w żadne „współuzależnienie” – kręci głową Ewa. – To wymysły alkoholików, kolejne alibi. Faceci po prostu tacy są. Dlatego po rozwodzie nie szukałam kolejnego męża. Zajęłam się wychowaniem syna, żeby nie był jak jego ojciec, pijakiem, śmieciem.

Z pokolenia na pokolenie

Piotr, syn Roberta i Ewy, ma 24 lata, nie skończył studiów, nie zagrzał dłużej miejsca w żadnej pracy. Kiedy Robert się wyprowadził, cała uwaga Ewy skupiła się na synu. Kontrolowała każdy jego krok, pomagała, krytykowała, pouczała. Piotr uciekł od matki, ożenił się z pierwszą dziewczyną, jaką poznał. Matka nadal dawała mu pieniądze, starała się o przedłużenie urlopu dziekańskiego, załatwiała prace itp. Zażegnywała kryzysy, jakie syn wywoływał, podobnie jak robiła to w przypadku jego ojca.

Niedawno, pierwszy raz od rozwodu, Ewa zadzwoniła do Roberta: „Ratuj Piotra! Ty się na tym znasz, jak to zrobić, żeby przestać pić. Ukrywałam to przed tobą, ale on pije, a teraz jego żona odeszła. Boję się o naszego syna”. Robert miał  pretensje, czemu wcześniej mu nie powiedziała. Ewa broniła się, że chyba umarłaby ze wstydu, mówiąc komukolwiek, że jej syn pije. Była pewna, że sama mu pomoże, oduczy. Ale najwidoczniej złe geny Roberta przeważyły.

Zofia Ignatowska: – Kobieta współuzależniona buduje relacje na zasadach współuzależnienia ze wszystkimi, z dziećmi, z przyjaciółmi. Myśli za nich, radzi im, jest przekonana, że wie, co dla nich najlepsze. Dla dzieci to szczególnie szkodliwe, bo nie pozwala im się rozwijać i usamodzielniać, nie daje przestrzeni i swobody. Nawet gdy mają 30 lat, dyktuje, jaką kanapę kupić do ich mieszkania. Ta wieczna kontrola i krytyka sprzyja temu, by dzieci powieliły wzory dostarczone przez pijącego rodzica.

Uderzyłeś mnie pięścią

Marta, 28-letnia menedżerka, zorientowała się, że Patryk pije, dopiero w dniu ślubu. Spił się jak świnia, a po powrocie do domu nie poszedł z nią do sypialni, pił dalej z kuzynem. Czekała, czekała... Wyszła przez balkon, wsiadła do samochodu i pojechała przed siebie. Płakała: „To moja noc poślubna!”. Nie mogła wrócić do rodziców, było jej wstyd. Rano wróciła do Patryka. Zrobił jej awanturę, jak mogła, przecież w domu nocuje jego rodzina i on musiał się z nimi napić! Zaczęła go przepraszać…

Uderzył ją pierwszy raz miesiąc po ślubie. Jako jedyna trzeźwa wiozła do pracy jego i kuzyna. Poprosiła, żeby byli ciszej. Chciał uderzyć ją w twarz, ale trafił w szyję. Kuzyn kazał mu wysiąść i oddał cios: „Poczuj się jak Marta!”. Dalej pojechali we dwójkę. Kiedy Marta wróciła do domu, Patryka nie było. Przestraszyła się, że sobie coś zrobi. Już wcześniej straszył ją, że jest w rozpaczy i się zabije, bo ona jest dla niego niedobra, nie dba o dom, myśli tylko o pracy. Pojechała go szukać, bo czuła, jak musi być mu smutno i źle, przecież nie chciał nic złego, był pijany…

Kiedy wieczorem Patryk wrócił, pokazał jej podbite oko i wykrzyczał: „Zobacz, co mi się przez ciebie stało!”. „Masz przestać pić!” – powiedziała mu. I przez miesiąc nie pił. – Byłam szczęśliwa, zaczęłam myśleć o dziecku i o tym, że powinnam więcej uwagi poświęcać domowi – mówi Marta. – Praca pracą, ale przecież małżeństwo jest ważniejsze. Zaczęłam gotować i nie brałam dodatkowych zleceń. Ale Patryk zawsze miał jakieś „ale” i znów zaczął pić.

Po dwóch latach małżeństwa popchnął Martę tak, że stłukła szybę w drzwiach i pokaleczyła nogę. Uciekła zakrwawiona do koleżanki, a on krzyczał za nią, że to jej wina, bo z byle piwa robi problem, że jest jak jego matka. Wróciła po dwóch dniach, bo się o niego martwiła.

Jeszcze trzy razy wyprowadzała się i wracała. – Przecież Patryk to dobry człowiek, mówiłam sobie – wspomina Marta. – Kiedyś kupił mi wielki kosz kwiatów, grał dla mnie na gitarze, nazywał swoim cudem. Przecież to niemożliwe, żeby się tak zmienił!

Któregoś dnia, kiedy uciekła z domu, zanocowała u przyjaciela ze studiów. Przytulił ją, bo płakała, zaczął całować. – Zachwycał się moim ciałem, był taki delikatny, a ja czułam, jak mi tego brakuje: tej delikatności. Patryk śmierdział alkoholem nawet gdy twierdził, że nie pił, i jak kładłam się z nim do łóżka, to odwracałam głowę… Ale od ślubu z nikim się nie spotykałam: tylko Patryk i Patryk. Wtedy u Jaśka coś mi w głowie przeskoczyło i chyba dzięki temu poszłam do psychoterapeutki.

Koalkoholiczka trzeźwieje

Gdyby stłuczona szyba rozcięła tętnicę udową, a nie kolano, Marta mogłaby się wykrwawić na śmierć. Patryk by jej nie pomógł. Nie martwił się o nią. To ona martwiła się o niego. Terapeutka uświadomiła Marcie, że ryzykuje nie tylko szczęście, ale i życie.

Zofia Ignatowicz: – Kobieta współuzależniona ma zaburzoną ocenę rzeczywistości i myśli, że to tyran potrzebuje pomocy, że sam sobie nie poradzi. Głaszcze go więc po głowie, wierzy, że on się poprawi. Wie, że to mężczyzna, ale traktuje go jak dziecko. Tak zdejmuje z niego odpowiedzialność i wspiera nałóg. Myśli magicznie, nie pamięta, ile razy zdemolował mieszkanie, pamięta tylko, że na pierwszej randce był szarmancki i wierzy, że znów będzie taki cudowny jak wtedy. Nie będzie. Osobowość alkoholika, jego system wartości, zdolności intelektualne i wrażliwość – wszystko ulega degradacji i on staje się manipulantem i egoistą, dla którego alkohol jest najważniejszy. Mężczyzna, z którym ona sypia, nie jest tym, z którym chodziła na randki. Miłych chwil jest coraz mniej, ale ona żyje iluzjami. Jak obudzić się z tego złego snu?

– Terapeutka poleciła mi zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że stoję przed Patrykiem. Co czuję? Ścisk w żołądku, lęk… Czy takie emocje budzi w nas ten, kogo kochamy? No nie – wspomina Marta. – Podczas terapii zdałam sobie sprawę, że bagatelizuję chamstwo Patryka, usprawiedliwiam go, mówiąc, że pije, bo miał zimną jak butelka wódki matkę i ojca, który nigdy go nie przytulił. Analizuję jego zachowanie po to, by znaleźć uzasadnienie: w pracy ma ciężko i dlatego tak się złości. Ukrywam przed nim siniaki i łzy, żeby mu nie było smutno.

Zofia Ignatowicz: – Pierwszy krok ku ozdrowieniu to zrozumieć, że jest się uwikłaną w destrukcyjny układ. Kolejny to zmiana przekonań z: „kluczem do dobrego życia jest to, żeby on się zmienił” w: „kluczem do dobrego życia jest to, żebym ja się zmieniła i zadbała o siebie”.

Ku wolności

Podejrzliwość, brak nadziei, nerwice, fobie – to dotyka koalkoholiczki. Do tego natręctwa (np. przymus sprzątania, bo pomaga rozładować napięcie i stres), uzależnienie od leków uspokajających (pomagają pokonać poczucie krzywdy i winy) i depresja, bo rezygnując z realnego wpływu na życie, żyją iluzjami, że zmienią pijaka.

Marta poznała te statystki i to też ugruntowało ją w decyzji o rozwodzie. Musi tylko uniezależnić się finansowo od Patryka. Terapeutka pomogła jej skupić się na tym, jak to osiągnąć.

Zofia Ignatowicz: – Jeśli uda się jej całą energię, jaką wkładała w ratowanie męża, skierować na siebie, szybko zdobędzie to, co zaplanuje. Współuzależnione to silne i mądre kobiety, potrzeba im tylko tego, co daje terapia: zdjęcia z nich poczucia odpowiedzialności za picie męża. I przekonanie, że jeden człowiek nie jest odpowiedzialny za uczucia i zachowania drugiego. Mamy wolną wolę.

  1. Seks

Więźniarki przyjemności. O kobiecym seksoholizmie mówi Katarzyna Miller

Erotomania nie jest męską domeną. Kobiety na równi z mężczyznami nałogowo świntuszą w Internecie, wpadają w masturbacyjne ciągi, uprawiają seks z przypadkowymi partnerami. (Fot. iStock)
Erotomania nie jest męską domeną. Kobiety na równi z mężczyznami nałogowo świntuszą w Internecie, wpadają w masturbacyjne ciągi, uprawiają seks z przypadkowymi partnerami. (Fot. iStock)
Wbrew obiegowej opinii erotomania nie jest męską domeną. Kobiety na równi z mężczyznami nałogowo świntuszą w Internecie, wpadają w masturbacyjne ciągi, uprawiają seks z przypadkowymi partnerami. A jednak kobiecy seksoholizm to wciąż temat tabu – zwraca uwagę Katarzyna Miller.

Zacznijmy od podstaw: seksoholizm i nimfomania to to samo? Nimfomania to ciągła, wyniszczająca konieczność uprawiania stosunków płciowych, przesłaniająca inne potrzeby kobiety. Natomiast seksoholizm, czyli uzależnienie od seksu, to coś szerszego. Tylko część osób uzależnionych od seksu dąży do stosunku albo orgazmu – bywa, że nawet kilka razy dziennie. Nałogowe zachowania seksualne mogą być bardzo różne. Można być uzależnionym od romansów, od tego dreszczyku związanego z polowaniem i uwodzeniem, bardziej niż od samego aktu. Seksoholiczką może być więc uwodzicielka, która musi zdobyć każdego mężczyznę, choć nie musi wcale iść z  nim do łóżka.

Można być seksoholiczką i nie uprawiać seksu? Można. Nałogowe myślenie o seksie też należy do tej kategorii. Seks jest zupełnie normalną częścią życia. Dlatego trudno na pierwszy rzut oka określić, czy coś jest już uzależnieniem, czy nie. Tak samo jak z alkoholem: są ludzie, którzy piją sporo, a mimo to nie są uzależnieni, są też trzeźwi alkoholicy, którzy nie piją wcale, a mimo to są w niewoli nałogu... A więc ktoś uzależniony od seksu może uprawiać seks, może się masturbować, ale może tego w ogóle nie robić. Za to może być na przykład skłonny nadawać seksualne znaczenie sytuacjom, które dla innych takiego znaczenia nie mają. Może ciągle fantazjować o seksie. Każde zachowanie seksualne może być nałogowe, czyli kompulsywne.

Dlaczego uzależniamy się od seksu? Uzależnienie dopada człowieka, który ma w sobie jakiś brak, wieczne poczucie niespełnienia, jest mu w życiu źle. A przy tym nie widzi drogi wyjścia, czuje się bezradny. Ma niskie poczucie wartości własnej, obwinia siebie o to, że tak, a nie inaczej wygląda jego los, cierpi i nie chce cierpieć. Więc zasłania oczy swojej duszy, zajmuje umysł czym innym. W wypadku seksoholizmu to jest seks. Nawet myślenie o nim potrafi nadać życiu sens na dobrą chwilę. Póki organizm się nie uzależni, za każdym razem dostaje to, o co mu chodzi, czyli oderwanie od cierpienia.

Po jakimś czasie chce się jednak więcej... Bo następuje faza plateau, czyli jest OK, ale już nie ma tego haju co na początku. Właściwie normalny zdrowy człowiek by już przestał. Ale uzależniony nie może przestać, bo się nie nauczył innych sposobów poprawiania sobie nastroju. A zdążył się przyzwyczaić do tego, że mu się ten nastrój poprawia. Więc zwiększa dawkę. Uzależnienie to nic innego jak nałogowe zachowania regulujące emocje człowieka. To manipulowanie swoimi emocjami. Nie mam zamiaru pracować nad tym, by innymi sposobami, które są pracochłonne, czasochłonne i nie tak skuteczne, to „niebo” osiągać. „Holizmy” dotykają ludzi, którzy chcą mieć niebo na ziemi, i to ciągle.

I zaczyna się staczanie. Bo człowiek uzależnia się od substancji chemicznych wytwarzanych przez jego własny mózg – i realny seks, i tworzenie fantazji mają to do siebie, że w ich wyniku wydzielane są naturalne hormony szczęścia, czyli endorfiny. Człowiek przestaje się kontrolować. Nie baczy na to, czy inni to zauważają, bo ludzie i inne sprawy powoli przestają się w jego życiu liczyć. Zaczyna tracić zdrowie. Nie ogląda świata w całości, widzi tylko to, co go uzależnia. Seksoholizm to szczególnie podstępne uzależnienie, bo pozornie to zwykła fizjologia, a widziałam wielu zniszczonych nim ludzi. Czy to na skutek wielodniowych ciągów masturbacyjnych, czy seksualnych przygód, czy ucieczki od rzeczywistości w różowy świat erotyzmu. W tym ostatnim zwłaszcza przodują kobiety.

Są różne uzależnienia. Dlaczego jedni popadną akurat w alkoholizm, a inni uzależnią się od seksu? Kiedy myślę o seksoholiczkach, pojawia mi się obraz maskotki rodzinnej. Dziewczynki, która grała rolę kogoś, kto rozładowuje napięcia przez swój urok. Najmłodsza albo przymilna, albo ładniutka. I ona prędzej czy później się orientuje, że ten rodzaj zachowania ściąga uwagę. Ona przez to istnieje. Dorośli często delegują dzieci do takich ról. I taka dziewczynka, dorastając, może kontynuować tę drogę wzbudzania w sobie i otoczeniu erotycznego napięcia. A więc nieustannie fantazjuje, romansuje, uwodzi. Może nawet nie być rozbudzona do dojrzałego seksu, ale być seksoholiczką. Jednak główną przyczyną jest molestowanie seksualne. Na seksoholizm narażone są osoby, które jako dzieci były nadużywane albo uwodzone.

Przeczytałam, że ponad 80 procent seksoholików to właśnie ofiary molestowania w dzieciństwie. To przerażające. Skala tego zjawiska jest wbrew pozorom ogromna. Warto to podkreślić: wszyscy molestowani mają problem z seksem. Nie wszyscy zostaną seksoholikami, ale muszą ten temat przepracować. Molestowane dziecko czuje lęk, ma poczucie winy, bo wie, że dzieje się coś, co nie powinno się dziać. Obwinia zwykle o to siebie, a więc do siebie czuje obrzydzenie i nienawiść. Szczególnie gdy molestowanie sprawia mu na poziomie fizycznym jakąś przyjemność. Nie umie sobie poradzić z takim zestawem emocji. Więc często wypiera to, co się działo, a w dorosłym życiu ucieka od seksu w ogóle. Ale może też poczuć, że seksualne zachowania to jedyna droga, by poczuć się ważnym, by zdobyć zainteresowanie. I droga do seksoholizmu otwarta.

Myślałam, że molestowanie to konkretny czyn. Rozszerzasz tę definicję. Molestowanie seksualne to patrzenie na dziecko jak na obiekt seksualny. Skala jest spora: od nieświadomego nastawienia, myślenia o tym, aż do współżycia. W domach, w których rodzic jest niespełniony seksualnie, atmosfera może być przesycona jego seksualnym pragnieniem. Choć wprost nic się nie mówi, nic się nie dzieje. Ale dzieci mogą to napięcie brać na siebie. Niespełniona matka może zawłaszczać tak synka. Gdy matka jest pozaseksualna, napalony tata zaczyna wysyłać sygnały zainteresowania w stronę córki.

To wystarczy, by została seksoholiczką? To jest tylko grunt. Tak wychowana dziewczynka musi mieć jeszcze ów brak w sobie. Jeśli była nadużywana, zaznała wielkiej ulgi i uczucia nagrody w związku z przeżyciem seksualnym – zwykle wystarczy. Może być też tak, że dziewczyna jest nie za bardzo świadoma albo zainteresowana sprawami umysłu. W pewnym momencie życia czuje: jestem seksualna. Znalazła coś, co ją spełnia. A więc będzie to powtarzać. Jak w słynnym doświadczeniu ze szczurami, które naciskały klapkę pobudzającą ich ośrodek rozkoszy w mózgu tak długo i często, aż zdychały. Uzależnienie to powolne wykańczanie siebie, do zatracenia. Człowiek czuje się bezradny wobec przedmiotu swoich potrzeb. Znałam kobietę, która była zarówno seksoholiczką, jak i alkoholiczką – to się świetnie ze sobą łączy. Została zamordowana w swojej własnej piwnicy. Jakiś menel zabójca ją tam ściągnął. Bo zatraciła instynkt samozachowawczy.

 
Dlaczego tak się dzieje? Bo zostawia się siebie. Zostawia się tego nieszczęśliwego człowieka, którego mamy wewnątrz, zupełnie samego. Przecież owo nieszczęście, które każe uciekać, trwa, nie zniknęło. Dlatego powstało uzależnienie, że ciągle jest ten robak do zalewania, ten smutek wewnętrzny do zasłaniania innymi doznaniami. I człowiek jest coraz bardziej nieszczęśliwy. Ponieważ wybrał coś, co jest używką, ułudą, zamiast siebie samego. W seksoholizmie nie ma znaczenia, z kim się ciupciasz. Ważne, w umownym sensie, że się wykonuje te śmieszne ruchy. Można to robić ze sobą samym. Kiedy dziewczyna pisze, że wielokrotnie w ciągu dnia doprowadza się do orgazmu, to ja się zastanawiam, co ona w ogóle w życiu robi. Bo wygląda na to, że robienie sobie dobrze stało się dla niej najważniejsze. Czy to już seksoholizm? Być może. Trzeba by wiedzieć, czy ona ma kontakty z ludźmi, czy się czegoś uczy, czy coś ją interesuje. Czy tańczy, pływa, chodzi na spacery? To czasem niezauważalny moment, przekracza się niewidzialną linię. I już nie bardzo można przestać.

Ceną uzależnienia jest to, że przestaje się żyć? Dokładnie. Dziewczyna zaczyna czuć, że jej ciało jest narzędziem, które potrafi zagwarantować jej przeżycia nie z tej ziemi. Albo to, że wokół niej będzie się coś działo, że będą ludzie. To się często zaczyna już w szkole. Są takie dziewczyny, o których wiadomo, że „dają”. Pozwalają się całować, obmacywać. Często nie są szczególnie ładne, zdolne, fajne. Więc jest to pierwsza rzecz, która sprawia, że się czują wyróżnione, ważne. Nagle chłopcy się za nimi uganiają. Taka dziewczyna jest tym owładnięta, podekscytowana. Jest jak w tunelu. Czasem z niego później nie wychodzi. Bo dysponuje swoim ciałem jak towarem, który inni chcą kupić.

I ma poczucie, że nad nimi panuje. Ma poczucie mocy i władzy nad mężczyznami, bo każdego uwiedzie, doprowadzi do rozkoszy. I w ten sposób udowadnia swoją wartość. Ale może być też tak, że w seksoholizm popadnie kobieta, która nie ma z seksu satysfakcji fizycznej.

Tylko to, że jest chciana? Płaci własnym ciałem za chwilę bliskości pozornej. Bo jaka to bliskość, skoro przedmiotowo traktuje i siebie, i swoich partnerów? Ale przez chwilę nie jest sama.

Z tego, co mówisz, jeden typ seksoholiczek to takie, którym chodzi o namiastkę relacji, o poczucie mocy albo władzy. Drugi to kobiety, które potrzebują endorfin, fizycznego rozładowania. Tutaj nie musi być kontaktu z drugim człowiekiem, możliwa jest masturbacja i fantazjowanie. Tak czy siak jest to głód miłości. Erotomani szukają bliskości i miłości, ale nie potrafią nawiązać satysfakcjonujących związków. Chcą więc to osiągnąć niejako na skróty.

Wiemy, że jest sporo mężczyzn seksoholików. Natomiast seksoholizm kobiet to wciąż tabu. Bardziej pogardza się kobietami, które ulegają nałogom. Jak długo istnieje patriarchat, tak długo będzie pogarda dla kobiet. Bo kobiety mają służyć facetom. Kobiety szybciej się degradują, ponieważ w ogóle są delikatniejsze w swej fizyczności. I społecznie są traktowane inaczej. Kobieta, która się zdegraduje, spotyka się z potępieniem, spotyka wielu mężczyzn, którzy to wykorzystają. I nie zostaną za to potępieni. Mężczyzna, który się degraduje, spotyka wiele kobiet, które go ratują. To jest wielka, niesprawiedliwa różnica, bardzo dla kobiet niebezpieczna. Dlatego kobietom tak potrzebne są kobiety przyjaciółki. Matki niestety częściej pomogą córce alkoholiczce niż seksoholiczce, bo ta ostatnia w ich mniemaniu „jest dziwką”.

Seksoholizm degraduje, bo człowiek uczy się traktować ludzi przedmiotowo... Jest mądry film na ten temat – „Lulu”. Młodą dziewczynę wprowadza w świat seksu starszy przyjaciel jej brata. Ale nie zaczyna od tego, że ją całuje, powoli dotyka, by ją oswoić i rozbudzić. Każe jej usiąść na fotelu bez majtek i z podniesioną sukienką... Ogląda ją, a potem goli. Zaczyna ją traktować jak przedmiot seksualny. Ona się na to godzi z miłości, z ciekawości, zawstydzenia, nieświadomości. Oczywiście również w niej musi być jakiś brak, który nie pozwala jej powiedzieć: ja tak nie chcę. I przerwać to. Bo to, co się odbywa, jest molestowaniem. Ale ona o tym nie wie. To dla niej wartość, że on poświęca jej  uwagę, „tyle z nią robi”. Odkrywa więc dzięki niemu swoją seksualność, ale w sposób skrzywiony, perwersyjny. On jest w gruncie rzeczy seksoholikiem, który wyucza ją seksoholizmu. Film pokazuje też eskalację jej choroby prowadzącą do zagrożenia życia.

Można więc źle trafić – po ulicy chodzi wielu chorych ludzi. Chorzy ludzie są nauczycielami, dyrygentami, księżmi, psychoterapeutami, lekarzami... I potem się trzeba leczyć z seksoholizmu. Wcześniej należało się wyleczyć z braku wiary w siebie, braku poczucia wartości, braku miłości. Leczenie się z seksoholizmu jest trudniejsze, bo przez ileś lat człowiek nabiera nawyków. Żeby to naprostować, trzeba naprawdę dużo pracy.

  1. Psychologia

Jak radzić sobie z uzależnieniem? Zamiast odcinać się od zmysłów, zmniejsz ilość bodźców

Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jako ludzie łakniemy i szukamy przyjemności. Zatraciliśmy jednak umiejętność zarządzania nimi – ten swoisty instynkt zachowawczy, chroniący nas przed autodestrukcją. I to właśnie popycha nas w ramiona nałogu – twierdzi psychoterapeuta Robert Rutkowski, kiedyś sam uzależniony. 

Czy dzisiejsze czasy sprzyjają uzależnieniom? Dowodem na to, jak bardzo, są niedawne amerykańskie badania, w których obliczono, że człowiek w czasach średniowiecza przyjmował w ciągu całego swojego życia tyle informacji, ile współczesny człowiek przyjmuje w ciągu jednego dnia. Na przestrzeni wieków nie zmieniliśmy się wcale, jeśli chodzi o rozmiar i pojemność urządzenia, jakim jest mózg, natomiast ilość bodźców, jaką nim odbieramy, przerażająco się zwiększyła. Mówiąc kolokwialnie, przegrzewają nam się styki. Nie wyrabiamy. Futurysta Alvin Toffler w latach 50. ubiegłego wieku napisał książkę „Szok przyszłości”, w której prorokował, że przyjdą takie czasy, kiedy człowiek przestanie ogarniać te wszystkie nowinki technologiczne, z którymi będzie się stykał. I miał rację.

Czasy są więc podłe i przerażające, a na dodatek ta niemożliwa do ogarnięcia ilość bodźców styka się z naszymi słabościami: lenistwem, niefrasobliwością, brakiem chęci chronienia siebie. Człowiekowi wysiada instynkt samozachowawczy, czyli swoiste zabezpieczenie przed szkodliwym wpływem świata, przejawiające się np. poprzez smak czy wstyd.

W jaki sposób działa to zabezpieczenie? W bardzo prosty. Człowiek, jeśli coś mu nie smakuje, czuje obrzydzenie. To ono pojawia się na twarzy, kiedy pierwszy raz w życiu pije się wódkę czy wypala papierosa. Mogę tu wymieniać jeszcze inne substancje, na przykład heroinę, którą znam, a z którą pierwszy kontakt kończy się zawsze torsjami, czyli szokową reakcją organizmu. To są sygnały wysyłane do nas, żeby zrobić STOP. A czym jest wstyd? Uczuciem, które chroni nas przed rozwiązłością, przed wchodzeniem w niejasne relacje seksualne. A obecnie wstyd jest się wstydzić. Przyszedł do mnie niedawno 20-letni mężczyzna, który wyznał, że ma problem z seksem. „Na czym on polega?” – spytałem. „Na tym, że mam 20 lat i jestem prawiczkiem”. „Chłopie, o czym ty mówisz? Dlaczego uważasz, że to jest problem?”. Ano dlatego, że on się porównuje z innymi. I czyta, że 13-, 14-latki rozpoczynają życie seksualne i że to jest norma, czyli on nie jest w normie. A przecież każdy ma swoją drogę, swoją ścieżkę i późniejsza inicjacja seksualna nie musi być od razu chorobą. Świat naprawdę zwariował! A ci, którzy nie mają barier ochronnych, czyli silnego poczucia własnej wartości, będą wchodzić w różnego rodzaju pęknięcia, jak na przykład uzależnienie.

W definicji uzależnienia często podaje się, że to ucieczka od samego siebie, ale czy w tych – jak pan mówi – „podłych i przerażających” czasach nie jest ono też próbą wypisania się z otaczającej nas rzeczywistości? Czy uzależnienie jest ucieczką od siebie, czy od świata? Moim zdaniem to są kolejne etapy. Cel jest ten sam – żeby było lżej, żeby mniej bolało. Uzależnienie jest zadaniem sobie bólu w innym miejscu, żeby w tamtym przestało boleć. To jak, kiedy boli ząb, wbić sobie igłę w piętę. Ból pięty na chwilę pozwoli zapomnieć o zębie. I podobnie człowiek, którego boli dusza, sięga po narkotyki – a mówiąc „narkotyki“, mam też na myśli alkohol. To jeden z najbardziej niebezpiecznych narkotyków, bardzo silnie uzależniający i bardzo silnie negatywnie działający na cały organizm człowieka. I podstępny, bo występujący w anturażu czegoś miłego.

W filmie „Najlepszy” matka mówi do syna, narkomana: „Jureczku, już lepiej, żebyś pił”. Ludzie mówią, że alkohol to dla nich reset. Tymczasem alhohol nie rozluźnia, on paraliżuje. Ludzie mówią, że alkohol poprawia nastrój. Nie, on go zmienia. Człowiek pod działaniem alkoholu jest zatruty, odurzony, odcina się od zmysłów. Dla mnie semantycznym dowodem na to, jak nie radzimy sobie z traktowaniem naszych zachowań, jest słowo „rausz“. Z czym się pani kojarzy „bycie na rauszu“?

Z czymś w rodzaju miłego pobudzenia, upojenia. A wie pani, co znaczy słowo „rausch“ po niemiecku? Upojenie, ale też otępienie. Albo „napić się dla kurażu“. „Courage” to po francusku odwaga, która też jest odcięciem się od zmysłów. Ale dobrze nam się kojarzy, prawda? W ten sposób oswajamy sobie truciznę. Podobnie jest dziś z paleniem marihuany, które zaczyna się wkradać na salony i być dobrze postrzegane. Ja się kiedyś wstydziłem, że palę marihuanę, teraz to jest trendy. Tak jak kokaina. Trzeźwość nie jest już dziś trzeźwością sensu stricto i można być pozornie trzeźwym człowiekiem, który sobie okazjonalnie wciąga kokainę, pali marihuanę... Ale to nie wszystko.

Miałem niedawno sesję z parą, do życia której wkradła się zdrada i która usłyszała od poprzedniego psychologa, a właściwie usłyszała to zdradzona kobieta: „Ale czym się pani przejmuje? Przecież to naturalne, mężczyzna musi sobie od czasu do czasu na boku coś bzyknąć“. Jak widać, niektórzy przedstawiciele mojego zawodu załapali się na wspomnianą dewaluację pewnych wartości.

Nie mówię, że wszyscy powinniśmy być mnichami zen, ale nazywajmy rzeczy po imieniu. Jeżeli nauczyciel pali papierosy i mówi młodzieży o szkodliwości brania narkotyków, to kim on jest? Hipokrytą. Jest niewiarygodny, dzieciaki od razu to wyczują. Warto mówić prawdę. „Nie radzę sobie z moim nikotynizmem“, „To jest moja słabość“, „Nie jestem z tego dumny, nie popieram tego“, a nie przekonywać, że narkotyki są złe, ale palenie jest w porządku. Jeśli ktoś się decyduje być takim pomagaczem i radzić innym w ich problemach, to musi być spójny. Powinien zastanawiać się nad tym, co mówi, bo jego słowa mogą zdemolować komuś życie.

Są uzależnienia bezsprzecznie postrzegane jako szkodliwe: narkotyki, dopalacze. Alkohol i papierosy też – choć tu pewnie z dużym marginesem przyzwolenia. Ale są także uzależnienia, których nie traktuje się jako niebezpieczne. Na przykład poprawianie urody.

Ono się zawiera w takim ogólnym terminie o nazwie „uzależnienie od własnego wizerunku”. Ten nałóg szczególnie dotyka ludzi z piedestału, eksponowanych. Ludzie w ogóle bardzo szybko przyzwyczajają się do tzw. głasków, do miłych rzeczy. Nie ma w tym nic złego, dopóki nie dzieje się tak, że kiedy tego zabraknie, to następuje utrata sensu życia. Tak jest z politykami, uzależnionymi od wydzielania się neurohormonów, które powoduje już samo bycie na piedestale. Oni celowo generują zamieszanie wokół siebie. I tak się tworzy tzw. szum medialny.

Już Stanisław Lem zauważył w „Bombie Megabitowej“, że znalezienie jakiegoś terminu w Internecie jest poprzedzone setkami tysięcy informacji kompletnie zbędnych. Lepiej iść do zwykłej biblioteki. Sam to robię i widzę, że w bibliotekach jest coraz więcej ludzi. Oni już zrozumieli, że obecnie najważniejsza jest umiejętność selekcji. Jako gatunek ludzki jesteśmy ogromnie podatni na bodźce zewnętrzne, dlatego musimy sami się od nich odgradzać.

Skoro nałogi odcinają nas od zmysłów, trzeba do tych zmysłów powrócić? W rzeczy samej. Istotą jest odcięcie bodźców, nie zmysłów. Uzależnienia odcinają właśnie zmysły, a im więcej bodźców do nas wtedy dociera, tym większy szum powoduje. Jeśli bodźców będzie mniej, to nasze zmysły będą bardziej nastawione na ich odbiór.

W książce „Pułapki przyjemności“ mówi pan: jeżeli jemy obiad, jednocześnie oglądając telewizję, to nie czujemy smaku tego, co mamy na talerzu. Zgadza się. Podsumowując ten kawałek naszej rozmowy, człowiek jest coraz bardziej słaby, pozbawiony wartości, fundamentów, a przez ciągłe porównywanie się – także pewnych barier wewnętrznych, które sam na własne życzenie i własną zgubę likwiduje, by się wpisać w kontekst. Dlatego niezmiernie ważne jest środowisko, w jakim funkcjonujemy. Nic dziwnego, że rodzice tak martwią się, gdy ich dziecko wpada w tzw. złe towarzystwo.

Na ile to, czy popadniemy w uzależnienie, zależy od środowiska, a na ile od naszej wrodzonej podatności? A może człowiek jako gatunek czuły na bodźce jest po prostu z natury podatny na uzależnienia? Jesteśmy urodzonymi poszukiwaczami przyjemności. To atawizm. Gdyby człowiek nie chciał, by było mu przyjemniej, toby nie odkrył ognia. Kiedy pierwszy raz ogrzał się przy ogniu i zjadł mięso z upolowanego zająca, opieczone na tymże ogniu, zrozumiał, że jest to o wiele przyjemniejsze niż siedzenie w ciemności, w zimnie i żucie surowego jedzenia. Cały rozwój naszej cywilizacji był możliwy dzięki wrodzonemu pędowi do szukania przyjemności.

I ułatwiania sobie życia. Kiedyś człowiek, żeby napić się wody, musiał pójść kilometr do wodopoju, zażył trochę ruchu, poobserwował okolicę. Dziś nie ma takiej potrzeby, wszystko jest dostępne na aplikacji. Człowiek się zredukował na własne życzenie. Śmiem twierdzić, podążając za Tofflerem, że osiągnęliśmy czasy zerowe. W tej chwili może nas uratować jedynie świadome odchodzenie od nadmiaru bodźców. Sztuką dobrego życia nie jest robienie trzeciego fakultetu czy szukanie nowych kanałów dostępu do informacji, tylko właśnie nierobienie tego. Nie dodawanie, tylko odejmowanie. Sztuka selekcji. Jako człowiekowi dojrzałemu oczywiście jest mi łatwiej się z tym uporać, bo też osiągnąłem jakieś punkty zerowe. Dlatego świadomie nie chcę być dobrze poinformowany, nie chcę mieć pozornie łatwiej i przyjemniej, nie szukam dwóch rzeczy w cenie jednej, kiedy potrzebuję tylko jednej.

Twierdzi pan, że powinniśmy się nauczyć zarządzać naszymi przyjemnościami? Tak naprawdę musimy się nauczyć zarządzać samym sobą. Wtedy będziemy gotowi na przyjemności. Łatwiej jest radzić sobie z jedzeniem człowiekowi niegłodnemu, który jadł trzy godziny temu posiłek, więc nie czuje histerycznego głodu. Niech pani sobie wyobrazi kogoś, kto jada regularnie w ciągu dnia, i kogoś, kto przez cały dzień nic nie jadł, bo nakręcała go adrenalina, jaką daje praca, i nagle o 19.45 idą obaj do restauracji.

Pierwszy pewnie zamówi to, na co ma ochotę, drugi, cokolwiek, byle szybko i dużo. Albo zrobi tak jak grubas ze słynnej sceny z „Sensu życia według Monty Pythona“, który zamówił wszystko z karty. W czym? W wiadrze. Z kolei pierwszy z uśmiechem na ustach, spokojnie będzie wybierał, selekcjonował, zastanawiając się, na co tym razem ma smak. I tę metaforę można przełożyć na nasze wewnętrzne poukładanie. Jeżeli jesteśmy wewnętrznie wygłodniali, popękani, jeżeli nie mamy bazy w postaci poczucia własnej wartości, będziemy zachłystywać się nowymi bodźcami: co chwila nowa partnerka, nowy samochód, nowe buty. Można tak wymieniać bez końca rzeczy czy zachowania, które mają nas zaspokoić. Jaki jest tego efekt? Głód nie gaśnie. Jest coraz większy.

Człowiek woli albo w ogóle zrezygnować ze wszystkich pokus, czyli nie piję, nie palę, nie uprawiam seksu, nie biegam, nie jem i jestem całkowicie z boku – albo korzystać ze wszystkiego. Wolimy to, niż zadać sobie trud i popracować nad kontekstem, w którym funkcjonujemy. Nie trzeba być od razu abstynentem, można próbować alkoholu, ale być świadomym, co on mi daje, a co zabiera. Ja celowo rezygnuję z alkoholu, ponieważ on nie daje mi nic, a wielu rzeczy pozbawia. I wcale nie jestem wojującym ortodoksem neofitą, który kiedyś pił za dużo, a teraz nie pije wcale...

...tylko nie pije pan dlatego, że panu to już nie służy. Dokładnie tak. Alkohol przestał mi służyć i jest dla mnie stratą czasu. Pod wpływem alkoholu nie jestem sobą, a od kiedy się polubiłem, bycie sobą jest przyjemne. Kiedyś piłem dla swoistego kontekstu, czyli dla towarzystwa. Alkohol służył mi do pokrycia, zatuszowania moich kompleksów. A ponieważ wziąłem się za siebie, poszedłem na jedną terapię i drugą, to zniknęły kompleksy. I nagle alkohol też przestał działać, przestał być potrzebny. Przestałem chcieć kłamać, a alkohol to kwintesencja kłamstwa.

Zauważyłem, że wielu moich pacjentów, ludzi biznesu, pije nie dla samego smaku alkoholu czy jego działania, ale dlatego że piją ich kontrahenci. Czyli mamy coś, co się bardzo często pomija w analizach psychologicznych. Mamy uzależnienie fizyczne, psychiczne i to uzależnienie społeczne, środowiskowe.

Presja społeczna to silne narzędzie wpływu. Często najtrudniejsze do pokonania przez uzależnionych pacjentów.

Pana praca polega na pokazaniu im, jak mogą się uniezależnić od opinii innych zamiast od konkretnej substancji? Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. Czy zaprzestaniu jakiś zachowań, jeśli mówimy o uzależnieniu behawioralnym, jak np. seksoholizm. Nie, tu chodzi o całkowite przeprogramowanie człowieka.

Przychodzimy na ten świat głodni przyjemności. Jak się zachowuje małe dziecko? „Jakiż kontrast między promienną inteligencją dziecka a ograniczoną umysłowością dorosłego“ – napisał gdzieś Zygmunt Freud. To jest kwintesencja naszej rozmowy – wracajmy do naszego wewnętrznego dziecka. Ono dużo lepiej wie, jak żyć. Kiedy jest głodne, to co robi? Płacze, bo chce zaspokoić głód. A co robi dorosły? Gasi go, eliminuje. Bo w tym momencie ma dużo ważniejsze rzeczy do zrobienia. Przestaliśmy o siebie dbać. Nie jemy, nie śpimy, nie odpoczywamy, bo mamy projekt do wykonania. Pogubiliśmy się do tego stopnia, że prawdopodobnie dlatego ludzkość wymiera i tak mało się rodzi dzieci, bo one wzbudzają w nas poczucie winy.

No, takiej teorii jeszcze nie słyszałam... Oczywiście żartuję sobie trochę, ale coś w tym jest. Nie chcemy płodzić dzieci, bo jesteśmy uzależnieni od wygodnego życia. Ja mam teraz w domu 5-miesięcznego bobasa i rozkoszuję się tzw. dojrzałym ojcostwem. Syn jest moim trenerem uważności. Pierwszą rzecz, jaką pod jego wpływem zrobiłem, było skrócenie czasu pracy. Przyjmuję mniej pacjentów. Stwierdziłem, że nie chcę sobie odbierać przyjemności obcowania z nim. Jeśli miałbym zatem na koniec pokusić się o jakąś radę, to brzmiałaby ona tak: uczmy się od swoich dzieci odróżniania rzeczy ważnych od tych nieistotnych.

Robert Rutkowski psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych. Prowadzi prywatny Gabinet Psychoterapii i Rozwoju Osobistego w Warszawie, specjalizuje się w leczeniu uzależnień, depresji, nerwic oraz w zarządzaniu stresem. Współautor książek „Spowiedź narkomana” i „Pułapki przyjemności” (wyd. Muza)

Wywiad archiwalny. 

  1. Kultura

Skubas - uwierz w "Ducha"

Skubas:Celebruję życie, lubię każdy dzień i mimo że niektóre bywają trudniejsze, wiem, że nie ma czegoś takiego jak złe dni.
Skubas:Celebruję życie, lubię każdy dzień i mimo że niektóre bywają trudniejsze, wiem, że nie ma czegoś takiego jak złe dni." (Fot. Marta Kacprzak/Kayax)
„Nie mam dla ciebie miłości” nucili prawie wszyscy. Ale Skubas, zamiast odcinać kupony od sukcesu, zniknął. Teraz, po sześciu latach, wraca z nową płytą i żeby po raz pierwszy opowiedzieć o walce z uzależnieniem i swoich duchowych poszukiwaniach.

Rudy psiak trzyma się blisko Skubasa i bardzo rozpacza, kiedy ten wychodzi na chwilę umyć ręce, nie pomaga nawet drapanie go za uchem.

Czy to jest pies z twojej piosenki „Papierowe uszy”? Tak, to jest Bajka. Logistyka mojego życia powoduje, że zabieram ją ze sobą prawie wszędzie.

Znalazłeś ją tak jak w piosence: w zimowy dzień, wysiadając z samochodu? Na stacji benzynowej, ktoś ją tam zostawił albo się zerwała. My jechaliśmy na koncert, to było w 2012 roku. Szybka decyzja. Takie decyzje są czasem najlepsze, nie ma tego całego rozważania.

Twoje pierwsze dwie płyty powstawały na zakładkę. Jak nagrywałeś „Wilczełyko”, miałeś już pomysły na „Brzask”. A teraz minęło sześć lat i dopiero pojawiasz się z „Duchem”. Gdzie byłeś, jak cię nie było? „Czemu nie występowałeś w zawodach?”. Powiedzmy, że miałem kontuzję.

To znaczy? Nie jest prawdą, że przez ten czas nie tworzyłem, bo najstarszy z kawałków, wspomniane „Papierowe uszy”, skomponowałem już w grudniu 2015 roku. Do dziś gromadzę pomysły muzyczne na swoim dysku, to się nigdy nie skończyło. Podstawowym problemem jest u mnie bariera odpowiedzialności za skończenie utworu. Jeśli chodzi o muzykę, idzie dość gładko, natomiast pisanie tekstów to co innego. W tej kwestii uwidacznia się mój perfekcjonizm.

Perfekcjonizm czy brak wiary w siebie na tym polu? Wszystko razem. Współpracowałem dość długo z Basią Adamczyk, autorką mojego największego przeboju „Nie mam dla ciebie miłości”, ale ta współpraca, muszę z przykrością wyznać, skończyła się na dobre.

Na tej płycie są jeszcze teksty jej autorstwa? „Azja” w całości oraz częściowo „Ojciec i syn”.

„Ojciec i syn”? Byłem absolutnie pewny, że napisałeś ten tekst sam, jest bardzo intymny. To był prezent na piąte urodziny dla mojego syna Borysa. Miałem refren, frazy, ogólny zarys tej piosenki, a Basia zrobiła z tego majstersztyk. Ważne, żeby sobie zdać sprawę z tego, jakie się ma talenty. Ja potrafię wziąć gitarę i z łatwością ułożyć ładną melodię, która mnie wzrusza. Mam głos i pasję do muzyki. Natomiast są ludzie, którzy mają talent do przekładania na słowa myśli i prawdy, nawet jeśli chodzi o prawdę drugiej osoby. Taki talent ma właśnie Basia, choć i ja zrobiłem tu jakiś progres. Na tej płycie udało mi się uzyskać coś, z czego jestem zadowolony. Kiedy stało się jasne, że współpraca z Basią nie może trwać dłużej – być może to sprawka naszych ścierających się ze sobą ego – szukałem innego tekściarza. Kogoś takiego, kto byłby dla mnie jak Bernie Taupin dla Eltona Johna [stworzył mu teksty do ponad 30 albumów – przyp. aut.]. Próbowałem pracować z bardzo dobrymi autorami. Nie udało się. Mój kolega śmieje się, że mógłbym nagrać album „Piosenki z odrzuconymi tekstami”. Może to jest perfekcjonizm, może nie, ale na pewno nie chcę śpiewać czegoś, co nie jest prawdą albo jest półprawdą, jakimś moim przebraniem.

Prawdziwy tekst musi być o tobie? Niektórzy wychodzą z założenia, że piosenka musi być uniwersalna, ale ja muszę mieć w wersach swoje życie. To była prawdopodobnie przyczyna niewydawania płyty przez sześć lat. Jest też inny powód – duża zmiana w moim życiu, wycofanie się z używek. Jeśli przez 20 lat tworzy się pod wpływem, to wycofanie tych substancji z organizmu nie powoduje, że człowiek czuje się superartystą, zmienia to całkowicie jego wewnętrzną strukturę, sposób myślenia, podejmowania decyzji. Używki determinują nie tylko życie twórcze, ale większość wyborów, relacji, emocji, mają wpływ na całe twoje życie wewnętrzne. Ale fakt, że skończyłem z nałogiem, nie wyczerpuje tematu sześcioletniej przerwy. Nałożyły się tu także inne wątki.

Dwie pierwsze płyty nagrywałeś głównie w domu, częściowo pracowałeś też tak przy „Duchu”. Chodzi o to, że w domu możesz wszystko w pełni kontrolować? Na tej płycie jest akurat sporo kompromisów. Były utwory nagrane przeze mnie w stu procentach w domu. I później Tomek „Harry” Waldowski [multiinstrumentalista i producent – przyp. aut.] namówił mnie, żeby nagrać to jeszcze raz na lepszych mikrofonach. Na początku to był dla mnie dramat. Bałem się, że będziemy robić w studiu reprodukcję emocji, które odczuwałem na przykład w 2015 roku, i że to nie wyjdzie. A ja akurat rozpoznaję emocjonalne podróbki, ale zgodziłem się mimo ryzyka. Nagraliśmy raz jeszcze na lepszych mikrofonach i jest. Czasami ten kompromis boli, bo pewna niedoskonałość, chropowatość, która towarzyszy płycie „Brzask”, tu się nie znalazła, choć z drugiej strony nowa płyta brzmi lepiej.

O twojej muzyce mówi się, że to muzyka grunge z elementami folku. Nie chciałbyś tego swojego stylu trochę przewietrzyć, wpuścić tam więcej nowego? W maju tego roku, po zamknięciu płyty „Duch”, bardzo się wkręciłem w elektroniczne brzmienia, zacząłem bawić się samplerami, syntezatorami. Kto wie, może powstanie poboczny projekt? Nie wszyscy wiedzą, że nie tylko współpracowałem z Noviką czy Smolikiem, ale dosyć długo siedziałem w muzyce drum and bass, bardziej bezkompromisowej, podziemnej. Jeździłem po klubach, tak zarabiałem swoje pierwsze pieniądze.

Co takiego się zdarzyło, że zdecydowałeś się na trzeźwość? Czy miało to coś wspólnego z pojawieniem się na świecie twojego syna Borysa? Taka decyzja bardzo rzadko jest oparta na pozytywnej motywacji. To nie jest tak, że facet jest alkoholikiem i żona mu mówi: „Słuchaj, Stasiu, jakbyś przestał pić, to będziemy mieli pieniądze na wakacje, będziesz się lepiej wysypiał i nie będzie cię głowa boleć”, a Stasiu mówi na to: „Wiesz co, Halinka, masz rację, jutro idę na odwyk”. Najczęściej coś musi nieźle w twoim życiu pierdyknąć, żeby popchnąć cię do porzucenia nałogu. Moim najciekawszym odkryciem było to, że uzależnienie zaczyna się, kiedy właśnie odstawiasz alkohol czy inne używki. Odwrotnie, niż myślą ludzie. Mówi się: „Związek się rozpadł przez alkohol”, a ja wiem, że związek nie rozpada się przez alkohol, tylko przez alkoholizm – chorobę uzależnienia, bo tu chodzi o pewną podatność, nie o samą substancję. Substancja sama w sobie jest neutralna – podstawową kwestią jest to, co i na ile wypełnia ona w człowieku. Uważam przewrotnie, że alkohol nie jest problemem, tylko lekarstwem na alkoholizm.

Uzależnienie to choroba emocji. Nie chcesz czuć wstydu, strachu, lęku i używki sprawiają, że tego nie czujesz, że jesteś na przykład odważny. Wszyscy ludzie, którzy zażywają, robią coś kompulsywnego, cierpią. Czasem nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale wystarczy, że im to zabierzesz. Abstrahując od tego, że nałóg dostarcza po jakimś czasie cierpienia fizycznego i psychicznego, a także dotyka bliskich – same używki w założeniu są sposobem, żeby pozbyć się tego cierpienia, samotności, nudy czy też nadmiernej „nerwowości”. A kiedy powstaje to błędne koło, potrafi się tak toczyć przez wiele, wiele lat, zanim problem zaczyna naprawdę doskwierać i rujnować życie.

Mówi się, że uzależnienie bierze się z traumy dziecięcej albo jest odtwarzaniem wyuczonego wzoru. Ty jesteś chłopcem z dobrej rodziny, mama psycholożka, tata lekarz. Ale śmierć rodzica to ogromna trauma. Była w twojej głowie taka myśl, że ty chcesz być dla Borysa, bo sam nie miałeś ojca? Miałem ojca przez 15 lat, choć ze względu na jego zawód często nieobecnego.

Wciąż byłeś nastolatkiem, kiedy go straciłeś... Tak, i to w najgorszym, najtrudniejszym okresie. Ojciec zmarł w momencie, kiedy był potrzebny mi najbardziej. Kto wie, być może gdyby żył, relacja z nim mogłaby mnie „ocalić”. Bo był dla mnie kotwicą, aczkolwiek już później chyba nie był w stanie dźwigać moich problemów na swoich barkach, być może miał za dużo swoich. Bardzo za nim tęsknię, był dla mnie ważną osobą.

Skubas: 'Choć nigdy nie powiedziałbym, że się nawróciłem, tylko że się ciągle nawracam, często z mizernym skutkiem. Natomiast pojawiło się w moim życiu pojęcie Boga, siły wyższej'. (Fot. Marta Kacprzak/Kayax) Skubas: "Choć nigdy nie powiedziałbym, że się nawróciłem, tylko że się ciągle nawracam, często z mizernym skutkiem. Natomiast pojawiło się w moim życiu pojęcie Boga, siły wyższej". (Fot. Marta Kacprzak/Kayax)

Piciu alkoholu często towarzyszy współuzależnienie od miękkich narkotyków. Od miękkich, twardych, ale też wszystkich innych uciech szatańskiego świata [śmiech]. Gandzia była moją pierwszą i największą miłością. Paliłem ją z 20 lat longiem od 15. roku życia z krótkimi okresami tak zwanych detoksów, które robiłem, żeby trochę odpocząć. Stała się moim panaceum na niedopasowanie do świata, czarne myśli, niskie poczucie wartości, niechęć do samego siebie. Nie sądziłem, że kiedykolwiek przestanę palić. Śmiałem się kiedyś z haseł typu „Zażywasz, przegrywasz”, teraz patrzę na to nieco inaczej. Z perspektywy osoby, która wie, co się z nią dzieje, kiedy kończy się towar… Stąd też wers: „byłaś mi myślą przewodnią wśród chwil, co zlewały się w szklane miesiące”. Wielu ludzi mówi o wolności, wyzwoleniu, chce walczyć o wolność dla innych, a najczęściej sami są totalnie uzależnieni od substancji, ludzi, przedmiotów, władzy, seksu i prestiżu, aprobaty w mediach społecznościowych.

Zacytowałeś piosenkę „Szklane miesiące” z nowej płyty. Jej teledysk narzuca trochę inną interpretację. Można pomyśleć, że chodzi o relację matki i dziecka. Podmiot liryczny zwraca się tu do marychy: „byłaś mi matką sposobów na złe dni”. To przenośnia. Lubię taką niejednoznaczność, otwarcie na różne interpretacje.

Teraz czujesz się wolny? Dużo bardziej niż kiedyś, ale cały czas obserwuję swój umysł i jego obsesje. Czy przypadkiem nie wymyśla czegoś, co tworzy fałszywe poczucie bezpieczeństwa i kontroli. Może to być też lęk o stan konta, może być to obawa przed oceną mojej osoby albo iluzje czy kurczowe trzymanie się planów. Czuję się wolny, kiedy odpuszczam chęć posiadania racji, kiedy godzę się, że coś idzie zupełnie innym torem, niż miało iść. To nazywam wolnością. Trudno mi sobie wyobrazić, że można się uzależnić od chodzenia po lesie albo od zachodów słońca. Że można się uzależnić od zdrowej miłości, zdrowej relacji. Najlepsze chwile w moim życiu to te, gdy beztrosko bawię się z synkiem. Nie można się od takich dobrych, boskich rzeczy uzależnić.

Piosenka „Doskonały przegrany” jest modlitwą. Przeszedłeś nawrócenie? Jeśli nawróceniem nazwiemy zmianę myślenia, eliminowanie destrukcyjnych zachowań, a także uczenie się miłości i szacunku do siebie i bliźnich, nawet tych, z którymi mi nie po drodze, to można powiedzieć, że tak. Choć nigdy nie powiedziałbym, że się nawróciłem, tylko że się ciągle nawracam, często z mizernym skutkiem. Natomiast pojawiło się w moim życiu pojęcie Boga, siły wyższej. Pojmuję je w trochę innym kontekście niż stricte religijne, choć nie ukrywam, że czerpię sporo od takich ludzi jak ojciec Adam Szustak czy ojciec Mieczysław Łusiak. W wielu kwestiach są dla mnie autorytetami. I mam gdzieś kondycję instytucji Kościoła, afery i otoczkę, na którą często naprawdę żal patrzeć. Dla mnie liczy się jedynie koncentracja na Źródle.

Patrzę na tamte dwadzieścia parę lat swojego życia spędzone w dużym konflikcie, w czynnym nałogu, w skłóceniu ze światem. To, co się zadziało od tych pięciu, sześciu lat, to jest jakiś cud, na który pozwoliłem. To jest coś, co się stało poza mną, przyszło do mnie, nie jest wynikiem kalkulacji. Nie wziąłem tylko pod uwagę, że to oznacza także koniec inspiracji do pisania wciąż popularnych, rozdzierających i pełnych goryczy pieśni o toksycznej miłości [śmiech].

Droga ku trzeźwieniu to samotna walka? Samotniczy jest raczej nałóg. Jeśli chcesz z nim skończyć, konieczne jest wyjście do ludzi, najlepiej tych trzeźwiejących. Właśnie dlatego tak skuteczne są terapie grupowe, dlatego zaleca się mityngi w ramach wspólnot.

Jesteś w tym procesie czy zakończyłeś leczenie? Na początku swojej drogi uczestniczyłem w terapii. Terapia ma jednak ten minus, że się kończy, a całą sztuką jest odnalezienie się w codziennych, często niekomfortowych emocjonalnie sytuacjach. Siłę i nadzieję dają inni uzależnieni. Ci, którzy nie dość, że zaprzestali picia i zażywania, to jeszcze są względnie szczęśliwymi i dobrze radzącymi sobie ze sobą i światem ludźmi.

W piosence „A jeśli” śpiewasz o akceptacji życia niezgodnego z oczekiwaniami. Nie jesteś już malkontentem, którego nic nie zadowala? Usłyszałem kiedyś, że „przeciwieństwem szczęścia nie jest brak szczęścia, tylko brak wdzięczności”. Staram się tego trzymać, szczególnie kiedy wkrada się we mnie chochlik narzekacz. Nigdy nie pomyślałem, że moje życie będzie tak dobre jak teraz. Mam zdrowego, wspaniałego syna, z którym staram się utrzymywać jak najbliższy kontakt. Jestem w związku z najukochańszą na świecie kobietą, która mnie wspiera i rozumie. Budzę się od lat bez kaca, zjazdów, nie cierpię na bezsenność. Rzuciłem mięso, papierosy, regularnie medytuję, uprawiam sport, czytam książki. Odzyskałem przyjemność z tworzenia na trzeźwo, staram się ciągle rozwijać. Same wspaniałości. Celebruję życie, lubię każdy dzień i mimo że niektóre bywają trudniejsze, wiem, że nie ma czegoś takiego jak złe dni.

Skubas (właśc. Radosław Skubaja) rocznik 1981. Kompozytor, wokalista, muzyk. Zaczynał na scenie klubowej. W 2012 roku debiutował świetnie przyjętą płytą „Wilczełyko”. Dwa lata później wyszedł „Brzask” z przebojem „Nie mam dla ciebie miłości”. Pod koniec października miał premierę jego najnowszy album „Duch”.

  1. Psychologia

Czym są tendencje do uzależnień?

„Tendencje do uzależnień” to termin opisujący skłonności, które występują, zanim rozwinie się pełne uzależnienie. Tendencje są powszechne – dotyczą nas wszystkich. (Fot. iStock)
„Tendencje do uzależnień” to termin opisujący skłonności, które występują, zanim rozwinie się pełne uzależnienie. Tendencje są powszechne – dotyczą nas wszystkich. (Fot. iStock)
Uzależnienia to ogromny problem indywidualny, rodzinny i społeczny. Warto nauczyć się zauważać u siebie niepokojące sygnały. Pomocna w tym jest koncepcja „tendencji do uzależnień”, która pozwala dostrzec problem na długo przed tym, zanim rozwinie się w pełnoobjawowe uzależnienie.

Uzależnienia można dzielić na podstawie różnych kryteriów. Obecnie więcej mówi się o uzależnieniach behawioralnych, dotyczących rytuałów i zachowań, takich jak seksoholizm, hazard, zakupoholizm czy objadanie się. Wcześniej większość uwagi poświęcano uzależnieniom od substancji: lekom, narkotykom i alkoholowi. U podstawy tych procesów występują jednak wspólne zjawiska – kiedy czegoś potrzebujesz, ale nie wiesz, jak to w świadomy sposób osiągnąć, zaczynasz działać bezrefleksyjnie i destrukcyjnie. Wszyscy przecież wiemy o szkodliwości palenia dla zdrowia. Ale powiedzmy, że dla kogoś będzie to jedyny znany sposób, by czuć się bezpiecznie, więc pali i stara się nie myśleć o konsekwencjach.

Dwa spojrzenia na uzależniania

Uzależnienie można rozpatrywać z dwóch perspektyw: „przyczynowej” (dlaczego ktoś się uzależnił?) lub „celowej” (po co to robi?).

Traktując uzależnienie jak chorobę, przyjmujemy specyficzny sposób myślenia. Możemy więc „zarazić się” (systemem wartości, stylem życia), oglądając serial o ludziach, którzy kupują całe mnóstwo rzeczy i dzięki temu stają się szczęśliwi. Często też odnosimy się do biochemicznej nierównowagi w mózgu czy innych deficytów warunkujących taki lub inny rodzaj uzależniania. Ten sposób myślenia koncentruje się na pytaniu „dlaczego ktoś jest uzależniony?” w przekonaniu, że odnalezienie i usunięcie przyczyny pozwoli pozbyć się trudności. To dominujące podejście ma ograniczenia, bo nie uwzględnia doświadczenia, które przeżywa osoba dzięki substancji czy zachowaniu, nie poszukuje odpowiedzi na pytania „po co?”, czyli do czego służy uzależnienie, po jaki rodzaj przeżycia sięga osoba uzależniona albo w jaki stan umysłu go wprowadza? I jakiego doświadczenia stara się dzięki uzależnieniu uniknąć?

Czasami świadomość tego, po co na przykład ktoś zażywa substancję, zmienia sytuację i pomaga w podjęciu decyzji o zaprzestaniu. Albo jeszcze szerzej: może pomóc wyjść poza cały kontekst uzależnienia i zająć się innymi aspektami swojego życia. (Uzależnienia są atrakcyjne również dlatego, że zajmują uwagę, wypełniają życie, a inne ważne pytania schodzą na dalszy plan).

Czym są tendencje do uzależnień?

„Tendencje do uzależnień” to termin (stosowany w paradygmacie psychologii procesu) opisujący skłonności, które występują, zanim rozwinie się pełne uzależnienie. Tendencje są powszechne – dotyczą nas wszystkich. Ich charakter to kwestia indywidualna: ktoś może prowadzić uregulowane życie bez ekstatycznych, cielesnych przyjemności, o których zdarza mu się marzyć, i w tym sensie mieć tendencję do używania kokainy (która tę przyjemność miałaby przynieść), choć dotąd tego nie zrobił.

Wspólną cechą uzależnień jest przeżywanie intensywnych emocji oraz ograniczona świadomość. Staramy się nie myśleć i niewiele rozumiemy z tego, co się dzieje. Czasami w stopniu, który uniemożliwia myślenie i podejmowanie decyzji. W tym kontekście poświęcenie uwagi tendencjom – zanim rozwinie się pełne uzależnienie – jest znacznie bardziej skuteczne w rozwiązaniu problemu i pełni funkcję prewencyjną. Poszukiwania mogą być trudne, zaskakujące i ciekawe. Informacje zawarte w uzależnieniach oraz w tendencjach do uzależnień są jedną z dróg poznawania siebie i swoich potrzeb. O wiele łatwiej i bezpieczniej to robić, poświęcając uwagę tendencjom niż rozwiniętym uzależnieniom.

Stosowanie kategorii tendencji do uzależnień jest bardzo przydatne w zmniejszaniu mentalnej „przepaści” dzielącej ludzi zdrowych od uzależnionych. Oczywiście kryteria uzależnienia i diagnoza są ostre: ktoś jest uzależniony albo nie. Ale doświadczenie pokazuje, że ta droga jest bardziej płynna. Wiele osób w różnych okresach życia jest bliżej bądź dalej od uzależnienia.

Myślenie w kategoriach tendencji do uzależnień destygmatyzuje osoby, które spełniają kryteria uzależnienia, oraz te, które tym zagadnieniem chcą się zajmować. Skoro tendencje są powszechne i ludzie widzą je u siebie, to mniej dziwią one u innych. Przestają być tematem tabu, więc można zacząć o nich myśleć, rozmawiać, badać je, poświęcać im uwagę.

Gdzie szukać pomocy?

  • Kiedy rozpoznajesz uzależnienie, obawiasz się o swoje zdrowie, życie, o swoją sytuację, o swoich najbliższych lub inni sygnalizują ci te problemy i chcesz przede wszystkim przestać –  wybierz terapię uzależnień.
  • Kiedy niepokoi cię twoja skłonność, martwisz się tym, że może będziesz uzależniony w przyszłości albo kiedyś byłeś i wciąż myślisz o sobie jako o byłym alkoholiku, byłym zakupoholiku, byłym narkomanie… i to jest ważna część twojej tożsamości, ale chcesz pójść dalej – wybierz psychoterapię.
Mikołaj Czyż jest warszawskim psychoterapeutą prowadzącym swoją praktykę w ramach Instytutu Psychologii Procesu. Poza zagadnieniami dotyczącymi uzależnień zajmuje się m.in. psychologicznymi aspektami kreatywności, nastrojami oraz konfliktami w relacjach. Jest współtwórcą ośrodka terapii par – Centrum Rozwoju dla Par oraz autorem bloga o psychologii związków.