1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Syndrom DDA - bagaż na całe życie

Syndrom DDA - bagaż na całe życie

Przeszłości nie da się ani wymazać, ani wymienić na inną. Można natomiast dokładnie ją rozpracować, zobaczyć, jak wpływa na teraźniejszość, i nauczyć się żyć tak, żeby jak najmniej ciążyła.(Fot. iStock)
Przeszłości nie da się ani wymazać, ani wymienić na inną. Można natomiast dokładnie ją rozpracować, zobaczyć, jak wpływa na teraźniejszość, i nauczyć się żyć tak, żeby jak najmniej ciążyła.(Fot. iStock)
Uzależnienie rodzica i jego psychiczna nieobecność w życiu dziecka to problem na całe życie. Przeszłości się nie zmieni, ale można uporządkować uczucia. Pomaga w tym znalezienie „dobrego obiektu” – mówi terapeutka Jolanta Łagodzińska. 

Pojawiają się ostatnio głosy, by syndrom DDA (Dorosłych Dzieci Alkoholików) potraktować szerzej i zacząć mówić o nim w kontekście problemu dzieci rodziców uzależnionych, bez względu na rodzaj nałogu. Co pani o tym sądzi? To słuszna koncepcja. Dziecko cierpi bowiem tak samo mocno, gdy rodzica nie ma przy nim z powodu alkoholu, narkotyków czy hazardu. Ale dysfunkcja w rodzinie może nastąpić także z innych przyczyn: zaburzeń psychicznych rodzica czy ciężkiej choroby któregoś z dzieci – bo jeśli spowoduje to, że wszyscy są zajęci jego ratowaniem, pozostałe rodzeństwo zostaje zaniedbane. Dlatego ja proponowałabym jeszcze bardziej rozszerzyć to spektrum i zacząć mówić o problemach dorosłych dzieci rodziców nieobecnych, zawodzących, krzywdzących. Bez względu na źródła tej nieobecności”.

Syndrom DDA zakreśla charakter problemów osób nim dotkniętych, ale przez to może trochę odizolowuje je od innych kwestii dorastania, co nie znaczy, że nie opisuje prawdy. Poza tym pełni ważną funkcję: pozwala nazwać problem. Opracowanie skutecznych metod terapii pomogło wielu osobom uporać się z traumą przeszłości. Umożliwiło nazwanie miotających nimi uczuć oraz uświadomiło, że nawet jeśli są one trudne, to mają do nich pełne prawo. Mogli też wreszcie pozbyć się irracjonalnego poczucia winy, że ojciec czy matka pili.

Wspólnym mianownikiem przeżyć dorosłych dzieci rodziców uzależnionych jest chyba to, że w rzeczywistości nigdy nie miały dzieciństwa? To prawda, często zamiast być dzieckiem musiały w jakiś sposób spełniać rolę opiekuna rodzica uzależnionego lub opiekuna drugiego rodzica, który miał z uzależnionym partnerem kłopoty. Taka sytuacja powoduje w głowie i sercu prawdziwy zamęt – duma miesza się z poczuciem krzywdy, pewność z niepewnością... Dziecko pozostaje zazwyczaj w tej plątaninie uczuć bardzo osamotnione.

Trzeba pamiętać, że rodzic uzależniony wpadł w nałóg z jakiegoś powodu. Zazwyczaj ma poważne problemy natury emocjonalnej i nie potrafi ich rozwiązać inaczej, niż zagłuszając nałogiem: hazardem, alkoholem, narkotykami, pracą czy seksem. Nie umie nazywać swoich stanów psychicznych – emocji, pragnień czy potrzeb, a co za tym idzie, rozmawiać o sprawach dla niego trudnych. Najprawdopodobniej jego rodzice również tego nie potrafili, więc go tego nie nauczyli. Teraz niemoc przekazuje swoim dzieciom. Te zaburzone relacje potrafią się ciągnąć przez całe pokolenia.

Dzieci uzależnionych, nieobecnych rodziców będą mieć problemy w relacjach z własnymi dziećmi? One w ogóle nie odnajdują się w relacjach – między innymi dlatego, że mają silną potrzebę kontrolowania uczuć nie tylko własnych, lecz także przyjaciół, partnera czy swoich dzieci. Takie osoby zazwyczaj nie potrafią się rozluźnić, pozwolić sobie na spontaniczność. Bliskość wzbudza w nich panikę, a brak bliskości – cierpienie. Utrata kontroli nad własnymi uczuciami powoduje lęk i stany depresyjne.

Rodzic jest dla dziecka alfą i omegą, więc jeśli zawodzi i porzuca, serwuje mu prawdziwy dramat. Po takim doświadczeniu synowi czy córce trudno w dorosłym życiu obdarzać zaufaniem zarówno ludzi, jak i świat.

Uderza to chyba także w ich podstawowe poczucie własnej wartości? Rodzic tkwiący w nałogu nie potrafi objaśnić swojemu dziecku świata, a nawet jeśli to robi – w chwilach trzeźwości – to potem zaprzecza wszystkiemu swoim postępowaniem i niekonsekwencją. Nie jest w stanie pomóc dziecku w nazwaniu tego, co ono przeżywa. Zresztą skąd ma to umieć, skoro sam nie wie, co się tak naprawdę z nim dzieje? Prędzej obarczy dziecko jeszcze swoimi emocjami.

Myślę, że zaniżone poczucie własnej wartości jest czymś wspólnym dla dorosłych dzieci rodziców uzależnionych. I nawet jeśli taka osoba odnosi znaczący sukces, jest podziwiana, to i tak często czai się w niej gdzieś głęboko ukryte zwątpienie we własne siły i możliwości. A temu towarzyszy strach, że lada chwila wyjdzie na jaw prawda i wszyscy dowiedzą się, że jest kimś bezwartościowym. Pod zewnętrzną maską powodzenia często kryje się depresja. Czarna dziura, jaką nosi w sobie dziecko, nie pozwala mu w pełni cieszyć się życiem. I jeśli się z nią w końcu nie upora, może – tak jak rodzic – popaść w jakiś rodzaj nałogu jako autodestrukcyjnej obrony, żeby zagłuszyć w sobie rozpacz.

Nie da się w nieskończoność udawać przed sobą i światem, że wszystko jest w porządku… Tłumiony ból psychiczny szczególnie mocno daje o sobie znać w chwilach przełomu, a więc: przejścia z dojrzewania w dorosłość, zakończenia studiów i rozpoczęcia pracy, małżeństwa, narodzin dziecka... Wówczas rozpacz może osiągnąć takie rozmiary, że dotknięta nią osoba kompletnie się pogubi.

Dorosłe dzieci rodziców uzależnionych, zawodzących często tkwią w nieustannym rozdarciu między jątrzącą się raną z przeszłości a mobilizowaniem się do jak najlepszego funkcjonowania w teraźniejszości. To tak jakby mieć spory garb, a ze wszystkich sił starać się trzymać prosto, jak struna.

Można ten ciężar zrzucić? Przeszłości nie da się ani wymazać, ani wymienić na inną. Jest jaka jest i zawsze nosimy ją w sobie. Można natomiast dokładnie ją rozpracować, zobaczyć, jak wpływa na teraźniejszość, i nauczyć się żyć tak, żeby jak najmniej ciążyła.

Jak to zrobić? Każdy przypadek jest odmienny, bo o sile traumy decyduje konkretny układ rodzinny. Z innym ciężarem boryka się kobieta, której ojciec był uzależniony, ale mogła liczyć na wsparcie matki, a z innym taka, która musi się zidentyfikować z matką tkwiącą w nałogu albo broni się przed tym tak bardzo, że nie może w pełni skorzystać z własnego potencjału, nie potrafi być sobą. Ważne też, który rodzic był uzależniony i jak zachowywał się drugi. Jaką postawę przyjmowała dalsza rodzina... Takie czynniki oraz wyposażenie genetyczne dziecka decydują o rodzaju i sile zaburzeń.

Na czym polega wpływ genetycznego wyposażenia? Chodzi tu głównie o odporność na stres – ona jest również zdeterminowana biologicznie. Można to zaobserwować już na etapie wczesnego dzieciństwa. Jedne noworodki zwyczajnie łatwiej znoszą dyskomfort spowodowany dźwiękiem, światłem czy brakiem matczynej piersi, inne w podobnych, niesprzyjających okolicznościach szybciej wpadają w rozpacz.

Jaki rodzaj terapii dla dorosłych dzieci rodziców uzależnionych jest najbardziej właściwy? Ważne, żeby to była terapia głęboka, pozwalająca dowiedzieć się: co czuję, co myślę, co się właściwie ze mną dzieje, co jest nie w porządku z moim życiem. Powinna to być terapia badająca nieświadome powody działania i powtarzania destrukcyjnych schematów.

Jednym pomoże terapia grupowa czy grupy wsparcia – ludzie o podobnych doświadczeniach stwarzają przestrzeń, w której można się odnaleźć, pomyśleć: inni mają tak samo, wypłakać się, wyżalić i być lepiej zrozumianym. Innym bardziej będzie odpowiadać terapia indywidualna, bo pozwoli skupić się im bardziej na sobie. Stwarza ona także szansę na odzyskanie tzw. dobrych obiektów, czyli takich postaci z przeszłości, które w dzieciństwie dawały chociaż trochę wsparcia, zrozumienia i opieki. To może być babcia, ktoś z rodzeństwa, dalsza kuzynka czy nauczyciel. Powrót do pozytywnego doświadczenia relacji z taką osobą pozwala dostrzec, że jednak był ktoś przewidywalny, wspierający, a więc nie cały świat zawodził i ranił.

Można powiedzieć, że dopóki dorosłe dziecko uzależnionego, zawodzącego rodzica nie przepracuje negatywnych doświadczeń w obecności neutralnej postaci terapeuty, który pomieści w sobie jego trudne uczucia: gniewu, wstydu, żalu, pretensji i straty po niespełnionym pragnieniu posiadania dobrego rodzica – tak długo nie odzyska dla siebie „dobrego obiektu”. Wówczas „zły obiekt”, a więc uzależniony rodzic, cały czas ma siłę negatywnego oddziaływania i powraca w każdej istotnej w późniejszym życiu osobie – przyjacielu, partnerze, szefie…

Niczym zarzucona kotwica, nie pozwala wypłynąć na pełne morze? Dorosłe dziecko uzależnionego rodzica dąży nieświadomie do tego, żeby spotykały je sytuacje powtarzające negatywne doświadczenie z dzieciństwa. Zdecyduje się na przykład na współpracę ze źle traktującym je zwierzchnikiem, na przyjaciół wybierze toksyczne osoby albo zwiąże się z nieodpowiedzialnym, raniącym partnerem. Zrobi tak, choćby świadomie deklarowało inne pragnienia, ponieważ w tych destrukcyjnych sytuacjach czuje się swojsko, dobrze je zna. Prowokując je, nie musi przeżywać napięcia związanego z lękiem, że za chwilę wydarzy się coś złego. Bo to złe ma na co dzień, jest do tego przyzwyczajone.

Przejście terapii jest tak ważne dlatego, że pomaga poznać i rozumieć siebie, a to podstawa wewnętrznej stabilności. Terapeuta tłumaczy, jak akceptować swoje emocje i jak lepiej siebie traktować. Dzięki takiej pracy nad sobą można przezwyciężyć podświadomy przymus powtarzania złego scenariusza z dzieciństwa i zacząć tak kierować swoim życiem, żeby doprowadzać do sytuacji, które budują, a nie niszczą.

[newsletterbox]

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Nałóg to głód miłości, akceptacji i sensu życia

Sięganie po substancję psychoaktywną czy kompulsja, czyli natrętne wykonywanie pewnych czynności spowodowane wewnętrznym przymusem – jest zawsze metodą uniknięcia problemów i trudnych emocji.(Fot. iStock)
Sięganie po substancję psychoaktywną czy kompulsja, czyli natrętne wykonywanie pewnych czynności spowodowane wewnętrznym przymusem – jest zawsze metodą uniknięcia problemów i trudnych emocji.(Fot. iStock)
Kiedy Mały Książę rozmawiał z Pijakiem, ten wyznał mu, że pije, bo chce zapomnieć. Zapomnieć, że się wstydzi. „Czego się wstydzisz?” – spytał Mały Ksiażę. „Wstydzę się tego, że piję” – odparł Pijak.

– Przepiłem 20 lat swojego życia – mówi Maciej Kiełbasiński, neofita, instruktor terapii uzależnień. – Długo wydawało mi się, że piję tak jak wszyscy: dla towarzystwa, poprawy humoru, żeby ukryć swoją nieśmiałość, nadwrażliwość, lęk przed kobietami. Po kieliszku stawałem się duszą towarzystwa, byłem pierwszym po Bogu, miałem przyjaciół, dziewczyny, dobrą zabawę. Moje życie składało się na przemian z pijackich ciągów i okresów odrabiania strat. Przez wiele lat wydawało mi się, że umiem pogodzić moje uzależnienie z normalnym funkcjonowaniem; skończyłem szkołę, dostałem się na studia, zacząłem zarabiać pierwsze pieniądze. Po coraz dłużej trwających ciągach starałem się wyhamować, „zebrać do kupy”, żeby po raz kolejny udowodnić sobie, że nie jestem zerem. Udawało mi się nie pić przez kilka miesięcy. Mówiłem sobie wtedy: ”Nie jest ze mną tak źle, potrafię obyć się bez alkoholu”. Ożeniłem się, bo liczyłem, że jak będę mężem, ojcem – przestanę pić. Podziałało, ale na krótko. Przychodził taki dzień, że musiałem się napić. Swoje alkoholowe ciągi planowałem ze szczegółami: brałem zwolnienie z pracy – 6 dni, dokładnie zaplanowane: trzy na picie, dwa na kaca, jeden na dojście do siebie. Kupowałem w sklepie wódkę, zwykle kilka butelek na zapas, żeby nie zabrakło, i kilka piw na kaca, bo tak się trząsłem, że utrzymanie w rękach szczoteczki do zębów stawało się problemem. Przy tym im więcej piłem, tym lepiej funkcjonowałem w świecie zewnętrznym. Miałem coraz lepszą pracę, więcej pieniędzy. To utwierdzało mnie w przekonaniu, że nałóg w niczym mi nie przeszkadza, a nawet że jestem lepszy od innych, mądrzejszy, sprytniejszy. Ale w głębi duszy czułem coraz większą pustkę.

Kręta droga w dół

Tak naprawdę nie jest istotne, czy przedmiotem uzależnienia jest alkohol, narkotyk, papieros, lekarstwo, jedzenie, seks, hazard, praca… Sięganie po substancję psychoaktywną czy kompulsja, czyli natrętne wykonywanie pewnych czynności spowodowane wewnętrznym przymusem – jest zawsze metodą uniknięcia problemów i trudnych emocji. Dążeniem do chwilowej poprawy nastroju, próbą ukrycia niskiego poczucia własnej wartości, a w konsekwencji ucieczką od życia i samego siebie.

Etiologia uzależnień nadal nie została wyjaśniona. Co było pierwsze: jajko czy kura? Czy określona osobowość sprzyja popadaniu w nałogi, a może to uzależnienie zmienia osobowość? Wiadomo, że istnieją pewne czynniki sprzyjające uzależnieniom, takie, jak: błędna hierarchia wartości, niski stopień autonomii, skłonność do wchodzenia w toksyczne relacje, niska odporność na frustracje, niedojrzałość emocjonalna. Charakterystyczną oznaką uzależnienia jest sięganie po substancję psychoaktywną, pomimo coraz bardziej bolesnych konsekwencji: fizycznych, psychicznych, moralnych, prawnych, duchowych i społecznych. Jak to działa?

Podstawowe mechanizmy uzależnienia:

Uzależnienie emocjonalne, czyli nałóg potrzebny do regulacji uczuć
– Osoba uzależniona nie potrafi zidentyfikować się ze swoimi emocjami. Albo próbuje je ukryć, albo postępuje wbrew nim – mówi Maciej Kiełbasiński. – To potęguje konflikt wewnętrzny, prowadzi do kompulsywnych zachowań czy konieczności sięgnięcia po substancję psychoaktywną. W ten sposób izoluje się od świata, popada w samotność, pozostając sam na sam ze swoim nałogiem. Nabiera fałszywego przekonania, że świat i ludzie jej nie rozumieją. Tłumaczy sobie, że sięga po takie środki dlatego, że ma życiowe problemy, a nie zauważa, że to właśnie uzależnienie je powoduje. Boi się, że zostanie rozszyfrowana ta część jej prawdziwego ja, na które składa się także: bezradność, wrażliwość, potrzeba miłości i akceptacji. Ten lęk paraliżuje ją do tego stopnia, że ukrywa go pod przykrywką złości, agresji i gniewu, wywołując w swoim otoczeniu ciągłe uczucie niepokoju. Ludzie bojąc się, że uzależniony wpadnie w kolejny ciąg picia czy ćpania, starają się zejść mu z drogi, dać spokój i nie denerwować, a to stwarza komfort do trwania w nałogu. A przecież na tym najbardziej mu zależy.

System iluzji i zaprzeczeń – nałogowy sposób manipulowania własnym myśleniem po to, by łudzić się, że nie jest się uzależnionym i że uzależnienie nie powoduje żadnych strat.
– Cechą charakterystyczną każdego nałogu jest pewien mechanizm myślowy, który cały czas przekonuje chorego, że nie jest uzależniony. Dlatego za wszelką cenę chce odzyskać kontrolę nad zachowaniem lub substancją psychoaktywną – tłumaczy Maciej Kiełbasiński. – Najbardziej zdradzieckie są okresy pomiędzy ciągami, kiedy osoba uzależniona zachowuje się w sposób normalny. Przecież ktoś, kto przez dłuższy czas może powstrzymać się od picia, ćpania czy innych kompulsywnych zachowań – nie może być chory! Podejmuje więc kolejną próbę, mówiąc sobie, że wypije tylko jeden kieliszek wódki, raz zagra w ruletkę lub wypali tylko jednego skręta. Tym samym popycha pierwszą kostkę domina, która przewraca kolejną i kolejną, aż do kompletnego wycieńczenia organizmu lub... utraty wszystkich pieniędzy w kasynie. Kiedy udaje się wyjść z ciągu, zderza się z tymi konsekwencjami. Kolejny raz nie dotrzymał słowa, utracił zaufanie do siebie i zaufanie innych. Budzi się niskie poczucie własnej wartości, wstyd i potworny lęk. Osoba uzależniona powtarza sobie, że to był ostatni raz, ale bez profesjonalnej pomocy nie jest w stanie dotrzymać danego sobie słowa. Wszyscy uzależnieni zakłamują, racjonalizują i minimalizują swój problem.

Poczucie kontrolowania uzależnienia
– To mechanizm, z którym najtrudniej jest się rozprawić – mówi Kiełbasiński. – Pacjenci, którzy zgłaszają się na leczenie, ciągle wierzą, że ,,trochę się podleczą”, a dzięki terapii znajdą sposób na kontrolowanie swojego uzależnienia.

Zaburzone relacje z innymi ludźmi
– Osoba uzależniona nie potrafi nawiązywać poprawnych relacji z otoczeniem. Traktuje innych instrumentalnie, przenosząc na nich odpowiedzialność za konsekwencje swojego nałogu – mówi Kiełbasiński. – Rodzina płaci jej długi, żona usprawiedliwia nieobecności w pracy, fakt uzależnienia wszyscy utrzymują w tajemnicy. Chory chce się do kogoś przytulić, pożalić nad swoim losem, czasem złoży jakąś nierealną obietnicę, która da bliskim nadzieję, że wszystko się ułoży. I... dalej korzysta z nałogu.

Gra o życie

W miarę postępującego uzależnienia, także pozytywne emocje – radość, zachwyt, poczucie sukcesu... – powodują tak silne napięcie, że osoba uzależniona musi się „znieczulić”: wypad do kasyna albo na zakupy dla uczczenia sukcesu, agresywny seks w nagrodę po okresie wymuszonej wstrzemięźliwości, kompulsywne objadanie się po udawaniu na przyjęciu, że „jem tyle co wróbelek”.

Emocją, która nasila się w kolejnych etapach uzależnienia, jest wszechogarniający lęk. Żeby go łagodzić, osoba uzależniona coraz częściej sięga po substancję psychoaktywną czy ucieka się do innego kompulsywnego zachowania. Ulga „po zażyciu” jest coraz krótsza, a pojawiające się napięcie – silniejsze. Zduszone emocje pojawiają się szybciej, a powodów do niepokoju jest więcej, bo nałóg sieje coraz większe spustoszenie w życiu uzależnionego. W pracy zawala więcej spraw, ludzie mniej mu ufają. Ostatkiem sił próbuje zachować pozory normalności.

– Po kilku latach picia zrezygnowałem z podejmowania długoterminowych zobowiązań, np. nauki języka, gry w tenisa – opowiada Maciej Kiełbasiński. – Wiedziałem, że nie stać mnie na systematyczność, bo ciągi były coraz dłuższe i nie byłbym w stanie sprostać zobowiązaniom. Poza tym obowiązki przeszkadzały mi w piciu. Całe moje życie zaczęło być podporządkowane chorobie. Zacząłem czuć nienawiść do samego siebie. W końcu stwierdziłem, że nie ma sensu trzeźwieć i postanowiłem zapić się na śmierć. Po dziesięciomiesięcznym ciągu sięgnąłem dna.

Czym jest owo sięgnięcie dna w uzależnieniu? Czasami to jakieś traumatyczne wydarzenie: nagła choroba, wypadek samochodowy, strata pracy, pieniędzy, rodziny. Innym razem nakaz sądu do przymusowego leczenia albo czyjaś bezinteresowna pomoc, albo... spotkanie na swojej drodze kogoś, kto w uzależnionym dostrzeże człowieka.

– Wtedy zwykle po raz pierwszy pojawia się poczucie własnej bezsilności wobec nałogu – mówi Adam Przywara, OFM, kapelan w Ośrodku Terapii Uzależnień. – To mistyczna chwila, w której cały świat się zatrzymuje.

– Kiedy uzależniony widzi, że życie wymknęło mu się spod kontroli i zapanował w nim taki bałagan, że nie potrafi poskładać go w całość, pojawia się nadzieja, że gdzieś jest ktoś lub coś, co może mu pomóc – dodaje Maciej Kiełbasiński. – I zaczyna się gra o życie.

Zdaniem ks. Marka Dziewieckiego, autora artykułu: ,,Choroba alkoholowa, a zniewolenie sfery duchowej”, każde uzależnienie jest dążeniem do iluzorycznego, natychmiastowego szczęścia i pojawia się tam, gdzie brakuje szczęścia rzeczywistego. Chwytamy się go wtedy, gdy w sposób bolesny, choć często nieświadomy, doświadczamy, że droga, którą podążamy, prowadzi donikąd, jednak brak nam odwagi, by uznać ten fakt i zmienić swoje życie. Przy użyciu substancji psychoaktywnej lub nałogowego zachowania wprowadzamy się więc w odmienny stan świadomości, ograniczając tym samym wewnętrzną wolność i gubiąc sens życia, czyli podstawy swojej duchowości. Uzależnienie niszczy wolność emocjonalną, intelektualną, zabija wrażliwość. Człowiek w szponach nałogu oszukuje samego siebie. Najważniejsze dla niego staje się zapewnienie sobie komfortu, by tkwić w uzależnieniu. Nawiązuje toksyczne relacje – solidaryzuje się z innymi uzależnionymi i manipuluje ludźmi. Zamiast rozwiązywać problemy, ucieka przed nimi w nałóg.

Gdzie powinien szukać rozwiązania? W powrocie do duchowości. To ona jest odpowiedzią na nurtujące go pytania i lekarstwem na paraliżujące lęki. Pomaga stworzyć dojrzałą hierarchię wartości, a relacje opierać na miłości i odpowiedzialności.

Nie wystarczy abstynencja. Leczenie to nie tylko przezwyciężenie mechanizmów nałogu, lecz zmiana postawy wobec życia. Na początku musi być świadoma decyzja, że do radzenia sobie z problemami nie potrzeba już alkoholu czy narkotyków. Ale żeby to osiągnąć, konieczne jest zajrzenie w głąb swej duszy.

Ważne spotkania

Zdaniem Adama Przywary, uzależnienie to choroba braku miłości. Maciej Kiełbasiński zaś uważa, że wynika ona z nieznajomości samego siebie, realizowania w sposób przymusowy wartości, które są sprzeczne z tymi, jakie uzależniona osoba wyznaje, nieumiejętności nawiązywania kontaktów z innymi ludźmi. Ale obydwaj zgodnie twierdzą, że drogą wyjścia z nałogu jest drugi człowiek.

– W rozwoju duchowym zawsze chodzi o spotkanie: z Bogiem, z drugim człowiekiem. Spotkanie, które nas zmieni, np. ustali na nowo to, co dla nas istotne w życiu – mówi Adam Przywara.

Po latach walki ze swoim demonem osoby uzależnione wiedzą wszystko o mechanizmach i znakach ostrzegawczych, zaliczają kolejną terapię, pobyt w następnym ośrodku, znają swoje słabości, ale i tak wracają do nałogu, bo brakuje im wiary w coś, co ich utrzyma w stanie abstynencji, duchowego pogłębienia, odnalezienia sensu życia. Potrzebny jest ktoś, kto w umiejętny sposób ukaże im prawdę o nich samych.

– Kiedy otrzymujesz pomoc z zewnątrz, gdy zauważasz innych ludzi, którym udało się wyjść z nałogu, budzi się wiara. Zaczynasz ufać, że w tym względzie są mądrzejsi od ciebie i sięgnięcie po ich doświadczenia pozwoli ci na wyjście z samotności, budowanie swojego życia od nowa, krok po kroku – mówi Maciej Kiełbasiński.

Adam Przywara jako kapelan w ośrodku uzależnień pełni rolę pośrednika między uzależnionymi a Bogiem.

– Nieważne, czy i w co wierzysz – mówi im. – Spróbuj zastanowić się, czy jakaś Siła Wyższa – jakkolwiek ją pojmujesz – nie była w przeszłości obecna w twoim życiu.

Doskonale pamięta Pawła, 26-letniego narkomana, który pięciokrotnie próbował popełnić samobójstwo. Ostatnim razem wypił butelkę „Kreta” (silnie żrącej substancji) i poczuł wtedy, że coś każe mu iść do ludzi. Była noc. Wybiegł z domu i poszedł na stację benzynową. Tam zemdlał. Cudem go uratowano. Po pobycie na oddziale psychiatrycznym, trafił do Ośrodka Terapii Uzależnień. W ramach praktyki pracy zajmował się umierającymi w hospicjum.

– Przez dwa tygodnie widziałem go codziennie w kaplicy – opowiada kapelan. – Szlochał, a ja czułem, że dzieje się w nim coś ważnego. W czasie rozmowy okazało się, że zaczął analizować swoje życie. Poczuł, że tamtej nocy kierowała nim jakaś siła większa od niego. To był początek zmiany. Zaczął odkrywać, kim jest i czego naprawdę pragnie.

Trudne przebudzenia

Chorzy, którym udało się wyrwać z matni nałogu, przyznają: gdy po wielu latach uzależnienia budzisz się do życia, nie wiesz, kim jesteś. Emocjonalnie znajdujesz się na etapie, na którym to się zaczęło.

– Kiedy podjąłem leczenie w ośrodku terapii uzależnień, miałem czterdzieści lat – mówi Maciej Kiełbasiński. – Jednak emocjonalnie byłem na etapie 14-latka, bo to właśnie wtedy sięgnąłem po pierwszy kieliszek.

Zaczyna się dość skomplikowany proces. Najpierw pojawia się radość, że udało ci się pozbyć obsesji, która towarzyszyła uzależnieniu. Po dwóch, trzech latach wychodzenia z jakiegokolwiek nałogu, rozglądasz się dookoła i dostrzegasz, że większość decyzji, jakie w życiu podjąłeś, była temu podporządkowana. Po raz pierwszy jasnym wzrokiem patrzysz na swojego partnera, dzieci, przyjaciół, pracę i zadajesz sobie pytania: „Co ja tu robię? Kim jestem?”. Znika poczucie winy, odkrywasz, że inni także mają swoje wady i swoje problemy. Twoje życie nabiera sensu, zaczynasz powoli rozumieć siebie, a tym samym świat, który cię otacza.

– Żeby odważyć się być sobą, ujawnić światu swoje mocne strony, ale także własne słabości, musisz przełamać lęk przed odrzuceniem – mówi Kiełbasiński. – Skonfrontować się z tym wszystkim, przed czym uciekałeś w uzależnienie. Następnym krokiem jest bolesne rozliczenie się z przeszłością. Trzeba stanąć oko w oko z cierpieniem odczuwanym z powodu zaprzepaszczonych spraw, zmarnowanych okazji i porzuconych celów. W takich chwilach warto posiąść umiejętność rezygnacji: nie na dziś czy jutro, ale na zawsze. Musisz pogodzić się z faktem, że pewnych rzeczy już nie odzyskasz, niektórych wydarzeń nie cofniesz, a życie toczy się dalej i trzeba wziąć za nie pełną odpowiedzialność.

Co jeszcze? Kiedy obudzisz się ze złego snu, być może będziesz za wszelką cenę pragnął, żeby odzyskał spokój ktoś bliski, ktoś, kto cierpiał z powodu twojego uzależnienia przez całe lata, np. twoja matka, która nie dożyła momentu, kiedy przestałeś pić. Poczujesz się wtedy bezradny, no bo jak przekazać jej wiadomość, że z tobą już wszystko w porządku? Może twój partner, który dzielnie trwał przy tobie, gdy byłaś uzależniona od zakupów, albo przegrałaś w kasynie wszystkie swoje oszczędności, nagle odszedł, rzucając ci na do widzenia: „Teraz już poradzisz sobie beze mnie”. Być może w pierwszej chwili pomyślisz: „Jak on mógł mi to zrobić?! Nie warto było się leczyć”, może nawet pojawi się myśl o powrocie do uzależnienia... Ale po chwili przyjdzie refleksja: „Zrobiłam to dla siebie. Skoro udało mi się wyjść z nałogu, poradzę sobie ze wszystkim”. To pierwszy znak pojednania ze sobą, zgoda na swoją przeszłość. Powoli zaczniesz rozpoznawać, co jest dla ciebie ważne: miłość, dobroć, akceptacja, prawda, szczerość, otwartość, zamiast: manipulacji oraz oszukiwania siebie i innych.

– Na początku ważne jest, żeby nie czuć się samotnym – mówi Maciej Kiełbasiński. – Najbliżsi wydają ci się obcy, często nie rozumieją, że sama ich obecność i miłość nie pomogą ci w leczeniu, że musisz iść na terapię, do grupy wsparcia, do ludzi, którzy podzielą się swoim doświadczeniem. Zaczynasz naprawiać swoje relacje z bliskimi, znajdujesz nowych przyjaciół...

Jednego musisz się nauczyć: prawidłowo odczytywać własne emocje i uczucia w danej chwili, bo dopiero wtedy możesz kontrolować swoje zachowanie. Jeżeli wstałeś lewą nogą, będziesz mógł skorygować plan dnia tak, żeby uniknąć nieprzyjemnych sytuacji. Może zrezygnujesz ze spotkań z ludźmi, którzy źle na ciebie wpływają, przełożysz na inny termin zajęcia, które wymagają odpowiedniego nastroju czy koncentracji, a tym samym oddalisz od siebie możliwość powrotu do uzależnienia.

– Bo przecież nie chodzi o substancję czy zachowania, od których byłeś uzależniony, tylko o pewien stan emocjonalny, który te zachowania lub przymus sięgnięcia po substancję powodował – dodaje Maciej Kiełbasiński. – Jeśli wiesz, jakie sytuacje wywołują twoje konkretne emocje, potrafisz nad nimi zapanować. Do dziś czasami ludzie zarzucają mi, że martwię się przede wszystkim o siebie. Tak, bo moje emocje są najważniejsze – zapanowanie nad nimi daje mi poczucie bezpieczeństwa. Jeśli mam dobry kontakt z samym sobą, mam dobry kontakt także ze światem.

Postęp w rozwoju duchowym widać po tym, z jaką dojrzałością podchodzisz do życia. Kiedy byłeś w nałogu, towarzyszyła ci niepewność, teraz – spokój.

– Wynika on w dużej mierze z powierzenia życia czemuś lub komuś większemu od nas samych – tłumaczy Adam Przywara.– A także z akceptacji swojej niedoskonałości. W duchowości jest miejsce i na smutek, i na radość, na rozgoryczenie i nadzieję, na upadek i powstanie. Bóg akceptuje słabość człowieka.

– Uzależnienie może dotknąć każdego, i wierzącego w jakąś konkretną religię, i agnostyka, i ateistę… – tłumaczy Kiełbasiński. – Jeżeli ktoś uważa inaczej, powinien wyzbyć się egocentryzmu. Ludzie czasem sądzą, że alkoholizm, hazard czy narkomania mogą przydarzyć się innym, ale nie im. Uważają się za lepszych i podejmują ryzyko „pierwszego razu” – pierwszy kieliszek, pierwszy pobyt w kasynie, pierwszy skręt… no bo przecież nic się nie stanie.

Kiedy jest już za późno, gdy już tkwisz w uzależnieniu po uszy, potrzebujesz wiary, która może ci dać siłę do wydostania się z pułapki nałogu.

– Przełomowy moment uznania swej bezsilności, bez zaakceptowania której pozbycie się nałogu staje się niemożliwe, wiąże się z tym, że człowiek „bez siły” musi posiąść moc z zewnątrz – mówi Kiełbasiński. – To może być grupa ludzi, ośrodek terapeutyczny czy Bóg w koncepcji chrześcijańskiej. Kiedy posiądziesz dar wiary, zaakceptujesz, że to nie ty jesteś Bogiem i nie od ciebie zależy końcowy efekt twoich starań czy postawionych sobie celów. Ty możesz jedynie planować działania, ale efekty pozostawiasz opiece boskiej, losowi,– jakkolwiek chcesz to nazwać. Taka postawa zapewni ci wewnętrzną równowagę, spokój duszy, bo przestajesz zmagać się z życiem i jego przeciwnościami, tylko akceptujesz wolę tej siły wyższej wobec ciebie. A kiedy twoje wnętrze przestanie być zapieczone przymusem osiągania tego, czego chcesz, to okaże się, że zostanie ci to po prostu ofiarowane.

Czy grozi ci uzależnienie? Sygnały ostrzegawcze:

  • Obniżanie napięcia emocjonalnego, pocieszanie się, nagradzanie przy użyciu substancji psychoaktywnej (alkoholu, narkotyków) lub zachowań kompulsywnych (przymusu gier hazardowych, seksu, zakupów).
  • Unikanie sytuacji stresujących i „wyręczanie się” innymi ludźmi w załatwianiu swoich spraw oraz rozwiązywaniu własnych problemów.
  • Zaprzestanie na pewien czas używania substancji i zachowań uzależniających (czasowa abstynencja), przeplatane okresami ciągów.
  • Wielokrotnie podejmowane, nieudane próby rzucenia nałogu, charakteryzujące się powtarzaniem bez przerwy tych samych mantr: „muszę ograniczyć palenie”, „muszę przestać chodzić na zakupy” itd.
  • Dominujące emocje, często niezależne od realnych wydarzeń, to lęk i złość, które są pretekstem do sięgnięcia po substancje lub zachowania uzależniające.
  • Pogarszanie się relacji z innymi ludźmi: izolacja, ucieczka w samotność, notoryczne kłamstwa, coraz częstsze manipulacje.
  1. Psychologia

Na czym polega skłonność do uzależnień?

Osoba uzależniona tkwi w iluzji, że kontroluje substancję lub zachowanie, bo potrafi na określony czas się od nich powstrzymać. Tymczasem gdy minie czas, na który się ze sobą umówiła, wraca do uzależnienia. To tzw. system dumy i kontroli. (Fot. iStock)
Osoba uzależniona tkwi w iluzji, że kontroluje substancję lub zachowanie, bo potrafi na określony czas się od nich powstrzymać. Tymczasem gdy minie czas, na który się ze sobą umówiła, wraca do uzależnienia. To tzw. system dumy i kontroli. (Fot. iStock)
Dlaczego niektórzy popadają w narkomanię czy seksoholizm szybciej od innych? Nie do końca wiadomo, ponieważ jest to uwarunkowane wieloma czynnikami, także genetycznymi. Jednak podłoże biologiczne nie oznacza, że jesteśmy dożywotnio skazani na nałogi. Na czym zatem może polegać skłonność do uzależnień - pytamy psychoterapeutkę Natalię Jurys. 

Na ile skłonność do uzależnień to fakt, a na ile wygodna wymówka, by usprawiedliwiać uzależnienie?
Są dowody na istnienie genetycznego uwarunkowania uzależnień. Może za to odpowiadać kilka mechanizmów: specyficzne neuroprzekaźnictwo, wrażliwość receptorów, określony metabolizm. Niektórym wystarczy niewielki kontakt z konkretną substancją lub zachowaniem, by przetrzeć szlak dopaminowy i utrwalić nawyk, jednak posiadanie genetycznego obciążenia wcale nie oznacza, że ktoś będzie uzależniony. I odwrotnie - uzależnić się można bez genetycznej skłonności. To prawda, że istnieje biologiczne podłoże uzależnień, ale oprócz tego istnieje szereg uwarunkowań środkowiskowych i osobowościowych.

Czyli zatem jest skłonność do uzależnień?
Jako psychoterapeutka postrzegam skłonność do uzależnień jako rodzaj deficytu radzenia sobie z napięciami emocjonalnymi.

To ciekawe, dla wielu skłonność jest czymś, co mamy - ty mówisz raczej o braku.
Praktycznie wygląda to tak: zamiast wypracowania konstruktywnego radzenia sobie z napięciami, pojawia się substancja lub zachowanie, które regulują napięcie. Gdy to się utrwali, trudno z tego "ratunku" zrezygnować, zwłaszcza jeśli destrukcyjny sposób regulowania napięcia pojawił się w młodym wieku. Kolejnym istotnym mechanizmem podtrzymującym uzależnienie jest też brak innych sposobów regulowania napięcia. Każdy z nas doświadcza stresu, ale nie wszyscy muszą się napić, aby poczuć ulgę, niektórzy nauczyli się pracy w ogródku, uprawiania sportu, konstruktywnej rozmowy...

Co musi wydarzyć się w życiu człowieka, by przejawiał skłonność do uzależnień?
Przed wieloma laty pracowałam z osobami uzależnionymi w poradni odwykowej. Przypomina mi się określenie, które wtedy usłyszałam. Padło ono z ust pani Jolanty Koczurowskiej, która była wtedy szefową MONAR-u i ośrodka uzależnień dla młodzieży. Powiedziała, że uzależnienia są chorobą braku miłości. Zapadło to we mnie jako mocne, jednoznaczne. Od razu pomyślałam o różnych pacjentach, którzy potwierdzają to określenie.

Po latach praktyki nie wiem, czy jest to trafna diagnoza. Jednak z pewnością wiele osób uzależnionych doświadczyło zaniedbania, porzucenia emocjonalnego, konieczności radzenia sobie samemu.  To, w jaki sposób w dzieciństwie tworzy się więź z podstawowymi opiekunami, jest istotne. Na tym wyrastają nasze potencjały, ale też zaburzenia – w zależności od tego, czy więź ta była karmiąca, wypełniona miłością, czy nie.

W jaki sposób wpisuje się w to skłonność do uzależnienia?
Brak wzorca, brak otrzymania odpowiedniej opieki wpływa na brak umiejętności zdrowego regulowania napięcia. Chodzi o doświadczanie opieki, w której można wyrażać swoje emocje z poczuciem, że kochający dorosły zajmie się nimi. Skłonność do uzależnień mogą mieć osoby, które w dzieciństwie słyszały, że mają się zamknąć, nie przeszkadzać, nie wkraczać w przestrzeń zarezerwowaną przez rodziców i opatrzoną słowami: „święty spokój”. Wtedy dziecko nie ma co zrobić ze swymi emocjami, z tym, co w nim buzuje. Młody umysł nie potrafi przetworzyć różnych trudnych doznań, a obok nie ma dorosłego, który może powiedzieć i pokazać, jak sobie z nimi poradzić. Gdy dziecko dorasta, nie ubywa mu stresu, napięć, a dodatkowo nie ma modelu radzenia sobie z nimi. A jeśli dołożyć do tego wszechobecne zachwalanie picia jako środka na odstresowanie, to droga do uzależnienia się skraca.

Dlaczego jedna osoba, trafiając na uzależniającą substancję albo aktywność, taką jak oglądanie pornografii czy uprawianie seksu, uzależnia się, a druga nie?
Uzależnienie nie powstaje po jednorazowym kontakcie z substancją czy aktywnością. Powiedzmy, że ktoś pomylił butelki, napił się alkoholu. Albo trafił w środowisko osób, które bierze narkotyki, spróbował. A może odkrył Internet i jego przyjemności. Przecież to nie jest cały świat. Są rówieśnicy, którzy mają do tego inny stosunek, są dorośli i ich rady, są przeszłe doświadczenia. Jeśli ktoś ma alternatywne wzorce zachowania, łatwiej mu wybrać to, co jest zdrowe i służy życiu, niż wskoczyć w uzależnienie. Dlatego tak istotna jest profilaktyka.

Na czym polega sensowna profilaktyka uzależnień?
Badania udowadniają, że sensowna profilaktyka nie polega na straszeniu, grożeniu, przedstawieniu zagrożeń, wzbudzaniu lęku związanego z konsekwencjami – lecz jest oparta na prawdziwym kontakcie, więzi, stworzeniu miejsca na emocje osób ze skłonnościami do uzależnień. To znaczy, że mają one zapewnione warunki, w których mogą wyrażać swoją bezradność, swój lęk czy swoją złość – w sposób konstruktywny. Istotne jest, czy – zwłaszcza młode osoby – mają alternatywne środowisko, w którym uczą się, angażują, tworzą. Albo czy mają dostęp do grupy wsparcia lub grupy terapeutycznej. Ważne jest, by człowiek, który już się uzależnił, umiał siebie pokochać.

Jak ma siebie pokochać, jeśli bardziej kocha substancję lub nawyk?
Na początku trzeba zastąpić pewne rzeczy czymś w rodzaju protezy. Potrzebna jest opiekuńczość, ale i normatywność. A zatem życzliwość, otwartość, ale również konkretna struktura. Fikcją jest założenie, że wystarczy podjąć decyzję: „od dzisiaj nie piję”. Wytrwanie w postanowieniu to codzienna praca. Dlatego na początku mówienie o tym, czy ktoś może siebie pokochać, jest abstrakcyjne. Najpierw ten ktoś musi nauczyć się nie chodzić obok monopolowego i odmawiać zaproszeń na imprezy.

Mam przyjaciela, który po ponad 10 latach brania silnych tabletek nasennych postanowił je odstawić. Jest świadomy uzależnienia, ale nie chce  korzystać z pomocy psychoterapeutycznej, woli to zrobić sam. Co byś poradziła w takiej sytuacji?
Czasami odstawianie silnych leków wymaga nadzoru lekarza. Podobnie jest z delirium, które bywa śmiertelne. Niekiedy odtrucie jest niezbędne. A jeśli ten ktoś mimo wszystko odmawia, dobrze, by poinformował bliską osobę, że jest w procesie odstawiania, tak by w razie potrzeby ta osoba mogła zareagować, na przykład wezwać karetkę. Nie trzeba iść do psychoterapeuty, ale przyznanie się do bezradności jest częścią zdrowienia i porzucania nałogu. Jeśli ktoś upiera się, że ma kontrolę nad substancją, to bardzo możliwe, że tym samym potwierdza silne uzależnienie. To tak zwany system dumy i kontroli. Osoba uzależniona tkwi w iluzji, że kontroluje substancję lub zachowanie, bo potrafi na określony czas się od nich powstrzymać. Niektórzy robią sobie okres abstynencji, tydzień nie piją, nie oglądają pornografii, tym samym udowadniają sobie, że wszystko z nimi w porządku. Tymczasem gdy minie czas, na który się ze sobą umówili, wracają do uzależnienia.

Co utrudnia zdrowienie?
Często zaburzenie osobowości, które oznacza konieczność odreagowań. Taka osoba nie radzi sobie na przykład z wyrażaniem złości w konstruktywny sposób. Tłumi ją, przetrzymuje, a później prowadzi samochód z nadmierną prędkością albo wypije alkohol, albo skrzywdzi innych. Osoby z zaburzeniami osobowości często się uzależniają, a gdy podejmują leczenie, zazwyczaj idzie im dobrze, dopóki pozostają w systemie leczenia. Jednak gdy kończy się pobyt w ośrodku odwykowym albo terapia, człowiek wraca do nałogu.

Dlatego, że zaburzenie osobowości nie zostało wyleczone?
Tak. Dotyczy to na przykład osób uzależnionych od alkoholu, które stają się zależne od leczenia się z alkoholizmu. Nie piją, ale nie potrafią funkcjonować poza leczeniem. Nauczają, „ewangelizują”, nie można ich zaprosić na imprezę, bo mówią wciąż o skutkach picia. Podłożem tych trudności jest zaburzenie osobowości, a uzależnienie jest jednym z symptomów, i jest wtórne. Zaburzenie osobowości zmusza ich do trzymania się określonego systemu, ramy, gdyż nie potrafią jej stworzyć wewnątrz.

Rozumiem, że osoba z zaburzeniem osobowości, która leczy się z uzależnienia, może chodzić na terapię, a później iść do baru na kielicha.
Albo na orgię czy po narkotyki. Tak, to właśnie odreagowanie, zwane też „acting-out”, wynikające z braku możliwości wyrażenia trudności i emocji wprost. Terapia może pobudzać silne emocje. Taka osoba przytakuje, wszystko rozumie, twierdzi, że terapia jest świetna, ale musi ją odreagować, pogłębiając uzależnienie. Tymczasem celem jest umiejętność oglądania uczuć wtedy, gdy powstają, adresowanie ich i wyrażanie bezpośrednio, a nie po czasie, na przykład w barze. W tym pomaga odpowiednia diagnoza i psychoterapia.

Jakie przekonania ukrywają osoby uzależnione?
Wizję świata, w której nie można na nikogo liczyć, a inni ludzie są zagrażający. To często efekt trudnych doświadczeń. Dla tych osób jedyną ochroną przed bólem jest zaprzeczanie rzeczywistości, utwierdzanie się w tym, że wszyscy, łącznie z terapeutami, są źli.

Jak rozpoznać u siebie albo bliskiej osoby początki uzależnienia?
Już sama myśl o tym, że ja lub bliska osoba jest uzależniona, bywa niepokojącą wskazówką. Inną sprawą są powtarzające się kłótnie dotyczące określonej substancji albo zachowania. Ktoś mówi bliskiej osobie, że jest zaniepokojony tym, ile tamta pije. W zdrowej relacji można o tym porozmawiać, przyjrzeć się, skąd pochodzi ta wątpliwość. Reakcja w postaci złości, furii albo skrajnego zamknięcia się sugeruje uzależnienie. Podobnie ukrywanie się z określonym zachowaniem lub substancją.

Co jest najskuteczniejsze w radzeniu sobie z uzależnieniem?
To jak z szukaniem Świętego Graala – wizja, że muszę tylko to coś odnaleźć, bywa kusząca... Poza decyzją o rzuceniu nałogu i pragnieniem życia w wolności, pomocne będzie wsparcie. To jak biżuteria złożona z mnóstwa koralików. Wychodzenie z uzależnienia porównuję do nawlekania tych koralików na nici, czyli dyscyplinę i stałą, mozolną, ale przynoszącą satysfakcję pracę.

Natalia Jurys, psycholożka, psychoterapeutka, certyfikowana specjalistka terapii uzależnień, rekomendowana trenerka II stopnia Polskiego Tow. Psychologicznego. Prowadzi psychoterapię dla dorosłych i młodzieży oraz konsultacje wychowawczo-rozwojowe dla rodziców, www.psychoterapia-poznan.org.

  1. Psychologia

Piję tak jak wszyscy - na czym polega współczesny alkoholizm?

Polska jest w grupie państw o najwyższym spożyciu alkoholu na dorosłego mieszkańca (13,3 litra – raport WHO, 2011 rok; w kolejnych latach ta liczba spadła do 11.5 l. Niestety, w czasie pandemii znowu wzrosła do około 12.5). Fot. iStock
Polska jest w grupie państw o najwyższym spożyciu alkoholu na dorosłego mieszkańca (13,3 litra – raport WHO, 2011 rok; w kolejnych latach ta liczba spadła do 11.5 l. Niestety, w czasie pandemii znowu wzrosła do około 12.5). Fot. iStock
Jak wynika z badań TNS OBOP, Polacy ostro potępiają nadużywanie alkoholu (6 na 10 ankietowanych). Jednocześnie Polska jest w grupie kilkudziesięciu państw o najwyższym spożyciu alkoholu na dorosłego mieszkańca. Pijemy ,,inteligentnie”; dwa trzy drinki do kolacji, dwa piwa przed telewizorem, albo pół butelki wina na ,,dobry sen”. Tak jak wszyscy.

Jak często zdarza ci się po powrocie z pracy wypić kilka drinków ,,dla odprężenia”? Ile razy, kiedy miałaś wyjątkowo stresujący dzień sięgnęłaś po coś mocniejszego, żeby poprawić sobie nastrój? Czy w weekendy zwykle spotykasz się z przyjaciółmi, by po tygodniu pracy odpocząć i ,,naładować akumulatory” w miłym towarzystwie, przy butelce wybornego wina? A może czasami nawet masz wrażenie, że pijesz coraz częściej, więcej, za dużo, lub zbyt często?

Alkoholik ciągle jeszcze kojarzy nam się z człowiekiem z marginesu, który stracił pracę, rodzinę, pieniądze i leży pod ławką w parku. A tymczasem alkoholizm to choroba, która rozwija się stopniowo i dotknąć może każdego z nas, bez względu na wiek, płeć, poziom intelektualny czy zasobność portfela. Jej etiologia ciągle jest niewyjaśniona. Naukowcy od lat spierają się, czy to odpowiednia osobowość sprzyja wpadnięciu w nałóg, czy może uzależnienie zmienia osobowość. Wiadomo, że istnieją pewne czynniki osobowościowe skorelowane z uzależnieniem takie, jak: błędna hierarchia wartości, brak asertywności, skłonność do wchodzenia w toksyczne relacje, niska odporność na frustracje, obojętność na życie i nierealizowanie własnych potrzeb, nieumiejętność radzenia sobie z emocjami.

Sięganie po ,,coś mocniejszego” to często ucieczka od problemów, dążenie do natychmiastowej (ale krótkotrwałej) poprawy nastroju, chęć ukrycia niskiego poczucia własnej wartości, odsunięcia od siebie niezałatwionych spraw, a w konsekwencji ucieczka od życia i siebie samego. Uzależnienie od alkoholu ma dwie charakterystyczne cechy. Po pierwsze jest to utrata kontroli nad wypijanym alkoholem, po drugie pewien intelektualny mechanizm, który cały czas przekonuje alkoholika, że nim nie jest. Osoba uzależniona wypracowuje sobie przez lata trwania w nałogu cały system mylnych przekonań na swój temat oraz otaczającego ją świata i ludzi, a także szereg racjonalizacji, kłamstw i zaprzeczeń, które są kołem zamachowym choroby.

W szponach nałogu

Podstawowe mechanizmy uzależnienia to:

A/ Złudne poczucie kontroli nad wypijanym alkoholem.

To, że alkoholicy piją codziennie jest mitem. Każdy alkoholik potrafi przestać pić, na bliżej nieokreślony okres. Czasami jest to kilka dni, kilka tygodni, a nawet kilka miesięcy. Okresy niepicia są cechą charakterystyczną choroby i służą osobie uzależnionej do tego, aby mogła udowodnić sobie i otoczeniu, że alkoholikiem nie jest. Podobnie wygląda sprawa z „urwanym filmem”, jest to mechanizm obronny choroby alkoholowej. Czy alkoholik mógłby sięgnąć po alkohol następnego dnia, gdyby pamiętał co „zmajstrował” dnia poprzedniego? Pewnie nie pozwoliłyby mu na to wyrzuty sumienia. Okres abstynencji utwierdza alkoholika w przekonaniu, że może przestać pić kiedy chce, więc przerwa w piciu kończy się przeważnie alkoholowym ciągiem i upiciem do nieprzytomności.

B/ System iluzji i zaprzeczeń.

Osoba uzależniona zakłamuje, racjonalizuje i minimalizuje swój problem. Im wyższy poziom inteligencji posiada, tym system zaprzeczeń jest bardziej spójny  do tego stopnia, że zaczyna nie tylko sama wierzyć w to co mówi, ale również potrafi spowodować, że w te kłamstwa uwierzą ludzie z jej najbliższego otoczenia. Minimalizuje problem twierdząc, że „pije tak jak wszyscy”, pociesza się, że ma dobrą pracę, stać ją na gatunkowe trunki i żyje w mylnym przekonaniu, że inni niczego niepokojącego nie zauważają. Alkoholik o swojej chorobie dowiaduje się jako ostatni.

C/ Zaburzone relacje z ludźmi.

Osoba uzależniona nie potrafi nawiązywać relacji z innymi ludźmi. Nie traktuje ich jako cel sam w sobie, lecz w sposób instrumentalny, aby mieć z relacji osobiste korzyści. Alkoholik po prostu nie potrafi z ludźmi być, tylko stara się ich mieć. Wyznacza im pewne role; jedni zaopatrują go w alkohol, drudzy pożyczają pieniądze, jeszcze inni mile łechcą jego ego, przekonując, że jest duszą towarzystwa i podziwiają za „mocną głowę”. Nadzwyczajnym darem jaki posiadają osoby uzależnione od alkoholu jest umiejętność wprowadzania ciągłego stanu niepokoju wśród osób z najbliższego otoczenia. Wszyscy starają się odciążyć alkoholika z ponoszenia konsekwencji picia, tym samym nie dają mu szansy odczucia skutków własnych zachowań. Tymczasem dopóki alkoholik nie odczuje konsekwencji picia, nie będzie dostrzegał swojego problemu. Przypomina to rozmowę różnymi językami. Osoby z otoczenia alkoholika dostrzegają źródło jego problemów w alkoholu, natomiast problemem dla alkoholika są właśnie ci ludzie, którzy próbują odebrać mu komfort picia.

Droga w jedną stronę

Zgodnie z fazami rozwoju i pogłębiania się choroby (E. M. Jellinek) uzależnienie przebiega od fazy wstępnej (min. picie w celu uzyskania ulgi, wzrost tolerancji na alkohol), przez fazę ostrzegawczą (min. ukradkowe picie, myślenie o piciu, chwilowe utraty pamięci) następnie fazę krytyczną (utrata kontroli nad ilością wypijanego alkoholu, szukanie wymówek, wyrzuty sumienia, chowanie alkoholu) aż do fazy przewlekłej (ciągi alkoholowe, spadek tolerancji na alkohol, uszkodzenie myślenia i zdolności oceny, myśli samobójcze). Główną emocją, która narasta na kolejnych etapach uzależnienia jest wszechogarniający lęk (lęk przed śmiercią, ale jeszcze większy lęk przed życiem). Żaden alkoholik nie może sobie wyobrazić życia bez alkoholu. Nawet idąc na leczenie odwykowe, ma nadzieję, że nauczą go tam picia kontrolowanego, a nie sposobu na dawanie sobie rady ze swoimi emocjami na trzeźwo. Lęk paraliżuje go do tego stopnia, że nie umie postawić pierwszego kroku, aby przełamać wstyd, uzewnętrznić swoje zalety i pogodzić się z własnymi słabościami. Wartości, które wyznaje takie jak np. prawda, rodzina, praca, przyjaźń, a nawet Bóg, zastępuje innymi, które dają mu poczucie godności w jego iluzorycznym świecie. Życie według wartości innych niż te, które wyznaje, powoduje coraz większy przymus, czyli kompulsję, do sięgania po alkohol. Ulga po napiciu się staje się coraz krótsza, a pojawiające się napięcie coraz silniejsze. Alkoholikowi wydaje się, że pije bo ma problemy i nie dostrzega, że jest akurat odwrotnie. To jego picie powoduje problemy i coraz większe ponosi z tego tytułu straty. Punktem zwrotnym jest moment, kiedy dzięki innym ludziom dostrzeże konsekwencje swojego nałogu. Terapeuci uzależnień mówią o sięgnięciu tzw. dna, które często jest motywatorem do podjęcia leczenia.

Dziś, u osób pijących ,,inteligentnie” dno zwykle nie bywa tak spektakularne: strata pracy, wypadek czy ciężka choroba. Dotyczy ono bardziej odczuć wewnętrznych: poczucia pustki, samotności, braku sensu życia.

Alkohol często staje się atrakcyjny dla osób, które przeżywają życiowe kryzysy: rozpad związku, choroba kogoś bliskiego, niespełnienie marzeń czy niezrealizowanie celu. Ktoś, kto pije alkohol nawet codziennie, ale nie traci nad nim kontroli, czyli nie upija się i nie ponosi z tego tytułu bolesnych strat, prawdopodobnie nie jest uzależniony od alkoholu. Niebezpieczny moment nadchodzi wtedy, kiedy alkoholem starasz się złagodzić stany emocjonalne, głównie te nieprzyjemne i uniknąć konfrontacji z problemami. Wtedy alkohol staje się lekarstwem i od uzależnienia dzieli cię jeden krok.

Test – sprawdź czy masz problem z alkoholem

1. Czy jesteś przekonana, że kobiety, które piją są gorsze od mężczyzn?

2. Czy najwięcej pijesz przed miesiączką?

3. Czy masz poczucie, że kiedy pijesz jesteś: bardziej bystra, inteligentna, towarzyska, atrakcyjna?

4. Czy zdarzają ci się okresy świadomej abstynencji?

5. Czy szukasz wymówek, żeby sięgnąć po alkohol?

6. Czy ktoś z bliskich osób zwrócił  ci uwagę, że pijesz za dużo?

7. Czy zdarza ci się chować alkohol, albo pić w ukryciu?

8. Czy bywa, że na przyjęciu odmawiasz alkoholu, ale po powrocie do domu pijesz w samotności?

9. Czy uważasz, że pijesz, bo np.: masz więcej problemów niż inni, świat cię nie docenia, masz w życiu pecha itp.?

10. Czy zdarza ci się jechać w nocy na stację benzynową, bo w domu nie ma alkoholu, albo kupować alkohol na zapas?

Jeśli na więcej niż połowę pytań odpowiedziałaś twierdząco, warto odwiedzić terapeutę uzależnień, który zrobi ci profesjonalny test sprawdzający czy jesteś uzależniona od alkoholu.

  1. Kultura

Igor Brejdygant - książki pisarza i nowy serial "Rysa"

Igor Brejdygant: Nigdy nie będę hołubił zła. (Fot. Maciej Ziemkiewicz/Agencja Gazeta)
Igor Brejdygant: Nigdy nie będę hołubił zła. (Fot. Maciej Ziemkiewicz/Agencja Gazeta)
Ja się chyba długo bałem, że nic ze mnie nie będzie. Ale nie mam żalu. Na tyle dobrze pamiętam, skąd przychodzę, że jest we mnie tylko zadowolenie. Przemawia do mnie zasada, że wszystko jest po coś – mówi pisarz i scenarzysta Igor Brejdygant.

Jeśli ktoś zajrzy do Internetu, żeby sprawdzić, kim jest Igor Brejdygant, przeczyta, że to: pisarz, scenarzysta, reżyser, producent reklam, fotograf, aktor. Dużo… A jeśli ktoś zapyta pana, to jaka będzie pańska odpowiedź? Co jest najbliższe pana sercu?
To zależy, kiedy zostanę o to zapytany. Dziś odpowiem pani: scenarzysta, bo pracuję nad adaptacjami serialowymi moich dwóch książek, „Rysy” i „Układu”. Chociaż nie, właśnie wczoraj skończyłem pisać kolejną książkę, „Wiatr”, więc na dziś odpowiedź brzmi: scenarzysta i pisarz. Moment wyznacza to, kim jestem. Ale rzeczywiście pytanie jest zasadne. Mam za sobą takie historie, kiedy zatrzymywała mnie drogówka i, nie wiem dlaczego, padało pytanie: „Czym pan się zajmuje?”. Zawsze miałem chwilę zawahania, która budzi w policjantach pewien niepokój, no bo jak człowiek nie wie, czym się zajmuje, to raczej nie jest z nim dobrze… A ja po prostu naprzemiennie zajmuję się różnymi rzeczami. Czasem zazdroszczę ludziom, którzy oddają się jednej dziedzinie, tak jak na przykład mój brat Krzysiek [Zalewski – przyp. red.], który jest muzykiem i nie ma co do tego żadnych wątpliwości! No ale cóż, jest, jak jest – dzięki jednej aktywności odpoczywam od drugiej. I jeszcze odkurzam. Najbardziej czekam właśnie na ten moment dnia, kiedy oddaję się sprzątaniu.

Ktoś mógłby powiedzieć, że łapie pan zbyt wiele srok za ogon.
I że się w związku z tym rozwadniam. Ale nie mam poczucia, że działam po łebkach. Dostrzegam też zalety takiej wielozadaniowości – być może fakt, że zajmuję się wieloma rzeczami, sprawia, że szerzej patrzę na świat. Poza tym może wstyd mówić to głośno, ale nie do końca wiem, co jest najbliższe mojemu sercu. Teraz na przykład zaczyna mnie znosić dość mocno w stronę reżyserii serialowej, a może też kinowej. Od zawsze działam w trybie płodozmianu, bo od zawsze miałem problem z dookreśleniem się, zrozumieniem, kim jestem. Poszukiwania wciąż trwają.

Uciążliwy stan?
Nie znam innego, nie mam porównania. Myślę, że tu trudność dotyczy przede wszystkim komunikacji ze światem zewnętrznym, tego, że z marketingowego punktu widzenia nie odgrywam konkretnej roli, nie ma jak mnie określić dla odbiorcy. Nie bardzo umiem przybierać konkretną formę, chyba kiedyś Gombrowicz zraził mnie do wkładania się w takie sidła. Unikam tak zwanej gęby.

Czytelnicy bez wątpienia lubią pana w sidłach pisarza. Pana kryminały cieszą się ogromną popularnością. Kryminały w ogóle są od pewnego czasu jednym z najpopularniejszych wyborów. Skąd ten trend? Jaka jest pana diagnoza?
Widzę co najmniej trzy powody. Pierwszy jest taki, że lubimy się bać, ale mając jednocześnie poczucie bezpieczeństwa. To chyba atawizm, przez dziesiątki tysięcy lat, kiedy stawaliśmy się ludźmi, dużo było lęku, myślę, że jesteśmy od niego uzależnieni. A lepiej zażywać go w domowych pieleszach niż w ciemnej bramie, w realu. Drugi powód to też bardzo ludzka fascynacja – tajemnica. Nasza egzystencja, jakkolwiek bardzo byśmy pozbawiali ją duchowości, oświecali, i tak pozostaje tajemnicą. W kryminale też jest tajemnica, niewiadoma. Trzeci powód to według mnie możliwość oderwania się od rzeczywistości. Wniknięcie w kryminalną łamigłówkę na chwilę odpina nas od trosk.

Czyli funkcja terapeutyczna?
Psycholog powie na pewno, że żadna ucieczka nie ma terapeutycznej mocy, ale ja odpowiem, że oderwanie człowieka przeciążonego codziennością, stresem, problemami i zabranie go na wycieczkę krętą drogą jest, powiedzmy, taką quasi-hipnozą.

Mówi pan, że lubimy się bać, ale przecież my mamy, szczególnie dzisiaj, tyle lęku dookoła. Czy kryminał nie jest kolejnym zanurzaniem się w mrok, czy to nie jest trochę przeniesienie się z deszczu pod rynnę?
Rzeczywistość jest dziś tak zawikłana, że trudno się połapać, o co chodzi. Ludzie szturmują Kapitol, bo myślą, że światem rządzą gady, mamy dziwną i niezrozumiałą zarazę itd. Dzieją się rzeczy niestworzone. A w kryminale jest jednak wszystko ogarnięte. W końcu znajduje się ten zły, dobro przeważnie jednak zwycięża, jest więc katharsis.

Czyli to także wyraz tęsknoty za porządkiem świata?
Wciąż chyba jednak lubimy – mówię to z nadzieją – kiedy zło ponosi klęskę.

Podkreśla pan, że świat kryminału to fikcja, jednak coraz więcej jest pozycji, które właśnie mocno osadzone są w faktach, także tych politycznych. I w tym przypadku, czytając, można mieć wrażenie, że niemal ogląda się serwis informacyjny!
Rzeczywiście, mam wrażenie, że jest dziś coś takiego jak kryzys fikcji. Ale on wynika z popytu, ludzie tak chcą. Kiedy pisałem serial „Paradoks”, panie odpowiedzialne za marketing przy każdym kolejnym odcinku pytały mnie z nadzieją w oczach, czy będą mogły wreszcie napisać, że to jest oparte na prawdziwej historii. Czytelnicy i widzowie też często oczekują, że powiem: „Te wydarzenia naprawdę miały miejsce”. A moim zdaniem to pułapka. Po to wymyślono, zresztą już bardzo dawno, fikcję, żeby ludzi odrywać od rzeczywistości. Jeśli pójdziemy w weryzm, to prędzej czy później będziemy mieć odczucia, o których pani wspomniała, tak jakbyśmy włączyli serwis informacyjny. Z relaksem niewiele ma to wspólnego.

Sądzi pan, że ta moda wkrótce minie?
Myślę, że tak. Tym bardziej że ten rodzaj opowieści jest obciążający dla obu stron. Widza przygniata, a na autora nakłada, a przynajmniej powinien nakładać, bardzo dużą odpowiedzialność. Od dłuższego czasu biorę udział w cyklu „Opowiem ci o zbrodni” [program telewizyjny emitowany przez kanał Crime+Investigation Polsat – przyp. red.]. Lubię to, ale to dla mnie najcięższa praca. Bezpieczniej czuję się w fikcji, opowiadanie prawdziwych historii to stąpanie po bardzo cienkim lodzie, w sensie moralnym. Bo prawda – jak wiadomo – jest nieprawdopodobnie złożona, wielowątkowa. Zawężanie jej do wytyczonego nurtu, konieczne, by móc ją w ogóle zreferować, jest wyzwaniem. Można kogoś skrzywdzić, przyprawić komuś gębę, ofiara ma rodzinę, podobnie sprawca itd. Beletryzowanie rzeczywistości to duże ryzyko, potrzeba ogromnej pracy i ostrożności. I nie wierzę, że tworząc dokument, można być w stu procentach w zgodzie z prawdą, autor zawsze musi dokonać wyboru, kogoś polubi bardziej, a to determinuje kierunek dalszej pracy. Kiedy pisałem „Paradoks”, rozmawiałem z policjantem śledczym. Powiedział mi, że podoba mu się mój scenariusz, bo dotyka kwestii rzadko poruszanej. Chodziło mu o to, że śledczy jest niemal bogiem, bo tak wiele zależy od jego intuicji, przekonania. Od tego, za czym on pójdzie, zależą ludzkie losy, a zwykle przy jednej sprawie to losy wielu osób. Trochę podobnie jak z reżyserem dokumentu, tyle że w pracy śledczego odpowiedzialność jest większa. Tutaj błędne ukierunkowanie może kosztować bardzo wiele, najlepszym przykładem jest sprawa Tomasza Komendy.

Gigantyczne obciążenie…
No właśnie, akurat ja jakoś intuicyjnie zawsze byłem tego świadomy, jeszcze zanim zacząłem pisać, wiedziałem, że w zasadzie każdą prawdę można udowodnić, a już obecne czasy – czasy fake newsa – wybitnie to obnażają. Pójdziesz jakimś tropem, a potem… już wszystko musi się zgadzać. Bardzo na to uważam, kiedy przygotowuję się do programu „Opowiem ci o zbrodni”.

Rozumiem, że kiedy siada pan do pisania fikcji, odczuwa ulgę. A czy w fikcji można przesadzić, popłynąć?
Można odjechać, dlatego tu też nakładam sobie pewne ramy. Taką moją zasadniczą ramą jest zasada, że nigdy nie będę hołubił zła. Nie, i koniec. Mam kłopot nawet z takimi wybitnymi pozycjami kina, jak na przykład „Joker” czy niektóre filmy Tarantino. Dla mnie to jest już na granicy flirtu ze złem, za daleko. Poza moim dekalogiem. To oczywiście nie oznacza, że nie ciekawi mnie geneza zła. Zawsze się zastanawiam, dlaczego morderca jest, jaki jest, w niektórych książkach przyglądam się temu, próbuję zrozumieć, ale nigdy złem się nie rajcuję.

Psychologia postaci staje się dla pana coraz ważniejsza z każdą kolejną książką?
Zawsze mnie to intrygowało. To jest jakby osobny kryminał w kryminale – którędy podążają myśli i emocje moich bohaterów. I chyba trochę bardziej interesują mnie zawiłości kobiecej psychiki. Teraz napisałem powieść „Wiatr”, którą właśnie będę składał do wydawnictwa, tu mężczyzna jest głównym bohaterem i muszę przyznać, że jego psychika jest mniej złożona. Myślę, że po mamie, skądinąd śpiewaczce operetkowej, jestem introwertykiem, więcej życia spędzam na przyglądaniu się niż na referowaniu, częściej obserwuję, niż uczestniczę, i z czasem widzę w ludziach coraz więcej. Pewnie dlatego w każdej kolejnej książce jest rzeczywiście coraz więcej psychologii postaci.

A wtedy, kiedy się pan coraz dłużej ludziom przygląda, to robi się coraz smutniej czy jest w panu nadzieja?
Mam teraz problem z nadzieją, ale to raczej nie wynika z obserwacji jednostki, tylko trendów, które panują na świecie. Jak mówił Erich Fromm, ludzkość przemieszcza się po wahadle między koszmarem czy tragedią a nudą. Wydaje mi się, że chwilę temu dotarliśmy do punktu kulminacyjnego „nudy” i teraz właśnie niestety się odbijamy… Widzę, jak budzą się w nas demony. Ale łatwiej zrazić się do ludzkości w ogóle niż do jednostki. Bo kiedy przyjrzeć się każdemu z osobna, widać niejednoznaczności, nikt nie jest ani jednoznacznie dobry, ani jednoznacznie zły, na szczęście.

Jakie demony są dziś w panu?
Na przestrzeni lat poznałem siebie z różnych stron i powiem tak – bywało ze mną znacznie gorzej. Ale to sprawiło, że wiem, iż demony istnieją, i to jest cenna wiedza. Najgorszy jest chyba demon lęku, mnie długo pchał w nieciekawą stronę. Przez lata mówiłem, że najbardziej boję się siebie. Ale dziś już tak nie jest. I to mnie cieszy niewymownie.

Pisanie pomaga obłaskawić demona?
Pomaga. Różne rzeczy, które kotłują się w głowie, można przelać na papier. Swoje ciężkie przeżycia po kawałku wkładam w swoich bohaterów, to też forma terapii. To jedno. A drugie – to, że osiągnąłem jakiś sukces, sprawiło, że podbudowane zostało moje poczucie wartości. To dało mi także rodzaj spokoju. Ja się długo bałem, że nic ze mnie nie będzie.

Za późno przyszedł ten moment?
Nie, nie mam żalu. Na tyle dobrze pamiętam, skąd przychodzę, że jest we mnie tylko zadowolenie. Poza tym z wora tamtych doświadczeń wciąż czerpię, pewnie między innymi dzięki temu mam coś do powiedzenia. Przemawia do mnie zasada, że wszystko jest po coś, wszystko ma sens. Poza tym idę po swoje stopniowo, kawałek po kawałku. Gdyby bomba atomowa sukcesu wybuchała na początku drogi, to jak później miałbym podnosić sobie napięcie… Może dzięki temu uniknąłem wyścigu z samym sobą. No i Oscar za reżyserię wciąż przede mną!

Mówi pan o worku, z którego czerpie – jest w nim także choroba alkoholowa.
Tak, mówię o swoich doświadczeniach, bo tak zwany dwunasty krok na drodze wychodzenia z nałogu dotyczy tego, by dać nadzieję tym, „którzy jeszcze cierpią”. Nie mówię, że nie mam nałogu, bo ma się go już zawsze, ale dzięki sile wyższej, jak ją nazywamy, choroba mnie już nie topi. Do tego udało mi się coś osiągnąć, poczuć spełnienie – jestem żywym dowodem na to, że nigdy nie jest za późno. Swój pierwszy scenariusz kinowy pisałem wiele lat temu, będąc na terapii, wszystko jest możliwe. Naprawdę wszystko. Pamiętam, jak podczas spotkania z Ewą Woydyłło powiedziałem do niej z przerażeniem, że boję się, że jak rzucę nałóg, to przestanę być artystą. Na co ona, dość nawet, jak mi się wtedy wydało, brutalnie, zapytała: „A cóż pan jako artysta do tej pory osiągnął?”. Więc wtedy miałem poczucie bycia artystą, dziś nie czuję się przesadnie artystą, ale… dla odmiany coś tworzę!

A czy nie kusi pana czasem, żeby wydostać się choćby na chwilę z mroku kryminału?
Kusi, oczywiście! Kusi mnie komedia. Miłość mnie kusi… Zresztą w mojej kolejnej powieści już się trochę odkryłem. Mam tylko nadzieję, że dostrzegą i docenią to czytelnicy.

Igor Brejdygant
, scenarzysta, pisarz, reżyser, fotograf i aktor. Urodził się w 1971 roku w Poznaniu. Studiował na Wydziale Organizacji Sztuki Filmowej w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi. Jest autorem powieści kryminalnych: „Szadź”, „Rysa”, „Paradoks”, „Układ”, a także twórcą scenariuszy filmowych i serialowych, między innymi: „Palimpsest”, „Zbrodnia”, „Prosta historia o morderstwie”

Serial „Rysa” można oglądać na platformie ipla, a od 13 kwietnia także na kanale AXN. Serial „Rysa” można oglądać na platformie ipla, a od 13 kwietnia także na kanale AXN.

  1. Kultura

"Niczego nie żałuję!" - Anthony Hopkins o filmie "Ojciec", trzeźwości i pozytywnym podejściu do życia

"Trzeba kochać życie, nie brać wszystkiego ze śmiertelną powagą, ale oczywiście robić swoje, jak najlepiej się przy tym bawiąc. I nigdy się nie poddawać!" - mówi Anthony Hopkins. (Fot. Zuma Press/Forum)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
W grudniu skończył 83 lata, jednak zamiast robić gorzkie podsumowania, radośnie wyznaje: „Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia”. Anthony Hopkins patrzy pogodnie zarówno na swoją przeszłość, jak i przyszłość. I robi tylko to, co sprawia mu przyjemność.

Mówi się o panu jako o oscarowym pewniaku. To w związku z kreacją w filmie „Ojciec” w reżyserii Floriana Zellera. Czuje pan oscarową ekscytację?
Nie można traktować tego zbyt poważnie… Byłem wielokrotnie nominowany. Owszem, lubię pochwały, ale tak naprawdę ich nie potrzebuję. Nie tęsknię za tym. Po prostu wykonuję swoją pracę, która zawsze dawała i wciąż daje mi radość. Te wszystkie statuetki i nagrody to tylko bonus. Zawsze powtarzam sobie: „Nie oczekuj niczego. Będzie, co ma być”.

W „Ojcu” gra pan starego człowieka, który cierpi na demencję, ale uporczywie odmawia pomocy, zapewniając, że doskonale radzi sobie z codziennością, czemu przeczą obrazy, które oglądamy. Czy to prawda, że kreując tę postać, miał pan przed oczami własnego ojca?
Sam nie mam na razie żadnych doświadczeń z demencją, ale mogę sobie wyobrazić strach, gniew, pustkę i smutek związane z byciem w takim stanie. Coś takiego stało się z moim ojcem pod koniec życia. Doświadczył spowolnienia, miał chorobę serca, za dużo palił i pił. Cierpiał na depresję, był sfrustrowany życiem. Jednak mimo to był dobrym człowiekiem, bardzo go kochałem. Nauczył mnie, jak być twardym, silnym, bezkompromisowym, a to część mojej natury. Nie byłbym może aktorem, gdybym taki nie był. Ostatnio uderzyło mnie, jak wiele z ojca jest we mnie.

W filmie 'Ojciec' Anthony'emu partneruje Olivia Colman. Jej kreacja też jest najwyższej próby. (Fot. BEW Photo) W filmie "Ojciec" Anthony'emu partneruje Olivia Colman. Jej kreacja też jest najwyższej próby. (Fot. BEW Photo)

Skoro rozmawiamy o ludzkich słabościach… Słynie pan z fenomenalnej pamięci, co pomaga w zawodzie aktora, a jednocześnie w pana przypadku, paradoksalnie, ma związek z chorobą Aspergera, czyli lekką formą autyzmu. Czy możemy o tym porozmawiać?
Ależ oczywiście. Moja pamięć jest wciąż taka sama, ale pracuję nad nią. Jeśli nie mam w danej chwili żadnych kwestii do nauczenia się, to wkuwam na pamięć trudne wiersze. I przez to nie wychodzę z wprawy. Trzeba pracować nad wszystkim. Dziś patrzę na ludzi inaczej niż przed laty. Lubię dekonstruować, rozkładać postać na czynniki pierwsze, zastanawiać się, co ją tworzy, a moje spojrzenie nigdy nie jest takie samo jak innych. Nie chodzę na przyjęcia, nie mam wielu przyjaciół, jestem raczej samotnikiem. Ale lubię ludzi, lubię zastanawiać się, co myślą.

Steven Spielberg podczas realizacji filmu „Amistad” nie mógł uwierzyć, że był pan w stanie zapamiętać od razu siedmiostronicowy monolog i powiedzieć go w jednym ujęciu w scenie rozprawy w sądzie.
No cóż… (śmiech) Tak naprawdę było! Po tym epizodzie Steven przestał zwracać się do mnie per „Tony”, co prywatnie bardzo lubię. Zaczął odtąd używać formy sir Anthony, za którą nie przepadam. To mnie krępuje, ale on się uparł.

To tylko przypomnę, że ten tytuł szlachecki przyznała panu królowa Elżbieta II właśnie głównie dzięki roli Hannibala Lectera w „Milczeniu owiec”. Ciekawi mnie, czy rola Lectera ciągle pana prześladuje?
I tak, i nie. Z jednej strony dopiero dzięki „Milczeniu owiec” zaistniałem na dobre w świadomości Amerykanów jako aktor kinowy. Poza tym żaden z moich poprzednich filmów, realizowanych wcześniej w Anglii, a potem w Stanach Zjednoczonych, nie odniósł na tyle wielkiego sukcesu, bym mógł porzucić teatr, gdzie zarabiałem na utrzymanie. Nigdy nie czułem się dobrze na scenie. Nie mam do tego odpowiedniego temperamentu ani osobowości. Myśl, że miałbym spędzić resztę życia, grywając w sztukach Szekspira, wydawała mi się wystarczającym powodem, by podciąć sobie gardło.

Mam w to uwierzyć?
Tak, bo w głębi duszy jestem filistrem i umiem się do tego przyznać. Z drugiej strony jeszcze przez długi czas po premierze „Milczenia owiec” nie mogłem spokojnie jadać lunchów czy kolacji na mieście. Kelnerzy, z których wielu w Hollywood to dorabiający aktorzy, nie szczędzili mi pytań w rodzaju: „A może móżdżek?” i prześcigali się w cytowaniu całych dialogów z filmu. Ludzie nawet dziś bardzo emocjonalnie reagują na Lectera. Myślę, że to była świetnie napisana rola i miałem wielkie szczęście, że udało mi się ją zagrać. Ja tylko przełożyłem ją na język kina.

Dlaczego reżyser Jonathan Demme wybrał właśnie pana?
Miałem naprawdę poważną konkurencję. O rolę Lectera starali się m.in. John Hurt, Christopher Lloyd, Dustin Hoffman, Jack Nicholson i Robert De Niro. Niezłe towarzystwo, prawda? Podobno wybór padł na mnie, człowieka wtedy bez nazwiska, ponieważ Jonathan był pod wrażeniem mojego występu w „Człowieku słoniu” Davida Lyncha. Grałem tam szlachetnego lekarza, a on chciał zobaczyć, jak poradzę sobie z bohaterem zdecydowanie negatywnym.

Jak zabrał się pan do Hannibala?
Gdy tylko zobaczyłem scenariusz, wiedziałem, że to coś absolutnie niezwykłego! To był instynkt, bo nigdy nie słyszałem o książce Thomasa Harrisa. Pamiętam pierwsze spotkanie z Jodie Foster w Nowym Jorku, kiedy mieliśmy przeczytać cały scenariusz. Właśnie zdobyła Oscara, a ja pozostawałem pod wrażeniem tej wspaniałej młodej aktorki. Byłem trochę onieśmielony. Nie zdawałem sobie sprawy, że czuła to samo!

Zacząłem studiować biografie i akta seryjnych morderców. Odwiedzałem więzienia. Oglądając taśmy skazanego mordercy Charlesa Mansona, zauważyłem, że nigdy nie mrugał oczyma. I to przejąłem w mojej roli. Pamiętam, jaka dyskusja rozgorzała na temat brutalności tego filmu. On obnażył polityczną poprawność i hipokryzję. Hannibal Lecter to projekcja naszego zbiorowego świata cieni. Wielcy pisarze, tacy jak Szekspir, widzieli piękno ludzkiej duszy, ale widzieli też jej bezdenną brutalność, drzemiącą w tobie, we mnie i w nas wszystkich.

Rola Hannibala Lectera przyniosła aktorowi jedynego dotąd Oscara. (Fot. BEW Photo) Rola Hannibala Lectera przyniosła aktorowi jedynego dotąd Oscara. (Fot. BEW Photo)

Wciąż lubi pan rozmawiać o Lecterze, ale w pana karierze pojawiły się także inne wspaniale postaci. Jedną z nich jest kamerdyner w „Okruchach dnia”. Do których kreacji najchętniej powraca pan we wspomnieniach?
Stevens z „Okruchów dnia” w imię absurdalnie pojmowanej lojalności wobec swojego chlebodawcy rezygnuje z własnego szczęścia i niezależności. Trudno to pojąć, ale bycie perfekcyjnym służącym stanowi sens jego życia. Obawiam się, że takich ludzi jak mój bohater jest wbrew pozorom bardzo wielu.

Nie potrafię wymienić mojej ulubionej roli. Mogę za to powiedzieć o jednej z najtrudniejszych. To był Nixon w filmie pod tym samym tytułem. Zagranie amerykańskiego prezydenta było wielkim wyzwaniem dla wyobraźni. Kiedy Oliver Stone zaproponował mi tę rolę, najpierw odmówiłem. Wtedy przyjechał do mnie do Londynu i stwierdził: „Chcę, żebyś to ty zagrał, bo powiedziałeś w jednym z wywiadów, że czujesz się jak outsider”. Miałem do wyboru udział w nudnym, ale bezpiecznym serialu dla BBC albo pracę z szalonym Stone'em, która mogła zakończyć się wielką klapą lub wielkim sukcesem. Zaryzykowałem i było warto.

Oprócz kina artystycznego grywa pan chętnie w superprodukcjach. Myślę o takich megahitach jak „Transformers: Ostatni Rycerz”, kolejna odsłona serii o Thorze z pana udziałem. Wcześniej był „Beowulf”, „Wilkołak”, „Westworld”. Czy to nie jest trochę rozmienianie się na drobne?
Aktor jest człowiekiem do wynajęcia. Uważam, że w każdej roli i w każdym gatunku kina można znaleźć dla siebie twórczą przestrzeń. Na przykład rola doktora Forda w „Westworldzie” była bardzo skomplikowana i niekonwencjonalna. Oczywiście jest tutaj także miejsce na zabawę i rozrywkę. Taki płodozmian dobrze robi. No i nie będę ukrywał, że za udział w filmach fantasy i w kinie akcji gaże aktorskie są większe. Ważne, by nie specjalizować się tylko w jednym gatunku.

Mówi pan o tym tak, jakby to nie było nic nadzwyczajnego.
Bo nie robię nic nadzwyczajnego. Co innego kierowca karetki pogotowia czy lekarz. Od ich pracy zależy ludzkie życie. Tymczasem ja zostałem aktorem dlatego, że niczego innego nie potrafiłem robić. Z pewnością nie należę jednak do aktorów, którzy pomiędzy zdjęciami nie wychodzą z roli. To tylko film.

Nie zawsze pan tak myślał o aktorstwie, prawda?
Kiedy byłem młody i zacząłem odnosić pierwsze sukcesy, przyznaję, trochę mi odbiło... Nie, nie w tym sensie, że nagle uwierzyłem w swoją wielkość. Mój problem polegał na zbyt wygórowanych ambicjach i przesadnej perfekcyjności. Zachowywałem się okropnie na próbach. Doprowadzałem reżyserów do szału. Pamiętam przedstawienie „Makbeta” na West Endzie, gdy zszedłem ze sceny w połowie spektaklu, bo wydawało mi się, że to, co robię, nie ma sensu. Dzisiaj wiem, że to było głupie, szczeniackie i nigdy bym sobie na coś podobnego nie pozwolił. Do tego wszystkiego dużo piłem. Nie mogłem poradzić sobie z własną popularnością.

Jest pan wyjątkowym rozmówcą. Sławni aktorzy jak ognia unikają poruszania tematów swoich uzależnień. Tymczasem pan całkiem niedawno, bo w swoje urodziny, ogłosił wszystkim, że świętuje właśnie 45 lat życia w trzeźwości.
Ale mówię o tym dlatego, że udało mi się z tego wyjść. Udowodniłem, że to jest możliwe. W pewnym momencie życia, 45 lat temu, znalazłem się na dnie. Wypijałem po butelce meksykańskiej tequili dziennie, po której miewałem halucynacje. Wydawało mi się na przykład, że jestem Janem Chrzcicielem i rozmawiam z morzem, a w nocy lunatykowałem. To nie są przyjemne wspomnienia, ale nie żałuję tego  i nie udaję, że byłem kimś innym. Te doświadczenia bardzo mnie wzbogaciły. Jako człowieka i aktora. Wprawdzie moja żona nadal uważa mnie za wariata, ale z wiekiem złagodniałem.

'Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia' - wyznaje Anthony Hopkins. (Fot. Armando Gallo/Zuma Press/Forum) "Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia" - wyznaje Anthony Hopkins. (Fot. Armando Gallo/Zuma Press/Forum)

Czy po zagraniu ponad stu ról teatralnych i filmowych aktorstwo jeszcze pana pociąga?
Tak, jeśli trafię na dobry scenariusz i reżysera, który wie, czego chce. Jednak stałem się bardziej wybredny, niż kiedyś. Przez wiele lat przyjmowałem prawie wszystkie propozycje. Bałem się, że jeśli odmówię, to już nigdy nikt do mnie nie zadzwoni. Za to teraz kiedy przestałem czekać na telefon, ciągle dzwonią...

Za namową Stelli, mojej żony, powróciłem też do muzyki i malarstwa, które kiedyś zarzuciłem. Jeśli więc któregoś dnia skończy się popyt na mnie jako aktora, jakoś to przeżyję. Od dziecka grałem amatorsko na pianinie, ale wydawało mi się, że nie mam dość talentu, by pójść tą drogą. Wiele lat temu odkryłem radość komponowania. Ścieżka dźwiękowa do filmu „Sierpień” to moje dzieło. Coraz bardziej pochłania mnie malowanie. Oczywiście nigdy nie będę Picassem, którego też zresztą zagrałem w filmie, ale tak jak on nauczyłem się czerpać radość z wolności, jaką daje twórcza ekspresja. Na przykład uwielbiam jasne kolory. Chętnie maluję twarze. Jestem pod wielkim wpływem Oskara Kokoschki i Francisa Picabii. Malowanie zajmuje mi dużo czasu, ale nie jest to żmudne. Niekiedy robię przerwę i wracam do obrazu dopiero kilka tygodni później. Niektórych w ogóle nie kończę. Ponieważ jestem nadpobudliwy, bywa, że zaczynam trzy obrazy naraz. Eksperymentuję z olejami, akrylem i tuszem, czasem po prostu wszystko mieszam. Niedawno sprzedałem kilka prac, przeznaczając dochód na cele dobroczynne. Dziś maluję i gram na pianinie dla czystej przyjemności.

Jest pan człowiekiem szczęśliwym?
Tak, bo to, co robię, uszczęśliwia mnie. Nie stawiam sobie żadnych nowych wyzwań. Żyję chwilą. Szkoda, że człowiek dopiero w dojrzałym wieku odkrywa, że tracił czas i energię na tak nieistotne rzeczy, jak udowadnianie światu, że jest dobrym aktorem. Trzeba kochać życie, nie brać wszystkiego ze śmiertelną powagą, ale oczywiście robić swoje, jak najlepiej się przy tym bawiąc. I nigdy się nie poddawać! Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia. Życie może być pełne bólu, bywa i tak. Moje motto to: przejść nad tym do porządku dziennego, wziąć się w garść oraz robić wszystko najlepiej i najdłużej, jak się tylko potrafi.

Anthony Hopkins przyszedł na świat 31 grudnia 1937 roku w Margam, na przedmieściach walijskiego miasteczka Port Talbot. Ma na koncie wiele znakomitych ról teatralnych i filmowych. Zagrał m.in. w takich filmach, jak „Powrót do Howards End”, „Wichry namiętności”, „Joe Black” czy „Dwóch papieży”.