1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Ile mamy wolności? Ile mamy kontroli?

Ile mamy wolności? Ile mamy kontroli?

Z kwestiami kontroli mierzymy się nieustająco, każdego dnia. Czy mamy jej tyle, by kształtować swoje życie – czy może leży ona głównie w gestii genów? (fot. iStock)
Z kwestiami kontroli mierzymy się nieustająco, każdego dnia. Czy mamy jej tyle, by kształtować swoje życie – czy może leży ona głównie w gestii genów? (fot. iStock)
Gdy rozważamy miejsce, w którym przyszło nam żyć i w którym postawił nas los, oraz mierzymy się z emocjami, jakie to w nas budzi; gdy podejmujemy próby definiowania samych siebie w relacjach zarówno prywatnych, jak i zawodowych, bez przerwy – świadomie lub nie, pozytywnie lub negatywnie – mierzymy się z problemem kontroli – pisze Judith Viorst w książce „Niedoskonała kontrola”.

Rozważania na temat kontroli mogą się wydawać niemal dziwactwem, gdy tak wiele czynników, zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych, jest w stanie w jednej chwili pokrzyżować wszelkie plany i marzenia; gdy trzęsienia ziemi, burze śnieżne, plagi i wojny – rozumiane dosłownie i metaforycznie – mogą podważyć nasze najszczersze, najpilniejsze zamiary. Mimo to większość z nas zachowuje się tak, jakbyśmy byli kowalami swego losu, jakby grunt pod naszymi nogami był stabilny niczym skała, jakbyśmy mieli moc wkraczania każdego ranka w życie kształtowane przez nasze potrzeby, wybory, działania i wolę.

Większość z nas funkcjonuje, jakbyśmy byli w posiadaniu rzeczywistej kontroli. Przyjmujemy, rzecz jasna, do wiadomości, że są sprawy na które nie mamy wpływu, takie jak katastrofy naturalne – choć niektórzy podejmują wysiłek ograniczenia ich niszczycielskiego wpływu (…). Jesteśmy też gotowi przyznać, że nie możemy sprawować kontroli nad ruletką życia, choć i tu staramy się czynić pewne kroki zapobiegawcze, na przykład nie będziemy się włóczyć w rejonach, gdzie prawdopodobieństwo ataku chuliganów (nieraz z bronią w ręku) jest całkiem spore. Przyznajemy też, że wydarzenia, które mają miejsce i są poza naszą kontrolą, mogą nas wzbogacić w zdolność odczuwania miłości, zaufania i nadziei – lub nas jej pozbawić, dają nam poczucie dumy z samych siebie, skłaniają do obdarzania troską i współczuciem innych. Jakby tego było mało, przyjmujemy do wiadomości, że codzienne i bardzo sumienne czyszczenie nitką zębów i przyjmowanie przeciwutleniaczy niekoniecznie uchroni przed wizytami u periodontologa czy onkologa.

Jednak jeśli odłożyć na bok choroby przyzębia, nowotwory, uzbrojonych szaleńców i katastrofy serwowane przez matkę naturę, mimo poważnych niedoborów wychowawczych (na przykład z powodu niewłaściwych kompetencji naszych rodziców) czy społecznych nie przestajemy wierzyć, że mamy wystarczająco dużo wolności, by dotrzeć tam, gdzie pragniemy, by stać się tym, kim chcemy. Przekonani o plastyczności nas samych, nieograniczanej przez los, pokładamy wielką nadzieję w samokontroli.

Bazując na tej nadziei, obiecuję sobie, że w ciągu trzech tygodni od jutra skończę projekt, a przed upływem kwietnia zrzucę trzy kilogramy. Poza tym codziennie przygotowuję listę – to mój konik – RZECZY DO ZROBIENIA DANEGO DNIA, święcie przekonana, że przed pójściem do łóżka niemal wszystkie pozycje z niej będą odhaczone. Oczywiście mam też bardziej ambitne plany, takie jak nauczenie się języka francuskiego, wypracowanie umięśnionych ramion czy umiejętności trzymania języka za zębami, gdy bardzo chcę coś powiedzieć, ale wiem, że nie powinnam – choć jeszcze tych celów nie osiągnęłam, wierzę, że są w zasięgu moich możliwości i to tylko kwestia czasu, kiedy je zrealizuję. Przez lata uczono mnie (jak nas wszystkich), że chcieć znaczy móc – z tego właśnie względu wciąż czynimy noworoczne postanowienia i jesteśmy przekonani, że mamy moc sprawczą, że jesteśmy panami sytuacji, nawet jeśli wiele wskazuje na coś wręcz przeciwnego.

Gdy w naszych staraniach stania się tym, kim chcemy być, przychodzi nam doświadczyć niepowodzeń, wciąż pokładamy ufność w naszej plastyczności, wierzymy, że mamy moc zmieniania się – wystarczy odpowiednia dawka determinacji i starań wspartych wiedzą z dostępnych kursów i poradników, które obiecują nauczyć nas, jak…

…zapanować nad gniewem, wagą, kompulsywnymi zakupami, piciem, czasem, stresem, fobiami, …pokonać nieśmiałość, strach przed lataniem, przed intymnością, współuzależnienie, …zyskać dobrą pamięć, męża, żonę, fortunę, spokój umysłu, …poprawić życie seksualne, inteligencję, charakter, mięśnie brzucha, …przejąć kontrolę.

Jednak o jakiej kontroli mowa, skoro badania wskazują na wpływ genów na wszystko – od nieśmiałości po otyłość? O jakiej kontroli mowa, skoro bliźniaki jednojajowe, które zostały rozdzielone i wychowane w różnych domach i środowiskach, wykazują wręcz niepokojąco podobne cechy? O jakiej kontroli mowa, skoro poważni naukowcy donoszą o odkryciu genu „szczęścia”, genu „nerwicy”, genu „poszukiwania nowych doświadczeń” i – a jakże – genu „dobrej matki”*? O jakiej kontroli mowa, skoro niezależnie od tego, jak daleko rzucamy jabłko, ono zawsze zdaje się spadać niedaleko jabłoni?

* Dean Hamer w „Nature Genetics” recenzuje badania sugerujące, że poziom szczęścia w znacznym stopniu jest kwestią dziedziczną, choć wielce prawdopodobne, że rolę odgrywa nie jeden gen „szczęścia”, a więcej genów. Kilkoro naukowców piszących do tego samego periodyku donosi o odkryciu genu powiązanego z neurotyzmem, wewnętrznym napięciem i pesymizmem. Grupa naukowców, również publikująca we wspomnianym periodyku, raportuje o znalezieniu łącznika między genem a cechą skłaniającą do poszukiwania nowości. W „The Washington Post” 1996, July 27, s. A2, ukazał się artykuł Associated Press z następującym fragmentem: „Naukowcy odkryli gen «dobrej matki», zapalnik, który popycha mysią mamę do opieki nad potomstwem. Gdy tego genu brakuje, myszy nie okazują swoim dzieciom żadnego zainteresowania”.

Dodie była pewna, że postąpiła właściwie, oddając po porodzie swojego synka do adopcji. Pragnęła dla niego jak najlepszego życia, a nie była w stanie mu go zapewnić, będąc w związku z Benjym, wolnym duchem, który ostrzegał ją, że nie pozwoli, by jakiś bachor zmusił go do zmiany stylu życia. Trzy lata później Benjy, wyniszczony narkotykami, już nie żył – przedawkował w jednym z zaułków – a Dodie pozostał pełen goryczy żal, że dokonała złego wyboru.

Dwadzieścia pięć lat później odebrała telefon, w którym usłyszała dziwnie znajomy głos młodego mężczyzny twierdzącego, że jest jej synem i chce się z nią spotkać. Dodie, samotna i bezdzietna, przez jakiś czas myślała, że oto otrzymała od losu drugą szansę. Odnalezienie syna było przecież spełnieniem marzeń. Jakby tego było mało, syn okazał się równie urzekający i przystojny jak jego ojciec – niczym młody Marlon Brando. Niestety przypominał go też w innym aspekcie: był narkomanem. Sześć miesięcy potem i on nie żył po przedawkowaniu.

Jaką naukę można wysnuć z tej historii? Czy kluczową rolę odgrywa genetyka? Czy to geny każą nam zachowywać się w określony sposób? A jeśli tak, to ile mamy w sobie wolności?

Genetyka zachowania (inaczej genetyka behawioralna) to dyscyplina, która tchnęła nowe życie w ciągnącą się od lat debatę nad kondycją człowieka i która zasadniczo traktuje o kontroli. Jeżeli rzeczywiście jest tak, że to geny są odpowiedzialne za otyłość, agresję, popadanie w nałogi, głupotę i homoseksualizm, być może trzeba będzie inaczej rozmawiać o takich kwestiach, jak wybór, zmiana, wolna wola i odpowiedzialność. W obliczu niepowodzeń szukanie pocieszenia w myśli, że nie my za nie odpowiadamy, jest bez wątpienia bardzo kuszące. Czyż nie jest przyjemnie uznać, że za naszymi paskudnymi zachowaniami stoją nie wady charakteru, ale DNA? Niektórzy posuną się nawet dalej i przyjmą pozycję „genetycznych ofiar”, niemających żadnego wpływu na to, jakimi uczyniła ich natura. Jednak większości z nas wcale nie odpowiada idea, że jesteśmy tym, co mamy w genach, że definiuje nas jedynie biologia. Większość z nas pozostaje na stanowisku, że wolna wola istnieje i jest naszym udziałem.

„Bo swego losu jestem panem. I kapitanem duszy swojej”. (William Henley, Invictus) „Każdy jest synem swoich czynów”. (Miguel de Cervantes) „Drogi Brutusie (…) jeśliśmy zeszli do nędznej sług roli, to nasza tylko, nie gwiazd naszych wina” . (William Shakespeare, Juliusz Cezar)

Niezupełnie.

Fragment z książki Judith Viorst „Niedoskonała kontrola. Czyli jak całe życie walczymy o władzę: jako dzieci i rodzice, żony i mężowie, kochankowie, pracownicy i w końcu jako zwykli śmiertelnicy”.

Niedoskonała kontrola Judith Viorst Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Autonomia, czyli płynę własnym kursem. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Dobrze ugruntowana autonomia często domaga się wyjścia poza strefę komfortu, nie pozwala spocząć na laurach ani przywiązać się do przeszłości. Jak temu sprostać? (fot. iStock)
Dobrze ugruntowana autonomia często domaga się wyjścia poza strefę komfortu, nie pozwala spocząć na laurach ani przywiązać się do przeszłości. Jak temu sprostać? (fot. iStock)
Choć świat, w którym żyjemy, ceni indywidualność i niezależność, nie jest w nim łatwo zachować autonomię. Zrzekamy się jej, choćby uzależniając się od tego, jak oceniają nas inni. Jak stać się człowiekiem autonomicznym i dlaczego to jeden z warunków życiowego sukcesu – wyjaśnia psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Rozmawialiśmy o pokorze, pierwszym etapie podróży, jaką jest program rozwoju Quest. Autonomia ma z niej wynikać, być jej córką.
Właśnie. Ale zanim o tym powiemy, winni jesteśmy czytelnikom przeprosiny. Mówiąc o pokorze, wskazałem na Giordana Bruna, zaznaczając, że jeszcze przed Kopernikiem mówił o tym, że Ziemia nie jest centrum wszechświata. Ktoś mi kiedyś powiedział, że taka była kolejność, a ja tego nie sprawdziłem. Tymczasem Kopernik był pierwszy. Gdyby moja pokora zadziałała lepiej, nie zaufałbym tak bezkrytycznie temu, co mówią inni. Wyciągnijmy z tego naukę, że warto sprawdzać fakty. W tym także przejawia się pokora wobec rzeczywistości, która jest matką kolejnej cnoty Questu: autonomii.

Ale Giordano Bruno jest dobrym przykładem człowieka obdarzonego i pokorą, i autonomią?
Zdecydowanie tak. Z pokorą wyrzekł się dogmatu na rzecz tego, co widział i wiedział. A potem za wierność sobie nie zawahał się zapłacić własnym życiem. Tak więc zarówno pokorę, jak i autonomię miał głęboko uwewnętrznioną.

W potocznym rozumieniu pokora grozi utratą autonomii. W modelu Questu jest odwrotnie. Autonomia wyrasta z pokory. Również z pokory wobec uznanego, autentycznego autorytetu – gdy odkrywamy, że był kimś, kto czasowo reprezentował na zewnątrz to, co zawsze nosiliśmy w sobie. Pokora jest nieustępliwością w zadawaniu sobie pytań, także kwestionowaniem tego, co wiemy o świecie i o sobie, z czym się identyfikujemy. Jest więc cnotą bardziej wewnętrzną. Nie przejawia się w relacjach z innymi. Natomiast autonomia to zdolność do utrzymania naszych wątpliwości i pokornie zweryfikowanych przekonań wbrew wszystkiemu i wszystkim. To wewnętrzna siła, wiara w siebie i spokój, które pozwalają wbrew groźbom, naciskom i oskarżeniom pozostać sobą.

Ale co to znaczy być sobą? Nie ustępować?
Być sobą to nie znaczy być zawsze takim samym i mieć raz na zawsze ustalony pogląd na wszystko. Autonomia nie ma nic wspólnego z zamknięciem się w skorupie dogmatyzmu. Bycie sobą jest procesem dynamicznym. Stawaniem się. Nadążaniem za nieustannie zmieniającą się rzeczywistością. Skoro autonomia jest córką pokory, to być sobą znaczy podążać w swoim kierunku, nawet jeśli wszyscy inni płyną w przeciwną stronę. Jak w żeglarstwie: wyznaczamy sobie cel, a potem płyniemy do niego niezależnie od nieprzychylnych wiatrów. Drogi prowadzące do celów wartych osiągnięcia nigdy nie są proste.

Możemy także spotkać rozbijaczy statków, czyli ludzi, którzy rozpalają ogniska udające latarnie, by skierować nas na skały.
To prawda. Jednak największym zagrożeniem dla naszej autonomii jesteśmy my sami. Jeśli staramy się zadowolić wszystkich, to nigdzie nie dopłyniemy. Nie sposób utrzymać kursu, jeśli przejmujemy się tymi, którzy odbierają nam wiarę.

To nie znaczy, że nie należy słuchać innych. W czasie podróży zawijamy do różnych portów i tak wzbogacamy naszą wiedzę i doświadczenie. Czasami pokornie dochodzimy do wniosku, że gwiazda, na którą obraliśmy kurs, nie była naszą prawdziwą gwiazdą. Czasami zbaczamy z kursu bardzo daleko. Ale jeśli – mimo wszystko, prędzej czy później – odnajdujemy naszą gwiazdę, nasz kierunek, to znak, że autonomia jest z nami.

Bywa jednak, że z uporem płyniemy dalej w niewłaściwą stronę.
Zagrożeniem autonomii jest uzależnienie. Lecz niełatwo to rozpoznać, bo chodzi nie tylko o uzależnienie od substancji chemicznych, ale także od ideologii, sposobu widzenia świata, od swojego wizerunku, sytuacji życiowej itp. Zauważyć i przyznać, że cel, który sobie wyznaczyliśmy, jest wyrazem uzależnienia, nie stanowi dla nas prawdziwego wyzwania, nie jest łatwo.

Wielu ludzi rezygnuje z wędrowania za własną gwiazdą, jeśli nie może tego robić w markowych butach.
Dobrze ugruntowana autonomia często domaga się wyjścia poza strefę komfortu, nie pozwala spocząć na laurach ani przywiązać się do przeszłości. Poświęcenie autonomii dla poczucia bezpieczeństwa i wygody skutkuje stagnacją i – w rezultacie – frustracją i rozpaczą. Bo nie realizujemy swoich prawdziwych potrzeb, lecz pozorne pragnienia generowane przez nasze przywiązania i uzależnienia. Nie ma wiatru. Dryfujemy. Jeśli pokora nam nie podpowie, że to nieprawdziwy kierunek, to jesteśmy zgubieni.

Mój znajomy w wieku 40 lat, zaraz po śmierci ojca, rzucił wysokie stanowisko, rozwiódł się i zapisał na kurs dla psychoterapeutów.
Być może uzależnienie od opinii ojca nie pozwalało mu robić tego, czego naprawdę chciał. Budowanie autonomii to najważniejszy element dorastania. A uniezależnienie się od ograniczającego wymiaru tego, co dziedziczymy po rodzicach, jest tego świadectwem. Oczywiście nie następuje ono automatycznie w chwili osiągnięcia pełnoletności. Na ogół dzieje się to później. Choć znam 70-letnich ludzi, którzy nadal tkwią w emocjonalnej zależności od dawno już nieżyjących rodziców. Autonomia to zdanie sobie sprawy z tego, że my sami decydujemy, jaki jest cel naszego życia i tylko my ponosimy za swoje wybory odpowiedzialność. Czytajmy, słuchajmy, uczmy się, szukajmy, ale pamiętajmy, że wszystko, co przychodzi z zewnątrz, jest tylko podpowiedzią lub drogowskazem. W ostatecznym rozrachunku to my decydujemy, w którą stronę płyniemy.

Quest mówi, że może nam w tym przeszkadzać zbroja. Pojawia się w dzieciństwie, gdy ktoś złamał nam emocjonalny kręgosłup – warunek samostanowienia.
Nie wszyscy, którzy przeżyli trudne dzieciństwo, mają problemy z emocjonalnym kręgosłupem – z autonomią. Warto docenić, ile dzięki temu trudnemu dzieciństwu się nauczyliśmy, jakie właściwości – na ogół unikalne – w sobie rozwinęliśmy. O tym, że w dorosłym życiu nie realizujemy swojego potencjału, decyduje na ogół fałszywe przekonanie, że nasze dzieciństwo było tylko złe, że czegoś zostaliśmy w nim pozbawieni, a niczego nie otrzymaliśmy w zamian. W istocie to od nas zależy, czy uczynimy z siebie ofiarę losu, czy wojownika i poszukiwacza skarbów.

Pedagodzy piszą, że autonomia zależy m.in. od poziomu lęku. A więc nie tylko dla mnie lęk jest największą przeszkodą w ruszeniu własną drogą.
Lęk jest ludzkim uczuciem, mało kto go nie doświadcza. Ale autonomia to też możliwość zarządzania uczuciami. Lęk nie jest dobrym doradcą, z rezerwą słuchajmy jego podpowiedzi, bo może nas pozbawić wolnej woli. Dlatego mimo lęku warto rezygnować z drogi, która wynika z uzależnienia – czasami może to być uzależnienie od lęku lub innej „ulubionej” emocji.

Jak poznać, czym się kierujemy?
Można to tylko poczuć w sercu i brzuchu. A wtedy, nawet gdy wszyscy naokoło pukają się w czoło, wiemy, co mamy robić. Np. zdecydować się na pracę w małej firmie za mniejsze pieniądze, bo jej misja jest bliższa kursowi, jaki wyznacza nasza gwiazda. Decyzje podejmowane przez ludzi autonomicznych bywają radykalne, zmieniają całkowicie sposób i cel ich życia.

Jak zacząć budować swoją autonomię?
Uporczywie zadawać sobie pytania: co jest dla mnie ważne, czego potrzebuję w tym momencie? Czy to, co wybieram, daje mi energię, wiarę, radość? A może tylko służy zaspokojeniu oczekiwań innych? Kiedy znajdziemy odpowiedź, potrzebne nam będą kolejne cnoty Questu: wizja – czyli sprecyzowanie tego, czego pragniemy. I odwaga, by tę wizję urzeczywistnić. To pozwoli nam działać z determinacją. A jeśli coś czynimy z prawdziwym, płynącym z głębi serca przekonaniem, to z pewnością czynimy dobro – choć innym może wydawać się, że jest odwrotnie. Pokora i autonomia są początkiem drogi prowadzącej do współczucia i miłości.

Quest
 to program rozwoju wewnętrznego, który zakłada, że realizacja każdego celu czy marzenia wymaga wykształcenia w sobie ośmiu duchowych cnót (m.in. pokory, autonomii, świadomości). Mówi także, że na przeszkodzie staje nam osiem zagrożeń – cieni tych cnót.

  1. Psychologia

Odporność psychiczna - da się ją wyćwiczyć

Wewnętrzną moc jest nam potrzebna, aby pokonywać codzienne trudności. (Fot. iStock)
Wewnętrzną moc jest nam potrzebna, aby pokonywać codzienne trudności. (Fot. iStock)
Co zrobić, aby nie tracąc nadziei na lepsze jutro, znaleźć w sobie wewnętrzną moc, by pokonywać trudności i zamieniać je na swoją korzyść? Joe Wilner, amerykański coach, instruktor medytacji i znawca psychologii pozytywnej, daje wskazówki jak być psychicznie odpornym. 

5 wskazówek mocy

Przejmij kontrolę. Gdy przydarza ci się coś, czego nie chcesz, nie pytaj „Dlaczego ja?”, tylko „Po co mi się to przydarzyło?”. W ten sposób nie poczujesz się przytłoczona przeciwnościami losu, tylko przejmiesz  zdrową kontrolę nad losem. Jeśli nauczysz się z takich zdarzeń wyciągać wnioski i działać w trudnych warunkach, odzyskasz poczucie własnej mocy.

Żyj wśród ludzi.
Elastyczni, szczęśliwi ludzie nie izolują się od innych, kiedy jest im ciężko. Nie boją się korzystać z wsparcia bliskich, ich pomocy i obecności. Otaczaj się bliskimi ludźmi, z którymi jest ci po drodze.

Zauważaj dobro, które cię w życiu spotykają.
Pomimo zawirowań dostajemy od losu dary, za które często zapominamy dziękować. Kwestią perspektywy jest to, czy jesteśmy uważni na nieszczęścia czy na błogosławieństwa. Poświęć trochę czasu każdego dnia, aby skupić się na trzech rzeczach, za które jesteś wdzięczna, a które właśnie się wydarzyły.

Wykorzystaj swoje atuty.
Każdy je ma, tylko nie każdy zauważa. Umiesz przebaczać, jesteś odważna, masz zmysł estetyczny, dobrze uprawiasz jogging albo układasz bukiety? Doceń siebie i zastanów się, jak swoje talenty użyć w życiu, by zmienić je na lepsze, na takie jaki chcesz.

Pomyśl o swoim ostatnim sukcesie.
Nawet jeśli znajdujesz się w momencie, kiedy wydaje ci się że nic znaczącego nie osiągnęłaś, na pewno jest coś, z czego jesteś z siebie dumna. Zrób listę swoich dotychczasowych osiągnięć. Przypomnij sobie o swoich zwycięstwach. Wiosna to dobry czas, żeby zwyciężać znowu.

  1. Psychologia

Kto nie potrafi obronić swoich granic?

Jakie cechy mają ludzie nieasertywni? Na czym polega asertywność w praktyce? (fot. iStock)
Jakie cechy mają ludzie nieasertywni? Na czym polega asertywność w praktyce? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nadwrażliwość, samotność, brak kontroli nad emocjami, problemy w relacjach - mogą wskazywać na brak asertywności. Co jeszcze charakteryzuje osoby nieasertywne? W jaki sposób stać się człowiekiem, który w sposób nieraniący innych potrafi być sobą? - wyjaśnia Jarosław Józefowicz, psychoterapeuta.

Jak można opisać ludzi nieasertywnych? Ich postawę często nazywamy nieśmiałością, wycofaniem. Są zbyt ulegli, nie bronią swoich granic, pozycji, praw.

Są mało elastyczni? Z jednej strony mogą być nieelastyczni. Ktoś taki nie ma wewnętrznej pewności. Próbuje uzyskać ją z zewnątrz, na przykład przestrzegając jakiegoś regulaminu w pracy i nie odstępując od niego na krok. Albo przyswoi sobie zasady zachowania w towarzystwie i, choć będzie miał na to ochotę, nigdy nie wskoczy na stół, żeby zatańczyć. Zawsze będzie pilnował reguł. Ale z drugiej strony człowiek nieasertywny może wydawać się elastyczny, otwarty na różne propozycje, tymczasem jest to postawa uległa. Tak naprawdę ludzie wiele na nim wymuszają, bo on nie potrafi się obronić.

Zdarza się też, że osoby nieasertywne w sposób niekontrolowany wyrażają złość, a nawet agresję. Często tak to wygląda. Ludzie mający trudności z asertywnością są przyzwyczajeni do nie zważania na swoje uczucia, do ich ignorowania. W związku z tym nie reagują na bieżąco, gdy ktoś na przykład próbuje ich wykorzystać. Można powiedzieć, że w momencie kiedy są krzywdzeni, nie zauważają tego. Jednak poczucie skrzywdzenia w nich pozostaje i po iluś podobnych doświadczeniach wybucha z wielką siłą, często nieadekwatnie do sytuacji. Na przykład ktoś pobije tego, kto się wepchnął do kolejki. Sytuacyjnie - agresja i złość są nadmierne, nieuzasadnione, jeżeli jednak spojrzy się na ich historię, stają się bardziej zrozumiałe.

Nieasertywni mają problemy w nawiązywaniu satysfakcjonujących kontaktów. Powiem więcej - mogą w ogóle mieć problem z nawiązywaniem kontaktów. W relacjach często są wykorzystywani, więc w pewnym momencie samoistnie przychodzi decyzja o wycofaniu się. Jest to jedyna skuteczna metoda, żeby nie cierpieć.

Są samotni. Tak, samotni, wyobcowani. Nie mogą się odnaleźć wśród ludzi, ponieważ nie potrafią skutecznie się obronić. Osoby nieasertywne chcą być akceptowane, bo same siebie nie akceptują. I wydaje im się, że droga do tego wiedzie przez spełnianie żądań otoczenia. Myślą w ten sposób - jeżeli zrobię to, co ktoś ode mnie chce, to będzie mnie lubił, coś za coś. Ale w pewnym momencie zauważają, że to działa tylko w jedną stronę, że jest układ niesprawiedliwy, pochyły. A więc z jednej strony są mili, zgodni, z drugiej wycofują się, bo boją się że zostaną wykorzystani czy odrzuceni. W ten sposób wysyłają sprzeczne sygnały, ich zachowanie jest niejednorodne, nie wiadomo czego po nich oczekiwać. To sprawia trudność otoczeniu, które zaczyna ich unikać. W konsekwencji samotność puka do drzwi.

Nieasertywni są nadwrażliwi? Na ogół tak, bo zewsząd wypatrują zagrożenia. Tego doświadczyli w dzieciństwie. Nie wiedzieli z której strony spadnie cios - czy to będzie ton głosu, uderzenie, złe słowo, czy stanie się to za minutę, czy dopiero za dwa dni. Dobrze widzieć ich trudną sytuację.

Dobrze jest mieć świadomość swoich atutów. To kolejny bardzo, bardzo istotny punkt. Wszyscy mamy swoich wewnętrznych krytyków. Jednak natężenie ich działalności to rzecz indywidualna. W przypadku osób mało asertywnych głos krytyczny jest zazwyczaj bardzo nasilony. „Bombarduje” negatywnymi komunikatami, na które reagują z pozycji małej dziewczynki lub małego chłopca. Są niepewni siebie. Myślą o sobie, że ich zdanie jest mało warte, więc nie będą go wyrażać, wycofują się. Jeżeli natomiast zdadzą sobie sprawę z całej puli bogactwa wewnętrznego i zewnętrznego, do  świadomości dotrze, jak ważni są dla siebie. Wtedy będą też ważni dla innych.

Atuty ma każdy z nas, kwestia czy umiemy je dostrzec. Chociażby to, że jesteśmy Europejczykami i żyjemy w takich a nie innych warunkach. W ramach programów rozwojowych Akademii Psychologii Zorientowanej na Proces organizowane były wyjazdy do Afryki czy Azji, gdzie spotykaliśmy się z prawdziwą biedą i zacofaniem. Wtedy można zrozumieć to, czego na co dzień się nie dostrzega - jaki to wielki przywilej życia w Europie. Inny przykład to wykształcenie. Czy potrafię docenić, że mam zasób wiedzy, intelektu, sprawności komunikacyjnej? Takich, wydawałoby się oczywistych atutów każdy z nas ma wiele. Ludzie asertywni zdają sobie z nich sprawę niejako automatycznie, między innymi na nich opiera się ich siła i umiejętność adekwatnego reagowania. Natomiast ludzie mający trudności z asertywnością często nie umieją siebie docenić, wydaje im się, że nie są dość dobrzy.

Jeżeli ktoś miałby ochotę, może zrobić krótkie ćwiczenie - wypisać 20 przywilejów, jakimi cieszy się w życiu. Warto je co pewien czas powtarzać.

Co jeszcze może zrobić ktoś nieasertywny, żeby poprawić jakość swojego życia? To są działania wielotorowe i długotrwałe. Najprościej zacząć od przyjrzenia się temu, co utrudnia relacje na poziomie komunikacyjnym. Do asertywności należy posługiwanie się komunikatami, mówiącymi o swoich stanach emocjonalnych. Jeżeli doznajemy trudnej reakcji na czyjeś zachowanie, dobrze jest to sobie uświadomić i powiedzieć o tym - że mi się to nie podoba, że trudno mi z tym, że jest mi przykro.

Druga rzecz - w sytuacji, gdy nie akceptujemy czyichś działań, mówimy o nich, nie krytykując osoby. Przykładowo, jeśli ktoś nadużył naszego zaufania, nie mówimy mu, że jest niesłowny i że nie można na niego liczyć, tylko na przykład: „Miałem trudności, bo długo nie oddawałeś mi pieniędzy, które ci pożyczyłem”. Żeby taki poziom komunikacyjny mógł zaistnieć, trzeba umieć zobaczyć co nam przeszkadza, czyli mieć kontakt ze swoimi uczuciami. Tutaj dochodzimy do głębszego poziomu. Chodzi o rozpoznawanie i nazywanie emocji, które mnie dotyczą. Zwykle posługujemy się określeniem - jestem zdenerwowany, wściekły, zły a jak jest fajnie, to najczęściej w ogóle emocji nie zauważamy. Tymczasem jest mnóstwo odcieni uczuć, które przeżywamy. Z tym zadaniem trudniej jest samemu się uporać. Dlatego zachęcam do chodzenia na warsztaty rozwojowe czy pracę terapeutyczną.

Jakie mogą być efekty pracy nad asertywnością? Uświadomienie sobie, że świat nie jest zagrażający. Zwiększona potrzeba i umiejętność otwarcia się na ludzi. Reagowanie adekwatnie do sytuacji, a nie z miejsca obrony. Wyrażanie złości, kiedy jest ku temu powód. Pełniejsza komunikacja z ludźmi, czyli umiejętność opowiedzenia o swoich potrzebach, odczuciach, usłyszenia drugiej strony, co pozytywnie wpływa na jakość relacji. Ludzie nieasertywni stoją na krańcach - albo agresji i złości, albo wycofania i uległości. Asertywna postawa jest bardziej na środku. I do niej warto dążyć.

Jarosław Józefowicz, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog. Prowadzi terapie indywidualne, par i małżeństw, pracuje z dziećmi, rodzinami, grupami, organizacjami. Prowadzi treningi psychologiczne, grupy i warsztaty, zajęcia rozwojowe.

  1. Zwierciadło poleca

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Zwracamy się w sprawie zapowiadanego nowego, dodatkowego obciążenia mediów działających na polskim rynku, myląco nazywanego „składką” wprowadzaną pod pretekstem COVID-19.

List otwarty do władz Rzeczypospolitej Polskiej i liderów ugrupowań politycznych

Jest to po prostu haracz uderzający w polskiego widza, słuchacza, czytelnika i internautę, a także polskie produkcje, kulturę, rozrywkę, sport oraz media.

Wprowadzenie go będzie oznaczać:

1. osłabienie, a nawet likwidację części mediów działających w Polsce, co znacznie ograniczy społeczeństwu możliwość wyboru interesujących je treści;

2. ograniczenie możliwości finansowania jakościowych i lokalnych treści. Ich produkcja daje obecnie utrzymanie setkom tysięcy pracowników i ich rodzinom oraz zapewnia większości Polaków dostęp do informacji, rozrywki oraz wydarzeń sportowych w znaczącej mierze bezpłatnie;

3. pogłębienie nierównego traktowania podmiotów działających na polskim rynku medialnym. W sytuacji, gdy media państwowe otrzymują co roku z kieszeni każdego Polaka 2 mld złotych, media prywatne obciąża się dodatkowym haraczem w wysokości 1 mld zł;

4. faktyczne faworyzowanie firm, które nie inwestują w tworzenie polskich, lokalnych treści, kosztem podmiotów, które w Polsce inwestują najwięcej. Według szacunków firmy określane przez rząd jako „globalni cyfrowi giganci” zapłacą z tytułu wspomnianego haraczu zaledwie ok. 50-100 mln zł w porównaniu z 800 mln zł, jakie zapłacą pozostałe aktywne lokalnie media.

Skandaliczne jest również niesymetryczne i selektywne obciążenie poszczególnych firm. Dodatkowo niedopuszczalna w państwie prawa jest próba zmiany warunków koncesyjnych w okresie ich obowiązywania.

Jako media działające od wielu lat w Polsce nie uchylamy się od ciążących na nas obowiązków i społecznej odpowiedzialności. Co roku płacimy do budżetu państwa rosnącą liczbę podatków, danin i opłat (CIT, VAT, opłaty emisyjne, organizacje zarządzające prawami autorskimi, koncesje, częstotliwości, decyzje rezerwacyjne, opłata VOD itd.). Własną działalnością charytatywną wspieramy też najsłabsze grupy naszego społeczeństwa. Wspieramy Polaków, jak i rząd w walce z epidemią zarówno informacyjnie, jak i przeznaczając na ten cel zasoby warte setki milionów złotych.

Zdecydowanie sprzeciwiamy się więc używaniu epidemii jako pretekstu do wprowadzenia kolejnego, nowego, wyjątkowo dotkliwego obciążenia mediów. Obciążenia trwałego, które przetrwa epidemię COVID-19.

Sygnatariusze listu

Agencja Wydawnicza AGARD Ryszard Pajura Agora S.A. AMS S.A. Bonnier Business Burda Media Polska CANAL+ Dziennik Trybuna Dziennik Wschodni Edipresse Polska Eleven Sports Network sp. z o.o. Gazeta Radomszczańska Green Content sp. z o.o. Gremi Media S.A. Grupa Eurozet Grupa Interia.pl sp. z. o.o. Grupa Radiowa Agory sp. z o.o. Grupa RMF Grupa ZPR Grupa Wirtualna Polska Helios S.A. Infor Biznes Kino Polska TV S.A. Lemon Records sp. z o.o. Marshal Academy Music TV sp. z o.o. Muzo.fm sp. z o.o. naTemat.pl OKO.press Polityka Polska Press Grupa Ringier Axel Springer Polska STAVKA sp. z o.o. Superstacja sp. z o.o. Telewizja Polsat sp. z o.o. Telewizja Puls sp. z o.o. TIME S.A. TV Spektrum sp. z o.o. TVN S.A. Tygodnik Powiatu Wołowskiego Kurier Gmin Tygodnik Powszechny Wydawnictwo Bauer Wydawnictwo Dominika Księskiego Wulkan Wydawnictwo Magraf Wydawnictwo Nowiny Zakopiańskie Towarzystwo Gospodarcze – Tygodnik Podhalański

  1. Psychologia

Z czego bierze się potrzeba kontroli?

Im bardziej świat wydaje nam się pełen zagrożeń, a jednocześnie boimy się w sobie różnych emocji i nie dopuszczamy do ich odczuwania, tym bardziej staramy się trzymać kontrolę, nad czym tylko się da. (fot. iStock)
Im bardziej świat wydaje nam się pełen zagrożeń, a jednocześnie boimy się w sobie różnych emocji i nie dopuszczamy do ich odczuwania, tym bardziej staramy się trzymać kontrolę, nad czym tylko się da. (fot. iStock)
Kontrolujemy swoje zachowanie, bo chcemy być akceptowani i dobrze oceniani. Kontrolujemy bliskich, bo ich kochamy. A może chęć wpływu na życie innych wynika z własnych nierozpoznanych uczuć i źle nazwanych potrzeb?

Twarz Justyny zawsze jest precyzyjnie umalowana, bez względu na porę dnia i okoliczności.

– Nawet mojemu mężowi staram się nie pokazywać bez makijażu. Zmywam go dopiero, kiedy on zaśnie, a rano wymykam się do łazienki, żeby szybko się umalować – mówi 28 letnia Justyna.

Jest bardzo ładną kobietą i z łatwością można sobie wyobrazić, że bez starannego makijażu równie atrakcyjną. Mimo to nieumalowana wydaje się sobie brzydka i zaniedbana. Często jej się śni, że próbuje się umalować, ale nie może znaleźć szminki albo tuszu. Budzi się z uczuciem ulgi.

Równie pieczołowicie dba o swoją sylwetkę, kontrolując zawartość talerza i przeliczając kalorie. Ciągle próbuje nowych diet i mimo, że jest bardzo szczupła, jeśli tylko odrobinę przytyje, natychmiast wpada w panikę.

Większość z nas w sposób kontrolowany prezentuje taki wygląd, jaki wydaje nam się najatrakcyjniejszy i oczekiwany przez innych. Nie ma nic złego w tym, że o siebie dbamy i chcemy ładnie wyglądać. Szczególnie my, kobiety, przechodzimy w dzieciństwie ostry trening dotyczący tego, co nam wypada robić, a czego nie. Oczekuje się od nas, że będziemy miłe, ładne i grzeczne. Często słyszymy: nie krzycz, zobacz, jak brzydko wyglądasz, kiedy tak wykrzywiasz buzię.

Zdaniem trenera i psychoterapeuty Mariusza Bonka przypadek Justyny to jednak coś więcej niż wyuczone dbanie o siebie. To dowód wielkiego lęku, że sama w sobie nie jest dość atrakcyjna i dobra, żeby inni ją akceptowali. Za tym nieakceptowaniem swojego naturalnego wyglądu może się również kryć brak akceptacji dla różnych trudnych emocji, które Justyna w sobie nosi, np. smutku, lęku czy zazdrości. Wówczas perfekcyjny makijaż jest formą kontrolowania, czy wszystko jest z nami w porządku. Skoro tak doskonale panujemy nad swoim wyglądem, to również z innymi rzeczami radzimy sobie sprawnie.

– Kontrolowanie, żeby ładnie wyglądać, samo w sobie nie jest problemem – tłumaczy Dariusz Tkaczyk, psychoterapeuta z Ośrodka Pomocy i Edukacji Psychologicznej „Intra”. – Każdy z nas ma prawo nawet do takich zachowań, które w oczach innych uchodzą za dziwactwo. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy robimy coś nie dlatego, że sprawia nam to przyjemność, ale ze względu na nieadekwatne poczucie zagrożenia. A w przypadku Justyny kontrola wyglądu jest zogniskowana na tym, żeby nie być odrzuconą, a nie żeby ładnie wyglądać. Sztywność i zakres jej zachowań sugerują, że są one warunkiem samoakceptacji.

W poszukiwaniu bezpieczeństwa

Ukojeniem dla wewnętrznego niepokoju może być również nadmierna kontrola przestrzeni, w której żyjemy. Mieszkanie Grzegorza, 30-letniego muzyka, przypomina muzeum. Dyktatowi nietykalnych eksponatów poddał wszystkich, którzy go odwiedzają. Koledzy nieraz żartują z niego i celowo przesuwają jakąś rzecz o kilka centymetrów. Grzegorz natychmiast to zauważa i się denerwuje.

– Nienawidzę bałaganu i nieładu. Chcę, żeby każda rzecz miała swoje wyznaczone miejsce. Co w tym dziwnego, że nie położę się spać, jeśli mieszkanie jest nieposprzątane?

Nieraz zdarza mu się wstać w nocy, bo myśl o nierozwieszonym praniu albo nieposkładanych ubraniach nie daje mu spokojnie zasnąć. Być może to nieustanne porządkowanie otoczenia pozwala mu udawać, że podobny porządek ma również w sobie. Widok porozrzucanych rzeczy konfrontuje go z chaosem, jaki ma w sobie. Grzegorz nie lubi rozmawiać o swoich emocjach i niechętnie je okazuje. Jest skryty, ale łatwo wpada w złość. Czasem wybucha niewspółmiernie do sytuacji.

Zdaniem Dariusz Tkaczyka ciągłe porządkowanie przestrzeni może być niespecyficznym regulowaniem emocji. – Jeśli ktoś ma słabe rozeznanie w tym, co się z nim dzieje, słabą umiejętność nadawania znaczenia sytuacjom życiowym, czuje silny niepokój. Przenosi go wtedy w obszar, który jest mu lepiej znany i nad którym uważa, że panuje. W końcu łatwiej ułożyć książki na półce, niż skonfrontować się świadomie ze swoimi emocjami.

– Kontrola daje nam poczucie bezpieczeństwa, zmniejsza lęk przed nieznanym i niespodziewanym – tłumaczy Mariusz Bonk. – Im bardziej świat wydaje nam się pełen zagrożeń, a jednocześnie boimy się w sobie różnych emocji i nie dopuszczamy do ich odczuwania, tym bardziej staramy się trzymać kontrolę, nad czym tylko się da. Ten lęk ma bardzo różne przyczyny. Mogą go wywoływać traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa, ale również wyniesione z domu nauki i ostrzeżenia rodziców typu: uważaj, bo sobie zrobisz krzywdę! Nie dasz rady! Nie uda ci się! Bądź ostrożny i nie ufaj nikomu! Wszyscy tylko czyhają, żeby cię wykorzystać!

 

Pragnienie wpływu

Nadmierna kontrola to nie tylko brak zaufania do świata, to również dowód braku wiary we własne siły, mądrość, możliwości i intuicję. Pesymiści nie wierząc w sprzyjający los i swoje siły, starają się wszystko kontrolować. Czasami pod linijkę ma być już nie tylko wygląd i mieszkanie, ale również partnerzy i bliscy kontrolerów.

– Mam dość bycia wieczną animatorką – skarży się 35-letnia Beata prowadząca prywatne przedszkole. – To wiecznie ja muszę decydować, co zrobimy z wakacjami, kiedy odnowimy mieszkanie i jak spędzimy święta. Mąż jest tylko wykonawcą moich projektów. Czekanie na jego inicjatywę trwałoby w nieskończoność. Czasem proszę go, żeby coś zrobił, ale zanim doczekam się reakcji, wolę sama się tym zająć.

Kobiety kontrolerki z jednej strony skarżą się na nadmiar obowiązków i odpowiedzialności za związek, ale z drugiej strony nie starcza im cierpliwości, aby poczekać na inicjatywę partnera. Bycie niezastąpioną daje im poczucie własnej wartości. Trudno wówczas zrezygnować z próby poddania kontroli całego życia rodzinnego.

Nie mniej trudne jest rezygnowanie z kontroli w stosunku do własnych dzieci. Początkowo nieustanna, z czasem powinna stawać się coraz bardziej dyskretna, aż wreszcie ustąpić całkowicie. Często jednak rodzice nie chcą zrezygnować ze swoich praw do kontroli, traktując ją jako narzędzie nieograniczonej władzy.

– Chwilami nie daję już rady – zwierza się Iwona, świeżo upieczona mężatka. Mój mąż jest wspaniałym mężczyzną – czułym, troskliwym i wyrozumiałym. Mam jednak wrażenie, że wraz z nim poślubiłam jego matkę. Nie ma dnia, żeby do nas nie zadzwoniła. Uważa, że ma święte, niczym nieograniczone prawo przychodzić do nas bez zapowiedzi o każdej porze. Ciągle słyszymy tysiące rad i wskazówek, jak mamy spędzać wakacje, urządzać mieszkanie, z kim się przyjaźnić, jakie książki czytać i co jeść. To prawda, że traktuje mnie jak córkę, dba o mnie, martwi się moimi kłopotami w pracy, nieustannie obdarowuje prezentami, ale jest tak ekspansywna w okazywaniu troski, że naprawdę trudno to wytrzymać.

Matki silnie kontrolujące swoje dorosłe dzieci zazwyczaj nie są usatysfakcjonowane związkiem ze swoim mężczyzną. Jednak konfrontacja z tym może być dla nich zbyt bolesna. Dlatego dużo łatwiej im myśleć o sobie: jestem wspaniałą, opiekuńczą i poświęcającą się matką, zamiast: jestem nieszczęśliwą kobietą tkwiącą w małżeństwie, które nie przynosi mi radości.

– Osoby zbyt skoncentrowane na innych często mają problem z własnymi potrzebami. Ważne, żeby teściowa Iwony zamiast: zostaw nas w spokoju, nie jesteś nam do niczego potrzebna, usłyszała od nich, że bez względu na to, co i ile dla nich robi, jest ważna i kochana. To może jej pomóc zobaczyć, że o jej wartości i kobiecości stanowi nie tylko nieustanna próba uszczęśliwiania syna i synowej, a im pozwoli zmniejszyć napięcie w kontaktach z nią i łagodnie, choć konsekwentnie stawiać pewne granice dotyczące jej zaangażowania – tłumaczy Dariusz Tkaczyk. – Sama kontrola nie jest problemem, ten pojawia się, gdy pragniemy kontrolować, czyli panować nad tym, na co możemy mieć jedynie częściowy wpływ. Bardzo słusznie, jeśli kontrolujemy tor jazdy naszego samochodu, gorzej, jeśli chcemy kontrolować czyjeś zachowania i decyzje.

Rozpoznać uczucia

Jak w sposób dojrzały kontrolować swoje życie? Punktem wyjścia mogą być słowa słynnej modlitwy Reinholda Niebuhra:
„Boże, daj mi spokój, abym zaakceptował to, czego nie mogę zmienić, odwagę, abym zmienił to, co zmienić mogę, oraz mądrość, abym potrafił te sprawy od siebie odróżnić”.
Jeśli mamy tendencję do nadmiernego kontrolowania naszego wyglądu, zachowania czy też naszych bliskich, to pierwszym krokiem do zmiany jest uświadomienie sobie tego, co tak naprawdę kontrolujemy. Zdaniem Mariusza Bonka odpowiemy na to pytanie dopiero wtedy, gdy skomunikujemy się ze swoimi uczuciami i nauczymy się je rozpoznawać. Wówczas mamy szansę na wyrażanie ich w bezpiecznej dla innych osób formie. Nie odbierajmy sobie prawa do złości, lęku, obaw, gniewu, niechęci czy smutku. Pozwólmy też sobie na wyrażenie tych uczuć, ale tak, aby nikogo nie ranić. W sprzyjających warunkach choć trochę poluzujmy kontrolę. Pozwólmy ponieść się sytuacji i decydować innym choć w niewielkim stopniu za nas. Wówczas okaże się, że sympatia, jaką nas obdarzają, nie maleje, gdy wyglądamy mniej atrakcyjnie, mamy bałagan w mieszkaniu i nie sprawujemy nad wszystkim pieczy. Paradoksalnie może ona nawet wzrosnąć.