1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Typy osobowości – które rodzaje temperamentu najlepiej do siebie pasują?

Typy osobowości – które rodzaje temperamentu najlepiej do siebie pasują?

Znawcy charakteru twierdzą, że najtrudniej porozumieć się cholerykowi z flegmatykiem i melancholikowi z sangwinikiem. (Ilustracja iStock)
Znawcy charakteru twierdzą, że najtrudniej porozumieć się cholerykowi z flegmatykiem i melancholikowi z sangwinikiem. (Ilustracja iStock)
Czy melancholik z sangwinikiem potrafią stworzyć udany związek? Jak dotrzeć do flegmatyka? Poznanie temperamentu drugiej osoby może pomóc w zrozumieniu jej postępowania.

Temperament. Ten względnie stały zespół cech stanowi najogólniejszy opis każdego człowieka. Jest zdeterminowany biologicznie, chociaż podlega niewielkim zmianom spowodowanym wychowaniem, dojrzewaniem czy oddziaływaniem środowiska społecznego. Za prekursora nauki o temperamencie uważa się greckiego lekarza Hipokratesa, żyjącego w V wieku p.n.e., który stwierdził, że naturę ciała człowieka stanowią cztery „soki” w organizmie: krew, flegma oraz żółta i czarna żółć. Ale dopiero inny lekarz, Claudius Galen, w II wieku n.e. opracował pierwszą typologię temperamentów, z których cztery przetrwały do dnia dzisiejszego: sangwinik, choleryk, melancholik i flegmatyk.

Sangwinik

Typ silny, zrównoważony, ruchliwy, odporny i zaradny życiowo. Uwielbia częste urozmaicenia, więc błyskawicznie adaptuje się do zmieniających się warunków. Szybko się wzrusza, jest przejęty, ale błyskawicznie zapomina o co chodziło. Jest aktywny, otwarty, przedsiębiorczy. Cechuje go wesołość, pogoda ducha. Potrzebuje przestrzeni, ruchu, czasu na zabawę. Jest towarzyski, skoncentrowany na ludziach i uznaniu, lubi być w centrum uwagi. Dzięki swoim zdolnościom przystosowawczym jest lubiany w towarzystwie. Jednak jest niestały, co niekiedy przysparza mu kłopotów. Pracuje, gdy go pobudza otoczenie, natomiast sam jest skłonny do lenistwa. Często działa na zasadzie „słomianego ognia”. Jest optymistą, cechuje go duża odporność na życiowe perturbacje.

Motywuje go: sympatia i uznanie otoczenia, sukces społeczny, ryzyko.
Obawia się: odrzucenia społecznego, samotności.
Jeśli chcesz dotrzeć do sangwinika: mów wprost, co myślisz, ale częściej chwal, niż krytykuj, doceń umiejętności czy dobrze wykonaną pracę, weź poprawkę na hurraoptymizm, wywieraj lekką presję, stymuluj do działania.
Jeśli to ty jesteś sangwinikiem: stawiaj innym granice, nie pozwól się wykorzystywać, ustal sobie priorytety i pilnuj terminów, patrz realistycznie.
Jak mogą cię postrzegać inni: powierzchowny, optymista, żądny sławy i poklasku, nieuważny, sztuczny, naiwny.

Choleryk

Typ silny, niezrównoważony. Nie potrafi się hamować, nawet gdy wymaga tego sytuacja. Wtedy staje się niespokojny, agresywny, zaczepny aż do okresowego znużenia. Cechuje go niecierpliwość, witalność, ogromna potrzeba aktywności. Bywa gwałtowny, wybuchowy i konkurujący. Optymista. Ma silnie zaakcentowane „ja”, jest niezależny, zdecydowany, żywiołowy. Potrafi intensywnie pracować. Trudnościom wychodzi naprzeciw, szuka najefektywniejszych rozwiązań, chętnie podejmuje wyzwania, samodzielnie rozwiązuje problemy, nie znosi przegrywać. To człowiek czynu, lubi rozkazywać, zdobywać. Działa szybko i gwałtownie, w wielu kierunkach, dynamicznie i z entuzjazmem, nastawiając się na rezultaty. Kocha walkę, ryzyko, przygody, pokonywanie trudności.

Motywuje go: cel, ryzyko, nastawienie na efekty, nowe wyzwania.
Obawia się: wykorzystania, utraty kontroli.
Jeśli chcesz dotrzeć do choleryka: mów o rezultatach, koncentruj się na zadaniach, pozostaw dużo swobody i możliwość wyboru. Wybaczaj wybuchy złości, jasno określ swoje granice. Jeśli coś źle robi, asertywnie go o tym poinformuj.
Jeśli to ty jesteś cholerykiem: wykaż więcej wrażliwości, weź pod uwagę potrzeby innych, o ile to możliwe, wyjaśniaj swoje motywy, od innych nie oczekuj zbyt wiele, pozwól bliskim na odrobinę luzu.
Jak mogą cię postrzegać inni: przedsiębiorczy, arogancki, wymagający, wyzyskiwacz.

Melancholik

Jego życie wypełniają lęki i kłopoty. To pesymista, widzący tylko czarną stronę życia. Często sam sobie podstawia nogę, szuka dziury w całym. Z reguły cierpi na kompleks niższości. Każde niepowodzenie utwierdza go w przekonaniu, że jest niewiele wart. Nie wytrzymuje silnego i długiego pobudzenia, potrzebuje częstych odpoczynków. Mało odporny na sytuacje konfliktowe. Bywa bierny, zahamowany. Z trudem przystosowuje się do otoczenia. Szybkie i częste zmiany warunków życia wpływają dezorganizująco na jego postępowanie. Przed podjęciem ważnej decyzji rozważa za i przeciw. Jest powściągliwy i zamknięty w sobie. Mało towarzyski, trudno nawiązuje relacje, ale jeśli już się zaprzyjaźni, jest wierny. Bardzo wrażliwy, jego przeżycia są głębokie, chociaż powstają wolno i z trudem przedostają się na zewnątrz.

Motywuje go: bezpieczeństwo, jakość.
Obawia się: krytyki.
Jeśli chcesz dotrzeć do melancholika: prowadź uporządkowaną rozmowę, jeśli chcesz, by coś zrobił, zapytaj, jak to powinno być zrobione, skupiaj się na tym, co jest do zrobienia, dostarczaj szczegółów, wyrażaj się logicznie i precyzyjnie, daj czas na realizację, zapewnij spokój, akceptację i poczucie bezpieczeństwa, przygotuj na zmiany, nie krytykuj, a rzeczowo wytłumacz.
Jeśli to ty jesteś melancholikiem: nie rób wszystkiego sam, porzuć strach, czasami pozwól sobie na spontaniczność, niech detale nie będą ważniejsze od ludzi, wykaż więcej optymizmu, uwierz w swoje siły, zacznij okazywać emocje.
Jak mogą cię postrzegać inni: ostrożny, precyzyjny, drobiazgowy, asekurant, pesymista.

Flegmatyk

Dobrze przystosowany do życia, odporny. Zadowolony z siebie i z otoczenia. Trudno go czymś zranić. Zazwyczaj mówi i reaguje spokojnie, powoli, bez wyraźnego przejawiania emocji czy żywszej mimiki. Jest mało ruchliwy. Nie znosi pośpiechu, pracuje powoli, systematycznie. Dotrzymuje zobowiązań i terminów. W pracy lubi mieć jasno określony zakres obowiązków. Trudno wywołać u niego niepokój, nawet w trudnych sytuacjach. Potrafi znaleźć się wśród ludzi, a relacje są dla niego niezwykle istotne. Precyzyjny, powściągliwy, cierpliwy i niewzruszony. Z reguły panuje nad sobą i nie poddaje się emocjom. Jego przeżycia mogą być głębokie, ale ograniczają się do wybranych ludzi. Pomimo chłodu i pozornej nieczułości potrafi pomagać innym. Ma problemy z szybkim przystosowaniem się do zmiennych warunków życia. Nie lubi nowych sytuacji, za to uwielbia święty spokój.

Motywuje go: bezpieczeństwo, stabilizacja, ludzie.
Obawia się: niestabilności, zdania się na los.
Jeśli chcesz dotrzeć do flegmatyka: zadawaj pytania, okazuj pomoc i uwagę, wytłumacz, rób sugestie, przygotuj na zmiany, nie zaskakuj, pokaż alternatywy, wspieraj.
Jeśli to ty jesteś flegmatykiem: rozwijaj spontaniczność i elastyczność, zaakceptuj zmiany, przejmuj inicjatywę, nie unikaj konfrontacji.
Jak mogą cię postrzegać inni: bez wyrazu, powolny, cierpliwy, ostrożny, letargiczny.

Lubimy podobnych

Znawcy charakteru twierdzą, że najtrudniej porozumieć się cholerykowi z flegmatykiem i melancholikowi z sangwinikiem. Z drugiej strony związek dwóch choleryków też nie będzie należał do udanych, bo będą mu towarzyszyły odwieczne zmagania o dominację oraz obawy o bycie wykorzystanym. Natomiast najłatwiej porozumieć się cholerykowi z sangwinikiem lub melancholikiem, melancholikowi z cholerykiem lub flegmatykiem, flegmatykowi z sangwinikiem i melancholikiem, a sangwinikowi z flegmatykiem i cholerykiem. Dlaczego?

Lubimy podobnych do siebie, ponieważ lepiej wyczuwamy ich nastroje. Z drugiej strony, z każdym można dojść do porozumienia. Chodzi o to, żeby wykorzystać zalety danego typu temperamentu, a zniwelować te, które mogą wywierać niekorzystny wpływ na wspólne funkcjonowanie.

Żaden typ temperamentu nie jest lepszy ani gorszy, jesteśmy po prostu różni. Ba, nawet ta sama cecha charakteru może być inaczej spostrzegana, np. uważasz, że jesteś dowcipny, a otoczenie postrzega cię jako złośliwego, sądzisz, że jesteś zdecydowana, a ludzie widzą w tobie uparciucha. Na pewno dobrze wiedzieć, jakie cechy składają się na naszą indywidualną charakterystykę, nie złościć się na coś, co przynależne nam z natury. I dostrzec w tym prawdziwy dar.

Warto przeczytać: Strelau, „Rola temperamentu w rozwoju psychicznym”, WSiP, Warszawa 1990; M. Fedeli, „Temperamenty charaktery osobowości, Wydawnictwo WAM, Kraków 2003; J. Strelau, „Temperament, osobowość, działanie”, PWN, Warszawa 1985.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak ocenić i wzmacniać swoje talenty? Pomocny test Gallupa

Jeżeli nie wiemy nic o swoich talentach albo je wypieramy,
to tak, jakbyśmy działali przeciwko sobie. (Fot. Getty Images)
Jeżeli nie wiemy nic o swoich talentach albo je wypieramy, to tak, jakbyśmy działali przeciwko sobie. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Na odkrycie swojego potencjału nigdy nie jest za późno. Nigdy nie jest też za wcześnie, bo im szybciej zidentyfikujemy nasze naturalne predyspozycje, tym lepiej. Zaoszczędzimy sobie wtedy wielu frustracji, napięć, rozczarowań, a nawet chorób. I poczujemy ogromną ulgę. Jak przy zmianie butów. Bo w dobrze dopasowanych – swoich, nie cudzych – idzie się wartko, nie czując ciężaru wędrówki.

 

Zagaduję ludzi, z którymi mam ostatnio kontakt: – Piszę o talentach, ciekawi mnie, czy jesteśmy ich świadomi. Ty jesteś? Co uważasz za swój talent?

Anna, lekarka, lat 42, odpowiada wymijająco: – Nie nazwałabym tego talentem, ale ulubionym zajęciem, które zresztą nieźle mi wychodzi. Mówią o mnie: „Najlepsza lekarka wśród tenisistek i najlepsza tenisistka wśród lekarzy”, bo na wszystkich turniejach organizowanych w moim środowisku przechodzę do finału. Tak, tenis mi się udał.

Barbara, nauczycielka, 39 lat, stara się podejść do sprawy poważnie: – Nie jestem jakoś szczególnie utalentowana, po prostu lubię śpiewać. Ale śpiewać każdy lubi. Kiedyś udzielałam się w chórze parafialnym, teraz śpiewanie i w ogóle muzykę wykorzystuję w pracy z dzieciakami, podśpiewuję sobie też w domu. Piosenkarką jednak nie zostanę, nie ten głos, nie ten artystyczny kaliber.

Błażej, menedżer w firmie telekomunikacyjnej, obraca pytanie w żart: – Majsterklepkowanie to talent? Bo to mój przypadek. Umiem naprawić pralkę, zmienić uszczelką w kranie, zajrzeć do silnika auta, przybić gwóźdź. Ale żadnych artystycznych zdolności nie mam. Słoń nadepnął mi na ucho, malarz to jestem co najwyżej pokojowy, nie tańczę, nie recytuję. Kiepsko trafiłaś.

Ilustracja Fernando Botero Ilustracja Fernando Botero

Odpuść kontrolę

Wszystkie pozostałe głosy brzmiały podobnie: „Talent? Jaki talent?”. Ten mają nieliczni. Muzycy, malarze, pisarze, tancerze, aktorzy, sportowcy, kucharze. Talent to dar boży. Wyjątkowa umiejętność. Na ogół artystyczna. Coś, co wychodzi nam najlepiej. Ewentualnie to, co uda się zbudować, pracując w pocie czoła nad wyrugowaniem słabości. Tu przywoływano często przykład szefa, który przeszedł drogę od pucybuta i zbudował przywództwo, przepracowując swoje ograniczenia. Gdy sugerowałam, że każdy ma jakiś talent, słyszałam: „No nie, to gruba przesada”.

Takie podejście do naszych mocnych stron to pokłosie edukacji bazującej na błędach, wychowania opartego na karach i powszechnego przekonania, że trzeba pokonywać słabości, a nie wzmacniać siłę. Tymczasem zupełnie inaczej podchodzi do człowieka psychologia pozytywna z jej twórcą, znanym amerykańskim psychologiem, profesorem Martinem Seligmanem z University of Pennsylvania na czele. To głównie za jego sprawą zmienił się w psychologii fokus z badań nad negatywnymi i patologicznymi aspektami życia (lęki, stres, depresja) na akcent pozytywny: zaczęto badać kreatywność, inteligencję emocjonalną, szczęście, mocne strony człowieka. Zamiast odwoływać się do naszych braków, zaczęto bazować na naszym potencjale. Instytut Gallupa poszedł dalej – przez lata badał tajemnice sukcesu kadry menedżerskiej wielkich firm i stworzył słynny test Gallupa, testy neuronalne określające nasze wiodące cechy. Marcus Buckingham i Donald O. Clifton, badacze Instytutu, opisali potem swoje wnioski w książce „Teraz odkryj swoje silne strony”.

Psycholożka Aneta Pietrzak: – Okazało się, że nie potwierdza się to, o czym można przeczytać w podręcznikach biznesu, czyli że menedżerowie potrafią skutecznie kierować firmą dzięki swojej charyzmie, decyzyjności, umiejętności delegowania zadań. To wszystko, owszem, jest przydatne w biznesie, ale to skutek, a nie przyczyna.

– Skutek czego? – dopytuję.

– Tego, że owi szefowie wykorzystują swoje mocne strony – odpowiada psycholożka. – Badacze Gallupa doszli do wniosku, że ludzie zawdzięczają swój sukces i związane z nim dobre samopoczucie nie temu, że pochodzą z ustosunkowanej rodziny, że zrobili ileś certyfikatów albo że zaharowują się na śmierć. Z ich badań wyszło, że prawdziwy, czyli dający szczęście sukces, przychodzi wtedy, kiedy człowiek uruchamia to, co ma w sobie najsilniejszego. Dodam od siebie – i kiedy jest tego świadomy. Uważam bowiem, że bardzo ważna jest świadomość swoich mocnych stron, tak jak ważne jest odpuszczenie sobie pracy na wadach, słabych stronach. Bo nie da się zbudować niczego trwale wartościowego na strachu i słabościach.

Psycholożka tłumaczy to na przykładzie ze swojej praktyki. Pyta klientkę (może to pytanie też do ciebie, Czytelniczko i Czytelniku): „Jaka jest twoja największa wada?”. Ta odpowiada: „To, że jestem leniwa, że mi się nie chce”. „Wyobraź sobie – proponuje psycholożka – że próbujesz tę wadę przezwyciężyć. Co więc robisz? Używasz kontroli, ciągle i ciągle. Ale jak masz słabszy dzień, to kontrolowanie ci nie wychodzi. Jesteś więc sfrustrowana, spada twoje poczucie własnej wartości (bo obwiniasz się z powodu lenistwa). Zatem cały wysiłek włożony w kontrolowanie się idzie na marne!”.

– Jeżeli odpuścimy sobie kontrolę słabości – mówi psycholożka – a zajmiemy się swoimi talentami, to na efekty nie trzeba będzie długo czekać.

Ilustracja Fernando Botero Ilustracja Fernando Botero

W poszukiwaniu straconej siły

Co to jednak znaczy: talent? Żadna z pytanych przeze mnie osób nie uznała, że to cecha czy sposób myślenia. Tymczasem Katarzyna Bieleniewicz, certyfikowana trenerka Gallupa, wyjaśnia: – Talenty to naturalnie powtarzające się wzorce myślenia, odczuwania czy zachowania, które mogą być produktywnie wykorzystane. Czyli nasze predyspozycje, z którymi przychodzimy na świat.

Aneta Pietrzak: – Według teorii Gallupa wszystko zaczyna się w mózgu, w naszym systemie neuronalnym. Proszę sobie wyobrazić mózg dziecka w łonie matki. Z jakiegoś powodu już na tym etapie rozwoju pewne połączenia neuronalne w mózgu robią się wyraźniejsze. I to dlatego rodzimy się z określonymi predyspozycjami i już jako dzieci chętniej robimy to, co przychodzi nam z łatwością. To, oczywiście, mocno uproszczony opis tego, co się dzieje w naszym mózgu, ale z grubsza opisuje ów „powtarzający się wzorzec”, który powstaje w naszej unikatowej siatce neuronalnej.

Według Gallupa istnieją 34 talenty (np.: odpowiedzialność, komunikatywność, rozwaga, analityczność), pogrupowane w cztery obszary aktywności: wykonywanie, wpływanie, budowanie relacji, myślenie strategiczne. U każdego człowieka występują w innym nasileniu.

Katarzyna Bieleniewicz: – Testy Gallupa są właśnie po to, żeby określić, które z naszych cech są dominujące. Kluczowa okazuje się pierwsza piątka. Ale samo ich odkrycie niczego nie załatwia. To, czy dane talenty wspomagają nas w życiu i pracy, zależy od tego, co z nimi zrobimy, czy w nie zainwestujemy. Bo często bywa tak, że leżą głęboko zakopane, nieużywane.

Psychologowie zauważają, że akurat małe dzieci doskonale wiedzą, co jest ich siłą, ale potem tę wiedzę często niweczą szkoła, rodzice, społeczeństwo. Dlatego ważne jest, żeby nie wtłaczać dziecka w utarte schematy, ale pozwolić mu robić to, co lubi. Pomyślmy o tym właśnie teraz, u progu nowego roku szkolnego, kiedy planujemy mu różne zajęcia. Czy na pewno ma ćwiczyć to, co trenuje syn sąsiadki? Czy musi koniecznie chodzić na balet, skoro woli gotować?

My, dorośli, często skutecznie zapomnieliśmy (wyparliśmy) wiedzę o nas samych. Ale nic straconego. Możemy ją sobie przypomnieć, sięgając po różnego rodzaju testy: testy Gallupa, Hogana, testy psychologiczne (są też dla dzieci i młodzieży).

Aneta Pietrzak: – Statystycznie rzecz ujmując, Polska jest krajem, w którym częściej niż gdzie indziej na świecie w badaniu testem Gallupa wyłania się talent zwany odkrywczością. Okazuje się, że jako populacja jesteśmy bardzo kreatywni. Umiemy z przysłowiowego sznurka zrobić helikopter, ale ten talent może się objawiać w bardziej prozaicznych sytuacjach: znienacka wpadają goście, a my otwieramy lodówkę i potrafimy wykombinować coś z niczego. Zauważyłam też, że wśród osób ze środowisk buddyjskich powszechnym talentem jest współzależność, choć do końca nie wiadomo, czy wzmacnia tę cechę medytowanie i przebywanie w tej społeczności, czy odwrotnie: to owa społeczność przyciąga podobnych do siebie ludzi.

Ciemna i jasna strona mocy

Postanawiam się przetestować. Można to zrobić przez Internet, za opłatą, dostępna jest wersja polska testów Gallupa. Trzeba odpowiedzieć na 177 pytań, a właściwie zakreślić jedno stwierdzenie z pary przeciwstawnych: Np.:  „Czytam uważnie instrukcje” i „lubię natychmiast rozpoczynać pracę”; „Jestem dobrym trenerem” i „jestem dobrym szefem”. Wybieramy, który z opisów jest nam bliższy, i szybko (na odpowiedź mamy 20 s) przechodzimy do następnych. Po mniej więcej godzinie dostaję raport, który przypomina piramidę. Na górze znajduje się pięć dominujących cech, to mój potencjał. Najważniejsza – empatia. Tego akurat się spodziewałam, bo mam intuicję do ludzi, a nawet nieznajomi chętnie mi się zwierzają. Ale sądziłam, że moją siłą okaże się też racjonalność, analityczność, w końcu z jakiegoś powodu wybrałam klasę matematyczno-fizyczną, a liczby to moja ulubiona kraina. Dlatego jestem zaskoczona, że kolejne moje atuty to: rozwijanie innych, współzależność, elastyczność, bliskość, zgodność. Większość z nich dotyczy relacji! Tymczasem zawód, który wybrałam, polega w dużej mierze na samotnej pracy. Muszę więc te wyniki poważnie przemyśleć.

Aneta Pietrzak: – Każdy z talentów ma swoją jasną i ciemną stronę. Jeżeli korzystamy z talentów w umiejętny sposób, to jesteśmy na dobrej drodze do realizacji siebie, do lepszego funkcjonowania w codziennym życiu, nie tylko wtedy, kiedy rozwijamy karierę zawodową. Natomiast jeżeli nic o swoich talentach nie wiemy albo je wypieramy, to w pewnym sensie działamy przeciwko sobie. W moim zestawie pięciu najwyżej punktowanych cech jest empatia, czyli bardzo duża wrażliwość, pozwalająca wyczuć, w jakim stanie emocjonalnym jest ktoś, z kim przebywam, czasem nawet bardziej niż on sam. Podobnie jak każdy empata – czuję to zawsze, ponieważ emocje są moim sposobem doświadczania świata. Osobom o mniejszej sensytywności jest trudniej zidentyfikować swoje emocje, niektórzy więc mówią, że niczego nie czują albo po prostu nie potrafią tego nazwać. Drugą stroną empatii jest to, że nie zawsze wiadomo, co zrobić z tymi cudzymi emocjami: reagować, nie reagować? Jeśli tak, to jak?

Psycholożka podkreśla, że nie ma talentów pozytywnych i negatywnych, każdy talent jest zasobem, natomiast problemem jest ich nierozpoznanie, wypieranie lub nieumiejętne się nim posługiwanie. Weźmy przykład empatii: empata wchodzi do autobusu i czuje emocje ludzi, ale nie potrafi odróżnić tych własnych od cudzych, nie nauczył się mechanizmu działania empatii. Wysiada więc z autobusu nabuzowany lub smutny, ale nie ma pojęcia dlaczego.

– Dla mnie przez jakiś czas empatia też była zmorą – przyznaje Aneta Pietrzak. – Gdy zaczęłam pracować jako psycholożka, śniło mi się, że zalewają mnie fale, że się topię. W taki sposób odchorowywałam trudne rozmowy z moimi pierwszymi klientami. Dopiero moja superwizorka uświadomiła mi, że jako empatka wyczuwam emocje ludzi, z którymi pracuję, a następnie je przejmuję.

Co można zrobić z tą świadomością?

– Potraktować jako informację, która pomoże odróżnić, które emocje są moje, a które nie – odpowiada psycholożka. – I nimi zarządzić. Załóżmy, że przychodzi do mnie ktoś  zdenerwowany, a ja jako empatka natychmiast to wyczuwam. I jeśli wiem o tym, to mogę spróbować stworzyć taką atmosferę, żeby ten ktoś poczuł się lepiej, bo fajnie by było, gdyby rozmowa przebiegła w dobrej atmosferze. Gdybym sama nie była w dobrej formie danego dnia, mogę też takie spotkanie skrócić, żeby nie dopuścić do przekroczenia mojej granicy i nie wejść w grę osoby, która w swojej złości prawdopodobnie będzie mnie prowokować. Z empatami problem jest taki, że gdy widzą człowieka w dole, to automatycznie wchodzą w jego buty i utożsamiają się z jego stanem emocjonalnym. Uważam, że to bardzo szkodliwe. Nie da się pomóc komuś, kto jest zdołowany, jeśli samemu się jest w dole. Nie muszę „schodzić” do kogoś, kto jest w kiepskim nastroju. Mogę powiedzieć: „Widzę, że źle się czujesz”, i jeśli jestem gotowa pomóc, raczej zrzucam linę, by sam się po niej wspiął, zamiast robić to za niego.

Ilustracja Fernando Botero Ilustracja Fernando Botero

Pozwolić sobie na siebie

Teoria talentów neuronalnych może wydawać się deterministyczna. Bo co mogę poradzić na to, że jestem empatką, choć wolałabym np. być pryncypialna? Na niewiele zda się ćwiczenie pryncypialności. Podobnie jak wielkich efektów nie przyniesie ćwiczenie empatii przez kogoś, kto ma tę cechę w niewielkim stopniu rozwiniętą. Czy to nie ograniczające? – pytam Anetę Pietrzak.

– Na talenty można patrzeć deterministycznie, a można jak na swój potencjał. Ale po co tak naprawdę pani ćwiczenie pryncypialności? To przypomina sytuację, w której ma pani na koncie milion dolarów i o tym nie wie, więc tyra za marne grosze. Gallup twierdzi, że może pani zaharowywać się na śmierć, żeby osiągnąć coś, co jest niezgodne z pani talentami neuronalnymi, i nigdy nie będzie pani tak w tym dobra, jakby pani była, gdyby zajęła się czymś, co jest z tymi talentami zgodne.

Szansa na to, że spotkamy kogoś, kto będzie miał takie same talenty jak my, jest jedna na 33 mln.
A jeżeli ktoś chce wziąć swoją cechę dominującą w ryzy, bo mu przeszkadza?  – Przeszkadza, bo źle z niej korzysta. Dobrze wykorzystane talenty zawsze pomagają – twierdzi psycholożka. – Badania pokazują, że uwzględnianie swoich mocnych stron wpływa na sukces w około 80 proc. Dlatego warto w końcu odkryć, że ma się ten milion na koncie. Takie odkrycie zawsze jest bezcenne. Ale co człowiek zrobi z tą świadomością siebie, to już inna sprawa. Bo nie każdy jest gotowy w danym momencie życia wziąć za to odkrycie odpowiedzialność. Optymalnie byłoby dokonać go w dzieciństwie i wykorzystać do wyboru drogi życiowej. Ale rodzice, często nieświadomie, uczą dziecko zaprzeczania sobie, wierząc, że robią dobrze. Sądzę jednak, że przynajmniej część dzieci jest na tyle silna, by w pewnym momencie zawalczyć o prawo do bycia sobą. Często na tym właśnie polega inicjacja w dorosłość.

Na ogół jednak poznajemy prawdę o sobie około czterdziestki, gdy przechodzimy kryzys wieku dojrzałego. Niektórzy zmieniają wtedy całkiem swoje życie, a inni, którzy decydują się zostać tam, gdzie są, dzięki pracy ze swoim potencjałem zauważają, że dużo łatwiej się im pracuje, lżej żyje. Od tej chwili przestają się biczować, że coś jest z nimi nie tak. I dają sobie zgodę na siebie takimi, jacy są.

Pewna menedżerka w dużej korporacji miała nieustanne problemy z prowadzeniem harmonogramów, zebrań, nienawidziła tabelek, sprawozdań. Ta praca ją nudziła, a nawet budziła w niej agresję. Zrobiła testy neuronalne i okazało się, że jej kluczowym  talentem jest elastyczność. Czyli że potrzebuje dynamiki, ruchu, że genialnie sprawdza się w rozwiązywaniu problemów, w zarządzaniu kryzysami, bo bardzo szybko reaguje na zmieniające się realia. Dla niej planowanie, nawet na dwa dni naprzód, to koszmar.

– Taki ktoś nigdy dobrze nie nauczy się planowania, choćby go torturowano. Nie będzie też czuł się spełniony w narzuconej roli – mówi Aneta Pietrzak. – Owa menedżerka założyła swoją firmę, zajmuje się doradztwem w kryzysie. Ktoś wcześniej niedobrze ją zrekrutował. Źle na tym wyszła i ona, i firma. Obliczono, że zatrudnienie niewłaściwego pracownika to dla firmy ogromne koszty: jego pensja pomnożona przez półtora roku. Nie wyobrażam sobie, żeby osoba z dominującym talentem focus, czyli skoncentrowana na celu, a dodatkowo bez żadnych talentów związanych z budowaniem relacji, była dobra w pracy z ludźmi. Ale już w zarządzaniu np. procesami technologicznymi może być bardzo skuteczna.

Każdy jest unikalny

Aneta Pietrzak pracowała ostatnio z mężczyzną o silnym talencie command (dowodzenie), który chciał odpokutować swoją przestępczą przeszłość, pracując w domu opieki. Ta praca ogromnie go jednak frustrowała, choć zdobył odpowiednie kwalifikacje i bardzo się starał. Poganiał ją, żeby szybko poradziła mu, co ma robić. Praca z talentami uświadomiła mu, że ciężkie doświadczenia życiowe nie muszą być ograniczeniem. Teraz pracuje z trudną młodzieżą, co daje mu satysfakcję, a młodzież go uwielbia.

Katarzyna Bieleniewicz: – Odkrycie swojego potencjału przynosi same korzyści: Po pierwsze, pomaga w lepszej komunikacji zarówno w pracy, w relacjach  rodziców i dzieci, jak i między partnerami. Bo poznając swoje (ale i współpracownika, dziecka, partnera) mocne i słabe strony, wiemy, czego się spodziewać, oczekiwać, a co odpuszczać. Jakich używać słów, argumentów, bo do każdego przemawia co innego. Po drugie, mocne strony uświadamiają nam, że każdy jest wyjątkowy, ma swój unikalny styl, więc nie trzeba powielać czyichś pomysłów na życie, porównywać się do innych. Ta prawda jest dla wielu kobiet uwalniająca, buduje ich poczucie własnej wartości, siłę. Po trzecie, poznanie swoich talentów zwiększa nie tylko naszą efektywność, produktywność, ale także przyjemność z tego, co robimy, bo robimy przecież to, co przychodzi nam z łatwością, w czym jesteśmy najlepsi. Czwarta korzyść – to, że odkrywając nasze mocne strony, poznajemy też nasze ograniczenia, obszary do przepracowania albo odpuszczenia. I jeszcze jedna – znajomość siebie pozwala nam lepiej dobierać ludzi, z którymi nam po drodze, zarówno w pracy, przyjaźni, jak i miłości. Szansa na to, że spotkamy kogoś, kto będzie miał takie same talenty jak my, jest jedna na 33 mln. Dlatego dobierając się w pary, budując zespoły czy biznes, fajnie jest szukać kogoś, kto uzupełni nam to, czego nie mamy, a my uzupełnimy mu to, czego on nie ma. I w ten sposób wszyscy skorzystamy z tej pięknej różnorodności.

Aneta Pietrzak: – Metod na odkrycie swojego potencjału jest wiele, we wszystkich chodzi o jedno: o odpowiedź na pytanie, kim tak naprawdę jestem. Wrażliwcem, typem przywódcy, czy może człowiekiem do rozwiązywania trudnych spraw? Spełniam się w osiąganiu celów czy w pracy z ludźmi? Gdy tego się dowiemy, dobrze jest zrobić krok następny: zastanowić się, czy znajduję się w miejscu, w którym chcę być. I krok trzeci: podjąć decyzję, jak tę wiedzę wykorzystać. Najgorsze, co możemy zrobić, to zaprzeczyć temu, kim naprawdę jesteśmy. Jeżeli istnieje coś takiego jak grzech, to na pewno to jest grzech ciężki.

 

Fernando Botero, ur. w 1932 r. w Medellin kolumbijski artysta, malarz i rzeźbiarz, karykaturzysta. Zanim zaczął malować, chodził do szkoły matadorów. Po przeprowadzce do Nowego Jorku rozwinął swój styl zwany „boterismo”, słynący z korpulentnych kształtów przedstawianych postaci. Jego rzeźby zdobią ulice takich miast jak Nowy Jork, Paryż czy Barcelona. Fernando Botero, ur. w 1932 r. w Medellin kolumbijski artysta, malarz i rzeźbiarz, karykaturzysta. Zanim zaczął malować, chodził do szkoły matadorów. Po przeprowadzce do Nowego Jorku rozwinął swój styl zwany „boterismo”, słynący z korpulentnych kształtów przedstawianych postaci. Jego rzeźby zdobią ulice takich miast jak Nowy Jork, Paryż czy Barcelona.

 

 

  1. Psychologia

Zazdrość i wolność w związku – co tracimy próbując zawłaszczyć partnera?

Posiadanie znajomych przez naszego partnera dobrze o nim świadczy. Jeśli ludzie obojga płci go lubią to znaczy, że fajny z niego człowiek. Trzeba się raczej bać, gdy ludzie się od niego odsuwają, a nie wtedy gdy do niego lgną. (fot. iStock)
Posiadanie znajomych przez naszego partnera dobrze o nim świadczy. Jeśli ludzie obojga płci go lubią to znaczy, że fajny z niego człowiek. Trzeba się raczej bać, gdy ludzie się od niego odsuwają, a nie wtedy gdy do niego lgną. (fot. iStock)
Wiele osób, wiążąc się z kimś na stałe, ucina kontakty towarzyskie, zwykle z przyjaciółmi przeciwnej płci, często pod wpływem partnera... i odbywa się to powoli, prawie niezauważalnie. Partner nie daje drugiej połówce przestrzeni w związku, a ta połówka pozwala na to lub nie... Jak powstaje proces zawłaszczania i kiedy możemy mieć powody do niepokoju? – wyjaśnia psycholożka Dorota Krzywicka.

Biada tym, którzy po znalezieniu partnera odcinają go od jego znajomych i przyjaciół! Ten błąd popełniają ludzie którzy:

1. Żywią bezsensowne przekonanie, że od momentu zostania parą wystarczy im ich własne towarzystwo. Nie wystarczy. Czujemy się kompletni gdy pełnimy równolegle kilka ról: partnera, przyjaciela, znajomego, rodzica lub dziecka (dla własnych rodziców) itd. Oczywiście w różnych okresach czasu i sytuacjach w każdą z nich jesteśmy zaangażowani mniej lub bardziej, ale dobrze gdy nie ograniczamy się do jednej. Zamknięcie w jednej roli jest frustrujące o czym świetnie wiedzą wszyscy, którzy z jakichś powodów muszą w niej tkwić - albo pracować 14 godzin na dobę albo siedzieć tylko w domu i pilnować dzieci (oraz garów, pralki i odkurzacza), ale cierpią też ci, którzy tylko „balują” ze znajomymi – bycie non-stop imprezowiczem też po jakimś czasie przestaje wystarczać do szczęścia.

2. Uważają, że całe szczęście zaczerpną z jedynej, ukochanej osoby. Nie zaczerpną, bo nikt nie jest w stanie być jedynym źródłem szczęścia. Zadowolenie z życia bierze się z różnych sytuacji, bo ona np. nie zagra z nim w piłkę, a on nie pogada o nowych trendach w modzie, ją nie interesuje dyskusja o wyższości motoru Suzuki nad Hondą, on zaśnie oglądając komedię romantyczną, ona najlepiej relaksuje się w SPA, on na siłowni – lista różnych drobnych przyjemności, których każde z pary potrzebuje, a których spełnienia nie sposób oczekiwać od partnera jest nieskończona i jedno jest pewne – potrzebni są nam do towarzystwa inni ludzie, bo jeden człowiek (nawet najfajniejszy) nie udźwignie takiego obciążenia.

3. Żyją w lęku, że ktoś ukradnie im skarb. Tutaj potencjalnymi złodziejami są znajomi nie tej samej płci co „skarb”. Ten lęk miewa różne źródła. Wywołują go np.

- przykre doświadczenia z przeszłości - zaczyna działać zasada: „Kto raz się sparzył, ten na zimne dmucha” – głupie, bo przecież w kuchni parzymy się nie jeden raz, a mimo to gotujemy dalej.

- tkwiący w głowie stereotyp „Przyjaźń między osobnikami różnej płci jest niemożliwa, zawsze ma podtekst seksualny” – absurdalne, nie wszyscy jesteśmy nadpobudliwi seksualnie, nie wszystkim „tylko jedno w głowie”. Podejrzanym o zbytnie „rozseksualnienie” otoczenia jest raczej ten kto żywi takie przekonanie, a nie ci, których on się obawia (zgodnie z zasadą „Każdy sądzi według siebie”…).

- niska samoocena – ktoś, kto wątpi w swoją wartość czuje się zawsze zagrożony, bo przecież inni są lepsi, mądrzejsi, piękniejsi itd., więc partner tylko wtedy zostanie przy „wybrakowanym egzemplarzu”, gdy nie będzie widział „pełnowartościowych”. W tej sytuacji najlepiej byłoby trzymać partnera w piwnicy, bo uniemożliwienie mu kontaktu z przyjaciółmi odmiennej płci nic nie da, świat jest pełen osobników płci odmiennej.

- niska lub błędna ocena partnera – pogląd, że nasza druga połowa to wymagający nieustannego dozoru „pies na baby” albo „niestała trzpiotka” rzeczywiście popycha do czujnego sprawdzania z kim, gdzie i po co się spotyka, ale zamiast tracić energię na kontrolę jego kontaktów chyba sensowniej zużyć ją na zastanowienie się po co MY się z nim spotykamy?

Pozytywy posiadania przyjaciół przez naszego partnera

O tym, że dzięki nim nie musimy grać z nim w piłkę albo chodzić na romantyczne filmy, czyli uszczęśliwiać w każdej minucie życia już było i chyba każdy zgodzi się, że to bezcenne. Poza tym znajomi dają nam odsapnąć - nie musimy po raz dziesiąty słuchać tej samej historii, do której partner uwielbia wracać, są inne uszy, które nas odciążą, inni pośmieją się z jego ukochanego dowcipu, który nas już tylko denerwuje. Kolejny plus - partner z pogaduszek ze znajomymi wraca do nas zadowolony, bo miał przed kim błyszczeć, roztaczać pawi ogon – my ten ogon znamy na wylot, wiemy gdzie przetarty, gdzie podmalowany farbkami, więc wyszedłby na głupca próbując nas nim olśnić. Chwała znajomym, że od czasu do czasu są widownią w tym teatrze jednego aktora – większość ludzi lubi sobie czasem „poaktorzyć”, a jak to zrobić w związku, w którym partnerzy znają się jak łyse konie? Kolejna korzyść to fakt, że posiadanie znajomych przez naszego partnera dobrze o nim świadczy. Jeśli ludzie obojga płci go lubią to znaczy, że fajny z niego człowiek. Trzeba się raczej bać, gdy ludzie się od niego odsuwają, a nie wtedy gdy do niego lgną.

I jeszcze jeden plus – w każdym związku, nawet najfajniejszym, czasem coś zgrzyta. Reakcje na zgrzyt: albo kłótnia czyli mówimy za dużo, albo foch czyli w ogóle nie mówimy, albo chcemy pogadać, ale nie z „wrednym” partnerem (bo nie chodzi o rozwiązanie problemu tylko o wyżalenie się komuś, ponarzekanie - jak to zrobimy to nam ulży). Do kogo pójść? Jeśli partner pójdzie na „wyżalanki” do własnych rodziców to jest ogromne ryzyko, że jemu i nam na drugi dzień złość przejdzie, wszystko między nami wróci do normy… ale teściowie będą pamiętać „krzywdy” wyrządzone ich ukochanemu dziecku. Trudno się potem dziwić, że zaczną na nas krzywo patrzeć (co skutkuje tym, że my na nich z czasem będziemy patrzeć tak samo). Jeśli pójdzie do naszych rodziców może być jeszcze gorzej, bo krytykując ich dziecko krytykuje ich, wykazuje producentowi wady produktu. To już jest gol samobójczy. Tylko przyjaciele wysłuchają, pocieszą i nie będą robić afery czyli jest ulga bez przykrych konsekwencji. Warto mieć taką „grupę wsparcia”.

Największym jednak pozytywem jest to, że dzięki ludziom otaczającym nas i naszego partnera rozwijamy się i wzbogacamy związek. Szczególne przydatnymi w rozwoju osobami są właśnie te, które najczęściej kasujemy z życia partnera/partnerki – przedstawiciele płci przeciwnej, a im atrakcyjniejsi (zewnętrznie lub wewnętrznie) tym lepiej! Oni są jak szczupak w stawie pełnym karpi. Karpie czując zagrożenie szybciej rosną, podwajają muskulaturę, stają się rybą z prawdziwego zdarzenia, a nie gnuśnieją w bezruchu, stając się skarlałą i obrośniętą tłuszczem byle jaką rybką. Potencjalny „drapieżnik” wśród znajomych nie ma budzić panicznego lęku tylko motywować do starań. Świadomość, że musimy dbać o naszą atrakcyjność, bo nasz partner otoczony jest innymi ludźmi, popycha nas do dbałości o ciało i duszę. Nie pozwala „spocząć na laurach”, uznać że zostanie oficjalną parą zakończyło etap wkładania wysiłku w podobanie się wybrankowi/ wybrance. Bez tego wysiłku stajemy się z czasem do bólu przewidywalni więc nudni, bezbarwni, nijacy, wtapiamy się w tło, zamiast zawsze być dla ukochanej osoby barwnym akcentem skupiającym uwagę i wywołującym pozytywne emocje.

Wszyscy wiemy, że konkurencja jest zdrowa w gospodarce – tak samo jest zdrowa w związku. Widząc zadbane koleżanki partnera mądra kobieta nie traci czasu na zazdrość, tylko wykorzystuje go na zadbanie o siebie. Mądry mężczyzna nie obrzydza swojej kobiecie wysportowanych kolegów mówiąc o nich z pogardą „mięśniaki”, tylko bierze się za siebie. Słuchając toczącej się wartko rozmowy partnera z przyjaciółkami kobieta nie obgryza z wściekłości paznokci tylko zapamiętuje co warto poczytać, co obejrzeć, poszerza SWOJE horyzonty, a nie próbuje zawęzić ich partnerowi (mężczyznę obowiązuje ta sama zasada). Dobrze, że są „szczupaki”! Dzięki nim chce nam się dbać o siebie, a tym samym o związek.

Dla tych, którym przykład stawu z rybami nie przemawia do wyobraźni, przykład drogowy - „konkurencja” w postaci odmiennej płci jest jak wyboisty, chropawy brzeg szosy celowo w ten sposób zrobiony, by obudzić kierowcę, któremu przysnęło się za kółkiem i za chwilę wypadnie z trasy. „Konkurencja” budzi zasypiających w związku, więc cieszmy się, że jest!

Kiedy warto odciąć przyjaciół/ przyjaciółki?

Nigdy. Jeśli widzimy, że przyjaciele/ przyjaciółki stają się dla naszego partnera ważniejsi niż my, to nic nam nie da odizolowanie go od nich. Bo problem nie tkwi w nich tylko w naszym związku. Braku dobrej więzi nie uleczymy zamykając się przed światem. Co z tego, że partner nigdzie nie wyjdzie sam, z nikim się nie spotka, tylko z nami będzie chodził na spacer, do kina, a najlepiej, żeby siedział w domu i nigdzie nie wychodził, bo przecież wszędzie czai się „wróg”? Stanie się przez to milszy, cieplejszy, rozmowniejszy, czulszy, bardziej zainteresowany naszą osobą? Nie, i on i my staniemy się sobie jeszcze bardziej obcy, bo zgorzkniejemy, zanudzimy się, wszystkie nasze wady tylko rozkwitną a nie znikną, problemy zwiększą się a nie zmniejszą. Jeśli między partnerami wszystko gra to nikt się między nich nie wciśnie, nawet, gdy otacza ich tłum. Warto więc dokładać starań, by zawsze grało.

A gdyby jakiś „szczupak” zaczął nachalnie podskubywać naszego partnera to nie czynimy wyrzutów „podskubywanemu” ani nie uciekamy przed drapieżnikiem tylko dajemy mu delikatnie do zrozumienia: „Odpłyń na rozsądną odległość, jestem tu i też mam zęby”.