1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Macierzyństwo pod presją

Macierzyństwo pod presją

Macierzyństwo jest takim momentem w życiu, kiedy wszystko staje na głowie.(Ilustracja Aneta Klejnowska)
Mają wszystko to, czego nie miały ich matki: roczne płatne urlopy macierzyńskie, 500 plus, zaangażowanych partnerów. Mogą przebierać w teoriach i nowinkach technicznych. Ale matki czują się dzisiaj przytłoczone. Możliwościami wyboru, wymaganiami społeczeństwa i rodziny, ocenami innych mam. Są zmęczone, niepewne. Ale bardzo dzielne.  

Beszta się dzisiaj kobiety, że nie chcą rodzić. A może by je tak zapytać, jak im się żyje, wychowuje, łączy macierzyństwo z pracą? Z odpowiedzi na te pytania mógłby powstać portret współczesnej matki. W pewnym sensie już powstał, stworzyła go na podstawie badań socjolożka Dorota Peretiatkowicz. – To nie jest tak, że mamy jeden typ matki, bo kobiety są różne – mówi. – Starają się dopasować do zmian, a macierzyństwo jest takim momentem w życiu, kiedy wszystko staje na głowie.

Matka nie jest jedna

Socjolożka wyodrębniła kilka typów kobiet. Pierwszy to takie, które uwielbiają, jak to się powszechnie mówi, siedzieć w domu i uważają, że zajmowanie się rodziną i dziećmi to ich najważniejsza rola społeczna, a dom – twierdza, której trzeba bronić. – Widzę tu powrót do tradycji – mówi socjolożka. – Spora grupa kobiet, około 40 proc., odstawia pracę na boczny tor albo podejmuje się takiej, która nie przeszkadza być matką i żoną na pełny etat. Te mamy są skoncentrowane na dzieciach i domu, co czyni ich życie uporządkowanym, bo wiadomo, co jest ważne, a co mniej.

Drugi typ to „ogarniaczki”. One każdą czynność traktują jako zadanie do wykonania. A zadań jest mnóstwo: nakarmić dziecko, przewinąć, wyjść z nim na spacer, zapisać na szczepienia. Ale także ogarnąć domowe sprawy, zadbać o zdrowe żywienie, ekologię… – Ogarniaczki czują się spełnione nawet w pandemii, kiedy do stałych spraw do załatwienia doszło wiele nowych, i one są w stanie im sprostać – komentuje ekspertka.

Kolejny typ kobiet wprost przeciwnie – nie ogarnia, nie radzi sobie, męczy się. Ich codzienne życie to ciągłe zmaganie. Z obowiązkami, których za dużo, rodziną, która nie rozumie, z innymi kobietami, które krytykują, wyszydzają. Są jak chodzące nieszczęście, łatwo je zranić. – Każdą z nas łatwo zranić, co warto podkreślić – zauważa socjolożka. – Bez większego trudu udaje się ludziom wzbudzić w nas poczucie winy nawet głupim pytaniem: „O, twój synek ma już cztery miesiące, ale czy je marchewkę?”. I pozamiatane. Bo każda odpowiedź jest niedobra: może je, i to za wcześnie, a może nie je, i to za późno. Mamę „chodzące nieszczęście” takie pytania dobijają.

Krańcowo innym typem kobiet są mamy, które uważają się za najważniejsze. Ja je bardzo podziwiam, bo one same do tego doszły. Nie walczą ze światem, wybrały inną strategię – uważają, że najlepiej dostosować się do otoczenia. To elastyczność najwyższej próby. Bo one wykorzystują fakt, że są kobietami, do tego, żeby dobrze im się żyło. Tak jak mężczyźni traktują swoją siłę fizyczną jak oręż, tak one jak oręż traktują swoją kobiecość. Przymioty kobiece mają zapewnić im szczęście, a one dla swojego szczęścia potrafią zrobić bardzo dużo. I, muszę przyznać, świetnie im to wychodzi.

Portret kobiet wyłaniający się z badań Doroty Peretiatkowicz ma też twarz dziarskiej dziewczyny. To głównie dziarskie wychodzą dzisiaj na ulice w protestach. Są odważne, silne, bezkompromisowe. Najbardziej ze wszystkiego cenią sobie niezależność, prawo do samostanowienia. Okupują to ciężką drogą, trudnymi doświadczeniami, cierpieniami, walką ze stereotypami, tradycją, pracodawcami. Boksują się ze swoimi matkami, bo nie chcą, tak jak one, płakać po kątach z powodu mężów. Wolą zostać same, wychowywać samodzielnie. – Walka buduje siłę dziarskich dziewczyn – mówi socjolożka. – One potrafią odrodzić się jak Feniks z popiołów, ale są wkurzone, że inne kobiety nie chcą, tak jak one, walczyć o siebie.

Umęczone

Młode matki są różne, ale mają wiele wspólnego. Choćby to, że mimo dostępu do nowinek technicznych i ułatwień wszystkie są mocno umęczone.
Justyna Brzozowska po raz trzeci przerabia bycie mamą. Przy pierwszej Anieli (lat 9) nie było łatwo, ale dopiero jak urodził się Dominik (lat 6), zobaczyła, co to znaczy dziecko. Bo Aniela spała spokojnie, budziła się co trzy godziny na karmienie, można było coś zrobić, odetchnąć. Natomiast Dominik co godzinę domagał się jeść, płakał, nie dał się odkleić od mamy. Przy Teodorze (4 miesiące) nic więc nie jest w stanie jej zaskoczyć. – To, jak funkcjonujemy, w dużej mierze definiuje dziecko, jakie nam się trafi, po prostu – uważa. – Tak jak to wiecznie płaczące, które nie chce jeść i źle śpi, nie jest naszą winą, tak i naszą zasługą nie jest to, które przesypia noce i pięknie je. Jedno mamy jak w banku – totalne zmęczenie przez pierwsze trzy miesiące. Trzeba zapomnieć o swoich potrzebach innych niż te najbardziej podstawowe. Przy pierwszym dziecku dochodzi do tego stres, bo wszystko bierzemy do siebie. Dlatego polecam więcej dzieci, wtedy nabiera się dystansu – śmieje się.

Barbara Nurowska, mama półrocznej Marysi i czteroletniego Józefa, pamięta, jak reagowała wcześniej, gdy koleżanka, świeżo upieczona mama, mówiła, że przez cały dzień nie ma czasu na kawę. Myślała: „przesadza”. A teraz sama pierwszy posiłek je o 17, po powrocie męża z pracy.

Joanna Juhaniewicz-Dębińska, mama półrocznego Piotrusia, też wie, co to nieprzespane noce. Ale nie to jest dla niej najtrudniejsze. – Najtrudniejszy jest brak czasu dla siebie, choćby w minimalnym wymiarze. By móc usiąść na pięć minut i pomyśleć o czymkolwiek, co nie jest związane z dzieckiem. Słuchałam ostatnio w Internecie o skądinąd bliskiej mi idei, czyli o wychowaniu w bliskości. I tam padło stwierdzenie, że małe dziecko powinno być w epicentrum życia rodziny. Wiadomo, że dziecko jest całym światem, ale ja też mam prawo do chwili wytchnienia, niewiedzy, dlaczego ono płacze, mimo że jest utulone, nakarmione.
Joanna może liczyć na pełną współpracę z mężem, informatykiem. Akurat im pandemia bardzo pomogła. Mąż pracuje zdalnie, bez problemu znajduje więc te pięć minut potrzebne żonie na oddech. A po południu chętnie zostaje w domu, gdy ona idzie do kosmetyczki. Joanna podkreśla, że wychodzi z domu bez poczucia winy, bez konieczności wydzwaniania, czy mąż sobie radzi. Bo współcześni ojcowie radzą sobie świetnie.

Portret kobiet wyłaniający się z badań Doroty Peretiatkowicz ma też twarz dziarskiej dziewczyny. To głównie dziarskie wychodzą dzisiaj na ulice w protestach. Są odważne, silne, bezkompromisowe. Najbardziej ze wszystkiego cenią sobie niezależność, prawo do samostanowienia. (Ilustracja Aneta Klejnowska)

Bez wsparcia innych kobiet

To, co doskwiera dzisiaj młodej mamie, to brak znaczącej pomocy ze strony swoich mam. Kiedyś po wyjściu ze szpitala wracała do domu pełnego kobiet: babć, cioć, sióstr. Teraz czeka na nią mąż, ewentualnie kot lub pies. Dziadkowie są aktywni zawodowo, jak rodzice Barbary, albo mieszkają w innych miastach, jak rodzice Justyny, choć akurat ona może od czasu do czasu podrzucić dzieci dziadkom bądź poprosić: „przyjedźcie”. Justyna dostaje od mamy to, co uważa za najcenniejsze: spokój, zapewnienie, że problemy z dziećmi są czymś normalnym. Wielu młodym mamom właśnie tego brakuje.

Joanna: – Dzisiejsze macierzyństwo, nieco uogólniając oczywiście, jest dużo bardziej samotne, niż było kiedyś. Moja mama kolegowała się z innymi mamami w klatce, mogła liczyć na ich pomoc w zaopiekowaniu się mną, ona to potem odwzajemniała. Teraz mówimy sobie z sąsiadami „dzień dobry”, ale się nie odwiedzamy.
Młoda kobieta ma dzisiaj zapewnioną ze strony innych kobiet raczej krytykę i rywalizację niż wsparcie. Fora internetowe skupiające matki są rozgrzane do czerwoności.
Joanna: – Jestem bierną ich uczestniczką, nigdy nie napisałam postu, ale chętnie czytam. I moja refleksja jest taka, że nie ma większego wroga dla matki niż druga matka. Nie nosisz w chuście – to znaczy, że nie kochasz swojego dziecka. Pytasz o mleko modyfikowane dla czteromiesięcznego szkraba – jesteś złą matką, bo nie karmisz piersią. Usypiasz na rękach – źle, bo powinno zasypiać samo. Nie nosisz? Też niedobrze, bo trzeba być jak najbliżej dziecka. Przefiltrowanie tych rad, znalezienie złotego środka jest bardzo trudne. Większość uczestniczek forów to nie ekspertki, tylko matki, które dzielą się swoimi doświadczeniami. I to jest OK, bo sprawdzają się różne scenariusze. Przeszkadza mi jednak podejście, że moje jest dobre, a twoje – nie. Ocenianie, poczucie wyższości – to może wpędzić w poczucie winy. Smutne, bo robi jej to inna mama.

Dorota Peretiatkowicz: – Zrobiliśmy kiedyś taki eksperyment: wrzuciliśmy na fora dla matek stwierdzenia typu: „Moje półroczne dziecko źle śpi”. Nie upłynęło pięć minut i pojawiły się skrajnie różne odpowiedzi. A zaraz potem rozpętała się burza, co jest najlepsze. Mama szukająca pomocy na forach ma często jeszcze większy mętlik w głowie, niż miała.

W pułapce

Joanna jest chemikiem, pracuje naukowo i takie podejście ma też do macierzyństwa. Wszystkie informacje sprawdza w wiarygodnych źródłach, konsultuje się z ekspertami. Ale nawet ona czasem jest skołowana. Taki przykład: fizjoterapeuta, do którego chodzi z synkiem z powodu drobnej asymetrii, zauważył spocone stópki i doradził: zwiększyć dawkę witaminy D. Joanna skonsultowała to u pediatry i usłyszała: broń Boże, nie zwiększać! Dwa autorytety i każdy mówi co innego. Zaufała pediatrze. Ale wiele matek, idąc za różnymi radami, miota się dzisiaj od ściany do ściany.

Justyna: – W Internecie roi się od różnych opcji wychowania, koncepcji, ocen. Nie jesteśmy w stanie zadowolić wszystkich. Przy Anieli sprawdzałam każdą rzecz w książkach. Lubiłam obgadywać z innymi mamami w parku kupki, jedzenie, spanie. Przy drugim dziecku już tego nie potrzebowałam, a przy trzecim lubię spotykać się z osobami, które dzieci nie mają, i rozmawiać o czym innym. Teraz polegam na tym, czego potrzebuje dziecko. I dostosowuję się do niego. Odpuszczam sobie podejście, że jak na przykład nie będę odkładała dziecka do łóżeczka, to nie nauczy się samo zasypiać. Dominik, którego nie odkładałam, śpi bez problemu w swoim pokoju, a Anielę tak – i do tej pory budzi się w nocy. Nie ma reguły.
Justynę najbardziej denerwują rady obcych kobiet z pokolenia jej mamy. Stała kiedyś z Teodorem na ręku, czekając przed szkołą na dzieci. Podeszła do niej starsza pani i mówi: „Co pani robi?! Przewieje go pani”. Ludzie dają sobie prawo do uwag typu: „Rozpuszcza pani dziecko. Za moich czasów to dziecko samo się bawiło. Ono zaraz sobie coś zrobi”.

Kiedyś dzieci budziły życzliwość, a matka mogła liczyć na ludzkie odruchy w trudnych sytuacjach. Teraz i ono, i ona spotykają się z niechęcią.
Barbara: – Ostatnio podjeżdżam do kasy z wózkiem wyładowanym po brzegi, bo robię zakupy tylko raz w tygodniu, jedno dziecko mam w nosidełku, drugie trzymam za rękę. I słyszę: „Dostaje 500 plus razy dwa, to kupuje”. Nogi się pode mną ugięły.

Młode mamy przyznają, że mają wszystkiego do wyboru do koloru. Z dostawą do domu, bezpłatnym zwrotem. Ale, paradoksalnie, wielość wyboru wcale nie ułatwia im życia. To często pułapka.
Joanna: – Najpierw robię research, on dotyczy wszystkiego, nawet kupna grzechotki. I nagle się okazuje, że jest sto różnych grzechotek, a ja spędzam nad wyborem tej odpowiedniej trzy wieczory. Mogłabym kupić pierwszą lepszą z brzegu, ale nie miałabym poczucia dobrze spełnionego obowiązku. Bo staram się kupować zabawki wspomagające rozwój, spełniające standardy bezpieczeństwa. Szukałam ostatnio w Internecie mleka modyfikowanego, porównywałam składy, co zajęło mi kolejne kilka wieczorów.

Na dwa etaty

Dzisiejsze młode matki, nawet te wybierające zajmowanie się dziećmi, nie chcą wisieć na ramieniu męża, chcą być niezależne.
Justyna, absolwentka turystyki, przed urodzeniem dzieci pracowała na etacie, potem prowadziła działalność gospodarczą. – Nie jestem typem karierowiczki, ale nie wyobrażam sobie życia bez odskoczni w formie pracy. Fajnie mieć swoje pieniądze, robić coś dla siebie, dla higieny psychicznej. Teraz, gdy jedno dziecko mam przy piersi, a dwójka jest w szkole, to nie ten etap, żeby się rozwijać. Ale do pracy zamierzam wrócić.
Joanna myślała – przyznaje, stereotypowo – że jak urodzi swojego wyczekanego synka, to on wypełni wszystkie jej potrzeby. – I ku mojemu zaskoczeniu tak się nie stało. Oczywiście delektuję się tym, że jestem z dzieckiem, bez namysłu wzięłam roczny urlop macierzyński i nie żałuję. Ale po pięciu miesiącach spędzonych w domu wiem, że po roku na pewno wrócę do pracy. O ile zastanawiałam się wcześniej, co zrobić, o tyle teraz nie mam wątpliwości. Mąż też ich nie ma. Powiedział mi niedawno: „Widzę, że jak zostaniesz w domu, to będziesz nieszczęśliwa”. Ma rację. Zamknięcie z dzieckiem nie jest scenariuszem dla mnie.

Joanna uważa, że dużo musi się zmienić w społecznej mentalności, także w języku. Już samo nazywanie okresu bycia z dzieckiem urlopem, który kojarzy się z relaksem, odpoczynkiem, jest niefortunne. Bo to nie jest tak, że mama z dzieckiem na ręku ogląda seriale na Netflixie. – Może są takie mamy, i super. Mnie udało się z mężem obejrzeć dwa seriale po sześć odcinków i uważam to za rewelacyjny wynik. Chciałabym doczekać czasów, kiedy nie będzie funkcjonowało przekonanie, że jak kobieta jest z dziećmi, to nic nie robi. I żeby matki mogły liczyć na pomoc państwa, gdy wrócą do pracy. Żeby nie było tak, że cała pensja idzie na nianię. Jest całkiem dobry system opieki nad kobietą w ciąży. Ale kończy się w dniu porodu, nie rozumiem dlaczego – mówi.
Młode matki oczekują dzisiaj wsparcia systemowego: bezpłatnych żłobków i przedszkoli, ułatwień dotyczących czasu i form pracy, podatków. Te, które wybiorą pozostanie z dzieckiem w domu – docenienia, także przez państwo, ich wysiłku. Kobiety różnią się, nawet w ocenie sytuacji młodych matek w Polsce, ale wszystkie pragną uznania swoich potrzeb, wyborów, praw. To pokolenie nie odpuści. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze