1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Mężczyzna w typie Piotrusia Pana – nie potrafi czy nie chce dorosnąć?

Mężczyzna w typie Piotrusia Pana – nie potrafi czy nie chce dorosnąć?

Mężczyzna w typie Piotrusia Pana jest interesujący, żyje z pasją, w środku nocy wpadnie na to, żeby pojechać za miasto i patrzeć w gwiazdy, bo ma taką fantazję. Jednak gdy faza zauroczenia mija, okazuje się, że nie ma chęci wziąć odpowiedzialności za swoje życie. (Fot. iStock)
Mężczyzna w typie Piotrusia Pana jest interesujący, żyje z pasją, w środku nocy wpadnie na to, żeby pojechać za miasto i patrzeć w gwiazdy, bo ma taką fantazję. Jednak gdy faza zauroczenia mija, okazuje się, że nie ma chęci wziąć odpowiedzialności za swoje życie. (Fot. iStock)
Dorosły facet a łobuz, do tego w krótkich spodenkach. Ma fantazję i urok, ale życie z nim na dłuższą metę może doprowadzić do szewskiej pasji. Nie potrafi czy nie chce zachowywać się dojrzale? Pytamy psychoterapeutę Roberta Milczarka.

Kim jest współczesny Piotruś Pan?
To mężczyzna, który nie dorósł, bo nie miał okazji tego zrobić. Dorosłość, w tym psychologicznym wymiarze, to wolność wyboru i jednocześnie uznanie konsekwencji tychże wyborów. Branie odpowiedzialności za siebie, uznawanie granic swoich i innych ludzi.

A nie jest tak, że dzisiaj my wszyscy, nie tylko mężczyźni, ale też kobiety, stajemy się coraz częściej Piotrusiami Panami? Chcemy wolności, a nie odpowiedzialności.
Z mojej perspektywy ten syndrom jednak głównie dotyczy mężczyzn. Kiedy pracuję z kobietami, często żalą się, że mają w domu chłopców, którzy nie dotrzymują słowa – mieli odkładać pieniądze na remont kuchni, a okazuje się, że w tajemnicy kupili sobie drona. Zdecydowanie rzadziej spotykam się z sytuacjami, w których to mężczyźni narzekają na niedojrzałe emocjonalnie partnerki.

Kto nie dał dorosnąć Piotrusiowi?
Nadmiarowa i sklejona z nim matka, wyręczająca go we wszystkich aspektach życia. Nie dała mu poczuć tego, czym jest odpowiedzialność. Taka matka uznaje, że dziecko to jej przedłużenie. Nie pozwala mu się wyodrębnić.

Mam teraz w głowie obrazek sprzed kilku lat, kiedy odwiedzałem kuzyna w Szwajcarii i zobaczyłem, że dużo częściej niż u nas wychowuje się tam dzieci do samodzielności. Na jednym z placów zabaw w Zurychu zaobserwowałem sytuację, gdy malutki chłopiec chciał wdrapać się na huśtawkę, a obok stała mama, która przyglądała się temu cierpliwie i z uśmiechem. W końcu po którejś nieudanej próbie chłopiec się wdrapał. Był szczęśliwy, że zrobił to sam. U nas takie obrazki są rzadsze.

Druga sprawa to separacja ojca w pierwszych etapach życia malucha, rodzaj lękowej pacyfikacji zaangażowania mężczyzny w proces aktywnego uczestniczenia w rozwoju dziecka. Na zasadzie: „źle go trzymasz, daj, ja go wykąpię, przecież główka mu opada”. Najczęściej ojciec wycofuje się wtedy ze swojej roli, ma poczucie, że nie jest dość silny. To też nie najlepiej świadczy o mężczyznach, którzy „wywieszają białą flagę”, bo tak im łatwiej, wygodniej. Albo nie ma ich w domu.

Mężczyźni nie są często na tyle silni, sami w sobie osadzeni, żeby powalczyć o swoje ojcostwo i powiedzieć: „idź zajmij się sobą, odpocznij, jest bezpieczny pod moją opieką”. Nie walczą, bo dla nich to wygodniejsze, w tym czasie obejrzą sobie coś na Netflixie. A przecież pierwiastek męski, w tym zdrowym wymiarze, to jest pierwiastek walki, konfrontacji i uznania. Są takie sytuacje w życiu mężczyzny, kiedy trzeba się z czymś wreszcie zmierzyć…

Taki chłopiec jako mężczyzna nie potrafi uruchomić w sobie męskiego pierwiastka?
Żeby go w sobie uruchomił, musi mieć z czego brać, dostać wcześniej. Jeśli zatem nie ma takich formujących doświadczeń, to łatwiej jest z czegoś zrezygnować, niż wziąć odpowiedzialność za to, że są takie sytuacje w życiu, w których trzeba się trochę wysilić, poczuć smak porażki, zmierzyć się z trudnościami. To część życia taka sama jak przyjemność, a dziś cywilizacyjnie próbujemy uciec od tego, co trudne, nieprzyjemne.

W najnowszym filmie Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” mamy bohatera, który przypomina mi Piotrusia Pana. Błażej ucieka od realu, żyje w bajce, w której buduje swoją Nibylandię. Ale jest też nietypowy: założył rodzinę, ma partnerkę i dziecko, a nawet chciał je mieć.
Ja nie zobaczyłem tu klasycznego Piotrusia Pana. Uważam, że ten bohater wykonuje jakąś pracę nad sobą, uczestniczy w życiu rodziny, zarabia na siebie. To nie jest tak, że on leży i pachnie albo oczekuje, że ktoś mu coś da i zrobi za niego. Jest zaangażowany w rodzicielstwo. Buduje dom na obrzeżach miasta, który niekoniecznie musi być Nibylandią. I pomimo różnych swoich deficytów stara się spełniać role życiowe, które wiążą się z odpowiedzialnością – być ojcem i partnerem.

Jest w tym filmie scena, jedna z pierwszych, kiedy Błażej stoi za kamerą i kręci relacje z warsztatów, a ja widzę, że jest tym poruszony, dostrzegam szklące się oko w reakcji na to, co przeżywają uczestnicy spotkania. Coś się w nim wtedy otwiera, coś mu się przypomina – być może jakiś rodzaj traumy. Dlatego dla mnie to jest bardziej opowieść o poranionym, porzuconym i samotnym dziecku w ciele mężczyzny.

Wiele kobiet po tym filmie mówiło mi: „to taki facet, który nic nie robi, tylko pali jointy, nie potrafi nawet sprzątnąć kubków po sobie i trzeba o wszystkim za niego myśleć”. To także słowa partnerki Błażeja…
Może dlatego, że oglądanie filmu to czysta projekcja siebie na ekran, a kobiety często narzekają dzisiaj na mężczyzn, na ich brak poczucia odpowiedzialności, lojalności czy dotrzymywania słowa. Warto, żeby się to zmieniło, ale w nowej tożsamości mężczyzny w równowadze pomiędzy sobą i światem, a nie w schemacie „zajedź się, mężczyzno, i zatyraj dla swojej rodziny”. Błażej nosi w sobie tęsknotę za nieobecnym ojcem i potrzebą wzmocnienia przez męski pierwiastek. Nie bardzo miał od kogo dostać tę energię, żeby poczuć się pewniej ze sobą w dorosłych rolach.

Brak zainteresowania brudnymi kubkami w mieszkaniu to nie jest dla mnie zachowanie Piotrusia Pana, tylko otwierająca się na nowo trauma tego porzuconego, wewnętrznego dziecka. Taki rodzaj rozedrgania, wybicia z rytmu, za który odpowiada wewnętrzny ból. Bo co odróżnia Piotrusia Pana od zranionego dziecka? Piotruś jest skoncentrowany na sobie, nie bierze za nic odpowiedzialności, kłamie, potrzebuje wysokiej stymulacji, zabawek, to może być jakiś gadżet albo przedmiotowe traktowanie kobiety w relacji. Tak jak dziecko, które mówi: „mamusiu już więcej tego nie zrobię”... a potem robi to po raz kolejny. Ale dlaczego miałby stać się dorosły, jeżeli nikt nigdy mu na to nie pozwolił?

Piotruś Pan wiąże się często z odpowiedzialnymi kobietami.
Bo taki mężczyzna jest interesujący, żyje z pasją, w środku nocy wpadnie na to, żeby pojechać za miasto i patrzeć w gwiazdy, bo ma taką fantazję. Jednak kiedy faza zauroczenia mija, okazuje się, że ten mężczyzna nie ma chęci wziąć odpowiedzialności za swoje życie. Niestety, kobiety wtedy myślą, że zrobią z niego dorosłego mężczyznę. Otóż nie zrobią. To jest jego zadanie.

Co jest w stanie zmienić takiego mężczyznę?
Kryzys, strata czegoś życiowo ważnego: związku, relacji, komfortu na skutek utraty pracy. Jakieś bardzo silne doświadczenie, które daje okazję do tego, żeby się urealnić i ponieść konsekwencje.

Na czym polega terapia Piotrusia Pana?
Jeśli trafia do gabinetu sam, a nie ciągnięty za uszy przez partnerkę, to już jest diagnostyczne, bo to znaczy, że on musiał się urealnić. Wie, że coś zepsuł. Mężczyźni, którzy trafiają na indywidualną terapię, chcą coś ze sobą zrobić. Czegoś się o sobie dowiedzieć i coś zrozumieć. To jest praca nad przeformułowaniem celu, z tego, co spieprzył, na to, co to mówi o nim w relacji. Często motywacją jest chęć tego, żeby zrobić wszystko, co się da, i uratować swój związek. Jeśli będzie w stanie urealnić się w tym, że rozpad związku to objaw, a celem jest zmiana siebie, to jest dobra prognoza.

Jakie problemy ma Piotruś Pan? Z czym się do ciebie zgłasza?
Z tym, że inni nie dają mu tego, czego oczekuje. Albo że się do niego przyczepiają, każą mu coś robić i brać na siebie odpowiedzialność, a on się wtedy obraża. „Ktoś chce mnie zmienić na siłę, więc nie chcę być w takim związku”. Wieczny chłopiec wchodzi też często emocjonalnie w pozycję dziecka, czyli tłumaczy swoje postępowanie, usprawiedliwia się, bywa, że kłamie i deklaruje, że coś zrobi – przestanie chodzić do kasyna albo grać z kumplami online – ale nic się nie zmienia. A kobieta to akceptuje, z pozycji grożącego palcem rodzica, że toleruje to już ostatni raz…

Tak się nie da żyć!
Motywacja do zmiany rośnie, gdy to już drugi, czwarty i kolejny związek się rozpada. Mężczyzna zaczyna dostrzegać schemat: coś jest nie tak. Znam takie historie, że facet przychodzi i mówi: „Rozwalił się mój piąty związek na przestrzeni 15 lat, ale trafiłem na mądrą kobietę, bo potrafiła mi powiedzieć, dlaczego się rozstaliśmy. A ja zobaczyłem, że wcześniej było podobnie”. Jako terapeuta cieszę się, bo to pokazuje, że Piotruś Pan zaczyna się urealniać w tym, że jakaś odpowiedzialność leży po jego stronie. Wtedy mogę go wspierać i wzmacniać, dodawać mu odwagi do wzięcia tej odpowiedzialności, bycie mężczyzną, a nie chłopcem.

Najważniejsze jest to, że Piotruś Pan przyszedł na terapię i już wie, po co to zrobił. Nazwał swój problem. Później dochodzimy do kwestii odpowiedzialności, w procesie psychoterapii staramy się stworzyć okoliczności do tego, żeby brać tę odpowiedzialność najpierw w najmniejszych sprawach. Chociażby w tym, że ma przyjść do gabinetu zawsze o tej samej godzinie. To również praca nad jego genogramem, nad tym, jaka była jego rodzina, jakie ma schematy przywiązania, wzorce i wartości. Bo jednym biegunem dysfunkcyjnych zachowań jest Piotruś Pan, a z drugiej strony mamy dziecko-bohatera, które czuje wewnętrzny przymus opiekowania się całą rodziną, przejmuje role niewydolnych dorosłych, choć jest dzieckiem. To też jest w jakimś sensie niedojrzałe, choć chroni rodzinę przed rozpadnięciem się. Mężczyzna, który wyrasta z dziecka-bohatera, w przeciwieństwie do wiecznego chłopca, w ogóle nie skupia się na sobie. Nie ma w jego życiu miejsca na przyjemności. Dźwiga wszystko na swoich barkach, jest nadodpowiedzialny, nie umie odpoczywać...

Sam byłeś dzieckiem-bohaterem, a później przekułeś to w coś pozytywnego, wykorzystałeś ten zasób w życiu i dzisiaj jesteś psychoterapeutą. Czy z bycia Piotrusiem Panem też da się wyciągnąć coś dobrego na przyszłość?
Jestem przekonany o tym, że da się to wykorzystać i między innymi po to jest właśnie proces terapii. Zasób polega na tym, żeby rozwijać korzyści, redukować koszty emocjonalne. Chodzi o to, żeby to było bardziej zbalansowane. Kiedy Piotruś Pan dojrzeje, to nadal będzie kreatywny i pełen pasji, ale jednocześnie nie będzie wypadał z różnych ról: partnera, ojca. Dorosłość też jest od tego, żeby czerpać z tej radości wewnętrznego dziecka, które ma w sobie każdy z nas. Ale najpierw trzeba zbudować się na nowo, przyglądając się wartościom, które są nam bliskie, ale też otoczeniu mądrych mężczyzn. Czasem to jest dawno niewidziany wujek, który w dzieciństwie nauczył nas łowić ryby i podarował scyzoryk. Zresztą w filmie, o którym wspominałaś, również pojawia się postać wujka, który jest dla głównego bohatera wzorcem korekcyjnym.

Pożegnanie się z wiecznym chłopcem w sobie musi być jednak nieprzyjemne...
Wzięcie na siebie jakiejkolwiek odpowiedzialności nie jest przyjemne. Lepsze jest życie w kompulsji, pobudzeniu. Bo dzieciństwo, o jakim marzymy, to ciągła stymulacja i radość. Ale musi w nim też znaleźć się czas na posprzątanie swoich zabawek. Nie pozbycie się ich, ale uporządkowanie.

Robert Milczarek, psycholog, psychoterapeuta, trener umiejętności psychospołecznych.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Nowa znajomość – po czym poznać, że facet jest w porządku?

Choć na pierwszej randce trudno ocenić intencje drugiej osoby, warto zwrócić uwagę na pewne zachowania, które nie rokują dobrze dla tej znajomości. (Fot. iStock)
Choć na pierwszej randce trudno ocenić intencje drugiej osoby, warto zwrócić uwagę na pewne zachowania, które nie rokują dobrze dla tej znajomości. (Fot. iStock)
Oczywiście ta lista nie zagwarantuje ci rozpoznania intencji faceta. Wielu mężczyzn umie bardzo dobrze udawać na pierwszych randkach, doskonale wiedzą, co powiedzieć, ciężko więc poznać oznaki ich podrywu. Niektórzy mężczyźni wiedzą, że kobiety są żądne uwagi i słów, więc żeby zdobyć kobietę dają to wszystko, a potem, gdy już osiągną cel, zamieniają się w chamów. O tym też pamiętaj!

Czasami niepozorny facet jest bardziej autentyczny niż ten, który na pierwszej randce obsypał cię kwiatami, obietnicami i powiedział, że jesteś wyjątkową kobietą. Dobre rzeczy mają w sobie aspekt spokoju, a oznaki podrywu faceta nie zawsze są tak oczywiste, jak ci się wydaje.

Jak mężczyzna sprawdza kobietę? Uczciwy facet będzie chciał cię bardziej poznać zanim będzie chciał z tobą być. Na pewno nie daj się namówić na pomaganie facetowi i wyciąganie go z jakiś problemów, które "tylko ty możesz rozwiązać". To prawie zawsze jest znak, że trzeba wrócić samej do domu i wykasować numer z komórki.

Nie ulegaj też przesądom w drugą stronę, że wszyscy faceci są tacy sami, że zawsze kłamią, zawsze oszukują i że chcą tylko jednego. Jest sporo rozsądnych, uczciwych chłopaków i czym będziesz bardziej radosna, spokojna i świadoma, tym większą masz szansę ich spotkać! Jeśli cierpisz i czekasz na ratunek z męskiej strony, to raczej na pewno będziesz cierpieć jeszcze dłużej. Zauważ, że najdroższe i najładniejsze prezenty dostają ci, którzy są bogaci.

Jak rozpoznać intencje faceta?

  • Czujesz się przy nim swobodnie i bezpiecznie
  • Uśmiechasz się dużo w czasie rozmowy,
  • On słucha tego, co mówisz,
  • Nie używa wulgarnych słów,
  • Nie proponuje od razu seksu,
  • Mówi dobrze o swojej mamie,
  • Nie opowiada o byłych dziewczynach i nie mówi o nich źle,
  • Nie upija się na randkach ani nie proponuje innych środków odurzających,
  • Jest uczciwy w odpowiedziach, niezależnie czy to jest dla ciebie to, co najbardziej chciałabyś usłyszeć,
  • Patrzy na ciebie z pożądaniem, ale nie prawi ci bez przerwy komplementów,
  • Nie obarcza cię swoimi problemami natury emocjonalnej lub finansowej,
  • Nie robi wszystkiego, czego chcesz - ma swoje zdanie i swoje granice,
  • Nie rzuca obietnic bez pokrycia,
  • Odnosi się do tego, co mówisz - komentuje to,
  • Wypytuje o ciebie, co lubisz, jaka jesteś,
  • Jest cierpliwy i spokojny.

Więcej na temat relacji z mężczyznami i tego, jak rozpoznać ich intencje w książce "Instrukcja obsługi faceta" Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej, Wydawnictwo Zwierciadło.

  1. Psychologia

Kiedy rozstanie, kiedy praca nad sobą? – Poczekaj, zanim uciekniesz od partnera

Zamiast odchodzić, spróbuj najpierw odkryć związek na nowo i uleczyć swoje własne rany. (fot. iStock)
Zamiast odchodzić, spróbuj najpierw odkryć związek na nowo i uleczyć swoje własne rany. (fot. iStock)
Jeśli wierzyłaś, że ten związek będzie inny, ale znów wszystko zaczyna się psuć… Jeśli twój partner cię zdradził, oszukał lub zawiódł… – Nie rozstanie jest ci potrzebne, ale praca nad sobą – mówi terapeutka Eva-Maria Zurhorst, która po latach rozczarowań w związkach dała sobie szansę na szczęście.

Do mało której sprawy przywiązujemy taką wagę, jak do tego, z kim dzielimy życie. Nasz partner powinien spełniać określone kryteria, zarówno w kwestii charakteru, wyglądu, jak i zainteresowań. Kiedy w związku dzieje się źle lub kiedy z kimś się rozstajemy, tłumaczymy to tym, że widocznie nie był to ten właściwy. Tymczasem niemiecka terapeutka Eva-Maria Zurhorst stawia rewolucyjną tezę: „Kochaj siebie, a nieważne, z kim się zwiążesz” (tak brzmi także tytuł jej książki).

To hasło może budzić zdziwienie. No bo jak to „nieważne z kim się zwiążesz”? Przecież to ma być ktoś wyjątkowy! Żadnej przypadkowości, czysta magia! Zgoda, tyle że pewien rodzaj magii działa zawsze: przyciągnęliście się, bo wiele was łączy. Bo w waszym spotkaniu jest ogromny potencjał rozwoju dla obojga. Sęk w tym, że – zamiast dostrzec ten potencjał – skupiasz się na trudnościach, które po jakimś czasie wypływają (a wypływają zawsze) i stwierdzasz: „To nie działa”. Eva-Maria Zurhorst wie o tym jak nikt inny. Zawsze szukała tego jedynego. Wchodziła w relacje i szybko z nich wychodziła. „Moje serce nie znało spokoju. Bardzo chciałam zostać, oddać się bez reszty, ale coś gnało mnie dalej – od jednych uciekałam z obawy, że mnie opuszczą, od innych – że zostanę stłamszona”. A potem nastąpiły w jej życiu kolejno: niespodziewana ciąża, nieplanowany ślub i nieudane próby dopasowania się do drugiego człowieka. Po dwóch latach uznała, że jej małżeństwo jest „mieszczańskim muzeum nudy” i że „właściwie nic nas nie łączy”. Kłócili się, mijali, walczyli, nawiązywali potajemne romanse, a jednak wciąż byli razem – nie wiadomo właściwie, co ich do siebie ciągnęło. Może to uczucie głębokiej wewnętrznej więzi, które pojawia się, gdy dochodzisz do granicy wytrzymałości... Eva-Maria zaczęła podejrzewać, że może w związku chodzi o coś innego niż o tę „właściwą osobę”. Zaczynają się więc z mężem komunikować. Przyglądać się światu drugiej osoby. Jest w tym coraz mniej strachu i oporu. Coraz więcej ciekawości. Fakt, otwierają się rany, wylewają żale. Ale, jak zauważa w książce, „mówiąc o tym, jak bardzo jesteśmy od siebie oddaleni, zbliżamy się”. Wreszcie trafiła na seminarium słynnego terapeuty Chucka Spezzana. Słuchała i płakała. Bo wreszcie zrozumiała, że wszystkie problemy w związku sprowadzają się do miłości własnej. Że każdy problem w relacji to zachęta do zajęcia się własnym wnętrzem, własnym zadawnionym bólem i wypartymi emocjami. Że większość rozwodów jest zbyteczna, a rozstanie nie jest rozwiązaniem, raczej zwłoką w uzdrawianiu. Nierozwiązany problem wróci w innej konfiguracji – z kolejnym partnerem. Zmienił się jej stosunek do pracy terapeutycznej i do męża – zaczęli sprawiać wrażenie świeżo zakochanej pary.

Zajrzyj pod sukienkę

Pamiętasz Bridget Jones, przygotowującą się do pierwszej randki z Danielem Cleverem? W jednej ręce trzyma podniecające koronkowe figi, w drugiej wielkie „majtasy” w cielistym kolorze, opinające brzuch i pośladki. Co za wybór! Powiedzmy, że górę wezmą majtasy: sylwetka uzyska zgrabniejszy kształt, ale kiedy dojdzie do łóżkowej sceny, mężczyzna może się przerazić i zrazić. A zatem figi? Tyle że te nie zakryją wałków tłuszczu, a skoro będą one widoczne to – kto wie – może w ogóle nie dojdzie do zbliżenia? Stosunki intymne są bezlitosne: odkrywają nasze najbardziej wstydliwe tajemnice. Im bardziej pozwalamy się komuś zbliżyć, tym mniej pozostaje miejsca na kontrolę. Im bardziej się otwieramy, tym łatwiej nas dotknąć. Wychodzą urazy, niepewność, bezradność i wszelkie możliwe dziwactwa. Bronimy się, uciekamy. Złościmy i atakujemy. Obrażamy i zamykamy. „Druga osoba tylko zagląda pod sukienkę” – tłumaczy Eva-Maria Zurhorst. – „Wałki tłuszczu już tam są. Dla dobra naszego związku musimy zatem sami sobie uczciwie zajrzeć pod sukienkę i nauczyć się akceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy”. Autorka „Kochaj siebie...” pisze o mechanizmie projekcji i o tym, że partner jest naszym lustrem. Ujrzysz w nim swoje niespełnione potrzeby, opory i blokady, a przede wszystkim rozdarcie między tęsknotami a lękami. Jak możesz oczekiwać od niego czegoś, czego nie zamierzasz sobie dać? Wierzyć w to, że zapewni ci dobre samopoczucie, szacunek i zaufanie do siebie, których ci brakuje? „Od tego, kogo spotkasz, zawsze spotykasz tylko siebie” – twierdzi Eva-Maria Zurhorst. „I dlatego – zgodnie z moim doświadczeniem – możesz spokojnie zostać z tym partnerem, z którym jesteś, choć jeden Bóg wie, jak niemiły jest dla ciebie ten stan”. Partnerzy mają tę niezwykłą umiejętność, że szybko i precyzyjnie wdeptują w te miejsca, które bolą nas najbardziej. Dlatego czasem tak szczerze ich nie cierpimy. Odsuwamy się, odpychamy. A przecież nie są przyczyną naszych problemów, tylko wyzwalaczem. „Dzięki partnerowi możemy zidentyfikować (i pożegnać) nasze demony” – przypomina terapeutka. I zapewnia, że jeśli życie jest szkołą, to relacja partnerska elitarnym uniwersytetem. „Tutaj zdajesz najtrudniejsze egzaminy, tu możesz się nauczyć najwięcej, najbardziej urosnąć i najwięcej otrzymać” – mówi. Największa nagroda, a jednocześnie cel i sens relacji? Doprowadzić do równowagi wewnętrznej. Jak? Skupiając się na sobie. Weź głęboki oddech i zanurz się w tym, czego w sobie nie lubisz, czego się boisz, brzydzisz. Czego być może nie chcesz nawet zobaczyć. Zamiast oburzać się na kogoś, kto wydobywa to na powierzchnię, pochyl się nad tym, zbadaj. Uznaj za swoje. „Jest tylko jedna droga do prawdziwego uzdrowienia, autentycznego powodzenia w związku partnerskim” – utrzymuje terapeutka. – „Przyglądajmy się odważnie naszym własnym mrocznym stronom. Nie potrzeba do tego lat psychoterapii ani męczącej autoanalizy. Prawdziwa bliskość z partnerem i szczera wewnętrzna gotowość poznania prawdy wystarczą”.

Mój kochanek, moja tęsknota

Jak często podejmowałaś próbę zmienienia partnera? Mówiłaś: „Albo przestanie to robić (bałaganić, zapominać o ważnych rocznicach, żartować sobie z poważnych spraw), albo z nami koniec”? A zastanowiłaś się kiedyś, co tak naprawdę kryje się pod twoją złością, że znów tak się zachował? Jakie lęki to zachowanie w tobie uruchamia? Jakie tęsknoty? Dlaczego nie możesz na to patrzeć, słuchać tego? Dlaczego to takie straszne i całkiem nie do zaakceptowania? Co kiedyś odrzuciłaś, uznałaś za kłopotliwe i niepotrzebne, a on uparcie ci o tym przypomina? Może chodzi o swobodę bycia, beztroskę, lekkość (a nie o bałaganiarstwo czy brak szacunku)? Cokolwiek to jest, zrób dla tego miejsce, przyjmij z powrotem. Na tym właśnie polega dążenie do pełni. Nie na ćwiczeniu się w doskonałości! Raczej w otwartości na innych. „Bez niej” – uważa Zurhorst – „padamy ofiarami własnych ponadludzkich wymagań wobec siebie. Im mniej dążymy do doskonałości, tym bardziej łagodzimy nasze oceny i osądy innych ludzi”. I wszystkim jest łatwiej.

Zwłaszcza że związek przechodzi różne fazy, a każda przynosi określone szanse i wyzwania. Jest czas pokoju i czas kłótni. Czas namiętności i czas oziębłości. Zbliżenia i oddalenia... Rada Zurhorst na czas głębokiego kryzysu? Pamiętać o prawdziwym potencjale związku, czyli o tym, co było możliwe w fazie zakochania: „Wszystko to, krok po kroku, może pojawić się między ludźmi nawet po dziesiątkach lat, jeśli ruszą w drogę ku uzdrowieniu. U celu będzie miało jednak zupełnie inną głębię i prawdziwość niż na początku wędrówki”.

A zdrada? Co, jeśli i z nią przyjdzie nam się zmierzyć? Cóż, wiedz, że trójkąty łączy jedno: lęk przed bliskością. Jeśli zostałaś zdradzona, prawdopodobnie od początku nie byłaś „zagnieżdżona” w związku, tkwiłaś na jego obrzeżach, nie potrafiłaś zobowiązać się wobec partnera, oddać mu się w pełni. Zdaniem terapeutki zdradzany tak naprawdę zdradza sam siebie, „Nie opowiadając się zdecydowanie za niczym, kto zastyga w wielkich i teoretycznych oczekiwania wobec partnera i związku”. A jeśli to ty nawiązujesz romans, będąc w relacji? Pomyśl o kochanku jak o swojej tęsknocie, jak o niezaspokojonych częściach, fantazjach. Co to jest? Byłabyś w stanie powiedzieć o tym swojemu partnerowi? I jeszcze jedno, zobowiąż się do połączenia serca i seksualności. Może zamykasz się, nie czujesz spełnienia w seksie. „Wystarczy, jeśli odczuwasz tęsknotę za lepszą drogą” – zapewnia Eva-Maria Zurhorst. Jeśli potrafisz pokazać partnerowi swoją prawdę – złość, wrażliwość, opór, zgorzknienie, rozczarowanie... Nie rezygnuj. Podejmij decyzję o tym, że przyjmiesz bezwarunkowo partnera. A przede wszystkim siebie samą. I jak najczęściej patrzcie sobie w oczy. Mówcie o tym, co czujecie, o doznaniach fizycznych. Obserwuj siebie, pozwól oddechowi się pogłębić. Coś wreszcie odpuści, rozpuści się...

Kiedy piszę te słowa, z głośnika mojego radia wydobywają się słowa piosenki, która zapewnia uparcie (bo to refren!), że miłość rani. Nie, miłość nie rani. Miłość otwiera stare rany. I pomaga je uzdrowić.

Dwa sposoby na naprawę związku

Radykalna konwersacja – strategia Evy-Marii Zurhorst

To nic innego, jak gotowość dzielenia najgłębszych myśli i uczuć. Bez gier i uników. Przy poszanowaniu lęków i różnic. Uwierz, że prawda uzdrawia. Jak by to było, gdybyś przyjrzała się swojej relacji z otwartością i ciekawością, tak jakbyś patrzyła na nią po raz pierwszy w życiu? Zobaczysz tam wszystko: jak bardzo kochasz (albo nie kochasz) siebie. Czego się boisz. Przed czym wzbraniasz. Co jest twoją największą bolączką. Bo niewiele jest spraw ważniejszych niż twój związek. Jest on „najciekawszym poletkiem eksperymentalnym, sferą odkrywania samego siebie; możesz tam pokazać się drugiemu człowiekowi, najuczciwiej jak się da” – mówi terapeutka.

Wierz, że już to masz – strategia Chucka Spezzana

Terapeuta, zanim zrozumiał sekrety związków, często zmieniał kobiety. Zauważył, że każda kolejna ucieleśniała cechę, której brakowało mu w poprzedniej partnerce. A potem odkrywał w tej nowej inny brak i znów zaczynał poszukiwania... Wreszcie zmienił strategię: postanowił skupiać całą uwagę na tym, czego mu brakowało, wierząc, że znajdzie to w aktualnej relacji. Teraz oficjalnie zaleca to parom: daj partnerowi całą swoją miłość, uwagę i ciekawość. Przez 14 dni koncentruj się na jakości, za którą tęsknisz. Uwierz, że twój partner ją posiada… a on ją wtedy rozwinie.

Eva-Maria Zurhorst, terapeutka par. Wraz z mężem Wolframem Zurhorstem są szczęśliwym małżeństwem od ponad 20 lat, mają na koncie kilkanaście książek, w których przekonują, że partnerstwa można się nauczyć.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Kłopoty z wolnym wyborem według Hanny Samson

Miło, jeśli nasze decyzje podobają się innym. Ale jeśli nie, to jeszcze nie powód, żeby ich nie podejmować. Dorosły człowiek nie potrzebuje zgody innych do podjęcia własnych decyzji. (Fot. iStock)
Miło, jeśli nasze decyzje podobają się innym. Ale jeśli nie, to jeszcze nie powód, żeby ich nie podejmować. Dorosły człowiek nie potrzebuje zgody innych do podjęcia własnych decyzji. (Fot. iStock)
Dla wielu z nas wolność jest ważną wartością, jednak na co dzień często tkwimy w pułapce powinności i lęku przed opinią innych. Zamiast podążać za swoimi pragnieniami, wolimy spełniać to, czego oczekuje od nas świat. Gdzie leży problem – zastanawia się psycholożka Hanna Samson.

Praca z grupą kobiet na platformie Zoom różni się zdecydowanie od tej w realu, ale problemy, z którymi się mierzymy, są podobne.

– W waszych wypowiedziach znacznie częściej padają słowa „powinnam” i „muszę” niż „pragnę” czy „chcę” – zauważyłam na ostatnim spotkaniu. Kobiety nie były zdziwione.

– No jasne! Dzieci, praca, dom, nie mam czasu na jakieś chcenia – oburzyła się Krysia. – A gdybyś miała czas, to co byś chciała zrobić? – zapytałam. – Nie wiem, nawet o tym nie myślę. – Może warto się nad tym zastanowić? Z badań wynika, że pod koniec życia ludzie częściej żałują tego, czego nie zrobili niż błędów popełnionych w działaniu. Co byście chciały zrobić, żeby nie żałować tego zaniechania w przyszłości? – Chciałabym zmienić zawód – mówi Mirka. – Często o tym myślę, ale nikt by tego nie zrozumiał, mąż by się nie zgodził, muszę trwać. – A ty rozumiesz to swoje pragnienie? – Jasne, że tak. Jestem księgową, bo mama chciała, żebym miała dobry zawód, więc mam. I mam stabilną pracę, nieźle zarabiam. Na początku nawet to lubiłam, ale od kilku lat bardzo się męczę. Gdy pomyślę, że całe życie mam siedzieć w tych fakturach i rachunkach, robi mi się słabo. Mam 38 lat, a marzę o emeryturze, chcę, żeby moje życie już minęło – Mirka uśmiecha się smutno.

Dobrze wie, co chciałaby robić, gdyby nie była księgową. Uwielbia projektować i szyć ubrania, skończyła liceum plastyczne, chciała iść na ASP. Czasem uszyje coś sobie albo córce, ludziom się bardzo podoba, mogłaby się tym zajmować na szerszą skalę, ale mąż tylko puka się w głowę: „Zwariowałaś? Jak się ma dobrą pracę, to należy się jej trzymać”. Nawet gdyby przez jakiś czas mniej zarabiała, nic by się nie stało, a zawsze znajdzie pracę jako księgowa. Ale jej mąż nie chce o tym słyszeć, nie lubi zmian, a poza tym boi się, że Mirka nie będzie miała czasu dla domu.

Czas dorosnąć

– Marzę o emeryturze, bo wreszcie będę mogła robić to, co kocham – wzdycha na koniec Mirka. – A do emerytury to mąż kieruje twoim życiem, a nie ty – mówię. – Skoro jesteśmy razem, to nie mogę sama decydować – oponuje. – A on może sam decydować o twojej pracy? On nie chce, żebyś ją zmieniała, więc nie zmieniasz. Najpierw mama wybrała ci zawód, teraz mąż nie pozwala ci go zmienić. Co by się stało, gdybyś odeszła z pracy bez jego zgody? – Mielibyśmy ciche dni albo awantury, włączyłby mamę, z pewnością byłby niezadowolony… – Skoro zadowolenie męża jest ważniejsze od twoich pragnień, to rzeczywiście musisz czekać do emerytury – stwierdzam z nadzieją, że to zdanie będzie w niej pracować.

Jeśli nie robisz czegoś, co chciałbyś zrobić, ponieważ boisz się opinii innych, to oddajesz im kontrolę nad swoim życiem i tak naprawdę nie jesteś dorosły.

Jest taka przypowieść o ojcu i synu, którą już kiedyś tu opowiadałam, bo pasuje do wielu sytuacji. Rzecz dzieje się gdzieś w odległej wsi, syn przychodzi do ojca i mówi: „Ojcze, jestem już dorosły, chciałbym odejść z domu i założyć własne gospodarstwo. Czy zgadzasz się na to?”, „Nie, jeszcze nie czas, synu” – odpowiedział ojciec, więc syn został w domu. Po roku znów młody mężczyzna zadał to samo pytanie i otrzymał tę samą odpowiedź. W kolejnym roku rozmowa wyglądała tak samo, ale gdy się skończyła, ojciec zapłakał: „Czy on nigdy nie dorośnie i po prostu nie odejdzie z domu, zamiast pytać mnie o pozwolenie?”.

Nie, nie spodziewam się, że mąż Mirki czeka z utęsknieniem, aż ona zdecyduje o zmianie pracy. Rzecz jedynie w tym, że dorosły człowiek nie potrzebuje zgody innych do podjęcia własnych decyzji. Nie oczekuje, że inni będą z niego zawsze zadowoleni i będą myśleć tak samo jak on.

Trudno być zołzą

Moja przyjaciółka Aśka na piątym roku studiów urodziła dziecko. Mąż był już po studiach, pracował w placówce wychowawczej i utrzymywał rodzinę, Aśce została do napisania praca magisterska. Znam wiele kobiet, które po urodzeniu dziecka odłożyły zrobienie dyplomu na kilka lat, czasem okazywało się, że na zawsze. Aśka napisała swoją pracę w terminie. Nim zaszła w ciążę, ustalili z mężem, że obydwoje chcą mieć dziecko i będą się nim wspólnie zajmować. Wkrótce po porodzie umówili się na dyżury przy dziecku. Mąż miał zmienny grafik w pracy, więc do niego dostosowywali godziny opieki nad Zosią. Każdy dzień dzielili sprawiedliwie, ten, kto miał popołudnie, miał też noc. Mąż wychodził do pracy, Aśka zostawała z córką, a gdy wracał, zamykała się w pokoju i pisała magisterkę. Ale w pracy jak to w pracy, czasem coś wypadnie i człowiek wraca później. Aśka to rozumiała, jednak nie zamierzała rezygnować z równego podziału. Zapisywała każdą godzinę spóźnienia i mąż miał dłuższe dyżury w weekendy, ona miała wtedy wolne. Mąż oczywiście się buntował, ale Aśka wychodziła z domu lub zamykała się w swoim pokoju, a on zostawał z dzieckiem.

A że nie działo się to w próżni, każdy miał swoje zdanie na ten temat i byliśmy w tym zadziwiająco zgodni. Dyżury? Co to za pomysł?! Postawa Aśki bulwersowała całe nasze środowisko, wszyscy próbowaliśmy jej tłumaczyć, że to wcale nie jest sprawiedliwe, przecież on pracuje, a ona może pisać swoją pracę, kiedy chce, ale Aśka była nieugięta. Wszyscy współczuliśmy Tomkowi, że jego żona okazała się zołzą, a Aśka trwała przy swoim, choć z pewnością nie było jej łatwo.

– Przecież po obronie ja też pójdę do pracy – wyjaśniała. – I wtedy co? Jego praca także będzie ważniejsza od mojej? Kiedy Zosia zachoruje, to zawsze ja będę brała wolne? Jeśli jemu się przedłuży praca, to nie odbierze jej ze żłobka, tylko ja rzucę swoją i pobiegnę po nią? No hej, to jest nasze wspólne dziecko, więc co w tym dziwnego, że obydwoje tyle samo się nim zajmujemy?

Niby nic, ale nie byliśmy przekonani. Za to Aśka zaraz po obronie poszła do pracy i mogła się w nią angażować w takim samym stopniu jak Tomek w swoją. Dziś już nie muszą nic sztywno ustalać, bo Zosia jest dorosła, a oni obydwoje w równym stopniu angażują się w życie domowe, tworzą naprawdę partnerskie małżeństwo.

Czy byłoby tak, gdyby Aśka tak twardo nie egzekwowała zawartej umowy? Gdyby uległa presji społecznej i odpuściła na jakiś czas? Nie wiem. Ale znam wiele początkowo partnerskich związków, które po pojawieniu się dziecka zmieniają się i bardzo trudno to potem odkręcić. On zarabia, ona zajmuje się dzieckiem i domem – taki układ też można uznać za partnerski, tyle że tworzy podwaliny do nierówności. Dzieci podrastają, ona wraca do zawodu, ale jej odpowiedzialność za dom i dzieci się nie zmienia. Mąż czasem jej pomaga, ale właśnie: pomaga, w jej utrwalonym już zakresie obowiązków. Zdarza się też, że ona w ogóle nie idzie do pracy, bo w domu ma co robić przez długie lata.

Nasze decyzje, nasza odpowiedzialność

Iza ma 57 lat, nie pracuje i właściwie nigdy nie pracowała zawodowo, jeśli nie liczyć udzielanych czasem dzieciom znajomych korepetycji z niemieckiego. Na szczęście pieniędzmi nie musi się przejmować, mąż zarabia wystarczająco. Poznali się na studiach, mają czworo dzieci, najmłodsza córka Julka ma już 17 lat i myśli nad wyborem kierunku studiów.

– Rozmawiali o tym z mężem, podeszłam i chciałam się włączyć, zaczęłam zdanie, że ja uważam..., a wtedy córka przerwała mi, kpiąc, że ja nawet rachunków nie potrafię zapłacić, więc co niby wiem! A więc tak mnie widzi moja córka? – w oczach Izy pojawiają się łzy. – A ty jak siebie widzisz? – zapytałam. – Zupełnie inaczej! – Czyli jak? – nie ustępuję. – Byłam świetną studentką! Miałam propozycję pracy na uczelni! Zrezygnowałam z innych pomysłów na życie, żeby zająć się domem i dziećmi. Uważałam, że powinnam tak zrobić, żeby dzieci były zadbane. Mąż też tego ode mnie oczekiwał! Latami robiłam wszystko, żeby byli ze mnie zadowoleni, byłam na każde skinienie. A w oczach mojej córki jestem nikim! – Żyłaś tak, jak uważałaś, że powinnaś żyć. – Tak! I byłam szczęśliwa, że oni są szczęśliwi dzięki mnie! Byłam pewna, że doceniają to, co robię. A teraz coraz mniej mnie potrzebują. W domu została tylko Julka, wnuki mieszkają daleko, już nie jestem nikomu potrzebna. – Już nie masz tylu powinności, możesz żyć, tak jak chcesz. – Czyli jak? – pyta Iza niepewnie. – Tak, żebyś ty była zadowolona, a nie inni.

Iza milczy przez dłuższą chwilę, w końcu zaczyna mówić: – Koleżanka zaprasza mnie do domu nad morzem, ale oczywiście odmówiłam, bo przecież mąż pracuje, a córka się uczy. Ale chyba mogą sobie sami poradzić przez kilka dni? Tak bardzo chciałabym zobaczyć morze. Myślisz, że to dobry pomysł? – A co cię obchodzi, co ja myślę? – Iza patrzy zdziwiona, a po chwili wybucha śmiechem. – Ważne jest to, co ja myślę, prawda... – Pytasz czy stwierdzasz? – Stwierdzam, bo wiem, że ważne jest to, co ja myślę, to przecież moje życie. Inni niech sobie myślą, co chcą. – A czy mąż się zgodzi na twój wyjazd? – zadaję jeszcze pytanie podchwytliwe, ale Iza nie daje się zwieść. – On mnie nie pyta, kiedy jedzie w delegację, tylko mówi. Ja też go oczywiście poinformuję – odpowiada ze śmiechem.

Miło, jeżeli nasze decyzje podobają się innym. Ale jeśli nie, to jeszcze nie powód, żeby ich nie podejmować. W końcu to my ponosimy za nie odpowiedzialność.

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”.

  1. Psychologia

Samotni i zamknięci w sobie – dlaczego wielu mężczyzn nie potrafi otworzyć się na bliskie relacje?

Życie jako walka to jest piękna metafora, która mówi o przechodzeniu przez kolejne etapy wewnętrznego rozwoju. Niestety, my, mężczyźni, zbyt często traktujemy ją dosłownie, jako walkę z ludźmi i ze światem, co skazuje na samotność i cierpienie. (fot. iStock)
Życie jako walka to jest piękna metafora, która mówi o przechodzeniu przez kolejne etapy wewnętrznego rozwoju. Niestety, my, mężczyźni, zbyt często traktujemy ją dosłownie, jako walkę z ludźmi i ze światem, co skazuje na samotność i cierpienie. (fot. iStock)
Chłopcy, a później mężczyźni są tresowani do rywalizacji, walki i samotności. Chcą za wszelką cenę pokazać, co potrafią, jacy są wspaniali i twardzi. Rywalizują z innymi mężczyznami o kobiety, o karierę, o stan posiadania. A przecież głęboką potrzebą każdego człowieka jest bliskość z innymi, otwartość, wzajemne zrozumienie – mówi Benedykt Peczko w rozmowie z Renatą Arendt-Dziurdzikowską.

„Dłużej nie mogę tak żyć – mówi kobieta do mężczyzny. – Nie rozmawiamy ze sobą. Nie słuchasz. Nie patrzysz mi w oczy. Nie wiem, co czujesz. Gdzie jesteś? Przy mnie cię nie ma”.
On jest zaskoczony, zraniony: „O co ci chodzi?!”. Nie może pojąć tak jawnej niesprawiedliwości. Przecież się stara, tyle robi dla niej i dla dzieci. Kobieta nie powiedziała jeszcze „odchodzę”. Jeszcze nie jest za późno. Ten kryzys może być ratunkiem dla mężczyzny.

On jest samotny. Nie nawiązuje bliskich więzi. Nie ma przyjaciół. Nie potrafi opowiedzieć o tym, co przeżywa. Surfuje po Internecie. Ogląda telewizję. Czyta gazety. Reperuje samochód. Pracuje. Tak kobiety widzą swoich mężczyzn. Większość mężczyzn cierpi i przedwcześnie umiera na wielkie S, czyli na samotność – tak opisują kondycję mężczyzn psychologowie i socjologowie. Steve Biddulph, autor „Męskości”, posuwa się najdalej: „Bałagan w rodzinach, narodach i na całym świecie jest wynikiem długotrwałego kryzysu mężczyzn, osamotnienia, lęku, tego, że nie znają siebie. Problemy mężczyzn wynikają z izolacji. Mężczyźni muszą się wydostać z więzienia samotności”. Przedłużająca się samotność staje się w końcu nie do wytrzymania: mężczyźni i chłopcy trzy razy częściej popełniają samobójstwo niż kobiety. Męska samotność budzi nasze kobiece współczucie. Ale i wściekłość. Czy mężczyźni chcą się wydostać z tego więzienia?
Wolność wydaje się bardziej przerażająca niż więzienie.

Wolność to bycie z ludźmi, słuchanie ich i rozumienie bez osądzania. Tymczasem mężczyzna walczy. Drugi człowiek jest po to, by się z nim zmierzyć. I wygrać. Pokonać przeciwnika.
Tak właśnie wychowujemy chłopców. Chłopcy, a później mężczyźni są tresowani do rywalizacji, walki i samotności. Chcą za wszelką cenę pokazać, co potrafią, jacy są wspaniali i twardzi. Jak wypadam w oczach innych? Czy się sprawdziłem?

Chłopiec często słyszy: „bądź mężczyzną”, w sytuacji, gdy na przykład ma zostać sam w domu i pokazuje, że się boi, albo płacze, bo mu się coś nie udało. Nikt mu nie mówi wprost, co to znaczy „być mężczyzną”. Ale uczy się z kontekstu. Widzi, że ważne dla niego osoby oczekują, iż będzie sobie radził, to znaczy nie ulegał, wygrywał. Uczy się, że być mężczyzną to nie czuć. Zatrzaskuje swoje wewnętrzne, emocjonalne drzwi. Zostaje zamknięty w środku siebie, zaczyna żyć oddzielony od świata. Kontaktuje się z ludźmi, ale to są relacje płytkie, zadaniowe. Rywalizuje z innymi mężczyznami o kobiety, o karierę, o stan posiadania. Mówienie o tym, co porusza, co powoduje cierpienie, a co zachwyt, wydaje się niestosowne i niemożliwe. Nie ma miejsca na otwartość, ciepło i serdeczność. Trzeba się bić o pozycję, o wizerunek. Trzeba się bić, żeby nie zostać pobitym. Najlepszą obroną jest atak. Muszę być silny, wytrzymały, muszę mieć samochód z największą mocą silnika…

…dopiero wtedy będę najlepszy i odetchnę z ulgą? Ale mężczyźni się bronią, mówiąc, że tak urządzony jest ten świat; taki jest los wszystkich samców w świecie przyrody.
Problem w tym, że rywalizując z innymi mężczyznami, nie mogę poczuć się dobrze, ponieważ zawsze znajdzie się ktoś lepszy, wyższy, bardziej wysportowany, przystojniejszy, bogatszy, młodszy. W byciu lepszym tak naprawdę chodzi o wewnętrzny komfort, poczucie szczęścia. Walka i rywalizacja opierają się na przekonaniu, że będę szczęśliwy dopiero wtedy, gdy będę lepszy od innych. To się nigdy nie udaje.

W okresie dojrzewania chłopcy walczą o swoją pozycję i wizerunek, aby odpowiednio zaprezentować się wobec dziewczyn. Tak też jest w świecie zwierząt: moje poroże ma najwięcej rozgałęzień, mój ryk jest najdonioślejszy, a ja mam najwięcej kolorowych piór i wybieram najlepsze samiczki. W okresie dojrzewania takie zachowania są jak najbardziej w porządku. Jednak w dorosłym życiu są nieporozumieniem, prowadzą do samotności. Świat zwierząt rządzi się innymi prawami niż świat ludzi. Głęboką potrzebą każdego człowieka jest bliskość z innymi. Potrzebujemy głębokich, bezpiecznych relacji, otwartości, wzajemnego zrozumienia. Potrzebujemy być akceptowani w pełni takimi, jakimi jesteśmy. Jeśli muszę cały czas maskować słabe strony, a podkreślać mocne, prezentuję nie siebie prawdziwego, ale swój idealny wizerunek.

To jest właśnie to pęknięcie, o którym mówią kobiety: „Inni się nim zachwycają, bo taki silny i ambitny, tylko ja widzę go z bliska. Dotykam jego samotności, wewnętrznego smutku”.
Mężczyzna nie czuje się dobrze – nawet wtedy, gdy zewsząd słyszy zachwyty: „O tak, jesteś super, świetny! Chciałbym być taki jak ty!”. To oczywiście daje mu satysfakcję, ale głęboka tęsknota nie zostaje zaspokojona, ponieważ wie, że to nie on został przyjęty, tylko miraż, który tworzy na swój temat. Spotykałem mężczyzn, którzy tak zrośli się ze swoim wizerunkiem, że twardą żelazną zbroję uważali za swoją delikatną skórę.

Wojownik, rycerz ubrany w zbroję, gotowy do walki – ten męski wizerunek ma długą tradycję. Mężczyzna walczy, także o kobietę, pokonuje przeszkody, zwycięża smoka. Życie to walka – to jest piękna metafora, która mówi o przechodzeniu przez kolejne etapy wewnętrznego rozwoju. Niestety, mężczyźni traktują ją dosłownie, jako walkę z ludźmi i ze światem. Z takiej metafory możemy mieć pożytek tylko wtedy, gdy znajdziemy w sobie dostęp do wszystkich postaci tego mitu, legendy czy baśni, a więc do rycerza, smoka i wybranki, ponieważ wszystkie są częściami nas samych.

Mam wrażenie, że mężczyźni zastygli w jednej pozie – siedzą na pancernym koniu, z kopią w ręku.
Z czasów, gdy prowadziłem tygodniowe treningi terapeutyczne, pamiętam mężczyzn, którzy przyjeżdżali na nie wielokrotnie. Gdy pytałem po co, mówili, że fundują sobie takie wczasy, mają regularne posiłki, mogą pobiegać po lesie. Ale przecież jedzenie i bieganie można mieć wszędzie. Na treningach dostawali o wiele więcej. Mogli pobyć w miejscu, w którym nie musieli udawać, grać, mogli mówić o swoich słabościach, emocjach, zranieniach, lękach, obawach, zawiedzionych nadziejach, przerażeniu i trwodze. Mogli zdjąć maski, pokazać prawdziwą twarz innym mężczyznom i kobietom. Nikt ich za to nie potępiał, nie wyśmiewał ich z tego powodu, ponieważ wszyscy przyjechali z tym samym i po to samo. Przyjechali, aby normalnie pobyć z ludźmi. Na koniec mówili: „Szkoda, że trzeba wracać do rzeczywistości”. A więc z normą kojarzyło się to, co na zewnątrz, walka, maska, rywalizacja, zamknięcie, samotność. Mówili, że trudno im będzie przenieść do swojego życia nowe doświadczenia i umiejętności. Obawiali się, że ich otwartość i bezpośredniość zostaną wykorzystane przeciwko nim, i to przez najbliższe, kochane osoby.

Wiele kobiet tęskni za chwilą, gdy mężczyzna zdejmie zbroję i wreszcie się odpręży. Niechby ta zbroja zaczęła się choć trochę kruszyć.
Tak się zwykle dzieje w momentach życiowych kryzysów. Mężczyzna zaczyna co nieco czuć, zbroja się luzuje. Przerażające doświadczenie. Przypomina mi się opowieść o japońskich samurajach, którzy spędzali tyle czasu na polach bitew, że przez długie okresy nie schodzili z konia. Gdy kończyła się wojna, nie byli w stanie zdjąć zbroi, ponieważ w tych miejscach, w których zostali zranieni, zbroja przywierała im do ciała. W końcu ją zdejmowali, bo inaczej nie mogliby żyć, ale odbywało się to w mękach, w ogromnym bólu.

Oczywiście, zbroja czasem się przydaje. Pożądana byłaby tu elastyczność – możemy ją zakładać, ale nie musimy, to zależy od kontekstu, okoliczności.

Z jakim bólem potrzebuje zmierzyć się mężczyzna?
Nierzadko z bólem zmarnowanego czasu, życia. To może być kryzys wieku średniego, czterdziestka, pięćdziesiątka. Mężczyzna pracuje ciągle na najwyższych obrotach, ale już czają się pytania: Po co? Jaki to ma sens?

Jak pytał Robert Bly, autor kultowej książki o mężczyznach „Żelazny Jan”: „Czy jesteś już wystarczająco przygnębiony?”
Zauważyłem, że wystarczająco przygnębieni bywają już 35-latkowie. To znak naszych czasów. Tempo życia, które jest wynikiem wolnego rynku napędzającego rywalizację, i samotność sprawiają, że już młodzi ludzie czują niepokój. Szczególnie gdy pojawiają się trudności. To może być kryzys w relacji z partnerką, załamanie zdrowia, krach w pracy, plajta firmy, zwolnienie, śmierć znajomej osoby, a w skali społecznej na przykład atak na World Trade Center 11 września 2001 roku. Domek z kart, który tak mozolnie budowaliśmy, rozsypuje się.

Może być też tak, że mężczyzna nie zauważa kryzysu, broni się przed konfrontacją, na przykład w relacji z kobietą. Może nawet widzieć, że partnerka wycofała się z relacji, że już nie ma do niej dostępu, ale podejrzewa, że to raczej z nią jest coś nie tak. Dociera do niego, jak daleko sprawy zaszły, gdy kobieta ogłasza: „rozstajemy się”. „Co ci się stało?” – pyta wstrząśnięty. „Masz kogoś? Jest jakiś mężczyzna?”. To jest dramatyczny moment, bo jeśli partnerka mówi: „odchodzę”, to znaczy, że kryzys przybrał postać finalną i jest już za późno na negocjacje. Przychodzi załamanie, odpada kawałek zbroi. Mężczyzna czuje się zraniony, cierpi. Jeśli przypisywać wartość cierpieniu, to stwarza ono szansę na dokonanie zmiany. Ale nie wszyscy mężczyźni skorzystają z tej szansy. Wielu ucieknie w racjonalizację: „nie była mnie warta”, „kobiety takie są”. Wielu dojdzie do wniosku, że miłości nie ma. Ale są koledzy, jest walka, są inne kobiety gotowe na przelotne związki, da się żyć.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Styl Życia

Dzień Matki – wybrane teksty z cyklu "Jak wychowuje"

Rodzicem stajemy się w procesie wychowania dziecka. (Ilustracja: iStock)
Rodzicem stajemy się w procesie wychowania dziecka. (Ilustracja: iStock)
Z okazji Dnia Matki przypominamy artykuły archiwalne z cyklu "Jak wychowuje", w którym nasze rozmówczynie opowiadają o tym, czym jest dla nich macierzyństwo i relacja z dziećmi.

Jak wychowuje

  • Agnieszka Glińska, reżyserka, mama Franka i Janiny: „Myślę, że dzięki moim dzieciom nie zapomniałam siebie w ich wieku, że doskonale pamiętałam, co wtedy wyprawiałam. I byłoby straszliwą hipokryzją, gdybym oburzała się na to czy na tamto”.

  • Agnieszka Holland, reżyserka, mama Kasi Adamik, też reżyserki: „Bliskość między nami jest ważna, ale myślę, że równie ważna, i dla niej, i dla mnie, jest odrębność każdej z nas”.

  • Grażyna Wolszczak, aktorka, mama Filipa:Wychowanie? To stała obecność, towarzyszenie dziecku w zwykłym codziennym życiu. To całe „wychowanie” dzieje się w trakcie, mimochodem. Musi być spójne. Nie można wygłaszać górnolotnych frazesów, które nie mają zastosowania w zwykłym życiu. Wszystkie złote myśli, choćby najszlachetniejsze, wpadają jednym uchem, wypadają drugim”.

  • Gosia Dobrowolska, aktorka od wielu lat mieszkająca w Australii, matka Weroniki: „Obdarowywanie dziecka wszystkim, czego zapragnie, jest o wiele łatwiejsze niż nauczenie, jak na to zapracować. Dawać trzeba, ale wsparcie, system wartości, wzór postępowania w codziennych sytuacjach”.

  • Lidia Popiel, fotografka, mama Aleksandry: „(...) kiedy rodzi się dziecko, zmienia się nasze podejście do świata, nawet nasz charakter, więc przeorganizowanie kalendarza przychodzi naturalnie. Mówi się, że dziecko zabiera czas. A może jest tak, że ten czas mu się daje?”.

  • Paulina Krupińska-Karpiel, mama Jędrka i Tosi: „Co mi jako mamie się nie udało? Na pewno to, że czasem tracę cierpliwość i nakrzyczę na dzieci. A potem mam wyrzuty sumienia. Wtedy je przepraszam, mówię: „Nie chciałam tego zrobić”. Na co Tosia: „Wiem, mamusiu, dorośli tak czasem mają”. I rozkłada mnie na łopatki”.

  • Monika Mrozowska, mama Karoliny, Jagody, Józia i Lucjana: „Moje dzieci nie są wtajemniczane w szczegóły problemów między mną a ich ojcami. Zawsze podkreślam, że to nie ich wina. Mądre i spokojne przeprowadzenie dzieci przez rozstanie rodziców jest możliwe”.

  • Ałbena Grabowska, lekarka, pisarka, mama Juliana, Aliny, i Franka: „Zależy mi na tym, by dzieci były samodzielne, ale jestem nadopiekuńcza. Chciałabym, by same się uczyły, poznawały życie, a ciągle uważam, że to ja powinnam im coś proponować. Zależy mi na tym, żeby oglądały świat, ale boję się, że może im się stać coś złego. Tak więc jako matka składam się z samych sprzeczności”.