1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kryzys środka życia – jeden z najważniejszych momentów rozwoju

Kryzys środka życia – jeden z najważniejszych momentów rozwoju

Środek życia to moment, kiedy człowiek musi zmierzyć się z fundamentalnymi pytaniami. (Fot. Getty Images)
Środek życia to moment, kiedy człowiek musi zmierzyć się z fundamentalnymi pytaniami. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Na kryzys można patrzeć jak na rzecz, przed którą należy uciekać, albo jak na dar od losu. Bo on jest darem, jeśli jesteśmy w stanie z niego skorzystać i zobaczyć go we właściwym świetle. Stara się nas zmienić, rozwinąć, poszerzyć. Podczas kryzysu środka życia człowiek staje przed fundamentalnymi pytaniami dotyczącymi ludzkiego życia.

Czym jest kryzys środka życia? To jeden z najważniejszych momentów ludzkiego życia i rozwoju. Są różne kryzysy, ale właśnie wokół tego znajduje się istota ludzkiej egzystencji. Jung mówił, że człowiek tak naprawdę rozwija się od tego kryzysu. Bo dopiero druga połowa życia przynosi istotne przyspieszenie procesów rozwojowych. Myślę, że to prawda. Wcześniej człowiek wypełnia zadania społeczne, osiąga pozycję zawodową, rodzinną. Od momentu kryzysu środka życia zaczyna się prawdziwy proces indywiduacji. Stąd ta ważność. Człowiek musi się zmierzyć z fundamentalnymi pytaniami, związanymi z ludzkim życiem. Czy można na nie uzyskać odpowiedzi, to jest już osobne pytanie. Bardziej może chodzi o odnalezienie radości w ich szukaniu. W jakim wieku spotyka ludzi?
U mężczyzn zwykle na poważnie między 45 a 50 rokiem życia, a u kobiet trochę później, bo po 50. Oczywiście, to bardzo indywidualne. To trochę jak z pytaniem, kiedy zaczyna się grypa - czy gdy zaczynamy kichać, czy dużo wcześniej.

Ile czasu trwa?
Zazwyczaj od momentu wystąpienia do końca życia. Ciężko zabrzmiało. To zależy, w jaki sposób spostrzegamy kryzys. Można patrzeć na niego jak na rzecz, przed którą należy uciekać, albo jak na dar od losu. Bo on jest darem, jeśli jesteśmy w stanie z niego skorzystać i zobaczyć go we właściwym świetle. Kryzys stara się nas zmienić, rozwinąć, poszerzyć.

Samo słowo „kryzys” brzmi poważnie. Bo jest ważne. Należy rozróżnić kryzys od konfliktu. Konflikt występuje wówczas, gdy wewnątrz nas ścierają się dwie wartości, natomiast kryzys jest wtedy, gdy mamy do czynienia z konfliktem razy sto. Już nie pojedyncza wartość zostaje zakwestionowana, ale cały system funkcjonowania człowieka. Kryzys środka życia jest dodatkowo trudny, bo dotyczy całości życia. Jego ciężkość bierze się stąd, że dotyczy fundamentalnej zmiany tożsamości. Jakie są symptomy kryzysu środka życia?
Bardzo różne. Wiele osób jest w kryzysie i o tym nie wie, bo na przykład wydaje im się, że mają depresję. Do najczęstszych symptomów należą: osłabienie energii życiowej, brak witalności, poczucie bezsensu, wszelkiego rodzaju lęki związane ze stratą, koszmarne sny, uaktywnienie się symptomów fizycznych. Biorą się one stąd, że dochodzimy do pewnego miejsca w życiu i nie wiemy, co dalej. Zarobiłem pierwszy milion, mam żonę pierwszą lub drugą, trójkę dorosłych dzieci. Albo: nie osiągnąłem żadnego znaczącego sukcesu w pracy i w życiu, z nikim się nie związałam, nie mam żadnej pasji. I co?

Strach przed powtarzalnością?
W znaczeniu poczucia jałowości tego wszystkiego, co mnie spotyka i co się może jeszcze zdarzyć. Z drugiej strony to takie miejsce w życiu, kiedy czuję że już pewnych rzeczy nie zrobię. Zaczynam myśleć, że są sprawy poza mną. Na przykład nie odwiedzę już różnych miejsc na świecie, albo nie będę już miała dzieci albo nowego, interesującego partnera. Zaczynam czuć swoje ograniczenia fizyczne i psychiczne. Coś mi ucieka, doświadczam tego że mój czas jest ograniczony. I to wywołuje u mnie panikę. Konfrontuje z faktem, że moje życie jest przemijalne. Jeżeli uświadamiam sobie, że czegoś nie zrobię, to zaczynam się zastanawiać czy to, co zrobiłem, jest fajne, dobre, wystarczające. Czy jest coś, co mi się nie udało. Nadchodzi moment rozrachunku. Musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, jak wyglądało nasze życie. Czy było sensowe, czy można było zrobić inaczej - a jeśli tak, to jak. Ze świadomością tego, że jest mało czasu i są małe szanse, żeby to naprawić. Bardzo trudne.

Czy pojawiają się też fizyczne symptomy?
Tak. Występują nawroty chorób lub pojawiają się nowe. Nasilają się też symptomy hipochondryczne. Człowiek zyskuje świadomość, że traci swoją fizyczną i intelektualną sprawność. Może pojawić się poczucie, że zaczynam się starzeć. Chociaż starzenie się jest uczuciem subiektywnym. Można mieć poczucie starzenia w wieku lat 30 i poczucie bycia młodym po siedemdziesiątce. „Starzenie się” jest określeniem, które oznacza początek rezygnacji z życia. Jeżeli zaczynam myśleć, że nic mnie nie czeka i się wycofuję - przechodzę w miejsce starości.

W jaki sposób próbujemy poradzić sobie z kryzysem środka życia?
Poziom zdrad małżeńskich według niektórych szacunków sięga 70 proc. i duża część z nich zdarza się w kryzysie środka życia. Ludzie wtedy sięgają po wszystkie uciechy świata - szybkie auta, motory, sporty ekstremalne. Albo medytują. Robią to, czego kiedyś sobie zabraniali. Może też być odwrotnie - usztywniają się w tym, co zrobili. Wbrew sobie przekonują się, że wszystko czego dokonali jest dobre, właściwie. Zaczynają „upewniać” siebie i innych, że ich dotychczasowy styl życia był tym jedynie słusznym. W takim momencie mogę na przykład stać się świętobliwym mężem lub szacowną matroną.

Ani jedna, ani druga postawa nie służy chyba rozwojowi?
Nie, bo jedna i druga omija to, o co chodzi w kryzysie. Czasem jednak tego rodzaju zachowania są koniecznym etapem, bez którego człowiek nie jest w stanie rozwijać się.

Dlaczego?
Użyję porównania - jak woda natrafia na dół, to żeby płynąć dalej, musi ten dół wypełnić do końca. Jeżeli zabraniałem sobie w życiu różnych rzeczy, to żebym mógł zmierzyć się z kwestiami, które czekają na mnie w drugiej połowie życia, muszę najpierw sięgnąć po to, czego nie doświadczyłem. Czasami, żeby przejść do zagadnień duchowych, muszę wysycić ziemską stronę. To jest pułapka, w którą wpadają ci, którzy swoje normalne, „ziemskie” trudności próbują rozwiązać poprzez szybkie wejście w medytację, duchowość. To się po prostu nie może udać. Bo rozwój zasadniczo musi być kolejnymi wypełniającymi się dołami. Oczywiście, każdy ma swoją drogę, ale nie ma drogi na skróty.

W kryzysie środka życia te doły są szczególnie trudne, tak?
W tym miejscu pojawia się znowu niebezpieczeństwo - jeżeli zacznę sobie brać te fajne rzeczy i na tym poprzestanę, będę je w sposób jałowy powielał, podczas kiedy powinienem pójść dalej.

Co to znaczy - pójść dalej? Zmierzyć się z pytaniami, które są fundamentalne - kim jestem, po co żyję, jaki jest mój stosunek do kosmosu czy też jakkolwiek pojmowanego Boga. To chyba nie jest łatwe zadanie?
To jest koszmarnie trudne zadanie.

Co zrobić, żeby to było łatwiejsze?
Podstawową rzeczą jest nasz stosunek do zjawiska, jakim jest kryzys. On próbuje nas zmusić, żebyśmy te rzeczy, które do tej pory marginalizowaliśmy, zintegrowali i włączyli w siebie. W momencie, kiedy to zrobimy, perspektywa z której patrzymy na życie i na śmierć, jest już inna. To trochę jak z wiedzą. Jeśli wiemy mało, różne rzeczy nas przerażają. Gdy wiemy więcej, dostrzegamy, że zjawiska są wieloznaczne, wielopłaszczyznowe - można na nie spojrzeć z kilku stron. To samo z nami - jeśli jesteśmy szeroką, rozwiniętą, zintegrowaną osobowością, życie ani śmierć zazwyczaj już nas tak nie przerażają. Czasem może też udać się nam odpowiedzieć na niektóre pytania, które zbliżają nas do odkrycia tajemnicy życia.

Ważna jest świadomość tej naszej wielopłaszczyznowości?
Świadomość, ale też coś więcej. Rozwój człowieka polega na tym, żeby nie tylko mieć świadomość tego, że mam w sobie wiele aspektów, ale żeby żyć tymi wszystkimi aspektami w każdej chwili.

Z jakimi pytaniami mierzy się człowiek w kryzysie środka życia?
Po pierwsze mierzy się z pytaniem czy to, co robiłem i robię, jest zgodne z moją ścieżką serca. Czy to jest to, co potrzebuję robić w życiu - czy jestem we właściwym związku, wykonuję właściwą pracę, żyję we właściwym miejscu. To są pytania o najważniejsze rzeczy dotyczące miejsca w życiu, w którym aktualnie jestem. A jeżeli nie jestem na ścieżce serca, to w jaki sposób mógłbym się na niej znaleźć. To podstawowe pytanie w tym momencie życia. A dalej to już tylko podążać za tym, w którą stronę moja ścieżka serca mnie prowadzi. Na niej znajdą się w którymś momencie inne fundamentalne pytania.

A jak ktoś sobie na te fundamentalne pytania nie odpowie, to co?
Nie wiem, czy w ogóle można sobie na nie odpowiedzieć, ale na dłuższą metę nie ma takiej możliwości, żeby je ominąć. Ale też nie chodzi tu o odpowiedzi werbalne. Nawiążę do psychologii zorientowanej na proces, metody w której pracuję i która jest współczesną wersją taoizmu. W taoizmie mówi się jasno że Tao, które można nazwać słowami, nie jest prawdziwym Tao. Można je doświadczać, można je czuć, ale nie można o nim mówić. Myślę, że tak samo jest z tymi najważniejszymi pytaniami - jeżeli zaczniemy o nich mówić, wpadamy w banał. Jaki jest sens życia? Każda odpowiedź na to pytanie będzie czystą bzdurą. Myślę natomiast, że przede wszystkim chodzi o to, żeby umieć odnaleźć radość z szukania tych odpowiedzi.

Co na to Jung?
Mówił, że kryzys środka życia to moment, w którym możliwości indywidualnej ludzkiej psychiki się wyczerpują. Mówiąc krótko - człowiek w swoim jednostkowym ludzkim wymiarze jest za głupi, żeby to rozwiązać. Pomóc mu może nieświadomość zbiorowa, czyli głęboko schowana skarbnica wiedzy, w której ukryte są podstawowe informacje o stosunkach między człowiekiem a Bogiem, kosmosem, uniwersum. Pytanie - jak tam dojść? Jeśli jestem tylko sam ze swoją indywidualną psychiką, mogę jedynie sięgnąć po rozwiązania powierzchniowe. Jung mówił, że niektórym ludziom zdarzają się dary od nieświadomości zbiorowej - to sny archetypowe. Taki sen nie ma żadnych jednostkowych odniesień - śnię i chociaż nie potrafię tego zrozumieć ani też odnieść do swojego życia, robi to na mnie ogromne wrażenie. Śnią się wtedy symbole ogólnoludzkie, ogólnopsychiczne. Nie każdemu, oczywiście, one się zdarzają, ale do nieświadomości zbiorowej można dojść też w inny sposób.

Jaki?
W psychologii zorientowanej na proces funkcjonuje pojęcie mitu życiowego. To główne zadanie naszego życia, oś, wokół której owija się większość naszych psychicznych problemów, linia rozwojowa, która nas prowadzi. O micie życiowym można myśleć jak o pewnej sztuce ze sobą na scenie. Sensowne rozwijanie mitu życiowego polega na odegraniu tej sztuki w różnych rolach. Wtedy poznaję historię z różnych stron - nie jestem cały czas na przykład w roli bohatera, ofiary czy ojca. Gdy wchodzę tylko w jedną rolę, oglądam sztukę z jednego punktu widzenia. W ten sposób niczego się w życiu nie nauczę, bo przez cały czas powielam to samo. Znając swój mit życiowy, człowiek jest w stanie łatwiej przejść kryzys środka życia, bo mit swoimi korzeniami sięga nieświadomości zbiorowej. Mit nadaje pewien indywidualny ton temu kryzysowi. Pokazuje pewne kierunki rozwiązań, które są tylko dla mnie. Bo każdy ma swój własny mit życiowy.

Tomasz Teodorczyk – współzałożyciel Akademii POP (www.akademiapop.org). Dyplomowany psychoterapeuta i nauczyciel pracy z procesem Research Society for Process Oriented Psychology w Zurichu, posiada Licencję Psychoterapeutyczną i Trenerską Polskiego Towarzystwa Psychologii Zorientowanej na Proces. Pracą z procesem zajmuje się od 1988r. Prowadzi psychoterapię indywidualną, warsztaty oraz szkolenia i superwizje. Tłumacz książek A. Mindella oraz autor artykułów o pracy z procesem. Współpracuje również z firmami przy rozwiązywaniu konfliktów.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Problemy psychiczne. Jak żyć z depresją, nerwicą, psychozą?

10 października obchodzimy Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Warto więc przyjrzeć się zagadnieniom związanym z psychiką, tym bardziej, że coraz więcej osób doświadcza zaburzeń na tym tle. (fot. iStock)
10 października obchodzimy Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Warto więc przyjrzeć się zagadnieniom związanym z psychiką, tym bardziej, że coraz więcej osób doświadcza zaburzeń na tym tle. (fot. iStock)
Depresja, psychoza czy nerwica nie muszą oznaczać rezygnacji z planów na przyszłość ani stygmatyzować. Problemy psychiczne przychodzą i mijają jak wiele innych chorób. O to, jak żyć z chorobą i mimo niej – Ewa Pągowska pyta psychiatrę, dr Joannę Krzyżanowską-Zbucką.

Kiedyś usłyszałam od internistki, że nie ma ludzi zdrowych, są tylko „niezdiagnozowani”. Jak to wygląda z perspektywy psychiatry? Kiedy byłam młodą lekarką, sądziłam, że świat da się podzielić na zdrowych i chorych psychicznie, ale im dłużej pracuję i im więcej widzę osób szukających pomocy, tym ta granica staje się mniej ostra. Rzadko jest tak, że ktoś kładzie się spać zdrowy, a budzi chory. To, co jest uznawane za chorobę czy zaburzenie psychiczne, zmienia się też w zależności od tego, jak szerokie są kryteria w aktualnie obowiązującej klasyfikacji chorób i zaburzeń psychicznych.

Mam wrażenie, że coraz więcej zachowań czy stanów uznaje się za objaw choroby lub zaburzenia psychicznego. Rzeczywiście obecnie mamy do czynienia z powszechną psychiatryzacją, więc np. osobie, która cierpi z powodu różnych problemów psychicznych, bo spotkało ją coś trudnego – straciła pracę lub kogoś bliskiego, stawia się rozpoznanie: „zaburzenia adaptacyjne” albo „depresja reaktywna”. Kiedyś nazwalibyśmy to „kryzysem życiowym”, a dziś ten kryzys ma swój numer w klasyfikacji chorób i zaburzeń psychicznych. Nie zawsze też objawy choroby psychicznej świadczą o tym, że tę chorobę mamy, np. jedna z moich pacjentek skarżyła się: „Pani doktor, chyba zwariowałam, w środku lata słyszę kolędy”. Okazało się jednak, że nie miała psychozy, tylko niedosłuch i tzw. omamy muzyczne. Każdy z nas ma czasem objawy lękowe czy depresyjne i w związku z tym może potrzebować pomocy psychologa lub psychiatry, ale to jeszcze nie znaczy, że jest chory psychicznie.

Ale jeśli już chorujemy psychicznie, to na co najczęściej? Statystyki pokazują, że poza uzależnieniami w populacji najczęściej występują zaburzenia depresyjne. Według niektórych doniesień 50 proc. kobiet przynajmniej raz w swoim życiu doświadczyło depresji, włączając w to zaburzenia okołoporodowe i menopauzalne. Moim zdaniem mamy do czynienia z nadrozpoznawalnością depresji.

Kryteria choroby są tak szerokie, że mieszczą w sobie i epizod depresyjny, który może być spowodowany kryzysem życiowym, pojawić się raz i nigdy nie wrócić, i depresję endogenną, czyli nawracającą chorobę uwarunkowaną biologicznie. Tymczasem są to zupełnie inne przypadki. Wrzucanie ich do jednego worka i mówienie o tym, że powinno się je tak samo leczyć farmakologicznie, budzi we mnie mieszane uczucia.

Sądzi pani, że bierzemy zbyt dużo leków? Mam poczucie, że nadmiernie skupiamy się na farmakologii. Oczywiście czasem leki są konieczne, sama często je przepisuję, ale myślę, że w wielu przypadkach można by było trochę oszczędniej nimi gospodarować. Zresztą one też mogą okazać się niewystarczające i powinno się je wspomóc innymi formami leczenia, np. psychoterapią, która pomaga zwłaszcza w przypadku zaburzeń depresyjnych, osobowości czy lękowych.

No właśnie. Podobno leki antydepresyjne bierze się m.in. po to, by być w stanie pracować nad sobą na terapii. To prawda, bo pacjent, który ma objawy, może mieć problem z dotarciem na terapię. Czasem dopiero gdy ustąpią, jest w stanie w niej uczestniczyć. Psychoterapia jest bardzo ważna, bo często człowiek z zaburzeniami depresyjnymi, który poczuł się lepiej po wzięciu leków, nie ma refleksji, że może coś w jego stylu życia czy postawie doprowadziło do kryzysu. Nie zastanawia się nad przyczynami, a jeśli nie próbuje niczego zmienić, kiedy w końcu odstawi leki, szybko wróci do punktu wyjścia.

O psychoterapii warto więc pomyśleć, nawet jeśli mamy depresję endogenną, w której biologia gra decydującą rolę? Tak, bo nawet wtedy możemy zrobić coś, by zmniejszyć ryzyko nawrotu choroby. Niestety, wiele osób nie wierzy w psychoterapię, a ona naprawdę działa. Są nawet badania, które pokazują, jak zmienia się mózg pod jej wpływem. Tylko oczywiście terapia musi być odpowiednio długa. Czasem słyszę od pacjentów: „Już przeszedłem terapię i nie zadziałała”, więc pytam, ile ona trwała, i kiedy słyszę „Byłem trzy razy”, odpowiadam, że to chyba nie była psychoterapia tylko porada. Niektórzy wręcz domagają się leków. Mówią: „A może pani doktor coś by mi wypisała, tak na wszelki wypadek, jakbym się zdenerwował”.

Ale słyszałam też historie pacjentów, którzy podchodzili z rezerwą do leków, a psychiatra nie tylko ich namawiał, ale wciąż zwiększał dawkę i dokładał nowe specyfiki. Dlatego, jeśli człowiek ma wątpliwości i obawy, powinien porozmawiać z lekarzem, a ten powinien znaleźć chwilę, by wszystko wyjaśnić i samemu się zastanowić, czy na pewno trzeba tyle leków wypisywać – na rano, żeby się chciało wstać, na wieczór, żeby się dobrze spało… Może warto poszukać lekarstwa, które rozwiąże oba problemy albo zamienić jeden preparat na metodę niefarmakologiczną. W wielu sytuacjach rzeczywiście nie obejdzie się bez leków, np. często trudno jest stosować monoterapię u osoby z zaburzeniem afektywnym dwubiegunowym.

Co to za choroba? To inaczej psychoza maniakalno-depresyjna. Zmieniono nazwę, by nie stygmatyzować pacjentów, bo wiadomo, jaki jest stosunek do osób, które mają psychozy. Budzą lęk. Podobnie jak nie mówimy już „nerwica” tylko „zaburzenia lękowe”. W przypadku schizofrenii nie mamy dobrego „zamiennika”, nazwa tej choroby straszy już od 100 lat, więc sądzę, że pora na zmianę, by ludzie nie wstydzili się tego rozpoznania i byli bardziej skłonni uwierzyć, że jakoś mogą sobie z tym poradzić.

Co jest ważne, by człowiek z chorobą psychiczną mógł wrócić do zdrowia i dobrze żyć? Przede wszystkim trzeba wziąć odpowiedzialność za swoje leczenie, a nie biernie poddawać się lekarzowi. On ma tylko pomagać, można z nim zawrzeć sojusz, by osiągnąć cel, jakim jest powrót do zdrowia, ale to nie znaczy, że trzeba go ślepo słuchać, bo on czasem też może się mylić. Pacjent ma więc prawo dyskutować z lekarzem i, jeśli nie ma do niego zaufania, poszukać innego specjalisty. Dobrze, by chory uświadomił sobie, że ma wpływ na przebieg choroby – może brać leki lub nie, podejmować działania, które będą narażać go na nawrót i ponosić jego konsekwencje lub tego ryzyka unikać…

Czego dokładnie powinien się wystrzegać? To kwestia indywidualna. Na Oddziale Zapobiegania Nawrotom Instytutu Psychiatrii i Neurologii pracujemy z pacjentami nad stworzeniem „systemu wczesnego ostrzegania”. Najpierw zastanawiamy się nad tym, co u danej osoby może być zwiastunem choroby. Oczywiście jeśli ktoś ma już za sobą dwa epizody, to łatwiej dostrzec jakąś prawidłowość, np. że za każdym razem tuż przed pojawieniem się objawów choroby miał problemy ze snem, palił więcej czy częściej się modlił, ale nawet jeśli ktoś miał jeden epizod, to też można wyciągnąć jakieś wnioski. Potem pacjent wie, że kiedy zauważy już u siebie te zwiastuny, powinien reagować, czyli np. zgłosić się do lekarza. Ważne jest też określenie, w jakim czasie trzeba zgłosić się po pomoc. Niektórzy mogą poczekać trzy tygodnie na wizytę, a inni maksymalnie trzy dni. Oczywiście trzeba swojego lekarza poinformować o tych zwiastunach, żeby ich nie bagatelizował, bo niektórym pacjentom dwie nieprzespane noce nie zaszkodzą, a inni trzecią noc spędzą już w szpitalu. Potem trzeba zastanowić się nad czynnikami ryzyka, czyli tym wszystkim, co może doprowadzić do nawrotu choroby.

Podobno na czele listy jest alkohol. Rzeczywiście alkohol, marihuana czy inne substancje psychoaktywne są istotnymi czynnikami ryzyka nawrotu zaburzeń psychicznych. U wielu osób jest nim także stres, ale trzeba pamiętać, że nie każdego to samo i w takim samym stopniu stresuje. Miałam pacjenta, u którego następowało pogorszenie zawsze wtedy, gdy chorował ktoś z rodziny, i pacjentkę, dla której niebezpieczne były wyjazdy zagraniczne, bo kiedy ludzie zaczynali mówić w obcym języku, szybko dochodziła do wniosku, że ją obgadują. Ale ponieważ lubiła podróże, musiałyśmy opracować taką strategię, by wyjazd z kraju nie prowadził do nawrotu choroby. Częstym czynnikiem ryzyka jest też odstawienie leków, zwłaszcza nagłe, co w przypadku przewlekłej choroby zwykle prowadzi do zaostrzenia.

Czy to znaczy, że niektórzy muszą brać leki do końca życia? Tak bywa i wiem, że dla części pacjentów jest to trudne do zaakceptowania. Dlatego niektórzy psychiatrzy namawiają do przyjmowania leków, porównując to do brania insuliny przez chorych na cukrzycę. Myślę jednak, że lepszą analogią są środki antykoncepcyjne – bierze się je nie z powodu choroby, tylko profilaktycznie. Tak samo mogą myśleć osoby z doświadczeniem choroby psychicznej – teraz jestem zdrowy, ale zachorowałem raz i drugi, więc biorę leki, by nie zachorować po raz trzeci. Weźmy pacjentów ze schizofrenią – wbrew stereotypom większość nie ma objawów cały czas. Zdarza się, że przez całe życie mają tylko jeden epizod choroby. Mogą normalnie pracować i funkcjonować społecznie. Tymczasem osoby ze schizofrenią są stygmatyzowane. Co ważne, nie tylko spotykają się z dyskryminacją społeczną, ale też sami siebie uważają za wybrakowanych, wstydzą się choroby, nie przyznają do tego, że byli w szpitalu psychiatrycznym tylko mówią na przykład, że wrócili z sanatorium.

A jednak pojawiają się osoby, które mówią o swojej chorobie psychicznej publicznie, np. w ramach akcji społecznych. Tak. Na szczęście zaczyna się tworzyć ruch osób, które przeszły różne kryzysy zdrowotne. Ci ludzie mówią otwarcie o tym, co ich spotkało, przekonują, że choroba psychiczna nie musi degradować człowieka. Przyznają, że wprawdzie można przez nią okresowo wypaść z życia, ale potem się zdrowieje i człowiek może robić to, co sobie zaplanował. Oczywiście wiele zależy od tego, jak się pacjent do choroby „ustawi”. Czy stwierdzi, że to koniec – i wtedy rzeczywiście nic tylko na rentę przejść – czy się nie podda i uruchomi swoje wewnętrzne zasoby. Zwykle bowiem, mimo choroby, zachowujemy swoje zdolności i kompetencje. Czasem przestajemy wierzyć, że je mamy. Dlatego warto szukać pomocy wśród osób z doświadczeniem choroby psychicznej, gotowych wesprzeć tych chorujących, którzy są na początku drogi do zdrowia.

Dr Joanna Krzyżanowska-Zbucka: psychiatra, ordynator Oddziału Zapobiegania Nawrotom Instytutu Psychiatrii i Neurologii. Jest członkinią Zarządu Fundacji eFkropka, która zajmuje się zapobieganiem wykluczeniu społecznemu osób z doświadczeniem choroby psychicznej.

Jak żyć z problemami psychicznymi? (fot. iStock) Jak żyć z problemami psychicznymi? (fot. iStock)

4 powody, dla których warto rozważyć wizytę u psychiatry

  •  Cierpienie, z którym sobie nie radzisz. Jeśli jesteś pogrążony w smutku od dłuższego czasu, nic cię nie cieszy i z trudem rozpoczynasz kolejny dzień, nie warto zwlekać z wizytą.
  •  Skierowanie od innego lekarza, np. internisty, neurologa czy dermatologa. Na pewno nie warto się oburzać. Wiele chorób somatycznych, np. choroby skóry, ma swoje podłoże w psychice i czasem zadowalające efekty daje dopiero połączenie wiedzy z kilku dziedzin.
  •  Pogorszenie codziennego funkcjonowania. Jeśli problemy z koncentracją, nadmierna nerwowość, rozkojarzenie czy jakikolwiek inny objaw związany ze sferą psychiczną rodzi problemy, np. coraz częściej dochodzi do awantur w domu, dobrze jest porozmawiać o tym z lekarzem psychiatrą.
  • Namowy bliskich osób. Rady przyjaciół czy rodziny, by wybrać się do psychiatry, są zwykle najtrudniejsze do przełknięcia. Jeśli jednak radzą osoby, które zawsze były życzliwe i wspierające, warto ich posłuchać. Nawet jeśli nie do końca wierzysz, że wizyta u psychiatry ma sens.
 

  1. Psychologia

Jak wyleczyć się z traumy?

Trauma szokowa jest wynikiem przeżyć, na które składają się trzy czynniki: za dużo, za szybko i za nagle. (Fot. iStock)
Trauma szokowa jest wynikiem przeżyć, na które składają się trzy czynniki: za dużo, za szybko i za nagle. (Fot. iStock)
Zdaniem dr. Petera A. Levine’a, trauma nie zawsze jest wynikiem wielkiej katastrofy. Może doprowadzić do niej seria pozornie małych niepowodzeń. I choć mózg już o nich dawno zapomniał, to ciało magazynuje trudne doświadczenia. O Somatic Experiencing, metodzie pracy z traumą poprzez ciało, opowiada psychoterapeutka Dorota Hołówka.

Metoda leczenia z traumy Somatic Experiencing wydaje się bardzo nowatorska. Jej autor, dr Peter A. Levine, uważa, że człowiek rodzi się ze zdolnością do przezwyciężania traumy.
Somatic Experiencing (SE), metoda, którą do Polski wprowadził Instytut Terapii Psychosomatycznej, zajmuje się głównie traumą szokową, czyli przeżyciami, na które składają się trzy czynniki: za dużo, za szybko i za nagle. W takich sytuacjach układ nerwowy nie jest w stanie zintegrować tego, czego człowiek doświadcza na poziomie emocjonalnym. Przykładem może być wypadek samochodowy, w którym ginie bliska osoba. Organizm, żeby móc przetrwać i ochronić się przed odczuwaniem cierpienia, wchodzi w fazę ucieczki albo zamarcia.

Doktor Levine obserwował zwierzęta i zauważył, że gdy przetrwają zagrożenie, zaczynają mocno drżeć. W ten sposób wyładowują napięcie mięśniowe, pojawiające się wskutek silnego stresu, a ich układ nerwowy sam się reguluje i trauma znika. U ludzi nie jest to takie proste. Długo rozpamiętujemy trudne sytuacje, zaczynamy fantazjować, tworzyć czarne myśli i ciągle dostarczamy układowi nerwowemu informację, że nie jest bezpiecznie. Często myślimy, że skoro potrafimy opowiadać o bolesnym wydarzeniu, znaczy, że się go pozbyliśmy. Nic bardziej mylnego – mówi nasze ciało, które je przechowuje. Mogą to być ramiona, brzuch, kark, stopy czy dłonie. Są osoby, które budzą się z rękami poranionymi od zaciskania pięści. To, w którym miejscu w ciele zapisuje się trauma, zależy od naszej fizjologii i rodzaju przeżycia. Jeżeli źródłem traumy jest doświadczenie związane z seksualnością, może to być miednica. Tam zamraża się historia. Uwalniamy się od traumy, kiedy bez problemu możemy o niej opowiedzieć i jednocześnie odczuwać swoje ciało, jednak z moich obserwacji wynika, że zazwyczaj tracimy zainteresowanie tą historią.

Czyli rozum stara się przechytrzyć nasze ciało. Jak Somatic Experiencing pomaga uleczyć traumę, którą zamrażamy w ciele?
Terapeuta rozmawia z klientem o tym, co się wydarzyło tuż przed traumatycznym doświadczeniem i zaraz po nim, a nie o samej traumie. Z uwagą i delikatnością pyta, co się w tym czasie dzieje w jego ciele. Peter A. Levine uczy terapeutów, by zauważali moment, w którym klient za bardzo zbliża się do traumatycznego przeżycia. Wtedy należy sięgnąć do zasobów klienta zebranych podczas wcześniejszych sesji. W ten sposób osoba w traumie zaczyna wracać pamięcią i ciałem do chwil sprzed zagrożenia i regulować swoje reakcje w ciele.

Czym są te zasoby klienta?
W czasie pierwszych sesji terapeuta dowiaduje się, co daje klientowi poczucie stabilności w ciele. Pyta: co sprawia, że czujesz się komfortowo, jak to rozpoznajesz? Jakie masz pierwsze skojarzenie z przyjemnością? Może to być sposób siedzenia. Strategiczną postawą, nad którą się pracuje, są dobrze osadzone na podłodze nogi i oparcie pod plecami. Wracając do tej pozycji, osoba w traumie czuje, że się nie przewróci, czuje się bezpiecznie. Jednak nie możemy niczego zakładać – to klient sam dla siebie ma odnaleźć poczucie stabilności. Zasobami są również obrazy, np. plaża, góra, otwarta przestrzeń czy kolory, zapachy, dotyk, dźwięki. Klient zauważa: „O, wstrzymałem oddech, co będzie, jak zacznę swobodnie oddychać?”. I wtedy może przyjść mu na myśl jakiś obraz. Układ nerwowy zaczyna sam się regulować.

Czasem trudno rozpoznać i nazwać odczucia w ciele.
Tak, dlatego to długi proces. Jako terapeutka nie mogę pospieszać, oceniać, podpowiadać, bo wiem lepiej. Ważny tu jest szacunek i zaufanie do klienta. W końcu sam zaczyna mówić, że odczuwa lekkie napięcie, że ma spłycony oddech i uczy się rozluźniać. Zauważa, że jeśli w tym momencie skupia się na oddechu, oddech się wydłuża i zaczyna ufać ciału. Często w przypadku traumy ciało jest dla nas piekłem. Nie chcemy poczuć smutku, tłumacząc sobie, że to oznaka słabości i trzeba go stłumić, a okazuje się, że tak naprawdę za smutkiem kryje się wielka rozpacz, przerażenie, których się boimy. Ze strachu, że się rozpadniemy, nie dopuszczamy do siebie tego przerażenia. Trzymamy je w ciele i blokujemy. Na prośbę: „Spróbuj to poczuć”, często słyszę od klienta: „Nie chcę, bo się rozpadnę”. Ciało wysyła sygnał: „Nie przeżyjesz tego”. Wtedy cofamy się i łapiemy moment tuż sprzed tego smutku. I tak zaczyna się nauka, jak wchodzić w stan równowagi, korzystając z własnych zasobów.

No dobrze, w czasie sesji w obecności terapeuty osoba w traumie zaczyna się dobrze czuć, potrafi nazwać odczucia w ciele, przywołać dobre skojarzenie, wyregulować układ nerwowy. Ale co dzieje się po wyjściu z gabinetu, po skończeniu terapii? W dalszym życiu? Czy SE jest skuteczne długoterminowo?
Tak. Terapia kończy się dopiero, gdy klient wyjdzie całkowicie z traumy. Sesje Levine’a z żołnierzami są najlepszym tego dowodem. Żołnierze uwalniali się od tików, które pojawiły się na skutek doświadczenia np. huku bomb. W tej metodzie najważniejsze jest, że terapeuta tylko zadaje pytania, a klient sam uczy się, jak może sobie pomóc. Gdy wyjdzie na zewnątrz, nie zapomni tego, bo sam do tego doszedł, sam się rozluźnił, skorzystał z oparcia czy przywołał wspierający obraz. Terapeuta dodatkowo wzmacnia tę naukę. Zatrzymuje się na momentach rozluźnienia i dopytuje. Przepracowujemy te momenty jakby w zwolnionym tempie. Obserwujemy wspólnie, że ciało inaczej reaguje w chwili zagrożenia. Nie wpada już tak łatwo w panikę, bo mimowolnie czerpie z tych zasobów, których wcześniej nie było świadome.

Na przykład?
Kiedy widzę wypadek, roztrzaskany samochód, krew, pogotowie, słyszę wycie syreny – moje ciało ma już utrwalone obrazy i skojarzenia, które nie pozwolą mi wpaść w panikę i wrócić do mojej historii. Już mam przepracowaną traumę na wszystkich poziomach i na to miejsce pojawia się skojarzenie, które wypracowałam – ten obraz czy dźwięk mnie reguluje. Ciało zaczyna odwracać proces, a ja pozostaję w równowadze.

Czy Somatic Experiencing jest metodą stosowaną w szpitalach? Czy idzie w parze z terapiami farmakologicznymi?
Niestety, nie idzie w parze, bo zazwyczaj lekarze są zamknięci na takie metody. Moje koleżanki psycholożki pracujące w szpitalach są osamotnione w działaniu, bo nikt nie traktuje poważnie metod, które stosują. A ci lekarze, którzy poza farmakologią chcieliby wprowadzać inne formy terapii czy badać ich skuteczność, muszą to robić, mówiąc kolokwialnie, „poza protokołem”. Inaczej wygląda to np. w krajach skandynawskich czy w Izraelu, gdzie nawet dofinansowuje się szkolenia w zakresie SE.

Mam wrażenie, że ci, którzy potrzebują pomocy w leczeniu traumy, nie są świadomi, że takie metody jak Somatic Experiencing istnieją i są skuteczne. Jeżeli mamy w swoim otoczeniu osobę, która nie potrafi poradzić sobie z jakimś doświadczeniem, jak możemy namówić ją na pomoc? Nie zrazić, ale nakłonić?
Najpierw proponuję przyjrzeć się sobie: dlaczego ja chcę tej osobie pomóc? To jest niezwykła praca indywidualna. Co takiego we mnie się dzieje, że nie potrafię udźwignąć tego, że ktoś przeżywa traumę? I nie zabrzmi to może naukowo, ale magiczne jest, że jeśli przepracuję niepokój o tę osobę, zwłaszcza gdy dotyczy kogoś bliskiego, np. dziecka, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności nagle ta osoba zaczyna czuć się lepiej. Warto siebie pytać, co się ze mną dzieje, gdy się martwię o kogoś. To bardzo nas uwalnia, stajemy się odpowiedzialni za nasze relacje. Inny sposób to zapytać tę osobę, czy chce sobie pomóc i uszanować jej odpowiedź, jeśli usłyszymy: nie. Może nie jest gotowa. Nie zakładajmy, że jeśli u kogoś dzieje się coś złego, to potrzebuje pomocy w tym momencie. To naturalne, że chcemy, by bliscy czuli się szczęśliwi. To jest jak z zamartwianiem się. Sama bardzo martwiłam się o bliskich. Zaczęłam się więc temu mechanizmowi przyglądać. Często martwiąc się o kogoś, osłabiamy tę osobę. Stawiamy się w pozycji, że jesteśmy lepsi. Martwię się, czyli uważam, że on jest słaby, że sobie nie da rady. A potem okazuje się, że ten ktoś jest bardzo silny i zaradny. Warto odpowiedzieć sobie na pytanie, czy nasze myślenie wzmacnia osobę, której chcemy pomóc. Prosty przykład: czy jako dziecko lubiłam, kiedy rodzice martwili się o mnie? Gdy pytali: „Dlaczego nie zjadłaś śniadania? Co zrobisz, gdy ci nie pójdzie na spotkaniu?” – jaką wywoływało to reakcję? Raczej taką: „Mamo, uwierz we mnie trochę. Nic mi nie jest, nie jestem głodna. Dam radę”. Nawet jeśli nie komunikujemy bliskiej osobie, że się o nią martwimy, ale tak myślimy, ona to odczuwa i to ją osłabia. Lepiej pomyśleć: co silnego w niej widzę? Ile razy już w życiu sobie poradziła? Zracjonalizowanie, dlaczego chcę pomóc czy dlaczego się martwię, bardziej pomaga niż samo pomaganie. Dopóki nie zobaczę w drugiej osobie potencjału i siły do zmiany, dopóty w żaden sposób jej nie pomogę. To dotyczy wszystkich relacji, również relacji: terapeuta – klient. Jeśli jest to dla mnie trudne, to należy zastąpić chęć pomagania pracą nad sobą.

Dorota Hołówka psycholożka, psychoterapeutka, założycielka Stowarzyszenia Nowa Psychologia. Pracuje m.in. metodą Somatic Experiencing. Twórczyni autorskiego programu pracy z ciałem. Prowadzi cykliczne sesje i warsztaty skupiające się m.in. na uzdrawianiu lęków. 

Tekst pochodzi z archiwalnego wydania magazynu "Sens"

  1. Psychologia

Obojętność w związku - sygnał, że relacja musi się zmienić albo zakończyć

Z obojętności można wydostać się w jeden sposób - pracując nad związkiem. (Ilustracja: iStock)
Z obojętności można wydostać się w jeden sposób - pracując nad związkiem. (Ilustracja: iStock)
Może doprowadzić do tego, że zaczynamy obwiniać drugą stronę o to, że wspólne życie nam nie wychodzi. Istota sprawy tkwi jednak w tym, aby zauważyć, że działamy razem i że razem musimy przezwyciężyć ten kryzys – że oboje musimy dać coś od siebie… albo oboje nawzajem się zrozumieć i odpuścić. - Obojętność partnera w związku bywa bolesna, ale jest oznaką zmiany - podkreśla psychoterapeuta Tomasz Teodorczyk. 

O obojętności w związku można przeczytać same niepokojące rzeczy – że oznacza ona pustkę, że jest zapowiedzią rychłego rozstania. Skąd między ludźmi, którzy byli sobie bliscy, bierze się obojętność?
W psychologii zorientowanej na proces o tym, co się dzieje w związku, mówi się w kategorii jasnych i ciemnych snów. Jasne sny ma każdy człowiek - są to wyobrażenia na temat idealnego partnera czy partnerki, nasze najgłębsze duchowe pragnienia i tęsknoty z tym związane. Jest to dość niespójny kawałek, bo mieszczą się tu i przekonania na temat związku, które wynosimy z domu, i wyobrażenia medialne - od spraw głębokich po bardzo płytkie. Z jasnymi snami jest kłopot, bo są one w dużej mierze nieświadome.

A ciemne sny?
To suma naszych rozczarowań relacyjnych. Reakcji, które zachodzą, kiedy tęsknoty jasnych snów nie zostają zaspokojone. Żeby lepiej sobie to wyobrazić, punkt jasnych snów połączmy linią z punktem snów ciemnych - jakby "łukiem tęczy". W momencie kiedy poznajemy partnera, zaczynamy iść w stronę jasnych snów. Myślimy sobie wówczas - to jest dokładnie ten mężczyzna, o nim marzyłam, on spełni moje najskrytsze pragnienia, będziemy żyć szczęśliwie. Śnimy o tym, aż wreszcie dochodzimy do jakiegoś punktu na linii i widzimy, że nasz wymarzony mężczyzna nie jest na przykład tak czuły, rozumiejący czy mądry. Zwykle zatrzymujemy się w jakimś miejscu na tej linii, bo nikt nie jest w stanie w pełni odpowiedzieć na nasze oczekiwania. Kończy się czas zakochania, fascynacji i wtedy dostajemy komendę „w tył zwrot” i zaczynamy podążać w kierunku ciemnych snów. Pojawiają się takie myśli jak: wszyscy mężczyźni to dranie, lepiej już żyć samej, mam go dosyć, trzeba się z nim rozstać, bo jest beznadziejny.

Gdy podążamy w kierunku ciemnych snów, widzimy partnera w gorszym świetle niż jest on w rzeczywistości?
Tak. W fazie jasnych snów widzimy go przez różowe okulary, w ciemnych snach - przez czarne. Ale gdy zbliżamy się do ciemnych snów, dochodzimy do wniosku że ten nasz partner nie jest znowu aż taki zły i znowu zaczynamy śnić swoje jasne sny. Kursujemy po takim jakby łuku. Kłopot polega na tym, że jak się już chodzi wiele razy tą drogą, odcinek między jasnym a ciemnym snem skraca się. Wahnięcia stają się częstsze. Raz myślę sobie - jest fajnie, a zaraz potem - jest fatalnie. Jest to pewnego rodzaju pułapka, ponieważ w tym miejscu nie jesteśmy w stanie ani zawalczyć o swoje marzenia oraz tęsknoty, ani nie możemy się rozstać. Zazwyczaj dzieje się tak, że nie możemy dojść do punktu końcowego ciemnych snów, bo hamują nas okoliczności: dzieci, mieszkanie, lęk przed samotnością. A na walkę o marzenia nie mamy siły, energii. Im mniejszy jest odstęp między jasnymi i ciemnymi snami, człowiek popada w pewien rodzaj rezygnacji - jest to właśnie obojętność.

Czym jest obojętność?
Są dwa rodzaje obojętności - napięta i bezwładna, którą można określić jako stan łagodnej, chronicznej depresji. Wcześniej pojawia się obojętność napięta. Myślimy sobie wówczas, że już trochę nie chce się nam być w naszym związku, ale biegun ściągający nas w sferę jasnych snów jest jeszcze mocny. Wtedy mogę zwrócić uwagę na inną kobietę lub mężczyznę. To mi może wyciąć kawałek zainteresowania partnerką czy partnerem, ale jest jeszcze ukryta energia, która będzie dążyła do utrzymania związku. W tej fazie są jeszcze momenty, kiedy wydaje nam się że wszystko dobrze się układa - wyjedziemy gdzieś razem w fajne miejsce, pójdziemy na kolację do restauracji. Ale zaraz potem znów czujemy, że ona lub on już mnie nie obchodzi.

Czy w fazie obojętności napiętej chcemy ukarać partnera za to, że nie spełnił naszych oczekiwań i tęsknot?
Tak - ukarać, sprowokować, zamanifestować. Gdzieś jest jeszcze w nas nadzieja, że możemy poruszyć tę drugą stronę, że jesteśmy w stanie sprawić, że ona mimo wszystko okaże zdolna do wypełnienia tych wszystkich pięknych rzeczy, które sobie założyliśmy na początku związku. Pod spodem obojętności jest nadzieja, że partner czy partnerka okaże się jednak tą wymarzoną osobą.

A co się z nami dzieje w fazie obojętności, którą nazwałeś stanem łagodnej, chronicznej depresji?
Już nie mamy nadziei, że coś dobrego może wydarzyć się w związku. Nie czujemy żadnej mocy sprawczej. Wydaje nam się, że nic się nie zmieni, ale też nie jesteśmy w stanie z tego związku zrezygnować. Co więcej - nie wierzymy że znajdziemy sobie innego partnera, że kiedykolwiek ułożymy sobie życie. Tutaj zaczyna się depresja. W tym miejscu znajdują się te wszystkie poglądy, które mają uprawomocnić przekonania, że życie nie ma sensu, że nie ma miłości na świecie. Jak się głębiej porozmawia z ludźmi w tym stanie, to mówią oni o swoich fantazjach na temat śmierci partnera lub własnej. To się jawi jako jedyne rozwiązanie, uwolnienie z tej sytuacji, bo sami nie mogą nic z nią zrobić. W długoterminowych związkach łączą się z tym stanem różnego kryzysy, na przykład kryzys wieku średniego.

Stan obojętności napiętej może przejść w obojętność bezwolną, tak?
Tak, jeśli się z nią nic nie robi.

A jeśli już jest, jak się z tej obojętności wydostać?
Można w jeden sposób - pracując nad związkiem. Dbając o niego, można sprawić że krzywa opadania temperatury uczuć będzie mniejsza. W naszej kulturze związek zaczyna się jak gdyby od wrzenia, od 100 stopni, potem temperatura spada. Jeżeli spowodujemy, że opadnie łagodnie i zatrzyma się w miejscu, które nas satysfakcjonuje, prawdopodobnie przeżyjemy razem wiele szczęśliwych lat w dobrym zdrowiu na poziomie jasnych snów.

Brzmi trochę jak bajka.
Wszyscy jesteśmy we władaniu takiego przekonania, że od życia nie można specjalnie wiele oczekiwać. Nie ma cudów - miesiąc miodowy się skończył, można liczyć że co najwyżej będzie jakoś w miarę sensownie. Jeżeli byśmy zmienili nasze podejście i byli przekonani, że można oczekiwać od związku, który trwa lata, gorącej temperatury, dużo by to zmieniło. Zostawmy jednak maksymalne rejestry, pomyślmy jak zadbać żeby amplituda naszych uczuć nie opadała za szybko, żeby w związek nie wkradła się obojętność?

Jak to zrobić?
Z tym jest różnie. Są ludzie, którzy potrzebują dbać o swój związek, rozbudowując sferę domową, bo to jest to, na czym im zależy. A są takie pary, dla których pielęgnowanie będzie polegało na tym, żeby jeździć po świecie, wieść życie towarzyskie, angażować się w działalność społeczną, kulturalną, artystyczną. Każdy związek ma swoją unikalną formułę, w psychologii procesu nazywamy to mitem relacyjnym. Zadbanie o związek jest możliwe i można sprawić, żeby nie wpaść w pułapkę obojętności. To jest profilaktyka.

Zwykle zaniedbujemy wszelką profilaktykę.
Tak. I budzimy się w fazie obojętności. W tym miejscu należy uświadomić sobie, że mamy kryzys relacyjny. Nie ma co się łudzić, że sam przejdzie. Obojętność jest jednym z pewnych symptomów kryzysu. Jeśli potraktujemy kryzys jako wyzwanie i informację, że ze związkiem coś trzeba zrobić, zaczynamy szukać rozwiązań.

Jakich?
Kryzys to jest szczególne i trudne miejsce zarówno w życiu relacyjnym, jak i w życiu człowieka. Jest sygnałem na to, że system w którym jesteśmy, doszedł do kresu możliwości w danej formule. Konieczna jest jego transformacja. Coś musi się zmienić. Może za bardzo poświęcamy się pracy, domowi albo dzieciom?

Równowaga została zachwiana?
Tak. Ten system stał się sztywny, nie reaguje elastycznie. Bo zmieniły się potrzeby między nami, a my cały czas działamy tak jak kiedyś.

O czyje potrzeby chodzi - o własne czy partnera?
Różnie. Załóżmy, że jestem człowiekiem wychowanym w dość konserwatywnym duchu - jestem dość spokojny, grzeczny, układny, odpowiedzialny, solidny. Mam w sobie stronę bardziej szaloną, ale ona nigdy nie była wspierana ani przez moich rodziców, ani świat dookoła mnie. Wyrosłem na poprawnego faceta, chodzę do pracy, mam dzieci i do tego wszystkiego mam żonę, która wspiera ten mój styl funkcjonowania. Załóżmy, że w pewnym czasie zaczynam czuć presję upływającego czasu i myślę sobie, że może warto byłoby sięgnąć po inny kawałek życia i zaczyna mi się marzyć podróż dookoła świata. Zmieniły się moje potrzeby. A moja żona może wcale nie chcieć wspierać tych moich nowych dążeń. Ona może działać tak, jakby była z człowiekiem, z którym brała ślub, podczas gdy ja już jestem innym facetem.

Żeby była szansa na zmianę związku, to żona powinna podążyć za zmianą, która dokonała się w mężu?
Jesteśmy w momencie kryzysu, który jest sygnałem, że związek musi się transformować albo zakończyć. To jest ten moment dojścia do granic możliwości modelu, który zbudowaliśmy. Jeśli związek zdolny jest do zmiany, to warto nad nią pracować. Wtedy relacja ma szansę jeszcze przetrwać.

Szansa powodzenia jest wówczas, jeśli obie strony chcą zmiany?
Tak, inaczej nic z tego nie będzie. Jeżeli jedna strona naciska na zmianę, to druga albo też jej dokonuje, albo zdecydowanie się temu przeciwstawia. Jeśli mamy do czynienia z drugim wariantem albo musimy się rozstać, albo wpadamy w łagodną depresję. Albo żona powie: „Świetnie, ruszamy na wyprawę dookoła świata.” albo „Zgłupiałeś!”. Albo się rozstaniemy, albo obsuniemy się w depresję i będziemy się obwiniać. Ja za to, że ona mnie nie wspiera w moich nowych potrzebach, ona mnie za to, że jej się wydawało że ja jestem inny, niż jestem.

Czasami jest tak, że sami potrzebujemy tej zmiany, ale wymagamy jej od partnera.
Wszyscy ludzie są w tym miejscu tacy sami. Chcemy, żeby zmiana została przeprowadzona nie przez nas, tylko przez naszych partnerów. Chcielibyśmy, żeby oni zrobili tę robotę za nas. Zanim uświadomię sobie, że chcę się wybrać na koniec świata, będę zarzucał żonie że jest nudna.

I zwykle jest tak, że zaczynamy od żali, pretensji, czasem od dawna niewypowiedzianych?
Tak, jeżeli wytykamy coś partnerowi, sprawa dotyczy tego że potrzebuję zadbać o siebie w tej sferze. To ja potrzebuję zmiany, a druga strona pójdzie za tym, albo nie.

Zdarza się tak, że nie zawsze związek, który znalazł się w fazie obojętności, można uratować.
Istotą sprawy nie jest to, żeby związek ratować. Ostatnio przeczytałem mądre zdanie w książce dla lekarzy: „Lecz chorobę, ale umierającemu duchowi daj spokojnie odejść”. Trzeba zobaczyć co z tym naszym duchem.

Jak?
W momencie, kiedy jesteśmy rzucani od jasnych snów do ciemnych, zwykle do tego potrzebny jest ktoś z zewnątrz.

Jako terapeuta pewnie to widzisz?
Zwykle widzę sygnały, że duch związku umiera. Gdy podczas pracy terapeutycznej kieruję klienta to w stronę jasnych snów, to w stronę ciemnych, obserwuję dokąd bardziej zmierza. Wtedy, w zależności od tendencji, która jest silniejsza, można albo mocniej zawalczyć o swoje marzenia, albo uścisnąć sobie dłonie i powiedzieć „cześć”. Jest jeszcze druga możliwość wyjścia z tej pułapki. Można uruchomić takie miejsce, które nazywamy brakiem snu. Chodzi o to, żebym był w stanie spojrzeć na partnera ani przez różowe, ani przez czarne - tylko bez okularów. Wtedy mam szansę zobaczyć kim ona lub on naprawdę jest. Że nie jest ani aniołem, ani diabłem, tylko człowiekiem o takich i takich cechach. Wówczas łatwiej można podjąć decyzję, czy chcę nadal z kimś takim żyć, czy nie.

Jak możemy pomóc sobie w decyzji o rozstaniu?
Rozstanie nie jest niczym strasznym. Jest takim samym zjawiskiem jak każde inne. Chodzi o to w jaki sposób się rozstajemy. Dobrze byłoby zobaczyć, co w naszym związku było wartościowe, czego się nauczyliśmy, podziękować sobie. Zrobić podsumowanie.

Tomasz Teodorczyk - współzałożyciel Akademii POP, dyplomowany psychoterapeuta i nauczyciel pracy z procesem Research Society for Process Oriented Psychology w Zurichu, posiada Licencję Psychoterapeutyczną i Trenerską Polskiego Towarzystwa Psychologii Zorientowanej na Proces. Pracą z procesem zajmuje się od 1988 r. Prowadzi psychoterapię indywidualną, warsztaty oraz szkolenia i superwizje. 

  1. Psychologia

Kryzys wieku średniego u mężczyzn – na czym polega? Rozmowa z psychoterapeutą Benedyktem Peczko

Druga połowa życia mężczyzny domaga się głębszych i bardziej sensownych działań. (Fot. iStock)
Druga połowa życia mężczyzny domaga się głębszych i bardziej sensownych działań. (Fot. iStock)
Co mam do zrobienia, a nie tylko do… zarobienia? Druga połowa życia domaga się głębszych, bardziej sensownych i bardziej spełniających nas działań – uważa psychoterapeuta Benedykt Peczko.

W okolicach czterdziestki coś się zmienia: on traci napęd, robi się niespokojny, już nie tak chętnie podejmuje nowe działania, zamyśla się, ulega stanom depresyjnym. Carl Gustav Jung nazwał ten czas kryzysem połowy życia. Puka cień, a mężczyzna nie wie, co się dzieje. Nie wie, jak dokonać przejścia w drugą połowę życia.
Za czasów Junga ten kryzys przydarzał się mężczyznom około czterdziestki. Teraz znacznie wcześniej – już 35-latkowie, a nawet 32-latkowie zgłaszają te objawy. Przyczyną jest, oczywiście, tempo współczesnego życia, nieznane naszym rodzicom czy dziadkom. Zdarza się, że mężczyźni do trzydziestki gromadzą taką liczbę doświadczeń, uczestniczą w tak wielu aktywnościach, robią kariery, zarabiają pieniądze, że po trzydziestce czują się już nasyceni, a nawet wypaleni. Niejeden z nich mówi mi, że właściwie „osiągnął już niemal wszystko”.

Na tym polega kryzys połowy życia? Osiągnąłem wszystko, nagromadziłem, doświadczyłem i co dalej?
Tak, to dotyczy niemal każdej sfery życia – nie tylko zawodowej, ale także towarzyskiej, sportowej, rodzinnej. W naszych czasach można mieć wszystko bardzo szybko – zaliczyć wiele szkoleń, kursów, zdobyć dyplomy, certyfikaty, podróżować ile dusza zapragnie, mieć tysiące znajomych na Facebooku i kontakt z całym światem. Można się do woli nasycić tym, co na zewnątrz. Kryzys jest nieunikniony: „No dobrze, poznałem, przeczytałem, osiągnąłem, zrobiłem, zaliczyłem. I co teraz?”.

Pojawia się pokusa, żeby jeszcze coś dodać, zdobyć, osiągnąć?
„Nie byłem jeszcze w Azji!”. Jednak przychodzi niepokojący moment: „Mimo że jadę tam, gdzie wcześniej nie byłem, robię to, czego wcześniej nie robiłem, coraz mniej we mnie ekscytacji, ciekawości”. Coraz więcej robię i coraz gorzej się czuję. Wielu mężczyzn traci wówczas motywację, nierzadko popadają w depresję. Pytają siebie, co się dzieje, co jest nie tak. Mężczyzna aktywny fizycznie zauważa, że ostatnio, grając mecz, uległ kontuzji kolana i barku. Że szybko się męczy, nie nadąża za młodszymi.

Właśnie puka cień?
W sferze cienia pozostaje temat związany z przemijaniem. Cień dotyczy życia wewnętrznego, które jak dotąd zaniedbywaliśmy, ponieważ nie zastanawialiśmy się nad wieloma kwestiami. Jeden z mężczyzn opowiadał mi, że na zjeździe absolwentów, oglądając zdjęcia ze szkolnych lat, uświadomił sobie ze smutkiem, jak szybko mija czas. Dotarło do niego, że tamte lata bezpowrotnie przeminęły. Że niczego nie da się zatrzymać. Właśnie to budzi niepokój.

Nieuchronne przemijanie?
To, co gromadzimy, to, czego doświadczamy, przeminie, to pewne. Świadomość nietrwałości jest cieniem, o którym dotąd nie chcieliśmy wiedzieć. W obszarze cienia znajdują się różne pytania egzystencjalne, jednak nie w znaczeniu, jak lepiej egzystować i zabezpieczyć sobie materialną przyszłość. Raczej: Jaki sens ma moja egzystencja? Pytania o sens są widomym znakiem kryzysu połowy życia, ponieważ w pierwszej połowie nie zadajemy sobie takich pytań. Po prostu żyjemy, podążamy za trendami, za modą, mamy apetyt na doświadczanie – czerpanie z życia ile się da. I nagle pojawia się pytanie o sens. Jaki sens ma to, co dotąd robiłem? Po co tu jestem? Takie pytania często wyzwalają lęk, ponieważ może się okazać, że to, czemu dotąd poświęcaliśmy tyle czasu, nie ma dla nas żadnego sensu; że straciliśmy mnóstwo czasu.

Wtedy lepiej nie myśleć.
Niektórzy mężczyźni nie podejmują wyzwania i uciekają w kolejne nadaktywności, w konsumpcję, w alkohol. Jednak wielu zatrzymuje się i pyta siebie, co teraz – wobec tego kryzysu – mamy do zrobienia, a nie tylko do… zarobienia. Jakie jest nadrzędne zadanie?

Nadrzędne?
Takie, któremu warto poświęcić czas i energię drugiej połowy życia, oczywiście, czerpiąc z doświadczeń i zasobów pierwszej połowy. W sferze cienia mogą znajdować się także te aspekty nas samych, które z jakiegoś powodu odłożyliśmy na bok, a teraz – w czasie przełomu, w punkcie zwrotnym – dochodzą do głosu. Pojawia się pragnienie spełnienia czegoś ważnego, zrobienia czegoś dla radości i wewnętrznej satysfakcji, a nie dla kariery czy poklasku. To są te słynne powroty do pasji dzieciństwa. Teraz możemy sprawdzić, w jakim stopniu gra na instrumencie muzycznym czy uprawianie sportu mogą być dla nas źródłem spełnienia.

Pasja, radość, spełnienie, powołanie – te głębokie potrzeby wyłaniają się z cienia?
Przechodzimy z patrzenia na to, co na zewnątrz, na spojrzenie do środka. To wewnątrz nas samych mamy teraz odnaleźć inspirację i motywację do działania. Jeśli wszystko tak szybko przemija, to czy w dalszym ciągu sensowne jest inwestowanie energii w to, co zewnętrzne wobec mnie? Zapatrzeni w otoczenie i pogrążeni w aktywnościach ukierunkowanych na zewnątrz tracimy swoje wnętrze. Spychamy je do cienia. Im dłużej trzymamy je w cieniu, tym trudniej tam zajrzeć. Często rozmawiam z mężczyznami, którzy stracili kontakt ze sobą i obawiają się tego kontaktu, niechętnie „analizują siebie”.

Jednak impulsy niezadowolenia, niepokoju, napięcia, frustracji płyną z wnętrza właśnie.
Wielu mężczyzn w okresie kryzysu odkrywa, że w sposób świadomy nigdy nie zastanawiali się, co jest dla nich naprawdę ważne. Że dotąd myśleli głównie operacyjnie; skupiali się na tym, co mają załatwić i jak się z tym uporać od strony technicznej. Po długim czasie takiej zewnętrznej aktywności wahadło zaczyna się odchylać w drugą stronę, co jest najzupełniej normalne i naturalne. Spowolnienie, wątpliwości, niepokój nie świadczą o chorobie. To ważny komunikat od nas samych. Nie ma sensu przed nim uciekać, bo to byłaby ucieczka od siebie. Nie da się uciec od siebie.

Wejście w ciemność to zwiastun depresji. Dobrej depresji?
Depresja może być po prostu sygnałem zmiany: to, co kiedyś cieszyło, już nie sprawia radości. Niekoniecznie od razu musimy brać leki. Depresja to zastój, wyczerpanie, martwota. Możemy zapytać siebie, co we mnie jest już martwe, co się wyczerpało. Często bierzemy leki, aby nie dokonać tej zmiany. Czynimy chorobą to, co może stać się czynnikiem zdrowienia. Oczywiście, nie mówimy tu o ciężkich przypadkach depresji klinicznej. Dyskomfort pełni tutaj bardzo pozytywną funkcję. Nasuwa mi się metafora z kotem, który leży na kaloryferze. Kaloryfer zaczyna mocniej grzać i kot się gotuje. Jest zmuszony zwlec się z tego kaloryfera, więc spuszcza – acz niechętnie – jedną nogę, a potem drugą i schodzi. W naturze taki stan rozluźnienia byłby dla kota najgorszym zagrożeniem.

Z wieloma rzeczami i sprawami trzeba będzie się rozstać. Perspektywa utraty to nie jest coś, co witamy z radością. Karierę można zmierzyć, w przeciwieństwie do sensu.
Sens to głębokie doświadczenie, które porządkuje nasze życie i sprawia, że wiemy, co do czego przynależy, dlaczego coś robimy i co nas motywuje. Gdy odkrywamy sens, wiemy już, że będziemy podążać właśnie tą drogą, a wszystko inne odpadnie. To są koszty tej zmiany. Owszem, może to mieć wpływ na karierę, wizerunek, pozycję społeczną, na dochody. Jednak odnajdując poczucie sensu, czujemy się gotowi na to poświęcenie. To także wyzwanie dla rodziny: dzieci nie dostaną być może kolejnych gadżetów, ale będą miały szczęśliwszego tatę. „Nawet jeśli na początku będą niezadowolone, trudno – powiedział mi jeden z ojców. – Bardziej zależy mi na kontakcie z nimi niż na dawaniu im coraz droższych prezentów”.

Jaki może być happy end przejścia od pierwszej do drugiej połowy życia?
Takie dwa przykłady. 36-latek, człowiek sukcesu, właściciel agencji nieruchomości. Zarobił tyle pieniędzy, że starczy na dwa pokolenia. Jak twierdzi, „przeżył życie”. Przyszedł na konsultacje z pytaniem: „Co dalej?”. Mógłby kontynuować taki styl życia, ale nie wie po co. Zdobyłby jeszcze więcej dóbr i więcej doświadczeń, jednak jakość jego życia by się nie zmieniła. Ten mężczyzna w procesie wewnętrznej retrospekcji doszedł do wniosku, że już nie chce uczestniczyć w korporacyjnym wyścigu, rezygnuje z awansów. Wycofał znaczne zasoby energii z pracy i działania dla zysku na rzecz działalności charytatywnej – wspiera fundację opiekującą się dziećmi, które nie mają rodziców. Odnalazł sens drugiej połowy życia. Inny mężczyzna w tym samym wieku, który nie osiągnął sukcesu, pracował w urzędzie i żył samotnie, kryzys połowy życia przypłacił zawałem serca, a więc cień już nie pukał, ale walił pięściami. W jego przypadku lekarstwem okazał się powrót do pasji młodości – wspinaczki w górach i gry na perkusji. Powrót do tych zapomnianych aktywności dał mu tyle energii, że znalazł inną, bardziej satysfakcjonującą pracę i grupę przyjaciół.

Druga połowa życia upomina się o nas i tylko o nas. To dobra wiadomość.
My, mężczyźni, jesteśmy nauczeni spełniać oczekiwania innych, wywiązywać się z różnych zadań. Wejście na nowy teren prowadzi przez strefę cienia, czyli obszary nieznane i nieoswojone. Po przejściu w te nowe rejony mężczyźni mówią, że czują się tak, jakby wrócili wreszcie do siebie: „Tak się tego bałem, a tu wszystko moje, naturalne, jak w domu”. Na tym polega ten paradoks: wkraczam w cień, w ciemność, a tutaj tak dobrze. I tyle światła.

Potrzeba tylko trochę odwagi?
Raczej motywacji i decyzji.

Skąd je wziąć?
Ze świadomości, że jeśli nie podejmę tej decyzji, wtedy nigdy nie dowiem się, czym jest radość drugiej połowy życia. I nigdy nie będę przewodnikiem dla młodszych pokoleń, ponieważ od kryzysu połowy życia zaczyna się proces stawania się mistrzem, mentorem czy mędrcem. Lepiej nie przegapić tego przejścia.